Archiwum

Radiohead

Jeden z najbardziej wpływowych zespołów lat. 90 z jednym z najbardziej emocjonalnych wokalistów. 8. maja, po niespełna tygodniowej, tajemniczej akcji promocyjnej, która właściwie stała się już tradycją światło dzienne ujrzał ich najnowszy album "A Moon Shaped Pool".

 

"On A Friday", bo tylko w piątki wszystkim pasowały próby. Tak z braku innych możliwości została nazwana pierwsza wersja Radiohead. I co ciekawe, mimo braku jakichkolwiek zobowiązań, nadzwyczajnych przetrwał krótkie, ale dość mocne obniżenie aktywności spowodowane rozpoczęciem studiów przez niektórych jego członków. Ciekawostką jest, że podczas tej ograniczonej działalności zespół wciąż od czasu do czasu koncertował, co więcej z towarzyszeniem dwóch saksofonistek, a na bis wykonywali "Pump It Up" Elvisa Costello – jednego z wzorów Thoma Yorke'a. Dowodzi to, że już od samego początku (jeszcze nie) Radiohead bardzo poważnie podchodzili do sprawy. W tym początkowym etapie najwięcej było w nich The Smiths, New Order czy The Waterboys. Grali koncerty dla znajomych, nagrali na kasety kilka rockowych, brudnych demówek. Jedną z ostatnich – „Manic Hedgehog” zaciekawiła się w 1991 roku EMI. I tak pod koniec roku zespół miał już kontrakt; zmienili też nazwę i usunęli coraz bardziej przeszkadzającą sekcję dętą. Od wtedy, na tych niepozornych chłopaków z dobrych domów mówiono „Radiohead”.

 

 

Debiut przyszedł dwa lata później. Tytuł albumu to niezupełnie przypadkowa sprawa. Ciężko było wymyślić coś dobrego. Z pomocą nieoczekiwanie przyszedł menadżer grupy Chris Hufford. Kupił on taśmę z nagraniami skeczy "Jerky Boys". W jednym z nich Jerky Boy dzwoni do jakiegoś mężczyzny i rozpoczyna rozmowę słowami "Pablo, honey…", po czym udając jego matkę, zaprasza go na Florydę. Ten właśnie fragment wmiksowany jest w jeden z utworów na płycie "How Do You". Okazało się, że z taką nazwą, jak powiedział Thom Yorke, będąć "maminsynkami" utożsamiali się członkowie Radiohead. Tytuł więc został zaakceptowany. Na „Pablo Honey” słyszymy utwory znane już z On A Friday i kilka nowych kompozycji. Słyszymy przede wszystkim brudnego rocka, ale i chwytliwe melodie z dużym naciskiem na pierwszy singiel „Creep”, które przyniosły popularność. Finalnie album sprawiał wrażenie niedopracowanego, zrobionego na szybko i przede wszystkim niezbyt spójnego. Na szczęście krytycy byli dla nich łaskawi. I choć stali się bardziej popularni poza granicami Wielkiej Brytanii to na pewno nie zaprzepaścili swojej szansy, Dostali tylko nauczkę i sporo z niej wynieśli tworząc kolejny album. 

 

https://www.youtube.com/watch?v=Di2d7-rsdUI

 

W międzyczasie grupa nagrywała kilka utworów. W ogóle ich początki były niezwykle obfite w nieopublikowane później na płytach długogrających nagrania. Stąd bardzo dużo EP-ek, b-side-ów, itd. Kariera rozwijała się dynamicznie, niestety kosztem atmosfery w zespole. Czasem robiło się nieprzyjemnie i Panowie tracili zapał i energię. Rozwiązaniem było granie koncertów. Za każdym razem, kiedy sesja była nie udana menadżer wysyłał zespół w trasę. Działało to na muzyków Radiohead bardzo inspirująco. I tak po kilku takich "tarapiach" udało się nagrać “The Bends”. Album ujrzał światło dzienne w 1995 roku i od razu można powiedzieć, że zamykął stricte gitarowy etap brytyjczyków. Było to konsekwentne pójście drogą obraną na pierwszej płycie, jednak jednak już bardziej dojrzałe i dopracowane.

 

 

"Pablo Honey" i "The Bends", to właśnie te dwa albumy określa się jako pierwszy muzyczny okres w karierze Radiohead – niedookreślony stylistycznie, pełen poszukiwań i eksperymentów. Mimo to, chłopaki już wtedy mogli poznać smak komercyjnego sukcesu. Jak zazwyczaj, przyczyną rozgłosu nie było żadne z dwóch wydawnictw jako całość, a raczej pojedyncze utwory, na czele których wymienić trzeba pierwszy z opublikowanych przez zespół singli, “Creep”. To właśnie on zapewnił Brytyjczykom największy wówczas rozgłos, wprowadzając ich na listy przebojów. Przez kolejne lata piosenka pojawiała się na prawie wszystkich koncertach grupy, co mogło doprowadzić, i doprowadziło, do jej ogrania. Sam autor, Yorke, określił ją jako ‘tandetę’ i zaniechał wykonywania. Podobnie obszedł się z późniejszym “High And Dry”. Jeżeli wierzyć jego słowom, ten utwór miał umieścić na The Bends pod czyimś naciskiem, wbrew swojej woli.

 

Po młodzieńczych wybrykach, skocznych melodiach i niesłabnącej fali popularności na całym świecie przyszedł czas na kolejny album. 1. lipca 1997 roku ukazała się płyta „OK Computer” i niemalże z miejsca stała się jedną z najważniejszych alternatywnych płyt wszech czasów. Już na pierwszych dwóch albumach słychać było duży potencjał kompozycyjny Brytyjczyków, jednak to dopiero teraz ujawnił się on właściwie w całej okazałości. Radiohead stworzyli coś nietuzinkowego i bardzo nowatorskiego. Gitarowe brzmienie rodem z „The Bends” wciąż dominuje, jednak jest bardziej wycofane i eksperymentalne. Więcej tu wręcz psychodelicznych, czy nawet progresywnych wpływów. Rockowa natura Thoma Yorka ustępuje tu  niezwykłej wrażliwości. Jego falsety niejednokrotnie powodują ciarki na ciele, często wprowadzając lekki niepokój. A wyśpiewane na sam koniec płyty „Hey Man, slow down!” wydaje się być jej idealnym podsumowaniem.

 

 

Po sukcesie płyty OK Computer jej autorzy mieli trzy wyjścia. Powrócić do rockowych korzeni, nagrać sobowtóra poprzedniczki, bądź zabrać swoje eksperymenty jeszcze dalej. Członkowie Radiohead bez wahania wybrali trzecią ścieżkę. Po długiej i frustrującej trasie koncertowej udało się wygospodarować 18 miesięcy na pracę nad Kid A. Ten album-symbol swoją jakością pokazał, że trwające od początku kariery pasmo powodzeń nie przytłumiło rozwoju artystycznego ani niezależności Radiohead. Pierwsze spotkanie z Kid A może być niezapomnianym i intrygującym przeżyciem. Album zabiera słuchacza w tajemniczą i nierealną podróż do krainy chłodu. A wszystko to dzięki perfekcyjnym kompozycjom, w których na pierwszy plan wysunięto brzmienie elektroniczne. Agresywne, sprzężone gitary zastąpiono osławionymi Falami Martenota i pierwszymi ukłonami w stronę muzyki klasycznej. Pełne napięcia, gęste aranże dziś pozwalają twierdzić, iż swoim dziełem z roku 2000, Radiohead otworzyli zupełnie nowy wymiar w muzyce rockowej.

 

300x300Ważnym aspektem, który również wyjaśnia fenomen Radiohead, jest songwriting Brytyjczyków. Wszystkie utwory był podpisywane jako twory całej grupy, ale z wywiadów i z udostępnionych dokumentów przez pianistę Christophera O’Rileya przy okazji wydania albumu z coverami zespołu można było wywnioskować, że za piosenkopisarstwo odpowiedzialny był Thom Yorke, z ewentualną pomocą reszty grupy, z czego chyba największy wkład miał Johny Greenwood, który, jak wiemy, pobocznie zajmuje się muzyką poważną. To właśnie specyficzne przebiegi harmoniczne, a nie tylko ekspresja Thoma, wyłowywały tą paranoiczną, pełną niepokoju atmosferę. Lecz półtonowe zmiany akordów w “Tourist” czy podziały rytmiczne w “Pyramid Song” byłby tylko sztuką dla sztuki gdy nie to, że prawie każda melodia stworzona przez Brytyjczyków wwierca się głęboko w głowę. Choć zdarzały im się i plagiaty, robili to rozmachem. Przykładem “Exit Music (For a Film)”, w którym można doszukać się akordów z samego Preludium E-moll op. 24 nr 4 Fryderyka Chopina.

