Archiwum

OFF Festival

W dniach 5-7 sierpnia katowicka Dolina Trzech Stawów wypełni się dźwiękami wyselekcjonowanymi specjalnie na OFF Festival. To już 11. edycja wydarzenia, które swoją różnorodnością, otwartością i promowaniem undergroundowej muzyki wszystkich kontynentów zapracowało na miano jednego z najważniejszych w Polsce. OFF to święto kultury alternatywnej – przez ostatnie lata na deskach czterech zmieniających się scen pojawiły się legendy punku, shoegaze'u i elektroniki. Jednak najważniejszym materiałem budulcowym festiwalu są artyści i zespoły nieznane szerszej publiczności, pozostające w opozycji do mainstreamu i komercji. Tutaj magia zaczyna się nie w momencie prezentacji pełnego line-upu, a w momencie koncertu muzyka, który do tej pory pozostawał nam obcy. Może dlatego tak wiele osób decyduje się na kupno karnetu bez uprzedniego przeanalizowania wszystkich muzycznych propozycji.

 

Tegoroczna edycja konsekwentnie podtrzymuje główne założenia OFFa, oferując intrygującą eklektyczną mieszankę. W ramach naszego cotygodniowego pasma "Artysta Tygodnia", wybraliśmy dla Was dziesięć nazw, które w rozpiskach powinny jawić się jako festiwalowe must be.

 

OFF Festival będzie jedną z trzech imprez na których pojawi się scena T-Mobile Elctronic Beats. W jej ramach usłyszymy przedstawicieli najlepszej elektroniki, od ambientu, przez rave, acid house po minimalistyczne techno. Przedstawicielem ostatniego jest islandzki duet Kiasmos, który tworzą Janus Rasmussen i Olafur Arnalds. Ich muzyka to spokojny taniec rytmiki i zloopowanych partii pianina. W swoim niezbyt obszernym dorobku prezentują kompozycje niemalże dualistyczne – z jednej strony czasem porywające, czasem kojące emocjonalnie, z drugiej noszące w sobie chętnie wykorzystywany przez duet potencjał klubowy.  

 

https://www.youtube.com/watch?v=3ycP6FvxYFo&list=PLaSPL5Nz7R7yb6IPLbtwklipw5hu-Sd97&index=1

 

Jeśli już o elektronice mowa, do Katowic zawita śmietanka brytyjskiej sceny, Wśród niej znajdzie się Zomby – rozgłos przyniósł mu wyśmienity debiutancki Where Were U in ’92? – wydany w 2008 roku z ramienia Werk Discs album był istnym hołdem dla rave’owej sceny lat dziewięćdziesiątych. W następnych latach działalności producent sięgał do różnych nurtów elektroniki, za każdym razem proponując indywidualnie wyselekcjonowaną mieszkankę dźwięków. Możliwe, że na OFF Festivalu usłyszmy zupełnie nowy materiał, którego premiera zaplanowana jest na sierpień. Dla fanów acidowego house zagra Daniel Avery, czerpiący inspiracje ze sceny Detroit, big beatu czy rodzimego UK garage’u. To artysta mocno trzymający się klasycznych rytmicznych brzmień, tym samym operujący niesamowicie tanecznymi kompozycjami.

 

 

OFF Festival jest najlepszym miejscem dla odważnych eksperymentatorów. Udowodniło to już wielu wykonawców, o których występach mówiło się jeszcze długo po opuszczeniu terenu festiwalu. Każdy, kto miał okazję słyszeć najnowszy album Anohni, Hopelessness z pewnością jest gotów na niesamowite i poruszające widowisko w wykonaniu tej brytyjskiej artystyki. Jej najnowszy krążek to połączenie pięknego, przejmującego wokalu i najświeższych, lecz wyważonych rozwiązań ze świata elektroniki, za które odpowiadają Hudson Mohawke i Oneothrix Point Never. Dodajmy do tego wciagające wizualizacje koncertowe i mamy występ na miarę 11 edycji, 

 

Na tej zeszłoroczne najbardziej wyczekiwanym rapowym koncertem był występ amerykańskiej formacji Run The Jewels. W tym roku ten tytuł zgarnęli po części GZA, a po części Flatbush Zombies, pochodzący z Brooklynu. W marcu tego roku wydali swój pełnoprawny debiut 3001: A Laced Odyssey, czyli pierwszy album długogrający. Wydany nakładem ich własnej wytwórni Glorious Thugs Recordings jest godzinną podróżą przez brzmienie, które prezentowali od początku swojej działalności. Pozytywny odbiór krążka jest wynikiem połączenia świetnej produkcji Ericka Elliota, niebanalnych, śmiało odnoszących się do polityki czy popkultury wersów i doboru różnorodnych inspiracji. Mówiąc o muzyce Flatbush Zombies śmiało można użyć określenia “poetyckiego hip-hopu”. A Laced Odyssey udowodnił ważność rangi tria na scenie nowojorskiego rapu. 

 

 

Ta da o sobie znać również przy okazji występu rapera GZA, najbardziej znanego dzięki pracy z nowojorskim kolektywem Wu Tang Clan, czyli absolutnym kamieniem milowym naszych czasów. Nie można jednak zapomnieć o jego solowej karierze, która to niedługo zrodzi kolejny album. Po 8 latach ciszy od wydania Pro Tools, raper powraca z albumem Dark Matter. Zapowiada się, że w sierpniowy, sobotni wieczór najpewniej usłyszmy coś nowego.

 

OFF Festival często gromadzi artystów, których muzykę trudno przypisać do któregokolwiek gatunku. To autorskie mieszanki niepodlegające żadnym schematom. Jedną z nich prezentuje brytyjski duet Sleaford Mods, którzy kiedyś o swojej twórczości powiedzieli jako o elektronicznym minimalistycznym punk-hopie przemawiającym do klasy robotniczej. Krytkują popkulturę, konsumpcjonizm i społeczne wady, swoje słowa wkładając w post punkową, mocno basową mieszankę, często brzmiącą na niespójną. Swoje inspiracje czerpią m.in. z subkultury modsów, wywodzącej się głównie ze środowisk robotniczych.

 

 

Dla Katowic pierwszy weekend sierpnia to za każdym razem zderzenie wielu odmiennych kultur, które objawia się poprzez emocjonujące występny artystów z najróżniejszych zakątków ziemi. Podobnie sprawa wygląda z jedną z tegorocznych gwiazd. Jest nią brytyjsk-amerykański misz masz, czyli projekt The Kills, tworzony przez gitarzystę-wyspiarza, Jamiego Hince oraz pochodzącą zza oceanu wokalistkę Alison Mosshart, kojarzoną również słusznie z grupą The Dead Weather. Po ujawnieniu informacji o nadchodzącym albumie i ogłoszeniu swojej obecności na katowickim festiwalu było jasne, że ich występ na dużej scenie będzie wyjątkowy. Dziś wiemy to już na pewno, bo krążek Ash & Ice ukazał się ponad miesiąc temu. Szykujcie się zatem na seta pełnego nowego materiału.

 

Od odświeżających brzmień współczesnej elektroniki, przez klasyczny rap i eksperymentalne R&B, po brytyjski shoegaze i amerykański grunge. To właśnie ten ostatni gatunek jest domeną pochodzącego ze Seattle projektu Mudhoney, który był częścią sławnej rewolucji lat 90-tych, której efektem było spopularyzowanie brudnego, bezpretensjonalnego brzmienia, nazwanego potem Grunge. Podopieczni legendarnej wytwórni Sub Pop przybędą zza Atlantyku, by pokazać publiczności mocno taneczną, punkową energię rodem ze stolicy grunge-u.

 

 

Przeciwwagą dla mocniejszych gitarowych brzmień będzie odrobina folku w najlepszym wydaniu. Mowa o Devendrze Banhart, który do stolicy górnego śląska przybędzie niedługo przed premierą swojego dziewiątego longplay’a – Ape In Pink Marble, który ma trafić do sprzedaży 23 września. Za produkcję nowego materiału, tak jak w przypadku poprzedniego krążka,Mala, odpowiada duet tworzony przez Josiaha Steinbricka oraz Noah Georgesona, który wyprodukował m.in. najnowszy album Brodki, Clashes.

 

Pełny line-up znajdziecie na oficjalnej stronie festiwalu. Poniżej pełna radiowa playlista prezentująca asrtystów wymienionych powyżej. 

