Archiwum

The Beach Boys

the beach boys

the beach boys

W poniedziałek, 10 października, mija równo 50 lat od wydania "Good Vibrations" — powszechnie uznawanego za jeden z najdoskonalszych utworów w historii rock & rolla. Od grupy nastolatków w krótkich spodenkach śpiewających o dziewczynach, plaży i surfingu do dwóch z najbardziej przełomowych płyt w historii muzyki pop, z których jedna ukazała się dopiero po 45-ciu latach. Tak w telegraficznym skrócie można ująć jednym zdaniem pierwszych pięć lat działalności The Beach Boys. Po wydaniu siedmiu krążków i niezliczonej liczbie singli osadzonych na kanwie słonecznego rock & rolla Brian Wilson, który w pewnym momencie naturalnie zasiadł za kreatywnymi sterami zespołu, zaczął szukać nowych muzycznych rozwiązań — zarówno w sferze kompozycyjnej jak i brzmieniowej. "Nikt nie może powiedzieć, że jest wyedukowany muzycznie, dopóki nie pozna Pet Sounds" — miał powiedzieć o wydanym w 1966 roku krążku Beach Boysów Paul McCartney. Jego nazwisko w kontekście płyty pada zresztą nieprzypadkowo, jako że jednym z głównym motorów napędowych Briana Wilsona, lidera The Beach Boys, przy tworzeniu Pet Sounds był wydany rok wcześniej Rubber Soul Beatlesów. Wilson zdał sobie wówczas sprawę, że płyty pop można nagrywać zupełnie inaczej. Wycofał się z koncertowania z zespołem, by skupić się na sferze kompozycyjnej nowego krążka. Za cel obrał sobie nagranie najwspanialszej płyty w historii rocka, co zresztą pośrednio udało mu się zrealizować. Pet Sounds 50 lat po premierze wciąż pozostaje trzonem rocknrollowego kanonu ze względu na niezwykłą dbałość o szczegóły — wykorzystanie technik kompozytorskich znanych z muzyki klasycznej, a niestosowanych dotychczas w rozrywce oraz niezwykłego jak na owe czasy instrumentarium inkorporującego w bogate harmonicznie kompozycje smyczki, klawesyn, akordeon, theremin, szerokie spektrum rozmaitych instrumentów dętych i perkusionaliów, a także rozliczne fragmenty muzyki konkretnej. Efektem jest nieco ponad 35-minutowy idealnie wyważony i pozbawiony wypełniaczy kameralny album osadzony gdzieś pomiędzy między szczerą, naiwną radością a bezdennym smutkiem.

 

 

Prace nad "Good Vibrations" rozpoczęto jeszcze w trakcie sesji nagraniowych Pet Sounds w lutym 1966 roku, ale ze względu na nietypowy sposób pracy nad materiałem trwały przez kolejne pół roku aż do końca września. Brian Wilson zamiast najpierw napisać, a następnie nagrać utwór w studiu, jak to zazwyczaj się odbywa, metodą prób i błędów tworzył swoistą mozaikę dźwiękową złożoną z rozmaitych pomysłów, fragmentów i akordów, które chciał wykorzystać w finalnym nagraniu. Wilson kazał nagrywać zespołowi osobno kolejne moduły, który następnie ciął i tworzył z nich finalne sekwencje. W sumie produkcja samego "Good Vibrations" pochłonęła bezprecedensową jak na nowe czasy sumę 75 tysięcy dolarów (w obecnych realiach to ponad pół miliona zielonych). Ryzykowne, ale ostatecznie "Good Vibrations" stało się pierwszym numerem jeden Beach Boysów po obu stronach oceanu, a po latach także ich sygnaturowym nagraniem. Powodowany sukcesem piosenki Wilson postanowił cały swój nadchodzący projekt zrealizować w podobny sposób. Podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne. Wydanie krążka realizowanego przez Wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem Vanem Dyke'm Parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na wiele czynników. Perfekcjonizm Wilsona został wystawiony na ciężką próbę w zderzeniu z niedoskonałą rzeczywistością — problemy prawne z wytwórnią, uzależnienie od narkotyków i brak aprobaty pozostałych Beach Boysów dokonały brutalnej rewizji ambitnych planów Briana. Smile Beach Boysów, przez 45 lat, aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla. Smile określany także jako nastoletnia symfonia do Boga przez lata krążył nieoficjalnie w wielu rozmaitych kompilowanych przez fanów wersjach. Mimo niedoskonałej formy można było dostrzec w tym materiale prawdziwe arcydzieło, jeśli chodzi o koncepcję, wielowymiarowe teksty, bogactwo aranżacyjne i najważniejsze – umiejętność stworzenia prawdziwego doznania, projekcji całkowicie nowego stanu świadomości wyłącznie przy pomocy dźwięku. Ta nastoletnia symfonia do Boga dobitnie akcentuje wszystkie najpiękniejsze emocje, uczucia i stany ludzkie.

 

the beach boys

A Tribe Called Quest

Ta trójka z Nowego Jorku jak mało kto zasłużyła na tytuł hip-hopowych wizjonerów. 24 września minęło dwadzieścia pięć lat od ukazania się ich klasycznego albumu, The Low End Theory, który na zawsze zmienił oblicze alternatywnego hip-hopu.

 

Niewiele jest składów hip-hopowych, które zasłużyły na tytuł pionierów gatunku tak bardzo, jak założona w 1985 roku formacja A Tribe Called Quest. Już pierwszy longplay nowojorczyków, wydany w 1990 roku People's Instinctive Travels and the Paths of Rhythm, zwiastował wielkie rzeczy. Jednak szczególne znaczenie w rozwoju grupy przypisuje się ich drugiemu albumowi, The Low End TheoryJuż od pierwszych sekund otwierającego krążek utworu "Excursions", swoją obecność wyraźnie zaznacza linia basu, do której następnie dołącza prosty beat oraz łagodny flow Q-Tipa. 

To właśnie oszczędność środków i surowość brzmienia stanowią swoisty leitmotiv albumu, tworząc jego muzyczną tożsamość. 

 

Płyta dotarła zaledwie do 58. miejsca na liście Billboardu. Ten pierwotny brak docenienia jest jednak stale nadrabiany. Krążek otrzymał fantastyczne oceny od najważniejszych magazynów muzycznych w Stanach Zjednoczonych (The Source, Spin, czy Rolling Stone), a w regularnie powstających rankingach, które podsumowują najważniejsze wydawnictwa lat 90., rzadko kiedy jest pomijany.

 

 

Na początku swojej drogi muzycznej, A Tribe Called Quest wzięli udział we wspólnej trasie koncertowej z De La Soul, dogrywając się także do ich klasycznego, kasetowego singla "A Roller Skating Jam Named Saturdays". Za produkcję współodpowiedzialni byli m.in. Q-Tip wraz z Alim Shaheedem, dla których był to początek kariery producenckiej – kolektywnej, pod nazwą The Ummah, oraz solowej każdego z nich. Panowie tworzyli w latach 90. dla Busta Rhymesa, Da Bush Babees, czy Nasa, oraz remiksowali utwory m. in. Michaela Jacksona i Jamiroquaia. W ten sposób, styl ukształtowany na pierwszych płytach A Tribe Called Quest rozprzestrzenił się płynnie po muzycznej scenie, wywierając znaczący wpływ na jej brzmienie.

W 1991 roku, kiedy trwały prace nad krążkiem, Q-Tip i spółka stali też na czele kolektywu Native Tongues. Ruch ten zrzeszał takich twórców jak De La Soul, Queen Latifah i Black Sheep, a jego głównym założeniem było łączenie pozytywnych, afrocentrycznych tekstów z brzmieniem opartym na obfitym samplingu. Właśnie z tego wizjonerskiego podejścia do tworzenia hip-hopu zrodził się The Low End Theory. Album na niespotykaną wtedy skalę zestawiał ze sobą dwa tak odmienne światy rapu i jazzu. Pokłosiem świetnego odbioru tego krążka, a także innych działań Native Tongues, było wyjście z podziemia powstałego dekadę wcześniej jazz-rapu. Do dziś, The Low End Theory pozostaje jednym z najważniejszych dokonań tego podgatunku.

