Archiwum

ROSALÍA

Nic co boskie nie jest jej obce

W świecie muzyki popularnej 2025 roku, której blisko do wtórności i kanciastości tworów sztucznej inteligencji, Rosalía Vila Tobella stworzyła album (jak sama mówi) w pełni ludzki. Bez sztucznie wygenerowanych dźwięków i linii melodycznych naszpikowanych gładką i lekkostrawną nieprzypadkowością. Już nie pierwszy raz na antenie Radia LUZ jest naszą Artystką Tygodnia.

Rosalía, znana ze swojej śmiałości w przekraczaniu i zacieraniu granic gatunkowych, po takich wydawnictwach jak El Mal Querer i Motomami, wydała 7 listopada kolejny album zatytułowany LUX. Jej najnowsze dzieło jest bezpośrednim ukłonem w stronę klasycznego wykształcenia artystki (śpiew flamenco zaczerpnięty z kultury andaluzyjsko-muzułmańskiej), a zarazem manifestem głodu tego, co wyłącznie ludzkie i nieidealne — dramatyczne, pompatyczne, a co najistotniejsze emocjonalnie nieoszlifowane. Rosalía tworzy własną wizję przy akompaniamencie London Symphony Orchestra i z użyciem elektronicznych akcentów. Jest to muzyka, która wymaga od słuchacza niemal tyle samo, ile wymagała od niej w trakcie procesu tworzenia. Album inspirowany jest żywotami świętych kobiet i mistyką z różnych zakątków świata. Powstał w trzynastu językach (według części źródeł nawet czternastu), co tylko podkreśla jego monumentalny, ponadkulturowy charakter. Ogrom tych inspiracji nie oznacza zaniechania wymiaru indywidualnego, ale jest to linia ruchoma, która nigdy do końca się nie ujawnia.

Sexo, Violencia y Llantas

Track 1

Primero amaré el mundo/ Y luego amaré a Dios. Intro fortepianowe z utworu otwierającego LUX brzmi jak szkic pozostawiony w szufladzie, a jednak to właśnie w tych drobnych niedoskonałościach, w mikrodrżeniach strun głosowych, Rosalía znajduje prawdę — im więcej szczelin, tym więcej światła. Sama powołuje się na Cohena i jego słynne „there is a crack in everything”, jakby te pęknięcia były dla niej drogowskazem: miejscem, gdzie zaczyna się sens.

Reliquia

Track 2

W Reliquia Rosalía śpiewa o tym, co czyni ją sobą i jednocześnie rozprasza w świat. Fragmenty jej życia pozostają w każdym miejscu, w którym była: Paryż, Mediolan, LA, Barcelona. Język, czas, oddech, uśmiech, ślady obecności stają się relikwiami, które nosi ze sobą i pozostawia w różnych miejscach. Utwór inspirowany jest świętą Rozą z Limy, a przez metaforę relikwii bada pojęcia poświęcenia i pamięci. Klasyczne smyczki w utworze są energiczne i lekkie, a syntezatory przekształcają się w pulsujący bas, dzięki któremu mamy wrażenie niekończącej się projekcji wspomnień.


Mio Cristo Piange Diamanti

Track 5

Imperfetti agenti del caos („niedoskonali agenci chaosu”) — śpiewa artystka o sobie i o tej drugiej stronie, która razem z nią splata losy, równocześnie rozsypując i budując na nowo. Ten motyw wzajemnej dezintegracji i odrodzenia staje się symboliczną podróżą przez współzależność i miłość. W jednym z wywiadów Rosalía wspomniała, że ten utwór kojarzy się jej z babcią, wielką fanką Pavarottiego. I rzeczywiście nie brak tu dramatyzmu wielkiego śpiewaka.

La Yugular

Track 11

Inspirując się mistyczną postacią Rābiʿi al‑ʿAdawiyya, Rosalía wplata arabskie frazy i tradycje muzyczne, tak że różne kultury i światy przenikają się w obrębie jednej opowieści. Każdy człowiek istnieje w ramach najmniejszych cząsteczek, a wszechświat istnieje w ramach funkcjonowania niewidocznych procesów, które przenikają się nawzajem, tylko na pozór istniejąc osobno. Poetyckie pytania o wagę duszy z głosem Patti Smith w tle nadają utworowi rytm, w którym świat stapia się w cudowną i wytłumaczalną jedność.

Magnolias

Track 15

Horacjański przekaz utworu, zdający się wołać Non omnis moriar — Nie wszystek umrę, mówi o śmierci jako o ważnej części życia. Magnolie są kwiatami wieczności — samowystarczalne, rosły już w czasach prehistorycznych w takiej samej formie, w jakiej istnieją obecnie. To sprawia, że ich symbolika w utworze jest pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Śmierć i strata traktują nas tak samo bez względu na to, kim jesteśmy, Rosalía przedstawia swoją osobistą wizję pogrzebu. Nie jest ona typowa, bo raczej szczęśliwa i niezwykła — pełna wina, śmiechu, cygar i czekolady.

Y lo que no hice en vida, lo hacéis en mi muerte.

Zamykając album, Magnolias nie kończy, lecz otwiera przestrzeń, a mantrowy rytm i obecne w tle dzwony stają się mostem między tym, co widzialne, a tym co transcendentalne.

Aby w pełni przeżyć LUX wbrew pozorom niepotrzebne są konteksty lub znajomość języków, choć ten album jest nimi naszpikowany. Czysta i niezdławiona emocja zostaje zakomunikowana w niezaprzeczalnie ludzki i uniwersalny sposób, nie rywalizując ze sferą artystycznego przesłania. 

Album LUX to wgląd w sztukę absolutną. Taką, której głównym celem jest dotarcie do najczulszych punktów. Przenika, prześwietla, kontrastuje i zmienia. Przypomina próbę odwzorowania nieuchwytnego momentu wewnętrznego przebudzenia i zmiany tonacji, bo z każdym przesłuchaniem stajemy się kimś nieco innym. 

Julia Prus

Joanne Robertson

W krainie szumu, pomiędzy snem a jawą, rodzi się muzyka Joanne Robertson – prawdziwej malarki dźwięków. Jej najnowszy album Blurrr, to czysty przejaw artystycznej wrażliwości. Właśnie za tę unikalną wizję nadajemy jej tytuł Artystki Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Nasza selekcja:

The Lighter

2008

Już od swojego debiutanckiego albumu – The Lighter Joanne Robertson w sposób niezwykle świadomy i dojrzały określiła esencję swojego stylu artystycznego.

W jej świecie muzycznym króluje minimalizm i lo-fi, gdzie centralnym filarem jest delikatna ale surowa gitara oraz ulotny, szepczący wokal. Robertson świadomie rezygnuje z przesadzonej produkcji, ponieważ właśnie to brzmienie, które z pozoru wydaje się proste i nieskomplikowane, pod powierzchnią odkrywa bogatą, emocjonalną głębie.

Kompozycje Robertson nie potrzebują skomplikowanych konstrukcji i bogatych aranżacji by tworzyć nastrój i przenosić słuchacza w określone stany. To właśnie w tej oszczędności i tym umiarze tkwi siła jej twórczości – im mniej, tym więcej.


