Archiwum

Mietze Conte

Mietze Conte — figlarna elektronika, klubowy eskapizm i oniryczne światy

 

Mietze Conte, czyli Matthias Oldofredi, to muzyk który schował swój radiowy szyld filous głęboko do kieszeni, aby pod nowym pseudonimem eksperymentować z dźwiękiem. Bąbelkowa mieszanka euro-dance’u i hyperpopu, której Mietze jest mistrzem udowadnia, że elektronika wcale nie musi być śmiertelnie poważna. Jako że ten wiedeński wizjoner już 6 listopada przejmie scenę w warszawskim klubie Mechanik, nie było innej opcji – Mietze Conte zostaje naszym Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rozpoczynając karierę od hitu bunnybunnybunny oraz EP-ką Nervous pokazał, że ma niesamowity talent do tworzenia krótkich, niezwykle chwytliwych numerów. Mimo debiutu zaledwie kilka lat temu, z pewnością sprowokował już niejedną dyskusję o przyszłości muzyki elektronicznej. Oldofredi bawi się dźwiękiem, co słychać na każdym kroku – od tanecznego Mietzee po ambientowe, wyciszone ee oo. Dodatkowo, spójność muzyki z oprawą graficzną znacznie ułatwia zanurzenie się w wykreowanym przez artystę świecie i świetnie dopełnia jego brzmienie. Oniryczne, bajkowe, a czasem nieco dziecinne lub karykaturalne obrazy Matthias przekuwa w produkcyjną zabawę efektami i wokalem. Wydany w marcu tego roku album wufwufwuf to kolejny dowód na to, że Mietze Conte jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na elektronicznej scenie, a jego pierwszego występu w Polsce po prostu nie wypada przegapić.

 

Nasza selekcja:

Mietzee

2024

sumoclic

Album Mietzee bardziej niż spójną historią jest zbiorem baśni, dwuminutowych opowiadań z różnych wymiarów. Przypomina dziennik podróżnika, który przemierza światy – raz senne i rozmyte, a kiedy indziej imprezowe i taneczne – w wyjątkowy sposób dokumentując towarzyszące mu emocje. To doskonałe wprowadzenie w twórczość austriackiego muzyka, w której każdy utwór wydaje się nieprzewidywalny i dziwnie żywy. Polecamy fanom takich twórców jak meat computer, Oli XL czy Loukeman.

Warto sprawdzić: Secret, soooooo clean 202, If i wan te d to o o o ^o, 2000.

 


ee oo

2024

OOPS Records

Jeżeli Mietzee było podróżą przez rozmaite wszechświaty, to ee oo jest bardzo długą drzemką po tej wyprawie. W drugim longplay’u artysta poświęca więcej uwagi pojedynczym brzmieniom i stawia na subtelniejszą produkcję. Spokojnym syntezatorom czasem towarzyszą ciągnące się w nieskończoność echo i szumy, a niekiedy przerywają je wyrywające z letargu glitche i noise. Całość przypomina niekończący się sen, trzymający słuchacza w napięciu, aż zamieni się w przebłyski czegoś zupełnie niepojętego. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ambientu, krajobrazów dźwiękowych Oklou i znawców wingdingowych projektów Four Teta.

Warto sprawdzić: whereis oooo, propo, so oo ee, ooee 2 or 1.

 


wufwufwuf

2026

Common Knowledge

Najnowszy album wufwufwuf, niczym tytułowa onomatopeja, niezbyt subtelnie wybudza słuchacza z uprzedniego rozmarzenia słowami wake up baby, it’s time to wake up. Po chwili dołącza do nich indiesleaze’owy syntezator, który już na dobre uniemożliwia drzemkę. Dziesięć utworów zawartych w 21 minutach to tym razem bardzo szybka i pełna wrażeń przejażdżka. To najbardziej imprezowy krążek od czasów debiutanckiej EP-ki, który nieustannie oscyluje między emocjonalną wrażliwością a klubową euforią i basem zachęcającym do tańca. Idealnie sprawdzi się na imprezowy pregame, kiedy mood jest trochę silly, dla miłośników starych i zapomnianych dzwonków do telefonu, oraz wszystkich, których guilty pleasure to dobre 4 na 4 na parkiecie.

Warto sprawdzić: wakeup, allee, are you real?, makeit.

 


Jednym z najważniejszych czynników, które sprawiają, że twórczość Mietze Conte jest tak fascynująca, jest jego wszechobecna bezkompromisowość i konsekwentne podążanie własną ścieżką. Utwory są szybkie, chaotyczne i figlarne w sposób, który dopasować można tylko do jego pseudonimu. Tę spójność artysta buduje nie tylko w brzmieniu i wizerunku, ale także wokół swojej społeczności. Wspólnie z nią tworzy wizualne i muzyczne krajobrazy, przy tym niejednokrotnie głośno mówiąc o tematach politycznych i społecznych. Pomimo poszukiwania w twórczości krajobrazów z innych światów, pokazuje równocześnie jak ważne w dzisiejszych czasach jest ugruntowanie w realnych wartościach.

Pozwólcie wciągnąć się w baśniowe wymiary i sprawdźcie ten oniryczny, elektroniczny krajobraz słuchając twórczości naszego Artysty Tygodnia przez najbliższe dni na 91.6 FM.

Mikołaj Domalewski, Łucja Krzywoń

Bad Bunny

Bad Bunny, jako jeden z najpopularniejszych raperów na świecie, rok temu wydał krążek DeBÍ TiRAR MáS FOToS, a już w ten wtorek wystąpi na Narodowym. To była premiera, obok której Akademickie Radio LUZ nie mogło przejść obojętnie. Z okazji wizyty Portorykańczyka w Polsce Bad Bunny ponownie zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Artykuł pierwotnie ukazał się w lutym 2025 roku.

