Archiwum

Negatyw

Co gdyby nie Negatyw? Pewnie jako jedenastolatek nie śpiewałbym w swoim pokoju refrenu Dziewczyny nie palcie marihuany, czy nie popadał w pierwsze, młodzieńcze nostalgie słuchając utworu Amsterdam. Gdybym wówczas rozumiał o czym naprawdę są słowa piosenki. Teraz już rozumiem, dojrzałem do nowej interpretacji. Negatyw Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Jestem przekonany, że w 2002 roku była to jedna z najczęściej odtwarzanych płyt muzyki alternatywnej, a studenci w tamtym czasie spędzali wieczory na koncertach Negatywu. W końcu zespół z debiutanckim albumem Paczatarez zagrał 52 koncerty w 75 dni. Było więc pewne, że prędzej czy później trafią do twojego miasta. Grupa nieustannie koncertowała, m.in. z zespołem Hey, towarzysząc im w trasie. Sama myśl o graniu tak wielu koncertów, w tak krótkim czasie, może przyprawić o dreszcze. Jednak nie w przypadku młodych chłopaków z Mysłowic. W rozmowie z frontmanem zespołu Mietall Waluś mówi:

My sami nie zastanawialiśmy się nad tym, kto i czego od nas oczekuje. Na scenie graliśmy najlepiej, jak potrafiliśmy i całkowicie się temu oddawaliśmy.

Przekraczając próg warszawskiego Słabe studio, w ciągu ostatniego miesiąca 2001 roku, Negatyw zagrał prawdziwą alternatywę i zarejestrował swój pierwszy krążek Paczatarez. Gdy tylko do informacji publicznej dotarła wiadomość, że zespół zadebiutuje na początku marca 2002 roku, przyszłe wydawnictwo zespołu zostało okrzyknięte najbardziej wyczekiwanym debiutem lat 2000. I wcale mnie to nie dziwi.

Słuchając singli Amsterdam, Lubię was czy wspomnianego już wyżej Dziewczyny nie palcie marihuany wiem, dlaczego ludzie tak bardzo czekali na ten album. Negatyw niesamowicie zaintrygował słuchaczy różnorodnością utworów. Otworzył płytę tytułowym Paczatarez, na którym możemy usłyszeć dźwięki saksofonu w wykonaniu Michała Fetlera, psychodeliczne gitary i totalny chaos, który nie przekreśla, a buduje spójność produkcji.

W Internecie znajdziemy poszczególne utwory z krążka Paczatarez. Niestety w słabej jakości, ale to dodaje im szczypty magii. Mimo wszystko zachęcam do posłuchania i sprawdzenia, jak się miała Polska alternatywa w 2002 roku. Chyba nie można lepiej zakończyć albumu. Rzutem na taśmę, w studio, Mietall Waluś spontanicznie stworzył piosenkę Myślałem, że. Ta, zarejestrowana jako ostatnia, została utworem zamykającym wydawnictwo w piękny, romantyczny sposób.

Na początku nie wiedziałem, jak mogę definiować Negatyw. Czy to podwórkowy zespół, który grał w garażu, nagrywając utwory do szuflady? Nie wiedziałem do momentu, w którym dokładnie nie przeanalizowałem materiałów sprzed 20 lat, nie zacząłem wertować prasy strona za stroną, wywiad za wywiadem. Dotarło do mnie, że mam do czynienia z zespołem, który nieźle namieszał w mediach i na rynku muzycznym we wczesnych latach 2000. Piszę ten artykuł i przyznaję się otwarcie – te poszukiwania były dla mnie frajdą i super przeżyciem. Zaspokoiłem swoją ciekawość i wzbogaciłem się o doświadczenie dziennikarskie oraz w bank informacji, którymi mogę się z wami podzielić. Musiałem spróbować nakreślić obraz zespołu Negatyw i już legendarnej płyty Paczatarez.

Do 2017 roku Negatyw wydał 5 albumów, następująco: Paczatarez (2002), Pamiętaj (2004), Manchester (2005), Virus (2010), Albinos (2014). W 2017 roku zespół ogłosił zakończenie działalności. Myślę, że śmiało mogę napisać: Negatyw został na alternatywnej ścieżce do samego końca! A co dalej? Czekamy na reedycję w ten piękny 20 jubileusz! Żeby dowiedzieć się więcej o Artyście Tygodnia, ustawcie odbiorniki na 91.6 FM!

Kamil Michniak

Dzień Kobiet

Przecierają szlaki, odkrywają, testują, mieszają style, bawią się gatunkiem. Śpiewają, rapują, piszą, produkują, zaskakują. Jedno jest pewne – bez kobiecego pierwiastka muzyka wiele mogłaby stracić. Na szczęście nie musimy się o to martwić. Już kolejny rok z rzędu, z okazji Dnia Kobiet, Redakcja Muzyczna Akademickiego Radia LUZ postanowiła wyróżnić sylwetki dziesięciu wyjątkowych artystek.

 

Przyznam, że wraz z odkryciem twórczości Anny von Hausswolff na nowo odkryłam wyjątkowość instrumentu, jakim są organy. Kiedyś kojarzyłam je tylko z kościelnym organistą, którego gra odciągała mnie od przysypiania na mszach, jak byłam dzieckiem. Dzisiaj to muzyka von Hausswolff działa na mnie ożywiająco i daje to poczucie obcowania z czymś potężnym i niewidzialnym. Bo mimo że jej kompozycje nie należą do liturgicznego repertuaru, dla wielu są duchowym, głęboko kontemplacyjnym przeżyciem.

Wydawnictwa von Hausswolff z jednej strony są mroczne, romantyczno-gotyckie, z drugiej przepełnione nadzieją i spokojem. Na wcześniejszych płytach obok organów pojawiają się syntezatory, perkusja, gitara czy niesamowity wokal szwedzkiej artystki. Natomiast jej ostatni album jest dowodem na to, że organy piszczałkowe mogą obronić się solo i to w najbardziej surowej formie. I dzieje się tak dzięki niezwykłej wyobraźni i rzemieślniczej pracy von Hausswolff.

Anna von Hausswolff pisze nowy rozdział historii muzyki organowej, zaraz obok Kali Malone, Ellen Arkbro czy Sary Davachi. Ich ekspresje dźwiękowe sprawiają, że organy stają się jednym z najciekawszych zjawisk w obrębie muzyki eksperymentalnej i rozrywkowej. Współczesny głos tego wielowiekowego instrumentu należy do kobiet.

Jagoda Olczyk

Zaryzykuję stwierdzenie, że ze świecą szukać dziś drugiej tak wyraźnej artystycznej reprezentacji, jaką zbudowała dla siebie Cate Le Bon.

Walijska piosenkarka, która wyrosła wprost z kultury niezależnej i uwielbienia dla songwritingu per se, dziś nie przypomina już jednak delikatnej, lekko speszonej indie-rockerki z czasów debiutanckiego krążka Me Oh My. Dziś bliżej jej do ulotnego, art-popowego zjawiska. Przy tym dobitnie bezwstydnego — w dobrym tego słowa znaczeniu, bo Cate zdaje się mieć daleko w nosie jakiekolwiek mainstreamowe konwenanse i romansuje z tym, co jej akurat pasuje.

Co aktualnie uwodzi artystkę? Linie basowe, syntezatory i new-wave’owe pomruki przypominające nocne sny berlińskiego Bowiego, czy późniejszych Talking Heads. To, co zaczęło się jeszcze przy albumie Crab Day (muzyczny bauhaus), wyewoluowało w mój ulubiony krążek Reward i jego mocniejszą wersję — tegoroczny Pompeii.

Cate się zmienia, ale upór, z jakim toruje drogę kolejnym nienormatywnym i wyjątkowym artystkom, nabiera tylko większego impetu.

Michał Rypel

„Teraz gdy wiemy jak pisać i czytać we własnych językach, podzielimy się nimi ze światem i zostaniemy uznani” – śpiewa w jednym z utworów pierwsza dama muzyki z wysokich Andów — Luzmila Carpio.

Twórczość urodzonej w Boliwii, wywodzącej się z ludu Quechua artystki, to muzyczne dziedzictwo kultury oporu. Gdy piosenkarka zaczynała śpiewać jeszcze w latach 60., musiała to robić po hiszpańsku, bo opinia publiczna, zdaniem decydentów, nie była gotowa na Quechua. W latach 80. kulturą Quechua zainteresowała się Europa i Carpio wkrótce zajęła centralną rolę w kampanii UNICEF-u poprzez piosenki popularyzujące naukę czytania i pisania wśród wiejskich kobiet Quechua.