 

Nie minął jeszcze rok po Kid A, a Radiohead wydali kolejną wielką płytę – Amnesiac. Niesamowite, że takie utwory jak: monumentalnie piękne “Pyramid Song”, “Knives Out” z riffem gitary, który mógłby wyjść spod ręki samego Johny’ego Marra, czy polityczne zaangażowane “You And Whose Army” są po prostu odrzutami z sesji nagraniowej poprzedniego albumu. Wobec tego trudno się było dziwić krytykom, którzy uważali Amensiac za wydawnictwo nawet lepsze niż Kid A. Kontynuacja brzmieniowej strony krążka wydaje się być oczywista – Brytyjczycy nadal łączą IDM z rockiem alternatywnym. Trzeba jednak przyznać pierwszeństwo albumowi z 2000 roku w wyznaczaniu nowych ścieżek, ale przynajmniej możemy powiedzieć, że to jedna z lepszych płyt z odrzutami w historii muzyki rozrywkowej.

 

 

Wydane w 2003 roku "Hail To The Thief" było pokłosiem ponurych i wlekących się melodii znanych z "Kid A" czy "Amnesiaca". Wtedy to wizerunek i charakter Radiohead jako zespołu przeżywał okres stabilizacji, choć raczej tej z gatunku mniej ciekawych. Fani powoli zaczynali przyzwyczajać się do tego stanu rzeczy. Mogli pomyśleć, że nic innego już ich nie czeka. Wszystko zmieniła 4 – letnia przerwa, której pokłosiem było wydanie In Rainbows, materiału ożywczego zarówno dla grupy, jak i jej fanów. Złożył się na przede wszystkim czas, jaki artyści mogli przeznaczyć na własne projekty i wszelką inną działalność. Tak też zrobił sam frontman, którego solowy debiut, The Eraser ukazał się rok przed wspomnianym In Rainbows. Nowe utwory wniosły dużo życia do nieco zakurzonego już dorobku kwintetu, sprawiając nieco problemów wiernym fanom, a przy tym dając członkom grupy duże pole do popisu na przyszłość.

 

 

Tak jak w przypadku In Rainbows, tak i przy jego następcy, The King Of Limbs, potwierdziło się zbawienne działanie większych przerw na jakość pracy Radiohead. Czas przeznaczony na poszukiwania i poprawę wzajemnych stosunków zaowocował w roku 2011, kiedy to ukazał się krążek w pełni korzystający z twórczej przestrzeni, jaką dał materiał opublikowany 4 lata wcześniej. Chłopakom udało się pociągnąć nowatorskie rozwiązania przedstawione na In Rainbows, ale także wrócić miejscami do klimatów z lat 2000 – 2003, tym samym godząc elektroniczny, jasny minimalizm z cięższymi, ponurymi akcentami. Ten kolaż jednak zdominowała właśnie strona Yorke’a, który pchał brzmienie Radiohead w stronę ukochanego ascetyzmu i braku przesady. Finalnie album okazał się być poprawną próbą rozwoju, dobrze świadczącą o stanie grupy. A sigiel "Lotus Flower" odwrócił uwagę od nieustatnie zmienianej fryzury Toma, przyciągnął natomiast emocjonalnym tańcem z teledysku. 

 

 

Czym byłaby twórczość Radiohead bez wkładu niepozornego gitarzysty Jonnego Greenwooda. To ten sam facet, który na początku drogi zespołu regularnie nadwyrężał bark w trakcie występów, opanował do perfekcji manipulowanie sprzężeniem zwrotnym, następnie pisał komputerowe oprogramowanie muzyczne specjalnie na potrzeby Radiohead, by wreszcie oddać się muzyce poważnej i tworzyć filmowe soundtracki. Nadzwyczajne zdolności kompozytorskie Greenwood zawdzięcza między innymi Krzysztofowi Pendereckiemu, który inspirował go już w latach 90. Klasyczna strona Jonnego odcisnęła piętno na brzmieniu najnowszego krążka Radiohead. Smyczkowe arpeggia wraz z akustycznymi dźwiękami gitary wnoszą do albumu niespotykaną dotąd wrażliwość i czystość.

 

Gdy 1 maja wszystkie konta Radiohead w mediach społecznościowych zostały oczyszczone, cały świat muzyczny zadrżał. Wszyscy wiedzieli, że nadchodzi nowe wydawnictwo Brytyjczyków. Lecz prawdziwa burza się zaczęła kiedy świergot ptaka oznajmił pierwszy singiel z nowej płyty — “Burn The Witch”. Reakcje społeczności muzycznej były skrajne — począwszy od wychwalania pod niebiosa  do wyzywania od nudnych i wtórnych. Jednakże trzeba zauważyć, że taka atmosfera towarzyszyła każdemu nowemu krążkowi Radiohead. Abstrahując jednak od subiektywnych odczuć słuchaczy, takie płyty jak OK Computer czy Kid A, inspirując wielu, na zawsze zmieniły świat muzyki rozrywkowej. Czy bardziej akustyczne od poprzedników, znużone w inspiracjach krautrockiem, post-minimalizmem Philla Glassa i Stevego Reicha A Moon Shaped Pool uda się tego dokonać? Przyszłość pokaże. Na razie wszystko jest na właściwymi miejscu.

 

 

Materiał przygotowali: Szymon Baczyński, Krzysztof Ciach, Mikołaj Maciejewski, Michał Rypel

 

Kevin Morby

Amerykański songwriter nie bez powodu porównywany do Boba Dylana. Przez długi czas udowadniał, że folk i punk to wcale nie całkowicie odległe gatunki. 15. kwietnia powrócił z albumem "Singing' Saw", w którym na nowo, odważnie definuje folk.

 

Właściwie można powiedzieć, że już samo miejsce narodzin Kevina zabarwiło jego życiową drogę muzyką, otóż Morby urodził się w Lubbock, w Teksasie, w tej samej miejscowości, w której przyszedł na świat Buddy Holly. Był to rok 1988.

 

morbykevin_large

 

Zaczęło się tak, jak wiele dróg pasjonatów gitarowego grania się zaczyna. Gitara w rękach już w wieku 10 lat, niewiele później pierwsze zespoły Creepy Aliens czy Little Indian Boy. Niewątpliwie punkowa scena w Kansas wywarła na Kevinie dużu wpływ. Dodatkowo z domu wyniósł inspiracje Dylanem, którego płyt mniał mnóstwo na pókach i zamiłowanie do muzyki folkowej. Po ukończeniu szkoły, do której nie przywiązywał nigdy nadzwyczajnej wagi nie czekał zbyt długo, wyjechał do Brooklynu gdzie rozpoczął trochę rockandroloowe życie. Imprezował, chodził na koncerty, a zarabiał jako dostawca w kawiarniach. W jednej z nich spotkał ludzi, z którymi później współtworzył swój pierwszy poważny zespół –  Woods.

 

 

Trzeba przyznać, że jak na pierwszy oficjalny i podparty pełnoprawnym albumem twór Panowie brzmieniowo zaskoczyli. To, co stworzyli można śmiało nazwać garażowym folkiem, wynikającym mniej lub bardziej z inspiracji melodyjnością Boba Dylana, nieprzewidywalnością Neutral Milk Hotel, czy eksperymentami spod znaku The Microphones. Przez kilka dobrych lat Woods rozwijali się kreując sobie bardzo ciekawą markę, przy tym ciągle szukając nowych brzmień. Patrząc na inspiracje Kevina Morby'ego trudno się dziwić, że taki właśnie zespół, łączący delikatny folk z wręcz noise'ową psychodelą bardzo mu pasował.

 

 

Woods osiągali coraz to większe sukcesy, a Morby nie odstępował na krok od swojej punkowej natury. Na którejś z imprez spotkał Cessie Ramone gitarzystkę grupy Vivian Girls, z którą panowie czasami grali koncerty. Ta zaproponowała mu, żeby wyszli na "road sodas". Chodziło o piwo, a Morby'emu na tyle spodobała się ta nazwa, że bez zastanowienia postanowił tak nazwać swój nowy zespół i zaprosił do niego Ramone. Oboje zaczęli tworzyć, dobrali sobie perkusistę i basistę, nieco zmodyfikowali wspólnie nazwę i tak w bardzo krótkim czasie, zapoczątkowana właściwie żartem, rozpoczęła się krótka historia grupy The Babies.