 

Dziś coraz częściej spotyka się albumy współprodukowane przez kilkudziesięciu artystów. 25 lat temu było to jednak zupełnie nieznane zjawisko, szczególnie w świecie hip-hopowym, zdominowanym przez duety didżej – raper. A Tribe Called Quest można uznać za pionierów drużynowych rozwiązań producenckich w ich nurcie muzycznym. Fuzja hip-hopu z jazzem, którą słychać na The Low End Theory, poskutkowała nie tylko obfitą listą sampli, wśród których znajdują się m. in. utwory Arethy Franklin, Grovera Washingtona, czy Jimiego Hendrixa, ale także zaproszeniem do współpracy licznych producentów. Oprócz członków grupy w album zaangażowani byli Sadat X, Diamond D, czy Skeff Anselm, a na basie i kontrabasie do albumu dogrywał się uznany na jazzowej scenie Ron Carter.

Granica między zatraceniem autentyczności gatunku, a rozwijaniem jego muzycznej strony zawsze była w hip-hopie cieńka. Kto by dziś pomyślał, że nawet A Tribe Called Quest, przy okazji wydawania swojego drugiego LP, byli początkowo posądzani o jej przekroczenie? Właściciel wytwórni Jive, Barry Weiss, początkowo uważał, że stricte hip-hopowe wartości giną wśród rozwiązań, które grupa zastosowała na krążku. Po latach okazało się, że ciężko było o bardziej mylną opinię. Low End uderza w mroczniejszą stronę brzmienia, lekko gubiąc dźwięki wyjętej z maszyny perkusyjnej stopy w ciężkiej, dominującej na płycie linii basowej. Album zachowuje jednak hip-hopowe pryncypia dzięki dbałości o spójność projektu, melodyjności i…potencjałowi na bitwach b-boyskich. Zaangażowanie muzyków jazzowych i lekkość bijąca z tekstów, której dotąd w rapie było mało, poskutkowały także rozszerzeniem grupy potencjalnych odbiorców materiału.

To właśnie ta lekkość stanowiła jeden z najistotniejszych fundamentów wyjątkowości A Tribe Called Quest. Duet Phife Dawg i Q-Tip to nieśmiertelny vibe i zwariowana eksploracja możliwości tak zgranego połączenia, podkreślana energią przejrzystej ekspresji, sponatnicznymi wymianami wersów i zwiewnie napisanymi refrenami. Po drugiej stronie zaś barwne podkłady, komponowane tak naprawdę równomiernie przez całe trio, oddawały tę lekkość jaka przepełniała zarówno proces twórczy, jak i finalny produkt. Numer “Check the Rhime” to idealne odzwierciedlenie tej wieloletniej formuły.

 


 

The Low End Theory, obok niekwestionowanie istotnej pozycji w katalogu A Tribe Called Quest, stanowi również pomost pomiędzy dwoma segmentami dyskografii grupy – surowym, aczkolwiek bardzo kolorowym debiutem People’s Instinctive Travels and the Paths of Rhythm i przepełnionym pozornie sprzecznymi wartościami soulfulowego brzmienia i brudu rozdziałem otworzonym przez Midnight Marauders. Prawdopodobnie najbardziej eksperymentalnym przykładem tego momentu w ewolucji grupy jest utwór “Everything Is Fair”, gdzie wyeksponowana rockowa psychodelia sampla z “Let’s Take It to the People” Funkadelic pięknie kontrastuje z groovem lini basowej. 

 

Mural w nowojorskiej dzielnicy Queens, będący hołdem dla grupy. To na tle tej ściany powstał w 1991 roku klip do kawałka "Check the Rhime". Żródło: pitchfork.com

 

Po odsłuchu The Low End Theory (czy w zasadzie którejkolwiek innej płyty A Tribe Called Quest) staje się oczywiste, że hip-hopowe trio rozumiało jazz raczej jako cool jazz niż jako jakikolwiek inny podgatunek tego stylu. Podobnie jak Miles Davis czy słynny kwartet Dave'a Brubecka w drugiej połowie lat 50., Q-Tip, Phife Dawg i Ali Shaheed Muhammad ponad trzy dekady później postawili w dużej mierze na szeroko rozumiany chillout. To jednak jedynie wierzchołek góry lodowej jazzowych asocjacji nowojorskiej grupy. Na The Low End Theory ATCQ znaleźli klucz do jednego z najbardziej naturalnych połączeń muzycznych w historii muzyki — jazzu i hip-hopu. Te dwa światy przenikały się tu i idealnie uzupełniały, a panowie z A Tribe Called Quest, pomimo poruszania ważkich tematów, zasłużenie wypracowali sobie opinię najfajniejszych zawodników w rapgrze.

 

 

Przez ponad dekadę swojej działalności A Tribe Called Quest zapisali się wielkimi literami w historii rapgry. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy brali pod uwagę taki scenariusz. Można jednak z całą pewnością powiedzieć, że wieńczący płytę The Low End Theory numer "Scenario" z gościnnym udziałem kolektywu Leaders of the New School stał się trampoliną do kariery debiutującego wówczas Busta Rhymesa. Zwiastował także wydanie kolejnego fenomenalnego jazzrapowego krążka "Midnight Marauders" w 1993 roku. Później nowojorczycy nagrali jeszcze dwa longplaye, by w 1998 roku, wkrótce po wydaniu The Love Movement, każdy poszedł własną ścieżką.

W sierpniu tego roku L.A. Reid z Epic Records potwierdził, że w przygotowaniu jest szósta płyta A Tribe Called Quest, nagrana jeszcze przed śmiercią Phife Dawga w marcu tego roku.

 

 

Posłuchaj całego albumu The Low End Theory:

 

 

 


Przygotowali: Radek Łabędzki, Kamil Matyja, Piotr Myszyński, Konrad Zalewski

Up To Date Festival

 

Up To Date to wydarzenie wyjątkowe nie tylko w kontekście naszego kraju, ale również na skalę światową. Festiwal organizowany w tak niezwykłym miejscu jakim jest Białystok, co roku oferuje zdumiewająco starannie wyselekcjonowany program pełen smaczków dla odbiorcy preferującego sięgać głębiej. Połączenie scen Technosoul i Electronic Beats z Centralnym Salonem Ambientu to niespotykana fuzja, gdzie offowa muzyka elektroniczna przyjmuje najróżniejsze twarze i wykracza poza swoje własne, teoretycznie sformalizowane ramy. W ramach cyklu Artysty Tygodnia prezentujemy ideę festiwalu oraz muzyków, którzy uświetnią tegoroczną edycję swoimi występami.

Całość rozpoczyna się w piątek, 23 września, o godzinie 19 w Centralnym Salonie Ambientu występem Michała Wolskiego, po którym zagrają Dan Vicente (który w sobotę jako Acronym pojawi się także na scenie klubowej) i Noordwiijk – enigmatyczny kanadyjski kompozytor. Scenę Technosoul również otwierają występy Polaków – No. 107 oraz Chino ze swoim live actem. Kolejni artyści to postaci w kontekście sceny co najmniej legendarne: Umwelt, pokręcony Ekman czy I-F, a także nowe projekty pokroju Annanan czy SHDW & Obscure Shape. Perełką wieczoru będzie zaś Legowelt w wersji live, czyli jeden z najważniejszych filarów współczesnej muzyki taneczej i eksperymentalnej elektroniki.