W bibliotekach i centrach edukacyjnych uczono wówczas pisać i czytać m.in. na podstawie zarejestrowanych nagrań Carpio. Podkreślały one dumę z własnej kultury i akcentowały należny każdemu człowiekowi szacunek. Dopiero we wrześniu 2000 roku Quechua i 33 inne rdzenne języki Boliwii zostały usankcjonowane jako oficjalne przez tamtejszy rząd.

Muzyka Carpio to jednak nie tylko walka o uznanie swojego ludu i języka, ale także niesamowicie barwnie zaaranżowane i kunsztownie wykonane kompozycje w duchu tradycyjnych stylów huayno i harawi. Dla nas, Europejczyków, jej muzyka odkrywa rąbek zupełnie innego kulturowego świata, którego istnienia często w ogóle nie przypuszczaliśmy.

Kurtek

Zaskakujące jak bardzo Lauryn Hill wrosła w tkankę amerykańskiego rapu, wydając wprawdzie tylko jeden solowy album (nie licząc MTV Unplugged No. 2.0). Płyta ta uchodzi za kultowe wydawnictwo, które stanowi podstawę dla rozpoczynających studiowanie tego gatunku muzycznego. Początki w The Fugees zdecydowanie miały wpływ na sukces Lauryn, a odwracając perspektywę, trudno sobie wyobrazić, żeby ta grupa zaszła daleko bez jej wokalu.

Lauryn Hill przetarła szlaki dla wielu obecnych raperek i wokalistek, inspirowała całe grupy artystów. Jest pionierką w gatunku conscious hip-hop, który stawia na głębokie i przemyślane treści bardziej niż na porywający bit. Poza tym wprowadziła dużo melodyjności do świata rapu, który wydawał się nie być odpowiednim miejscem na takie eksperymenty.

Dzisiaj wszyscy doceniamy ją za wkład muzyczny i wprowadzenie do ulicznego świata rapu rozmiękczającą mieszankę hip-hopu, R&B oraz neo-soulu.

Karolina Krempeć

Matana Roberts niczym Święta z „Wielkiego Piękna” przypomina, że „korzenie są ważne”. To one są tym, co napędza artystkę w jej twórczości. Przez pokolenia w jej rodzinie pielęgnowana była pamięć o historii. W swoich utworach przemawia głosem babci, cytuje historie zasłyszane w rodzinnym domu, oddaje hołd przodkom i nie stroni od komentarzy dotyczących polityki.

Bogata narracja przeplata się z improwizowanym jazzem, który jest muzycznym odzwierciedleniem numerów, dat i współrzędnych zawartych w kronikach. Swoją drogę muzyczną odnalazła dzięki chicagowskiemu stowarzyszeniu AACM, od którego nauczyła się punkowego podejścia do jazzu. Na pięciolinii tworzy kolaże i nie ma w tym niczego dziwnego, bo dokładnie w ten sam sposób brzmi jej muzyka: energiczny saksofon, zwrotne partie instrumentalne i głos, w którym słychać cały wachlarz emocji.

Matana Roberts od 2005 roku pracuje nad kompozycją Coin Coin, która docelowo ma składać się z dwunastu rozdziałów. Do tej pory ukazały się 4 albumy: Gens de couleur libres, Mississippi Moonchile, River Run Thee i Memphis, w których artystka opowiada o historii czarnoskórych, kobiecości i amerykańskiej tożsamości. Saksofonistka, klarnecistka, kompozytorka i poetka — nie bez powodu imię Matana w języku hebrajskim oznacza „dar”.

Paulina Płaneta

Xenia França, jedna z naszych artystek tygodnia w Radiu LUZ pochodzi z miejsca, które jest sercem kultury afro brazylijskiej, czyli stanu Bahia. Xenia jest współczesnym głosem kobiet w Brazylii, a jej twórczość to wypadkowa wszystkiego, co należy do kultury czarnej — amerykański jazz i soul, brazylijskie candombe, santeria kubańska, samba czy r&b.

Utwory Xeni często mają antyrasistowski i feministyczny przekaz i mają podkreślić systemową dyskryminację społeczności afro brazylijskiej w jej kraju. Tym samym Xenia França nadaje swojej twórczości cel, którym jest zwrócenie uwagi na wpływ afrykańskich przodków na obecny kształt kultury Brazylii. Jak sama mówi: “śpiew to instrument demonstrujący siłę”. W muzyce Xeni czuć tę przyciągającą siłę, która jednoczy i pozwala się utożsamić wszystkim Afrobrazylijkom.

Zuzanna Pajorska

Harriet Wheeler posiada najpiękniejszy głos wszechczasów. Przesadzona teza? Zapytacie, a co z Arethą Franklin, co z Elisabeth Fraser, co z Whitney Houston? Wszyscy je podziwiamy, kochamy, ale to, co zrobi z głosem wokalistka The Sundays, jest magiczne, odrealnione i trudne do zaszufladkowania.

Wszystko zaczyna się od plastycznej barwy głosu — matowej w dołach, delikatnej i dziewczęcej w wysokich rejestrach. Firmowymi zagraniami Harriet są krzykliwe strzały z mocą, o którą przed chwilą jej nie podejrzewaliśmy, już nie mówiąc o przejściach z piano do forte. Intonacyjnie perfekcyjna, biorąca najtrudniejsze interwały z wielką lekkością, jakby od niechcenia, frazując czasem niczym Joni Mitchell albo Morrissey. Ale najbardziej niezwykłe jest to, w jaki sposób jej głos gnie we wszystkie strony, ciągle dostosowując barwę, dynamikę, intonację, aby uzyskać najlepszy przekaz, nigdy pod publiczkę. Harriet Wheeler posiada najpiękniejszy głos wszechczasów i wcale to nie jest przesada.

Krzysztof Ciach

Stwierdzić, że Missy Elliot miała wpływ na kobiecy rap i amerykański rap w ogóle, to jak nic nie stwierdzić. Elliot od początku miała wizję na siebie. I jej połączenie z umiejętnościami producenckimi Timbalanda poskutkowało płytą Supa Dupa Fly z 1997 roku, która podbiła głośniki i zestawienia hitów w latach 2000. Poza muzyką, Elliot odbiegała znacząco od stereotypowej piosenkarki i raperki wprowadzając autorskie stylizacje zarówno do występów scenicznych, jak i teledysków. Nic więc dziwnego, że stała się wzorem dla całej masy współczesnych raperek i trendsetterek.

Missy ugruntowała pozycję kobiet w rapie, pokazując, że nie jest to miejsce tylko dla mężczyzn. Jej innowacyjność, pozytywność oraz najważniejsze – szczerość w tworzeniu muzyki, do dzisiaj wyróżniają się na tle kobiecego rapu w USA.

Marcin Masło

Ewa Sadowska ma własny plan i realizuje go, nie patrząc na trendy. Od lat skutecznie unika zaszufladkowania, a poszczególne utwory, które nam udostępnia, są jak skarpetki z różnych par, które mimo odmiennych splotów, pasują.

Kiedyś związana z projektem Sorja Morja, dzisiaj jedna z kluczowych postaci Polonii Disco. To nie zespół, a prędzej niesamowity i chyba niemożliwy do opisania twór zrzeszający entuzjastów muzyki inspirowanej disco polo. I może entuzjastka to najlepsze określenie dla artystki, która każdego dnia stara się nie zepsuć sobie muzyki? Co znaczy zepsuć muzykę? Uczynić ją obowiązkiem, który przestaje cieszyć. A Ewa Sad postanowiła dźwiękiem bawić się zawsze. Tę niezniewoloną twórczość coraz częściej słyszymy w solowym wydaniu.

Artystka kreuje swój własny świat specyficznego pop-rapu, gdzie w krótkich melorecytacjach zawiera wszystkie emocje. Jednak pozbawione zbędnych głosek teksty to nie wszystko. Potrzebna jest jeszcze determinacja, aby tworzyć w zgodzie z samym sobą. Papiery może nie są potrzebne, chociaż Ewa Sadowska jest profesjonalną artystką. W trakcie studiów to projekt muzyczny, w który podstępem zaangażowała rodziców, pozwolił zaliczyć jej zajęcia z rysunku. Dzisiaj my zaliczamy ją do grona Artystek Tygodnia w Radiu LUZ.