Reggaeton w prawdziwie portorykańskim wydaniu, dodatkowo przyprawiony salsą, pleną, bombą i jibará. Tak właśnie brzmi album Bad Bunny’ego: pełen energii i tanecznych rytmów, których dźwięki idealnie komponują się z hiszpańskim językiem. Jednak co tak naprawdę kryje się pod tą kolorową maską? DeBÍ TiRAR MáS FOToS to nie tylko kawałki, przy których można się dobrze bawić, choć rzeczywiście brzmienie jest istotną zaletą, to jednak ów krążek jest przede wszystkim lekcją historii. Po brzegi wypełnia się nostalgią, a nawet żalem i zrozumieniem własnych błędów. To hołd dla Portoryko – szczere, godne wieszcza wyznanie miłości dla ojczyzny. Bad Bunny pokazuje, że jest nie tylko artystą, ale także i kronikarzem swojego kraju, który chce, aby jego obywatele nie zapomnieli o swojej tożsamości. Krążek ten to równocześnie buntowniczy zew wymierzony w USA, a także patriotyczne natchnienie dla Portorykańczyków.

Bad Bunny łączy elementy tradycyjnej kultury portorykańskiej z nowoczesnym brzmieniem, tworząc most między przeszłością a przyszłością. Jego muzyka staje się wehikułem czasu, który zabiera słuchaczy zarówno w przeszłość pełną dumy i walki, jak i w przyszłość pełną nadziei, ale i niepewności. DeBÍ TiRAR MáS FOToS to zderzenie dwóch rzeczywistości – Portoryko, które wciąż boryka się z problemami ekonomicznymi oraz portorykańskiej diaspory rozproszonej po USA, ale wciąż tęskniącej za domem. 

Bad Bunny na albumie DeBÍ TiRAR MáS FOToS pokazuje, jak bardzo przejmuje się przyszłością swojego kraju. Przybiera postawę przypominającą niemalże męża ojczyzny. Śpiewa: Powinienem był robić więcej zdjęć, kiedy Cię miałem, powinienem był częściej Cię całować i przytulać, kiedy tylko mogłem. Przedstawia tym samym postawę pełną pokory i przejęcia, przyrównując Portoryko do kochanki. To symboliczne wyznanie, w którym Bad Bunny zachęca Portorykańczyków do docenienia swojej ojczyzny zanim będzie za późno. Zaledwie ten jeden, bardzo emocjonalny, cytat zarysowuje obraz płyty. DeBÍ TiRAR MáS FOToS, niczym epopeja, ma uczyć i głosić pomyślność ojczyzny Bad Bunny’ego. Tym samym płyta staje się przepełniona tęsknotą za czymś, co kiedyś wydawało się bliskie, ale zaczyna oddalać się w nieznane. W swoich tekstach artysta zadaje pytania: Czy Portoryko kiedykolwiek będzie w pełni niezależne? Czy jego mieszkańcy zawsze będą skazani na podporządkowanie wielkiemu bratu – Stanom Zjednoczonym?

Artysta już od lat używa swojej muzyki jako platformy do wyrażania opinii na tematy sytuacji społeczno-polityczne w Portoryko. Nie boi się krytykować władz, nierówności społecznych oraz kolonialnego dziedzictwa swojego kraju. Przez ostatnie lata Bad Bunny stał się nie tylko ikoną muzyki, ale i symbolem oporu wobec niesprawiedliwości. Brał udział w protestach przeciwko rządowi, wykorzystywał swoje platformy do nagłaśniania problemów społecznych i politycznych, a teraz w swoim albumie robi kolejny krok w stronę aktywizmu.

Jednak nie zapomina też o tym, co kocha najbardziej – o muzyce. Mimo głębokiego przesłania, ten album to wciąż uczta dla fanów reggaetonu. Bad Bunny zręcznie żongluje rytmami, eksperymentuje z dźwiękami i dostarcza kawałki rozgrzewające niejedną imprezę.

Po przesłuchaniu jego najnowszego albumu można mieć w głowie pewną wątpliwość: Czy w 2025 roku Bad Bunny stanie się największym portorykańskim… politykiem? Może to brzmieć jak żart, ale jego popularność, charyzma i zaangażowanie społeczne sprawiają, że taka przyszłość wcale nie jest tak nieprawdopodobna… W końcu wielu artystów wykorzystuje swój głos, aby coś zmienić, ale niewielu robi to tak odważnie i bezkompromisowo jak Bad Bunny. Jego wpływ na młode pokolenie jest ogromny – nie tylko w Portoryko, ale i na całym świecie. 

Zuzanna Pajorska, Łucja Krzywoń i Paulina Madej

Audioriver 2026

Audioriver 2026 – 20 lat historii zapisanej muzyką

WSTĘP

Radio LUZ ponownie melduje się na Audioriverze! Tegoroczna edycja będzie jednak wyjątkowa: festiwal świętuje swoje 20-lecie. Od 10 do 12 lipca Łódzkie Błonia ponownie zamienią się w ogromny parkiet taneczny, na którym spotkają się legendy muzyki elektronicznej, najgorętsze nazwiska ostatnich lat i artyści, o których dopiero za chwilę będzie mówił cały glob. 

Przez trzy dni Łódź wypełni się dźwiękami house’u, techno, drum & bassu, trance’u, UK garage czy afro house’u. Jak co roku nie zabraknie widowiskowych scen, instalacji artystycznych i ludzi, których łączy jedno – miłość do muzyki elektronicznej. 

W najbliższych dniach w ramach pasma Artysta Tygodnia spróbujemy przybliżyć Wam ideę festiwalu Audioriver. Opowiemy o najciekawszych wykonawcach i pokażemy, dlaczego jubileuszowa edycja zapowiada się jako jedna z najmocniejszych w historii festiwalu. 

HISTORIA

Historia Audioriver rozpoczęła się w 2006 roku w Płocku. Niewielka impreza szybko przerodziła się w jeden z najważniejszych festiwali muzyki elektronicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez siedemnaście edycji Płock był jego domem, aż w 2024 roku wydarzenie przeniosło się do na Łódzkie Błonia. 

Od samego początku organizatorzy chcieli stworzyć coś więcej niż festiwal. Audioriver miał być miejscem spotkania muzyki elektronicznej, sztuki i miejskiej przestrzeni. Dlatego obok koncertów od lat pojawiają się wystawy, warsztaty, instalacje artystyczne czy działania organizacji społecznych. 