Scenę Electronic Beats otwierać będą JUTRO oraz KOSA – DJe i producenci odpowiedzialni za projekt Czeluść, po których przestrzeń zdominuje polski hip-hop o przekroju pokoleniowym – młody Otsochodzi i kultowy duet Łona & Webber z ich live bandem The Pimps. Po sensacyjnym Estończyku Tommym Cashu, Białystok doświadczy kolejnego, ponadczasowego zderzenia generacji. Najpierw za deckami stanie utalentowany DJ Earl z kolektywu Teklife, wspierany przez footworkowych tancerzy Sirr Tmo oraz Dre, a następnie zastąpi go DJ Deeon, czyli legenda house'u i ghetto house'u. Atrakcji jednak nie koniec – całość zamykać bowiem będą FaltyDL, czyli jeden z najzdolniejszych producentów młodego pokolenia, oraz LTJ Bukem, pionier atmosferycznego drum & bassu.

 

 

Sobota na scenie około-beatowej to rozgrzewka zaserwowana przez DJa 69 Beats oraz VSHOOD – lokalny, białostocki, basowy kolektyw. Następnie zarówno Ten Typ Mes jak i Pezet, obaj przy akompaniamencie żywych instrumentów, zaprezentują swoje przepastne hip-hopowe katalogi w organicznych aranżacjach. Finał natomiast to potrójny strzał w dziesiątkę dla fanów połamanych brzmień – zagrają bowiem Fracture (głowa wytwórni Astrophonica, związany z wieloma drum & bassowymi oficynami wydawniczymi), fenomenalny, doświadczony Brytyjczyk Luke Vibert oraz niestrudzony miłośnik rave'owej agresji FFF.

 

 

Centralny Salon Ambientu to kolejne perfekcyjnie dobrane trio – polska sensacja New Rome, Rafael Anton Irisarri oraz pochodzący z Ratyzbony Markus Guentner. Scena techniczna ponownie prezentuje się imponująco: od Błażeja Malinowskiego, przez Juana Rico, który jednego wieczoru zagra zarówno jako Architectural i Reeko, po melancholijnego Evigta Morkera i The Gods Planet. Prawdopodobnie najistotniejszym występem nocy będzie Vatican Shadow w wersji live, czyli drugi projekt Dominicka Fernowa, znanego jako Prurient. Za zamykający festiwal set odpowiadać będą gospodarze z ekipy Technosoul.

 

 

Obok wcześniej wymienionych scen, Up To Date oferuje przestrzeń muzyczną Red Bull Container, za którą w całości odpowiadać będą polscy artyści: Dubsknit występujący pod czterema różnymi aliasami, kontrowersyjny, aczkolwiek bardzo charyzmatyczny projekt Wixapol S.A., oraz pełen showcase świeżego labelu MOST. Co więcej, wszyscy ludzie po pięćdziesiątce chętni tych niezwykłych doświadczeń mogą odwiedzić festiwal zupełnie za darmo! Sztab PR eventu to zresztą temat na odrębną dyskusję – pozytywny, przyjacielski, niezepsuty techno-dekadentymem beztroski vibe, coroczna seria bezbłędnych filmów promocyjnych i symbioza z tak niedocenianym na codzień ośrodkiem jak Białystok to misja godna pokłonów. Najważniejsze natomiast nadal pozostaje jedno – unikatowy, pełen pasji i trafnych wyborów gust organizatorów, którzy po raz kolejny przygotowali lineup pełen istnych bomb dla alternatywnego odbiorcy.

 

 

Kamil Matyja, Jakub Wytrykowski

               

Ry X

    Jego muzyki chce słuchać każdy zakochany, a ci, którzy zakochani nie są słuchając go marzą o nieszczęśliwej miłości spotkanej w drodze powrotnej z klubu. Na zmianę porównywany jest do Jamesa Blake'a lub Jeffa Buckley'a, choć ostatecznie wypracował własny styl.  Ostatnie 3 lata intensywnej pracy poskutkowały wydaniem znakomitego albumu 'Dawn'.


Ry Cumming znany przede wszystkim jako Ry X tworzy muzykę zawieszoną między dwoma wydawałoby się nie idącymi tą samą drogą gatunkami. Australijski artysta dosyć szybko zrozumiał, że Australia to zbyt małe pole do rozwoju jego muzycznych ambicji, dlatego w 2010 roku postanowił wyjechać do Los Angeles. Szybko zauważony przez wytwórnię Jive Records jeszcze tego samego roku wydaje swój pierwszy album używając wówczas swojego imienia i nazwiska. Płyta spotkała sie z dosyć ciepłym przyjęciem, choć składając się głównie z emocjonalnych, romantycznych ballad nie była szczytem możliwości Ry'a. Kierunek, który muzyk miał obrać dopiero się w nim kształtował. Wkrótce odszedł od mainstreamowej sceny na rzecz rozwinięcia skrzydeł w alternatywie. Dwa lata w cieniu wpłynęły bardzo pozytywnie na artystę, a niespodziewana kolaboracja z Frankiem Wiedemannem przyniosła rozpieszczający uszy i hipnotyzujący utwór 'Howling', który nie tylko szybko zyskał popularność, ale również świetnie spisał się w roli inspiracji dla producentów. Wśród najlepszych remixów znalazł się ten od duetu Ame, który przez długi czas nie przestawał być grany na największych festiwalach muzyki elektronicznej.

Kolejne lata tylko utwierdzają wszystkich w przekonaniu, że Ry X jest artystą niezwykle utalentowanym i wszechstronnym. 2013 rok stoi pod znakiem nowego projektu muzyka. Wspólnie  z producentem Adamem Freelandem i kompozytorem Stevem Nalepą tworzą grupę The Acid. Przez połączenie delikatnego i jednocześnie psychodelicznego rocka z minimalistyczną elektroniką dostajemy album o nietypowym brzmieniu. Największą popularność zyskuje utwór Basic Instinct oprawiony w urzekający obraz wideo.

Tego samego roku artysta wypuszcza własną epkę – pierwszą pod pseudonimem Ry X. 'Berlin zostaje znakomicie przyjęta zarówno przez krytyków, jak i słuchaczy. Eteryczny głos Ry X'a idealnie komponuje się z minimalistycznym, czasami ledwo słyszalnym tłem akustycznej gitary, ale świetnie sprawdza się również w mocniejszym 'Shortline'. Utwór ten stworzony we współpracy z Frankiem Wiedemannem w późniejszym czasie wydany będzie także na ich wspólnym projekcie. 2 lata po pierwszym sukcesie tej kolaboracji fani głosu muzyka oraz elektronicznego brzmienia Wiedemanna otrzymali upragniony krążek. Zawierająca 12 utworów płyta 'Sacred Ground' znalazła się wśród najlepszych pozycji 2015 roku. Szczególnie wyróżniają się kawałki 'Signs' czy 'Stole The Night', które wraz z upływem czasu zyskują kolejne życie dzięki świetnym remixom, zrobionym m.in. przez Rodhada.

Ry X doskonale czuje się zarówno pisząc teksty pod elektroniczne bity, psychodeliczny folk jak i niezwykle kruchy i delikatny dźwięk gitary akustycznej. Po paru latach nagrywania głównie niesamodzielnych numerów pod koniec pierwszej połowy tego roku zbiera wszystko, co najlepsze w jego dorobku muzycznym i wydaje długo wyczekiwiny album 'Dawn'.