 

 

Punkowa natura Morby'ego, zestawienie nie do końca idealnych, ale dobrze współgrających wokali, niesamowita energia i ewidentnie słyszalna radość z grania pozwoliły na uzyskanie efektu, przypominającego momentami dokonania The Smiths i brytyjskich zespołów punk-rockowych lat 70. podszytego jednak w pewnym stopniu tradycjami amerykańskiego folk rocka. Przygoda The Babies jednak zakończyła się na dwóch szybkich albumach wydanych rok po roku. Dodaje to jednak tylko zalet projektowi, który był dziełem impulsu i chwili, a rozwlekanie go w czasie i ciągnięcie na siłę nie miało większego sensu. I choć zespół oficjalnie wciąż istnieje to na razie brak wieści o jakimkolwike nowym materiale.

 

Rok po wydaniu drugiej płyty z The Babies, a także czwartej nagranej z Woods Morby zdecydował się na opuszczenie zespołowych szeregów i zaczął tworzyć na własną rękę. W pełni oddał się projektowi solowemu, który miał gdzieś w głowie prawdopodobnie od początku kariery. Nie trzeba było długo czekać na efekty tej "rozłąki". Już kilka miesięcy później ukazał się debiutancki, solowy album Kevina – "Harlem River". Można powiedzieć powrót do korzeni, ucieczka od nieustających eksperymentów Woods i dynamiczności The Babies. Prosty, może nieco zmiękczony, klimatyczny folk, bez udziwnień, kombinacji. Gitara akustyczna, klawisze harmonijka… Te wszystkie elementy przenoszą nas na werandę w domku na kompletnym odludziu, gdzie siedząc w bujanym fotelu podziwiamy zachód słońca

 

 

Niespełna rok po „Harlem River” ukazał się drugi krążek artysty. „Still Life” to już bardziej rockowe melodie, choć w większości oparte na podstawowych akordach, pojawia się też więcej perkusji, instrumenty dęte i więcej eksperymentów. Rzewne ballady dominują, jednak kilka dynamiczniejszych utworów znakomicie dopełnia i wyważa cały album. Nic więc dziwnego, że zebrał on na świecie bardzo dobre recenzje i sprawił, że Morby ze swoim nieco z manieryzowanym wokalem stał się coraz bardziej rozpoznawalny tym razem już jako solowy artysta.

 

 

„Singing Saw” to trzeci solowy album Morby’ego, który światło dzienne ujrzał dokładnie w połowie kwietnia tego roku. Ciężko było się po nim spodziewać czegokolwiek, tym bardziej, że Kevin jednak z każdym krążkiem zaskakiwał czymś nowym. Nie inaczej było tym razem. Single promujące zwiastowały wydawnictwo szybsze i bardziej rockowe, jednak okazały się… jednymi takimi utworami na płycie, a całość ukształtowała się zupełnie inaczej. Album „Singing Saw” to dla Morby’ego kolejny krok w przód. Mocnym punktem niezmiennie są teksty, ale na uwagę przede wszystkim zasługuje znakomita warstwa muzyczna. Bardzo dobry efekt dało wprowadzenie do warsztatu instrumentalnego pianina, na którym w niektórych utworach gra sam Morby. Płyta zyskała przez to na swojej rytmice i dodało jej to niespotykanego dotąd klimatu. Do wyjątkowego charakteru przyczyniają się też instrumenty smyczkowe i chórki, które zaskakująco dobrze współgrają z wokalem Morby’ego. Płyta tym samymy sprawia wrażenie najbardziej przemyślanej i dopracowanej ze wszystkiego, co do tej pory zrobił Kevin.

 

Kevin Morby to artysta skrzętnie mieszający różne gatunki muzyczne, wytyczający własną, często zaskakującą drogę. Trudno wyzbyć się porównań do Boba Dylana. I nie chodzi tylko o zbieżność drugiego imienia tego pierwszego i właściwego tego drugiego, czy o podobne, często identyczne tytuły utworów, nie chodzi nawet o niemal taki sam styl grania na harmonijce. Wokal Morby'ego jest obarczony (czy też może obdarzony?) bardzo charakterystyczną dla Dylana właśnie niechlujną wręcz wokalną manierą strudzonego, a właściwie znudzonego barda. Chyba to najbardziej ich do siebie zbliża. W pewnym momencie swojej kariery Kevin nagrał nawet cover "Tonight I'll Be Staying Here With You" w mocno akustycznej i surowej wersji. Jednak to utwór "Moonshiner" wydaje się być poniekąd hołdem dla idola, który od wczesnych lat chłopięcych miał całkiem sporo miejsca na kolekcji płyt w domu Morby'ego. 

 

 

Prince

prince-guitar

 

Prince urodził się w Minneapolis, z którym był związany do samej śmierci. W dzieciństwie zmagał się z wieloma problemami: z biedą, epilepsją, znęcaniem się w szkole czy rozwodem rodziców, po których jednak odziedziczył talent muzyczny — jego ojciec był jazzmanem, a matka śpiewaczką. Swój pierwszy utwór Prince skomponował już wieku 7 lat. W młodości także sam nauczył się grać na gitarze, pianinie i perkusji. Miał tylko 14 lat, kiedy zadebiutował na scenie. W 1978, w wieku 20 lat podpisał kontrakt z Warner Bros i wydał swój debiutancki album For You, który mimo tego, że rozszedł się bez większego echa, już ukazywał, że możemy mieć do czynienia z kimś genialnym. Prince sam skomponował, wyprodukował i zagrał na wszystkich 23 instrumentach na płycie. Drugi longplay pod tytułem Prince okazał się już sukcesem komercyjnym — krążek pokrył się platyną, a to był dopiero początek nadchodzącego pochodu sukcesów. 


Na początku swojej kariery wydawał płyty rok po roku, ale pierwszym kamieniem milowym był zdecydowanie krążek Dirty Mind z 1979, na którym artysta wykreował tzw. Minneapolis sound — brzmienie cechujące się wysokimi tonami syntezatorów i mechaniczną, nerwową rytmiką — swoista fuzja nowej fali i funku. Na tej płycie Prince też wypracował swój kolejny trademark — krzykliwą ekspresję. Same kompozycje wyróżniały się repetycyjnym charakterem, który był prawdopodobnie spadkiem po gatunku disco, co nadawało utworom taneczności. Kontynuacją tej drogi była płyta Controversy, która przewyższyła sprzedażą złote Dirty Mind i pokryła się platyną. Z kolei na albumie 1999, Prince rozwinął swój koncept. Rytmika była jeszcze bardziej robotyczna, a motywy wwiercały się w głowę do tego stopnia, że możemy mówić o transowości, która przywodzi na myśli poczynania grupy Kraftwerk. Niektórzy krytycy sugerują nawet antycypacje house’u. Sam krążek uzyskał status poczwórnej platynowej płyty, a w powietrzu można było wyczuć już nadchodzący deszcz. Fioletowy deszcz.

 

https://www.youtube.com/watch?v=3g8PG2DhnH4

 

Choć u progu lat osiemdziesiątych Prince odniósł sukces komercyjny i posiadał pokaźną grupę fanów, to dopiero wydany w 1984 roku Purple Rain zapewnił mu status legendy. Album będący ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule na nowo zdefiniował muzykę pop i dziś uznawany jest za magnum opus artysty. W samych Stanach Zjednoczonych krążek sprzedał  się do dziś w ponad trzynastu milionach egzemplarzy. Purple Rain stanowił drugi po 1999 projekt założonego przez Prince'a zespołu The Revolution. W ciągu kolejnych dwóch lat Prince & The Revolution wydali jeszcze dwa krążki — umiarkowanie przyjęty nawiązujący brzmieniem do psychodelicznego okresu "Around the World in a Day" oraz będące soundtrackiem do kolejnego filmu artysty "Parade".