Pomysłodawca festiwalu, Piotr Orlicz-Rabiega, od lat podkreśla, że Audioriver ma być przestrzenią otwartą – zarówno na nowych artystów, jak i nowe inicjatywy. Jubileuszowa edycja wydaje się doskonałym podsumowaniem tej idei. Line-up łączy legendy elektroniki z twórcami, którzy dopiero wyznaczają kierunek rozwoju współczesnej sceny klubowej. 

KTO WYSTĄPI?

Program tegorocznego Audioriver to przekrój dwóch dekad muzyki elektronicznej. Obok artystów doskonale znanych fanom festiwalu pojawi się także nowe pokolenie producentów i DJ-ów. 

The Prodigy

To jeden z tych zespołów, których przedstawiać właściwie nie trzeba. Brytyjska legenda od ponad trzydziestu lat udowadnia, że muzyka elektroniczna może mieć energię koncertu rockowego. Ich występy słyną z ogromnej intensywności, a jubileuszowy Audioriver będzie pierwszą okazją, by zobaczyć ich na tym festiwalu. 

Disclosure

Bracia Guy i Howard Lawrence sprawili, że house ponownie trafił na światowe listy przebojów. W Łodzi zagrają w formule DJ setu, dzięki czemu będzie można usłyszeć ich bardziej klubową odsłonę i muzyczne inspiracje wykraczające daleko poza ich największe hity. 

Ben Klock

Jedna z najważniejszych postaci współczesnego techno i wieloletni rezydent legendarnego berlińskiego Berghain. Hipnotyczne, głębokie sety sprawiły, że od lat pozostaje jednym z najbardziej cenionych DJ-ów na świecie. 

Marlon Hoffstadt

Jeszcze kilka lat temu był kojarzony głównie z house’em. Dziś jest jednym z liderów powrotu trance’u i rave’owych brzmień, a jego sety wyprzedają największe europejskie kluby. To jedno z najgorętszych nazwisk całego line-upu. 

I Hate Models

Francuski producent od lat udowadnia, że techno nie musi zamykać się w jednym gatunku. W jego setach spotykają się industrial, trance, hard techno i euforia rodem z dawnych rave’ów, a także nie straszne mu łączenie metalu, metalcore’u ani innych odjechanych gatunków muzycznych z jego ciężkim techno. Widowiskowe występy sprawiły, że stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów współczesnej sceny elektronicznej.

Shimza

Jedyny reprezentant Republiki Południowej Afryki w dotychczas ogłoszonym line-upie. Od kilku lat jest jednym z najważniejszych ambasadorów afro house’u, a jego występy regularnie goszczą na największych festiwalach świata.

Apashe

Elektronika połączona z orkiestrą dętą? Brzmi nietypowo, ale właśnie z tego słynie Apashe. Jego koncerty z Brass Orchestrą należą dziś do najbardziej widowiskowych live actów na światowej scenie elektronicznej.

POLSKA REPREZENTACJA

Jak co roku Audioriver mocno stawia na rodzimych artystów. Obok uznanych nazwisk pojawi się wielu producentów, którzy coraz śmielej zaznaczają swoją obecność na europejskiej scenie. Jednym z najciekawszych polskich wykonawców będzie Deas, a więc producent regularnie wydający w zagranicznych wytwórniach i coraz częściej pojawiający się w line-upach największych europejskich klubów. W Łodzi zagra wspólnie z Septem, reprezentującym nowe pokolenie groove’owego techno. Nie zabraknie również Błażeja Malinowskiego, którego hipnotyczne, minimalistyczne sety od lat cieszą się uznaniem fanów undergroundowej elektroniki. Miłośnicy szybszych brzmień powinni zwrócić uwagę na Lukhera, który łączy nowoczesne techno z wpływami trance’u i rave’u, a także na MKO, pojawiającego się na scenie wspólnie z Ignezem. Na festiwalu usłyszymy także Leonię Jacewską, poruszającą się pomiędzy melodyjnym techno, EBM-em i synthwave’em, oraz Kitty Sarcasm, której energetyczne sety czerpią z hard dance’u, trance’u i współczesnego rave’u. Nie zabraknie również klasyki polskiej sceny house. Catz 'n Dogz od kilkunastu lat pozostają jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich duetów za granicą, to już nie jest ich pierwsze rodeo na Audioriverze 😉 

To jednak tylko część rodzimej reprezentacji. W line-upie znajdziemy jeszcze wielu producentów i DJ-ów pokazujących, jak różnorodna stała się polska scena elektroniczna. 

MUZYKA Z CAŁEGO ŚWIATA

Jubileuszowy line-up pokazuje, jak międzynarodowym wydarzeniem stał się Audioriver. Do Łodzi przyjadą artyści z niemal całego świata.  Najliczniej reprezentowane są Polska, technem stojące Niemcy oraz garażująca Wielka Brytania. Usłyszymy również wykonawców z Francji, których na elektronicznym festiwalu zabraknąć nie może, a także innych topowych elektryzujących krajów: Holandii, Włoch, Irlandii, Australii, Stanów Zjednoczonych czy Republiki Południowej Afryki. 

Tak szeroki przekrój sprawia, że przez trzy festiwalowe dni będzie można usłyszeć niemal wszystkie najważniejsze nurty współczesnej elektroniki: od klasycznego house’u i techno, przez UK garage i drum & bass aż po afro house, hard groove czy powracający do łask trance. 

 

OUTRO

Dwudzieste urodziny Audioriver zapowiadają się naprawdę wyjątkowo. Legendarne zespoły, nowe twarze światowej elektroniki, mocna reprezentacja polskich artystów i trzy dni muzyki płynącej z kilku scen – trudno o lepszy sposób na rozpoczęcie festiwalowego lata. 

Jeżeli jeszcze zastanawiacie się nad wyjazdem, odpowiedź wydaje się prosta. Pakujcie wygodne buty i dobry humor, a resztą atmosfery zajmie się Audioriver.

My oczywiście również będziemy na miejscu. Do zobaczenia pod sceną!