Płyta składa się w dużej mierze z muzyki nasączonej emocjami, ale Ry nie pozwala sobie na brak dyscypliny. Każdy element jest dokładnie zaplanowany – od stonowanych basów, przez trzymaną w ryzach perkusję, a na akustycznej gitarze kończąc. W dłoniach Ry'a nabiera ona wręcz eterycznego wymiaru. 'Dawn' rozpoczyna się tytułowym utworem, który już od pierwszych nut wprowadza w nostalgiczną podróż, prowadzoną przez przejmujący wokal artysty.  Wiele numerów, które znalazły się na ostatecznej trackliście płyty jest już dobrze znana słuchaczom. Ry X umieścił na niej między innymi 'Berlin' oraz 'Howling' Wśród zupełnie nowych produkcji znajdziemy 8 utworów, które znakomicie wpasowały się we wcześniejsze kompozycje. Artysta największy użytek robi ze swojego głosu oraz gitary i w przypadku tego muzyka mogłoby to wystarczyć do stworzenia urzekającej i wciągającej płyty. Nie zapomina on jednak o elektronice i zgrabnie, w sposób niemalże niezauważalny wplata ją do tła swojego wokalu. W ten sposób sprawia, że oprócz niezwykłej magii, którą tworzy za pomocą swojego głosu potrafi być również muzykiem bardzo nowoczesnym.

Frank Ocean

Choć Long Beach to jedno z największych miast w najludniejszym stanie USA, nie codziennie rodzą się tam muzyczni wizjonerzy.

 

Dziś, kiedy artysta znany jako Frank Ocean ma na swoim koncie co najmniej jeden album mający posmak genialności, z coraz większą śmiałością można twierdzić, że właśnie to mialo miejsce 29 lat temu na wybrzeżu Pacyfiku, kiedy w jeden z październikowych dni przyszedł na świat.

 

Kalifornia nie utrzymała przyszłego artysty zbyt długo w swoich objęciach. Całą młodość znany wtedy niewielu Christopher Breaux spędził w Nowym Orleanie, gdzie jako nastolatek podejmował się każdej możliwej pracy, aby móc opłacać godziny spędzane w studiu nagraniowym. Niedługo potem Frank rozpoczął naukę na tamtejszym uniwersytecie, jednak jego ówczesne plany pokrzyżował huragan Katrina.

 

Klęska żywiołowa okazała się szczęściem w nieszczęściu, skłaniając niespełna 18-letniego chłopaka z aspiracjami do wyjazdu do Los Angeles, gdzie początkowo miał zostać jedynie kilka tygodni. Ostatecznie jednak Frank zdecydował się podjąć tam próbę rozpoczęcia kariery muzycznej. Szybko nawiązał w branży kontakty, które umożliwiły mu pisanie dla innych artystów, takich jak Brandy czy Justin Bieber. W 2010 roku dołączył do hip-hopowego kolektywu Odd Future.

 

Dzięki swojemu coraz bardziej imponującemu portfolio songwritera, i z pomocą producenta Tricky'ego Stewarta, Ocean podpisał kontrakt z wytwórnią Def Jam, którego naturalnym następstwem było rozpoczęcie pracy nad własnym materiałem.

 

Nie najlepiej układająca się współpraca zaowocowała niekontrolowanym wydaniem mixtape'u Nostalgia, ULTRA w lutym 2011 roku. Wydawnictwo, na którym artysta sampluje takie zespoły jak Radiohead, Coldplay czy Eagles, niespodziewanie spotkało się z falą bardzo entuzjastycznych recenzji. Fanem mixtape’u okazał się także Kanye West, co doprowadziło do udziału Franka w utworze "No Church in the Wild" z projektu Watch the Throne.

 

https://www.youtube.com/watch?v=TMfPJT4XjAI

 

Kolejnym krokiem było nagranie pełnoprawnego debiutu. Latem 2012 roku, kiedy Frank szykował się do wydania Channel ORANGE, nikt nie był chyba w stanie przewidzieć jak ważny, nie tylko dla artysty, okaże się ten album. Tydzień przed jego premierą, Ocean zamieścił w internecie notkę, w której opisuje swoją pierwszą miłość. List, stanowiący jednocześnie coming out artysty, odbił się szerokim echem w światku muzycznym, rozpoczynając bardzo potrzebną dyskusję w silnie homofobicznym środowisku hiphopowym.

 

Pierwszy w pełni autorski projekt Franka Ocean ukazał się w lipcu 2012 roku nakładem wytwórni Def Jam. Krążek Channel ORANGE zachwycił krytyków różnorodnością i bogactwem wpływów muzycznych – od soulu i funku, przez jazz, aż po psychodelię. Z pewnością wpływ na to mieli artyści których Frank, oraz jego przyjaciel i producent Malay, słuchali podczas pracy nad albumem, tacy jak Marvin Gaye, Sly and the Family Stone czy Jimi Hendrix. W sprawie gotowego już materiału Frank skorzystał natomiast z pomocy m.in. Pharrella Williamsa oraz Andre 3000 z Outkast, który pojawił się na albumie gościnnie w utworze "Pink Matter".

 

https://youtu.be/5onaWSflUQ0

 

W nieco ponad rok od rozpoczęcia kariery muzycznej, Frank Ocean osiągnął w branży pozycję na którą niektórzy artyści pracują całymi latami. Dzięki swojemu pierwszemu albumowi, stał się jednym z najbardziej obiecujących artystów młodego pokolenia. Jego słuchaczy urzekła niezwykła lekkość i niewymuszona poetyckość, z jakimi Ocean traktuje trudne tematy w swoich tekstach. Krytycy zaś docenili jego nowatorskie, nieszablonowe podejście do tworzenia muzyki R&B, umieszczając Channel ORANGE na podium w niemal wszystkich zestawieniach albumów roku.

 

Pierwsze informacje dotyczące powstawania kolejnego projektu Franka pojawiły się już na początku 2013 roku. Nieco ponad rok później prace miały wchodzić w fazę końcową. Jednak na następną zapowiedź drugiego albumu Amerykanina trzeba było poczekać aż do kwietnia 2015 roku, kiedy to artysta zamieścił w internecie enigmatyczną notkę, wskazującą na lipiec tamtego roku jako datę wydania krążka Boys Don't Cry. Ostatecznie, album ujrzał światło dzienne 20 sierpnia br. pod zmienionym tytułem Blonde.

 

 

Otwierający całość utwór "Nikes" został wytypowany na singiel promujący długo wyczekiwane wydawnictwo (surrealistyczny klip do utworu, wyreżyserowany przez Tyrone'a Lebona, można obejrzeć w serwisie Apple Music).

 

Zanim jednak upragniony przez publikę krążek ujrzał światło dzienne, długie oczekiwanie na nowy materiał Franka zakończyło się w sposób, którego chyba nikt nie mógł przewidzieć. 19 sierpnia artysta wydał video-album Endless.

 

W przypadku obu wydawnictw, wyraźnie widoczna jest nieobecność producenta Malaya, z którym cztery lata wcześniej Ocean stworzył swój magnum opus. U boku Franka zastępują go m.in. Rostam Batmanglij z Vampire Weekend, Jonny Greenwood z Radiohead, a także mniej znany muzyk z Seattle, Buddy Ross. Wokalnie na obu albumach udzielają się  m.in. Beyonce, Kendrick Lamar oraz Sampha.

 

Niedługo po premierze obu tytułów, rozmaite publikacje muzyczne zaczęły donosić, że wydanie Endless było jedynie sprytnym sposobem na wypełnienie niesatysfakcjonującego kontraktu z wytwórnią Def Jam (Blonde, przyjęty za "właściwy" drugi album artysty, został już wydany przez jego własny label). Jeśli wierzyć tym pogłoskom, środek ciężkości i presja "syndromu drugiego albumu" znacznie przesuwają się w stronę Blonde. Kiedy krążek został w końcu wydany, natrafił on na ścianę niewyobrażalnych oczekiwań, podsyconych jeszcze bardziej kilkukrotnie przesuwaną datą premiery. Do tej pory żaden album wydany podczas trwających wakacji nie odbił się tak szerokim echem w światku muzycznym. 

