Animal Collective
Historia Animal Collective zaczyna się w połowie lat 80. w prywatnej podstawówce w Baltimore, kiedy to mały Noah Lennox poznaje trochę większego od siebie Josha Dibba. Obaj zostają przyjaciółmi na śmierć i życie. Gdy po końcowych egzaminach nadchodzi czas liceum, chłopcy zostają wysłani do innych szkół. Państwo Lennox stawiają na rozwój wyobraźni Noah w eksperymentalnej placówce, natomiast Dibbowie wysyłają syna do elitarnej Park School. Josh zaczyna się tam kumplować z Davidem Portnerem i Brianem Weitzem, którzy uwielbiają grać w garażu hity grupy Pavement. Nikt jeszcze nie wie, że ta znajomość wpłynie nie tylko na życie całej czwórki, ale również nieodwracalnie zmieni historię indie-rocka.
Jest rok 1995, a licealni przyjaciele zakładają grupę Automine, której trzon stanowią Josh, David i Brian. Razem z nimi grają dwaj koledzy, których nazwiska nie są aż tak istotne. Chłopaki własnym sumptem wydają jedyny singiel w dorobku grupy zatytułowany Padington Band, który jednak nie odnosi żadnego sukcesu. Zawiedzeni przyjaciele zaczynają eksperymentować z improwizowaniem. W tym okresie, w przypływie młodzieńczego geniuszu, David pisze i aranżuje Penny Dreadfuls, która znajdzie się na legendarnym pierwszym albumie Animal Collective. W wolnym czasie wszyscy słuchają dużo krautrocka i soundtracków z ulubionych horrorów, m.in. Lśnienia i Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, próbują też rozmaitych używek. Być może podczas jednego z takich spotkań Josh poznaje Davida z Noah, który szybko przyłącza się do całej ekipy.
W 1997 roku czterej przyjaciele wyruszają na studia: Noah i Josh w okolice Bostonu, David i Brian do Nowego Jorku. Nie stracili jednak kontaktu, bowiem w każde wakacje wracają do rodzinnego Baltimore po to, by razem tworzyć. Niedługo przed swoimi dwudziestymi urodzinami Noah zbiera własne, porozrzucane na przestrzeni lat nagrania i z pomocą Josha wydaje je na płycie pt. Panda Bear. Tytuł, który stanie się później oficjalnym pseudonimem Noah, wziął się z sympatii, jaką żywił do tych zwierząt – tak wielkiej, że w momencie wydania debiutu jego ręka wykonała dziesiątki rysunków przedstawiających czarno-białe misie. Składanka Noah, wraz z założeniem przezeń własnej wytwórni, były pierwszymi dużymi krokami na drodze do debiutanckiego albumu dwóch najbardziej kreatywnych kolektywu.
Rok 2000 był dla czwórki przyjaciół czasem jeśli nie najważniejszym, to z pewnością jednym z najważniejszych. Wtedy to bowiem wspólnymi siłami wydali album nagrany przez Davida i Noah, teraz już oficjalnie używających pseudonimów Avey Tare i Panda Bear. Już sam długi tytuł zwiastował coś niezwykłego: Spirit They’re Gone, Spirit They’re Vanished. Pod tą długą nazwą kryła się oszałamiająca dźwiękowa magma, która, jeśli wierzyć słowom ich wydawcy, „wypłaszała psy z pokoju”. Album ten był w dużej mierze autorskim dziełem Avey’go, który podczas studiów w Nowym Jorku, oddalony od rodzinnego domu i przyjaciół, przeżywał jeden z trudniejszych okresów w życiu. Jego nastrój z tamtego czasu odcisnął silne piętno na muzyce: młodzieńczo świeżej i ożywczej, ale zarazem mrocznej, momentami wręcz nieznośnej, przy tym jednak w dziwny sposób genialnej.
Po wydaniu świetnie przyjętego przez niezależne media debiutu, Avey i Panda na nowo zbratali się z przyjaciółmi. Przez następny rok starzy znajomi Josh i Brian, od teraz znani jako Deacon i Geologist, razem z Avey’m i Pandą grali, śpiewali i tłukli we wszystko, co znaleźli w swoich wynajmowanych mieszkaniach, a efekty swoich zabaw na żywo nagrywali. Owocem tych harców były płyty Danse Manatee i Campfire Songs, które mimo mało entuzjastycznego przyjęcia były koniecznymi krokami na drodze do kolejnego, lepiej już ocenianego albumu zatytułowanego Here Comes The Indian. To chyba najmniej przyjazne słuchaczowi wydawnictwo grupy, pełne intensywnym, gęstym łojeniem. Był to zarazem pierwszy album, na którym zespół wystąpił pod nazwą Animal Collective.