Backstage Raver

2024

Backstage Raver to kunsztowny strumień, który wypływa z wieloletniej współpracy między Joanne Robertson a londyńskim muzykiem Deanem Bluntem. Ich kooperacja na tym albumie osiąga nowy wymiar intymności – to nie tylko wspólne nagrywanie, ale prawdziwe zespolenie dwóch pokrewnych duszy artystycznych

Utwory na tym krążku są świadomie skonstruowane tak, by sprawiać wrażenie niedokończonych, co stanowi wyraz artystycznej szczerości i odrzucenia konwencji perfekcyjnie wykończonego brzmienia. Ta celowa niedoskonałość staje się nową formą doskonałości – bardziej ludzką i autentyczną. Nagłe urywanie się melodii, pozorne niedopowiedzenia i swobodna struktura kompozycji tworzą wrażenie, jakbyśmy podglądali proces twórczy w jego najczystszej formie.

Ta nacechowana artyzmem postawa nie jest oderwana od reszty działalności Robertson. Joanne, oprócz działalności muzycznej, rozwija również swoją pasję do malarstwa, co znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w jej twórczości dźwiękowej. Podchodzi do obu dziedzin w analogiczny sposób – traktując je jako przestrzeń do ekspresji i eksperymentu.


Blurrr

2025

Blurrr od Joanne Robertson to twórcza asceza i skupienie na esencji dźwięku. Album oferuje słuchaczowi ukojenie dla duszy i przestrzeń do kontemplacji. Jest to zdecydowanie muzyka, która wymaga czasu– nie jest przeznaczona do szybkiego odsłuchu, lecz do powolnego odkrywania wszystkiego warstwa po warstwie.

Krążek potwierdza pozycję Robertson jako artystki konsekwentnie realizującej własną wizję, niepodlegającą komercyjnym trendom. W świecie, w którym dominują produkcje przesycone bodźcami i hałasem, takie dzieło stanowi sporą przeciwwagę. Blurrr nie tylko zapada w pamięć, ale także uzmysławia, że piękno może się kryć w najmniejszych i najdelikatniejszych detalach.

Łucja Krzywoń

 

TOPS

Taniec światła i cienia w wykonaniu zespołu TOPS

Ich muzyka łączy eteryczność dream popu z lekkością indie i synth popu, doprawioną funkowym rytmem i pełnymi barw partiami syntezatorów. TOPS to zespół z górnej półki. Nowe single, zapowiadające ich najnowszy album Bury the key, który ukaże się 22 sierpnia 2025 roku, (pierwszy od pięciu lat longplay) potwierdzają, że nazwa grupy to nie tylko obietnica pięknego brzmienia, ale jego gwarancja.

 

From the TOPS

Zespół z Montrealu uformował się w 2011 roku, kiedy Jane Penny, David Carriere (dawni członkowie grupy Silly Kissers) połączyli się z perkusistą Riley’im Fleckiem. Ich wspólna miłość do vintage brzmień z lat 70 i 80 zaowocowała powstaniem TOPS, który dość szybko zyskał uznanie na kanadyjskiej scenie indie popowej. Zespół od początku był dzieckiem wydawnictwa Arbutus Records, labelu, który zyskał rozgłos po wydaniu pierwszych albumów Grimes i kooperacji przy słynnym Visions z 2012 roku. W tym samym roku TOPS wydali swój pierwszy album zatytułowany Tender Opposites i już wtedy wyznaczyli drogowskaz gatunkowy w którym orbitują do dziś.

Picture you staring (2014) to drugi album zespołu, który przyniósł dojrzalsze niż debiut i bardziej określające brzmienia. Głównym motywem jest w nim dostrzeganie niedostrzegalnego — poruszanie się w niepewności, wśród domysłów i poprzez wyobraźnię. Nie jest to pop dla naiwnych, ale poszukiwaczy wrażliwości, próbujących zatrzymać czas w określonym momencie.

Is that the way that you are?/ I can picture you staring/ Out the window/ Not caring — wyłapanie tego wersu w, Way to be loved, które rozpoczyna album, sprawia słuchaczowi dużą satysfakcję, choć pojawia się odrobinę za wcześnie w kontekście pozostałych utworów. Na tle innych kompozycji szczególnie wyróżnia się Outside unoszący się na miękkich i długich syntezatorach. Przynosi na myśl nostalgię budowaną u Mazzy Star, lynchowski wymiar sennego wokalu połączonego z gitarą — w tym przypadku gitarą barytonową.

W 2017 roku, do TOPS dołączyła Marta Cikojevic jako klawiszowiec, wzbogacając grupę o nową warstwę brzmieniową. W tym samym roku powstał też ich trzeci studyjny album zatytułowany Sugar at the Gate.

W swoim trzecim albumie zespół TOPS z Montrealu dopracował swoje brzmienie i uściślił swoją estetykę. Te sprytnie wyprodukowane utwory soft rockowe charakteryzują się elegancką atmosferą i vintage’owym ciepłem.

Tak o albumie pisał Kevin Lozano z Pitchfork, oceniając go na zawrotną liczbę 7,4/10.  Kiedy TOPS przenieśli się z Montrealu do Los Angeles, wynajęli dom w Glendale, który wyglądał jak z pocztówki z lat 70. — duża willa z kolumnami, zielonym ogrodem i basenem. Nazywali to miejsce „Glamdale”. Właśnie tam powstał album Sugar at the Gate

To płyta, która oddycha. Słychać w niej echo pustych pokoi, w których mikrofony łapały nie tylko dźwięk, ale też kurz i atmosferę ukrytą między dźwiękami. Jest tu kalifornijska jasność, ale nie ta pocztówkowa z plażami i palmami. Bardziej ta z filmów Sofii Coppoli — trochę senna, trochę depresyjna. Lekkość podszyta refleksją. Album nie zatracił jednak swojej słoneczności, którą zespół emanuje muzycznie. Tonem i estetyką wpisuje się w klimat Zachodniego Wybrzeża – jasny, lekki, lecz nie stereotypowy. Zachowuje to, z czego TOPS słynęli do tej pory, doskonale operując nostalgią. Muzycy zgrabnie wykorzystali na albumie kasetową estetykę, przesterowanie, kicz i sentymentalny groove. Sugar at the Gate rozwija się powoli, pozwalając kolejnym detalom wybrzmieć z czasem w przestrzennych aranżacjach — to album wymagający uwagi.

Direct Sunlight to utwór otwierający kolejną podróż TOPS w stronę lat 70 i 80 35-minutową płytę I feel alive z 2020 roku. Bas i perkusja miękko niosą rytm, a ciepłe dźwięki Rhodesa i zwiewne frazy fletu poprzecznego w wykonaniu Jane Penny rozszerzają przestrzeń, jakby zespół nabierał głęboki wdech tuż przed skokiem do letniego basenu. Ten album wydaje się jeszcze jaśniejszy, niż dotychczasowy dorobek zespołu, zwłaszcza jeśli myślimy o brzmieniu i wymowie warstwy tekstowej. I feel alive jest opowieścią o odporności na bolesne doświadczenia życiowe i wynoszeniu z nich jak najwięcej mądrości. Nie ma na nim przesadnego optymizmu, a jest raczej taniec we łzach, w których smutek staje się oczyszczający i budujący. 

W Ballads & Sad movies wokal Jane Penny jest mocno nasycony emocjami gdy śpiewa:

My favorite ballads and sad movies/
Don’t do nothing for me now/
Unfamiliar ending and sound
.