 

 

Tekst powstał we współpracy z Michałem Rypel

Blood Orange

2 lata kazał czekać słuchaczom na swój nowy materiał.

Wreszcie jest, ponownie enigmatyczny i czarujący album pt. Freetown Sound.

 

Właśnie ukończyłem album o moim życiu, moim wychowaniu, byciu czarnym w Anglii, byciu czarnym w Ameryce… mojej przeprowadzce do tego kraju w wieku 21 lat, w tym samym wieku, w którym moja mama wyprowadziła się z Guyany a mój ojciec ze Sierra Leone właśnie do Londynu. Tytuł ‘Freetown Sound’ zaczerpnąłem od nazwy Freetown – miejsca gdzie urodził się mój ojciec.

 

Po przeniesieniu się do Nowego Jorku w połowie 2000 roku, Devonte Hynes przyjął pseudonim Blood Orange. Był to początek nowej, największej przygody w życiu artysty. Zaczął wynajdywać dzieła muzycznych legend wspomnianego miasta by stworzyć swój osobliwy styl delikatnego popu. Album ‘Freetown Sound’, który jest następcą ‘Coastal Grooves’ i przełomowego ‘Cupid Deluxe’, opiera się na wszystkim czego Hynes dokonał do tej pory jako producent i wokalista. Czerpiąc z głębokiej studni technik i odniesień, album w zaskakujący sposób łączy w sobie szereg emocji, stylistyk i brzmień naszej epoki.

 

 

Pierwszego lipca miała miejsce premiera najnowszego wydawnictwa artysty kryjącego się pod pseudonimem Blood Orange. W swojej karierze muzycznej ma na koncie pięć długogrających, konceptualnych albumów, którymi podbił serca fanów na całym świecie. Przepis na sukces? W przypadku Blood Orange to połączenie niezwykłej charyzmy i bardzo detalicznego podejścia do kompozycji. W jego twórczości nie ma miejsca na przypadkowość. W utworach bezbłędnie dobiera instrumentarium czy partie wokalne i w ten sposób uwypukla emocje. Podobnie jak na poprzednim albumie kreuje swoje brzmienie poprzez fascynację stylistyką lat osiemdziesiątych i specyfiką życia nowojorskich ulic. Trudno tak po prostu zamknąć jego muzykę w jednym gatunku. To fenomenalna fuzja dźwięków charakterystycznych dla indie, r&b, popu czy soulu. Te 17 utworów to podróż wokół tematów osobistych, ale i społecznych. Nie ma tu miejsca na tabu. Warstwa muzyczna to definicja subtelności zamkniętej w eksperymentalnych produkcjach.

 

 

Istnieje wiele powodów, dla których można by polubić twórczość Blood Orange, a na pewno trudno przejść obok niej obojętnie. Tu żywe instrumenty spotykają się z dźwiękami świata i elementami elektroniki. Warstwa liryczna to pełne wrażliwości historie, które naprawdę potrafią poruszyć. To muzyka, która przenosi słuchacza w nieznany mu dotąd stan. Nielada gratka dla fanów konceptualnych albumów. Podróży z Blood Orange doświadczysz na 91.6 FM. 

 

 

Underworld


1
 

Legenda brytyjskiej elektroniki- zespół Underworld, w marcu tego roku, po sześcioletniej przerwie wydaje swój najbardziej dojrzały album o przedziwnym tytule „Barbara, Barbara we face a shining future”.

O początku grupy Underworld można mówić już w latach osiemdziesiątych, kiedy to dwóch studentów z Cardiff – Karl Hyde i Rick Smith, wpada na pomysł stworzenia nowofalowej grupy o nazwie Freur. Do nowego projektu zostają zaangażowani muzycy z zespołu The Screen Gemz’ i wspólnie nagrywają dwa albumy – dość charakterystyczne dla tego okresu. „Doot-doot” i „Get Us Out Here” to płyty na których króluję muzyka new wave oraz synth-pop.

Underworld jako samodzielny zespół, zaczyna kształtować się w 1987 roku, po upadku grupy Freur, jednak skład nadal tworzą ci sami muzycy. Nazwa bandu zostaję zaczerpnięta z horroru Clive’a Barkera, w którym za oprawę muzyczną zadbał Karl Hyde i spółka. Underworld  to nadal zespół nowofalowy, lecz w utworach coraz częściej zaczyna pojawiać się elektronika. Do końca lat osiemdziesiątych powstają dwie płyty: „Underneath the Radar” i  „Change the Weather”, z których szczególnie ta druga dostaje wiele nieprzychylnych recenzji.

 

 

Po dość słabym okresie, zespół zawiesza działalność, a po powrocie przeżywa rewolucję. Jej powodem było zatrudnienie do zespołu brytyjskiego dj-a Darrena Emersona, który określa nową stylistykę grupy. Owocem tej współpracy jest płyta „dubnobasswithmyheadman” z 1994 roku, do dzisiaj określana jako przełomowa w gatunku techno. Największy sukces komercyjny, przynosi zaś zespołowi film "Trainspotting” z 1996 roku. Właśnie w nim znalazł się utwór "Born Slippy", który nie został wydany na żadnej regularnej płycie zespołu. Utwór do dzisiaj jest uważany jako hymn pokolenia, dorastającego w latach dziewięćdziesiątych, a także nierozłączny element nielegalnych raveów w Wielkiej Brytanii.

 

 

Do końca lat dziewięćdziesiątych powstały jeszcze dwie płyty zespołu, które po sukcesie Born Slippy spotkały się z bardzo dobrym odbiorem. „Second Toughest in the Infants” i „Beaucoup Fish” to tytuły, które potwierdzają zainteresowanie grupy innymi gatunkami muzyki elektronicznej, co staję się charakterystyczne w ich twórczości do dnia dzisiejszego. Oprócz techno, pojawił się house, trance czy nawet drum’n’ bass. W 2000 roku, wraz z wydaniem koncertowej płyty „Everything, Everything” z grupą pożegnał się Darren Emerson- inicjator stylu przyjętego przez Underworld, jednak nie wpłynęło to w żadnym stopniu na ich twórczość. W zastępstwo za Emersona, grupa do dzisiaj jest wspierana podczas tras koncertowych przez Darrena Price’a – dja odpowiadającego za  remiksy utworów Underworld.

 

teraz

 

Początek XXI wieku przyniósł grupie kolejne trzy albumy, które nadal intrygowały swoim eklektyzmem brzmieniowym. Charakterystyczne dla zespołu stało się zachowanie elementów, znanych z ich poprzedniej twórczości. Mowa o wokalu Hyde’a, który do dzisiaj jest obecny w większości utworów, a także o wstawkach typowo gitarowych. Te połączenie ukształtowało unikatowy styl grupy, który w gronie zainteresowanych uchodzi nadal za jeden z bardziej rozpoznawalnych. Elektroniczna podróż po gatunkach i autentyczność Hyde’a przyciągała do siebie ludzi, przez co zespół zaczął obrastać w legendę, a do tego angażował się w coraz to nowsze projekty. Jednym z najważniejszych było zarządzanie muzyką na ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w 2012 czy współpraca z takimi tuzami muzyki jak Brian Eno czy High Contrast.

 

 

W marcu bieżącego roku wydana została płyta „Barbara barbara we face a shining future”. W muzyce Underworld słychać dojrzałość, która nie była jeszcze tak obecna na poprzedniej płycie, czyli „Barking”. Na nowym krążku zespół zabiera nas w wielowątkową podróż, w której słychać powrót do ich muzycznych korzeni i inspirację brzmieniem gitarowym. Charakterystyczny wokal Hyde, wiele eksperymentów oraz przenikające się gatunki, to tylko część tego co zaprezentowała nam nowa płyta składu.

 

 

M83

Początkowo duet, dziś solowy projekt – przeszedł długą drogę od elektronicznego shoegaze’u do popowych piosenek. M83 artystą tygodnia Radia LUZ

 

Pomysł na M83 powstał, gdy Anthony Gonzalez miał jeszcze 17 lat. Wtedy to kupił swój pierwszy syntezator i rozsyłał nagrania demo do Francuskich wytwórni. Ostatecznie zainteresował się nim paryski label Gooom Records. Młody Gonzalez nazwał swój projekt po galaktyce M83 i poprosił swojego kolegę, Nicolasa Fromageau o pomoc. Jak sam wówczas twierdził, nie był na siłach prowadzić zespołu sam.