Aleksandra Zajdel

DZIARMA – w zasadzie Agata Dziarmagowska, polska wokalistka i autorka tekstów. Pierwszy raz pokazała się szerszej publiczności w ramach jednego z telewizyjnych konkursów wokalnych, zwanym potocznie „talent-show”. Do epizodu, o którym mowa, doszło w 2012 roku, ale jak przyznaje sama artystka, nie należał do najbardziej udanych w jej karierze. Polka swoim występem nie przekonała jury, ale po kilku latach udowodniła coś, o czym powinniśmy bardzo dobrze wiedzieć – tego rodzaju programy nie mają prawa bytu w przemyśle muzycznym. No, może poza paroma wyjątkami.

Za początek jej kariery możemy uznać rok 2018. To właśnie wtedy Adi Nowak w jednym ze swoich Singli pokazał nam wszystkim „nową” Dziarmę. Zobaczyliśmy Agatę, która bez kompleksów wchodzi z butami w polskie środowisko hip-hopowe i na dobre się w nim zadomawia. Rok później, po kilku „gościnkach”, możemy zobaczyć jej debiutancki krążek na sklepowych półkach.

Artystka aktywnie działa na rzecz praw kobiet, a na jej ostatniej płycie z 2021 roku nieraz usłyszymy jak porusza temat mniejszości artystek w branży muzycznej. Jak sama przyznaje – „nie ma wątpliwości: kobiety zdominują branżę”. W ostatnim okresie ciężko się z nią nie zgodzić i dobrze! Antena Radia LUZ nigdy nie stroniła od jakościowej muzyki świetnych artystek.

Jakub Dworzecki

ARTYŚCI DLA POKOJU RADIA LUZ

Trwa zbrojny atak Rosji na Ukrainę. Godzi on w bezpieczeństwo, tożsamość narodową i podstawowe prawa naszych przyjaciół ze wschodu. Obywatele Ukrainy to dla nas przyjaciele, współpracownicy, koledzy studenci i współmieszkańcy Wrocławia. W geście solidarności redakcja Radia LUZ prezentuje cykl Artyści dla Pokoju, mówiący o wolności głosem niezwykłych piosenkarek i piosenkarzy. Do usłyszenia codziennie na 91.6 FM.

 

WOODY GUTHRIE

 

W dobie chaosu i niepewności towarzyszących wojnie w Ukrainie nie wszystkim łatwo znaleźć drogę do prawdy. Patronem właśnie tych zagubionych w gąszczu fake newsów i propagandy jest z pewnością Woody Guthrie.

Artysta emblematyczny dla Ameryki czasów drugiej wojny światowej. Bard, pocieszający uciśnionych i spychanych na margines. Zaciekły przeciwnik totalitaryzmu – najpierw Nazistowskiego, a później także Sowieckiego. Swoją gitarę mianował bronią przeciwko okupantom, co tylko pokazywało, jak głęboko wierzył w misję artystów i pieśniarzy.

W końcu muzyka ludowa to opowiadanie historii. A Woody opowiadał szczerze i bez ogródek. O niesprawiedliwości, chciwości i cierpieniu, dając nadzieję na lepszy czas.

Michał Rypel

BOB DYLAN

 

Times They are-a-Changin.

Blowing In the Wind

Chimes of Freedom…

… i można tak długo wymieniać.

Wśród piosenkarzy i poetów, którzy otwarcie i z zapałem potępiali konflikty zbrojne i polityczne najazdy, na czele z pewnością znajdziemy Boba Dylana. Wychowanek powojennych stanów zjednoczonych i niezwykłe dziecko rewolucji kulturowej nie mogło inaczej.

Folkowy Dylan to Dylan na krawędzi. Bardziej, niż ten zbuntowany chłopak z gitarą elektryczną wygwizdany przez publikę. Bardziej, niż dojrzały gwiazdor rocka, czy zgorzkniały, emerytowany Noblista. Akustycznie Bob trafiał w sedno, burząc mitologię imperatorów, ściągając na ziemię oligarchów i tyranię. Dziś, słuchając jego wczesnych nagrań, ta energia powraca.

Michał Rypel

MOBY

 

Słuchając muzyki Moby’ego zawsze wyobrażam sobie te rysunkowe postaci z jego teledysków. Małe ludziki zwracające uwagę na wielkie problemy, z którymi mierzymy się wszyscy. Samotność, zabierające naszą całą uwagę nowe technologie, wojna. Jako odbiorcy twórczości Moby’ego od wielu lat słuchamy nasyconych wrażliwością utworów, ale też poznajemy jego społeczno-polityczne poglądy i to naprawdę z bliska – artysta prowadzi dziennik internetowy, w którym zapisuje swoje zachwyty i obawy na temat otaczającego świata. Pisze o tak potrzebnych sojuszach i wzajemnej pomocy w obliczu wojny. Śpiewa o prawach zwierząt, o tolerancji i pokoju.

,,Systemy, które ludzie stworzyli, by jeść, mieszkać i być bezpieczni, zawodzą. Pozwólmy im upaść, a będziemy wolni’’ – stanowczo i z nadzieją mówi Moby.

Jagoda Olczyk

IC3PEAK

 

Nastya Kreslina i Nick Kostylev tworzą mroczny pop połączony z ciężkimi bitami i niezwykle charakterystycznym wokalem. Proponują muzykę pełną kontrastów – słowiański, baśniowy klimat zderza się z atmosferą szokującego horroru, chwytliwe melodie z nieznośnym hałasem, zaś porcelanowy głos wokalistki z zaangażowanymi tekstami.

Fakt, że duet pochodzi z Rosji, nadaje ich muzyce jeszcze bardziej antyimperialistycznego wydźwięku. Icepeak lub, jak kto woli, ICE-TRI-PIK, są w swoim buncie wyjątkowo przekonujacy. Artyści lubią antykremlowskie przesłania i krytykę obecnie rządzącej władzy. Niestety, nieraz spotkały ich za to represje. W czasie trasy koncertowej występy Icepeak odwołano sześć razy, a właścicieli klubów zmuszano, by nie udostępniali im sceny. W Nowosybirsku w 2018 r. zakuto ich w kajdanki i zabrano paszporty.

Te represje nie są wyjątkiem – wielu młodych muzyków, którzy szydzą z władzy lub są ulubieńcami tych, którzy się przeciwko niej buntują, znajduje się na czarnej liście Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Finalnie, w Rosji obowiązuje zakaz muzyki Ic3peak. Obecnie muzycy nadal tworzą, a o tym, co myślą i czują mówią wprost, nawet, jeśli wymaga to krytyki  wobec systemów lub wysoko postawionych person.

Zuzanna Pawlak

ALBERT AYLER

 

Albert Ayler był idealistą. Chciał nagrać muzykę, która przyniosłaby na świat pokój, chciał zmienić świat za pomocą saksofonu. Nie udało mu się. Jazzowa publiczność uznała Love Cry za sprzedanie się, hipisowska młodzież nie była zainteresowana jazzem. Jeden z twórców free jazzu, przyjaciel Ornette’a Colemana, muzyczny rewolucjonista – tym wszystkim Ayler był w latach 60. O jego pozycji niech świadczy, że występował na pogrzebie Johna Coltrane’a. Jednak w 1968 artysta chciał zrobić krok do przodu, dać się pokazać światu, być prorokiem nowych, pełnych miłości czasów. Nigdy mu się to jednak nie udało, co przepłacił załamaniem nerwowym.

Świat byłby lepszym miejscem gdyby wśród nas było więcej wrażliwych idealistów jak Albert Ayler. Pomimo tragiczności jego postaci, można odnaleźć w jego miłosnym krzyku dla świata prawdziwe piękno.

Maciej Tomasiewicz

NEUTRAL MILK HOTEL

 

Neutral Milk Hotel nie serwuje nam wystrzałów, werbli, eksplozji i trąb. Nie serwuje nam też sugestywnych wizji pobojowisk i okopów. Nie muszą tego robić, nigdy nie musieli. Bo In the Aeroplane Over The Sea to płyta poświęcona Annie Frank, uosobieniu okropieństwa II Wojny Światowej i ofiara wolnych, jakich każdy konflikt zbrojny tworzy wiele; przytłaczająca suma ludzkich tragedii, cierpienia.