Okazuje się że nostalgia bywa mieczem obosiecznym, ale sam przekaz krzyku I don’t know who I am anymore, łagodzi eteryczna warstwa muzyczna, przenosząc efekt ciężkości na drugą stronę płyty.

Dobre wrażenie robi też utwór Colder & Closer zbudowany na kontrastach i metalicznym brzmieniu perkusji. Lirycznie opowiada o grze w „ciepło-zimno” z drugą osobą. Chłód niekojarzący się z bliskością jest reakcją na niepewność uczuć. Niejednoznaczność tekstu sprawia, że piosenka brzmi, jak zapis sprzecznych sygnałów. Całość dopełnia teledysk, wykorzystujący termowizję jako metaforę uniku przed intymnością.

Jane Penny, David Carriere, Marta Cikojevic i Riley Fleck, dotąd mistrzowie bezbłędnych, groove’owych perełek, tym razem otwierają drzwi do mroczniejszego wymiaru swojej twórczości. Zespół nazywa ten okres swoją „złą erą TOPS”. Faktycznie, ich miękkie, pastelowe brzmienia zostały tu nasycone niepokojącym nastrojem i fatalistycznym dramatyzmem disco po zmroku. To wciąż dobrze znana, nieco taneczna, miejska nostalgia, ale ubrana w nieco inny koloryt, niż w przypadku poprzednich wydawnictw.

Single zapowiadające nowy album, zatytułowany Bury the Key pokazują, że zespół eksperymentuje z nową estetyką ich dotychczasowej muzycznej tożsamości. Annihilation pulsuje chłodnym syntezatorem i tajemnicą, Falling on My Sword charakteryzuje buntowniczość, a Chlorine wprowadza spokojniejszy, znany z wcześniejszej twórczości TOPS refleksyjny ton. Łączą się w przemyślaną, a zarazem wielobarwną strukturę, która każe z niecierpliwością wyczekiwać nowego albumu. 

Julia Prus

Roy Ayers

4 marca 2025 roku w wieku 84 lat odeszła w  jedna z największych legend amerykańskiego jazzu – Roy Ayers. 60 lat na scenie zaowocowało 33 wydawnictwami, które poza rozwijaniem fuzji jazzu oraz funku dały podwaliny pod największe hity hip-hopu. Dźwięki jego wibrafonu stanowiły jeden z najważniejszych głosów jazz-funkowego szaleństwa lat 70. gdy nagrywał on swoje najważniejsze projekty z zespołem Ubiquity. Przez lata stał się jednym z najczęściej samplowanych artystów w historii hip-hopu, stanowiąc esencję twórczości między innymi tak legendarnych grup jak A Tribe Called Quest. Aby upamiętnić twórczość mistrza w tym tygodniu w ramach pasma Artysta Tygodnia przedstawiamy Wam jego najważniejsze dzieła i przybliżamy wpływ na innych wielkich twórców.

 


He’s Coming

1972

Polydor Records

Początek lat 70. stanowił zwrot w twórczości Roya Ayersa. Po post-bopowo zorientowanej poprzedniej dekadzie. nastał czas na połączenie jazzowych brzmień z ciągle rosnącym w popularność funkiem. W tym celu powołał do życia formację Ubiquity, której nazwę można przetłumaczyć jako wszechobecność. Do wibrafonu i innych analogowych instrumentów dołączyły również te elektroniczne, otwierając przed muzykiem zupełnie nowe spektrum możliwości. Widać to szczególnie wyraźnie na znakomitym albumie He’s Coming z 1972 roku. Liryczna eksploracja duchowości i walki o prawa społeczne opakowana jest w kompozycje, które brzmieniowo wywodzą się z jazzu, lecz wymieszanego już z soulem, funkiem i pewną dozą psychodelii. Ain’t Got Time brzmi jak stadium przejściowe między śpiewana poezją Gila Scotta-Herona, a soulową perfekcją Marvina Gaya. Na I Don’t Know How To Love Him przepięknie lśni z kolej wibrafon lidera grupy. Największa perłą jest jednak spektakularne We Live In Brooklyn, Baby, wykorzystane później między innymi przez Kendricka Lamara i Mos Defa. Ciężko się dziwić, skoro dynamiczna perkusja stanowi esencję idealnego hip hopowego bitu. Ostre, niepokojące skrzypce fantastycznie korespondują z kłapiącym basem i stanowią niezwykły podkład dla równie nastrojowego wokalu Ayersa.


Roy Ayers dead: L.A.-born jazz-soul vibraphonist was 84 - Los Angeles Times


Everybody Loves The Sunshine

1976

Polydor Records

Motywem przewodnim w całej twórczości Ayersa jest wszechobecne ciepło. Nie bez powodu również jego najpopularniejszy album bezpośrednio nawiązuje do promieni słonecznych. Płyta Everybody Loves The Sunshine do dziś jest sztandarem stylistyki tak namiętnie celebrowanej przez Ayersa. Mowa tutaj oczywiście o harmonijnym łączeniu jazzowej instrumentacji z funkową intensywnością, której na tym projekcie jak najbardziej nie brakuje. Aura wszechobecnego entuzjazmu i pozytywności płynąca z tego krążka potrafi perfekcyjnie odwzorować wiosenne uczucie wyzwolenia spod zimowej opresji. Idealny balans pomiędzy psychodelicznym dryfem, a abstrakcyjną myślą Ayers zachowuje poprzez przeplatanie zróżnicowanych w brzmieniu utworów. Przejście ze spokojnego i jakże hipnotyzującego The Third Eye w rozpalone It Ain’t Your Sign It’s Your Mind w idealny sposób obrazuje perfekcyjny dualizm albumu. Nie można również zapomnieć o tytułowym utworze, który zsamplowano w UWAGA w 188 utworach. Dr. Dre, Mos Def, Common, Joey Bada$$ czy Larry June to tylko ułamek z kilkudziesięciu znanych współcześnie ksywek, którym Ayers użyczył ścieżek ze swojej legendarnej kompozycji. Jedno jest pewne – nie znajdziecie lepszego podkładu do ubóstwiania wiosennej bryzy w kwietniowe weekendy, kiedy słońce zachodzi już nieco później. 


Music Of Many Colors

1979

Phonodisk

Jednym z najbardziej wyróżniających się dzieł w dyskografii Ayersa jest nagrany wspólnie z Felą Kuti i jego legendarnym składem Africa 70 album Music Of Many Colors. Powstał on jako zwieńczenie kilkutygodniowej trasy koncertowej po Nigerii w 1979 roku, w trakcie której Ayers supportował lokalnego herosa. Dla Nigeryjczyków był to czas przepełniony nadzieją po upadku reżimu wojskowego, przeciwko któremu protestował Kuti przez poprzednią dekadę. Duch afrocentryzmu i odnowionej wiary w idee panafrykanizmu przeniósł się na dwie rozległe, fantastyczne kompozycje. Pierwsza z nich, 2000 Blacks Got To Be Free odwołuje się do panującego w tym czasie sentymentu o początku nowego milenium jako czasie wielkich zmian. W tym przypadku Ayers z ogromem nadziei i pasji w głosie wyśpiewuje wizję wolnej, potężnej i zjednoczonej Afryki, która nastanie przed początkiem roku 2000. Drugi utwór, Africa Center Of The World to manifest Kutiego, w którym umiejscawia on Afrykę jako oś świata, najcenniejsze terytorium, o które ciągle toczą się wojny. Skoro zaś jest to miejsce tak wyjątkowe, to jego mieszkańcy muszą też tacy być. Te wzniosłe wizje jak to zwykle w przypadku projektów ojca afrobeatu ubrane są w niepowtarzalny, niepowstrzymany groove, w którym głos i instrumenty nieustannie napędzają się wzajemnie z każdą kolejną minutą. W połączeniu z pięknymi wibrafonowymi solówkami Ayersa, Music Of Many Colors pozostaje wyjątkowym zapisem chwili nadziei na lepsze jutro dla całego kontynentu. Nawet jeśli ostatecznie niespełnionej.