 

Earth Trax

14 nowych utworów oplecionych tytułem Everlasting Flame – czyli najnowszy album Earth Traxa, który ustanawia go Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Dekada Earth Traxa- ewolucja projektu

 

Nowy album Bartosza Kruczyńskiego, Everlasting Flame, to także okazja do świętowania dziesięciolecia działań Bartka pod aliasem Earth Trax. Bartek szybko zaczął się interesować muzyką. Młodociana fascynacja zaczęła ewoluować w trwałą pasję i tak od lat dziesiątych Kruczyński regularnie tworzy muzykę pod różnymi aliasami.

Duo Ptaki, stworzone z Jaromirem Kamińskim, projekt Pejzaż czy wydawnictwa, które ukazały się pod jego własnym imieniem i nazwiskiem. Wybór wielu osobnych pseudonimów artystycznych i tworzenie pod nimi muzyki pozostawia mu wolność artystyczną.

Rozkochany w samplowaniu nie omieszkał zająć się rozwijaniem nostalgicznego (jak na bałtycką wersję balearic beatu przystało) baltic beatu.

Twórczości Bartka niezależnie od aliasu łączą pewne wspólne mianowniki – czułość i nostalgia. Earth Trax jest jego najbardziej klubowym projektem, ale nosi w sobie również spore znamiona tejże właśnie nostalgii i emocjonalności. Nie obfituje tak intensywnie w sample, jak Pejzaż, ale wciąż na nie sobie pozwala.

Przez lata wyklarował się jego styl i z czasem zaczął kroczyć w mniej samplującą stronę. Najpierw było bardziej intensywnie, LP1 i LP2 posiadają w sobie sporo mocnych tonów. The Sensual World i Closer Now wyznaczają nam dalszy naturalny rozwój ścieżki muzycznej projektu Earth Trax. Można by powiedzieć, że jest co raz bardziej migocząco. Ambientalnie.

Everlasting Flame – ambient z rytmem oczami nostalgii

 

Everlasting Flame wyszło w czerwcu 2026 roku na Lapsus Records – 14 kawałków, ponad godzina grania. W porównaniu do poprzedniej płyty brzmi mniej jak coś robione pod parkiet, a bardziej jak coś do słuchania samemu, w skupieniu. Mniej tu prostych, klubowych strukturalnych numerów, więcej takiego dryfowania – ambient miesza się tu z rytmem, ale rytm nie zawsze jest najważniejszy.

 

Najnowszy krążek jest jednak pełen kontrastów jednej strony chłodne, rozmyte tła i głuchy, jakby „podwodny” bas, z drugiej nagle wyskakują ostre wysokie tony, jakieś strzępki wokali w tle albo momenty mocno zniekształconego, surowego brzmienia. Odnajdujemy w nim sporo melancholijnych padów, rozproszonych bitów zestawionych z przenikliwymi high-endami, odległymi wokalami, pobłyskami surowej intensywności.  Szumiący Everlasting Flame nie gubi jednak nigdy rytmu i struktury. Jest misternie poukładaną kompilacją dźwięków i uczuć.

Słuchanie tego krążka jest jak dotykanie tafli wody, pod którą rozgrywa się cały niedostrzegalny, ukryty świat. To jak dotknięcie czaszki nie mogąc uchwycić całego świata neuronów znajdującego się pod nią.

Everlasting Flame pozostawia nas w uczuciu bliskości do niesamowitego mikrokosmosu, który zdaje się być ukryty, nie w pełni dostrzegalny, niemożliwy do złapania i poznania w pełni, który jednocześnie przyciąga tą niesamowitą rządzą poznania.

Całość trzyma w sobie jakiś smutek, ale nie jest depresyjne – bardziej jak nostalgiczne, trochę zimne, wciągające granie.

Katarzyna Golec, Julia Kuźnik

Prince

Prince

 


Ikona popkultury kształtująca brzmienie swoich czasów, inspirująca całe pokolenie artystów.
Multiinstrumentalista, wokalista, kompozytor i producent muzyczny odważnie eksperymentował z wieloma gatunkami, w każdym się odnajdując, tworząc swój unikatowy styl. Uznawany za jeden z największych talentów świata muzyki – Prince odszedł równo dekadę temu, dlatego postanowiliśmy uczcić jego pamięć i uczynić go Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


For You

1978

NPG Records

Prince Rogers Nelson urodził się 7 kwietnia 1958 roku w Minneapolis i wcześnie zaczął przejawiać umiejętności muzyczne. W wieku 7 lat skomponował swój pierwszy utwór, w liceum grał w zespole a zanim skończył 20 lat miał już podpisany kontrakt z wytwórnią i nagrywał pierwszy album studyjny For You.

Debiut Prince’a ukazał się w 1978 roku i nie okazał się być wielkim hitem sprzedażowym. Przychylne recenzje wskazywały na potencjał i imponujące umiejętności wokalne młodego muzyka. Album został w całości wyprodukowany przez Prince’a. Skomponował i zaaranżował utwór oraz zagrał na wszystkich, ponad dwudziestu instrumentach i zaśpiewał partie wokalne. Singiel Soft and Wet stał się małym przebojem, ale to dopiero druga płyta przyniosła sukces na większą skale.


Nasza selekcja:


Prince

1979

NPG Records

Dopiero z drugą płytą Prince pokazał światu swój talent do tworzenia megahitów, wydając singiel
I wanna be your lover, który okrył się złotem za sprzedaż w ponad milionie egzemplarzy.

Podobnie jak przy debiucie, całość skomponował, zagrał i wyprodukował Prince.
Zaczęto szerzej dostrzegać jego potencjał. Chwalono nie tylko głos, ale też zabawne teksty i całą, kształtującą się jeszcze postać „Księcia Popu”.


Nasza selekcja:


Dirty Mind

1980

NPG Records

Dirty Mind to płyta oddzielająca wczesną twórczość Prince’a  od stylu, z którego ostatecznie będzie znany. Muzyk łączy funk, new-wave, synth-pop w surowej produkcji, nadającej całości punkowego tonu. Cięższe dźwięki, odważniejsze słowa nie speszyły recenzentów, którzy docenili brudne brzmienie. Mimo, że album nie przyniósł żadnego hitu na skale Prince’a to po czasie jest wspominany jako przełomowy i wpływowy, także dzięki kontrowersjom, które wzbudzał.

