Archiwum

John Legend

Kojąca barwa głosu i mistrzowskie operowanie fortepianem, które zaczarowało świat współczesnego soulu. Nagradzany statuetkami EMI i Oscarem, John Legend Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Dzięki jego debiutanckiej płycie Get Lifted, która obchodzi 17. urodziny, Legend przypomniał szerokiej publiczności czym jest soul. Sam artysta stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, którego jednym z ojców jest producent muzyczny Kanye West.

Na muzykę Johna Legenda ogromny wpływ miało jego 9-letnie prowadzenie chóru kościelnego, którego członkiem był od najmłodszych lat. Jako gospelową możemy określić całą jego twórczość, łącznie z najbardziej popowymi krążkami, takimi jak Evolver. Pełnię możliwości wokalnych Legend osiągnął w trakcie studiów, kiedy grał i śpiewał w wielu chórach i małych zespołach jazzowych.

Pod koniec studiów John Legend poznał wiele słynnych, cenionych osób ze świata muzyki, chociażby Lauryn Hill, na której singlu Everything is Everything zagrał na fortepianie. Punktem zwrotnym w karierze artysty było jednak poznanie Kanyego Westa, który wówczas otwierał swój własny label Good Music. Ten, gdy tylko usłyszał demo Legenda, podpisał z nim pięciopłytowy kontrakt, który dał początek nowemu rozdziałowi w świecie muzyki, jakim stał się współczesny soul z męskim wokalem.

 

Debiutancka płyta artysty, Get Lifted, do dziś jest wyznacznikiem soulowej jakości. W 2007 roku album otrzymał Grammy za Najlepszy Album R&B, sam Legend otrzymał statuetkę Najlepszego Nowego Artysty, a piosenka Ordinary People, otrzymała nominacje do Najlepszej Piosenki Roku 2006. Gdyby tego było mało, krążek  zdobył status podwójnej platyny za sprzedaż w nakładzie grubo ponad dwóch milionów egzemplarzy.

Kolejne płyty Legenda tylko utwierdzały w przekonaniu o jego „Legendarności”. Już 2 lata po premierze Get Lifted artysta wydaje album Once Again, pokazując swoje nowe możliwości i udowadniając słuchaczom jak wdzięcznym, różnokształtnym gatunkiem jest soul. Krótko później stwierdził: „Nie można wymagać od artysty stania w miejscu”, po czym w 2008 roku ukazał się jego album Evolver, będący połączeniem soulu z popem. Kolejne dwie płyty Legenda to Love in the Future i Darkness and Light podsumowanie wszystkich muzycznych stylów, które artysta reprezentował przez całą swoją dotychczasową karierę.

A tak w kontekście mijających już świąt, Legend ma na swoim koncie jeden album świąteczny – A Legendary Christmas. Artysta nie byłby sobą, gdyby nie nagrał go w gospelowym stylu i dobrze, bo dzięki temu płyta wyróżnia się na tle modnych, jazzowych aranżacji w gwiazdkowych wydaniach. Polecam ten krążek na bożonarodzeniowy afterglow.

 

Poza muzyką, John Legend już od początku kariery występował w serialach, programach czy na wielkim ekranie. Jego kariera filmowa wystrzeliła po otrzymaniu Oscara za Najlepszą Piosenkę Filmową do Glory. Legend grał chociażby w takich produkcjach jak La La Land, Soul Man, czy Simsonowie. Artysta od 2019 roku zasiada w jury amerykańskiej edycji programu The Voice.

Johna Legenda w Polsce będziemy mogli zobaczyć już w 2022 roku w Tauron Arenie Kraków. Zgodnie z tym, co sam artysta zaprezentował polskiej widowni w 2014 roku, możemy się przygotować na wielkie widowisko.

Wojtek Jankowski

IDLES

Mocno, głośno, ale z wyjątkową wrażliwością. Według niektórych, nowa nadzieja punka. Z okazji wydania ostatniego albumu Crawler, IDLES Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ!

 

Widma przeszłości i ciężar doświadczeń. Emocjonalne napięcie, które towarzyszy od pierwszego do ostatniego dźwięku. Niby spokojniej, ale nadal głośno i punkowo. Tak właśnie można określić najnowszy album Crawler, wydany 12 listopada przez brytyjską grupę IDLES. Na krążek nie musieliśmy czekać długo, bo od poprzedniego albumu Ultra Mono minął zaledwie rok.

Zainteresowanie wokół swojej twórczości sam zespół tłumaczy tym, że dzisiejszy słuchacz jest bardziej świadomy. Pierwszy album Brutalism z hardcorepunkowym sznytem oraz charakterystycznym wokalem Joego Talbota, obnaża i komentuje trudną sytuację na Wyspach Brytyjskich. Jest odpowiedzią na podzielone, niezadowolone społeczeństwo. Nie brakuje też wątków osobistych, takich jak uzależnienie od używek, z jakim zmagał się wokalista, czy jego relacja z matką, której prochy zostały wtłoczone w 100 egzemplarzy płyt winylowych debiutanckiego albumu.

Drugi album grupy, czyli Joy as an Act of Resistance, utrzymuje szybkie tempo, jednak w nieco innym wydaniu. Brzmi bardziej chwytliwie, melodyjnie, porywa do tańca, co zresztą zapowiada tytułowa zabawa. Jednak nie jest to radosny taniec, a raczej ironiczny, mający swoje źródło w bezsilności i buncie. W tekstach utworów niezmiennie podejmowane są ciężkie i skomplikowane społecznie tematy. Piosenka Samaritans kwestionuje pojmowanie prawdziwej męskości i wszechobecną maskulinizację. Bo przecież to my sami powinniśmy kształtować naszą rzeczywistość i to, kim jesteśmy, a nie na odwrót. Członkowie zespołu przypominają więc, że najważniejsza w punku i w życiu jest autentyczność. I nawet, jeżeli okraszona jest swoistą wrażliwością, nie powinna być stygmatyzowana i wyśmiewana.