To właśnie za indie rockową fasadą, folkowym, brudnym brzmieniem i marzycielską poetyką kryje się dodatkowa siła tej płyty. Za tekstami lidera zespołu, Jeffa Manguma, który plecie lekko mglistą wizję młodzieńczych przeżyć i niepokojów oraz refleksji na temat kruchości ludzkiego życia.

In the Aeroplane Over The Sea to płyta wyjątkowa z wielu względów, ale dziś przede wszystkim jawi się nam jako protest przeciwko wojnie.

Maciej Tomasiewicz

BEDOUINE

 

Azniv Korkejian, znana jako Bedouine, w swojej twórczości nawiązuje wprost do kultury protest-songów lat 60. XX wieku. Jest elokwentna, stanowcza, a przy tym poetycka. Posługuje się metaforami zwinnie objaśniającymi złożone emocje. A tych nie brak w jej życiu doświadczonym wojną, a w jej efekcie także uchodźstwem.

Bedouine urodziła się w Syrii, państwie targanym konfliktem zbrojnym, polityczną przemocą i terroryzmem. Po ucieczce z ojczyzny artystka pierwszy raz zetknęła się z inną perspektywą – spojrzeniem z zewnątrz.  Dystans ten rósł razem z każdą  kolejną zmianą miejsca pobytu, aż do osiedlenia się w Teksasie. Dopiero tam Azniv mogła rozwinąć skrzydła, oddając się pracy jako edytorka muzyczna przy projektach filmowych, ale także w ramach własnego, solowego projektu artystycznego.

Bedouine niejednokrotnie śpiewa dziś o wojnie, także w ojczystym języku. Opowiada o losie Syryjczyków, czy Ormian. Porządkuje te doświadczenia, rozliczając się z rzeczywistością na swój własny, pełen troski sposób.

Michał Rypel

SYSTEM OF A DOWN

 

Pod powłoką agresywnego, metalowego brzmienia napędzanego dzikimi zmianami rytmicznymi i dziwnym metrum wymieszanym z wpływami Ormiańskiej muzyki ludowej, kryje się główny motor napędowy muzyki System of a Down. Wykrzyczana w gniewie krytyka niesprawnej polityki antynarkotykowej i zapędów militarnych wielkich mocarstw, wypełnia po brzegi dyskografię kalifornijskiego składu.

Autorzy tekstów – Serj Tankian i Daron Malakian, wychowali się na tle historii o Ludobójstwie Ormian, co wykształciło w nich silną pacyfistyczną postawę. Zespół przez cały okres swojej działalności otwarcie mówił o tym, jak ważny w ich muzyce jest aktywizm społeczny, z naciskiem na pomoc prześladowanym społecznościom.

W utworze B.Y.O.B. – Bring Your Own Bombs, wybrzmiewają bardzo dosadne słowa:

Why don’t presidents fight the war?

Why do they always send the poor?

Bartłomiej Patla

KINO

 

Ponoć wojna nigdy się nie zmienia: starzy ludzie ją zaczynają, lecz walczyć muszą młodzi. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że wszystkie te mądre, posągowe słowa mówią o czasach dawno minionych. Wojna jednak znów przyszła, znów jest u naszych bram, znów giną rówieśnicy nasi i naszych rodziców, a my znów protestujemy przeciwko autorytarnym zapędom starzejących się satrapów.

Medialny charakter rosyjskiej inwazji, w której zdjęcia spalonych wozów z zetką czy V-ką na burtach błyskawicznie trafiają na Twittera, sprawia, że ten konflikt prezentuje się jeszcze bardziej przerażająco. W końcu krajobraz Ukrainy niewiele różni się od polskiego. Tym trudniej komentować to, co zmienia się tak szybko: informacje z dzisiaj jutro być może będą już bez znaczenia. Oddajmy więc głos – owszem, nieco przekornie – niezależnej opozycji z kraju agresowa. Wiktor Coj i grupa Kino w legendarnej Spokojnej noczi chyba najlepiej opisała prywatny horror ludzi zaplątanych w rozgrywki możnych tego świata. Herojam sława.

Sebastian Rogalski

NADIA TEHRAN

 

Choć muzyka Nadii Tehran nie należy do najprostszych, niesie pewnego rodzaju ukojenie. Szwedzka wokalistka, córka emigrantów z Iranu nie boi się śpiewać o okropieństwie wojny i trudach z nią związanych.

Industrialowe, często surowe brzmienie doskonale łączy się z przesiąkniętymi emocjami tekstami, które czasem rapowane, czasem śpiewane idealnie wpasowują się w klimat jej muzyki. Zarówno w Life is cheap death is Free, jak i w Dozakh słychać zdecydowany bunt przeciwko wojnie i niesprawiedliwościach społecznych. Od wydania debiutu w 2016 roku przesłanie Nadii jest dalej aktualne, miejmy nadzieję że ta aktualność jak najszybciej odejdzie w cień na rzecz pokoju w Europie i na świecie.

Marcin Masło

Little Simz

W branży muzycznej obecna jest od 2010 roku. Kto miał styczność z jej twórczością od samego początku jej działalności, odrazu wiedział, że ma do czynienia z artystką, która zajdzie daleko. Z każdym albumem i nową współpracą rosła w siłę, aby w 2021 roku jej gwiazda mogła rozbłysnąć jeszcze jaśniej niż kiedykolwiek. Mowa oczywiście o londyńskiej raperce Little Simz.

 

Mam wrażenie, że okres pandemiczny dla zagranicznego rapu, czy R&B nie był zbytnio pobłażliwy. Przez ostatnie dwa lata nie potrafiłam porządnie zachwycić się żadnym wydanym w tym czasie albumem. I tak jak 2020 rok był kompletnym okresem ogórkowym, tak w 2021 roku pojawiło się całkiem sporo, mogłoby się wydawać, smacznych kąsków.

Dostaliśmy choćby poprawny album od J. Cole’a, latem Tyler, the Creator wciągnął nas w kolorowy, niczym u samego Wesa Andersona, świat Call Me If You Get Lost, który zgrabnie podciągnął pod promocję swoich innych biznesowych poczynań, niekoniecznie związanych z muzyką. Na przełomie sierpnia i września przekrzykiwaliśmy się czy lepsza (lub gorsza) jest Donda, czy może jednak Certified Lover Boy.

W między czasie Little Simz podsycała zainteresowanie wokół swojego nadchodzącego albumu. Już wiosną do sieci trafił pierwszy teledysk do utworu Introvert, który jest dość dramatyczny w wyrazie. Zbliżenia na dzieła sztuki, architektoniczne zabytki przeplatane są z ujęciami ulicznych zamieszek w towarzystwie policji. Wydaje się, jakby artystka w ten sposób zapraszała nas do swojej wyobraźni, w której mieszają się doświadczenia dorastania w nieciekawej dzielnicy północnego Londynu, uświadamianie swojego pochodzenia etnicznego oraz nieodparta chęć dzielenia się ze światem swoją kreatywnością. Ta mieszanka stanowi tożsamość Little Simz.

Miesiąc później dostajemy kolejny klip do utworu Woman, które jest zupełnie inny od swojego poprzednika. Woman to grooviący kawałek, dodający pewności siebie hołd w stronę czarnych kobiet, tak jak choćby we fragmencie:

He was gettin’ bitter while she was gettin’ better
Diamonds are forever
Miss Sierra Leone, lookin’ like a gem

A wszystko to dostajemy w towarzystwie idealnie skrojonych garniturów i garsonek, ekskluzywnej biżuterii i srebrnej zastawy stołowej. Dodatkowo w refrenie możemy usłyszeć Cleo Sol, z którą Simz zaliczyła udaną współpracę przy okazji kawałka Selfish. Mnie to kupiło i zupełnie wystarczyło, abym wyczekiwała wrześniowej premiery z wypiekami, niczym za małolata, gdy wychodziły najnowsze kawałki Missy Elliott. I mimo że Panie lawirują na skrajnie różnych krawędziach hip-hopu, nie mniej ich twórczość może wywoływać podobne emocje.

Album Sometimes I Might Be Introvert to nie jest przykład surowego stylu, do którego przyzwyczaiła nas Simz. Ten fakt nie powinien dziwić, ponieważ tworzono go w słynnym Abbey Road Studios, gdzie raperka miała dostęp do najlepszych muzyków, całej orkiestry i specjalistów od tworzenia hitów. Jak artystka sama wspomina, często bardzo ją to przytłaczało i chętnie chowała się w swój bezpieczny kąt, by móc w spokoju pisać kolejne linijki tekstów. W zaprezentowanym przez nią materiale czuć ogromny progres, w porównaniu z jej debiutanckim mixtapem z 2010 roku, a nawet z ostatnią płytą Gray Area.