 


Nasza selekcja:


Controversy

1981

NPG Records

Zwrot Prince’a w stronę bardziej odważnych, sprośnych tekstów, jego androgeniczna uroda i niekiedy szokująca prezencja sceniczna wywoływały wiele kontrowersji, tym bardziej wśród publiki lat osiemdziesiątych. Komentarze i spekulacje wokół rosnącej po sukcesie Dirty Mind gwiazdy inspirowały muzyka do prac nad kolejną płytą – Controversy. Artysta nie wycofywał się ze swojej postawy, w tekstach nawiązując nie tylko do tematyki seksualności, ale też rasy czy płci.


Nasza selekcja:


1999

1982

NPG Records

1999 to kolejny przełomowy album w karierze Prince’a. Pierwszy, który nagrał wspólnie ze swoim zespołem the Revolution, co pozwoliło mu osiągnąć jeszcze większą spektakularność. Żywy, szalony, śmiało korzystający z syntezatorów, mieszając funk z synth-popem, tworząc brzmienie nazwane minneapolis sound. To z tego albumu pochodzą hity takie jak Delirious, Little Red Corvette, czy tytułowe 1999.

 


Nasza selekcja:


Purple Rain

1984

NPG Records

Purple Rain to zdecydowanie najbardziej znane i nagradzane dzieło Prince’a.
Album stanowiący jednocześnie ścieżkę dźwiękową do filmu o takim samym tytule, w którym muzyk zagrał też główną rolę. Oprócz olbrzymiego sukcesu komercyjnego obu dzieł, film otrzymał Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową, a sam album zdobył dwie nagrody Grammy. To dopiero tutaj zespół
the Revolution, z którym Prince pracował mógł oficjalnie się zaprezentować, zdobywając uznanie krytyków jak i słuchaczy.


Nasza selekcja:

Autor: Sebastian Kornecki

Thundercat

Thundercat: Zaklinacz dźwięków

Wirtuoz sześciostrunowego basu, mistrz soulu i artysta, który z łączy jazzową improwizację z emocjonalną wrażliwością. Muzyk, który tworzy jeden z najbardziej unikalnych języków we współczesnej muzyce alternatywnej.

 


The Golden Age of Apocalypse

2011

Brainfeeder

The Golden Age of Apocalypse to pierwszy solowy projekt Stephena „Thundercata” Brunera. Album jest początkiem zmian w karierze Brunera, przejścia z bycia muzykiem sesyjnym do pełnoprawnej kariery. Z tego powodu album jest przepełniony duchem improwizacji, a dzięki producenckiej dyscyplinie Flying Lotusa, zyskuje konkretne ramy. 

Drunk

2017

Brainfeeder

Drunk przypieczętował jego status jako ikony współczesnej muzyki alternatywnej. Thundercat pozostaje przy swoim stylu ” uporządkowanego chaosu”. Na płycie możemy usłyszeć legendę soft – rocka Kennego Logginsa jak i Kendricka Lamara. Pośród 23 utworów  znajdujemy wiele krótkich aranżacji, które są esencją postaci Brunena. Wirtuozeria i talent muzyczny artysty został przeszyty humorem i żartami. Dzięki temu, ten skomplikowany muzycznie projekt jest przyswajalny dla każdego obiorcy. Dla wielu z nich Drunk to opus magnum Thundercata, zawierające jego największy hit „Them Changes”.

It Is What It Is

2020

Brainfeeder

It Is What It Is, został wydany w szczególnym momencie kariery Stephena. Płyta porusza tematy związane ze stratą (w dużej mierze Bruner przepracowuje ból po śmierci Mac Millera). Album pokazuje nam dojrzałego artystę, w pełni osadzonego na scenie współczesnego fusion. Jest to projekt pełen kontrastów. Humorystyczna postać Thundercata przechodząca między trudnymi tematami o miłości i śmierci a znanym humorystycznym stylem Brunena. Wraz ze słuchaniem tego albumu odkrywamy pełen obraz Stephena. Surowe emocje, strach i próbę utrzymania swojego obrazu „Kociego Basisty”. Jego muzyka dotyka duszy słuchacza, powoli ściąga maski, które nałożyliśmy na siebie i skłania do refleksji nad życiem.

Distracted

2026

Brainfeeder

Distracted to album wielowymiarowy i, w odróżnieniu od projektów z przeszłości, dopracowany produkcyjnie. Pomimo ugruntowanego już stylu, na najnowszej płycie basista, współpracując z uznanym producentem Gregiem Kurstinem i wieloletnim przyjacielem Flying Lotusem, eksploruje bardziej skoncentrowane brzmienie. Inspirując się soulem po znajdowanie pomysłów w nowoczesnej elektronice. Album jest dowodem na ciągłą ewolucję twórcy. Kompozycje takie jak I Did This To Myself z gościnnym występem Lil Yachti’ego, czy intrygujące Walking On The Moon to świetne przykłady z tego wielobarwnego dzieła. Dopracowane aranżacje pozwalają podkreślić zarówno basową wirtuozerię Thundercata jak i rozpoznawalny, łagodny wokal Brunera. Utworami takimi jak Funny Friends czy ThunderWave, basista udowadnia, że pomimo 6 letniej przerwy, pozostaje jedną z najbardziej fascynujących postaci w świecie muzyki.

 

Wiktor Wichliński

Niechęć

zespół niechęć z albumem 2025

Grupa Niechęć od ponad 15 lat lawiruje gdzieś między jazzem a rockiem. Ich muzyka – ponura i ekspresyjna – jest najczęściej klasyfikowana jako jazz-rock lub jazz fusion. Nadchodzący album, 2025, będzie szóstym wydawnictwem zespołu, a równocześnie drugim po wydanym w 2018 Live At Jazz Club Hipnoza albumem nagranym w całości podczas koncertu.