Hip-hopowe dziedzictwo

 

Sampling w hip-hopie to nie tylko muzyczne zapożyczenia i recykling starych treści. Jest to przede wszystkim czerpanie inspiracji, szukanie niedocenionych wcześniej dźwięków i celebracja historii. Brzmienia z kompozycji Roya Ayersa znajdziemy w utworach A Tribe Called Quest, 2Paca czy Tylera, The Creatora. Mistrz udzielił się również na legendarnym albumie Guru Jazzmatazz Vol. 1 czy dołożył swojego geniuszu w ramach projektu Jazz Is Dead Adriana Younge i Aliego Shaheeda Muhammada. Jest jednak jeden utwór, w którym zaobserwować możemy spotkanie dwóch arcymistrzów, a mowa tutaj o utworze Little Brother od duetu Black Star. Poprzez nagranie poszczególnych partii perkusyjnych z utworu I Ain’t Got Time, J Dilla stworzył zupełnie nowy, wijący się rytm. Do genialnego podkładu dodajemy duet fantastycznych MC w składzie Mos Def/Talib Kweli i w efekcie otrzymujemy jedną z najbardziej imponujących produkcji w dziejach hip-hopu – gatunku, którego Roy Ayers do dziś jest nierozłączną częścią.

Dla świata zakochanego w produkcjach lat 70., śmierć Ayersa jest wielką stratą. Jedno pozostaje niezmienne – jego ponadczasowa twórczość w dalszym ciągu może cieszyć uszy pokoleń przyszłych muzyków.

LONG LIVE ROY AYERS

Jędrzej Śmiałowski, Jakub Bergański, Michał Lach, Filip Juszczak

Marc Rebillet

 

Streamer, komik i muzyk. Niesamowita osobowość, która porwała za sobą tłumy na YouTubie i Twitchu. Łączy elektronikę z elementami funku. Jego teksty to często przypadkowe słowa okraszone odpowiednią dawką wulgarności. Niezła mieszanka? Dodajcie do tego jeszcze dildo postawione na biurku, kontroler midi i szlafrok. Tak zwany Loop Daddy, Marc Rebillet artystą tygodnia w Radiu Luz.

 

Tworzy muzykę używając klawiatury, loopera, laptopa i swojego głosu. Wszystko przetwarza i powiela – od początku do końca sam. Stałym elementem jest spontaniczność – jego koncerty i streamy są w pełni improwizowane. Stawia na żart, interakcje z publicznością i po prostu zabawę. Jak sam mówi –

Tu chodzi o rozrywkę, konwencje i improwizację.

Na swoim koncie ma współpracę z takimi muzykami jak Erykah Badu, Reggie Watts czy Flying Lotus. Zawsze trudno mi było odpowiedzieć na pytanie jaką muzykę gra Marc Rebillet – to po prostu trzeba zobaczyć, nie tylko usłyszeć.

 


                                                        Od Call Center po Coachelle

Wszystko zaczęło się od tego, że na pierwszym roku rzucił studia. Kupił podstawowy zestaw do tworzenia muzyki w domu i próbował sprzedawać swoje podkłady, ale bez powodzenia. W międzyczasie miał różne, dorywcze prace od kelnera po call center. Ten okres trwał przez parę lat do jego 28 roku życia, kiedy zwolniono go z pracy.

Raczej beznadziejna wizja życia, prawda? Dostał dwa miesiące wypowiedzenia i stwierdził, że teraz albo nigdy. Jeśli mu nie wyjdzie to rezygnuje z muzycznych marzeń, staje się poważnym mężczyzną i znajduję „normalną” pracę. Na szczęście wszystko potoczyło się dobrze. Jego pierwszy występ odbył się w barze, w którym wcześniej roznosił jedzenie. Zaczął występować w restauracjach i streamować z domu. Jego popularność rosła i tak ma już na swoim koncie kilka tras koncertowych i dwa występy na Coachelli – w 2023 i 2024 roku.


How to Funk

 How to funk in 2 minutes – film, który zdobył dużą popularność na youtubie, świętuje swoje 5 urodziny. Jest to krótki instruktaż jak zrobić dobrą piosenkę samemu, używając między innymi loopera.

To jedno z nagrań, dzięki któremu Marc Rebillet wybił się w Internecie i zyskał więcej słuchaczy. Na pierwszy rzut oka tworzenie tego utworu wydaje się to bardzo proste i intuicyjne jednak kryją się za tym lata praktyki. Artysta od 4 roku życia uczył się grać na fortepianie, później przez prawie 10 lat eksperymentował z kontrolerem midi. Filmik uczy, bawi i pozytywnie nastraja. Czego chcieć więcej?

 


Pandemia

Podczas gdy w 2020 roku na całym świecie muzycy borykali się z kryzysem finansowym, Marc Rebillet miał się całkiem dobrze. A wszystko za sprawą jego cotygodniowych streamingów z domu. To wtedy artyście odwołano trasę koncertową i stworzył serię We inside. Udostępniał filmy na YouTubie i Twitchu(!). Dość ciekawy pomysł, który był strzałem w dziesiątkę.

Jego filmy wzbudzały niesamowite poczucie wspólnoty, która w tamtym okresie była bardzo ważna. Dla mnie jego streamy stały się ważnym elementem pandemicznego zamknięcia. Emanowały energią i dodawały otuchy.


Mistrz Performansu

Muzyka to jedno a jak się ją zaprezentuje to zupełnie inny temat. Marc Rebillet okazał się w tym niesamowicie dobry. Umie świetnie wyczuć tłum i połączyć muzykę z pomysłami podrzuconymi przez ludzi. Publiczność jest zawsze integralną częścią jego występu- często zaprasza osoby na scenę i improwizuje z nimi.

Przyznaje, że podczas koncertów niektóre utwory mu nie wychodzą. Wtedy po prostu przerywa i zaczyna od nowa. Zauważył, że ludzie lubią być w procesie tworzenia muzyki, nawet jeśli nie jest ona idealna. Jedno jest pewne – nie da się przejść obojętnie obok jego występów. Marc Rebillet poza muzyką robi dobre, wciągające show.

 


Czy Marc Rebillet  może nas czymś jeszcze zaskoczyć?

Czy jego charyzma w końcu mi się znudzi? Oby nie. 

Jednak myślę, że będzie musiał zmienić trochę formę swoich występów. Pomimo tego, że są improwizowane to słychać patterny, którymi się posługuje. Powoli jego muzyka staje się przewidywalna. W wywiadach artysta sam przyznaje, że też boi się przemijającej passy.