Muzycy połączyli swoje siły w 2001 we francuskim Antibes. Jeszcze tego samego roku duet wydał pierwszy album nazwany po prostu „M83”. Niestety debiutancki krążek nie zdobył większego rozgłosu. Dopiero kolejne wydawnictwo, „Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts”, stało się popularne w skali światowej. Obie płyty znacznie różnią się stylistycznie od tego, co usłyszec można na najnowyszch albumach M83.

 

 

Po wydaniu „Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts”, ruszyli w trasę koncertową po całym świecie. Po odbyciu trasy, Nicolas odszedł z M83. W późniejszych wypowiedziach na ten temat zdradził, że przestali się zgadzać z Anthonym, który najwyraźniej chciał prowadzić ten projekt sam.

W 2005 przyszedł czas na kolejny album: „Before the Dawn Heals Us”. Wówczas M83 to był już jednoosobowy projekt muzyczny Anthony’ego Gonzaleza. Jeszcze tego samego roku artysta wydał kilka remiksów znanych zespołów takich jak Placebo, Bloc Party, czy Depeche Mode, co znowu przyniosło mu duży rozgłos.

 

 

Po „Before the Dawn Heals Us” nastąpiła zmiana w stylistyce M83. Kolejny album, „Digital Shades, Vol. 1” był ambientowym eksperymentem, który nie zdobył większego uznania. Natomiast rok później ukazała się dream popowa płyta „Saturdays = Youth”. Piąty album wkonawcy wyraźnie wzoruje się na muzyce z lat 80. i jest znacznie bardziej „piosenkowy” niż poprzednie wydawnictwa. Sam Gonzalez wypowiadał się, że chciał oddać tą płytą hołd latom 80., a także swojej młodości. W końcu teksty na tej płycie tyczą się wieku nastoletniego

 

 

Kolejny przełom w historii zespołu to rok 2011 i pojawienie się „Hurry Up, We’re Dreaming”. Wydany na dwóch płytach CD w Brytyjskim labelu Mute, album również utrzymuje się w stylistyce lat 80. i opowiada o snach, marzeniach oraz tym, jak dzieci porafią różnić się od dorosych. Wydanie podwójnego albumu to było pragnienie Gonzaleza od kiedy usłyszał „Mellon Collie and the Infinite Sadness” The Smashing Pumpkins. Singiel „Midnight City” zapowiadający „Hurry Up, We’re Dreaming” odbił się szerokim echem na całym świecie i zdobył zainteresowanie wielu fanów muzyki. Był udostępniony do streamowania oraz pobierania za darmo na stronie zespołu. Był także wybrany jako najlepszy singiel 2011 roku według Pitchforka.

 

 

Jednym z wielu sukcesów M83 było napisanie soundtracku do filmu. W 2013 do kin wszedł „Niepamięc” (andg. „Oblivion”) w reżyserii Josepha Kosinskiego. Jest to opowieść science-fiction o przyszłości, w której ludzkość żyje na jednym z księżyców Saturna. Główną rolę grał Tom Cruise. Przy nagrywaniu ścieżki dźwiękowej Gonzalez współpracował z innym muzykiem, Josephem Trapanasem. Album ten doczekał się nawet singla – Oblivion, na którym zaśpiewała Susanne Sundfør ukazał się w marcu 2013 w labelu Back Lot Music.

 

 

Artysta nie raz pokazał, że lubi muzyczne eksperymenty. Drastyczne zmiany stylistyki czy ścieżki dźwiękowe do filmów to tylko niektóre z nich. W zeszłym roku muzyk nagrał utwór wspólnie z pionierem muzyki elektronicznej – Jeanem Michaelem Jarre. „Glory” zostało okraszone mrocznym teledyskiem, który pokazuje absurd rywalizacji w sporcie ku uciesze publiczności

 

 

Oprócz soundtracku do „Niepamięci” oraz singla Glory, od 2011 nie ukazał się żaden longplay M83. Fani byli już zniecierpliwieni tą ciszą i chcieli kolejnego albumu. W końcu w marcu tego roku pokazał się nowy singiel o tytule „Do It, Try It”. Utwór zapowiadał nową płytę, „Junk”. Nie obyło się bez kontrowersji. Najnowsze wydawnictwo to kolejna zmiana w stylistyce. Na próżno tu szukać elektronicznego shoegaze’u znanego z pierwszych płyt czy sennego synthpopu z „Saturdays = Youth”. Piosenki z „Junk” są najbardziej popowe w historii zespołu.

 

 

 

The Smiths

Jak wyglądałby indie rock bez The Smiths? Czy w ogóle powstałby britpop? Co by się stało gdyby Johnny Marr nie spotkał Morrisseya w 1982? Na te (i nie tylko) pytania odpowiadamy w tym tygodniu na antenie Akademickiego Radia LUZ przy okazji 30. rocznicy wydania wielkiego albumu The Queen Is Dead, rozbierając magnum opus czwórki z Manchesteru na czynniki pierwsze.

 

 

The Smiths pokazali, że muzyka rockowa nie musi być prosta, a wielu młodym ludziom, że ze swoimi rozterkami nie są sami. The Queen Is Dead był trzecim z kolei albumem The Smiths. Wydana 16 czerwca 1986 roku płyta stała się natychmiastowym klasykiem, a w perspektywie lat okazała się jednym z najlepszych krążków tamtej dekady.

 

Utwór otwierający płytę, zatytułowany tak samo jak album, mógł już zwalić z nóg. Piosenka zaczyna się od fragmentu wyciętego ze standardu “Take Me Back to Dear Old Blighty”, po którego zakończeniu wchodzi perkusista Mike Joyce z szaleńczą gonitwą na tomach. Nagle pojawia się bas Andy’ego Rourke'a i chórki, w których Morrissey brzmi jak duch. Robi się naprawdę psychodelicznie, gdy Johnny Marr dokłada swoje gitary, powstałe podobno w wyniku eksperymentowania z efektami. Potem Moz zaczyna swoje lamentowanie, przeciągając w swoim stylu każdą frazę. Zwrotka przechodzi gładko w quasi-refren, w którym Morrissey znów śpiewa jakby był z zaświatów. W pewnym momencie piosenka przeradza się w psychodeliczny, rockowy jam, któremu przyklasnąłby Jimmy Page. Jednak najbardziej osłupiającym zabiegiem, świadczącym o bezkompromisowości i geniuszu Marra, jest to, że przez całą piosenkę górny rejestr wypełnia pisk – odgłos zjawy.  

 

Rozpędzający się od pierwszej sekundy kolejnego utworu bas Andy’ego Rourke'a budzi pewne wątpliwości czy w naszym odtwarzaczu dalej znajduje się album The Queen Is Dead. Bardzo szybko sprawę wyjaśnia Morrissey, dołączając ze swoim charakterystycznym wokalem, a cała kompozycja nabiera sensu. Utwór "Frankly, Mr. Shankly" swoją formą przypomina list, którego adresatem jest tajemniczy Mister Szankli. Możemy jedynie domyślać się, że w rzeczywistości chodzi o Geoffa Travisa, szefa ówczesnej wytwórni The Smiths – Rough Trade Records. Wokalista czuł się rozgoryczony bardzo niekorzystnymi warunkami kontraktu, który wiązał obie strony. Poradził sobie jednak z tym problemem w charakterystyczny dla siebie sposób – żartując z siebie, wytwórni i całej branży.

 

Duża część trzeciego albumu The Smiths przepełniona jest typowym "morrisseyowskim" niepokojem, niepozbawionym pewnej ckliwości, ale jednocześnie chwytającym za gardło autentycznością niespotykaną u żadnego innego artysty. Nie inaczej jest z trzecim w kolejności mini-dziełem, jakie znalazło się na The Queen Is Dead. Jednak "I Know It's Over" jest utworem szczególnym, nie tylko w skali tego albumu, ale całej twórczości czwórki z Manchesteru. Melancholia w wydaniu Morrisseya i spółki przeważnie zawiera element hiperboli, sprawiający że nawet najbardziej przygnębiające teksty zespołu trudno odczytywać z pełną powagą. Smutek i rezygnacja równoważone są przez potężny ładunek dystansu, trochę na zasadzie "jest tak źle, że pozostaje się już tylko śmiać". W przypadku trzeciego utworu na The Queen Is Dead jest inaczej; Morrisseyowi zupełnie nie jest do śmiechu. Przez niemal sześć minut trwania utworu Moz rysuje obraz rozpadającej się psychiki i ostatecznej rezygnacji, prowadzącej do zakwestionowania sensu istnienia. Ten nihilistyczny przekaz nabiera jeszcze większej mocy dzięki wyjątkowej jak na The Smiths zachowawczości w warstwie muzycznej. Gitara Johnny'ego Marra pojawia się sporadycznie na drugim planie, podkreślając gorzkość wyśpiewywanych przez Morrisseya słów i jednocześnie pozostawiając im odpowiednią przestrzeń.