 


Śmierć w Miękkim Futerku

2012

Zaskakującym jest, że debiutancka płyta może być tak dojrzała jak Śmierć w Miękkim Futerku. Słychać, że muzycy świetnie zdają sobie sprawę dokąd zmierza ich improwizacja. Nad kompozycjami zdaje się krążyć specyficzne widmo, które sprawia, że nawet w najbardziej intensywnych fragmentach, których bynajmniej nie brakuje, da się odczuć wszechogarniający spokój. Może nie bez powodu jeden z otworów nosi nazwę Niespokojny Relaks.

Mimo, że to najbardziej przestrzenny album w dyskografi Niechęci, pojawiają się na nim gęste, charakterystyczne dla grupy momenty, w których sekcja dęta brzmi jak lament, a perkusja biegnie jak na zatracenie. Album zdecydowanie nie napawa optymizmem, stąd, obok podobnego brzmieniem Ciśnienia, można wymienić Krztę jako zespół niosący podobny ładunek emocjonalny, choć za pomocą innego medium.

 

Niechęć

2016

Drugi album Niechęci, wydany cztery lata po debiucie, konstytuuje zespół. Gdybym miał wybrać projekt, który najlepiej oddaje ogólny charakter grupy, to byłby właśnie ten. Wspaniale balansuje między ekspresyjnymi solówkami, a powtarzalnymi maniakalnymi motywami, często jednostajnymi dla większości danego utworu. Przykładem takiego zabiegu jest metanol, który za sprawą tytułu nie tylko przenosi nas w podejrzane okolice torów kolejowych, a w ataku który orbitując dookoła jednego motywu działa prawdziwie oczyszczająco, dając ujście ukrytym głęboko w nas, często nieuświadomionym emocjom.

Mimo dekadenckiego klimatu w którym utrzymane jest omawiane wydawnictwo, podobnie zresztą jak Śmierć w miękkim futerku, Niechęć znakomicie sprawdzi się jako wprowadzenie do jazzowego świata, z tym że raczej nie do tego, który możemy usłyszeć w przysłowiowej windzie.

 

2025

2026

Nadchodzący album mimo cukierkowej okładki serwuje słuchaczowi spory łomot. Zawiera w większości utwory z ich ostatniego wydawnictwa, Reckless Things, co nie oznacza bynajmniej, że nie pojawiają się tutaj utwory nigdy wcześniej nie publikowane. Jak sam zespół pisze;

..Materiał zawarty na płycie to zapis niesamowitej energii, z której Niechęć słynie od lat. W 2025 roku grupa zagrała aż 25 (w większości wyprzedanych) koncertów promujących „Reckless Things”. (…) Punktem kulminacyjnym był występ zarejestrowany w formie audio i video w warszawskim klubie Mechanik. To właśnie ten materiał świetnie oddający sceniczną formę obecnego składu grupy, trafi 24 kwietnia 2026 r. w ręce słuchaczy. Na albumie „2025” usłyszymy utwory z „Reckless Things” w rozbudowanych, koncertowych aranżacjach oraz dwie zupełnie nowe, niepublikowane wcześniej kompozycje. Za brzmienie odpowiada Arek Kopera, współpracujący m.in. z Sanah i Dawidem Podsiadło.

Wśród utworów nigdy wcześniej niepublikowanych, możemy znaleźć ostatni singiel promujący nadchodzący album, mianowicie Rozstrojenie, które to według autorów;

(…) można odczytywać jako mocną, artystyczną reakcję na współczesną niepewność, zmienność otaczającej nas rzeczywistości oraz wszechobecne społeczne lęki o przyszłość. Muzycy zrezygnowali jednak z dosłowności. Zamiast tego pozwalają, by to dysonanse, niedopowiedzenia i tytułowe emocjonalne „niedostrojenie” wprost rezonowały ze słuchaczem, stając się językiem opowiadającym o poczuciu zagubienia w dzisiejszym świecie.

Utwory znajdujące się na wydawnictwie są, jak to zwykle bywa przy wersjach live, bardziej rozciągnięte w czasie od swoich pierwowzorów nagrywanych w studio. Są też bardziej ekspresyjne i ,,głośniejsze”, co sprawia że podczas odsłuchu można na chwilę zwątpić, czy to jeszcze jazz (tak jakby miało to mieć znaczenie). O tym, że zespołem metalowym Niechęć, przynajmniej póki co, nie jest, przypomina nam 8 minutowy utwór znajdujący się gdzieś w środku albumu. Jest on klawiszowym rozwinięciem utworu ,,Ślady Intro” i pozwala złapać na moment oddech.

 

Jan Gawroński

A. G. Cook

Jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów współczesnego popu powraca – tym razem ze swoją pierwszą ścieżką dźwiękową do filmu. Wydanie The Moment (The Score) to przełomowy punkt w karierze artysty, a zarazem doskonała okazja by przyjrzeć się całokształtowi jego dyskografii. A. G. Cook zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


7G

2020

7G to pierwszy długogrający krążek artysty, jednak A. G. Cook swoje pierwsze utwory zaczął wydawać już w 2013 roku, wraz z założeniem wytwórni PC Music. Do najbardziej znanych kawałków z tego okresu należą pochodzący z kompilacji PC Music Vol. 1 Beautiful oraz Superstar, który na 7G znalazł się w wersji na żywo.

Na zapoznanie się z tym albumem warto zarezerwować sobie całe popołudnie – 7G trwa pokaźne 2 godziny i 40 minut – jednak dzięki specyficznej strukturze płyty trudno odczuć znużenie czy przesyt podczas odsłuchu. Krążek podzielony jest na 7 części, a każda z nich składa się z 7 utworów. Każdy z segmentów albumu ma za zadanie przedstawić konkretny instrument bądź środek wyrazu. Na 7G usłyszymy fragmenty po kolei poświęcone perkusji, gitarze, supersaw, fortepianowi, syntezatorowi Nord, słowu mówionemu oraz ekstremalnym wokalom. Wszystkie części zawierają również po jednym coverze, dzięki czemu mamy okazję posłuchać zaskakujących reinterpretacji utworów artystów takich jak The Strokes, Blur, czy nawet Taylor Swift. Pomiędzy skocznymi i chwytliwymi kawałkami (jak na przykład Show Me What z udziałem Cecile Believe) na albumie możemy natknąć się na prawdziwe rarytasy dla miłośników wszystkiego co dziwne i niekonwencjonalne. Utwory takie jak Chandelier czy Waldhammer mogą wprawić słuchacza w niemałe osłupienie, ale przede wszystkim są świadectwem tego, że wyobraźnia i kreatywność producenta są prawdziwie nieposkromione.