Dlatego jego nowy projekt  napawa mnie optymizmem. Jako, że ostatnio na jego występach to dzieci najchętniej wychodzą na scenę, artysta chciałby z nimi współpracować. Mówi że młodzi lubią improwizować, mają niesamowite pomysły a przy tym dobrze się bawią. Jest to  bardzo ciekawy i odświeżający koncept. A nawet jeśli fenomen Loop Daddiego przeminie to i tak na zawsze pozostanie w moim serduszku. 

Mam nadzieje, że waszym też. 

Jadwiga Lazar

 

 

Jeff Buckley

Jeff Buckley był amerykańskim wokalistą, autorem tekstów i multiinstrumentalistą, którego niezaprzeczalny talent i emocjonalna głębia uczyniły go postacią wyjątkową w świecie muzyki lat 90. Jego twórczość to połączenie rocka alternatywnego, folku i bluesa, pełne bogatych brzmień i przekonującej wrażliwości. Buckley słynął z przejmującego, płaczliwego wokalu, oryginalnej interpretacji i finezyjności przekazu. Pozostawił po sobie muzyczny testament, który wciąż zachwyca nowe pokolenia słuchaczy. W tym roku świętujemy jego 30-lecie.

Jeff Buckley artystą tygodnia Radia LUZ na 91,6 FM.

Nieśmiertelna spuścizna niespełnionego geniuszu

Trzy dekady temu światło dzienne ujrzał album, który na zawsze zmienił oblicze muzyki, a było to Grace Jeffa Buckleya. Wydany w 1994 roku, debiut ten szybko stał się kamieniem milowym w historii rocka alternatywnego nadającego mu nowy kształt, a Buckley, choć za życia zdążył wydać tylko tę jedną płytę, pozostawił po sobie niezaprzeczalny ślad estetyczny i emocjonalny w muzyce lat 90. Jego ciepły głos, połączony z boleśnie pięknymi tekstami, wciąż odnajduje swoich wiernych słuchaczy, a Grace pozostało symbolem artystycznej autentyczności i emocjonalnej głębi, wciąż poszukującej w muzyce pierwiastka wieczności w subtelności.

Nieśmiertelne Hallelujah

Jednym z najbardziej znanych utworów na Grace jest Hallelujah, oryginalnie skomponowane przez Leonarda Cohena. Jeff Buckley nadał tej piosence nowy wymiar, wprowadzając do niej bolesną sensualność i autentyczność, która uczyniła jego wersję jedną z najbardziej emocjonalnych interpretacji w historii muzyki. Dzięki Buckleyowi Hallelujah stało się czymś więcej niż tylko balladą – to hymn dla zagubionych dusz, wyrażający tragizm i cierpienie w sposób, który porusza do głębi. Trudno jest zmienić tak dominujący w pop-kulturze klasyk na własną modłę, aby zachować przy tym sens alegoryczny piosenki. Jemu zdecydowanie się udało.

Łaska, która trwa

Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Buckleya, Grace, to nie tylko pierwszy singiel promujący płytę, ale także esencja przesłania, które artysta starał się przekazać w swojej twórczości. Miłość, przedstawiona jako siła dająca „łaskę”, jest tu ukazana jako coś, co powstrzymuje przed upadkiem i otwiera na głębsze zrozumienie życia i dotarcie do jego akceptacji. Sam Buckley mawiał, że łaska jest tym, co naprawdę się liczy – zarówno w życiu, jak i w ludziach, i to właśnie ten motyw przewija się przez cały album, nadając mu unikalny nastrój, który wprawia go w ruch przy każdym odsłuchu.

Grace: Legacy Edition – sentymentalne powroty i nowe odkrycia

W 2004 roku, w dziesiątą rocznicę wydania Grace, ukazała się specjalna edycja albumu – Grace: Legacy Edition. W tym roku, obchodzimy jej 30-lecie. To dwupłytowe wydawnictwo nie tylko odświeżyło oryginalne nagrania, ale również zaoferowało fanom wyjątkowy wgląd w kulisy powstawania tej płyty. Na pierwszym krążku znajdują się zremasterowane utwory z Grace, a drugi dysk zawiera alternatywne wersje, dema oraz covery piosenek folkowych, bluesowych i R&B, które Buckley nagrał w 1993 roku. Wśród dodatkowych utworów znajdziemy m.in. demo Forget Her oraz cover Kanga Roo zespołu Big Star, które nigdy wcześniej nie były publikowane.

Wydanie Grace: Legacy Edition to nie tylko hołd dla jednej z najważniejszych płyt lat 90., ale również dowód na to, jak trwała jest spuścizna Jeffa Buckleya. Dzięki tej edycji nowe pokolenia słuchaczy może odkryć jego talent, a starzy fani mogą zgłębić niepublikowane wcześniej materiały, które odsłaniają jeszcze więcej z artystycznego świata Buckleya.

So real

Buckley miał niezwykłą zdolność do tworzenia muzyki, która była tak osobista, że słuchacz czuł, jakby miał możliwość dotarcia swoim głosem w najgłębsze zakamarki ludzkiego ducha. Jego utwory, takie jak So Real czy Lover, You Should’ve Come Over, eksplorują złożoność emocji związanych z miłością, lękiem i samotnością. Teksty pełne surrealistycznych obrazów i intensywnych uczuć są dowodem jego zdolności do przekazywania najgłębszych emocji w sposób niezwykle autentyczny i poruszający. Głos Jeffa Buckleya to niezwykłe narzędzie ekspresji, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Charakteryzował się niespotykaną elastycznością i zdolnością do wyrażania całego spektrum emocji – od szeptu pełnego czułości po potężne, niemal operowe frazy. Jego wokal miał w sobie coś hipnotyzującego, łącząc delikatność oddechu z surową intensywnością krzyku. Buckley z łatwością przechodził między różnymi rejestrami, dzięki czemu jego śpiew zawsze był pełen głębi i autentyczności poruszający słuchaczy. To właśnie głos Buckleya sprawiał, że jego muzyka stawała się tak intymna, jakby każdy dźwięk i każda fraza były odbiciem jego najskrytszych emocji.


Sketches for My Sweetheart the Drunk – niedokończony testament artysty

W 1996 roku Buckley rozpoczął pracę nad swoim drugim albumem, który miał być zupełnie inny, bardziej eksperymentalny. Niestety, jego nagła śmierć w 1997 roku przerwała ten proces. Pośmiertnie wydany album Sketches for My Sweetheart the Drunk ukazuje pełnię możliwości wokalnych Buckleya – od aksamitnych, niemal soulowych brzmień w Everybody Here Wants You, po surowe i ekspresyjne momenty w The Sky Is a Landfill. Słuchając tej płyty, można poczuć pewną surowość i autentyczność, które wynikają z faktu, że wiele utworów nie doczekało się finalnych wersji. To sprawia, że głos Buckleya na tym albumie jest jeszcze bardziej poruszający, pełen niedopowiedzianych słów i przerwanych myśli.

Album Grace, stał się ponadczasowym arcydziełem, które inspiruje kolejne pokolenia artystów i słuchaczy. Grace: Legacy Edition to nie tylko przypomnienie o niezwykłym potencjale Buckleya, ale także dowód na to, że jego muzyka żyje dalej, mimo że jego życie zostało przerwane zbyt wcześnie. To album, który wciąż porusza serca i umysły, oferując podróż przez emocje, które są tak samo aktualne dziś, jak były 30 lat temu.

W Lover, You Should’ve Come Over Buckley śpiewa o niespełnionej miłości, żalu za przegapioną okazją, oraz bólu wynikającym z  niepokojącej samotności. Słowa It’s never over, my kingdom for a kiss upon her shoulder wyrażają gorzkie pragnienie czegoś, co już minęło, a jednocześnie wskazują na pełne poczucie odpowiedzalności za uczucie, które się traci. Jest to utwór pełen żalu za tym, co mogło się wydarzyć, ale z różnych powodów nie doszło do skutku.

W kontekście życia Buckleya, te słowa zyskują dodatkowy wymiar. Muzyk, znany ze swojej intensywnej i emocjonalnej natury, miał skomplikowane relacje miłosne, co znajduje odzwierciedlenie w jego muzyce. Piosenka mogła być dla niego swego rodzaju katharsis – wyrażeniem tego, co czuł w związku z własnym życiem uczuciowym.

Jeff Buckley zmarł tragicznie w wieku zaledwie 30 lat, topiąc się w rzece Missisipi w 1997 roku. Jego śmierć miała charakter przypadkowy, a zarazem tragiczny – był w trakcie nagrywania drugiego albumu, który nigdy nie został ukończony w formie, jaką zaplanował. Śmierć Buckleya przerwała jego karierę i sprawiła, że to, co mógł jeszcze osiągnąć, pozostanie na zawsze w sferze domysłów. W tym kontekście utwór Lover, You Should’ve Come Over może być postrzegany jako lament nie tylko za utraconą miłością, ale także za niewykorzystanymi możliwościami i przerwaną obiecującą karierą.

Julia Prus & Zuzia Kopij

 

Justice

Justice, Gaspard Auge i Xavier de Rosnay

Przez nowy album Justice lecimy tylko do góry.
Kosmicznie osadzona produkcja płynnie przechodzi z utworu na utwór, zaskakująco budując i burząc muzyczne przestrzenie, w których poznajemy Hyperdrama.

Mimo futurystycznego brzmienia poprzedni album Escapades opowiadał w moim odczuciu dużo bardziej ziemską historię, momentami wznosząc się, by zawsze pikować z powrotem. Wiele przejść między utworami jak na album Dj’i przystało, jest bardzo płynnych i subtelnie przeprowadza nas do kolejnej kompozycji. Sama okładka dokładnie zapowiada, z jakim tworem mamy do czynienia.
Nie zatrzymujący się cyber organizm zamknięty w ogromnym krzyżu – symbolu, który kojarzy się bardziej z tylko jedną osobą niż Gaspardem AugeXavierem de Rosnay.


Justice 2008

Połowa albumu to utwory instrumentalne i co niezbyt częste dla Justice, wokalistów jest wielu i niemal każdy z woklanych performansów wynosił utwór na zupełnie inny poziom odsłuchu, jedynie Tame Impala, którego uwielbiam, tutaj delikatnie mnie zawiódł brakiem hipnotycznej aury.
Wyjątkowo wzruszyły mnie jednak utwory AfterImage ft. Rimon i The End ft. Thundercat, bo są esencją tego co czyni Hyperdrama tak dobrym albumem.
Zamieniają odsłuch w chaotyczną podróż, w której zanim zdążymy się odnaleźć jako część tego świata – kończy się, a każde kolejne odsłuchanie to odnajdywanie się w tym świecie niczym w grze RPG. Tak rozbudowany jest element przestrzeni, która jest źródłem całej imersji podczas odsłuchu.

 


Bardzo częsty opis produkcji Justice, który słyszę od pasjonatów ich muzyki to, że wszystko jest  elementów składających się na pełne życia, przejrzystości brzmienie.
Jednak gdy zagłębiłem się w temat w jednym z wywiadów Gaspard i Xavier wyjaśniają, że wszystkie utwory na kultowym The Cross zmiksowane były tylko modelując ścieżki korekcją częstotliwości i balansem głośności. Kompresja pojawiała się tylko i wyłącznie na etapie masterowania, Gaspard zaznaczył, że to właśnie master chain ujarzmia utwory pełne wyszukanych sampli i przesterowanych syntezatorów.
Na charakterystyczne jednak momentami znajome Daft Punkowe przebłyski zapewne wpływ miał Pedro Winter, który, mimo że za produkcje jako menedżer Daft Punk nie odpowiadał, z pewnością nasiąknął ich podejściem do produkcji i podpatrzył przepis na tajny sos.

Adam Karpeta

Justice i Busy P



Declan McKenna

Declan McKenna: buntownik z brokatem na twarzy

Odważny, bezkompromisowy, charyzmatyczny. Od początku swojej kariery muzycznej wykorzystuje swój głos, by powiedzieć więcej. 9 lutego premierę miał jego trzeci krążek What Happened to the Beach?. Z tej okazji zagłębiamy się w dyskografię Declana McKenny w paśmie Artysty Tygodnia na antenie Akademickiego Radia LUZ.
Przez wielu nazywany jest głosem młodego pokolenia. Pokolenia zbuntowanego, sfrustrowanego i bezradnego. Protest songi stanowią znaczną część dorobku artystycznego McKenny. To właśnie od jednego z nich rozpoczęła się jego kariera…


What Do You Think About the Car?

2017

Columbia

Brasil to pierwszy singiel Declana. Został on wydany niedługo po Mistrzostwach Świata w piłce nożnej organizowanych przez Międzynarodową Federację Piłki Nożnej (FIFA) w 2014 roku. Miały one miejsce właśnie w Brazylii. Utwór ten to wyraz frustracji spowodowanej korupcją w show-biznesie futbolowym, a także obojętności świata wobec sytuacji ekonomicznej Brazylii i powszechnego ubóstwa. Singiel wywołał niemałe zamieszanie na brytyjskiej scenie indie. Co jeszcze bardziej przyczyniło się do do sukcesu singla to fakt, że Declan, pisząc go, miał zaledwie 16 lat. Młody talent od razu zwrócił na siebie uwagę wielu wytwórni oraz ogólne zainteresowanie mediów. Brasil osiągnęło naprawdę wielki sukces, tym bardziej, że był to pierwszy singiel młodego muzyka.

What Do You Think About the Car? to pamiętnik dorastającego nastolatka. Dostrzega on niesprawiedliwość, nierówność i absurdy życia codziennego.  Skupia się na kwestiach politycznych i społecznych, takich jak nierówności klasowe, samobójstwo, wiara, wojna, queerowość czy korupcja. Muzycznie album jest przejawem młodzieńczej lekkości, czasem nawet zabawy. Dość mocno kontrastuje to z ogólnym przekazem, ale przede wszystkim nieco uśmierza ból spowodowany powszechną bezsilnością. Niczym muzyczny plaster.


Zeros

2020

Columbia

Drugi album McKenny to stylistyczny zwrot w twórczości. Dobrze znany nam buntownik nie jest już nastolatkiem. Zeros to album dojrzalszy. Tym razem Declan ubiera błyszczący kostium, twarz przyozdabia brokatem, a frustracje zamyka w eklektycznych brzmieniach inspirowanych brytyjskimi ikonami glam rocka, takimi jak David Bowie, Marc Bolan czy zespół Slade. Mimo czerpania inspiracji z różnych źródeł muzycznych Zeros jednocześnie prezentuje unikalny styl Declana McKenny i jego zdolność do łączenia różnych gatunków.