Sometimes I Might Be Introvert to płyta dopracowana w każdym calu, oryginalna, skłaniająca do myślenia i przede wszystkim – bardzo dobra muzycznie. Kto jeszcze nie miał okazji sprawdzić, niech koniecznie nadrobi tę pozycję, może wyciągnie Was z tego post-pandemicznego marazmu.

przygotowała Karolina Krempeć

Unbalance

Muzyka techniczna od zawsze prezentuje pewne spektrum kontrastów, których doświadczanie skłania do dalszych eksploracji i poszerzania naszych horyzontów. Człowiek i maszyna, emocje i techniczna precyzja – to pozornie odległe od siebie terminy, lecz jak przyjrzeć im się bliżej, dostrzec można wiele wspólnego. Taką wizję kreowania dźwięku w swoich produkcjach przedstawia Aleksandr Matlakhov — Unbalance.

 

Od 2008 roku niestrudzenie poszukiwał tego, co odświeży postrzeganie surowszych tekstur w muzyce techno – pozornie monotonnego gatunku, zdawać by się mogło niemal w pełni wykorzystanego w formach aranżacji czy techniki. Artyście kilka lat zajęło stworzenie własnego, niepowtarzalnego i pewnego stylu, czego przykładem jest utwór Advent.

Unbalance w swoich utworach w pełni oddaje się klasycznym brzmieniom, które perfekcyjnie wplata w kanony nowoczesnej fali, idąc w rytm futurystycznego stylu. Kontrasty, jakie mocno stara się zaznaczać, tworzą symbiozę industrialnych motywów i silnych emocji.

Tworzenie oraz wydawanie w tej samej wytwórni płytowej dało artyście mnóstwo przestrzeni do realizacji swoich pomysłów. To świeże brzmienie czyni muzykę Unbalance’a rozpoznawalną i na stałe zapisało się w charakterze jego kompozycji.

Aleksandr Matlakhov to nie tylko niestrudzony producent szeroko pojętej muzyki techno, ale także właściciel projektów i wytwórni Unbalance (2), Rebalance oraz Overbalance, do których zaprasza najbardziej nietuzinkowych artystów ze świata muzyki elektronicznej. I co najważniejsze, stale rozwija swoje umiejętności, by nieprzerwanie zaskakiwać szerokie grono swoich fanów.

przygotowała Natalia Fall

Mitski

Najsmutniejsza dziewczyna powraca. Po kilku latach nieobecności w mediach społecznościowych, mimowolnie stała się gwiazdą TikToka. Singiel z poprzedniego albumu podbił tę platformę i z końcem 2021 wszyscy uciekaliśmy od rzeczywistości w rytm Nobody. Ponownie w wirtualnym świecie, Mitski Artystką Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Potrzebowałam chwili z nowym albumem Mitski i wiem, że jeszcze kilka chwil z nim spędzę, ponieważ piątkowa (04.02) premiera nadal silnie we mnie rezonuje, a błona bębenkowa nie przestaje przenosić drgań. Po paru latach ciszy artystka wróciła z wydawnictwem Laurel Hell, który zdaje się brzmieć znajomo. Jednak coś niewątpliwie uległo zmianie. Oszczędne nagrania z przesterowanymi, krzyczącymi gitarami zostały zastąpione przez prawie popowe i prawie disco aranżacje. Prawie, bo to Mitski, ta, która w wywiadach podaje, że sad girl is over. Choć wcześniej nie wiedzieliśmy wiele o jej życiu prywatnym, teraz znamy ją jeszcze mniej, tak bardzo odmienne brzmienie prezentuje. Otwierająca album eteryczna ballada Valentine, Texas, rodem wyjęta z twórczości Wima Wendersa, wprowadza nas na scenę, a może na plan? Bo szósty krążek Mitski na pewno obroniłby się jako ścieżka dźwiękowa, tylko nie jestem pewna, czy filmu noir, czy czarnej komedii.

Wydanie Laurel Hell było tylko kwestią czasu. W końcu Mitski traktuje muzykę jak najlepszą przyjaciółkę, a przyjaźń nie lubi długich rozstań. To relacja, która czasami bywa wyczerpująca, ale bez której nie można żyć. Tworzenie jest dla artystki sposobem na mówienie o rzeczach trudnych i ważnych – o sytuacjach bez rozwiązania, o tym, co ją napędza i równocześnie ją niszczy. Słowa są najważniejsze w muzyce Mitski, dlatego jej kolejne albumy czytamy jak tomiki poezji.

Zdarza się, że tekst, który napisze, do niej nie pasuje. W tych chwilach, gdy czuje, że wykonanie go zgodnie z własnymi oczekiwaniami jest niemożliwe, podejmuje współprace z innymi twórcami, by jej myśli odpowiednio wybrzmiały. Mitski oddaje nam swoje piosenki, one nie są dla niej. Może to jest przyczyną jej fenomenu? Za każdym razem słuchając jej utworów, to my stajemy na scenie, to z naszych ust wydobywają się dźwięki.

Razem z Mitski zejdźmy w ciemność rozświetloną stroboskopem, Laurel Hell.

Aleksandra Zajdel

Bonobo

Gdybym miał wskazać artystę, który byłby przykładem idealnej ewolucji brzmienia przez okres swojej kariery, jednym z najmocniejszych pretendentów byłby właśnie Bonobo. Od wydania Animal Magic minęło już ponad 20 lat. I pomimo przejścia w bardziej syntetyczną stronę, Simon Green z każdym kolejnym wydawnictwem udowodnia, że muzyka elektroniczna nie musi ustępować organicznością całkowicie akustycznie nagranemu materiałowi.

 

Kiedy Corgi skrzyżuje się z inną rasą psów, powstaje Corgi w przebraniu. Natomiast ważne pytanie, które trzeba sobie zadać, brzmi: jeśli będzie to krzyżówka Corgi z np. Husky, którą z ras rozpoznamy w nim jako pierwszą? Możecie zapytać, co mają wspólnego te słodkie psy pasterskie z lubieżnymi szympansami bonobo? W sumie to pewnie niewiele. Natomiast jeśli mówimy o brytyjskim producencie Simonie Greenie, to pomijając jego wyspiarskie pochodzenie, ta analogia perfekcyjnie przedstawia moje odczucia po przesłuchaniu najnowszego wydania Fragments.

Dla twórczości Bonobo od początku głównym motorem napędowym były sample. Proces bawienia się tą techniką przebiegał u niego od cięcia nagrań i tworzenia pętli na wzór produkcji hip-hopowych, przez pierwsze próby samodzielnego dogrywania instrumentów do samplowanej bazy, do wprowadzenia syntezatorów i wymyślnej obróbki próbek w programach do tworzenia muzyki. Dopiero na krążku Fragments odczułem, że szala przechyliła się na stronę tej powoli rozwijanej elektroniczności brzmienia. Syntezatory modularne przerwały twórczą blokadę Bonobo, stając się motorem napędowym jego kreatywności.

Green przed pandemią tworzył głównie w trasie, a inspiracje znajdował, jak sam wspomina, najczęściej wtedy, kiedy powinien był robić co innego. W momencie, w którym możliwości koncertowania ograniczyła pandemia, muzyk został pozbawiony swojego głównego źródła inspiracji. Dlaczego to właśnie modularne systemy okazały się dla niego ratunkiem? Otóż generowane losowo sekwencje wyprowadzają doświadczonych instrumentalistów poza standardowe myślenie. Losowość melodii i rytmów wymaga wyjścia poza wyuczone progresje akordów i schematyczne budowanie melodii.

Paradoksalnie praca z modularami stała się dla Bonobo nowym samplingiem. Kiedy wcześniej czerpał z odegranych na nagraniach partii instrumentalnych, tak teraz korzysta z partii wytworzonych przez elektronikę.

Niemniej jednak Bonobo ponownie udało się wykreować krajobraz dźwiękowy przenoszący do tych samych zalesionych okolić jezior w Lake District, które widzimy na okładce Black Sands z 2010 roku. Organiczna tożsamość twórczości Greena nie została zachwiania nawet na chwilę. Zwiększone bazowanie na elektronice balansują przyciągająca uwagę sekcja smyczkowa, rozmaite organiczne dźwięki oraz typowe dla muzyki Brytyjczyka, wciągające warstwy perkusyjne inspirowane world music. Zwieńczeniem tych połączeń są wyśmienici wokaliści, którzy pojawiają się na aż sześciu z trzynastu kawałków.