 

Na szczęście słuchając Blonde, można odnieść wrażenie że Frank nie pozwolił, aby jakakolwiek presja wpłynęła na jego proces twórczy. Już od pierwszego, skądinąd niełatwego kontaktu z albumem, staje się jasne że nie mamy do czynienia z upragnioną przez wielu fanów kontynuacją Channel ORANGE. 17 utworów zawartych na Blonde (z czego kilka to krótkie "przerywniki" znane doskonale z albumu #1) składa się w odrębną, bezkompromisową wypowiedź artysty, który odważył się, aby w pełni zaufać własnym instynktom.

 

Jednym z nich była potrzeba czerpania z twórczości najbardziej cenionych przez siebie artystów, na których Frank powołuje się w magazynie "Boys Don't Cry", towarzyszącym wydaniu Blonde (m.in. David Bowie, Brian Eno, Elliott Smith oraz dwukrotnie samplowani na albumie The Beatles). Drugie pełnoprawne wydawnictwo Amerykanina jest więc studnią bez dna muzycznych odniesień i inspiracji najlepszymi, jednak są one sprytnie "porozrzucane" po sześćdziesięciominutowym krążku, trochę tak jakby Frank rzucał wyzwanie tym najbardziej uważnym z odbiorców.

 

Choć na Blonde próżno szukać subtelnego eklektyzmu Channel ORANGE czy dynamizmu Nostalgia, ULTRA, narracja stworzona przez Franka (najlepszego chyba przecież storytellera swojego pokolenia) z każdym kolejnym przesłuchaniem wciąga coraz bardziej, a sama muzyka ciągle obdarowuje słuchacza na nowo, za każdym razem odkrywając kolejny imponujący wachlarz fantastycznych szczególików, które przegapiło się wcześniej, a bez których ten krążek nie byłby taki sam.

 

Frank Ocean w pełni udźwignął ciężar drugiego albumu, proponując tym razem spragnionej publiczności swoje najbardziej intymne i złożone dzieło. To przede wszystkim konsekwencja i odwaga z którymi Frank kreuje swój własny świat, nie rozglądając się za bardzo dookoła, potwierdzają jego status jednego z najważniejszych artystów młodego pokolenia. Jednak sama odwaga nie wystarczyłaby aby stworzyć najbardziej pewny swojej tożsamości, a jednocześnie chyba najbardziej przepełniony życiem album roku. Tutaj potrzeba dużego talentu, trochę przebiegłości i, zwyczajnie, odrobiny szczęścia. Wygląda na to, że w przypadku Franka te trzy komponenty spotkały się na jednym albumie już po raz drugi. 

 

Untitled 3

 

Crystal Castles

Już same okoliczności poznania się członków duetu Crystal Castles wzbudzają wiele emocji i doskonale pasują do kreowanego później przez lata wizerunku. W 2003 roku Ethan Kath, wówczas członek metalowego zespołu Kill Cheerleader, tak zauroczył się występem wokalistki punkowej grupy Fetus Fatale, że wręczył jej płytę z kilkudziesięcioma utworami z prośbą, aby spróbowała do nich napisać słowa i je zaśpiewać. Tą dziewczyną była piętnastoletnia Alice Glass, która rok wcześniej uciekła z domu i jako Vicki Vale mieszkała w jednym ze squatów w Toronto.

Pod koniec 2004 roku, a więc prawie dwanaście miesięcy po poznaniu Alice Glass, Ethan Kath opublikował na portaly MySpace kilka niedokończonych jeszcze utworów, wśród których znalazł się również owiany legendą singiel Alice Practice. Zgodnie z tytułem wokale na tę piosenkę zostały zarejestrowane podczas próby dźwięku, kiedy to nieświadoma Alice wykrzykiwała serie słów do mikrofonu. W 2006 roku na tę kompozycję natrafił Milo Cordell, szef brytyjskiej wytwórni Merok Records, który postanowił wydać ją na limitowanym winylu. W ten sposób powstało Alice Practice EP, pierwsze oficjalne wydawnictwo Crystal Castles.

W roku 2008 ukazał się wyczekiwany debiutancki pełnowymiarowy album zespołu, który miał dać odpowiedź na pytanie, czy Crystal Castles mają szansę stać się czymś więcej niż krótkotrwałą internetową ciekawostką. Krążek nazwany po prostu Crystal Castles rozwiał jednak wszelkie wątpliwości – Ethan Kath i Alice Glass stworzyli na tyle niepowtarzalny styl, że potrafili zaciekawić nawet na przestrzeni dłuższego wydawnictwa niż singiel czy krótka EPka. Debiutancka płyta zawiera także jeden z najbardziej znanych hitów duetu – utwór Crimewave będący coverem kompozycji noise'owego składu HEALTH, którego frontman – Jupiter Keyes – odegrał w późniejszym czasie ważną rolę w życiu Alice Glass.

Od początku swojej działalności Crystal Castles wyróżniali się niezwykle żywiołowymi koncertami. Milo Cordell, wspomniany już były członek brytyjskiej grupy The Big Pink, a jednocześnie jeden z odkrywców fenomenu Ethana Katha i Alice Glass, przyznał kiedyś, że w ciągu dwóch lat od ich pierwszego, fatalnego zresztą występu na żywo, Crystal Castles zdołali przekształcić się w najlepiej koncertujący zespół, jaki kiedykolwiek widział. W samym 2008 roku ten kanadyjski duet zagrał ponad 100 koncertów na całym świecie, zaliczając jednocześnie słynny występ na festiwalu Glastonbury, który został przedwcześnie zakończony ze względu na ekscesy sceniczne Alice Glass.

https://www.youtube.com/watch?v=gSlHullIbyo

Crystal Castles nie kazali długo czekać swoim fanom na kolejny krążek. Crystal Castles II ukazał już w maju 2010 roku i okazał się być bardzo ważnym krokiem naprzód w działalności duetu. Po pierwsze, Kath do spółki z Glass zdołali udowodnić, że mimo upływu lat wciąż potrafią tworzyć intrygującą muzykę, co nie udawało się innym zespołom z nurtu new rave, do którego Crystal Castles niegdyś zaliczano. Po drugie, nowa płyta zaprezentowała zdecydowanie bardziej dojrzałe i uporządkowane brzmienie, które jednak nijak nie oznaczało zatracenia typowej dla Kanadyjczyków muzycznej ekstazy, a było jedynie dowodem producenckiego postępu, jaki nastąpił u Etana Katha.

W porównaniu do debiutanckiego krążka, drugi album Crystal Castles zawiera dużo więcej utworów, które z miejsca stały się dużymi hitami. Mowa tutaj o absolutnie genialnym i równie intensywnym Baptism, zaskakująco słodkiej Celestice czy w końcu o Not In Love, który na wydanej w 2011 roku reedycji płyty Crystal Castles II ukazał się w wersji zawierającej wokale Roberta Smitha z The Cure. Singiel ten, będący coverem utworu Platinum Blonde z 1984 roku, do dziś pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji kanadyjskiego duetu.

Premiera trzeciego albumu Crystal Castles odbyła się w 2012 roku i z ery Alice Glass jest to zdecydowanie najbardziej równy krążek. Właściwie brak na nim krzykliwych przerywników w stylu Alice Practice czy Doe Deer znanych z poprzednich płyt, a zamiast tego Crystal Castles III wypełniony jest niepokojącą atmosferą, dodatkowo wzmocnioną przez emocjonalne teksty Alice Glass, która na tym albumie staje w obronie ludzi krzywdzonych na różnych płaszczyznach. Stąd też charakterystyczna okładka płyty, na której znalazło się zdjęcie przedstawiające jemeńską kobietę trzymającą w rękach swojego syna, cierpiącego z powodu ataku policji. Z ciekawostek warto również nadmienić fakt, iż Ethan Kath większość albumu wyprodukował w Warszawie.