 

https://www.youtube.com/watch?v=Kgy8NPPtST0


Po rozpadzie The Revolution w 1986 roku, Prince nie tracił czasu na odpoczynek. Kolejne dwa lata przyniosły premiery albumów, na których artysta osiągnął szczytową formę. Wydany w 1987 roku Sign o the Times zawiera najodważniejszy i najbardziej eklektyczny materiał w karierze Prince'a, który przez niemal 80 minut z finezją godną mistrza żongluje konwencjami i gatunkami, od electro-funku po hard-rocka. Po spektakularnym sukcesie Purple Rain, Sign o the Times potwierdził status Prince'a jako najbardziej innowacyjnego twórcy lat 80.

 

https://www.youtube.com/watch?v=AV1GFB509PE

 

Po serii bardziej popowych, przemawiających do szerszej publiczności krążków postanowił połączyć funk z new jack swingiem i wydać kolejny album niemalże anonimowo. Krążek miał być dystrybuowany bez jakiejkolwiek informacji o tym, kto za projektem stoi, a jego szatę graficzną stanowić miała jednolita czerń — stąd nazwa — The Black Album. Kolor nie był przypadkowy — Prince chciał po raz kolejny zdobyć serca i umysły afroamerykańskich fanów. Ostatecznie w ostatniej chwili przed premierą płyty reklamowanej w mediach jako biblia funku Prince wycofał się z pomysłu. Do obrotu trafiło jedynie 100 promocyjnych egzemplarzy w Europie, przez co w kolejnych latach materiał był powszechnie dystrybuowany w drugim obiegu, także w Ameryce. Do dziś uważa się go zresztą za jeden z najsłynniejszych niewydanych album zaraz obok Smile Beach Boysów. The Black Album ostatecznie ukazał sie dopiero 7 lat później, pod koniec 94 roku, ale zainteresowanie publiki płytą, pomimo pozytywnych recenzji prasowych, okazało się wówczas znikome. Zamiast niego, w 1988 na półki sklepowe trafił jednak uduchowiony, afirmujący życie Lovesexy, który ze względu na sylwetkę nagiego Prince'a na okładce, do dziś pozostaje jednym z jego bardziej kontrowersyjnych wydawnictw.

 

https://www.youtube.com/watch?v=NP1Anmu7uKI

 

Na początku lat 90. Prince w opozycji do wytwórni Warner Bros., która nie zgadzała się na wydawanie wszystkich rejestrowanych przez muzyka nagrań na bieżąco, postanowił zmienić swój swój pseudonim artystyczny na niewymawialny symbol. Odtąd aż do nastania nowego milenium zwracano się do Prince'a jako do "artysty znanego wcześniej jako Prince" albo po prostu jako do "artysty". W tym samym czasie muzyk powołał nową grupę The New Power Generation, która zastąpiła towarzyszące mu w okresie największych komercyjnych sukcesów The Revolution. Walka z macierzystą wytwórnią ostatecznie poskutkowała zamknięciem sublabelu Prince'a Paisley Park Records i powołaniem nowej, niezależnej od płytowego giganta oficyny — New Power Generation. Ale choć Prince wyszedł na swoje, zabrakło mu zmysłu marketingowca i zaczął powoli zatapiać się w nicość.

 

https://www.youtube.com/watch?v=EPKRrEFUA2s


Po tym jak w połowie lat 90. Prince właściwie zniknął z horyzontu zdarzeń wielkoformatowego popu, nagrywając płyty właściwie tylko dla grupy oddanych fanów, w 2004 roku nastąpił wreszcie wypatrywany od lat przełom. Musicology będące pierwszą płytą artysty od lat wydaną przez dużą wytwórnię, zostało owacyjnie przyjęte przez słuchaczy i krytykę. Prince wcielił się na krążku w rolę nauczyciela muzyki, bo, jak sam tłumaczył, chciał przybliżyć historię muzyki kolejnym pokoleniom słuchaczy. Od tego czasu wokalista wrócił do soulowej ekstraklasy, co potwierdziło wydane dwa lata później 3121, które zebrało nawet bardziej pozytywne recenzje od poprzednika i stało się pierwszym albumem księcia w Stanach od lat 80., który zajął pierwszą lokatę na liście najlepiej sprzedających się płyt.

 

https://www.youtube.com/watch?v=8PfXfjYMtoA


W 2007 roku Prince dostarczył jeden z najlepszych występów w historii Super Bowl, czyli corocznego finałowego meczu o mistrzostwo w futbolu amerykańskim. Nie przeszkodziły mu w tym nawet skrajnie niekorzystne warunki pogodowe, które dziwiły w przypadku Miami. Co więcej, w obliczu całości koncertu wydawały się być czynnikiem wręcz polepszającym jego jakość. Kiedy do Prince’a dotarła informacja o panującej ulewie, zapytany o to czy ta mu nie przeszkadza, odpowiedział “A możesz sprawić, żeby padało mocniej?”. Występ budził zarówno zachwyt, jak i strach. “Let’s Go Crazy”, “Proud Mary”, “All Along The Watchtower”, cztery elektryczne gitary, tancerki na wysokich obcasach, zalana scena i nieustający deszcz – ten ostatni jakby specjalnie pod utwór zwieńczający całe show. Mowa o legendarnym już “Purple Rain”, podczas którego przy scenie pojawiła się biała płachta, będąca tłem dla ogromnego cienia artysty; równocześnie obrazująca genialne wykonanie osławionego gitarowego solo.

 

https://www.youtube.com/watch?v=0Fv_6bH8WUA

 

Prince odwiedził nasz kraj raz – na jubileuszowej, 10 edycji Open’er Festival. 5 lat później to wydarzenie nadal pozostaje w ścisłej czołówce występów stanowiących niedościgniony wzór. Koncerty The Purple One przewracały do góry nogami wszystko, co znamy z festiwalowych scen. To nie do niego należał pierwszy krok, to nie on miał starać się zyskać przychylność publiczności. Można powiedzieć, że oczekiwał książęcego przyjęcia. Tak też było w Gdyni, gdy pierwsze pół godziny wypadło niemrawo, upływając na wzajemnym wyczuwaniu sytuacji. Dopiero po czasie festiwalowicze (w dużej mierze przypadkowi i niezaznajomieni z postacią Prince’a) zrozumieli, że dalszy brak reakcji zamieni obiecujący headlinerski set w rozczarowujący odklepany obowiązek. Ożywienie gdyńskiej publiczności przyniosło efekt niemal natychmiastowy i piorunujący. Prince oczekiwał adoracji i uwielbienia, jednak nie była to transakcja jednostronna – w zamian oferował niebywałe show, pędzące w szaleńczym tempie od jednej niewiarygodnej solówki do drugiej. Najbardziej wymowny jest chyba fakt, że bezkompromisowy, poczwórny bis Księcia składał się z… 11 utworów i rozdmuchiwał czas trwania koncertu do poziomu, który wprawiłby w kompleksy niejedną stadionową gwiazdę. 

 

Prince w ostatnich latach był artystą nadzwyczaj płodnym. W 2009 wydał aż 3 krążki, a rok później jeszcze jeden. Po czteroletniej przerwie w 2014 ukazały się dwa jego albumy: dobrze przyjęte przeboje Art Official Age oraz funkorockowe Plectrumelectrum z towarzyszeniem tria 3rdEyeGirl. W zeszłym roku Książę dołożył do tego i tak pokaźnego już zestawu dwa kolejne wydanictwa z serii HITNRUN, które można potraktować jako kompilacje singli i niewydanych utworów z ostatnich kilku lat. Prince starał się brzmieć nowocześnie, współpracował chociażby z Ritą Orą czy Lianne La Havas. Możemy się więc tylko zastanawiać co autor Purple Rain mógłby jeszcze skomponować i czy może znów zmieniłoby to oblicze muzyki. Był inspiracją dla wielu. Prawie każdy muzyk tworzący w naszych czasach spłaca wobec Księcia swoisty dług wdzięczności. Prince'a pożegnaliśmy bez ostrzeżenia, w czwartek, 21 kwietnia. Z tego powodu oddajemy hołd jego twórczości, a Radio LUZ spowija purpura.

 

https://www.youtube.com/watch?v=6uzBHhPEWpE

 

Przygotowali: Magdalena Staniszewska, Konrad Zalewski, Piotr Myszyński i Krzysztof Ciach

 

PJ Harvey

Są tacy artyści, których po prostu nie wypada nie znać. Ona z pewnością jest jednym z nich.