Odpowiadając ostatecznie na pieskowe pytanie filozoficzne – na te krótkie łapki nie da się nie zwrócić uwagi i w pierwszej kolejności nie rozpoznać genów Welsh Corgi.

 

Bartłomiej Patla

Soko

Stéphanie Sokolinski, a tak właściwie Soko, to śpiewająca po angielsku i mieszkająca w Stanach francuska wokalistka, songwriterka i aktorka. Zagubiona w świecie i w sobie, opowiadająca o alienacji i akceptacji, o nielubieniu siebie i lubieniu innych. Brzdąkająca na gitarze akustycznej i basie, orędowniczka muzyki lo-fi i tekstów Elliotta Smitha.

 

Urodzona na południu Francji Soko od piątego roku życia wychowywała się bez ojca, a jego śmierć w jednym z wywiadów uznaje za „zbyt dobitne zetknięcie z rzeczywistością”. Niemniej, jest to równocześnie moment, w którym zaczyna interesować się muzyką. Przez siedem następnych lat uczęszcza na lekcje pianina, które po czasie zaczynają ją nudzić. Potem w wieku 16 lat próbuje swoich sił w szkole aktorskiej, gdzie na lekcjach wokalu uznaje, że śpiewanie nie jest dla niej. Aktorsko rozwija się jednak jeszcze przez cztery lata, ale znów – zaczyna się nudzić. Decyzję o porzuceniu prób w filmie tłumaczy odtwórczą charakterystyką pracy, w której nie mogłaby w pełni wykorzystywać swojej kreatywności.

 

W wieku 20 lat sięga po zeszyt i po instrumenty – wraca do beztroski dzieciństwa, ale też rozlicza się z traumami dojrzewania; mówi, że pisać potrzebuje codziennie, żeby chociaż w jakiś sposób czuć się dobrze. Tworząc, dotyka więc swoich najwrażliwszych tkanek. Godzi się z chropowatym głosem, brzmiącym za każdym razem jak zwiastowanie płaczu. A dzięki grze na instrumentach rozpościera przed sobą wielowarstwową materię, pozwalającą na bycie autentyczną i przezroczystą jak fala ciepłego powietrza.

Gdy 10 lat temu, w 2012 roku, cały świat przygotowuje się na apokalipsę zapowiedzianą przez lud Majów, artystka wydaje swój pierwszy album, na którym rozlicza się ze swoim własnym, niezapowiedzianym przez nikogo końcem świata, który już był i który przyszedł za wcześnie. I Thought I Was An Alien to czasami dreampopowe, czasami indie-folkowe i zawsze intymne wyznanie o chęci bycia sobą. To wyznanie outsiderki, która przeżywa swoje pierwsze końce świata i pierwsze kroki w chmurach, która wylewa morza, rzeki, oceany łez i myśli o żółtych, różowych i niebieskich migdałach. Soko kreśli marginesy znaczeń swoich przeżyć, które oferują autentyczność. Bierze siebie za rękę i wyrusza na Słońce – tam, gdzie wszyscy wyglądają piękniej.

Zuzanna Powaga

 

Fokus

fokus arogant

Hanysowi z Kato nie zależało nigdy na tym, by wpasować się w panujące trendy, w odpowiednim czasie. Może dlatego swój najnowszy album Arogant wydał w sylwestra, a produkcje, za które odpowiada, mocno odbiegają od tego, co jest aktualnie na topie. Nie zmienia to faktu, że nie zapomniał jak się „klepie” bity i mimo że na najnowszej płycie bardziej pokazał się jako producent niż raper, to nadal jest charyzmatyczny, pewny siebie i rapuje na najwyższym poziomie. Fokus Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ!

 

Fokus po długim czasie przypomina o sobie nowym i prawdopodobnie ostatnim solowym albumem w karierze. Przy okazji Aroganta, który premierę miał w ostatni dzień ubiegłego roku, postanowiłem przewertować jego karierę, by wyłonić ciekawe i topowe momenty, o których również możecie usłyszeć na antenie naszego radia od poniedziałku do piątku o północy, o godzinie 9:30, 10:30 i 13:00.

 

Pewnie większość z was kojarzy go z tego, że był członkiem legendarnego zespołu Paktofonika i z filmu z 2012 roku Jesteś bogiem, który opowiada historie zespołu. I jasne, nie ma w tym nic złego. Ja natomiast chciałem Fokusa przedstawić przede wszystkim jako:
A) oryginalnego producenta muzycznego,
B) dopiero później jako jednego z najzdolniejszych raperów na polskiej scenie rapowej, który np. zapomina o oddychaniu.

 

W 1998 roku, mimo krótkiego stażu i ledwo przekroczonej pełnoletności, Fokus na Kinematografii położył świetne i dojrzałe zwrotki. Na dodatek wyprodukował takie utwory jak Priorytety, Chwile ulotne czy Nie ma mnie dla nikogo. Płyta jak dotąd sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy.

Później przyszedł czas na poboczne projekty, takie jak Usta miasta kast, Pijani powietrzem czy drum’n’bassowy projekt stworzony wraz z 5cet’em, dzięki któremu Fokus na chwile zapomniał o rapie i pozwolił sobie na dozę eksperymentu przy szybszym tempie UK garage i nu skool breaks. Premiera płyty była co chwilę przekładana. Ostatecznie album nie został skończony, a utwory, które nagrano przy okazji płyty, zostały po prostu wrzucone do Internetu.

 

Wróćmy jednak do rapu…
Projekt, który powstał lata temu, a Fokus do dzisiaj jest jego częścią, to zespół założony przez niego i Rahima. Mowa tu o Pokahontaz. Jak dotąd pod tym szyldem wydali pięć długogrających albumów, z czego trzy pokryły się Złotymi Płytami. Już wiem, skąd taka chemia między raperami a DiNem, producentem drugiego albumu Poka z 2012 roku, czyli  Rekontaktu.
Po kilkukrotnym odsłuchaniu Aroganta, momentami przypominają mi się nagrania z tamtego okresu, choćby ze względu na oprawę muzyczną. Mimo że sam nie jestem wielkim fanem produkcji w stylu EDM, bass house czy dubstep. Ale za to jestem fanem Fokusa, który na kupił mnie właśnie taką wizją muzyczną projektu! Jest szybko i dynamicznie. Zresztą spójrzmy jak sam artysta zapowiadał ten krążek:

„Płyta będzie krótka. Jeden utwór jest, w którym chciałem coś powiedzieć, a reszta to takie, przy których będzie można się bawić”.

Jak powiedział, tak zrobił. Na trwającym 19 minut materiale jest niewiele treści wokalnej. Ale trzeba przyznać, że płyta to pokaz kunsztu producenta i ogromnego zamiłowania do elektroniki czy bass housu. Podsumowując 25 lat działalności muzycznej Fokusa, na które składają się trzy solowe albumy, w tym dwa wyprodukowane wyłącznie przez niego i jedna epka, można dojść do wniosku, że ta dyskografia nie jest bogata. Za to podejmowanie współpracy w zespołach i liczne kolaboracje, które sprawiały, że każdy album jest naprawdę inny – to dopiero sztuka! Myślę, że właśnie w to jest bogaty Fokus. W doświadczenie. Fokus jest autentyczny i to najbardziej w nim kupuję. We wszystkim, co robi, nie chodzi o nagłówki na portalach muzycznych, czy wyprzedane trasy koncertowe. Chodzi o zajawkę i miłość do muzyki.

I z tym nie handluj 😉

Kamil Michniak

WYRÓŻNIENIA MUZYCZNE 2021

W ramach cyklu Artysta Tygodnia, przedstawiamy WYRÓŻNIENIA MUZYCZNE 2021 według redakcji Akademickiego Radia LUZ – nasze coroczne zestawienie najlepszych wydawnictw minionego roku. Przed Wami wyniki głosowania przeprowadzonego przez redakcję muzyczną w dwóch kategoriach: POLSKI ALBUM ROKU i ZAGRANICZNY ALBUM ROKU!