Teksty są kopalnią metafor, alegorii i symboli. Nawiązują do wydarzeń historycznych, Biblii, konkretnych polityków, mitologii czy kultów. Co więcej, McKenna ma talent do budowania apokaliptycznych wizji opartych na ironii i zabawie słowem, dlatego nie zawsze są one oczywiste i łatwe do odnalezienia. Jednak, gdy już je zauważymy, odkrywają przed nami kolejne głębie. Declan nie porzuca swojej sztandarowej bezpośredniości. Otwarcie porusza tematy związane z polityką, problemami psychicznymi, zmianami klimatu, kryzysem mediów publicznych czy hipokryzją społeczeństwa. Mimo poruszania ciężkich tematów, jego pióro pozostaje lekkie.


What Happened to the Beach?

2024

Tomplicated

Po premierze Zeros bałam się, że poprzeczka została zawieszona za wysoko i każde kolejne wydawnictwo będzie mnie zawodzić. W jak ogromnym błędzie byłam!

Najnowszy album jest wyrazem doskonałej harmonii dojrzałości i beztroskiej zabawy. Declan sam stwierdził, że ta płyta jest wynikiem zdjęcia z siebie presji, którą nieustannie odczuwał przy pracy nad pierwszymi dwoma wydawnictwami. Teraz po prostu chce się dobrze bawić. Jednocześnie nie znika przy tym charakterystyczna dla niego refleksyjność nad światem. Przez wyraźnie słyszalną swobodę przekaz staje się jeszcze bardziej bezpośredni. Najwięcej uwagi poświęca sferze emocjonalnej człowieka, choć charakterystyczna dla Declana refleksja nad społeczeństwem również się pojawia. What Happened to the Beach? jest niczym doskonałe dopełnienie poprzednich dwóch albumów. Jest zupełnie inne, ale Declan nie odcina się od swojego muzycznego dziedzictwa. A nawet składa mu hołd.

Ta płyta to największy do tej pory eksperyment w dyskografii McKenny. Nie tylko bawi się słowami czy własnym głosem. Łączy on ze sobą najróżniejsze gatunki, od neo-psychodelii, przez dream pop, aż po mocne gitarowe brzmienia. Co więcej, żaden z utworów nie pozwala na pozostanie w bezruchu – czasem spokojnie się bujamy, innym razem porywamy się do nieco bardziej szalonego tańca.



Dyskografia Declana McKenny to nie tylko opowieść o dojrzewaniu człowieka, ale także artysty. Opowieść o poszukiwaniu, eksperymentach i odnajdywaniu własnej tożsamości. I jest to naprawdę wspaniała opowieść.

Zuzanna Kopij

Robert Glasper

Kiedy słyszymy akordy i frazy wydobywające się spod palców Roberta Glaspera, nie sposób już
w pierwszych sekundach nie poznać tego charakterystycznego stylu gry. Jego podejście do harmonii, aranżacji i melodii idealnie obrazuje, w jaki sposób pianista z Houston postrzega tworzenie muzyki. Wiecznie przenikające się gatunki, historie, środowiska i czasy, które ostatecznie mają swoje źródło
w jednym miejscu.

 

Częścią muzycznego drzewa genealogicznego, która najbardziej wpłynęła na Glaspera i w której sam niemało namieszał, jest oczywiście ta pochodząca z kultury Afroamerykańskiej. Jako syn wokalistki jazzowej, nierzadko bywał na występach matki, która zamiast zostawiać go pod czyjąś opieką, wolała zabrać go ze sobą na gig. W końcu sam Glasper sięgnął po instrument i pierwsze doświadczenia z muzyką zdobywał w kościele baptystycznym. Dynamiczny charakter i rozbudowana harmonia gospel oraz osłuchanie z jazzem miało zdecydowanie największy wpływ na wykreowanie niepodrabialnego brzmienia pianisty.

W późniejszych latach, po wyprowadzce na studia do Nowego Yorku, Glasper trafił w samo serce nabierającej coraz większego rozpędu kultury hip-hopowej, a bliska znajomość z Bilalem otworzyła okno na inny raczkujący nurt, czyli neo-soul. Zanim jednak Glasper odcisnął swoje piętno na wyżej wymienionych, zdążył nabrać doświadczenia jako sideman i bandlider projektów stricte jazzowych. Albumy, które wydał ze swoim trio, wypełnione są szybkimi post-bopowymi liniami dysonantowymi, lecz gładko prowadzonymi progresjami i eksperymentami brzmieniowymi, które już wtedy nawiązywały do otaczającego go środowiska muzycznego.

Rok 2009, wydanie albumu Double Booked. Płyta została podzielona na dwie części – pierwszą, zawierającą utwory grane przez dotychczasowe trio pianisty i drugą, wykonywaną w nowym składzie Robert Glasper Eksperiment. Nazwa nowego zespołu na dobre określiła to, co dalej działo się w karierze wydawniczej pianisty. Każdy następny album nosił znamiona eksperymentu, przenikania się gatunków i zatartych granic miedzy nimi. Kompozycje wykonywane przez nową grupę charakteryzowały śpiewne melodie, gościnne występy wokalistów i odniesienia do hip-hopowych produkcji, przywołanych samplami i wykorzystaniem repetytywnych motywów. Oczywiście wszystko okraszone jazzowym temperamentem.

Trzy lata później ukazała się płyta Black Radio, która wyraźnie zaznaczyła obecność pianisty w umysłach odbiorców muzyki „przystępnej”. Nazwa ta idealnie oddaje zawartość krążka, czyli eklektyczną mieszankę tak zwanej „Black Music”. Przez kompozycje prowadzą słuchaczy bum-bapowy rytm i mruczące linie basowe, na których swoje głosy przedstawili artyści związani ze sceną NY od początku lat 2000. Utwory z Black Radio na dobre wtłoczyły do Afroamerykańskiej muzyki eksperymentalnej wyjątkowe rozwiązania harmoniczne, wprowadzone przez Glaspera.

10 lat po premierze kultowego już albumu, ukazała się jego trzecia odsłona – Black Radio III. Płyta udowadnia to, co już dawno było wiadomo – Robert Glasper jest muzykiem, który nie zatrzymuje się w miejscu. Tworząc, czerpie inspiracje z przeszłości i tego, co aktualnie dzieje się na rynku muzycznym,. Wszystko po to, by stworzyć połączenie, które znów stanie się inspiracją dla artystów odnajdujących swoje miejsce w brzmieniu neo-soulu. To właśnie ta klasyfikacja – neo-soul, najtrafniej określa twórczość Glaspera. Gatunek, w którym od zawsze chodziło o zacieranie granic miedzy R&B, hip-hopem, jazzem, funkiem, a nawet rock and rollem. Na Black Radio III eksperymenty te dały w efekcie sterylne brzmienie nowoczesnych produkcji, bogate harmonie wokalne i powtarzalną formułę loopów, na której bazuje ogrom współczesnych wydań.

Wydaje się, że pominięcie 10 lat w historii twórczości artysty jest nieodpowiedzialne. Mam jednak nadzieję, że to zagranie zachęci was to przyjrzenia się temu, co działo się w czasie pozostawionej przeze mnie luki.