Kiedy w 2014 roku, zgodnie z trendem wyznaczonym przez wydawane co dwa lata albumy, fani zespołu Crystal Castles wyczekiwali wieści o nowej płycie, otrzymali wiadomość jakiej nikt się nie spodziewał – Alice Glass zdecydowała się opuścić duet, co jednocześnie zapoczątkowało wymianę oskarżeń między byłą wokalistką grupy a Ethanem Kathem, która trwała przez najbliższe miesiące. W jednym z oświadczeń producent wytoczył najcięższe działo – oznajmił, że Alice Glass nie miała żadnego wpływu na najważniejsze utwory Crystal Castles oraz że niektóre teksty piosenek, których autorstwo przypisywano Alice, zostały napisane przez niego.

Po opuszczeniu zespołu Alice Glass postanowiła skupić się na solowej działalności, opartej na współpracy z Jupiterem Keyesem z zespołu HEALTH, który jest jej obecnym partnerem życiowym. Dotychczasowe efekty  tej kolaboracji mogliśmy usłyszeć do tej pory wyłącznie na jednej piosence Stillbirth, która pokazuje, że muzycznie Alice oddala się od brzmienia swojego dawnego zespołu. Ethan Kath zdecydował się natomiast kontynuować pracę pod szyldem Crystal Castles. Dołączyła do niego wokalistka Edith Frances, a ich pierwszy wspólny singiel – wydany w maju 2015 roku Frail – udowadnia, że producent doskonale poradził sobie bez Alice Glass.

19 sierpnia bieżącego roku ukazał się album Amnesty I początkujący nową erę w działalności Crystal Castles – to pierwsza płyta opublikowana po odejściu Alice Glass, a jak ważny jest ten fakt pokazuje już sam tytuł płyty, który po raz pierwszy zawiera słowo inne niż nazwa zespołu. Według mnie najważniejsza jest jednak inna sprawa – brzmienie zespołu w żaden sposób nie ucierpiało na nieobecności charyzmatycznej wokalistki, a to właśnie z Alice Glass głównie kojarzona była przez lata nazwa Crystal Castles. Czy Ethan Kath miał więc rację i to on zawsze w głównej mierze odpowiedzialny był za ten projekt? Każdy na to pytanie odpowiedzieć musi sobie sam. Najlepiej po przesłuchaniu albumu Amnesty I.

DJ Dez Andres

I'm a product of hip-hop, but I'm way beyond that – tak siebie w muzyce definiuje Humberto Hernandez, znany także jako DJ Dez lub Andres. Hip-hopowe korzenie można usłyszeć w jego setach, zobaczyć w sposobie obchodzenia się z płytami, a nawet w stylu ubierania się. Od początku swojej kariery Dez opiera się na hip-hopie, jednak sięga po różnorodne rozwiązania, których nie sposób zamknąć w barierach gatunkowych. W jego twórczości dominują brzmienia organiczne – sample z żywych instrumentów i zróżnicowane narzędzia perkusyjne.

 

Humberto Hernández, urodził się w Detroit, gdzie przeżył pierwsze lata swojego życia. Gdy przyszły DJ i producent miał 5 lat, jego rodzina przeniosła się do Californi. Już wtedy, dzięki muzycznej pasji ojca, uczył grać się na swoim pierwszym instrumencie, którym była perkusja. Popularne ówcześnie w radiostacjach, czy nagrywane na kasety DJskie sety, były pełne scratche'y, które służyły nie tylko jako metoda robienia dynamicznych przejść. Lepsi DJe używali ich także jako dodatkowy dźwięk lub wręcz instrument, którym można było dogrywać się do odtwarzanego w danym momencie utworu. To właśnie zachodnie wybrzeże i tamtejszy styl scratchu ukształtowały jego DJski profil Andresa. Ten nurt słychać w jego setach do dzisiaj. Utwory hip-hopowe są tylko nieznaczną częścią jego repertuaru, jednak w przejściach wciąż dominuje wywodzący się z nich scratch, który aktualnie niezwykle rzadko spotykany jest w setach disco czy housowych.

 

 

Obracanie się w światku muzycznym Detroit pozwoliło Hernandezowi poznać wielu istotnych dla lokalnej sceny artystów. Już na początku lat 90' spędzał wiele czasu w studiu Ampa Fiddlera, klawiszowca i wokalisty zespołów Parliament i Funkadelic. Amp nauczył Andresa obsługiwać MPC-60 – niezastąpioną maszynę do obróbki sampli, której w różnych wersjach do dziś używa się na całym świecie. W Detroit tworzą także Kenny Dixon Jr, czyli Moodymann, oraz Theo Parrish, bliscy mu zarówno muzycznie, jak i prywatnie. To właśnie w należącej do tego pierwszego wytwórni KDJ Andres zadebiutował, wydając w 1997. roku EPkę Trues. Co ciekawe, dwa jego pierwsze wydawnictwa nie były opisane bezpośrednio pseudonimem ani nazwiskiem artysty, a jazzowo-housowy styl Trues i kolejnego Material World sprawiły, że słuchacze uważali je początkowo za dzieło Moodymanna pod nowym aliasem.

 

Umiejętność gry na perkusji połączona z zacięciem DJskim doprowadziła Andresa do znakomitej współpracy. J Dilla, który tworzył razem z grupą Slum Village, ale stopniowo odchodził w kierunku działalności solowej, zapoznał go z pozostałymi członkami zespołu. Hernandez przekształcił wtedy swój alias na hip-hopowy – DJ Dez i co raz częściej grał koncerty ze Slum, zastępując Dillę za konsoletą. Na płycie Trinity z 2002 roku, na której już nie pojawił się Jay Dee, znajdują się trzy utwory, na których usłyszymy scratche DJ Deza. W ramach promocji tej płyty grupa Slum Village w 2003 zadebiutowała w ogólnokrajowej telewizji grając utwór Disco, w prestiżowej muzycznej części Dave Chapelle's Show.

 

 

Do wydania swojej drugiej długogrającej płyty w twórczości Humberto Hernandeza zdecydowanie dominował nurt hip-hopowy. Na przestrzeni dwóch lat ukazała się jego pierwsza płyta pod aliasem DJ Dez – Mass Destruction, dwie bitowe EP oraz pierwszy DJski mix wydany w formie „nielegalu” na CD – Drums For Your Life. Po zakończeniu epizodu ze Slum Village Andres nie wydał żadnego materiału przez dość długi czas, by powrócić z przełomową w jego karierze płytą Andres II. Wrócił wtedy pod skrzydła swojego house'owego partnera Moodymanna, wydając w Mahogani Music jeszcze dwie EP oprócz wspomnianego albumu. „Dwójkę” określa się dziś często mianem detroit-housowego Donuts, na porównanie do klasycznego krążka J Dilli. Wydany w 2009 materiał jest kompletnie nieszablonowy, złożony z krótkich kompozycji i mocno jazzujący. Pod względem stylistyki jest on ewenementem na skalę światową, otwierającym do dziś nierozwinięty rozdział muzyki housowej.

 

 

W 2012 roku Humberto Hernandez otworzył własną wytwórnie – La Vida. Nie mogło być inaczej – pierwszym wydawnictwem została jego solowa EPka o nazwie New For U, wydana pod aliasem Andres, a tytułowy utwór, dzięki chwytliwemu samplowi z utworu Dextera Wansela, szybko rozprzestrzenił się po całym świecie. W grudniu New For U zostało ogłoszone utworem roku 2012 wg magazynu i portalu Resident Advisor.

 

 

Dziś Andres jest jedną z najważniejszych postaci sceny housowej na świecie, a przez część swojej kariery był jedną z ważniejszych postaci sceny hip-hopowej Detroit. Należąca do niego wytwórnia La Vida ma na koncie cztery wydawnictwa, wszystkie jego autorstwa. Andres jest dowodem na to, że także w housie, uważanym powszechnie za muzykę elektroniczną i poniekąd wypaczonym przez nowoczesne, syntetyczne kompozycje, dominować może brzmienie żywe, organiczne i odwołujące się do klasyki muzyki soulowej, jazzowej, czy R'n'B.