 

Pomimo wielkich aktywistycznych ambicji frontmana i sporego natężenia treści zaangażowanych politycznie w twórczości The Smiths na przestrzeni lat, utworami które dziś najlepiej się bronią, przynajmniej w warstwie lirycznej, są te powstałe na kanwie emocjonalnych wycieczek Morrisseya wgłąb samego siebie. Takich utworów nie brakuje na legendarnym albumie, początkowo zatytułowanym roboczo Margaret on the Guillotine, i jednym z nich z pewnością jest "Never Had No One Ever". Słuchacz, jeszcze w stanie osłupienia po sześciominutowej deklaracji rozpaczy w postaci "I Know It's Over", pozostaje w matni egzystencjalnych rozważań Moza, który tym razem powraca na znajome ulice Manchesteru, aby dotrzeć do genezy swojej nieskończonej samotności. Zdaniem Johnny'ego Marra, utwór, powstały na fundamencie "I Need Somebody" The Stooges, najlepiej z całego albumu oddaje nastrój sesji nagraniowych do The Queen Is Dead.

 

Dla morrisseyowskiej poezji trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce niż cmentarz. Nie tylko ze względu na silnie obecny w jego tekstach post-dekadentyzm czy mieszającą słodką melancholię z nutką gorzkiego realizmu janglepopową konwencję, ale przede wszystkim ze względu na to, że prawdopodobnie tylko u progu cmentarnych bram lider The Smiths jest w stanie prawdziwie zjednoczyć się duchem i ciałem ze swoimi ulubionymi autorami: kanadyjską poetką Elizabeth Smart czy irlandzkim pisarzem epoki wiktoriańskiej Oscarem Wildem. Z właściwą sobie nonszalancją Morrissey udaje się tam jednak nie w upiornie deszczową noc, a w spokojne słoneczne popołudnie. W "Cemetry Gates" piosenkarz zwraca się w stronę krytyków lamentujących nad typową dla niego manierą pożyczania zasłyszanych wcześniej cytatów i fraz na potrzeby własnej twórczości. "John Keats i William Butler Yeats są po waszej stronie, ale przegrywacie, bo Oscar Wilde stoi po mojej" — zręcznie odbija piłeczkę na tle promiennej folkowej aranżacji.

 

Oprócz żonglerki cytatami, Morrissey uwielbiał eksperymenty ze swoim głosem, a wokal który słyszymy w tle kolejnego utworu, „Bigmouth Strikes Again”, jest na to doskonałym dowodem. Jeżeli przyjrzymy się okładce The Queen Is Dead, zauważymy, że chórki przypisane są niejakiej Ann Coates. Być może Morrissey postanowił stworzyć specjalne alter ego dla swojego zniekształconego przez efekty głosu. Być może po prostu postanowił kolejny raz zaśmiać się w twarz słuchaczowi. Sam tekst utworu, podobnie jak "Frankly, Mr. Shankly", kierowany jest do branży muzycznej. W pierwszym wersie Moz porusza ponownie kwestię niekorzystnego dla zespołu kontraktu z wytwórnią (jest to dowód na to, że nie warto z nim wchodzić w zatargi, bo będzie pisał o tym utwory dopóki będzie miał taką możliwość). W dalszej części utworu porównuje się do Joanny d’Arc, ubolewając przy tym, że inni krytykują go za to co mówi publicznie o ludziach. Humorystycznie nazywa samego siebie Wielką Gębą. Ciekawostką jest, że Morrissey postanowił iść z duchem czasu i w wersji koncertowej zastąpił „topiącego się walkmana” na „topiącego się iPoda”.

 

"The Boy with the Thorn in His Side", pierwszy singiel promujący The Queen Is Dead niemal na rok przed wydaniem płyty, to prawdopodobnie jeden z najpotężniejszych manifestów w dorobku Morrisseya i The Smiths, choć trudno osądzić to jednoznacznie w bezliku morrisseyowskiego symbolizmu. Opowieść o chłopcu z cierniem w boku to odniesienie do antycznej historii Androklesa i lwa opowiedzianej po raz pierwszy przez Geliusza w Starożytnym Rzymie. W oryginalnej opowieści Androkles, niewolnik-uciekinier, zostaje schwytany i w ramach kary rzucony lwom na pożarcie. Traf chce jednak inaczej — lew, którego mężczyzna spotyka na arenie, został przed laty wyswobodzony przez niego z cierniowej pułapki — poznaje go i zaczyna się łasić. W nagrodę cesarz daruje mu życie. Kompozycję Morrisseya także wypełnia nadzieja. Utwór oficjalnie skierowany do wszystkich tych, którzy nie wierzyli, że uda mu się zrobić karierę muzyka, podejmuje jednak o wiele szersze zagadnienie — inności i braku akceptacji — tak silnie obecne w społeczno-politycznym krajobrazie współczesnego świata. To w pierwszej kolejności osobiste i poruszające świadectwo człowieka odrzuconego.

 

Morrissey to nie tylko panseksualny wrażliwiec o kociej duszy, który w swoim życiu napisał kilkaset wybitnych tekstów. To też – a może przede wszystkim – bohater klasy pracującej, bystry obserwator życia pracujących mas Manchesteru, a zarazem celny krytyk dojrzałego thatcheryzmu. W trakcie „Vicar in a Tutu”, ósmego utworu na The Queen Is Dead, dostaje się establishmentowi przede wszystkim kościelnemu. The Smiths piętnują wikariusza udzielającego rozgrzeszenia w zamian za kilka drobnych rzuconych na tacę. Zabawny tekst o zabawnej posłudze okraszono równie zabawną muzyką (szkoda tylko, że to chyba najsłabszy kawałek na płycie).

 

O kolejnym w kolejności kawałku na albumie, “There Is a Light That Never Goes Out”, być może powiedziano już wszystko. Każdy zachwyca się tekstem, wielu mówi o wykwintności kompozycji Johnny’ego Marra, setki podkreślają dualizm emocjonalny — mamy smutek, ale i wielką nadzieję. Lecz jest kilka aspektów, które umykają recenzentom. Otóż to, co tutaj gra Andy Rourke, należy do najlepszych linii basu w historii. Wydawałoby się że biegnie pod prąd, a pięknie skleja cały aranż. Czasem wdaje się w dialog z Morrisseyem i jednocześnie opowiada swoją historię, a do tego "skacze" z wielką swobodą po całej skali. Kolejną rzeczą jest geniusz aranżacyjny Marra, który najbardziej się uwidacznia, gdy ni stąd, ni zowąd pojawia się wzruszający motyw grany na flecie prostym — można zadać pytanie: jak on to w ogóle wymyślił? Do tego smyczki, pojawiające się w drugim refrenie, które wbrew temu, co jest napisane w książeczce dołączonej do płyty, wcale nie są nagrane przez The Hated Salford Ensemble, a są syntezowane. A czy w ogóle ktoś zauważył, że na początku drugiej zwrotki Mozowi łamie się głos? Emocjonalnie – rozrywające.

 

Zamykający legendarny album utwór o dużych dziewczynach (a także ich matkach) "Some Girls Are Bigger Than Others" kryje w sobie najbardziej skomplikowaną zagadkę na całej płycie. Samo rozwiązanie jest banalne, ale nie będziemy nikomu psuć zabawy z dochodzeniem do prawdy. Mimo to zagwozdka z tym enigmatycznym tytułem – który, nawiasem mówiąc, wcale nie chce być enigmatyczny – tkwi chyba w recepcji The Smiths jako grupy śpiewającej głównie dla delikatnych, zniewieściałych chłopców. Nadwrażliwość owych nie sprawia jednak, że są oni odporni na tak prozaiczne sprawy, o jakich śpiewa tu Moz. Przeciwnie – te, powiedzmy szczerze, prostactwa są jeszcze trudniejsze do zniesienia. Całość płynąca na bardziej niż zwykle eterycznym riffie zostawia słuchacza w gąszczu wielu nieoczywistości. Warto przy tym dodać, że to ostatni utwór zagrany na żywo przez oryginalny skład grupy. Znamienne.