Można spotkać się ze stwierdzeniem, że IDLES to zespół, który jest agresywny, ale pozytywny. W końcu punkowym riffom towarzyszą hasła o samoakceptacji, choć czasem mają gorzkawy wydźwięk. Dokładnie tak zbudowany jest I’m Scum, w którym wokalista rozlicza się sam ze sobą. O imigrantach i równości słuchamy w Danny Nadelko, a krytyka materializmu i zepsucie mediów to główne tematy piosenek Television czy Rottweiler. Utworem, przy którym można się zatrzymać na chwilę refleksji jest June, chyba najbardziej osobisty i bolesny dla Talbota. Opowiada o bólu spowodowanym stratą. Stratą, którą doświadczył po śmierci nienarodzonej córki.

Rytmiczność, wokalizacja dźwięków broni palnej i moc riffów dają w twarz niczym wielka, różowa piłka z okładki kolejnego albumu, Ultra Mono. Można mieć wrażenie, że jest mocniej i intensywniej niż kiedykolwiek. IDLES serwuje wykład o patriotyzmie i patologii związanej z autorytarnym sprawowaniem władzy. W Grounds perkusja brzmi jak karabin maszynowego, jak wystrzały z pistoletu wymierzonego w problem klasowości, który poruszany jest w piosence. Album ma mocny początek, bo otwiera go pełny napięcia utwór War, wykorzystany w trailerze gry Battlefield 2042.

To nie jedyny przykład użycia utworów IDLES w dziełach popkultury. Never Fight a Man with a Perm, I’m Scum, Divide & Conquer pojawiły się w ścieżce dźwiękowej kultowego serialu Peaky Blinders.

Ballada The Beachland Ballroom, pierwszy singiel promujący najnowsze wydawnictwo IDLES, nakreśliła jak może wyglądać i brzmieć kolejne wcielenie zespołu. Clawler to zdecydowanie spokojniejszy i bardziej stonowany album od poprzednich. Jednak nie można odmówić mu wyjątkowej energii, w tym wypadku opartej o przepracowanie własnych refleksji i emocji. Płytę rozpoczyna MTT420 RR, opowiadający o wypadku Joe Talbota, w którym muzyk otarł się o śmierć. Temat jest kontynuowany w Car Crash.

Przy tym albumie możemy przeżyć istny rollercoaster nastrojów. Zaryzykuję stwierdzeniem, że jest to swojego rodzaju eksperyment na słuchaczach. Co więcej, jest to eksperyment udany, który pokazuje jak wielowymiarowym zespołem jest IDLES oraz uświadamia, że miano awangardy nowej fali brytyjskiego post punku nie zostało im nadane bez powodu. Ostatnim utworem albumu jest The End zakończone frazą:

In spite of it all, life is beautiful

To nawiązanie do słów samego Lwa Trockiego, który zapisał je w swoim pamiętniku, mając świadomość nieuchronnej śmierci. Joe Talbot interpretuje tę sytuacje i słowa na swój własny i trochę przekorny sposób. Świadomy własnej kruchości i nadchodzących katastrof, daje słuchaczom radę – robić to, co się kocha. W przypadku Talbota jest to oczywiście muzyka.

Nam pozostaje z ciekawością czekać na kolejne dzieła IDLES, bo, jak się przekonaliśmy, nigdy nie wiadomo, w jaką stronę może potoczyć się twórczość chłopaków z Bristolu.

Warto zwrócić uwagę na teledyski, które serwuje nam zespół. Ciężko byłoby wyznaczyć wiodącą estetykę klipów, ale jedno jest pewne – nie można odmówić im pomysłowości i świeżości oraz specyficznego poczucia humoru. Ze współpracy z Michelem Gondrym otrzymujemy surrealistyczny, komiksowy świat w Model Village, czy stworzony przez Pipe Williamson i Jamesa Coppera kreskówkowy klip do Kill them with Kindness. Poza animacjami mamy też teledysk do Colossus niczym kubrickowski hotel od Willa Hoopera, czy nastrojowy obraz do A Hymn, w którym udział wzięli rodzice członków zespołu.

Polska publiczność miała okazję bawić się na koncertach Anglików dwukrotnie. Kapela pojawiła się na Off Festiwalu w 2017 roku oraz na gdańskim Openerze w 2019 roku. Miejmy nadzieję, że będziemy mogli niedługo posłuchać nowego albumu IDLES na żywo!

Sylwia Szydełko

Ben Howard

Folk rock, indie rock, rock alternatywny – do tych współcześnie popularnych, muzycznie ,,bezpiecznych” kategorii możemy przypisać brzmienie Bena Howarda. Choć równocześnie trzeba przyznać, że artysta zawsze lubił wychodzić poza schemat. Akustyczne wariacje, elektroniczne eksperymenty i doskonale komponujący się z nimi wokal. Ben Howard Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Gitarowe brzmienie zdecydowanie wiedzie prym w każdej z płyt Bena Howarda. W krążku Every Kingdom, debiucie z 2011 roku, stawia on na melodyjne kompozycje, które prowadzi delikatna perkusja, a momentami urozmaica równie subtelna wiolonczela.  Every Kingdom wciąga przejmującą energią, specyficznym, nieco nostalgicznym nastrojem i szczerymi tekstami. Wyczuwalna jest tutaj inspiracja Howarda płytami Joni Mitchell czy Boba Dylana, na których się wychował.

Klimat Every Kingdom można porównać do wiosennego poranka. Zaparzasz kawę, a słońce wpada do domu. Druga płyta Brytyjczyka I Forget Where We Were przenosi nas w zupełnie inne miejsce. To już nie wiosna, a zdecydowanie jesień. To już nie poranek, a aura nocy. Utwory przechodzą płynnie jeden w drugi, są długie i mroczne. Mamy do czynienia z nieco bardziej eksperymentalnym materiałem, w którym artysta czerpie z ambientu. Spokojne, akustyczne kompozycje zostały zastąpione akompaniamentem elektrycznych gitar, brzmieniem syntezatorów i zdecydowanie mocniejszą perkusją. Co oczywiście nie oznacza, że artysta w zupełności zrezygnował ze stylu z przeszłości.

Na trzeciej płycie Noonday Dream słychać muzyczne, akustyczno-folkowe korzenie Bena Howarda. Równocześnie jest to czas kolejnych eksperymentów. To już nie tak typowy indie-folk jak w debiucie, choć brzmienie krążka jest delikatniejsze niż na I Forget Where We Were.