                                                                                                                                                           

Polly Jean Harvey, bo o niej mowa, urodziła się w angielskim hrabstwie Somerset. To tam, na farmie swoich rodziców, po raz pierwszy odkryła muzykę. Jeszcze jako mała dziewczynka, Harvey nauczyła się gry na gitarze i saksofonie. W wieku 21 lat założyła trio PJ Harvey, którego fonograficzny debiut przypadł na rok 1992. Krążek Dry wywołał falę zachwytu wśród krytyków muzycznych, którzy docenili jego niespotykaną surowość, szczególną uwagę zwracając na teksty Polly. Jednak  dopiero wydany rok później drugi album, Rid of Me, przyniósł PJ Harvey prawdziwy rozgłos. Nagrany wspólnie z producentem Stevem Albini krążek na dobre rozpoczął jedną z bardziej owocnych karier w historii kobiecego rocka.

 

 

Trzeci album PJ Harvey został wydany zimą 1995 roku i stanowił punkt zwrotny w twórczości artystki. Podczas pracy nad To Bring You My Love Harvey rozstała się z członkami swojego zespołu, od tej pory tworząc już solo, a ponadto rozpoczęła też wieloletnią współpracę z multiinstrumentalistą Johnem Parishem. Za ciężkie, inspirowane amerykańskim bluesem brzmienie albumu odpowiada angielski producent Flood. Wydany na fali sukcesu singla "Down by The Water" krążek, zapewnił PJ Harvey nie tylko kolejne bardzo entuzjastyczne recenzje, lecz także największy do tego czasu sukces komercyjny.

 

 

Powstały w 1998 roku czwarty krążek Angielki stanowi całkowite przeciwieństwo swojego surowego, mocno akustycznego poprzednika. Choć po raz kolejny za produkcję odpowiada tu Flood, album Is This Desire? operuje całkiem innymi środkami wyrazu, na pierwszy plan wysuwając eksperymenty artystki z elektroniką. Obecność gitar i organów, stanowiących chłodne serce To Bring You My Love, została tu zastąpiona brzmieniem keyboardu oraz basu, które wraz z elektronicznym trzonem albumu tworzy niepokojące, pełne melancholii pejzaże dźwiękowe. Nagrany po zakończeniu szeroko komentowanej relacji Harvey z Nickiem Cavem, Is This Desire? jest zdaniem samej artystki najlepszym albumem w jej dotychczasowym dorobku.

 

 

Ostatni muzyczny projekt Polly w starym tysiącleciu okazał się jej, jak do tej pory, najbardziej przystępnym, a co za tym idzie, najbardziej komercyjnym. Wydany jesienią 2000 roku album Stories from the City, Stories from the Sea powstał na kanwie podróży artystki do Nowego Jorku. Jak mówi sama Harvey, krążek jest jej próbą poszukiwania "absolutnego piękna". W opozycji do ciężkiego, klaustrofobicznego brzmienia dwóch wcześniejszych wydawnictw, Stories from the City, Stories from the Sea to utwory o piosenkowej, przystępnej budowie oraz przejrzysta, niepozbawiona przestrzeni produkcja, pod którą kryją się niemal popowe melodie. Przy tworzeniu nagrodzonego prestiżową nagrodą Mercury Music Prize albumu artystce pomagał Thom Yorke.

 

 

Szósty album PJ Harvey, nagrany w pełni samodzielnie Uh Huh Her,  ujrzał światło dziennie w 2004 roku i choć zadowolił krytyków, podzielił fanów artystki. Trzy lata później nastąpił kolejny istotny przewrót w twórczości Polly. Na albumie White Chalk Harvey powraca do współpracy z najbardziej zaufanymi współpracownikami: Floodem oraz Johnem Parishem. Efekt jest jednak jak najdalszy od przewidywalnego; White Chalk to jedenaście ballad, które tworzą najbardziej kruchy, a jednocześnie posiadający najbardziej wyrazistą tożsamość album Angielki. Brzmienie pianina, którego grę opanowała specjalnie na potrzeby nagrań, łączy się tu z delikatnością harfy oraz rzadziej spotykanej cytry.  

 

 

2011 rok przyniósł premierę pierwszego albumu, na którym PJ Harvey w pełni porzuca wędrówki wewnątrz samej siebie na rzecz wnikliwej obserwacji otaczającej jej rzeczywistości. Zarejestrowany w XIX-wiecznym kościele materiał, który złożył się na fantastyczny album Let England Shake, to próba odpowiedzi na wiele nurtujących pytań dotyczących wydarzeń na świecie, od wojny w Iraku po konflikt w Afganistanie. W głównej mierze jest to jednak album o Anglii i na wskroś Anglią przesiąknięty. 

 

Mimo zmiany w warstwie tekstowej, muzycznie Let England Shake nawiązuje do poprzednich albumów, łącząc intensywność Rid of Me z eterycznością White Chalk. Za pracę nad albumem Harvey została uhonorowana Mercury Music Prize, stając się tym samym jedynym w historii podwójnym laureatem tej nagrody.

 

 

Na początku 2015 roku media obiegła wiadomość o planowanej instalacji, podczas której w towarzystwie publiczności miał powstać materiał na dziewiąty album Polly. Wystawa Recording in Progress, zlokalizowana w londyńskim Somerset House, rozpoczęła się w styczniu 2015 roku i trwała miesiąc. W tym czasie Harvey, z pomocą kilku muzyków, stworzyła fundament albumu The Hope Six Demolition Project. Świadkami procesu twórczego byli widzowie, obserwujący przez szybę pracę w studiu. Pierwszym efektem przedsięwzięcia, i jednocześnie zwiastunem nadchodzącego krążka, był wydany w styczniu bieżącego roku singiel "The Wheel".

 

 

Na dziewiąty album PJ Harvey trzeba było czekać aż pięć lat. The Hope Six Demolition Project został wydany 15 kwietnia nakładem wytwórni Island. Tak jak w przypadku poprzedniego krążka artystki, teksty zawarte na albumie skupiają się w głównej mierze na wielkich problemach współczesnego świata. Powstanie albumu poprzedziły wizyty Polly w USA, Afganistanie i Kosowie. Harvey, niczym reportażystka, dokumentuje w jedenastu utworach zawartych na płycie niezwykłe historie ludzi których spotkała na swojej drodze. 

 

Tytuł albumu nawiązuje do istniejącej w USA inicjatywy rządowej, której celem jest przekształcanie ubogich obszarów w lepsze osiedla. Do podjęcia problemu w swojej twórczości artystkę zainspirował pobyt w Waszyngtonie, w trakcie którego Harvey na własne oczy zobaczyła problemy społeczne z jakimi borykają się mieszkańcy terenów objętych programem Hope Six. Na bazie obserwacji oraz rozmów z członkami lokalnej społeczności, powstał otwierający album utwór "The Community of Hope", będący drugim singlem promującym wydawnictwo.

 

 

Album The Hope Six Demolition Project to muzyczny powrót na ziemię. Po delikatnej doniosłości Let England Shake, tym razem Harvey postawiła na bardziej zwarte, zdecydowane brzmienie, podkreślone dodatkowo przez męski chór, z Mickiem Harveyem na czele. Istotnym elementem pejzażu dźwiękowego stanowi tu saksofon, do którego artystka wraca po latach. Najnowsze, dziewiąte muzyczne dziecko Angielki stanowi dowód na to że ma ona jeszcze bardzo wiele do powiedzenia, zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej.

 

Moderat

Historia zespołu Moderat zaczyna się w 2002 roku, kiedy to dochodzi do spotkania Saschy Ringa, Gernota Bronserta i Sebastiana Szarego. Dotychczas wszyscy byli już znanymi w Berlinie muzykami. Sascha wydawał muzykę jako Apparat, a Gernot wraz z Sebastianem tworzyli duet Modeselektor. Trio wspólnie zamknęło się w studiu, a sesja nagraniowa zaowocowała EPką Auf Kosten der Gesundheit, jednak na pełny album trzeba było czekać jeszcze 6 lat.

 

Apparat i Modeselektor postanowili ponownie połączyć swoje siły w 2008, by rok później wydać debiutancki album Moderat. Pogłoski mówią, że trio nie mogło zdecydować się na dominujący rodzaj brzmienia. Nie należy zapominać, że zarówno Ring jak i Bronsert z Szarym nie próżnowali w tym czasie i byli zajęci nagrywaniem krążków sygnowanych nazwami swoich projektów. W tym okresie udało im się zdobyć międzynarodową sławę.