Britpop

2024

Pierwszy album producenta wydany po zamknięciu działalności PC Music, wypuszczony przez świeżo założoną wytwórnię New Alias. Podobnie jak 7G, również jest podzielony na części. Tym razem jest ich trzy, a każda z nich reprezentuje kolejno przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dlatego w pierwszej z nich możemy usłyszeć najbardziej typowe i klasyczne dla PC Music brzmienia – tytułowy utwór, Britpop, jest tego bardzo dobrym przykładem. W drugiej części artysta przedstawia nam bardziej akustyczne i spokojne kawałki, a za to trzecia reprezentuje to co najbardziej dwuznaczne i nieznane. Mimo że album jest daleki od britpopu jako gatunkowi, to jednak jego tytuł nie jest przypadkowy. Producent wspomina, że jego główną inspiracją podczas tworzenia płyty było osobliwe uczucie jakiego doświadczył podczas pandemii w 2020 roku. A. G. przebywał wtedy w kwarantannie wraz ze swoją partnerką Alaską Reid w jej rodzinnej Montanie, gdzie był jedynym brytyjczykiem w zasięgu wielu mil. Skłoniło go to do przemyśleń na temat brytyjskiej kultury oraz tego jak może ona rezonować z amerykańską publicznością. Okładka płyty perfekcyjnie reprezentuje tą tematykę – przedstawia ona stylizowaną flagę Zjednoczonego Królestwa w żywych barwach zieleni, różu oraz bieli.


The Moment (The Score)

2026

The Moment to kontynuacja, a bardziej zakończenie projektu jakim był BRAT od Charli xcx. Zatem nic dziwnego, że za ścieżkę dźwiękową filmu w reżyserii Aidana Zamiriego był odpowiedzialny właśnie A. G. Cook, główny producent legendarnego zielonego albumu. W The Moment obraz i dźwięk funkcjonują jak narządy w jednym organizmie – jeden nie ma prawa istnieć bez drugiego. Wraz z utworem otwierającym album, Residue, zostajemy natychmiast wchłonięci w chaotyczny świat Charli. Kompozycja perfekcyjnie oddaje szalony klimat otwierającej sceny, hipnotyzując słuchacza szybkim tempem oraz acidowym basslinem. Wraz z kolejnymi minutami filmu soundtrack nieco jednak zwalnia, wchodząc w bardziej klimatyczny, nokturnalny ambient. Jednym z bardziej atmosferycznych, lecz przygnębiających utworów jest Dread , będący reinterpretacją ponadczasowego hitu Charli xcx oraz duetu Icona Pop, I Love It. Fani Charli mogą rozpoznać go z prawdziwej trasy BRAT– to właśnie ten utwór zamykał każdy z jej koncertów, pozostawiając tłum w zadumie i melancholii.

Agnieszka Cieślak

James Blake

Między kruchą emocjonalnością a eksperymentem z dźwiękiem porusza się James Blake – brytyjski producent, wokalista i kompozytor z Londynu. Jego muzyka od początku kariery wymyka się prostym kategoriom: potrafi brzmieć jak minimalistyczna ballada przy pianinie, by chwilę później zamienić się w klubowy eksperyment z basem i pociętym wokalem. Blake przez lata udowadniał, że elektronika może być równie intymna jak folk czy soul. Właśnie za tę wyjątkową zdolność łączenia emocjonalnej wrażliwości z produkcyjną odwagą zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Overgrown

2013


Album of the week: James Blake - Overgrown | Nialler9

Album Overgrown z 2013 roku pokazał Blake’a w momencie wyraźnego artystycznego rozwoju. Jeśli na jego debiucie dominowała atmosfera intymnego, niemal sypialnianego studia nagrań, tutaj brzmienie jest bardziej przestrzenne i pełniejsze. W centrum wciąż pozostaje charakterystyczny, lekko drżący wokal artysty, jednak całość ma bardziej „żywy” charakter. Płyta nadal opiera się na elektronicznych strukturach, ale produkcja jest mniej ascetyczna, a kompozycje przypominają już raczej pełnoprawne piosenki niż eksperymentalne szkice.

Krążek łączy w sobie wiele stylistycznych inspiracji, od soulu i R&B po dubstepowe basy, gospelową atmosferę czy eksperymentalną elektronikę. W utworze Digital Lion pojawia się legenda muzyki ambientowej Brian Eno, co sygnalizuje zainteresowanie Blake’a bardziej kompozytorską, eksperymentalną stroną muzyki. Z kolei w Take a Fall for Me gościnnie rapuje RZA, współtwórca Wu-Tang Clan, pokazując, że Blake równie chętnie sięga po inspiracje hip-hopowe. Ta różnorodność sprawia, że album nie podąża jedną, oczywistą ścieżką – i właśnie to czyni go tak interesującym.

Na płycie znajdują się również momenty bardziej dynamiczne. Utwór Voyeur wyróżnia się potężnymi akordami i klubową energią, Digital Lion napędzany jest motorycznym basem, a Life Round Here rozwija się dzięki pulsującym syntezatorom. Jednocześnie sednem albumu pozostają spokojniejsze, introspektywne kompozycje. Tytułowy Overgrown przywołuje skojarzenia z mroczną elektroniką Massive Attack, natomiast Retrograde zachwyca bezpośredniością i soulową ekspresją wokalną Blake’a. W przeciwieństwie do wcześniejszych nagrań, gdzie słowa często przypominały powtarzane mantry, tutaj teksty odgrywają znacznie większą rolę i nadają płycie wyraźniejszą osobowość.