Wokalista po trzech latach przerwy powraca w 2021 roku z nowym materiałem Collections From The Whiteout. Tym razem czwarty krążek wokalisty to efekt współpracy z Aaronem Dessnerem, co jest od razu wyczuwalne. Wcześniej Ben nie decydował się na kolaborację z kimkolwiek innym niż z jego dotychczasowym gronem współpracowników. Collections From The Whiteout łączy wszystko, co do tej pory Howard prezentował w swojej twórczości.

Utwory na albumie są stosunkowo krótkie, co może nieco dziwić, biorąc pod uwagę, że w dyskografii Brytyjczyka z reguły ich format nie jest typowo ,,radiowy” (niektóre z kawałków przekraczają nawet 7 minut!). Ale Ben Howard nie pisze swoich utworów pod kątem figurowania na listach przebojów.

Ludzie naprawdę szukają znaczeń rzeczy, ale może teraz jest naprawdę dobry czas, aby po prostu spędzić chwilę na słuchaniu muzyki, która może reprezentować uczucie, a nie indywidualne znaczenie.

Ben Howard to z pozoru kolejny romantyk nostalgicznie piszący o samotności i miłości. Wysoki poziom liryczny tekstów sprawia, że jego muzyka daleka jest od tych uproszczeń. Brytyjczyk przedstawia folk w innym, bardziej zróżnicowanym świetle. Jego twórczość można określić mianem chaosu artystycznego z przemyślaną kompozycją. Howard wie, w których momentach można pozwolić sobie na bogaty nakład dźwięków, a kiedy ważniejszy jest minimalizm – a w świecie współczesnej muzyki to zmysł na wagę złota.

Kasia Krzyżaniak

Pharoah Sanders

Nowy jazz stał się wyrazem kontestacji rzeczywistości i otwartym manifestem egalitaryzmu.
W samym gatunku nie jest to nowe zjawisko – tematyka ta obecna już była w brzmiącej bardzo „pod nóżkę” twórczości Caba Callowaya. Niewerbalne przekazywanie tych treści zdominowało dużą część kompozycji w drugiej połowie lat 60. i w latach 70. Jednym z nagrań odzwierciedlającym przemiany społeczne i polityczne tamtego okresu jest album Black Unity Pharoah Sandersa. W tym tygodniu to wydawnictwo obchodzi 50. rocznicę premiery.

 

Jeśli mielibyśmy wybrać jednego muzyka, którego twórczość współgrała z rozpędem, z jakim działały wówczas ruchy obrony praw obywatelskich, w większości przypadków padłoby na Pharoah Sandersa. Saksofonista był do tej roli przygotowywany przez lata. Wychowując się w stanie Arkansas, bezpośrednio zetknął się z segregacją rasową na południu Stanów. Przeprowadzka do Nowego Jorku na pewien czas zmusiła go do życia na ulicy. Lata 60. były jednak kluczowe w kształtowaniu jego uduchowionego stosunku do muzyki. 

 

Współpracował najpierw z Sun Ra, a następnie z Johnem Coltrane’em i Donem Cherrym, trójką ojców chrzestnych jazzu spirytualnego. Najważniejszy dla niego był Coltrane. W 1965 roku nowy skład wspierający Coltrane’a został zbudowany wokół możliwości Pharoah, któremu wielokrotnie powierzano funkcję pierwszego saksofonisty. To właśnie Sanders – uczeń, podyktował brzmienie ostatnich lat życia Coltrane’a – mistrza.

Wpływ mentora jest ewidentny w Black Unity. Rozległa kompozycja trwa 38 minut. Sekcja rytmiczna dokładnie prowadzi zespół stabilnym pulsem, jednak wszystko, co dzieje się powyżej, zdaję się tego pulsu unikać. Dęte trio w składzie Pharoah Sanders, Marvin Peterson i Carlos Garnett gra formę z afrobeatowym zacięciem. Frazy są wielokrotnie powtarzane w unisono, przez co troje muzyków brzmi jak znacznie większy skład. Wspomniana sekcja rytmiczna ma natomiast niecodzienną budowę. Dwóch kontrabasistów –  Stanley Clarke i Cecil McBee, dwóch perkusistów – Norman Connors i Billy Hart, pianista Joe Bonner i perkusjonalista Lawrence Killian. Ta grupa muzyków przeskakuje non stop po brzmieniach różnych rejonów Afryki. W ich grze słychać wpływ etiopskiego i południowo-afrykańskiego jazzu, ludowe rytmy z Afryki Zachodniej, czy nawet afrofunk i highlife.

Improwizacje na Black Unity są naprawdę szalone. Każdy z muzyków grający solo wydaje się przeżywać katharsis, wyrzucając przez instrumenty frustrację i tym samym osiągając brzmienie pełne nadziei. Takie kontrasty pojawiają się notorycznie. Wszystko to zmierza w stronę wielkiego finału, którym jest wydłużona, kolektywna improwizacja.

 

Jazz spirytualny, który rozwinął się tak prężnie dzięki Sandersowi, brzmi często spokojnie i medytacyjnie. Na płycie Black Unity saksofonista udowodnił jednak, że ta duchowość jest również polem do wyzbycia się gnębiących nas, negatywnych emocji. Przekuwanie furii w twórczość wcale nie jest nie na miejscu. W przypadku Pharoah Sandersa złość wynika z nierówności społecznych i brutalnego rozpadu kolonializmu w Afryce. Filozofia obecna na Black Unity jest jednak uniwersalna. Każdy z nas, tworząc, może rozprawić się z własnymi demonami.

Filip Baczyński

Blawan

blawan
Jamie “Blawan” Roberts – muzyk, performer oraz promotor od ponad dekady. W 2010 roku światło dzienne ujrzało jego debiutanckie wydawnictwo Fram i od tej chwili kariera producenta rozwijała się z zawrotną prędkością. Niedługo później Jamie dorobił się swojego pierwszego kontraktu z legendarną wytwórnią R&S, co zaowocowało statusem jednego z najbardziej rozchwytywanych artystów drugiej dekady XXI wieku. Blawan Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

 

Swoją muzyczną ścieżkę Blawan rozpoczynał jako perkusista, co znacząco wpłynęło na jego dalszą twórczość i nie powinno zaskoczyć tych, którzy dobrze znają jego późniejsze produkcje. Jego dorobek artystyczny stanowi wydanie dwudziestu epek i singli oraz jeden pełnoprawny album – Wet Will Always Dry. Do tego dochodzi współtworzenie takich projektów, jak Trade oraz Karenn, a także założenie własnych wytwórni Ternesc i Voam, w których również mógł spełniać się na płaszczyźnie promotorskiej, prezentując młodych, obiecujących producentów.