 

 

Pierwszy album długogrający nadał brzmieniu grupy charakter, którego trio wciąż się trzyma. Klubowe zagrywki Gernota i Sebastiana doskonale współgrają z delikatnym wokalem Saschy. To połączenie zdecydowanie wyróżnia się na tle muzyki elektronicznej wywodzącej się z Berlina. Zespół nigdy nie próbował wypracować kompromisu pomiędzy muzyką Modeselektor a Apparatem i być może właśnie dzięki temu odnieśli sukces — przez kotrast i przepaść jaka dzieli te dwa projekty.

 

Jako Moderat, członkowie nie potrzebowali nigdy tworzyć muzyki na siłę, gdyż wszyscy mają swoje własne projekty, w które są zaangażowani. Na kolejną płytę Moderat kazali czekać fanom do 2013. W tym roku funkcjonował już label Monkeytown Records założony przez członków Modeselektor, co umożliwiło wydawanie we własnej wytwórni. Muzycy na dobre więc pożegnali się z Bpitch Control, gdzie należeli wcześniej i album II został nagrany już w Monkeytown.

 

Po wydaniu drugiego longplaya, artyści nawiązali współpracę z UNICEF. Piosenka "Gita" została użyta w kampanii przeciwko przemocy wobec dzieci. Członkowie zespołu bardzo pozytywnie zareagowali na kontakt ze strony tej organizacji i chętnie użyczyli swojego utworu. 

 

 

Początek roku 2016 przyniósł fanom singiel „Reminder” i zapowiedź trzeciej płyty. 12 lat doświadczenia zdobyte wspólnie nie zmieniło znacząco brzmienia zespołu, ale III brzmi zdecydowanie spokojniej i dojrzalej. Wydaje się, że trio nie potrzebuje nikogo do siebie przekonywać, a może to lata dają się już we znaki i muzycy chcą trochę odpocząć.

 

Trzecia płyta Moderat początkowo nie została dobrze odebrana. Fani zarzucali im, że najnowszy album jest zbyt spokojny i brakuje mu pazura. Dodatek do płyty, zawierający utwór „Fondle” oraz remiksy „Reminder”, był jednak dosadną odpowiedzią na narzekania. Sascha, Gernot i Sebastian wciąż potrafią uderzyć mocno i zdecydowanie.

 

 

Pierwszy raz przyjechali z wizytą do Polski jako support Radiohead. Członkowie Moderat są znajomymi Thoma Yorke'a, który wielokrotnie podkreślał, że jest fanem ich muzyki. Koncert w Poznaniu odbył się u początku ich kariery, kiedy nie byli jeszcze dobrze znani Polskiej publiczności. Sascha w wywiadzie dla Pitchforka powiedział, że nie byli wtedy dobrze zrozumiani. Jednocześnie stwierdził, że to dobry ruch, gdyż w ten sposób ludzie poznają dziwniejszy typ muzyki i mają okazję się doedukować. Obecnie dorobili się takiej sławy, że bilety na ich koncerty sprzedają się na długo przed wydarzeniem. Zespół jest zdolny wypełnić duże sale po brzegi, nawet grając dwa razy w tym samym mieście w przeciągu roku. Tak zdażyło się w Katowicach — Niemieckie trio zagrało na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w wakacje i powrócili pół roku później, by znowu zagrać na koncercie organizowanym przez ten festiwal.

 

Sascha Ring w wywiadzie dla Electronic Beats zdradził, co łączy członków Moderat. Mimo tego, że poszczególni członkowie nie pochodzą z tych samych okolic, to chodzili na ten sam typ nielegalnych imprez. Wszyscy są fanami detroit techno i mają w sobie buntowniczego ducha.

 

Trasa koncertowa promująca album III obejmuje trzy występy w Polsce. Zespół zagra w Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu. Ten ostatni odbędzie się w sali bankietowej Galileo przy Centrum Konferencyjnym. Organizatorami są CitySounds i Lionstage

 

 

Domo Genesis

Od sześciu lat konsekwentnie idzie po swoje. Reprezentant Odd Future – Domo Genesis – Artystą Tygodnia w Radiu LUZ. Raper wraca z nową płytą pt. Genesis, a więc oficjalnym debiutem wydawniczym!

 

Pierwsze skojarzenie z charakterystycznym rapem Domo Genesisa to słowo: luz. Jak sami słyszycie, nie bez powodu jest naszym artystą tygodnia! W jego strofach nie ma miejsca na umoralniające regułki. Tu liczy się vibe, wybór bitów i lekka tematyka, która sprawdzi się w prawie każdych warunkach. Na scenie rapowej zadebiutował jako dziewiętnastolatek. Rzucił studia by na poważnie zając się karierą muzyczną. Przyjął przydomek Domo Genesis. Pierwszy człon to nawiązanie do jego imienia, drugi zaś, wziął się od nazwy sagi ulubionych gier.

 

 

Domo Genesis mimo swojego sielankowego trybu życia to tak naprawdę bardzo pracowity raper. W ciągu swojej sześcioletniej kariery wydał sześć długogrających albumów, nagrał szereg gościnnych zwrotek, a także udzielał się w przeróżnych projektach ekipy Odd Future. Genesis to trochę czarny koń wspomnianego kolektywu. W cieniu tak charyzmatycznych graczy jak Tyler, Earl Sweatshirt czy Frank Ocean – Domo musiał wydeptać swoją ścieżkę. Gdy spojrzymy na listę artystów z jakimi miał przyjemność współpracować – nie raz można się pozytywnie zaskoczyć. Raper ma na swoim koncie album wyprodukowany przez Alchemista, wspólne występy z The Flatbush Zombies, Madlibem czy Freddie Gibbsem. Ospałe nawijki Genesisa spotykały się z wersami najważniejszych przedstawicieli dzisiejszej sceny rapowej. Podobna sytuacja ma miejsce na jego najnowszym krążku.

 

 

Pracował nad albumem prawie trzy lata, jednocześnie nagrywając i publikując poboczne kompozycje. Krążek "Genesis" to ewolucja jego muzycznego charakteru, umiejętności, pojmowania rzeczywistości. To 45 minut z bardzo konceptualną warstwą brzmieniową. Są momenty surowsze, mroczniejsze, ale jest też czas na utwory wypełnione po brzegi słońcem wiszącym nad LA. Debiut płytowy to pewnego rodzaju zwieńczenie jego dotychczasowego dorobku muzycznego. To trochę jak przystanek po duży, zasłużony sukces. Gdy bańka Odd Future pęka, Domo Genesis ma wreszcie swoje pięć minut. Nagrywa hit "Dapper" z Andersonem Paakiem, i wraca jako lepszy technicznie MC. Domo Genesis nie przewartościował swojego rapu, nadal tworzy hip-hop rodem z lat 90tych, ale słucha się tego o niebo lepiej niż niepewne, pierwsze kroki na płycie Rolling Papers.

 

 

Genesis to raper celebrujący… spokój ducha. Można to zauważyć po jego twórczości, ale i wywiadach, których udziela. W rozmowie dla Hot 97, zapytany, jak się czuje wydając swój pełnoprawny, debiutancki album powiedział: "- Stary, ja nadal w to nie wierzę?!" Domo Genesis daje nam muzykę, która nie ma zmieniać gry, nie ma być przełomowa. Domo ma jednak w sobie coś, co pasuje słuchaczom na całym świecie. Miejmy nadzieję, że album Genesis to faktycznie dopiero początek.

 

https://www.youtube.com/watch?v=EtEKzt_e6c8

 

Frankie Cosmos

Frankie Cosmos, a właściwie Greta Kline, to nowojorska artystka, która od siedmiu lat sukcesywnie publikuje swoją muzykę w sieci. Jest aktywna szczególnie na platformie Bandcamp, gdzie dzieli się zarówno swoimi demówkami, jak również studyjnymi longplayami. Mimo stosunkowo krótkiej kariery, Grecie udało się wypuścić już niespełna 40 albumów, w większości utrzymanych w surowym, minimalistycznym klimacie i zwykle nagrywanych w domowych warunkach.

 

 

Muzyczny rozwój Frankie jest ściśle związany z otoczeniem, w którym miała okazję dorastać. Zaczęło się od brata, Owena, który podsuwał jej nowe zespoły i zabierał ją ze sobą na liczne koncerty. Duże znaczenie miał również fakt, że piosenkarka od urodzenia mieszka w Nowym Jorku – mieście niezwykle zróżnicowanym artystycznie, dającym wiele możliwości rozwoju i wychodzącym naprzeciw młodym twórcom.