POLSKI ALBUM ROKU

 

10. Tonfa – Klątwa
9.
Brodka – Brut
8.
Krenz – KRENZ REBORN
7.
Rycerzyki – Zniknij na zawsze
6.
Zdechły Osa – Sprzedałem dupe

 

ASMR to zjawisko przyjemnego mrowienia w okolicach głowy, szyi i innych obszarach ludzkiego ciała, które może zostać wywołane poprzez wizualne, słuchowe, dotykowe i zapachowe bodźce zewnętrzne. Fascynuje się nim poznański producent skrywający się pod pseudonimem Zaumne. Tworzy on elektronikę opartą o szept, poezję, odgłosy przyrody, eteryczne pomruki i delikatne perkusje. Redakcja muzyczna Akademickiego Radia LUZ postanowiła wyróżnić w podsumowaniach muzycznych trwającego jeszcze chwilę roku styczniowy album Mateusza Olszewskiego. Piękno dźwięków, z których korzysta artysta jest niepodważalne, ale największym walorem tej muzyki jest sposób, w jaki potrafi wpłynąć na odbiorcę. Całość otula i oczarowuje, dając poczucie bezpieczeństwa i ukojenia. Dodatkowo, wszystko zakorzenione jest w cyfrowej rzeczywistości. Motywem przewodnim albumu są interpretacje snów, w szczególności o wypadających zębach. Mimo, że przeżywać można je na różne sposoby, łączy je założenie, że wynikają ze skrywania silnych emocji. Sposobem na dostęp do nich może być sen, lub, w założeniu Zaumnego – stworzone przez niego brzmienia.

Szymon Baczyński

 

Zabawa muzyką to pojęcie, które bardzo łatwo nadinterpretować, podpinając je pod wszelkiego rodzaju dziwactwa lub też odejścia od prostych konwencji. Jest jednak w Polsce kilka kapel, które dzięki prawdziwej zabawie tworzą rzeczy zarazem lekkie oraz rzetelne, a przy tym wybitnie udane. Jednym z nich jest zespół Błoto, który w tym roku uraczył nas swoim trzecim długogrającym albumem o nazwie Kwasy i Zasady. Najnowszy krążek wrocławskiego kwartetu to spójny materiał opakowany w naukowy koncept. Nie można się bowiem oprzeć wrażeniu, że każdy z utworów odpowiada konkretnej wartości na chemicznej skali pH, poczynając od dźwięków kąśliwych oraz niespokojnych, przechodząc przez neutralne, kończąc na kojących i przestrzennych. A co w tym wszystkim jest niesamowite? Fuzja. Fuzja instrumentów dętych, perkusji oraz elektronicznych syntezatorów przywołująca na myśl uporządkowany chaos. Fuzja zarazem bardzo subtelna oraz energiczna, sprawiająca, że większość utworów — choć osadzona w konwencji jazzowej — przywodzi na myśl instrumentalny hip-hop stanowiący doskonałą bazę pod rapowy performance.

Janek Dąbrowski

 

Wydając For Joseph Riddle, sneaky jesus wyrabiają coraz pewniejszą pozycję wśród reprezentantów nowej fali jazzu w Polsce. Fali, która stara się odciąć od elitarnego spojrzenia muzyków po Akademiach i skupia się na rdzeniu tego nurtu, czyli wolności ekspresji i czystym, spontanicznym wyrażaniu emocji w improwizacji. Jednak nie podążają tropem innych grup, które redefiniują gatunek, wplatając w swój słownik wpływy syntetycznej elektroniki, muzyki progresywnej, etnicznej czy hip-hopu. W muzyce sneaky jezus czuć odświeżonego ducha jazzu z początku lat 70, umieszczonego w szarej, słowiańskiej rzeczywistości. I to ze zwiększonym naciskiem na groove i organiczność. Na poprzednich nagraniach wrocławskiego składu, otrzymaliśmy obrazy zapuszczonych ogródków działkowych, opuszczonych poniemieckich kamienic, błotnistego podwórka, trzepaka przy bloku, czy osiedlowego sklepu monopolowego. Na For Joseph Riddle widoki te wzbogacono o dym z papierosa i czarno-biały filtr rodem z kina noir. Mimo to płyta wciąż pozostaje w klimacie rodzimych produkcji. sneaky jesus swoje wręcz stonerowe zapędy opierają na dostarczaniu wciągających tematów. Wprowadzają nas w trans, obudowując tę bazę mglistą improwizacją i przeplatając ją smakowitymi breakami. Natomiast kiedy już zatopimy się w powtarzalności, wybudzają nas zwrotem akcji i ucieczką w pozornie niepoukładaną rzeczywistość, aby zaraz powrócić na ścieżkę groove’u i dostarczyć nowy bujający motyw. Mimo że na pierwszych trzech numerach tegorocznego wydania delikatnie odchodzą od punkowej dzikości na rzecz klarowniej wyrażonych idei, to wciąż udaje im się wprowadzić wywołującą ciarki dysonansowość. Natomiast osoby, które szczególnie kupił klimat GROOVE FROM HELL, odnajdą się w ostatnim, trwającym 27 minut nagraniu Minneapolis – Police Game.

Bartłomiej Patla

 

Belmondo zakończył wieloletni afterek, a na czerwcowym albumie Hustle As Usual przeprowadził kompleksową wiwisekcję dotychczasowej odklejki. Od początku kariery każdy ruch Gdynianina był wystawiony na widok i ocenę publiki, a cały Internet, czy to z satysfakcją, czy to z niepokojem obserwował każde jego coraz bardziej spektakularne potknięcie. Opinia publiczna była raczej zgodna – marne szanse, by udało mu się dostarczyć jakościowy, dopracowany album. Napięcie opadło w czerwcu. Materiał okazał się wyśmienity, ale wartość nadaje mu nie tylko wysoki poziom bitów i pisarstwa. Zdaniem redakcji muzycznej, zasłużył sobie na drugie miejsce w rankingu najlepszych polskich albumów Radia LUZ również ze względu na swoje znaczenie symboliczne. Jest świadectwem zmiany, która dała raperowi spokój, samoświadomość, szczerość i ukojenie myśli. Czyż cały ubiegły rok nie krążył wokół podobnych wartości? Ta płyta to dowód, że nadal najlepiej sprzedają się materiały po prostu szczere. Tak osobistych i prawdziwych wersów Belmondo nie stworzył nigdy wcześniej. Opowiada słuchaczowi o swoich relacjach, przyznaje się do próby samobójczej i dostarcza kilka dojrzałych refleksji na temat dnia codziennego, bez przynudzania i moralizatorstwa.

Zuzanna Pawlak

 

Wydany nakładem wytwórni Astrophone album warszawskiego producenta to bodaj najodważniejszy debiut jaki mieliśmy okazję usłyszeć w 2021 roku. I’m Jesus Christ to niemal godzinna podróż przez gąszcz gatunkowy i stylistyczny. Post-clubowy chaos. Bezwzględny dubstepowy bas. Powykrzywiane i połamane dancehallowe i UK funkowe rytmy. Bazą dla produkcji Phatraxa są jednak najczęściej sample, których bliskowschodnie korzenie nadają płycie unikatowego waloru. To, w połączeniu z klubowymi ramami, sprawia, że utwory na przestrzeni całości materiału nie pozwalają odciągnąć od siebie uwagi. Gęstwinę brzmień z pewnością nie było łatwo ujarzmić, ale efekt końcowy to album do końca spójny. Każdy sampel ma sens, każdy kolejny utwór świetnie dawkuje napięcie i wytycza kierunek, w którym zmierza debiutancki longplay Phatraxa. Warto dodać, że warstwę muzyczną we wspaniały sposób uzupełnia wizualna. Decydując się bowiem na winylowy sampler słuchacz otrzymać mógł płytę z jedną z trzystu różnych okładek specjalnie wytworzonych przez sześćdziesięcioro artystek i artystów. Ta wyjątkowa forma wydawnicza potwierdza to, co sugerowało brzmienie I’m Jesus Christ – to materiał od A do Z przemyślany, koherentny i w pełni zasługujący na wszelkie pochwały.