 

CORNELIUS

cornelius

Jest upalny środowy poranek 3 września 1997 roku. Jeszcze przed ósmą rano termometry przeskoczyły pułap 30 stopni i teraz ma być tylko cieplej. Ludzie w pośpiechu szykują się do pracy, zawsze ruchliwe skrzyżowanie w dzielnicy Shibuya właśnie przeżywa pierwszą tego dnia kulminację pieszych tłumnie wylegających z pociągu linii Yamanote najpierw na perony, a następnie na i tak zatłoczone już ulice. Niebo powoli zachodzi chmurami, już od kilku dni zbiera się na burzę. Kilkaset metrów dalej z otwartym dwa lata wcześniej salonie Tower Records można kupić już najnowszy album Corneliusa1Fantasma, po którym japońska muzyka pop nigdy nie będzie taka sama.

 

 

Wydana wówczas trzecia solowa płyta Corneliusa to nie tylko bezdyskusyjne magnum opus w dyskografii artysty i szczytowe osiągnięcie współtworzonego przez niego nurtu alternatywnego popu spod znaku shibuya-kei, ale pozycja, która na zawsze zmieniła oblicze popu. Fantasma jest szaleńczym muzycznym strumieniem świadomości, w którym pop i awangarda mieszają się w ścisłym splocie, a melodie i refreny odgrywają równie ważną rolę, co eksperymenty dźwiękowe. To płyta totalna, na której nie ma miejsca na kompromisy, jednocześnie jednak na tyle przestronna, że mieści w sobie wszystko. Podsumowuje muzykę w ogóle, zamykając drum & bass, IDM, hip hop, neo-psychodelię, plądrofonię, noise rock, bossa novę, country, chiptune, yé-yé, shoegaze, muzykę konkretną i barokową w z sekundy na sekundę ewoluującym w coraz to nowych kierunkach koncepcyjnym cyklu piosenek.

 

 

Fantasma doczekuje się amerykańskiej edycji nakładem oficyny Matador w 1998 roku, po raz pierwszy przedstawiając muzykę Corneliusa publiczności międzynarodowej. Płyta zostaje pozytywnie przyjęta. Recenzent amerykańskiego Rolling Stone'a porównuje płytę do muzyki Becka, Beach Boysów, My Bloody Valentine i Vana Dyke'a Parksa — "W Japonii jakimś cudem ta mieszanka kwalifikuje się jako materiał zdolny odnieść komercyjny sukces" — kąśliwie puentuje. 10 lat później japońskie wydanie magazynu klasyfikuje album jako jedną z dziesięciu najlepszych płyt w historii tamtejsze muzyki, a w czerwcu tego roku krążek doczekuje się międzynarodowego zremasterowanego winylowego wznowienia. Pitchfork opatruje album metką najlepszej reedycji i stwierdzeniem, że 20 lat później materiał wciąż brzmi nadzwyczaj świeżo.

 

cornelius

 


1 Cornelius rozpoczyna swoją karierę muzyczną w 1987 roku w zespole Flipper's Guitar, który współtworzy przez cztery kolejne lata wraz z Kenjim Ozawą. Muzycy osiągają sukces komercyjny wydaną w 1990 drugą płytą Camera Talk, ale ich artystyczny szczyt stanowi ostatni album Doctor Head's World Tower, który na nowo definiuje brzmienie coraz bardziej popularnego w Japonii stylu shibuya-kei. Grupa mocniej eksploruje swoje brytyjskie inspiracje, do madchesteru i jangle popu dorzucając zyskujący na znaczeniu shoegaze, a jednocześnie zaczyna bardziej wyraziście niż kiedykolwiek nawiązywać do brzmień lat 60. — miesza brazylijską sambę, francuskie yé-yé, amerykańskie techniki wall of sound Phila Spectora i psychodeliczny rock z innowacyjnym podejście do plądrofonii i znakomitym wyczuciem zarówno melodii, jak i harmonii. Flipper's Guitar kończą karierę w cztery miesiące po premierze krążka. Keigo Oyamada wraca dopiero 1994 roku z własną wytwórnią Trattoria Records i solowym krążkiem The First Question Award — słonecznym przedłużeniem dziedzictwa Flipper's Guitar. Dyskografię muzyka zamyka album Sensous z 2006 roku, ale Cornelius nadal aktywnie remiksuje utwory innych wykonawców i tworzy muzykę filmową m.in. do nowych odsłon serii Ghost in the Shell.

Tauron Nowa Muzyka 2016

W tym roku na głównej scenie pojawi się istna mieszanka osobowości muzycznych. W piątek swoimi laserowymi sztuczkami spróbują nas zaczarować Robin Fox i Atom, którzy wystąpią pod szyldem Double Vision. Ponadto czeka nas spotkanie z eksperymentalnym bandem wychowanym przez Warp Records czyli Battles. Sobota za to upłynie pod znakiem jazzującej elektroniki Floating Pionts oraz alterego artysty, którego większość z nas kojarzy pod nazwą Squarpusher. Na tegorocznym Tauronie Tom Jenkinson wystąpi jako Shobaleader One.

 

Jeśli i Wy należycie do osób, które zostały oczarowane tegorocznym wydawnictwem Roots Manuva, na pewno ucieszy Was fakt, że pojawi się na jedenastej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Mam ogromną nadzieję, że podczas jego piątkowego występu na Tent Stage, usłyszymy wiele utworów pochodzących z albumu “Bleeds”. Ale ta scena to oczywiście nie tylko Roots Manuva. Oprócz niego będziecie mieli okazje usłyszeć zapowiadający się niezwykle ciekawie koncert Fennesza z projektem King Midas Sound. Jeśli lubicie dużą dawkę basu i szumu koniecznie zapiszcie to wydarzenie w swoim festiwalowym terminarzu.

 

Kto był na Tauronie dwa lata temu ten na pewno pamięta dość wczesny, ale niezwykle elektryzujący występ The Field. Szwedzki producent muzyki elektronicznej wprowadził publiczność w bardzo przyjemny trans. Czy tym razem będzie podobnie? Okaże się w sobotę na Littlebig Tent Stage. Tam również wystąpi Actress – mistrz nieoczywistych mieszanek muzycznych oraz człowiek, który wprawi festiwalowiczów w acidowo hałsowy nastrój czyli Jimmy Edgar. Tego dnia na scenie Littlebig swoim mrocznym techno "dobranoc" powie nam Matrixxman.

 

Jak co roku na Tauronie pojawi się również scena Red Bull Music Academy. Będziecie mogli tam usłyszeć zarówno polskich jak i zagranicznych producentów. Szczególnie ciekawie zapowiada się występ Kassem Mosse. Niemiecki artysta słynie bowiem z wciągających występów na żywo podczas, których korzysta z licznych analogowych i cyfrowych sprzętów. Poza tym w piątek na scenie Red Bull Music Academy pojawi się Levon Vincent. Producent, który w swojej twórczości zachowuje doskonałe proporcje między minimalowym housem i techno.

 

W sobotę na scenie Red Bull Music Academy będzie można trochę odpocząć od skondensowanej muzyki. Stanie się tak głównie za sprawą kanadyjskiego producenta ukrywającego się pod pseudonimem Deadbeat. Między innymi dzięki niemu na festiwalu nie zabraknie głębokich basów, pogłosów i innych dubowych efektów. Ten dzień to również spotkanie z legendarnym tworem Alexa Patersona, czyi The Orb. Występ będzie oscylował głównie wokół wydanej w zeszłym roku płyty, ale liczymy na to, że pośród nowych kompozycji pojawią się również te kultowe i dobrze znane fanom The Orb.