 

 

Greta jest ściśle związana ze stylistyką indie – pop, którą na własny użytek przekształciła dodając smaki lo – fi i anti – folk. Wszystko razem tworzy ciepłą, przyjazną mieszankę, zostawiającą co prawda amatorski posmak, ale jakże przez to wiarygodną.  Artystka zbudowała więc swoją rozpoznawalność na zgrabnych, nieprzekombinowanych melodiach i szczerych, pomysłowych tekstach. Od samego początku kariery, stawia ona na emocjonalną aktualność przekazu, tworząc szybko i impulsywnie, co słychać, a co wbrew pozorom nie grozi ewentualną powierzchownością. Obecnie jednak, w związku ze współpracą z kilkoma wydawnictwami, stara się odchodzić od spontanicznego publikowania, na rzecz bardziej przemyślanych krążków.

 

 

Jej działalnośc nie ogranicza się jednak wyłącznie do projektu Frankie Cosmos. Ma ona za sobą również czasy spędzone z nowojorskim zespołem Porches. Artystka grała w nim na gitarze basowej razem ze swoim obecnym chłopakiem, Aaronem Maine, z którym tworzy po dziś dzień (Aaron występował z nią w duecie, jak i w jej solowych projektach, grając na perkusji). Frankie to nie jedyny pseudonim młodej Grety. Na samym początku, głównie w internecie, przedstawiała się jako Ingrid Superstar, i pod tym szyldem wypuściła kilka pierwszych płyt. 

 

 

Frankie okazuje się być niezwykle wszechstronną osobą. Poczynając od muzyki, uczyła się m.in. gry na pianinie, gitarze basowej, gitarze elektrycznej oraz perkusji. Poza tym miała dotąd wiele odmiennych zainteresowań. Przez okres szkolny zajmowała się pracami wizualnymi, szczególnie malarstwem, komiksami oraz rzeźbą. Z czasem jednak fascynacja nimi stygła, a do głosu dochodziło komponowanie muzyki i pisanie tekstów. Obecnie jednym z pobocznych zajęć piosenkarki jest wydawanie zinów.

 

 

Pierwszą płytą, jaką opublikowała w internecie była Amnesia The Fifth, stworzona w 2011 roku pod pseudonimem Ingrid Superstar. Oparty na prostych, akustycznych utworach nagrywanych w bardzo słabej jakości i pozbawionych jakiejkolwiek postprodukcji, krążek przywodzi na myśl krótkie, domowe sesje nagraniowe na dwa mikrofony. Mimo, że album mieści 10 kompozycji, jest on niesamowicie krótki, a piosenki swoją długością dochodzą maksymalnie do minuty. Momentem przejściowym w internetowej działalności Grety był rok 2012. Wtedy pojawił się pierwszy krążek związany z jej współczesnym projektem, Frankie Cosmos. Wydany jeszcze pod przejściowym szyldem, Franklin Cosmos, wciąż był tworzony w domowych warunkach, jednak zawierał więcej eksperymentów z ilością ścieżek i brzmieniem instrumentów.

 

 

W roku 2014 ukazał się Zentropy – pierwszy studyjny album Frankie Cosmos, wydany przez małą, zaprzyjaźnioną wytwórnię, Double Double Whammy. Spotkał się on  ze świetnym odbiorem krytyków i sporym zainteresowaniem słuchaczy. Znajdziemy na nim 10 świetnie zaaranżowanych, przyjemnych utworów, na których artystka emanuje świeżością i większą pewnością siebie. Po tym całkiem niezłym debiucie, Frankie Cosmos nieco zwolniła z publikowaniem w sieci kolejnych materiałów. Od tego czasu na jej Bandcampie pojawiły się tylko dwie demówki. W ubiegłym roku, drobnym nakładem na rynek trafiła studyjna Epka artystki, Fit Me In, tym razem stylistycznie czerpiąca z miłego synth – popu. To jednak nie było jej ostatnie dokonanie. W ubiegłym tygodniu, 1 kwietnia, Frankie wypuściła swój najnowszy krążek zatytułowany Next Thing, który poprzedziły fantastyczne single „On The Lips”, „Sinister” oraz „Is It Possible”.


 

Flatbush ZOMBiES

Flatbush Zombies, czyli hip-hopowe trio z Brooklynu, w którego skład wchodzą Meechy Darko, Zombie Juice i Erick Elliot. Członkowie grupy poznali się już w czasach szkoły średniej; mieszkali w tej samej części wspomnianej dzielnicy – Flatbush. Bardzo często, zarówno w utworach, jak i wywiadach, wspominają o dużym wpływie, jaki miało na nich środowisko. 

 

 

Jednym z pierwszych, głośnych występów zespołu, było pojawienie się w utworze "Bath Salt", na debiutanckim mixtapie innego nowojorskiego kolektywu-ASAP MOB. Ich popularność wykielłkowała wraz z opublikowaniem klipu do utworu "Thug Waffle". Później reprezentanci nurtu Beast Coast wydali pierwszy mixtape, D.R.U.G.S., który wzbudził jeszcze większe zainteresowanie odbiorców undergroundowej nowojorskiej sceny. Pełny tytuł wydawnictwa to “Death and Reincarnation Under God's Supervision.”. W 2013 roku miała miejsce premiera BetterOffDEAD, zawierające gościnne występy Actiona Bronsona i Danny’ego Browna. Mixtape spotkał się z pozytywnem odbiorem krytyków, pojawiając się na 17 miejscu zestawienia najlepszych mixtapów 2013 według magazynu XXL.

 

https://www.youtube.com/watch?v=xHZfoS1AKgw

 

Jako część ruchu Beast Coast, na swoich utowrach często goszczą takie grupy jakThe Underachievers czy Pro Era. Ich kolaboracje nie ogarniczają się jednak tylko do twórców związanych z tym nurtem. Na ich nagraniach pojawiają się bowiem tacy MC's, jak : Skepta, Juicy J czy wspomniani już Action Bronson i Danny Brown. Działania nowojorskiego trio ponadto nie kończą się na muzyce. W 2013 roku, razem z firmą Stussy, stworzyli linię odzieżową Stussy/Zombie.

 

 

Za produkcję większości materiału Flatbush Zombies w pełni odpowiada jeden z członków tria – Erick Ellitot, znany również jako The Architect Ten chętnie sięga po cloudrapowe, w tym przypadku określane mianem bardziej acidowego, brzmienie, wykorzystując niezliczoną ilość sampli, takich jak Bee Gees, Notorious BIG, Michael Jackson czy Gil Scott-Heron. W jego inspiracje wliczają się Miles Davis, Herbie Hancock, Pink Floyd czy twórczość Damona Albarna z wyszczególnieniem zespołu Gorillaz. To właśnie nie hip-hopowa muzyka zainspirowała psychodeliczną stronę produkcji Elliota. 

 

 

Odwiedzili nasz kraj na początku zeszłego roku w ramach wspólnej trasy z The Underachievers, promującej ich kolaboracyjne wydawnictwo Clockwork Indigo. Wydarzenie wzbudziło ogromne zainteresowanie, co było powodem zmiany miejsca koncertu z Proximy na dwa razy większe Palladium. Fakt wyprzedania wszystkich biletów w pełni przełożył się na jakość znakomitego show. Tych, którzy nie mogli pojawić się wtedy w Warszawie, na pewno ucieszyły tegoroczne ogłoszenia OFF Festival. Flatbush Zombies już w sierpniu pojawią się w Katowicach, tworząc festiwalową rap reprezentację razem z GZA z formacji Wu-Tang Clan i Yung Leanem.

 

 

W marcu tego roku miejscę miała premiera pełnoprawnego debiutu grupy 3001: A Laced Odyssey, czyli pierwszego albumu długogrającego. Wydany nakładem ich własnej wytwórni Glorious Thugs Recordings jest godzinną podróżą przez brzmienie, które  trio prezentowało od początku swojej działalności. Pozytywny odbiór krążka jest wynikiem połączenia świetnej produkcji Ericka Elliota, niebanalnych, śmiało odnoszących się do polityki czy popkultury wersów i doboru różnorodnych inspiracji. Wydawnictwo można przedstawić jako przykład psych-rapu, co czasem jest bardziej, czasem mniej wyraźne. Oferuje dużo niemalże paranoicznych brzmień i depresyjnych tekstów, miejscami porusza temat sławy czy hedonistycznego stylu życia. Flatbush Zombies od zawsze unikali popadania w skrajności, świadomie łącząc pozytywy z negatywami. Album zebrał bardzo dobre recenzje, umacniając pozycję grupy na scenie nowojorskiego rapu.