 

Blawan bardzo szybko dał się poznać jako nietuzinkowy artysta, wyróżniając się osobliwym brzmieniem, perkusyjnymi rytmami czy dziwacznymi dźwiękami o przesterowanej formie. Jego twórczość to spektrum brzmień zaczerpniętych z różnorakich gatunków: od post-dubstepu, aż do industrial techno, którego odrodzenia stał się ikoną.

blawan

Najnowszym wydawnictwem Blawana jest epka Woke Up Right Handed, która udowadnia niepowtarzalny przekrój jego aranżacyjnych możliwości i to, jak bardzo niesztampowym jest artystą. Epka jest ukoronowaniem wielu lat pracy Blawana i w pełni ukazuje jego nieokiełznaną kreatywność – przykładem może być wykorzystanie zsamplowanego chóru o upiornej formie czy warkotu silnika. Ponad 10 lat działalności muzycznej i doświadczenia nabywanych przy każdym wydawnictwie zostały spakowane i umieszczone w tych pięciu genialnie dziwacznych utworach.

 

W paśmie Artysta Tygodnia przez cały tydzień przybliżamy twórczość Blawana. Słuchajcie od poniedziałku do piątku o 13:00 i po północy – tylko na 91,6 FM!

Natalia Fall

Mr. Oizo

Gwiazda francuskiego, undergroundowego house’u obchodzi w tym tygodniu dwie rocznice – 10 listopada premierę miał jego horror Mordercza Opona, a 17 listopada album Lambs Anger. Twórczość zakochanego w absurdzie dj-a i reżysera Mr. Oizo to kwintesencja szaleństwa, niezależnie od tego, czy słuchamy jego muzyki, czy oglądamy jego filmy.

 

Urodzony 14 kwietnia 1974 roku w Paryżu, Quentin Dupieux w wieku 18 lat odkrył pasję do fotografowania, a kilka miesięcy później również do tworzenia muzyki. W 1997 roku przez przypadek trafił na Laurenta Garniera, dla którego wyreżyserował teledysk do Flashback. Niedługo później podpisał kontrakt z wytwórnią FCom, z której pomocą wydał swoją pierwszą EPkę – #1.

Przełomem w jego karierze była szansa nagrania serii reklam dla marki Levi’s w 1999. Specjalnie na tę okazję stworzył postać Flat Erica, żółtej maskotki, będącej bohaterem singla Flat Beat, która następnie robiła karierę niezależnie od artysty, występując chociażby w brytyjskim serialu Biuro. Zarówno kampania reklamowa, utwór, jak i maskotka okazały się wielkim sukcesem. Flat Beat trafiło na szczyty list przebojów w Austrii, Finlandii, Niemczech, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Mr. Oizo stał się popularny zanim miał na koncie jakikolwiek album.

Ten powstał w dwa miesiące – 11 października 1999 ukazała się płyta Analog Worms Attack. Pierwszy i ostatni krążek nagrany w pełni przy użyciu analogowych syntezatorów. Jak twierdzi Mr. Oizo, a popierają to statystyki, jego najlepsze piosenki powstają w najkrótszym czasie. Dlatego artysta postanowił przerzucić się na komputer. Od chwili wydania drugiego albumu, Moustache (Half a Scissor) w 2005 roku, cała jego muzyka powstawała właśnie na komputerze. Okres ten był również najdłuższym pomiędzy wydaniami w karierze Mr. Oizo.

Jego następnym krążkiem była ścieżka dźwiękowa do własnego filmu Steak. Już jako Quentin Dupieux, reżyseruje absurdalne filmy. Na swoim koncie ma także Morderczą Oponę, o posiadającej psychokinetyczne moce oponie, która zakochuje się w kobiecie i atakuje każdego, kto stanie jej na drodze do zdobycia serca ukochanej. Artysta nagrał też m.in. Wrong CopsDeerskin, a w zeszłym roku Mandibles.

W 2008 roku, Mr. Ozio wydał Lambs Anger album pełen dziwnych brzmień rozstrzelonych pomiędzy typowym francuskim housem a eksperymentalną elektroniką. Stąd pochodzą takie hity jak Cut Dick czy Bruce Willis Is Dead. Jest to także pierwszy krążek, na którym Oizo zaprosił do studia innych wykonawców – Carmen Castro, koleżankę z wytwórni Uffie oraz Errorsmith.

Mr. Oizo współpracował z wieloma znanymi postaciami w świecie muzyki. Wśród nich: SebastiAnGaspard Augé, Kavinsky (ta trójka pojawiła się również w jego filmach), a nawet Charli XCX i Skrillex. Wyreżyserował także teledyski dla Laurenta Garniera, Sebastiena Telliera czy Metronomy.

Od tamtej pory Quentin nieustannie pracuje nad muzyką lub filmami, które zamiast logiki i sensu, wypełnione są abstrakcyjnymi wizjami i absurdem. Tłusty bas, proste choć dziwne bity, wymyślne sample i syntezator mowy w miejscu wokalu. To wszystko sprawia, że Dupieux jest unikatem w scenie podziemnego francuskiego house’u.

Piotr Hajkiewicz

scarlxrd

Początek kariery brytyjskiego muzyka był na pozór dość nieoczywisty. Pochodzący z Wolverhampton artysta dał się poznać szerszej grupie odbiorców jako YouTuber – Mazzi Maz. Na co dzień pozytywny i pełny energii „content creator” nieoczekiwanie wydaje własnym sumptem singiel Girlfriend. Teraz możemy mieć wrażenie, że kawałek mocno odbiegał od obecnego stylu scarlxrd, lecz w tych zamierzchłych czasach nikt raczej nie spodziewał się, że z vlogera powstanie raper. Unikalny styl i charyzma to tylko jedne z wielu czynników, które pozwoliły wybić się Martinowi również na scenie muzycznej. 29 października bieżącego roku wydał swój najnowszy album DeadRising, który po raz kolejny wzbudził wśród fanów ogrom skrajnych emocji, które będziemy mogli wspólnie dzielić na antenie Akademickiego Radia Luz.