 

Bartłomiej Patla

Cécile McLorin Salvant

Wokalistka, którą trudno zbyć

Z pewnością niełatwo jest debiutować wokalistce jazzowej w Ameryce XXI wieku. W Ameryce ze wszystkimi tymi odlanymi z brązu szacownymi postaciami i ich wielkimi głosami w tradycji muzycznej, którą zmarginalizowano lub ośmieszono zbyt wiele razy. A jednak zjawiskowa Cécile McLorin Salvant z trampoliny pierwszej nagrody międzynarodowego konkursu Theloniousa Monka wskoczyła w objęcia oficyny Mack Avenue i oczarowała zarówno krytyków, jak i publikę.

Wydany w 2013 roku pełnowymiarowy amerykański debiut Salvant zatytułowany WomanChild, choć jest płytą jazzową w najbardziej konwencjonalnej z form (oto wokalistka i kwartet jazzowy prężą jazzowe muskuły), triumfuje dzięki dwóm szalenie istotnym szczegółom. Po pierwsze, dzięki nieoczywistemu doborowi materiału, w przeważającej mierze złożonego z coverów. Po drugie, z powodu czarującego głosu charyzmatycznej wokalistki, której nie da się zbyć określeniem „kolejna”.

 

Jeśli poszukujecie odpowiedzi na pytanie, jak w XXI wieku nagrać płytę jednocześnie na wskroś współczesną i czerpiącą pełnymi garściami z jazzowych tradycji, rozwiązaniem będzie trzecia płyta wokalistki, For One to Love. To płyta, która w twórczości artystki rozpoczęła pewien etap, z powodzeniem kontynuowany na kolejnych wydawnictwach. Salvant z godną pozazdroszczenia pewnością siebie miesza tu ze swoimi oryginalnymi kompozycjami standardy jazzowe i wodewilowe, nierzadko przyprawione rozkosznie lirycznym humorem. W tych meandrach towarzyszy jej niestrudzenie najbardziej klasyczne z klasycznych trio jazzowe. I w tym anturażu Cécile dziarsko pokazuje interpretacyjne pazurki oraz całe spektrum swojego imponującego głosu.

Cécile McLorin Salvant

Historia piosenki we współczesnym krajobrazie

Wydana w 2017 roku płyta Dreams and Daggers to potężna, niemal dwugodzinna dawka wysmakowanego wokalnego jazzu. Materiał zrealizowany został po części na żywo w Village Vanguard z zespołem jazzowym, a po części w studiu w towarzystwie kwartetu smyczkowego. To kolejny duży krok w karierze wciąż jeszcze walczącej o rozpoznawalność poza jazzowym światkiem wokalistki. Kolejna oryginalna mieszanka nieoczywistych standardów i własnych kompozycji, tym razem przełamana kilkoma dużymi tytułami na czele z You’re My Thrill i Mad About the Boy, które doczekały się setek różnych wykonań.

Salvant jednak nie idzie na łatwiznę. Swoimi dalekimi od prostolinijności interpretacjami, stara się wpleść te kamienie milowe jazzu we współczesny krajobraz. Na pytanie, jak to jest być czarnoskórą kobietą we współczesnej Ameryce, pomagają odpowiedzieć zawarte na Dreams and Daggers utwory.

 

Piąty album The Window to bodaj najzgrabniejsza kondensacja wyjątkowej idei wokalnej i repertuarowej w karierze artystki. To tutaj Salvant rozwinęła skrzydła w ramach, jak sama to określiła, osobowości eklektycznej kuratorki. Koncertowo-studyjny materiał złożony jest z fundamentów amerykańskiej myśli kompozytorskiej zebranych pod pojemnym szyldem piosenek o miłości. Mimo dużego rozstrzału gatunkowego, Salvant połączyła tradycję, pop, blues i soul w niezwykle koherentną całość. Jak to ma w zwyczaju, uczyniła dobrze znane utwory zupełnie nowymi i własnymi.

Pandemiczna plejlista Cécile McLorin Salvant

Pandemia zmieniła wszystko. Koncerty odwołano, muzyków pozostawiono samym sobie, dając im czas w najlepszym razie na kreatywną wytwórczość. Ten czas na zredefiniowanie swojej muzyki wykorzystała też Cécile McLorin Salvant. Artystka postanowiła odejść od klasycznej formuły wokalistyki jazzowej (głosu z akompaniamentem żywego zespołu) i pozwoliła sobie wybrzmieć zupełnie na nowo. Pragnęła, by najnowszy album Ghost Song oddawał to, jak sama słucha muzyki. Dlatego prędzej przypomina on różnorodną plejlistę ze wszystkim tym, co aktualnie jest jej bliskie, aniżeli zamknięty koncepcyjny krążek, którego często oczekujemy od artystów jako słuchacze.

Tegoroczną płytę Salvant zaczyna wysoko, od Wuthering Heights, Świętego Graala w dyskografii Kate Bush. Z początku dekonstruuje utwór wokalnie, by przy akompaniamencie basu i kosmicznego syntezatorowego riffu, złożyć go w całość i zwrócić zziębniętą Katarzynę okrutnemu Heathcliffowi. Wokalistka w zwyczajowy dla siebie sposób czyni dobrze znane motywy zupełnie nowymi. Odświeżone aranżacyjnie i interpretacyjnie, zmieniają się pod jej kuratelą w utwory nie do poznania.

 

Ekstraklasa wokalnego jazzu

Wokalny jazz w dobie trapu nie ma lekko. Od lat odgrzewa te same kotlety w coraz mniej wiarygodnych i charyzmatycznych wydaniach. Ella Fitzgerald, Billie Holliday, Sarah Vaughan — to dziś jednocześnie ekstraklasa i prehistoria. Współczesna piosenkarka Cécile McLorin Salvant na różnych etapach swojej edukacji muzycznej fascynowała się każdą z nich. Jednak kilkanaście lat później z sześcioma solowymi płytami na koncie i olbrzymim doświadczeniem koncertowym, interpretacyjnym i songwriterskim, sama coraz częściej bywa wymieniana w ramach tej samej międzypokoleniowej ekstraklasy.

Salvant, znana z pieczołowitego doboru nieoczywistego repertuaru, fascynuje się historią i tym, dlaczego rzeczy stały się takimi, jakimi są teraz. Zgłębianie jej porftolio jest jak przeglądanie wielkiej księgi przygód i niespodzianek. Prócz dobrze znanych, wyeksploatowanych utworów, znajdziemy u Salvant musical, kabaret, blues, soul czy popowe piosenki. Tylko ona potrafi połączyć Czarnoksiężnika z Krainy Oz z jazzem. Tylko ona potrafi ironicznie odświeżyć standard Wives and Lovers Hala Davida i Burta Bacharacha, który w stereotypowy sposób poucza żony, jak powinny wyglądać i się zachowywać, by nie stracić swoich mężów.

Cécile dziarsko pokazuje interpretacyjne pazurki i całe spektrum swojego imponującego głosu — bardziej nosowego niż zachrypniętego. To wszystko nadaje jej utworom nieco innego sznytu niż u Billie Holiday, ale mimo obaw samej Cécile, bynajmniej nie odbiera im autentyzmu. Otoczona bogatymi wpływami, tworzy niepowtarzalny, multigatunkowy śpiewnik, do którego zgłębiania serdecznie was zachęcamy.

 

Maja Danilenko i Kurtek Lewski