 

 

Przygotowali: Krzysztof Ciach, Bartosz Dziedzic, Piotr Myszyński, Sebastian Rogalski, Konrad Zalewski

 

Wilco

Czym jest Wilco? Co to za zespół, tak uwielbiany w Stanach Zjednoczonych, a niemal anonimowy w Polsce? Na własnym podwórku grupa lata temu urosła do rangi symbolu. Dziś wciąż posiada wszystko to, co w amerykańskiej muzyce przynosi sukces. Grają pochodną country, rocka i folku. Jednocześnie krytycy mogą rozwodzić się nad ich nowatorskim podejściem i złożonymi strukturami utworów. Nie zapominajmy też o rozpieszczaniu fanów przez zespół. Niespodziewanie wydawane albumy do pobrania z sieci za darmo to u nich już standard. Z okazji pierwszego występu Dumy Chicago w Polsce – Wilco Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

 

Początki zespołu sięgają przełomu lat 80/90. Wtedy to 20-letni Jeff Tweedy kształtował swoją muzyczną tożsamość z zespołem Uncle Tupelo. Już w tamtym czasie garstka krytyków zwróciła uwagę na odważne i niestandardowe podejście zespołu do muzyki country. Piosenki łączyły ten gatunek z punkiem, co mimo, że wydawało się intrygujące, dla młodych muzyków było czymś naturalnym. Niedługo później ową mieszankę wdzięcznie ochrzczono cow-punkiem. Uncle Tupelo znaleźli więc własny język, niemniej liczne występy przed pustą salą doprowadziły do rozpadu formacji. Jeszcze w tym samym roku, w składzie niemal identycznym jak u poprzedniczki, narodziła się grupa Wilco i wydała debiutancki krążek A.M.

 

Żywiołowe, skoczne początki Wilco przyniosły grupie umiarkowaną rozpoznawalność. W drugiej połowie lat 90 znaleźli się pod skrzydłami Billy’ego Bragga, z którym nagrali ogrom materiału, składającego się z niepublikowanych kompozycji legendy tradycyjnego folku Woody’ego Guthrie. Być może mnogość czynników takich jak niekończące się sesje nagraniowe, nienajlepszy stosunek członków Wilco do Bragga i przesyt muzyką tradycyjną sprawiła, że Tweedy i spółka skupili się na eksperymentowaniu z brzmieniem. Płyta Summerteeth to mnóstwo spokojnych, folkowych numerów, ale i kilka przebłysków, elektronicznych wstawek. To zwiastowało rewolucję, która nadeszła trzy lata później.

 

https://www.youtube.com/watch?v=0IUmrq_1fQw

 

Yankee Hotel Foxtrot był jednogłośnie obwołany najważniejszym albumem 2002 roku w Ameryce. Pomimo tego, że idea płyty rodziła się już 2 lata wcześniej, a materiał zarejestrowano przed 11 września, to album wydano tuż po katastrofie World Trade Center. Jego zawartość, w połączeniu z tymi kilkoma faktami, sprawiła, że można go nazwać proroczym. Ponury klimat płyty i bezpośrednie teksty Tweedy’ego nie koiły ran strwożonego narodu, ale właśnie takich piosenek potrzebowali wtedy Amerykanie. Niespotykana warstwa muzyczna to w przypadku Yankee osobne dzieło sztuki. Jednocześnie prosta i wyrafinowana. Czuć w tej muzyce, że jej autorzy przemyśleli każdą nutę tak, aby przy minimalnym wykorzystaniu poszczególnych instrumentów osiągnąć piorunujący efekt.

 

Zasadniczym wątkiem w historii zespołu są jego perypetie z wytwórniami płytowymi. Jako pierwsza wyłowiła ich Reprise. Niezbyt pomyślna relacja pełna próśb i kompromisów zakończyła się w pamiętnych okolicznościach. Gdy artyści przynieśli przełożonym gotowy krążek Yankee Hotel Foxtrot, ci, absolutnie nie wyczuwając potencjału tej muzyki, odesłali ich z kwitkiem w myśl hasła ‘my tu nie widzimy singli’. Wilco wydali więc album na własną rękę za pośrednictwem sieci i bardzo szybko znaleźli się pod skrzydłami Nonesuch Records, dla których Yankee stał się bestsellerem. Po czterech albumach dla Nonesuch, Wilco stworzyli własną wytwórnię dBpm, czyli decibels per minute i wydają pod nią do dziś.

 

 

Panowie słyną z ujmujących liveactów. Nic dziwnego skoro Jeff Tweedy dysponuje znakomitym, naturalnym wokalem. Wielkim atutem utworów Wilco jest też złożona budowa wielu kompozycji, oparta o instrumentalne harmonie. Jednym z lepszych posunięć muzyków było zaproszenie rewelacyjnego gitarzysty Nelsa Cline’a do zespołu w 2004 roku. Równie rozsądne było nagranie live albumu, Kicking Television: Live In Chicago, który tylko potwierdził koncertowy potencjał tych enigmatycznych piosenek.

 

Wilco przebywają właśnie w Europie i promują swoją ostatnią, zeszłoroczną płytę Star Wars, kolejny produkt potwierdzający regułę mówiącą, że Wilco nigdy nie wypadają z formy. Niegdyś hipnotyzowali słuchacza między innymi przestrzenią. Teraz kompletnie ją porzucili na rzecz gęstych, potężnie przesterowanych i sfuzzowanych gitar niemal jak u T-Rexa. Nowy album został, podobnie jak Yankee Hotel Foxtrot, podarowany fanom niespodziewanie i za darmo w formie cyfrowej. Co najlepsze, w jednym z wywiadów Jeff Tweedy zdążył się przyznać, że w tym roku Wilco wydadzą kolejny taki krążek, który brzmieniowo ma odbiegać od dotychczasowych dokonań zespołu.

 

https://www.youtube.com/watch?v=XveyLtEcZRM

 

Halfway Festival jest organizowany w Amfiteatrze Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Połączenie kameralnego miejsca i zapewnienie integracji artystów z publicznością owocuje stworzeniem wyjątkowej przestrzeni dla songwriterów i artystów folkowych cechujących się dużą wrażliwością. To właśnie tam 26 czerwca będzie można po raz pierwszy w Polsce sprawdzić koncertowe możliwości Wilco.

The Kills

Alison Mosshart i Jamie Hince to dwie przeciwności – ona jest energiczna i odważna, on wycofany i spokojny. Ona może stworzyć dwadzieścia utworów i gdy jeden wyjdzie dobry jest zadowolona, on woli siedzieć nad jednym utworem tak długo, aż sam siebie zadziwi. Oboje przyznają jednak, że to właśnie te różnice są powodem, dlaczego tak dobrze im się współpracuje. 3 czerwca, po pięciu latach przerwy, wydali nową płytę. Ponadto niedługo zobaczymy ich na żywo w trakcie katowickiego OFF Festivalu – The Kills Artystą Tygodnia w Radiu Luz.

 

 

Początki twórczości The Kills były dość trudne. Mosshart i Hince poznali się przypadkiem – gdy Alison grała jeszcze w zespole Discount. W trakcie trasy koncertowej wynajmowała pokój w tym samym hotelu co Hince – i to w dodatku pokój dokładnie pod nim. Jednego wieczora usłyszała jak gra na gitarze. Jedno doprowadziło do drugiego i oboje zaczęli wspólnie pisać piosenki poprzez wymianę listową – ona mieszkała w rodzinnej Florydzie, on w Londynie. Było to jednak męczące dla obu stron i po rozpadzie Discount, Mosshart przeniosła się do Anglii, by móc w pełni poświęcić się tworzeniu z Hincem. 

 

 

Pierwsze wydawnictwa The Kills bardzo mocno przypominały garażowy punk. Minimalistyczne kompozycje pełne były prymitywnych riffów gitarowych i drapieżnego głosu Alison. Po wydaniu debiutanckiej płyty Keep On Your Mean Side w 2003r, krytycy porównali ich do The White Stripes choć jednak na pierwszy plan wysuwa się skojarzenie z The Velvet Underground, gdzie usłyszeć można podobne rozwiązania brzmieniowe.

 

 

W 2005 roku The Kills wydali drugą płytę „No Wow” – miała ona dużo z punkowości poprzedniego albumu, ale była jeszcze bardziej minimalistyczna.W założeniu jednak  album miał być zupełnie inny od finalnego produktu. Dlaczego? Hince planował nagrywać swoje partie na syntezatorze Moog. Jednakże ten się zepsuł i nie dało się go naprawić przed wejściem do studia, więc zespół podjął decyzję o zmianach w brzmieniu. Nam teraz pozostaje zastanawiać się, jak brzmiałoby The Kills, gdyby ten felerny sprzęt działał jak należy.

 

 

W ciągu swojej kariery zespół mocno ewoluował – członkowie zresztą nie ukrywają, że starają się za każdym razem zrobić coś nowego i nieustannie eksperymentują – i tak jak ich pierwsze wydawnictwa wprowadzały minimalistyczną, złowieszczą atmosferę tak już trzecia płyta „Midnight Boom” tego minimalizmu nie miała. Co więcej – na trzecim albumie The Kills było bliżej do zespołu popowego niż punkowego. Utwory jednak dalej miały energię charakterystyczną dla zespołu. I ta ewolucja wyszła im na dobre – właśnie tym krążkiem The Kills przebili się do mainstreamu. Pokazuje to chociażby fakt, że wiele kawałków z Midnight Boom pojawiło się w soundtrackach kilku seriali np. House czy Gossip Girl.

 

 

Niestety po sukcesie trzeciego albumu The Kills ogłosili przerwę w działalności. Tym samym od 2009roku Mosshart kompletnie oddała się pracy nad projektem The Dead Weather. Grupa powstała po tym, jak na jednym z koncertów zespołu The Raconteurs – gdzie grali Jack White i Jack Lawrance – Mosshart zastąpiła White’a na wokalu. W efekcie ta trójka postanowiła połączyć siły i wraz z Deanem Fertita z Queens of the Stone Age założyli The Dead Weather. Zespół łączy wpływy punka i bluesa oraz rock’n’rolla i może pochwalić się trzema płytami.

 

 

W 2011 roku The Kills powrócili z czwartą płytą „Blood Pressures”, w której po raz kolejny poszli w nieco inną stronę. Zrezygnowali z popowego podejścia na powrót idąc w mocniejsze uderzenie – jednak bardziej wrażliwe i zmysłowe niż wcześniej. Udowadnia to chociażby fakt, że na Blood Pressures pojawiła się pierwsza w historii zespołu ballada „The Last Goodbye” – która też potem została wykorzystana w filmie „Być Kobietą”

 

 

Ostatnie lata dla Jamiego Hince’a nie należały do najłatwiejszych – problemy zdrowotne i osobiste stanęły mu na tworzenia. W pewnym momencie nie było wiadomo czy zagra jeszcze na gitarze – kontuzja jego lewej ręki była na tyle poważna, że musiał przejść aż sześć operacji a potem uczyć się od nowa gry na instrumencie. W międzyczasie rozpadł się jego związek małżeński z modelką Kate Moss. Spowodowało, że gitarzysta poczuł potrzebę zaszycia się gdzieś z dala od cywilizacji – padło na Syberię. Często jest tak, że negatywne przeżycia stanowią wystarczający bodziec do tworzenia i tak też było w przypadku The Kills. 3 czerwca wydali nową płytę „Ash & Ice”, w której rozbrzmiewają echa doświadczeń ostatnich lat.

 

 

Przygotowała: Ola Białkowska

 

Skepta

Jako stosunkowo bardzo młody gatunek, grime zdążył już wiele przeżyć. Na przestrzeni niespełna dwóch dekad mogliśmy zaobserwować jego głośne narodziny z początku trzeciego tysiąclecia, na czele którego stał kolektyw Roll Deep, następnie usunięcie się w cień bezpośrednio związane z kryzysem na brytyjskiej scenie muzyki elektronicznej, aż po czasy obecne i kwitnące odrodzenie niszy, za które w dużej mierze odpowiada Skepta – nasz Artysta Tygodnia, który 6 maja bieżąceo roku nakładem własnej wytwórni Boy Better Know wydał czwarty studyjny krążek "Konnichiwa".

 

 

Początki twórczości artysty związane były nie z mikrofonem, a z konsoletą i produkcją muzyczną. W rodowitym Meridian Crew spędził ponad dwa lata jako DJ i producent, wypuszczając w tamtym okresie serię winylowych dwunastek z niezwykle surowymi instrumentalami, wśród których najpopularniejszym był prawdopodobnie numer "Private Caller", który doczekał się singlowej wersji z wokalami członków Meridian Crew. Jednakże jedna niesprawiedliwa interwencja policyjna związana z uprzedzeniami rasowymi i prześladowaniem mniejszości doprowadziła do konfiskaty kolekcji płyt Skepty w ramach zbierania materiału dowodowego. Z pustymi półkami i ogromnym sercem do muzyki, artysta postanowił ostatecznie spróbować swoich sił po drugiej stronie przedsięwzięcia i zaczął nagrywać pierwsze zwrotki.

 

 

Po rozpadzie Meridian Crew z 2005 roku, Skepta wraz ze swoim bratem JME na rok dołączyli do legendarnego kolektywu Roll Deep, aby następnie w stu procentach oddać się zrodzonej w 2003 inicjatywie i wytwórni muzycznej Boy Better Know. Po występie w materiale dokumentalnym Lord of the Mics 2, raper wydał swój pierwszy mixtape zatytułowany "Joseph Junior Adenuga", a następnie we wrześniu 2007 ukazał się jego debiutancki album o przewrotnym tytule "Greatest Hits". Po niemalże dziesięciu latach płyta pozostaje jednym z najbardziej ikonicznych grime'owych wydawnictw, oferując niespotykanie bogaty wachlarz surowej, minimalistycznej palety brzmień i energii charakterystycznej dla najlepszych dokonań pierwszej fali twórczej gatunku. Wyprodukowane prawie w całości przez Skeptę, wzbogacone o bity Rebound X oraz Wiley'ego, "Greatest Hits" to jeden z najistotniejszych projektów niezależnej brytyjskiej sceny współczesnej.

 

 

Kolejnym etapem kariery artysty była próba odnalezienia siebie w ówczesnych warunkach rynkowych. Końcówka ubiegłej dekady XXI wieku to czas sporego kryzysu na scenie brytyjskiej muzyki elektronicznej, który odbił się na takich niszach jak dubstep, drum & bass, UK garage czy właśnie grime. Eksplozja popularności i komercjalizacja brzmień spłyciły wiele rdzennych założeń prądu, a artyści tułali się między kontynuacją podziemnej misji a próbami wstrzelenia się w rozgłośnie radiowe i listy przebojów. Pierwszym odzwierciedleniem tego zjawiska jest drugi album studyjny Skepty, czyli "Microphone Champion". Obok fidget house'owych, przestępnych nagrań w amtosferze popularnego wówczas romasu z electro, na płycie nadal można było jednocześnie znaleźć wiele klasycznego, grime'owego, syntetycznego kurzu.

 

 

Ostatnią fazą tej tendencji był trzeci album Skepty zatytułowany "Doin' It Again". Chwytliwe refreny i globalnie łatwiej przyswajalne melodie połączone z dynamiką i połamaną, taneczną rytmiką UK garage i grime'u na papierze wydawały się być bardzo ciekawym konceptem (którego pionierem był Dizzee Rascal na jego "Tounge n' Cheek" z 2009 roku), aczkolwiek ostatecznie muzycznie się nie obronił z racji przesłodzenia i symplifikacji nieokrzesanej mocy wyspiarskiego brzmienia. Kilka świetnych numerów zaginęło w gąszczu lepszych i gorszych utworów, które miały potencjalnie stać się medialnymi hitami.

 

https://www.youtube.com/watch?v=W980YCzFsMM

 

Po kolejnych singlach i niesatysfakcjonującym ich odbiorze, Skepta postanowił zrewidować swoją karierę i wepchnąć ją na właściwe tory. Mixtape "Blacklisted" w pewnym sensie spiął klamrą drugą część kariery rapera, aby pozwolić na chwilową wstrzemięźliwość twórczą i wrócić z odświeżoną formułą. 2014 rok to czas przełomowy dla Skepty, ponieważ wówczas ukazały się dwa kosmiczne, do dziś aktualne single w postaci nagrodzonego przez MOBO Awards za najlepszy teledysk "That's Not Me" z JME oraz "It Ain't Safe" z A$AP Barim, zapowiadające coś nietuzinkowego.