Po wydaniu Here Comes The Indian wykrystalizował się trzon zespołu. Stanowili go najbardziej aktywni członkowie Kolektywu: Avey Tare i Panda Bear. To na ich barkach spoczywała odpowiedzialność zarówno za ogólnoświatową trasę koncertową w 2003 roku, jak i materiał na nową płytę. Ta, zatytułowana Sung Tongs, miała okazać się dla grupy przełomowa. Zawarta na niej muzyka była bardzo przyjemna w odbiorze, przy tym jednak nadal zachowywała „kwaśny”, psychodeliczny klimat charakterystyczny dla wcześniejszych nagrań. Sung Tongs, które pojawiło się na wysokich miejscach wielu niezależnych rankingów, przyniosło Kolektywowi naprawdę szeroką sławę.
Lata 2004-2007 następujące po premierze płyty Sung Tongs to chyba najlepszy okres w twórczości Animal Collective. Wtedy to powstają ich najbardziej wyluzowane, nienachalnie eksperymentalne, ale przy tym wściekle słuchalne albumy: opatrzony bajkową okładką Feels oraz odrealniony Strawberry Jam. Z jednej strony obie płyty były hołdem dla wcześniejszej, nadpobudliwie żywiołowej estetyki; z drugiej jednak pełno na nich popowych wręcz melodii, które zostają w głowie na długo. Wisienką na torcie tamtego okresu stał się zbudowany w dużej mierze z sampli autorski album Pandy zatytułowany Person Pitch. Wszystko to ugruntowało pozycję Animal Collective jako czołowych wizjonerów sceny indie.
Olbrzymia popularność, jaką Animal Collective zdobył po wydaniu Strawberry Jam, maksymalnie rozbudziła apetyty słuchaczy, zwłaszcza że do duetu Avey-Panda dołączył znany z pierwszego składu Geologist. Następny, ósmy już album, nosił tytuł Merriweather Post Pavillion i stał się największym komercyjnym i krytycznym sukcesem w historii grupy. Wpływ na to miała łatwo słyszalna zmiana brzmienia: chociaż awangardowy posmak był nadal wyraźny, Kolektyw zaczął dużo bardziej intensywnie korzystać z elektronicznych brzmień, a same kompozycje wygładzono i ułożono, w przeciwieństwie do często improwizowanych piosenek z poprzednich albumów. Ekspresyjna emocjonalność ustąpiła pola opanowanej dojrzałości, swobodnie czerpiącej z wcześniejszych doświadczeń członków zespołu. Efektem takiego podejścia był bardzo przyjazny, słoneczny i lekki w odsłuchu album.
Lata po wydaniu Merriweather to dla Avey'go, Pandy i Geologista czas wytężonej, zdyscyplinowanej pracy, na którą, poza koncertami na całym świecie, składały się dwa projekty. Pierwszy z nich, zatytułowany ODDSAC, był, wedle słów samych autorów, „albumem wizualnym”, który miał przedstawiać obrazy pojawiające się podczas słuchania muzyki Kolektywu z zamkniętymi oczami. Drugi projekt zapowiadał się o wiele ciekawiej – była nim nowa płyta, nagrywana w pełnym, czteroosobowym składzie. Centipede Hz, bo tak album nazwano, zasadniczo kontynuował linię wyznaczoną przez Merriweather, mimo to przyjęcie było nieco chłodniejsze niż w przypadku poprzednika.
Animal Collective po ponad trzydziestu latach wspólnego grania istnieje dalej, a ostatnie pół roku było dla nich wyjątkowo intensywne. Najpierw wydali trzypłytową płytę koncertową, a dwa tygodnie temu światło dzienne ujrzał ich jedenasty album pt. Painting With. O ile wcześniej panowie z popem flirtowali, tak teraz poszli na całość, czego najlepszym potwierdzeniem są single z tego albumu. Chociaż element psychodelii i oderwania od rzeczywistości jest nadal obecny w ich brzmieniu, tak piosenki są najbardziej w historii zespołu przyjazne słuchaczowi. Nie jest to jednak zarzut – tak po prostu wygląda naturalna droga ewolucji twórczości czwórki z Baltimore. W końcu znają się tak długo, że razem mogą sobie pozwolić na wszystko.