 

https://www.youtube.com/watch?v=igOhXpHvWDE

 

Tekst powstał we współpracy z Kubą Wytrykowskim 

τηε-ᴅʀᴇᴀᴍ

dream

the-dream

Chociaż The-Dream rozpoczął karierę jako songwriter i producent wraz z początkiem pierwszej dekady XXI wieku, dopiero rok 2007 był dla niego przełomowy. Wylansowane przez "Umbrellę" Rihanny charakterystyczne brzmienie producenta zaczęło stopniowo infekować amerykańskie radio, a wraz z końcem roku ukazał się jego debiutancki krążek Love/Hate. Dream, który, trzeba to jasno powiedzieć, nie jest obdarzony wielkoskalowym wokalem, potrafił w studiu zręcznie obrócić swoją słabość w atut. Podczas gdy inni bezrefleksyjnie prześpiewywali swoje piosenki, Dream ograniczył zawiłe wokalizy do minimalistycznie powtarzanych fraz, środek ciężkości przenosząc na warstwę brzmieniową krążka inspirowaną zresztą syntezatorowym funkiem lat 80. i dokonaniami takich twórców jak Michael Jackson i Prince.

 

Jednak dopiero w 2009 roku Dream definitywnie rozwinął skrzydła. Jego drugi krążek Love vs. Money ucieleśnił ideał płyty R&B — perfekcyjnie popowe refreny producent zamknął w koncepcyjnym cyklu utworów o odwiecznej walce miłości z pieniędzmi, która, jak dowodzi tytułowy utwór, pozostaje bez rozstrzygnięcia. Love vs. Money do dziś zachwyca dopracowanym w najdrobniejszych detalach brzmieniem i bezdyskusyjnie pozostaje jednym z najwybitniejszych osiągnięć współczesnego R&B. W międzyczasie The-Dream stał się jednym z nadwornych producentów m.in. Beyoncé czy Ciary, a także patronował girlsbandowi Electrik Red.

 

 

W 2010 albumem Love King Dream zamknął swój dotychczasowy dorobek płytowy w trylogię miłosną. Stracił już wówczas trochę w rankingach popularności, ale ani na chwilę nie spuścił z tonu. Na jego kolejny krążek IV Play trzeba było jednak poczekać do połowy 2013 roku. Tytuł płyty był złudny i znamienny zarazem. Z jednej strony w tytułowym numerze producent deklarował, że nie dba o grę wstępną i chce od razu przejść do rzeczy, z drugiej — cały krążek wydaje się jedną wielką grą wstępną w oczekiwaniu na kolejny wielki, zapowiadany od kilku lat album. W 2016 roku ta płyta nadal się nie ukazała. W dużej mierze ze względu na problemy logistyczno-prawne skutkujące zerwaniem dotychczasowego kontraktu Dreama z wytwórnią Capitol i wstrzymaniem premiery albumu Crown Jewel.

 

Wraz z początkiem roku The-Dream przygotował jednak ekskluzywną premierę dla Tidala — koncepcyjny wideoalbum Genesis — 40-minutowy film-teledysk złożony z 10 utworów i ilustrujących ich sekwencji wideo przedstawiających senne wizje Dreama w ciągu przywodzącym na myśl strumień świadomości.

 

the-dream

 

Iggy Pop

Początków kariery muzycznej Iggiego Popa należy doszukiwać się w szkole średniej. Artysta już wtedy działał jako perkusista w wielu zespołach muzycznych.  Drzwi do kariery Igieggo otworzyły się po porzuceniu nauki na uniwersytecie. Podczas pobytu w Chicago, Pop zainspirowany rozmową z bluesowym perkusistą Samem Layem postanowił założyć swój zespół.

 

Po powrocie z Chicago — Iggy Pop pod nazwą The Psychedelics Stooges tworzy swój pierwszy zespół. Głównym założeniem muzyków było stworzenie nowego brzmienia na bazie muzyki bluesowej. Na przełomie lat 60. i 70. nazwa grupy została skrócona do The Stooges. Wtedy też zespół zaczął grać pierwsze koncerty. Występy artystów charakteryzowały się dziką energią, gdzie na scenie dochodziło do aktów samookaleczania się, czy obnażania przed publicznością. Poprzez liczne skandale zespół szybko zyskał złą sławę.

 

Pierwsza płyta The Stooges ukazała się w 1969 roku pod tym samym tytułem co nazwa zespołu. Płyta nie sprzedawała się dobrze. Rok później zespół wypuścił drugą płytę Fun House, jednak i ten album nie odniósł sukcesów w sprzedaży, ani przychylnych recenzji. Próbę uratowania zespołu podjął David Bowie który poprzez swoje znajomości załatwił kontrakt z wytwórnia Columbia Record. W 1972 roku Bowie wyprodukował trzeci już album The Stooges — Raw Power. Płytę uznano za komercyjną wpadkę. Niedługo po tym grupa rozpadła się głównie przez problemy Iggiego Popa z narkotykami. Nałóg muzyka uniemożliwiał mu dalszą prace.

 

https://www.youtube.com/watch?v=BJIqnXTqg8I

 

Podczas walki z nałogiem Iggy Pop nie miał wokół siebie zbyt wielu przyjaciół. Osobą, która w tym czasie pomagała mu w wyjściu z uzależnienia był David Bowie. W tym okresie Iggy ruszył z Davidem w trasę koncertową Station to Station gdzie zobaczył, jak Bowie ciężko pracuje na swój sukces, co zmieniło podejście Popa do pracy. Po przeprowadzce do ówczesnej mekki artystów wszelkiej maści Berlina Zachodniego przyjaźń Igieggo Popa i Davida Bowiego umacniała się. Tam powstało większość piosenek znajdujących się na solowych płytach Popa, The Idiot oraz Lust For Life. Iggy wsparł również wokalnie przyjaciela podczas nagrywania albumu Low.

 

 

Podczas pobytu w Berlinie Zachodnim Iggy Pop współpracował z wytwórnią RCA. Ta, nie układała się zbyt dobrze i po nagraniu zakładanej przez kontrakt liczby płyt Pop przeszedł do wytwórni Arista. Tam nagrał kolejny album New Values który brzmieniem powracał do korzeni, brudnego garażowego grania. Album ten nie osiągnął wielkiego sukcesu komercyjnego jednak odbił się głośnym echem w Australii czy Nowej Zelandii. Przez fanów Iggy'ego Popa uważany jest za jedno z większych dokonań w karierze. Kolejne albumy nie dorównywały poziomem New Values i kariera Iggy'ego zaczęła podupadać. Przyczynił się też to tego po raz kolejny narkotykowy nałóg Artysty.

 

Współpraca Iggy'ego Popa z wytwórnią Arista zakończyła się. Wtedy po raz kolejny z pomocą przyszedł David Bowie. Bowie nagrał wtedy swoją wersje piosenki "China Girl", która pierwotnie znalazła się na pierwszej płycie Popa. Jako współautor kompozycji Iggy zyskał duże korzyści finansowe. Artyści wspólnie skomponowali również utwór Tonight który też okazał się hitem. Uzyskując zabezpieczenie finansowe, Pop po raz kolejny podjął walkę z nałogiem która trwała aż trzy lata.

 

Po wygranej walce z uzależnieniem Iggy Pop powraca z Albumem Blah Blah Blah który jest jego pierwszym solowym komercyjnym sukcesem. Kariera Popa zaczęła nabierać tempa. Albumem Instict – Iggy Pop wrócił do garażowego brzmienia The Stooges i jak niektórzy twierdza. przez ten ruch stracił kontrakt. Jednak okoliczności nie złamały artysty i w 1990 roku wrócił z krążkiem Brick by Brick który osiągnął status złotej płyty.

 

 

Najnowsza płyta Iggy'ego Popa nosi tytuł Post Pop Depression co może być odniesieniem do dwóch ostatnich albumów artysty, które charakteryzowały się brzmieniem pop i disco. Materiał brzmieniem powróci do gitarowych kompozycji także za sprawą artystów, którzy zaangażowali się w produkcję krążka. Przy tworzeniu albumu Popowi pomagają członkowie zespołu Queen of The Stone Age Josh Homme i Dean Fertita oraz perkusista grupy Arctis Monkeys Matt Helders.