 

 

Skepta oficjalnie i z impetem wrócił do jednokolorowych dresów i morderczo surowej estetyki. Zdawał się być jeszcze bardziej wygłodniały sukcesu niż na debiucie, aczkolwiek nie komercyjnego a artystycznego. Mimo wszystko oba poszły w parze, ponieważ podziemne, ponowne zainteresowanie kultury niszowej przerodziło się w ogromny hype wykraczający poza jej granice, a trzeci singiel "Shutdown" z 2015 roku dał impuls do wybuchu niemałej epidemii grime'u. Skepta zwrócił na siebie uwagę całego świata, a także wywołał bezpośrednie zainteresowanie takich tytanów jak Drake czy Kanye West.

 

 

Kolejnymi singlami promującymi przekładaną przez ponad rok premierę albumu "Konnichiwa" były "Ladies Hit Squad" z D Double E i A$AP Nastem gościnnie oraz fenomenalne "Man (Gang)", wykorzystujace sampel z utworu "Regular John" Queens of the Stone Age. Czwarty solowy album Skepty ostatecznie ukazał się 6 maja 2016 roku, swoimi walorami muzycznymi w pełni wynagradzając czas oczekiwania. "Konnichiwa" to najlepszy i zdecydowanie najważniejszy grime'owy album od "Boy In Da Corner" Dizzee Rascala z 2003 roku, rewitalizujący brzmienie i oryginalnego ducha grime'u. Materiał świadomie i bezbłędnie spaja dwie idee – przoduje w kwestii odrodzenia fundamenalnych wartości brytyjskiej elektroniki początku nowego tysiąclecia, a jednocześnie kunsztownie czerpie z dorobku najnowszych dokonań współczesnego hip-hopu i elektroniki.

 


Recenzja "Konnichiwa"

 

Beyoncé

Tę biografię czyta się niczym książkowy przykład wcielonego w życie etosu american dream. Beyoncé Giselle Knowles przyszła na świat 4 września 1981 roku w Houston w stanie Teksas. To właśnie tam rozpoczęła się jej droga do przyszłej kariery muzycznej. Rodzice Beyoncé bardzo szybko odkryli muzykalność córki, posyłając ją do szkoły muzycznej i zachęcając do wielogodzinnych, żmudnych ćwiczeń tanecznych i wokalnych. Ciężka praca oraz zainwestowane pieniądze przyniosły efekty gdy mała Beyoncé zaczęła wygrywać okoliczne konkursy talentów. Jednak prawdziwa szansa nadeszła w 1993 roku, kiedy to założona m.in. z koleżanką z dzieciństwa, Kelly Rowland, grupa Girl’s Tyme pojawiła się w telewizyjnym show Star Search.

 

Przez kilka następnych lat zespół rozwijał się pod okiem ojca Beyoncé. W połowie lat 90 Matthew Knowles rzucił pracę aby skupić się na talencie nastolatek, które cały swój wolny czas poświęcały zepołowi. W końcu na fundamencie Girl's Tyme narodziło się Destiny’s Child. W 1998 roku kwartet wydał swój debiutancki album, jednak upragniony wielki sukces nadszedł dopiero rok później, wraz z premierą krążka The Writing’s On The Wall.

 

 

U progu nowego millenium grupa Destiny’s Child święciła swoje największe triumfy. Nie były w stanie tego zmienić nawet kilkukrotne modyfikacje w składzie zespołu, które stały się podstawą wielu złośliwych komentarzy. Nikt nie miał zresztą wątpliwości co do tego która spośród dziewczyn jest największą gwiazdą.

 

Po spektakularnym sukcesie albumu Survivor i kilku latach nieustannej pracy nad rozwojem grupy, Beyoncé postanowiła rozpocząć karierę solową. Owocem tej decyzji stał się wydany w 2003 roku, na kanwie światowego sukcesu singla "Crazy In Love", debiutancki krążek artystki. Na Dangerously In Love znaleźli się tacy goście jak Missy Elliott czy Jay-Z, do którego artystka w tym czasie zbliżyła się także prywatnie. Zawrotny sukces albumu oraz pochodzących z niego singli potwierdził gwiazdorski status Beyoncé. Tak rozpoczęła się najbardziej owocna kariera muzyczna XXI wieku.

 

 

Na swoje drugie solowe wydawnictwo Queen Bey kazała czekać przeszło trzy lata, jednak w międzyczasie fani doczekali się czwartego, i ostatniego tym samym, albumu Destiny’s Child. Krążek Destiny Fulfilled okazał się kolejnym dużym sukcesem dla zespołu.

 

4 września 2006 roku, w dniu swoich 25. urodzin, Beyoncé​ wydała album B’Day. Jego brzmienie, oparte w głównej mierze na żywych instrumentach, silnie nawiązywało do muzyki lat 70 i 80. Zręczna fuzja R&B, soulu i funku została bardzo dobrze oceniona przez krytyków, jednak mniej przystępne w porównaniu do Dangerously In Love brzmienie przyczyniło się do niższych pozycji na listach przebojów. Sukces albumu został wywindowany dopiero po wydaniu trzeciego singla, stworzonego we współpracy z Ne-Yo "Irreplaceable", który okazał się wielkim hitem dla artystki. Każdy utwór na płycie opatrzony został wideoklipem (ten pomysł za kilka lat artystka zrealizuje ponownie w bardziej spektakularnej formie…).

 

 

Rok 2008 przyniósł premierę albumu I Am…. Sasha Fierce, którego niecodzienna, dwupłytowa forma miała podkreślać dualizm kobiecego charakteru. Pierwszy z dwóch dysków zasiliły głównie ballady, mające oddać delikatne, wrażliwe oblicze Beyoncé. Na potrzeby albumu artystka powołała do życia Sashę Fierce, alter ego stworzone przez nią kilka lat wcześniej podczas powstawania utworu “Crazy In Love”. To właśnie w Sashę Fierce Beyonce wciela się na drugim, charakteryzującym się bardziej agresywnym brzmieniem dysku, łączącym electropop z wpływami hip-hopowymi. Projekt I Am… Sasha Fierce odniósł duży sukces komercyjny, ponadto wygrywając w sumie aż sześć statuetek Grammy.

 

 

O ile album I Am… Sasha Fierce opierał się na kontrastach, o tyle wydany w 2011 roku 4 był najbardziej spójną do tej pory artystyczną wypowiedzią Beyoncé. Krążek, poprzedzony bazującym na ciężkiej produkcji singlem “Run The World (Girls)”, jako całość stanowił zwrot ku minimalizmowi. Główną inspiracją dla brzmienia “czwórki” była muzyka soul oraz R&B lat 70 i 80. W trakcie promocji albumu Beyoncé. odkryła że jest w ciąży. Córka artystki i Jaya-Z, Blue Ivy, przyszła na świat w styczniu 2012 roku. Rok później, nieustająca dobra passa została zwieńczona udanym występem Queen Bey w przerwie czterdziestego siódmego finału Super Bowl.

 

 

W ciągu pierwszych dziesięciu lat solowej kariery Beyoncé zdołała sprzedać kilkadziesiąt milionów płyt i stać się najważniejszą artystką swojego pokolenia . Jednak nikt nie przypuszczał że skromna dziewczyna z Teksasu jest w stanie w pojedynkę wywrócić przemysł muzyczny do góry nogami. Tego właśnie dokonała Beyoncé w grudniu 2013 roku, wydając bez zapowiedzi swój piąty album, Beyoncé. Kreatywność i odwaga Queen Bey spotkały się z powszechnym podziwem, stanowiąc od tego czasu inspirację dla wielu podobnych taktyk wydawniczych i na nowo definiując znaczenie albumu muzycznego.

 

Beyoncé został pomyślany jako album wizualny, każdemu z utworów zawartych na płycie towarzyszy wideoklip. Podobny pomysł artystka wcieliła już w życie przy okazji albumu B’Day.

 

 

Wydanie legendarnego już albumu Beyoncé w 2013 roku zostało poprzedzone ogólnoświatową, trwająca niemal rok trasą koncertową Mrs Carter Show. Po jej zakończeniu Queen Bey po raz kolejny wyruszyła w drogę, tym razem u boku swojego męża. Trasa On The Run objęła 17 stadionów w USA oraz Europie. Po znacznym ograniczeniu aktywności zawodowej w kolejnym roku, pretekstem do powrotu na scenę okazało się zaproszenie do wspólnego występu z zespołem Coldplay podczas tegorocznego, pięćdziesiątego finału Super Bowl. Dzień przed występem premierę miał wideoklip do utworu "Formation", stanowiącego hołd złożony Afroamerykańskim kobietom. Teledysk spotkał się z oskarżeniami o atak na amerykańską policję.