Choć przy pierwszym kontakcie Overgrown może wydawać się nieco niejednorodne i subtelne, z czasem ujawnia swoją głębię. To album, który najlepiej działa w skupieniu – z dobrymi słuchawkami i uwagą skierowaną na detale produkcyjne. Właśnie wtedy słychać, jak Blake łączy wszystkie elementy swojej dotychczasowej twórczości: elektronikę, soul, dub, gospel i singer-songwriting. Powstaje z tego spójna, a jednocześnie trudna do zaszufladkowania całość. Płyta przyniosła mu ogromne uznanie krytyków i nagrodę Mercury Prize, potwierdzając jego pozycję jednego z najciekawszych artystów brytyjskiej sceny.

     

 

Playing Robots Into Heaven

2000

James Blake annonce l’album « Playing Robots Into Heaven » et partage ...

Po kilku bardziej introspekcyjnych i piosenkowych albumach James Blake postanowił ponownie zwrócić się w stronę swoich klubowych korzeni. Playing Robots Into Heaven to jego szósty studyjny album i jednocześnie wyraźny ukłon w stronę brzmień, od których zaczynał karierę na londyńskiej scenie elektronicznej. Artysta wraca tu do pulsujących beatów i dubowych basów, jednak robi to z doświadczeniem zdobytym przez lata pracy nad bardziej piosenkowymi projektami. Dzięki temu płyta łączy klubową energię z charakterystyczną dla Blake’a melancholią.

Album opiera się na rytmie – elektroniczne struktury są miękkie, hipnotyczne i mocno zakorzenione w estetyce UK bass. Jednocześnie produkcja pozostaje przestrzenna i nastrojowa. Wokale Blake’a unoszą się nad syntetycznymi teksturami i tworzą kontrast między tanecznym pulsem a introspekcyjną atmosferą. Tytuł płyty może sugerować technologiczną obsesję czy fascynację sztuczną inteligencją, jednak w rzeczywistości album brzmi zaskakująco organicznie. Zamiast chłodnej cyfrowej perfekcji Blake stawia na bardziej surowe, niemal domowe brzmienie.

Choć całość utrzymuje spójny klimat, na płycie pojawiają się momenty wyraźnie wyróżniające się energią. Singiel Big Hammer to jeden z najbardziej klubowych fragmentów albumu, charakteryzuje się  swoją dynamiką wykorzystujący sample duetu Ragga Twins. Z drugiej strony Fire the Editor pokazuje zupełnie inną twarz Blake’a. To kompozycja znacznie bardziej minimalistyczna, oparta na powtarzalnych strukturach syntezatorowych, które przywołują skojarzenia z estetyką kompozytorską Philip Glass.

Mimo wyraźniejszego klubowego charakteru album nie traci emocjonalnej głębi typowej dla twórczości Blake’a. Utwory balansują między nocną refleksją a taneczną energią, tworząc atmosferę, która sprawdza się zarówno na parkiecie, jak i w bardziej intymnym odsłuchu. Playing Robots Into Heaven można więc potraktować jako powrót do muzycznych początków artysty, przedstawiony z perspektywy dojrzałego twórcy, który wciąż potrafi znaleźć nowe brzmienia w dobrze znanych inspiracjach.

     

Ouça | James Blake: "Trying Times" - Música Instantânea

Po latach współpracy z największymi nazwiskami współczesnej muzyki – od Beyoncé i Kendrick Lamar po Travis Scott czy RosalíaJames Blake wraca z jednym ze swoich najbardziej osobistych projektów. Trying Times to jego siódmy album i jednocześnie pierwsze wydawnictwo stworzone już poza dużymi wytwórniami. W przeciwieństwie do klubowego charakteru Playing Robots Into Heaven, tutaj Blake ponownie stawia na kameralność i emocjonalną szczerość.

Płyta skupia się przede wszystkim na temacie rozpadających się relacji i momentów, w których miłość zaczyna tracić swoją pewność. W utworze Death of Love artysta zastanawia się nad sensem zaangażowania, używając sugestywnego obrazu pszczół wracających z plastikowych kwiatów jest to symbol wysiłku włożonego w coś, co od początku było pozorne. Podobnie w Didn’t Come to Argue, gdzie Blake zestawia swoją introspekcyjną narrację z bardziej zdystansowanym refrenem Monica Martin, pokazując dwie różne reakcje na rozpad relacji.

Jednym z najmocniejszych momentów albumu jest Make Something Up, w którym Blake otwarcie mówi o doświadczeniu depresji i wewnętrznych sprzecznościach towarzyszących kryzysowi psychicznemu. Zupełnie inną energię wnosi natomiast Doesn’t Just Happen, gdzie gościnnie pojawia się brytyjski raper Dave, dodając utworowi ciężaru autobiograficzną, refleksyjną zwrotką.

Choć większość materiału koncentruje się na osobistych doświadczeniach, momentami Blake wychodzi poza prywatną perspektywę. W Just a Little Higher zwraca uwagę na społeczne podziały i chaos informacyjny współczesnego świata. Trying Times pozostaje jednak przede wszystkim intymnym zapisem emocji – oszczędnym w formie, ale bardzo bezpośrednim w treści.

     

Liczne współprace

 

Równie ważną częścią kariery Blake’a są jego współprace z artystami reprezentującymi różne gatunki muzyczne. Jednym z najgłośniejszych przykładów jest jego relacja twórcza z raperem Kendrick Lamar, z którym pracował zarówno jako producent, jak i wokalista.

Blake wielokrotnie współpracował także z Bon Iver. Justin Vernon i brytyjski producent dzielą podobną wrażliwość muzyczną – zamiłowanie do eksperymentów z wokalem i przestrzennych aranżacji. Ich wspólne nagrania łączą elementy elektroniki, alternatywnego folku i ambientu.

Artysta brał również udział w pracach nad albumem Lemonade artystki Beyoncé, jednym z najważniejszych popowych wydawnictw ostatniej dekady. Wśród innych twórców, z którymi współpracował, znajdują się między innymi Frank Ocean, Rosalía, Travis Scott czy producent Metro Boomin.

Tak szerokie spektrum współprac pokazuje, jak uniwersalny jest język muzyczny Jamesa Blake’a. Potrafi odnaleźć się zarówno w alternatywnej elektronice, jak i w hip-hopie czy mainstreamowym popie, pozostając przy tym jednym z najbardziej charakterystycznych producentów swojego pokolenia.

Bartosz Repczyński

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła