Archiwum

Michael Jackson

Michael Jackson

Michael Jackson to dla niektórych postać kontrowersyjna, ale skupmy się na muzyce. Król Popu zostawił po sobie wiele znakomitych nagrań, które na zawsze zostaną w kanonie popkultury. Wpływ jego twórczości na współczesną muzykę jest niebagatelny. Można by pokusić się nawet o hipotezę, że dorobek Michaela, obok The Beatles i The Beach Boys, miał największy impakt na to, jak muzyka popularna wygląda teraz. W tym roku, nakładem wytwórni Legacy, została wydana reedycja Off The Wall, która oprócz krążka z muzyką posiada dołączone DVD z filmem dokumentalny o karierze Jacksona. Z tej okazji, w tym tygodniu, w Radiu LUZ, Micheal Jackson jest naszym artystą tygodnia.

 

Nie wstydźmy się tego powiedzieć. Michael Jackson był na swój sposób produktem. Produktem nastawionym na ogromny sukces komercyjny, ale dzięki jego talentowi i umiejętnościom ludzi pracującym z nim udało stworzyć coś rzadko spotykanego. Jego muzyka przemawia do mas, a jednocześnie prezentuje wysoką wartość artystyczną. Jackson zaczął karierę już w wieku 5 lat, razem ze swoim rodzeństwem, w połowie lat 60. w zespole – Jackson 5.

 

 

Swoją pierwszą solową płytę Got to Be There Michael Jackson wydał w 1972, gdy miał dopiero 13 lat. Cztery początkowe albumy nie były aż tak spektakularnym sukcesem komercyjnym jak jego kolejne wydawnictwa, przez co pozostają w cieniu swoich następców, a szkoda, bo można także w nagraniach znaleźć kilka perełek. 

 

 

Pierwszą wielką płytę wydał u schyłku lat 70. Off The Wall charakteryzuje nienachalna przebojowość. Brzmieniowo to fuzja disco i klasycznego soundu wytwórni Motown. Niesamowite w tym albumie jest to, że mimo średniego tempa utworów utrzymany jest taneczny groove, który każdego porwie na parkiet. Wniosek jest jeden – w muzyce tanecznej nie chodzi o tempo, ale o feeling.

 

Od Off The Wall stałym współpracownikiem Michaela Jacksona został Quicy Jones – cichy bohater albumu i jeden z najlepszych producentów muzycznych. Potrafił połączyć swoją maksymalistyczną skłonność do zagęszczania aranżów utworów z selektywnością brzmienia poszczególnych instrumentów. Ale co istotne – nigdy nie przytłaczało to słuchacza. Dzięki barwie głosu i lekkości śpiewu Michaela oraz produkcji Quincy’ego Jonesa wszystko zawsze brzmi gładko i przyjemnie.

 

 

“Wszystko zaczęło się od piosenek. Mieliśmy zabójcze, zabójcze piosenki” powiedział kiedyś Quincy Jones o Thrillerze. Mowa oczywiście o płycie Michaela Jacksona wydanej w 1982, która nie tylko jest najlepiej sprzedającym się albumem wszechczasów, ale zbiorem dziewięciu genialnych w każdym calu popowych piosenek, z których aż 7 stało się międzynarodowymi przebojami. Nie chodzi jedynie o synchroniczne tupanie do rytmu znacznej części światowej populacji. Nie chodzi też o "Billie Jean" czy tytułowego Thrillera, ale o to, że każdy utwór błaga o włączenie opcji "repeat". A pomyśleć, że "Billie Jean" miało na początku w ogóle na płytę nie wejść, bo nie podobało się Quincy’emu Jonesowi.

 

 

Album Bad z 1987 to kolejny po Thrillerze fenomen i chyba najbardziej singlowa płyta w historii, bo aż 9 z 11 utworów zostało wydanych na małych krążkach. I to nie byle jakich, bo aż 5 z nich trafiło na szczyt amerykańskiego Billboardu, co przez ponad 20 lat było niezrównanym osiągnięciem. Kiedy na Thrillerze słyszymy przebłyski łagodności, na siódmym albumie Michaela Jacksona każdy numer bije się o uwagę słuchacza. Jacko z Quincym Jonesem poszli tym razem w agresywne funk-rockowe brzmienie. I po raz kolejny był to strzał w dziesiątkę.

 

 

Po owocnej współpracy przy trzech płytach Michael Jackson zakończył współpracę z Quicym Jonesem z początkiem lat 90. W 1991 nagrywał album Dangerous już pod opieką innych producentów – Billa Bottrella i twórcy new jack swingu Teddy’ego Rileya. Krążek także odniósł sukces komercyjny. Wydawnictwo zostało pochwalone za bity, które na początku lat 90. bez wątpienia wyznaczały nową jakość. Jackson wydał za życia jeszcze dwa albumy studyjne: dwupłytowe HIStory: Past, Present and Future, a w 2001 powszechnie krytykowane Invincible

 

 

Za Michaelem Jacksonem nie stał tylko Quicy Jones, ale cała masa muzycznych znakomitości. Na pierwszych płytach piosenki produkowało mu słynne trio Holland-Dozier-Holland czy twórca quiet-stormu Smokey Robinson. Wśród utworów z Thriller i Off The Wall znajdują się kompozycje Steviego Wondera czy samego Paula McCartneya, z którym wówczas Jackson także wystąpił w duecie. Ale autorzy to nie wszystko. U Jacksona na płytach grali najlepsi instrumentaliści: George Duke, większość składu grupy Toto (której klawiszowiec Steve Porcaro także skomponował dla Michaela utwór “Human Nature”) czy Eddie Van Halen, który zagrał solo w "Billie Jean". 

 

 

Michael Jackson, Król Popu, zmarł nagle w 2009, ale dzięki swojej muzyce zostanie w naszej pamięci na długo. To, że tworzył muzykę pop wcale nie odbiera artyzmu jego poczynaniom. Bo czy tworzenie muzyki, która dociera do wszystkich, a jednocześnie posiada znamiona sztuki wyższej nie jest osiągnięciem znaczącym?

 

 

Animal Collective

Historia Animal Collective zaczyna się w połowie lat 80. w prywatnej podstawówce w Baltimore, kiedy to mały Noah Lennox poznaje trochę większego od siebie Josha Dibba. Obaj zostają przyjaciółmi na śmierć i życie. Gdy po końcowych egzaminach nadchodzi czas liceum, chłopcy zostają wysłani do innych szkół. Państwo Lennox stawiają na rozwój wyobraźni Noah w eksperymentalnej placówce, natomiast Dibbowie wysyłają syna do elitarnej Park School. Josh zaczyna się tam kumplować z Davidem Portnerem i Brianem Weitzem, którzy uwielbiają grać w garażu hity grupy Pavement. Nikt jeszcze nie wie, że ta znajomość wpłynie nie tylko na życie całej czwórki, ale również nieodwracalnie zmieni historię indie-rocka.

 

Jest rok 1995, a licealni przyjaciele zakładają grupę Automine, której trzon stanowią Josh, David i Brian. Razem z nimi grają dwaj koledzy, których nazwiska nie są aż tak istotne. Chłopaki własnym sumptem wydają jedyny singiel w dorobku grupy zatytułowany Padington Band, który jednak nie odnosi żadnego sukcesu. Zawiedzeni przyjaciele zaczynają eksperymentować z improwizowaniem. W tym okresie, w przypływie młodzieńczego geniuszu, David pisze i aranżuje Penny Dreadfuls, która znajdzie się na legendarnym pierwszym albumie Animal Collective. W wolnym czasie wszyscy słuchają dużo krautrocka i soundtracków z ulubionych horrorów, m.in. Lśnienia i Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, próbują też rozmaitych używek. Być może podczas jednego z takich spotkań Josh poznaje Davida z Noah, który szybko przyłącza się do całej ekipy.

 

 

W 1997 roku czterej przyjaciele wyruszają na studia: Noah i Josh w okolice Bostonu, David i Brian do Nowego Jorku. Nie stracili jednak kontaktu, bowiem w każde wakacje wracają do rodzinnego Baltimore po to, by razem tworzyć. Niedługo przed swoimi dwudziestymi urodzinami Noah zbiera własne, porozrzucane na przestrzeni lat nagrania i z pomocą Josha wydaje je na płycie pt. Panda Bear. Tytuł, który stanie się później oficjalnym pseudonimem Noah, wziął się z sympatii, jaką żywił do tych zwierząt – tak wielkiej, że w momencie wydania debiutu jego ręka wykonała dziesiątki rysunków przedstawiających czarno-białe misie. Składanka Noah, wraz z założeniem przezeń własnej wytwórni, były pierwszymi dużymi krokami na drodze do debiutanckiego albumu dwóch najbardziej kreatywnych kolektywu.

 

 

Rok 2000 był dla czwórki przyjaciół czasem jeśli nie najważniejszym, to z pewnością jednym z najważniejszych. Wtedy to bowiem wspólnymi siłami wydali album nagrany przez Davida i Noah, teraz już oficjalnie używających pseudonimów Avey Tare i Panda Bear. Już sam długi tytuł zwiastował coś niezwykłego: Spirit They’re Gone, Spirit They’re Vanished. Pod tą długą nazwą kryła się oszałamiająca dźwiękowa magma, która, jeśli wierzyć słowom ich wydawcy, „wypłaszała psy z pokoju”. Album ten był w dużej mierze autorskim dziełem Avey’go, który podczas studiów w Nowym Jorku, oddalony od rodzinnego domu i przyjaciół, przeżywał jeden z trudniejszych okresów w życiu. Jego nastrój z tamtego czasu odcisnął silne piętno na muzyce: młodzieńczo świeżej i ożywczej, ale zarazem mrocznej, momentami wręcz nieznośnej, przy tym jednak w dziwny sposób genialnej.

 

http://youtu.be/nyEA-4UjlOU

 

Po wydaniu świetnie przyjętego przez niezależne media debiutu, Avey i Panda na nowo zbratali się z przyjaciółmi. Przez następny rok starzy znajomi Josh i Brian, od teraz znani jako Deacon i Geologist, razem z Avey’m i Pandą grali, śpiewali i tłukli we wszystko, co znaleźli w swoich wynajmowanych mieszkaniach, a efekty swoich zabaw na żywo nagrywali. Owocem tych harców były płyty Danse Manatee i Campfire Songs, które mimo mało entuzjastycznego przyjęcia były koniecznymi krokami na drodze do kolejnego, lepiej już ocenianego albumu zatytułowanego Here Comes The Indian. To chyba najmniej przyjazne słuchaczowi wydawnictwo grupy, pełne intensywnym, gęstym łojeniem. Był to zarazem pierwszy album, na którym zespół wystąpił pod nazwą Animal Collective.

 

 

Po wydaniu Here Comes The Indian wykrystalizował się trzon zespołu. Stanowili go najbardziej aktywni członkowie Kolektywu: Avey Tare i Panda Bear. To na ich barkach spoczywała odpowiedzialność zarówno za ogólnoświatową trasę koncertową w 2003 roku, jak i materiał na nową płytę. Ta, zatytułowana Sung Tongs, miała okazać się dla grupy przełomowa. Zawarta na niej muzyka była bardzo przyjemna w odbiorze, przy tym jednak nadal zachowywała „kwaśny”, psychodeliczny klimat charakterystyczny dla wcześniejszych nagrań. Sung Tongs, które pojawiło się na wysokich miejscach wielu niezależnych rankingów, przyniosło Kolektywowi naprawdę szeroką sławę.

 

 

Lata 2004-2007 następujące po premierze płyty Sung Tongs to chyba najlepszy okres w twórczości Animal Collective. Wtedy to powstają ich najbardziej wyluzowane, nienachalnie eksperymentalne, ale przy tym wściekle słuchalne albumy: opatrzony bajkową okładką Feels oraz odrealniony Strawberry Jam. Z jednej strony obie płyty były hołdem dla wcześniejszej, nadpobudliwie żywiołowej estetyki; z drugiej jednak pełno na nich popowych wręcz melodii, które zostają w głowie na długo. Wisienką na torcie tamtego okresu stał się zbudowany w dużej mierze z sampli autorski album Pandy zatytułowany Person Pitch. Wszystko to ugruntowało pozycję Animal Collective jako czołowych wizjonerów sceny indie.

 

 

Olbrzymia popularność, jaką Animal Collective zdobył po wydaniu Strawberry Jam, maksymalnie rozbudziła apetyty słuchaczy, zwłaszcza że do duetu Avey-Panda dołączył znany z pierwszego składu Geologist. Następny, ósmy już album, nosił tytuł Merriweather Post Pavillion i stał się największym komercyjnym i krytycznym sukcesem w historii grupy. Wpływ na to miała łatwo słyszalna zmiana brzmienia: chociaż awangardowy posmak był nadal wyraźny, Kolektyw zaczął dużo bardziej intensywnie korzystać z elektronicznych brzmień, a same kompozycje wygładzono i ułożono, w przeciwieństwie do często improwizowanych piosenek z poprzednich albumów. Ekspresyjna emocjonalność ustąpiła pola opanowanej dojrzałości, swobodnie czerpiącej z wcześniejszych doświadczeń członków zespołu. Efektem takiego podejścia był bardzo przyjazny, słoneczny i lekki w odsłuchu album.

 

 

Lata po wydaniu Merriweather to dla Avey'go, Pandy i Geologista czas wytężonej, zdyscyplinowanej pracy, na którą, poza koncertami na całym świecie, składały się dwa projekty. Pierwszy z nich, zatytułowany ODDSAC, był, wedle słów samych autorów, „albumem wizualnym”, który miał przedstawiać obrazy pojawiające się podczas słuchania muzyki Kolektywu z zamkniętymi oczami. Drugi projekt zapowiadał się o wiele ciekawiej – była nim nowa płyta, nagrywana w pełnym, czteroosobowym składzie. Centipede Hz, bo tak album nazwano, zasadniczo kontynuował linię wyznaczoną przez Merriweather, mimo to przyjęcie było nieco chłodniejsze niż w przypadku poprzednika.

 

 

Animal Collective po ponad trzydziestu latach wspólnego grania istnieje dalej, a ostatnie pół roku było dla nich wyjątkowo intensywne. Najpierw wydali trzypłytową płytę koncertową, a dwa tygodnie temu światło dzienne ujrzał ich jedenasty album pt. Painting With. O ile wcześniej panowie z popem flirtowali, tak teraz poszli na całość, czego najlepszym potwierdzeniem są single z tego albumu. Chociaż element psychodelii i oderwania od rzeczywistości jest nadal obecny w ich brzmieniu, tak piosenki są najbardziej w historii zespołu przyjazne słuchaczowi. Nie jest to jednak zarzut – tak po prostu wygląda naturalna droga ewolucji twórczości czwórki z Baltimore. W końcu znają się tak długo, że razem mogą sobie pozwolić na wszystko.

 

 

Kanye West

Postać Kanye Westa nie po raz pierwszy wzbudza ogromne kontrowersje. 12. lutego ukazała się jego najnowsza płyta, The Life of Pablo, a jej promocja i związany z nią szum przyniosły ze sobą wiele niejasności i domysłów.

 

Na przestrzeni ostatnich trzech lat, czyli od wydania albumu Yeezus, wydawalo się ze Kanye West jest skupiony na wszystkim oprócz pracy nad własną muzyką. Przeniósł swoją serię butów Yeezy do Adidasa, zadebiutował w dziedzinie mody wypuszczając kolekcje Yeezy Season 1 i 3 oraz rozwijał serwis streamingowy Tidal, którego jest współwłaścicielem. W życiu prywatnym artysty działo się równie dużo. W 2014. roku Kanye poślubił Kim Kardashian, z która ma dwójkę dzieci. Przez cały ten okres jedyną informacją dotyczącą jego solowej muzyki był ogłoszony w marcu 2015. roku tytuł krążka, So Help Me God. Pierwszy singiel ukazał się jednak dopiero w styczniu bieżącego roku, a tytuł płyty zmienił się dwukrotnie.

 

 

Przy rozpoznawalności Kanye, pośród jego aktywności i wypowiedzi w internecie, każda nowa informacja wiązała się z ogromną ilościa wiadomości w mediach. Skutkowało to kontrowersyjną, lecz bardzo skuteczną promocją albumu. Rezultat minął się jednak z oczekiwaniami Kanye Westa. Projekt, ostatecznie nazwany The Life of Pablo, wylądował ekskluzywnie na serwisie należącym m. in. do samego Kanye oraz Jaya-Z, czyli Tidal. Możliwość pobrania zniknęła po niecałych 48. godzinach, a West po raz kolejny wybrał Twittera, by wyrazić swoją frustrację. The Life of Pablo mogłoby otrzymać tytuł złotej płyty niemalże z miejsca, jeśli tylko przyznawałyby go serwisy z torrentami. Aktualna wersja albumu wciąż nie jest jednak jeszcze wersją ostateczną. Powstawała "na prędce" w ciągu ostatnich tygodni przed wydaniem, i okazuje się, że jeszcze nie udało się jej ukończyć.

 

Nim Kanye West został jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w przemysle muzycznym, przeszedl długą i krętą drogę. Zaczynał od produkowania dla lokalnych raperów i swojej grupy Go Getters, jednak konsekwentnie i zdecydowanie szybko piął się w górę. Po niecałych trzech latach aktywności na scenie udało mu się nawiązać współpracę z Foxy Brown, której płyta, z jednym bitem od Kanye, dotarła na 1. miejsce listy Bilboard. Niedługo potem, w 2000. roku, West podpisał kontrakt z Roc-A-Fella, co nadało jego karierze szaleńczego tempa. Od kolejnych, znakomitych bitów dla członków wytwórni przeszedł do pracy nad solowym materiałem wypuszczając trzy znakomite albumy. The College Dropout, Late Registration oraz Graduation zdefiniowały brzmienie hip-hopu i ugruntowały pozycję Westa jako kompletnego muzyka.

 

 

W 2007. roku zmarła matka Kanye Westa, co ogromnie wpłynęło zarówno na charakter, jak i twórczość artysty. Wydany potem album 808s & Heartbreaks nie do końca pokrywał się z jego dotychczasowym stylem – był smutny, pełen zawodzenia, wypełniony efektami nałożonymi na wokal z autotunem na czele, stworzony na bazie klasycznej maszyny perkusyjnej – Rolanda TR-808, i niezwykle osobisty. Kanye w międzyczasie zdał sobie sprawę, że nie musi się wpasowywać w żadne ramy, ale będac na takim miejscu może tworzyć własne. Kolejny, wydany w 2010. roku album, My Beautiful Dark Twisted Fantasy, został jednym z najlepszych albumów po roku 2000. według znacznej większości opiniotwórczych mediów. Spójny, znakomicie skomponowany, okraszony czterdziestominutowym filmem bazującym na znajdujących się na MBDTF utworach, okazał się prawdziwym arcydziełem, jednym z lepszych momentów niezwykle bogatej kariery Kanye.

 

 

Dalsze dzieła Westa gloryfikowały jego wielkość i wyjątkowość, co wzbudzało coraz większą ilość pytań o stan psychiczny artysty. Watch The Throne już samym tytułem przynosi na myśl skojarzenia dotyczące znaczenia tego wydawnictwa. Spektakularny, choć stosunkowo niedługi album, stworzony przez armię współproducentów i gości zapisał się jako dzieło dwóch znakomitych muzycznych ikon, Westa i Jaya-Z, we współczesnej amerykańskiej popkulturze. Przedostatnie wydawnictwo w dorobku płytowym Westa wyniosło kontrowersyjność jego postaci na nowy poziom. Płyta nosi nazwę Yeezus i znajduje się na niej także utwór I Am A God. Całość, minimalistyczna i na pewno ekstrawagancka, pokazała zupełnie nowy kierunek w jakim poszło brzmienie Kanye. Dotychczas to najbardziej eksperymentalna oraz inwazyjna płyta artysty.

 

 

W bieżącym tygodniu w Radiu Luz rozwodzimy się nad dotychczasowymi dokonaniami Kanye Westa. Można go lubić, uwielbiać lub kompletnie nienawidzić, nie sposób jednak nie doceniać jego talentu i wpływowości. Zarówno na scenę hip-hopową, ogólnie muzyczną, jak i na popkulturę jako całość.

 

Anderson .Paak

Brandon Paak Anderson, obecnie znany pod pseudonimem Anderson .Paak – kalifornijski raper, producent i wokalista bazujący na R’n’B i hip-hopie. Początek jego kariery został poprzedzony wyjątkowo nieszczęśliwym splotem zdarzeń, w które wliczają się bycie synem hazardzistki i więźnia, bezdomność czy praca przy plantacjach marihuany. Suma tego typu doświadczeń w dużej mierze przekłada się na materiał prezentowany w jego twórczości – wynikająca z tego autentyczność jawi się jako jedna z większych zalet muzyki Andersona.

 

https://www.youtube.com/watch?v=RgsjMC6l5uo

 

Wychowany wśród różnorodnych wpływów muzycznych od matki przejął zamiłowanie do soulu. Siostry z kolei zaszczepiły w nim zainteresowanie hip-hopem, a obecność kościoła nieco narzuciła muzykę gospelową. Konsekwencją rozbudowanych muzycznych korzeni jest fakt, że Anderson od momentu wydania pierwszej EPki, Violets Are Blue, (jako Breezy Lovejoy) prezentuje gatunkowy przekrój, mogący zostać uznany za mieszankę R’n’B, rapu, elektroniki i soulowego wokalu. W 2014 roku ukazał się pierwszy longplay Andersona .Paaka, czyli Venice. Nieco zignorowany przez środowisko muzyczne, nie okazał się być przepustką na mainstreamową scenę.

 

 

Od 2010 roku Paak współpracował z wieloma artystami – zaczął pojawieniem się na dwóch utworach z The Classic EP od Afro Classics. Zaliczył gościnne występy u Waxa, Watzky’ego, DJ Premiera, Madliba czy The Game’a. Nagrał EP-ki z duetem producenckim Blended Babies i instrumentalistą Knxwledgem (razem jako NxWorries). Jedną z jego ostatnich kolaboracji jest utwór "Uniqe" z And After All, We Didn’t Talk autorstwa GoldLinka. Jednak albumem najważniejszym dla jego kariery okazał się być zeszłoroczny Compton Dr. Dre – Paak wziął udział w tworzeniu aż sześciu kompozycji z tego wydawnictwa.

 

 

Compton był dla Andersona bez wątpienia albumem przełomowym – pozwolił zaistnieć mu na scenie i zwrócić na siebie uwagę krytyków muzycznych, którzy, zachwyceni jego charakterystycznym wokalem i charyzmą, ze zniecierpliwieniem czekali na drugi album Paaka, Malibu. Zapowiedziana w 2015 roku premiera miała miejsce w połowie zeszłego miesiąca. Wcześniej promowany przez single takie jak "Come Down" czy “Am I Wrong” ze Schoolboyem Q, materiał momentalnie zaczął zgarniać bardzo dobre recenzje. Nieco ponad godzinne wydawnictwo to spójne połączenie funku, soulu, house’u, r’n’b i hip hopu. Ogromną zaletą materiału jest świetny zestaw producencki, w skład którego wchodzą m.in Kaytranada, Madlib, 9th Wonder, DJ Khalil czy Hi Tek.

 

https://www.youtube.com/watch?v=-mlg-fFJZGA

 

Na początku swojej kariery był kojarzony jako muzyk mocno powiązany z hip-hopem. Jego debiutancki album Venice zawierał stosunkowo dużo rapu – na Malibu artysta w pełni rozwinął swoje soulowe oblicze, proponując linie wokalne nasuwające oczywiste skojarzenia z Jamesem Brownem. Zamiłowanie do tego gatunku słychać nawet w utworach, w których rapuje – do współpracy nad refrenem jednej z takich kompozycji zaprosił BJ The Chicago Kida, czyli obiecującą postać neo-soulu.

 

 

Pod koniec stycznia tego roku podpisał kontrakt z założoną przez Dr Dre wytwórnią Aftermath Entertainment. Powiązani są z nią artyści tacy jak The Game, Reakown, Rakim, Busta Rhymes czy Eminem. To z jej ramienia wyszły m.in kultowe The Slim Shady czy The Documentary The Game’a. 

 

Paak sprawia wrażenie artysty mocno stąpającego po ziemi, z klarownym spojrzeniem na sławę i przemysł muzyczny. Proponuje gatunkowy misz-masz, sprawnie operując zarówno rapem, jak i przepełnionym soulowym zacięciem wokalem. Potrafił zgromadzić zespół producencki, któego niewątpliwą zasługą jest niemalże bezbłędne brzmienie tegorocznego wydawnictwa. Równie szybkim jak wdarcie się muzyka na mainstreamową scenę, okazało się ruszenie trasy koncertowej promującej Malibu. Paak pojawi się w Polsce 19 lutego w Warszawie.

 

Archie Marshall

Archy Marshall (znany szerzej jako King Krule, Zoo Kid lub Edgar The Beatmaker) to młody reprezentant brytyjskich artystów, producentów i tekściarzy zakorzenionych w szeroko rozumianej kontrkulturze. Urodzony w 1994 chłopak, dorastał w atmosferze domowych problemów, które miały niemały wpływ na jego zdrowie i socjalizację. Jako nastolatek zaczął zagłębiać się twórczość indie – rockowych grup. Znajomość tej muzyki pozwoliła mu na rozpoczęcie przygody z tworzeniem własnych piosenek. Już w roku 2010, niedługo po opublikowaniu pierwszych singli jako Zoo Kid, udostępnił w sieci pierwszą kompilację, U.F.O.W.A.V.E.S.
 

https://www.youtube.com/watch?v=-NuME7DFi9o
 

Rok 2011 okazał się być dosyć przełomowy jak na karierę młodego Marshalla. Wtedy to ukazała się jego debiutancka EP-ka, nazwana po prostu King Krule (występował już wtedy właśnie pod tym pseudonimem). Na wydawnictwie znalazło się 5 krótkich utworów, czerpiących głównie z minimalistycznego, gitarowego lo – fi.
 


 

Klimat tego albumu mógł zapowiadać przyszłe aranżacje, jakich będzie używał artysta. Fani mogli się o tym przekonać już rok później, kiedy to muzyk podzielił się z nimi singlem "Rock Bottom/Octopus", w którym nie tylko ożywił ideę, która przyświecała mu w tworzeniu poprzedniej EP-ki, ale wzbogacił ją o pełniejsze brzmienie i mocniejszą ekspresywność. 
 


 

I znów, Archy potrzebował tylko roku by powrócić z nowym materiałem. 2013 stanął pod znakiem jego pełnowymiarowego debiutu, 6 Feet Beneath The Moon, nota bene wydanego w jego 19 urodziny przez znaczącą wytwórnię, XL Recordings. Na nim pokazał już pełnię swoich możliwości twórczych i spektrum gatunkowe, w jakim potrafi się zwinnie odnajdywać.
 

 

Tracklista objęła 14 utworów, charakteryzujących się dużą spójnością i wciąż nawiązujących do poprzednich dokonań autora. Na longplayu znalazło sie za to dużo więcej kompozycji bazujących głównie na delikatnej, transowej elektronice. Fascynacja tymi dźwiękami miała coraz bardziej pochłaniać Krule'a. 
 


 

Kolejny rok przyniósł efekty spontanicznej współpracy Marshalla z londyńską bohemą muzyków zainteresowanych alternatywnym rapem i elektroniką. Spotkanie tak wielu indywidualistów zaowocowało wyjątkowym krążkiem – wydanym przez nich niezależnie City Rivims Mk 1. Sub Luna City, bo taką nazwę przybrał ten kolektyw, okazało się dla naszego bohatera punktem zwrotnym w solowej karierze, odkrywając przed nim całkowicie nowe pokłady inwencji. 
 


 

Doświadczenia z muzycznym impresjonizmem budowanym najpierw na prostych gitarowych riffach, później poszerzanym o jazz i bardziej syntetyczne brzmienia, a finalnie zasilonym przez producenką stronę hip – hopu, zebrały się w całość na ubiegłorocznym wydawnictwie, nazwanym A New Place 2 Drown. Strona audio została w tym przypadku poszerzona o poezję i zdjęcia zawarte w dedykowanym do płyty, fizycznym albumie autorstwa Archiego i jego brata. Premierze towarzyszył również film, który
zrealizował Will Robson-Scott.

 


 

Ostatni krążek to pełni producenkie dzieło, prezentujące imponującą jednorodność i wyszukanie. Nowe rozwiązania, których spróbował Marshall wzbudziły bardzo mieszane emocje, zarówno wśród fanów artysty, jak i krytyków. Mimo to, rzuciły nowe światło na przyszłość artysty, która teraz może być jeszcze bardziej interesująca.
 

 

Skunk Anansie

Formację Skunk Anansie powołali do życia w lutym 1994 roku niepokorna wokalistka Deborah Skin Dyer, basista Richard Cass Lewis, gitarzysta Martin Ace Kent oraz najbardziej doświadczony z całej czwórki perkusista Robbie France. Pierwszy koncert grupy odbył się już miesiąc później w londyńskim klubie Splash, natomiast debiutancka autorska kompozycja zespołu ukazała się jeszcze pod koniec tego samego roku i nazywała się Little Baby Swastikkka, co od początku pokazywało, że Skin w swoich tekstach niekoniecznie podejmować się będzie łatwych tematów. 

 

 

Zanim w ogóle doszło do wydania debiutanckiego albumu Skunk Anansie, zespół dostąpił niemałego zaszczytu – do współpracy nad jedną z wersji swojego najnowszego singla zaprosiła ich na początku 1995 roku Björk. Ta kolaboracja układała się na tyle dobrze, że podczas telewizyjnej premiery utworu Army Of Me islandzka artystka pojawiła się na scenie właśnie w towarzystwie członków brytyjskiej formacji.

 

 

We wrześniu 1995 roku światło dzienne ujrzał krążek Paranoid & Sunburnt, debiutanckie wydawnictwo zespołu Skunk Anansie. Płyta wypełniona mocnym gitarowym graniem i niezwykle ekspresyjnym wokalem Skin szybko zweryfikowała poglądy dużej części ówczesnych krytyków muzycznych, którzy po formacji, na czele której stoi czarnoskóra wokalistka, spodziewali się muzyki soul. W ciągu niecałego roku od opublikowania, album zyskał również na Wyspach Brytyjskich status złotej płyty.

 

 

Płyta Paranoid & Sunburnt przyniosła także pierwsze wyróżnienia w formie muzycznych nagród – New Musical Express uznał grupę za jeden z najgorętszych zespołów, a branżowy tygodnik Kerrang! wybrał Skunk Anansie na brytyjską formację 1995 roku. Ten drugi plebiscyt okazał się mieć szczególne znaczenie, jako że na gali wręczenia właśnie tej nagrody zespół poznał się z Markiem Richardsonem, który w składzie grupy zastąpił Robbiego France'a, który w tamtym czasie przeniósł się do niemieckiej synthpopowej formacji Alphaville.

Skunk Anansie nie zamierzali zwalniać tempa. Już w maju 1996 roku, a więc zaledwie siedem miesięcy od wydania debiutanckiego albumu, na rynku pojawiła się płyta Stoosh, którą w całości wyprodukował Garth Richardson, który cztery lata wcześniej pełnił taką samą rolę w przypadku legendarnego pierwszego albumu zespołu Rage Against The Machine. Skin, która spotkała się z krytyką za polityczne teksty na krążku Paranoid & Sunburnt, szykując piosenkę Yes It's Fucking Political na otwierający nową płytę utwór postanowiła pokazać branży muzycznej środkowy palec.

 

 

Drugi album w dyskografii Skunk Anansie ugruntował ich pozycję na europejskiej scenie muzycznej. W 1997 roku zostali nominowani do dwóch nagród MTV Europe Music Awards – w kategorii najlepszy wykonawca rock ich rywalami był na przykład zespół Oasis, a w kategorii najlepszy występ na żywo takie gwiazdy jak U2 i Michael Jackson. Rok później formacja dostąpiła zaszczytu wystąpienia jako jedyny europejski zespół na specjalnym koncercie z okazji 80 urodzin Nelsona Mandeli, a w 1999 roku Skunk Anansie zostali headlinerami największych europejskich festiwali – brytyjskiego Glastonbury i duńskiego Roskilde.

 

 

W sierpniu 1999 roku opublikowany został trzeci w ogóle, a pierwszy od momentu podpisania lukratywnego kontraktu z wytwórnią Virgin, studyjny album formacji Skunk Anansie. Post Orgasmic Chill okazał się być dużym sukcesem – płyta pokryła się złotem między innymi w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Danii i Holandii, a także podwójną platyną we Włoszech. Dwa lata później członkowie zespołu postanowili jednak zakończyć działalność grupy. Każdy z nich spróbował rozwinąć solową karierę, ale nikomu nie udało się osiągnąć sukcesu na miarę Skunk Anansie.

 

 

Przerwa w działalności zespołu trwała osiem lat. Pierwszy koncert po ponownym zejściu się członków formacji odbył się w lokalizacji dla tej grupy bardzo symbolicznej – klub Water Rats to to samo miejsce, w którym zaczynali występy jako Skunk Anansie niemal dokładnie piętnaście lat wcześniej. Zespół postanowił uczcić swój powrót również poprzez wydanie kompilacji Smashes & Trashes, na której oprócz największych hitów pojawiły się również trzy nowe utwory.

 

 

Szybko okazało się, że powrót Skunk Anansie nie był jednorazowym wydarzeniem zorganizowanym przez członków zespołu w celu opłacenia zaległych rachunków. W 2010 roku ukazał się album Wonderlustre, który był pierwszym studyjnym wydawnictwem formacji od jedenastu lat. Godziny spędzone razem w studiu nagraniowym oraz na koncertach zapewne przypomniały muzykom najlepsze czasy zespołu, a efektem była kolejna już płyta – wydany w 2012 roku krążek Black Traffic.

 

 

Na początku grudnia 2015 roku formacja podała informację o planach na obecny rok – na 15 stycznia zaplanowano premierę szóstego studyjnego albumu nazwanego Anarchytecture, a już od pierwszych dni lutego Skunk Anansie rozpoczynają trasę koncertową. Spośród zaplanowanych występów większość została wyprzedana w ciągu kilku dni, co wyraźnie pokazuje, że ta brytyjska formacja mimo ponad dwudziestu lat na scenie wciąż wzbudza ogromne emocje.

 

 

Ty Segall

8 lat na scenie, niemal 20 płyt na koncie, współpraca z ośmioma zespołami, a wszystko to mając zaledwie 28 lat. Multiinstrumentalista, producent, wydawca, jeden z najbardziej płodnych artystów dzisiejszej muzyki. Przed wami Ty Segall.

 

Wszystko zaczęło się od sesyjnego grania z różnymi undergroundowymi kapelami, głównie w San Francisco, które zostało zwieńczone wydaniem w 2008 roku kasety z debiutanckim materiałem, „Horn The Unicorn”. Jeszcze w tym samym roku, dzięki znajomości Johnem Dwyerem, wokalistą zespołu Coachwhips, ukazał się jego pełnoprawny solowy debiut zatytułowany po prostu „Ty Segall”. Album przepełniony jest charakterystycznym, surowym brzmieniem Segalla, które będzie mu towarzyszyło przez całą późniejszą karierę.

 

Zaledwie rok później Kalifornijczyk wydał swój drugi album, „Lemons”. Pozytywny odbiór ze strony krytyków i słuchaczy spowodował wzrost jego popularności, w związku z tym Segall postanowił nie zwalniać tempa. Kolejne LP, „Melted” i „Goodbye Bread” ukazały się kolejno w 2010 i 2011 roku. Co ważne, artystyczna płodność szła w parze z wysokim poziomem, „Goodbye Bread” jest do dzisiaj uważana za jedną z najlepszych płyt Ty.

 

 

2012 rok był z pewnością najbardziej pracowitym w karierze Segalla, wydał on wtedy aż 3 płyty. Dwie z nich były albumami nagranymi z pobocznymi projektami muzyka, odpowiednio „Hair” z White Fence” oraz „Slaughterhouse” stworzone ze swoim koncertowym zespołem Ty Segall Band. Ostatnim wydanym w tym roku longplayem była płyta „Twins”, na której możemy usłyszeć Segalla w cięższym wydaniu. W kolejnych latach Ty ani myślał zwalniać, do 2015 roku ukazały się 3 kolejne projekty, w tym między innymi pierwsze podwójne LP Kalifornijszyka, „Manipulator”, na którym Segall romansuje z muzyką psychodeliczną.

 

https://www.youtube.com/watch?v=d8_FV3JoBc4

 

22 stycznia bieżącego roku ukazał się najnowszy materiał Segalla, płyta „Emotional Mugger” która, do czego artysta zdążył już przyzwyczaić, spotyka się z pozytywnym odbiorem ze strony słuchaczy i krytyków.

 

 

Autor: Michał Kosmaczewski

 

Bloc Party

14 lat na scenie. Uznania dorobili się za sprawą muzycznej erudycji, energii i brzmienia. Trochę medialnej wrzawy przy pierwszych poczynaniach tych Brytyjczyków na pewno się przydało, lecz żadnego odcinania kuponów od sławy nigdy nie stosowali. To nadal gra jeden na jednego – rockowy band kontra wrażliwość słuchacza.

 

Początek był całkiem zwyczajny – spotkanie dwóch chłopaków podczas brytyjskiego festiwalu Reading i odkrycie, że ich muzyczne upodobania są na tyle zbieżne, że nie tylko mogą o nich rozmawiać, ale przełożyć je na wspólne tworzenie. Tymi chłopakami byli Kele Okereke – późniejszy frontman grupy oraz Russel Lissack, gitarzysta. Do tego duetu z czasem dołączyli Matt Tong, który zasiadł za bębnami i Gordon Moakes, basista. W tym klasycznym, czteroosobowym składzie, na przełomie lat 2002/2003 wystartował zespół Union. Niedługo później przemianowany na Bloc Party.

 

 

W 2004 roku nagrali demo o tytule „She’s Hearing Voices”, które zręcznie omijało pułapki przekombinowania. Kele postanowił odważnie, że prześle te próby zespołowi Franz Ferdinand. To była trafiona decyzja, bowiem Kapranos i spółka zaprosili ich do wspólnego koncertowania. O debiutantach z Essex zaczęło być głośno. „She’s Hearing Voices” zostało potem umieszczone na ich debiutanckim albumie.

 

 

Napisanie pierwszego długogrającego materiału nie przyszło młodemu zespołowi łatwo, ale szczęściarzom płyta Silent Alarm udała się wprost wybitnie. Magazyn NME uznał ją za najlepszy album 2005 roku. Wysłyszeć tam można opętańcze melodie, choć Kelemu udaje się być po prostu romantycznym facetem, a słychać to np. w utworze pt. „This Modern Love”. Album Silent Alarm okupował listy najbardziej znaczących płyt roku na pozycji pierwszej. Może być nazwany pretensjonalnym, lecz kompozycje w rodzaju „Helicopter” czy „Banquet” udowodniły, ze na Wyspach nikt nie robił lepszego pożytku z gitar niż Kele Okereke i jego koledzy. Ponad milion sprzedanych egzemplarzy. Płyta, którą Franz Ferdinand chcieli nagrać, ale zabrakło im odwagi.

 

 

Druga płyta to nie taka prosta sprawa. Na szczęście, nie można było zarzucić albumowi Weekend In the City, że niczym nie zaskakuje, że prezentuje Bloc Party takimi samymi, jakimi byli 2 lata wcześniej. Zespół nie stracił energii i oryginalnych, niekiedy ryzykownych, pomysłów. Dodali sporo nowego (posłuchajcie numeru „Flux”, który we mnie wywołuje ambiwalentne uczucia), nagrali tam też jeden z najlepszych kawałków w całej swojej karierze – niewiele bowiem jest się w stanie równać z fantastycznym „The Prayer”. Nie było w 2007 roku nikogo, kto mógł przeszkodzić im w statusie najważniejszego młodego zespołu z Wysp. Nawet pobieżna przesłuchanie krążka Weekend In The City pokazuje, że to nadal oni, niedoskonali, przez to osobliwi. Może gdzieniegdzie pojawia się rozbuchana pewność siebie, ale niech będzie im wybaczone. To świetna płyta i świetne teksty. Weekend w mieście to nie zawsze pocztówkowe widoki.

 

 

Wraz z trzecią płytą, albumem Intimacy, dało się odczuć, że niestety, grupa nie zdołała utrzymać dawnego poziomu, a i doświadczenie, które zdobyli nagrywając wcześniejsze dźwięki, kompletnie nie przyniosło oczekiwanego, czyli muzyki intrygującej własnym charakterem. Nawet gitarzysta grupy przyznał w jednym z wywiadów, że to płyta „niedopracowana i przekombinowana”. Odwaga pomylona z brawurą. Chociaż zdarzyły się też na Intimacy dobre momenty, jednym z nich była kompozycja „Better Than Heaven”

 

Podczas gdy zespół trwał w niesprecyzowanym czasowo zawieszeniu, lider grupy postanowił nagrać solowy debiut. Kele raczej nie chciał konkurować z nastoletnimi gwiazdami popu, pewnie nawet nie miał na to ochoty, ale rozgłos sobie zapewnił. Album The Boxer był lekkim szokiem dla tych wszystkich, którym w głowie huczały jeszcze gitary Kelego i jego kumpli z zespołu. Utwór „Tenderoni" zapowiadał ten solowy eksperyment wokalisty z pokrętną zupełnie elektroniką. Elektroniką, która była jedynie czymś na przeczekanie niepewności związanej z powrotem do Bloc Party. Jako że na Wyspach wszystko dzieje się szybciej, po krótkim romansie, Kele Okereke i nieoszlifowana elektronika postanowili się rozstać (choć wrócili do siebie jeszcze w roku 2014 przy okazji albumu Trick).

 

Teraz przed całym zespołem premiera kolejnego longplaya. Jest nadzieja, że płyta Hymns, która ukaże się już 29. stycznia nie będzie ustępowała najlepszym muzycznym momentom grupy, a to za sprawą dwojga nowych członków w składzie, lecz to rodzi również obawy co do zmienionego brzmienia. Słuchając najnowszego singla „The Love Within” promującego wydawnictwo , pewne jest, że wzięli się na nim za elektronikę, nie jest natomiast już tak oczywiste, czy to faktycznie dobry kierunek. Mocno odczuwalny jest brak dawnego perkusisty, Matta Tonga. Jest jednak w (niektórych) kompozycjach Bloc Party coś takiego, że na pierwszy rzut ucha wydają się być niefortunne, by potem oczarować. Niech oczarują nas swoimi Hymnami!

 

 

 

Przygotowała: Magda Anielska

DAVID BOWIE

DAVID BOWIE ur. 8.01.1947 zm. 10.01.2016
"I thought he would live forever" – Ozzy Osbourne

 

david_bowieIkona popkultury, nonkonformista, libertyn i biznesman w jednym. Aktywny w przemyśle muzycznym od 1962, oprócz dwudziestu pięciu albumów studyjnych, wydał on także pięć EP-ek, czterdzieści sześć kompilacji i trzy soundtracki filmowe. Nakręcił sto dziesięć singli, czterdzieści dziewięć teledysków, trzynaście video albumów, a także 9 DVD koncertowych. Wszystkie były bardzo różnorodne i wyjątkowe na swój sposób. Dowodem na to jest fakt, że w ciagu swojej kariery sprzedał aż 140 milionów albumów na całym świecie. Był kompozytorem, wokalistą i producentem. Współpracował z takimi arystami, jak Lou Reed, Iggy Pop czy The Stooges.

 

Jego sukces polegał na umiejętności uwodzenia publiczności, przyciągał wzrok swoją teatralnością i enigmatycznością, zachowując jednocześnie delikatnie chłodny dystans. Ciągle kreował swój wizerunek, wcielając się przy tym w postacie, jakie sam dla siebie stworzył. Jedną z takich postaci był niewątpliwie androginiczny Ziggy Stardust. To zaskakujące, że społeczeństwo, które z trudem znosi jakiekolwiek ambiwalencje, tak entuzjastycznie odebrało i pokochało Davida, który stanowił ucieleśnienie nieuchwytności i niejednoznaczności.

 

 

"Ashes to ashes, funk to funky…"

 

 

Wielkim muzykom należą się wielkie odejścia, dlatego my w Akademickim Radiu LUZ na 91.6FM codziennie po godzinie 14.00 będziemy oddawać mu hołd – przyglądając się jego dorobkowi w rytmie jego największych przebojów.

 

 

Cage The Elephant

Cage The Elephant to rockandrollowy kwartet z Bowling Green, Kentucky. Choć jego członkowie trzymają się głównie surowego gitarowego grania, to zdobywają serca fanów o różnorodnych upodobaniach. Zawdzięczają to umiejętności łączenia wielu gatunków. Dodatkowo potrafią regularnie pisać przebojowe piosenki. Już kilka miesięcy po ich debiucie, magazyn Consequence of Sound nazwał ich jednym z ulubionych rockowych bandów wśród alternatywnych stacji radiowych. Kilkanaście dni temu wydali kolejny świetny album, na którym za stołem producenckim zasiadł sam Dan Auerbach.

 

W stały skład Cage The Elephant wchodzą charyzmatyczny wokalista Matt Schultz, jego starszy brat Brad grający na gitarze rytmicznej, perkusista Jared Champion oraz basista Daniel Tichenor. Panowie uformowali zespół w 2006 roku i od tamtej pory pokazują, że z tak wyprutego przez tysiące artystów gatunku, jakim jest rock and roll, można wciąż wiele wykrzesać. 19 maja 2009 roku wydali pierwszy album zatytułowany Cage The Elephant, którym wnieśli na rynek muzyczny młodzieńczą świeżość i energię. Przebojowy „Ain’t No Rest For The Wicked” otworzył zespołowi drogę do popularności.

 

 

Na debiutanckiej płycie dało się łatwo zauważyć wiele inspiracji, jednak grupie nie można było zarzucić kopiowania innych muzyków czy braku własnego brzmienia. Ta mnogość inspiracji od bluesa, przez punk, aż po hip-hop, stała się w kolejnych latach znakiem rozpoznawczym zespołu. Krytycy nie przestają doszukiwać się u niej pierwiastka twórczości najróżniejszych artystów. Na każdym z koncertów na trasie promującej pierwszy krążek muzycy wysyłali publiczności olbrzymią dawkę energii, a ta oddawała im jej jeszcze więcej. Cage The Elephant zabrali ze sobą owe szaleństwo do studia, gdzie nagrali pełen pasji album Thank You, Happy Birthday wydany 11 stycznia 2011 roku. Ten okazał się godnym następcą Cage The Elephant i utwierdził media i fanów w przekonaniu, że warto śledzić każdy ruch tych chłopaków.

 

 

Występy na żywo są ważną częścią działalności zespołu. Matt Schultz zasłynął z crowd surfingu, czasem udaje mu się przepłynąć na rękach fanów od sceny aż do ostatniego rzędu publiczności. Dziś nikt nie wyobraża sobie koncertów Cage The Elephant bez tej fantastycznej interakcji z widzami. A połączenie bałaganiarstwa z jakością rockandrollowego show idealnie ukazuje album koncertowy wydany na początku 2012 roku Live From the Vic in Chicago.

 

Trzeci krążek zespołu to wydana 17 października 2013 roku Melophobia. Co ciekawe, słowo to oznacza obrzydzenie bądź lęk wywołany przez muzykę. Wzięło się to z tego, że Matt i spółka zaczęli przesadnie dążyć do perfekcji, dopracowując najdrobniejsze detale w nieskończoność, co wywoływało niechęć do własnej muzyki. Niechęci nie okazali fani, którzy docenili płytę. Utrzymano na niej równy, wysoki poziom, a recenzenci znów bawili się w porównania dźwięków Melophobii do twórczości Pixies, Bowiego, a nawet Beatlesów.

 

W podsumowaniach 2015 roku, które większość muzycznych magazynów przygotowało na początku grudnia, prawdopodobnie zabrakło ważnego punktu. Mowa o najnowszym albumie Cage The Elephant, wydanym 18 grudnia Tell Me I’m Pretty. Dan Auerbach, od dawna będący autorytetem dla muzyków z Kentucky, jest odpowiedzialny za produkcję albumu i, w charakterystyczny dla siebie sposób, zaznaczył swoją obecność na płycie.

 

Utwory na Tell Me I’m Pretty są przejrzyste i zbalansowane. Odczuciu dojrzalszego brzmienia sprzyja fakt, iż Matt Schultz zrezygnował z płaczliwych krzyków, czasem pojawiających się na poprzednich wydawnictwach. Dan wsparł chłopaków w procesie tworzenia, pokazując sposoby budowania struktur poszczególnych utworów czy stopując, gdy próbowali dodawać zbędne dźwięki do piosenek. Panowie znaleźli wspólny język dzięki miłości zarówno do starego bluesrocka, jak i tych współczesnych brzmień. Najnowszy krążek Cage The Elephant może być dla zespołu nowym kierunkiem na muzycznej drodze, a za pewnik można uznać to, że panowie jeszcze długo będą obdarowywać fanów swoją rockandrollową, wyzwoloną energią.

 

Przygotował Szymon Baczyński