 

Zanim jednak zaczniemy rozpisywać się o najnowszej płycie, warto najpierw trochę powspominać. Scarlxrd karierę rozpoczął w sierpniu 2016 roku, a do grudnia miał na swoim koncie już dwa długogrające krążki wydane sumptem własnego labelu LXRD Records. Brytyjczyk dał się poznać publice jako bardzo płodny artysta, co udowadnia nam do dziś wydając średnio dwa albumy rocznie. Często inspirowany kulturą azjatycką, wplata w swoją twórczość liczne motywy z Dalekiego Wschodu, nawiązując m.in. do działania japońskiej Yakuzy. Tytuł jego pierwszego albumu został zresztą japońskim alfabetem – スカー藩主 co dosłownie oznacza „Scar Lord” – czyli Władca Szram. Po pierwszym albumie przyszła pora na eksperymenty. Rxse jest bardzo eklektyczne, lecz zawiera wiele elementów, które raper wykorzystuje do teraz, chociażby powszechnie znany growling. Nietypowe wykorzystanie na trapowych produkcjach wokali kojarzonych z metalem zaowocowało świetnym przyjęciem płyty wśród krytyków. Możemy się teraz tylko uśmiechnąć pod nosem, bo gdyby nie ta niecodzienna zabawa z wokalem, to kto wie – może teraz nie pisałbym tego artykułu.

Największy przyrost popularności nie przyniósł mu jednak żaden z albumów, ale singiel Heart Attack, który promował trzeci studyjny krążek rapera chaxsthexry. Świetnie zaaranżowany utwór z teledyskiem, który jak na tamte czasy robił robotę. Nie samą muzyką człowiek żyje, więc na temat teledysku mogę tylko krótko stwierdzić, że w tym chaosie jest jednak trochę ładu. Brzmi chaotycznie? Może i tak, ale żeby to zrozumieć, trzeba klip po prostu zobaczyć. Sama nazwa albumu idealnie odzwierciedla styl, którym posługuje się scarlxrd. Połamane dźwięki i produkcje charakteryzujące się fałszującą 808-ósemką. To tylko część elementów, które znajdziemy na płycie wydanej w 2017 roku. Album bardzo trudno zaszufladkować do konkretnego gatunku muzycznego, ale jednego jesteśmy pewni – Heart Attack to numer, który odcisnął największe piętno na karierze Brytyjczyka.

Wraz ze wzrostem popularności przyszło zainteresowanie największych międzynarodowych wytwórni, a 2018 rok był wyjątkowy dla samego rapera. Możliwość wydania albumu w Island Records był czymś wyjątkowym. Pojawienie się w portfolio wytwórni, obok takich artystów jak Amy Winehouse, The Killers czy Florence & The Machine to ogromne wyróżnienie. Scarlxrd podpisał długoterminowy kontrakt i mógł zacząć pracować nad kolejnym krążkiem – DXXM. Co ciekawe, tamten rok jest dotychczas jedynym, w którym muzyk wydał tylko jedną płytę (!).

O samej komunikacji artysty z fanami w niektórych przypadkach możemy rozpisywać się na całe strony. Tutaj jest nieco inaczej. Podejście Brytyjczyka jest na swój sposób wyjątkowe. Niektórzy mogliby mu zarzucić pokaz ignorancji, drudzy – (specyficzny) pomysł na siebie i oczywiste trzymanie w napięciu. Kreacja, którą pokazuje nam scarlxrd jest alter-ego postaci, którą mogliśmy kiedyś poznać na YouTubie. Kontent, którym nas karmi jest teraz nieco dramatyczny, czasem nawet straszny, ale zawsze pełen energii. Na Instagramie możemy zobaczyć wykreowane zdjęcia bez opisów. a fakt, że obserwuje on na tym portalu tylko swoją markę odzieżową też dużo mówi nam o podejściu rapera.

Jego rozpoznawalną cechą jest zamienianie liter „o” na „x”, co można spotkać w jego pseudonimie artystycznym, tytułach piosenek oraz albumów. Ubiór artysty też jest wyjątkowo charakterystyczny – ciemny i ciężki, na pierwszy rzut oka zwykłego przechodnia sprawiałby wrażenie outsidera. Nie pomagała w tym wszystkim maska, którą nosił, aby ukryć swoją tożsamość. Kiedy Marius Lithrop rozpoczął karierę solową, nie chciał być kojarzony ze swoją przeszłością, czyli znanym wówczas jutuberem. Razem z premierą Infinity scarlxrd coraz rzadziej nosił maskę, ponieważ nie chciał tracić czasu na kreowanie wizerunku i miał się w pełni skupić na tworzeniu muzyki. Wraz z premierą albumu scarhxurs artysta zaczął ją ponownie nosić.

W lipcu tego roku Marius ogłosił, że planuje swój drugi, studyjny album po odejściu z Island Records. Pogłoski mówiły, że będzie to pierwsza w historii płyta artysty, na której pojawią się goście. Skończyło się niestety tylko na plotkach i finalnie nie słyszymy żadnych dodatkowych głosów na DeadRising. Album wyszedł nakładem LXRD Records 29 października, a sam scarlxrd postanowi nieco zmienić wizerunek na czas promocji krążka. Maska, którą na co dzień przywdziewał, od teraz zasłania mu całą twarzą a paznokcie pomalowane na czarno i ciężkie, mroczne akcesoria miały nam jeszcze bardziej oddawać klimat DeadRising. Moda jest istotnym elementem w karierze rapera. Własna marka odzieżowa to dla niektórych już wyzwanie, ale Marius postanowił wejść o jeden poziom wyżej i po każdej premierze płyty zmienia swój ubiór tak, żeby współgrać z nowa muzyką.