Paweł Szeląg

 

ZAGRANICZNY ALBUM ROKU

10. Tirzah – Colourgrade
9.
Dry Cleaning – New Long Leg
8.
black midi – Cavalcade
7.
Turnstile – Glow On
6.
Fatima AL Qadiri – Medieval Femme

 

Proces twórczy nie lubi sztywnych terminów i napinki. Natomiast wolność ekspresji, odrobina pewności siebie i głowa pełna pomysłów to najlepszy przepis na to, by stworzyć coś ciekawego w treści i porywającego formą. Little Simz wraca z nowym materiałem, w którym w pełni rozwinęła skrzydła swojej kreatywności. Album Sometimes I Might Be Introvert to nie tylko przemyślane i bardzo osobiste teksty, ale przede wszystkim dopracowany muzycznie materiał ukazujący wszechstronność młodej Brytyjki nigeryjskiego pochodzenia. Ta doskonale odnajduje się w różnych gatunkach, czy to na samplach w stylu lat 90. czy na featuringach z gwiazdami R&B, instrumentalach w stylu Ricka Rossa, a nawet wpadających w gospelowe nuty pieśniach. Czwarty album to dla artystki test, który zdała śpiewająco. Potwierdzają to nie tylko pozytywne głosy krytyków, rosnąca liczba odsłuchów, ale też pochlebne zdanie kolegów po fachu, takich jak Kendrick Lamar, czy Dizzee Rascal. Little Simz umacnia swoją pozycję w branży i udowadnia, że w rapie jest jeszcze sporo miejsca dla kobiet. Zaś my z ciekawością będziemy obserwować i komentować dla Was jej kolejne muzyczne poczynania.

Karolina Krempeć

 

Przed wydaniem wyróżnionej płyty, belgijska DJ-ka i producentka Sky H1 miała na swoim koncie debiutancką EP Motion z 2016 roku – stylistycznie dopracowaną, mającą ambientową tożsamość, równocześnie nawiązują chociażby do grime’u. Sky umiejętnie kreowała nostalgiczne skojarzenia w umyśle słuchaczy, budując brzmienie Motion na rozmytej tęsknocie do lat 80. i 90. Słuchając minialbumu, bez zerkania na tytuły mogliśmy odgadnąć w stronę jakich obrazów chciałaby nas zaprowadzić. Tegoroczny Azure wynosi to podejście na jeszcze wyższy poziom, tworząc w wyobraźni odbiorców mroczną, lecz melancholijną, pełną refleksji i introspekcji historię. Jak w dobrze napisanej powieści, przez Azure przeprowadza się słuchacza w niespiesznym tempie, stopniując napięcie i różnicując natężenie akcji. Krążek można by wręcz porównać do wystawy, na której każdy z pokojów ma odrębny motyw, jednak wszystkie pozostają w ramach tematu przewodniego. Finał całej drogi zaskakuje, nie daje nam kulminacji i uczucia satysfakcji, a raczej pozostawia z uczuciem niedopowiedzenia i wrażeniem, że jeszcze nie wszystko zostało przekazane. W dwóch słowach, pozytywny niedosyt. Sky H1 na swoim pierwszym LP, udaje się zachować spójność brzmieniową, czym zachęca słuchaczy do odbierania albumu jako całości. Zresztą wszystko jest tutaj dobrze przemyślane. Tekstura melodii nie wskakuje na pierwszy plan, a pozwala docenić bogactwo soczystego sound designu opartego na samplingu. Pomimo dosyć zachowawczego stylu wprowadzania kolejnych warstw dźwiękowych, producentka dostarcza utwory, którymi mogą się nasycić nawet zwolennicy bardziej dynamicznych klimatów.

Bartłomiej Patla

 

Pupilek elektronicznego undergroundu ostatnich pięciu lat. Na takie określenie Skee Mask zasłużył sobie nie tylko drum programmingiem godnym porównań do Aphex Twina, ale również mistrzostwem, jakie osiągnął w wywoływaniu wzniosłych emocji swoją skomplikowaną muzyką. Mnogość stylistyk, o które zahaczył na czterech epkach od czasu wydania poprzedniego LP – legendarnego Compro – budowała oczekiwania fanów. Bryan Müller dostarczył im to, co sam sobie wymarzył – trzypłytowy, blisko 2-godzinny album, który niemal stanowi jego swoiste the best of spośród setek kompozycji (w zasadzie jednej dziennie), które tworzył w domowym studio przez ostatnie 5 lat. Choć nie ma więc mowy o nazywaniu krążka Pool koncept albumem, nastrój i energia przepływające przez kolejnych osiemnaście pozycji na trackliście są doskonale wyważone. Słuchacz nie traci uwagi, odsłuch się nie dłuży. Od momentów ciszy i harmonijnych ambientowych dronów, płynnie przechodzimy do skrzętnie podanego rytmu – raz technicznego 4×4, raz poszarpanego drum n bassu. Czy koncept jest potrzebny przy umyśle, z którego muzyczna kreatywność wylewa się strumieniami? Możemy się umówić, że konceptem jest anagram tytułu, czyli loop. Bowiem Pool to minimum komputerowej edycji i maksimum maszynowych pętli. Finezja, z jaką Skee Mask potrafi się z nimi obchodzić, sprawia, że w 2021 roku grał we własnej lidze.

Szymon Baczyński

 

Nowofalowy art-punk to jeden z największych fenomenów we współczesnej muzyce gitarowej. W 2021 roku gatunek ten został kompletnie zdominowany przez brytyjskie kapele takie jak Black Country New Road, Shame, czy też Squid. Każdy z zespołów starał się na przeróżne sposoby, aby ich brzmienie było jak najbardziej oryginalne, nie bojąc się jednocześnie czerpać inspiracji od wielkich ojców, za których uznaje się Talking Heads oraz Television. To właśnie dzięki połączeniu sprawdzonych schematów oraz nowoczesnych, eksperymentalnych zabiegów, współczesny art-punk sprytnie wymyka się regułom, zrzeszając tym samym coraz większą ilość zapalonych słuchaczy. Spośród wszystkich tegorocznych wydawnictw poprzeczkę najwyżej postawił Bright Green Field, czyli debiutancka płyta zespołu Squid. Debiutancka, niemniej kapela z Brighton wcale nie spieszyła się z wydaniem premierowej płyty, gdyż na scenie muzycznej działa już od przeszło sześciu lat. Cierpliwość w tym przypadku popłaciła, ponieważ ich pierwszy długogrający album jest przepełniony dojrzałością, objawiającą się w niebanalnych tekstach, chwytliwych melodiach oraz awangardowych zwrotach akcji. W całym zgiełku złożonych brzmień zespół nie zapomniał na szczęście o korzeniach, czyli młodzieńczej werwie, która w punku jest bez wątpienia najważniejsza.

Janek Dąbrowski

 

Dom. Jak bardzo poszerzyło się to pojęcie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jak bardzo my musieliśmy poszerzyć to pojęcie, by radzić sobie w czasach, które wymagają coraz szybszych reakcji. Gdy bowiem okazało się, że “dom” – w cudzysłowie, jako miejsce do spania, prania i prasowania – można urządzić wszędzie, zaczęliśmy zastanawiać się, czego tak naprawdę w nim brakuje. Czy to wiszących od zawsze plakatów, czy zapachu maminych obiadów, czy też urywków rozmów z drugiego pokoju i psiego szczekania z podwórka. Wszystkie te okruchy codzienności Joy wrzucił na blachę, piekąc z nich ciasto o nazwie Still Slipping. Obok inspiracji płynących wprost z własnego domu, na Still Slipping słychać też sporo ukłonów w stronę tej bardziej “pływającej” odnogi wyspiarskiej elektroniki. Wielobarwny minimalizm Terry’ego Rileya, psychotropowa błogość Boards Of Canada, popołudniowa paranoja Massive Attack… swoje miejsce znajdują tu nawet Autechre’owskie glitche. W tym wszystkim Joy nie zapomina jednak o tym, skąd wyszedł: mowa tu o post-dubstepowych ekipach i wczesnym grime’ie. Słowem, w tym domu dużo się dzieje. Prawdziwy trip-house. W nowej dekadzie będzie dokąd wracać – na przekór zamkniętym klubom i drożejącym mieszkaniom.

Sebastian Rogalski

 

Słuchajcie nas od poniedziałku do piątku: chwilę po północy, podczas Audiostartera (9:30, 10:30) i tuż po godzinie 13:00. Materiały emitowane na 91.6 FM przygotowali: Karolina Krempeć, Zuzanna Pawlak, Bartłomiej Patla, Marcin Masło. Produkcja: Bartłomiej Patla, Jakub Dworzecki. Zaś od godziny 6:00 do 19:00 o pełnych godzinach, w miejsce najświeższych singli tygodnia, przedstawiamy MOCOGRAJE ROKU. Do usłyszenia!