 

 

Po wydaniu albumu-niespodzianki niemal trzy lata temu, stało się jasne że po Beyoncé można się spodziewać już tylko niespodziewanego. Potwierdziło się to 23 kwietnia tego roku, kiedy to w serwisie Tidal pojawił się szósty album artystki, Lemonade. Jego premierę poprzedziło wyświetlenie na kanale HBO godzinnego filmu korespondującego z muzyką zawartą na płycie. Natychmiastową kontrowersję wywołały teksty utworów z Lemonade, otwarcie sugerujące niewierność męża artystki, Jaya-Z. Nie trzeba było długo czekać by cały internet włączył się w polowanie na “Becky with the good hair”, czyli rzekomą kochankę rapera.

 

Na ogół broniąca swojej prywatności Queen Bey, zaskoczyła fanów śmiałymi wyznaniami dotyczącymi swoich kłopotów rodzinnych. Jednak poza wywołującą silne emocje warstwą liryczną, Lemonade to także uczta dla ucha. Żaden dotychczasowy album artystki nie czerpał tak śmiało z tylu różnych gatunków. Wielość inspiracji i wpływów najlepiej widać po liście artystów którzy wzięli gościnny udział w projekcie (m.in. Jack White, James Blake oraz Kendrick Lamar). Dziennikarze muzyczni po raz kolejny docenili ambicję i wizjonerstwo Beyoncé – Lemonade jest póki co najlepiej ocenionym przez nich albumem roku (93 punkty na możliwych 100 w serwisie MetaCritic).

 

Untitled 12

 

Niewielu jest w dzisiejszym świecie muzyki popularnej artystów którzy ciągle zaskakują odbiorcę, z każdym kolejnym projektem rzucając sobie nowe wyzwania. To, w połączeniu z ogromnym talentem i nieustanną pracą nad sobą, od kilku Beyoncé najbardziej liczącą się artystką swojego pokolenia. Jej najnowszy album Lemonade, to nie tylko deklaracja przebaczenia ukochanemu mężczyźnie, ale także hołd złożony wszystkim kobietom, które tak jak ona portafią wycisnąć z życia to, co najlepsze.

 

Serengeti

Urodzony jako jeden z synów Żyda i Afromerykanki w pierwszej kolorowej rodzinie w Olympia Fields, niewielkiej wiosce na przedmieściach Chicago, David Cohn rozpoczął swoją muzyczną działalność dwa lata po przedwczesnym przerwaniu studiów. To właśnie wtedy, w 2002 roku, ukazał się jego debiutancki album Dirty Flamingo, który wyprodukowany został przez DJa Cruciala, szefa założonej w 1999 roku wytwórni F5 Records.

 

https://www.youtube.com/watch?v=1ImlpdfoXU8

 

Udzielając wywiadu w 2005 roku, a więc zaledwie trzy lata po wydaniu pierwszej płyty, Serengeti wyjawił, że ma już przygotowanych następnych dziesięć albumów i choć nikt takich deklaracji nie brał na poważnie, przebieg jego dalszej kariery potwierdził te słowa. Z owej puli gotowych krążków najszybciej na rynku pojawił się album Noodle-Arm Whimsy, który jest kolekcją luźnych utworów nagranych podczas szczególnie upalnego lata.

 

 

Od przełomu 2005 i 2006 roku katalog wydawnictw Serengetiego zaczął zapełniać się w zastraszającym tempie i jest to proces, który trwa do dziś. W samym 2006 roku, oprócz dwóch kompilacji dostępnych tylko w wersji cyfrowej, ukazały się aż trzy pełnowymiarowe  albumy amerykańskiego rapera, w tym między innymi krążek Gasoline Rainbows, który powstawał aż pięć lat i który w zamierzeniu artysty miał tak naprawdę być debiutancką płytą, lecz na początku kariery David Cohn nie znalazł wytwórni, która zechciałaby go wydać.

 

 

Jeżeli chodzi o rok 2006, to należy również zwrócić uwagę na album Dennehy, na którym po raz pierwszy Serengeti wciela się w Kenny'ego Dennisa, 45-letniego białego rapera z charakterystycznym dużym wąsem, który jest uosobieniem typowego mieszkańca Chicago. Postać ta odegrała później dość dużą rolę w karierze Davida i doczeka się nawet całej serii wydawnictw nazwanych właśnie imieniem tej wyimaginowanej osoby.

 

https://www.youtube.com/watch?v=TgJOm2xts2Q

 

W dyskografii Serengetiego aż roi się od kolaboracji z ciekawymi artystami z różnych muzycznych światów. Po raz pierwszy opublikował on takie wydawnictwo w 2007 roku i była to płyta Don't Give Up nagrana wspólnie z Polyphonikiem. Połączenie się z muzyką elektroniczną wyszło amerykańskiemu raperowi na dobre – album okazał się być na tyle interesujący, że duet następne dwa krążki wydał dla cenionej wytwórni Anticon, w której Serengeti zakotwiczył później już jako solowy artysta na dłużej.

 

https://www.youtube.com/watch?v=b9Ibj_zAkCQ

 

Zaledwie rok później Serengeti rozpoczął dwa kolejne projekty. Pierwszy z nich to eksperymentalna grupa Yoome, założona wspólnie z nowozelandzką piosenkarką Renee-Louise Carafice oraz Tonym Trimmem, reżyserem i DJem z Chicago. Drugi to nieco elektroniczny, ale wciąż pozostający w stylistyce rapu duet Friday Night stworzony wraz z Umarem Rashidem, znanym jako Hi-Fidel. Obydwa te projekty nie były jednorazową współpracą – zarówno pod szyldem Yoome jak i Friday Night ukazały się już po dwa albumy.

 

 

W 2009 roku David Cohn nawiązał bardzo cenną znajomość, kiedy to podczas pracy nad remiksem do jednego z utworów skrzyżowały się jego drogi z Sufjanem Stevensem. Dzięki temu spotkaniu trzy lata później doszło do powstania tria s/s/s, w skład którego oprócz Serengetiego i właśnie Sufjana Stevensa wszedł również Son Lux. Panowie najpierw nagrali EPkę Beak & Claw, a potem poszli za ciosem i na początku 2014 roku wydali świetny długogrający album Sisyphus.

 

 

Mimo wielu pobocznych projektów Serengeti nie przestawał nagrywać – i to z sukcesami – swoich solowych albumów. Lata 2011 i 2012 to czas, kiedy ukazały się Family & Friends i C.A.R., dwa doskonałe i bardzo dobrze przyjęte krążki wydane nakładem wytwórni Anticon. Szczyt swojej artystycznej kreatywności i wrażliwości David Cohn osiągnął jednak w 2013 roku na absolutnie genialnej płycie Saal, którą wyprodukował niemiecki awangardowy muzyk Tobias Vethake.

 

 

Rok 2015 w wykonaniu Serengetiego był relatywnie spokojny, ale w przypadku akurat tego artysty oznacza to, że i tak opublikował sporo nowej muzyki – w tym dwa minialbumy w ramach nowych ciekawych kolaboracji. Z jednej strony był to krążek Time & Materials nagrany wspólnie z kolegą z czasów studenckich czyli Openem Mikem Eaglem, a z drugiej ironiczne wydawnictwo You Can't Run From the Rhythm stworzone wspólnie z aktorem Andersem Holmem pod szyldem Perfecto.

 

 

Na początku obecnego roku David Cohn postanowił niejako wrócić do korzeni, jako że ukazała się EPka Dust nagrana wspólnie z DJ Crucialem dla wytwórni F5, a więc powtórzyła się sytuacja, jaka miała miejsce czternaście lat temu przy jego debiutanckim albumie. Serengeti nie byłby jednak sobą, gdyby na początku 2016 roku nie miał zaplanowanych już kolejnych wydawnictw. Na nową muzykę nie trzeba było wcale długo czekać – szóstego maja miała miejsce premiera najnowszego krążka pod tytułem Testarossa, a ja mam wrażenie graniczące z przekonaniem, że to jeszcze wcale nie koniec…