Scarlxrd podczas premiery najnowszej płyty nieco zmienił swoją strategię promocyjną. Ku zaskoczeniu wszystkich w trakcie swoich urodzin (19 czerwca) rozpoczął live na Instagramie, gdzie prezentował słuchaczom wcześniej niepublikowane utwory. Wśród nich znalazło się miedzy innymi Can’t Stop z Lil Darkiem, co wywołało wcześniej wspomniane spekulacje dotyczące ewentualnych gości na płycie. Jak możemy się domyślić sam numer ostatecznie nie znalazł się na DeadRising. To nie był jedyny zaskakujący krok w promowaniu nowego wydawnictwa. Muzyk zaczął komunikować się z fanami za pomocą serwisu Reddit, gdzie podsycał emocje związane ze zbliżającą się premierą. Częścią jego gry miało być chwilowe zniknięcie ze sceny, a powrócić miał, no właśnie, niespodziewanie. Tak też się stało, kiedy to na sporadycznie używanym przez niego Twitterze pojawił się link do najnowszego krążka.

Jakub Dworzecki

Kedr Livanskiy

Między analogowym a cyfrowym, tym, co bliskie naturze a tym, co miejskie, między chłodem a ciepłem dźwięku. Jej muzyce daleko do gatunkowych ram, choć przeważnie blisko tanecznego parkietu. Kedr Livanskiy Artystką Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Kedr Livanskiy przyznaje, że rosyjskie realia zdecydowanie wpłynęły na to, jaką drogą zaczęła podążać jako nastolatka. W tym czasie miała typowe dla tego wieku wrażenie, że nikt jej nie rozumie. A sama szukała siebie na różne sposoby: czytała Irvinga, słuchała The Cure, zdecydowała się na studia reżyserskie i w końcu… całkowicie zafascynowała się muzyką elektroniczną. Szczególnie jej nocną, klubową odsłoną.

Choć najnowsze wydawnictwo Livanskiy świetnie podkreśla jej umiejętności jako wokalistki, trzeba przyznać, że głos już od pierwszej płyty miał duży wpływ na atmosferę jej muzyki. Retro klimat pierwszej płyty buduje sama warstwa instrumentalna. Jednak to wokal odpowiada za progresję wielu utworów oraz jest elementem, który wzmacnia i romantyzuje emocje słuchaczy. I z czasem będzie przez nią używany w coraz bardziej śmiały i kreatywny sposób.

Podczas gdy swoją pierwszą płytę artystka w całości nagrywa w Abletonie, Ariadnę opiera o syntezatory analogowe, których brzmienie dopiero później wplata w instrumenty wirtualne. I trzeba przyznać, że ta płyta jest skokiem do przodu w jej umiejętnościach produkcyjnych. Livanskiy z coraz większą zwinnością układa bity i coraz czulej podchodzi do komponowania melodii. Dzięki tej pogłębiającej się samoświadomości, dźwiękowo udaje jej się oddać otoczenie – miejską dżunglę, przez którą o zmierzchu można się przedrzeć na obrzeża Moskwy. Tam, w lokalnym, obskurnym, na wpół zapełnionym klubie, nastolatkowie przeżywają swoje pierwsze miłosne zawody i uniesienia. Tak to brzmi i o tym jest klip do utworu Your Name, który jest dowodem na to, że studia reżyserskie Livanskiy nie poszły na marne.

Po wydaniu dwóch pierwszych albumów moskiewska artystka poczuła, że wpadła w rutynę. Ale djing szybko ją z niej wyciągnął. Granie setów dostarczyło jej nowej energii, którą wykorzystała komponując Your Need. Tym razem Livanskiy przenosi uwagę w stronę bardziej dynamicznej, odschoolowegj muzyki tanecznej. Getto house, dub, breakbeat… chociaż słowiańska surowość wciąż jest tu wyczuwalna. Jak artystka przyznaje, na scenie globalnej nie jest częścią żadnej społeczności. To w zasadzie komunikat o wolności tworzenia – o korzystaniu z różnych stylów i różnych epok. I okazuje się, że ten stan zawieszenia, bycia pomiędzy, brzmi naprawdę świetnie.

 

W przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw zanurzonych w lołfajowej estetyce, Your Need nie brzmi jak muzyka odtwarzana ze starego magnetofonu. Wysoka jakość dźwięku i surowość struktury rytmicznej to efekt współpracy artystki ze świetnym beatmakerem Flatym. I to wyjątkowe spotkanie ma swój ciąg dalszy – nad najnowszym albumem Livanskiy także pracowała w towarzystwie producenta. Obojgu udaje się zachować balans – między uderzającą rytmiką a urzekającą subtelnością.

Kedr Livanski w czasie premiery Liminal Soul mówi o nowej erze. Przyznaje, że dziś bardziej niż realizm fascynuje ją transformacja i to, co zdekonstruowane. Na najnowszym wydawnictwie granice gatunku przesuwają nie tylko instrumentalia, ale też operowe zaśpiewy i mutujące sample wokalne, co słychać szczególnie w pierwszym singlu promującym płytę – Stars Light Up. Z kolei taki utwór jak Boy, świadczy o tym, że Livanskiy nie myślała wiele o oczekiwaniach słuchaczy. Nie obawiała się, że nie zdoła zatrzymać tych, którzy pokochali ją za energetyczne, housowo-dreampopowe kawałki. Boy dryfuje dzięki jak zwykle świetnym bitom, a równocześnie jest niemal piosenkowy, ubrany w słowa proste, pozbawione metafor. To wszystko sprawia, że bycie świadkami jej kolejnych eksperymentów z dźwiękiem i wokalem jest naprawdę ekscytujące.

Słuchając Liminal Soul, zanurzeni w pogłosach sami mamy wrażenie, że nasza dusza zawieszona jest w stanie przejściowym. Ale by pozostać jednak bliżej ciała, możemy to uczucie wytańczyć – bo w końcu, jak przyznaje sama Kedr, album narodził się na parkiecie. Ja natomiast mogę przyznać, że jest on dowodem na nieskończony potencjał rosyjskiej sceny niezależnej muzyki tanecznej.

Jagoda Olczyk

SALEM

Pod koniec października czeka nas pierwsza rocznica wydania albumu Fires in Heaven – drugiego wydawnictwa legendarnej grupy SALEM. Ich pierwsza płyta pt. King Night, wydana dziesięć lat wcześniej, w ogromnym stopniu zmieniła oblicze muzyki elektronicznej i rapu, a przede wszystkim uznawana jest za jeden z najważniejszych albumów muzyki witch house.