 

W tym roku na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka kontynuowany będzie projekt Carbon. Po odsłonach „Atlantis” i „Central” w poprzednich latach przyszła pora na trzecią, najszerszą jak dotąd edycję odbywającą się pod nazwą „Continent”. Jak sama nazwa wskazuje, tym razem zaprezentują się niezależni artyści z całej Europy, a także z innych kontynentów. Kuratorem projektu ponownie jest Wojciech Kucharczyk, producent i eksperymentator muzyczny, a także szef wytwórni Mik.Musik.

 

Na scenie Carbon Continent w ciągu dwóch dni festiwalu usłyszmy wielu niezależnych artystów z Polski oraz innych krajów świata. Eklektyczny, ale fascynujący projekt Fiordmoss, mistrz głębokiego brzmienia dub techno – Fischerle czy tajemniczy duet słynący z nieobliczalnych występów na żywo – RSS Boys. To tylko ułamek z wrażeń, które czekają Was podczas jedenastej edycji Taurona. Jeśli więc pojawicie się na festiwalu po to by poznać coś bardzo niszowego, koniecznie zajrzyjcie na scenę Carbon Continent.

 

Tauron Nowa Muzyka to bez wątpienia festiwal na którym prezentowana jest głównie muzyka elektroniczna, bardzo często taneczna. Jednak podczas tych kilku dni obcowania z klubowym brzmieniem będziecie mieli również okazję na to by usłyszeć artystów związanych z nieco innymi nurtami muzycznymi. Mowa tu chociażby o ukraińskim pianiście i kompozytorze, który znany jest z bardzo oryginalnej techniki gry na pianinie – continuous music. Lubomyr Melnyk wystąpi w piątek na sali kameralnej NOSPRu.

 

Jedną z ciekawostek tegorocznej edycji Festiwalu Tauron Nowa Muzyka jest występ Robaga Whrume – niemieckiego producenta, przedstawiciela tanecznej elektroniki i specjalisty od porannych imprez afterowych. Pojawi się on na sekretnej scenie w sobotę rano. Jeśli więc mimo tylu festiwalowych atrakcji nadal będziecie spragnieni muzycznych wrażeń, koniecznie odszukajcie go na terenie katowickiej kopalni.

 

Tauron słynie z niezwykłych koncertów otwierających i zamykających festiwal. W tym roku przygodę z jedenastą edycją rozpoczniemy w czwartek 18. sierpnia od spotkania z Pianohooligan.  Wybitnemu polskiemu pianiście jazzowemu będzie towarzyszyć orkiestra NOSPR pod batutą Alexandra Humali. Koncert zamknięcia to z kolei spotkanie z artystą, którego trzygodzinne dzieło “The Epic” uważane jest za jeden z najlepszych jazzowych albumów od lat. Kamasi Washington sprawi iż kolejna edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka przejdzie do historii.

 

ScHoolboy Q

Swoje pierwsze kroki w rap grze, Quincy Hanley stawiał już w roku 2006, kiedy to rozpoczynał luźną współpracę zarówno z wytwórnią Top Dawg, jak również z labelem GED, do którego należał wówczas również Tyga. Praca z nim, jak również przyszłymi kolegami z kolektywu Black Hippy, czyli Jay Rockiem i Ab -Soulem, w niedługim czasie przyniosła wymierny efekt – w 2008 raper, wtedy znany już jako ScHoolboy Q, opublikował swój pierwszy w życiu mixtape. Zawierający 17 kawałków, ScHoolboy Turned Hustla był prostym i niezbyt zaskakującym materiałem, zwiastującym jednak raczej tendencję wzrostową, jeżeli chodzi o formę artysty. Kolejne wydawnictwo potwierdziło jednak optymistyczne domysły, jakie towarzyszyć mogły słuchaczom zapoznanym z małym debiutem rapera. Już rok później na świat wyszło Gangsta & Soul, bardziej zdecydowane i wyraziste, niż jego poprzednik. Na featuringach, tak jak poprzednio, znaleźc można prawie cały obecny skład Black Hippy, wraz z K-Dotem, jak również Puncha czy Tygę. 

 

 

Lata 2009 – 2012 stały dla Hanleya pod znakiem ciężkiej pracy. Zarówno tej zorganizowanej w studiu nagraniowym, jak również tej związanej z koncertowaniem. Młody wykonawca miał już bowiem jako – taką rozpoznawalność i, przede wszystkim, dużo materiału, który mógł promować na występach. Zaangażowanie opłaciło się – w roku 2011 na rynek trafiło Setbacks – debiutancki longplay Q, który od razu wprowadził go na 100-tne miejsce listy Billboard 200. Dzięki wydawnictwu artyście nie brakowało już słuchaczy, którzy niedługo po jego premierze, otrzymali krążek za darmo, co zadziałało wyłacznie na korzyść dla kariery ScHoolboya. Jeżeli to wydaje się być sukcesem, to warto wspomnieć o kolejnym LP, które pojawiło się w rok po premierze Setbacks. Krążek Habits & Contradictions stał się pierwszym komercyjnym sukcesem amerykanina, na stałe definiując jego rolę w krajowej, a może nawet międzynarodowej rap grze. 

 

 

ScHoolboy Q, mimo wszystko, nie jest artystą – samotnikiem. Po pierwsze warto wspomnieć nadmienione wcześniej powiązanie z kolektywem Black Hippy – supergrupą, będącą satelitą wytwórni Top Dawg. W jej skład, oprócz Q, wchodzą Kendrick Lamar, Jay Rock i ab – Soul. Do dziś jednak ich wspólnego lonplaya nie widać na horyzoncie, choć pokaz swoich możliwości dają słuchaczom regularnie przy okazji solowych wydawnictw czy singli każdego ze swoich członków. Ostatnią ich aktywność zaobserwowaliśmy przy okazji remixu singla ScHoolboya, "THat Part", który w oryginale nagrany został z Kanye Westem, natomiast w remixie zawarł wersy każdego z człnków ugrupowania, w tym bardzo polityczne rymy samego autora oryginału.
Na samotność Q narzekać raczej nie powinien, bowiem ustatkował się i prowadzi sielankowe życie domatora, na codzień pełniąc funkcje głowy rodziny, której członkinią jest również młoda Joyce Hanley – córka rapera, która serca fanów muzyki ojca skradła dzięki gęstej obecności w mediach społecznościowych, ale również w klipach, czy nawet na okładce albumu Oxymoron oraz w otwierającym go kawałku "Gangsta". 

 

 

Wspomniany Oxymoron to trzece i najmocniejsze z dotychczasowych, pełnowymiarowych dokonań rapera. Będące wstępem do jego współpracy z labelem Interscope, wydawnictwo pokazuje Q od strony bezkompromisowego i surowego artysty, zaznaczającego swoją pozycję i korzenie muzyczne i środowiskowe, poprzez dużą dawkę prawdziwych bangerów i kilka istnych pereł współczesnego, alternatywnego oblicza gangsta rapu. Od hitowej kolaboracji z Kendrickiem lamarem pt. "Collard Greens", po błyskotliwe "Break THe Bank", album przez całą swoją długośc dostarcza dowodów na to, jak wielki talent dzierży w swoich rękach Hanley.

 

 

Po wielu spekulacjach i niejasnych wskazówkach, w lutym tego roku dowiedzieliśmy się oficjalnie, że nowy krążek ScHoolboya trafi w nasze ręce jeszcze w 2016. Niedługo, jak się okazało, trzeba było czekać. 8 lipca na sklepowe półki trafił następca cenionego Oxymoronu, Blank Face LP, czarujący nie tylko featuringami, ale także samą koncepcją, która, choć trochę rozjechana, daje się wychwycić, a gdy już się ją dojrzy, potrafi Quincy'ego Hanley'a ukazać w nowym, jeszcze ciekawszym swietle. Przykłady? Funkwe "Big Body", monumentalne i agresywne "Ride Out" z udziałem Vinca Staplesa czy przebojowe, stworzone przy współpracy z K-Dotem "By Any Means". 

 


 

Tekst powstał we współpracy z Magdaleną Staniszewską.