 

Gatunek został wymyślony przez Travisa Egedy’ego, kiedy to w jednym z wywiadów dla magazynu Pitchfork, określił swoją muzykę jako “okultystyczny house”. Nie wiedział, że ten termin zostanie w historii muzyki elektronicznej już na zawsze. 

Mimo, że King Night był albumem bardzo wpływowym, to właśnie premiera Fires In Heaven, wydanego po długiej przerwie, przypomniała nam o twórczości grupy i wymarłym już witch housie. SALEM odwołują się w nim do gatunku w bardziej subtelny sposób – łącząc gęstą, tajemniczą atmosferę z trapowo-memphisowymi wstawkami. Sam krążek czerpie garściami z różnych brzmień – od sampli muzyki klasycznej, po śpiewane, autotune’owe, spokojniejsze utwory. 

Pomimo dziesięciu lat od poprzedniej premiery, rozwiązania zespołu i praktycznego zniknięcia całego gatunku witch house, album wciąż jest niezwykle świeży i nieoderwany od współczesnej rapowej sceny. Słychać wiele odniesień do aktualnych trapowych trendów, jednak nie kosztem undergroundowo-gęstego i nostalgicznego brzmienia. Mimo że Fires in Heaven nie wskrzesił witch house’u, wydanie tego albumu w znacznym stopniu wpłynęło na około-trapową twórczość, a na pewno przypomniało nam o kultowej grupie i zapomnianym już nurcie.

Witch house często jest określany jako gatunek, który nie poradził sobie na scenie muzyki elektronicznej. Od początku miał bronić się przed nadmierną popularnością i pozostać w undergroundzie. U jego korzeni był bunt przeciwko przemysłowi muzycznemu, noisowo- eksperymentalne brzmienie i podejście DIY. SALEM postawiło na połączenie witch-house’u z trapem. Odeszli oni od bezkompromisowej instrumentalności i postawili na teksty, co sprawiło, że tym bardziej wpisali się w emocjonalny charakter gatunku. 

Po jedenastu latach od premiery King Night, warto sięgnąć po elektroniczne wydania innych projektów – White Ring, Crystal Castles czy Balam Acab dalej brzmią tak samo wyjątkowo.

Mikołaj Szmeichel

Bomba Estéreo

bomba estere nowy album deja

Po czterech latach Bomba Estéreo wraca z nowym albumem. Deja to fenomenalna fuzja rytmów afrokolumbijskich, muzyki elektronicznej i odgłosów przyrody. To opowieść o powrocie do korzeni, zachęta do nawiązania bliższego kontaktu z naturą oraz wezwanie do dbania o matkę ziemię. Bomba Estéreo Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rewolucja w rytmach elektrocumbii

 

Bomba Estéreo jest jednym z najbardziej wpływowych zespołów, który przyczynił się do rozwoju nowej fali muzyki electropikalnej w Kolumbii. Simón Mejía, założyciel zespołu, producent, kompozytor, multiinstrumentalista, rozpoczynając swój projekt miał jeden cel. Pokazać  światu, jak brzmi elektroniczna odsłona Kolumbii. Jaka jest współczesna Kolumbia, kim są i jak bawią się costeños (Kolumbijczycy zamieszkujący wybrzeże morza karaibskiego) i skąd pochodzi tak ogromne bogactwo kultury tego regionu.

Zainspirowany muzyka tradycyjną wymieszał folk kolumbijski z elektroniką. Udowodnił, że takie gatunki jak cumbia, merengę, bullerengue, vallenato, champeta doskonale brzmią wymieszane z muzyką klubową, rockiem, popem i reggaetonem. Za tekstami i wokalem stoi charyzmatyczna Li Saumet, która jest uosobieniem tego co tropikalne i karaibskie. Razem z zespołem tworzą niepowtarzalne dźwięki, które odzwierciedlają różnorodność kultury kolumbijskiej. W 15 rocznicę swojej twórczości wracają z szóstym studyjnym albumem Deja, który poprzez muzykę ma zbliżyć człowieka do natury i do własnych korzeni.

Simón Mejía i Liliana Saumet

 

Simón Mejía jest wyróżniającą się postacią na elektronicznej scenie Ameryki Łacińskiej. Jest multiinstrumentalistą, producentem i kompozytorem, a także autorem filmów dokumentalnych. W swojej twórczości dzieli się obserwacjami na temat lokalnego folkloru oraz zaangażowaniem w ochronę środowiska naturalnego. Robi to nie tylko w formie utworów muzycznych z zespołem Bomba Estéreo czy w swoim solowym projekcie Monte, ale także przy użyciu form audiowizualnych.

Wyreżyserował i wyprodukował między innymi film dokumentalny Jende Ri Palenge. Film opowiada o swojej podróży do miejscowości San Basilio de Palenque. To miejscowość, która ma nieoceniony wpływ na kształt muzyki tradycyjnej Kolumbii. To tam w czasach kolonialnych zbiegli niewolnicy z Angolii i utworzyli pierwszą niezależną afrykańską wioskę, która po dziś dzień zachowuje swoją kulturę i muzykę. Pochodzące stamtąd tambores, bębny, są nieodłączną częścią cumbii, bullerengue i innych ludowych pieśni Kolumbii. Simon Mejía wybrał się w 2008 roku do San Basilio de Palenque i stawia tam studio. Dzięki tej inicjatywie po raz pierwszy w historii ponad 200 godzin pieśni afrykańskich zostały nagrane i uratowane przed zapomnieniem przez przyszłe pokolenia. Podobne projekty tworzy do dziś, a inspiracja lokalnym folklorem jest wyraźnie słyszalna w najnowszym krążku jego zespołu.

Liliana Saumet została zaproszona do projektu przez  w 2008 roku. Poznali się z Simonem na imprezie, a on – zafascynowany jej głosem przypominającym legendarne kolumbijskie piosenkarki – poprosił ją, aby zaśpiewała do jego kompozycji Huepaje. Li wspomina: Zaśpiewałam cumbię, a mój głos popłynął naturalnie, a to dlatego, że rytmy karaibskie mam we krwi. Efekt mi się spodobał i zdecydowałam się dołączyć do projektu.

Dziś ciężko sobie wyobrazić Bombę Estéreo bez Liliany, która jest dueña de la fiesta, szefową imprezy i pełną charyzmy liderką, która gdy tylko wychodzi na scenę oczarowuje publikę swoją tropikalną elegancją i karaibską energią.

Bomba Estéreo – początki

 

Okolice roku 2008 to moment, kiedy w Ameryce Łacińskiej ma miejsce eksplozja zespołów i muzyków niezależnych, którzy zaproponowali nową odsłonę muzyki tradycyjnej. Na tej fali powstał zespół Bomba Estéreo. Ich pierwszy album został wydany w 2008 roku. Volume 1 to zbiór reinterpretacji tradycyjnych afrokarabiskich pieśni, dzięki któremu młodzi zaczynają tańczyć do ich elektronicznej odsłony.

bomba estereo

Champeta, cumbia, gaitas i elektroniczne bity tworzą niepowtarzalną mieszankę rytmów także w drugim studyjnym albumie zespołu. W utworach z krążka Estalla usłyszymy hołd dla kultury afrykańskiej, legendarnych muzyków, pieśni karaibskich i karnawału w Barranquilli. Z tego albumu pochodzi największy hit zespołu Fuego. Utwór pojawił się na soundtracku do FIFY 10, dzięki czemu po raz pierwszy poza Latynoameryką usłyszano o Bombie Estéreo.

Bailar conmigo – tańcz ze mną

 

Trzeci album Bomby Estéreo to połączenie cumbii i przyszłości. Nazwany Elegancía Tropical jest odwzorowaniem stylu życia Kolumbijczyków z tropikalnej części kraju, a także hołdem dla muzyki afrykańskiej i starej szkoły cumbii. Wybrzmiewają zarówno bębny, tradycyjne kolumbijskie flety, jak i dub i elektrofunk.

elegancia tropical

Simon Mejía o twórczości zespoły mówi: Ta muzyka jest skomponowana przez starsze pokolenia znad karaibskiego wybrzeża i laczy  tradycje afrykańskie i kolumbijskie. Naszym celem jest uratowanie tej muzyki i zabranie ja na następny poziom. O miłości do swojego regionu wspomina często podkreślając, że Kolumbia skrywa wiele skarbów zarówno związanych z kulturą, jak i naturą. Dla Liliany i Simona muzyka jest przekaźnikiem, dzięki któremu to piękno może dotrzeć do wielu miejsc na świecie i skierować oczy odbiorców w stronę Kolumbii i Latynoameryki.

Czwarty album zespołu jest zwrotem w ich karierze. W 2015 roku wydają album Amanecer i po raz pierwszy wchodzą we współpracę z zagraniczną wytwórnią Sony Records, z którą są związani do dziś. Fani kolumbijskiego składu otrzymują zupełnie nowe brzmienia nagrywane pomiędzy Bogotą i Los Angeles.

Jest to moment, w którym Bomba Estéreo wchodzi do mainstreamu i zaczyna budować nowy wizerunek muzyki latynoskiej na świecie. W albumie Amanecer słyszymy mniej cumbii, a więcej reggaetonu i osobistych, dojrzałych i świetnie zarapowanych tekstów Liliany Saumet. Bomba Estéreo nie porzuca jednak całkiem głównego filaru swojej twórczości. Wciąż łączy tradycyjne karaibskie i afrokolumbijskie rytmy z muzyką współczesną.

W jednym z największych hitów z tego albumu pod tytułem Soy Yo słyszymy tradycyjny flet kolumbijski flauta de millo i afrykańskie bębny, a w słynnym utworze Fiesta, inspirowany karnawałem w Barranquili, champetę i mocne dubowe brzmienia.

Muzyka to żywy organizm i jest odbiciem tego, co dzieje się na świecie – tak o piątym krążku mówi Simón. Tytułowe Ayo z 20217 roku to nazwa mieszanki ziół z koką, która jest żuta przez rdzenną ludność zamieszkującą Andy w celu zwiększenia energii i jasności umysłu. Pomysł na album pojawił się podczas ceremonii wysoko w górach Sierra Nevada de Santa Marta, które znajdują się nad wybrzeżem karaibskim Kolumbii. Ten region, znany ze wspaniałych widoków i zadziwiająco różnorodnej przyrody, zainspirował Simona i Lilianę do skomponowania utworów, które zwracają uwagę słuchacza na temat zasobów ziemi.

Album Ayo dostarczył zespołowi rozpoznawalność na całym świecie. Przy okazji trasy koncertowej w 2018 roku kolumbijska grupa dotarła aż do Polski i dała występ na Openair Festiwalu. Polska widownia po raz pierwszy na własnej skórze mogła doświadczyć tego, czym jest tropikalna elegancja i wytańczyć się do kolumbijskiej cumbii. 

Cztery żywioły

 

We wrześniu 2021 Bomba Estéreo wydaje szósty długogrający krążek Deja. Album został podzielony na cztery single – Agua, Tierra, Aire, Fuego – które były wypuszczane co trzy miesiące od lutego 2021 roku. Agua, utwór otwierający, zaprasza nas do świata przyrody.

Wzbogacony o nagrania terenowe pozwala nam wczuć się w unikatową atmosferę całego albumu. Nasłuchujemy w nim śpiewu ptaków, szumu wody nagranego w górach Sierra Nevada de Santa Marta. A taże chóru kobiecych głosów: wokalistki zespołu Liliany Saumet oraz jej przyjaciółki Lido Pimienty, wybitnej kolumbijskiej piosenkarki. W singlu Tierra, czyli Ziemia, usłyszymy zaś ubolewanie nad eksploatacją planety. Jak mówi sama Li Samet: chcemy tworzyć muzykę, która wytworzy więź z samym sobą i z planetą, którą zamieszkujemy.

 

Na początku 2020 roku, zaraz przed światowym lockdownem, Bomba Estéreo i gościnni wykonawcy zostali zaproszeni na trzy tygodnie do domu Liliany, w którym mieści się studio. Nagrywali utwory w otoczeniu rajskich, karaibskich plaży z widokiem na szczyty gór Sierra Nevada. Jednocześnie Simón nagrywał odgłosy tropikalnych zwierząt, ptaków, szum fal morza i rzek. Gościnne głosy, które słyszymy w Deja to Lido Pimienta, kubańskie duo Okan, meksykański muzyk Leonel Garcia i nigerska piosenkarka afrobitowa Yemi Alade.

Zuzanna Pajorska