Archiwum

Artysta Tygodnia – Freddie Gibbs

 

Freddie Gibbs, czyli Frederick Tipton, urodził się 14 czerwca roku 1982 w Gary w stanie Indiana. Jego przygoda z muzyką zaczęła się 20 lat później, podczas wizyty w studiu znajomego DJ'a. W wielu wywiadach Freddie wspomina o tym, że to on nauczył go jak pisać teksty oraz tego jak rapować. Przed tym zdarzeniem Gibbs nigdy nie planował kariery muzycznej, jak sam wspomina, zawsze chciał być sportowcem i nawet kształcił się w tym kierunku na Ball State University.

 

Już w 2004 udostępnił swój pierwszy mixtape-Full Metal Jackit:The Mixtape Part I. W tym samym roku wydana została druga część jego debiutanckiego mixtape'u, czyli Full Metal Jackit-The Mixtape Part II. Na obu z nich bardzo mocno widoczne są inspiracje rapem lat 90-tych.

 

 

W 2005, Gibbs podpisał umowę z wytwórnią Interscope Records. Niestety współpraca nie okazała się owocna i w 2007 kontrakt został zerwany. Freddie próbował również dołączyć do Shady Records, jednak Eminem nie wyraził na to zgody. Pomimo tej serii niepowodzeń, w sieci nadal pojawiały się mixtape'y Fredericka Tiptona- w 2007 Live from Gary, Indiana [Part 1], rok później zaś jego drugą część.

 

Zanim wydany został pierwszy 'legalny' album Gibbsa, udostępnił on jeszcze dwa mixtape'y- wśród nich był- The Miseducation of Freddie Gibbs, na którym znalazły się utwory nagrane przez niego na przestrzeni ostatnich kilku lat, już na nim słychać ogromny, warsztatowy rozwój Freddiego-słychać jego rozwój zarówno w pisaniu tekstów, jak i w rapowaniu. W 2010 na rynku pojawiła sie epka 'Str8 Killa', którą promowały single National Anthem oraz Oil Money (nagrane razem z Chuck'iem Inglish'em, Chip'em The Rapperem Bunem B, oraz z Danem Auerbachem znanym z występowania w rockowym zespole The Black Keys).
 

 

Niemalże co rok na rynku pojawiały się mixtape'y i epki Freddiego, a w 2013 sumptem własnego labelu, wydał on swoj pierwszy longplay-ESGN. Możemy na nim usłyszeć już pełen wachlarz umiejętności Tiptona. Na płycie jest miejsce zarówno na bardziej nowoczesne utwory, w których Gibbs nie szczędzi słuchaczom ciekawego flow oraz przyspieszeń, jak i na klasyczne, bumbapowe utwory, w których również słychać bardzo duży, warsztatowy postęp tego rapera.

 

Bardzo ważnym wydarzeniem w karierze Freddiego było rozpoczęcie współpracy z pochodzącym z kaliforni Otis'em Jackson'em, czyli producentem występującym pod pseudonimem Madlib. Pierwszym owocem ich współpracy było nagranie EP pod tytułem Thuggin. Brzmieniowo, wydawnictwo to mocno odbiega od typowego gangsta rapu. Dodaje do specyficznych tekstów Gibbsa, również soulowo-jazzowe brzmienie podkładów jego producenta.

 

Pomimo tego, że Freddie przedstawia słuchaczom utwory opowiadające bardzo często o gangsterach oraz ludziach marginesu. Jego nagrania, a w szczególności te stworzone z Madlibem zostały bardzo wysoko ocenione nie tylko przez portale stircte hip-hopowe, ale również przez takie zajmujące się głównie muzyką alternatywną. Sam Gibbs był jednym z headlinerów Pitchfork Music Festival.


Zdecydowanie najbardziej docenionym z albumów Freddiego jest 'Pinata', wydana w 2013 roku we współpracy z Madlibem. Na LP pojawiają się tacy goście jak: Danny Brown, Scarface, Earl Sweatshirt, czy Domo Genesis. Album uzyskał bardzo pozytywne recenzje, a przez wiele portali muzycznych został uznany za jedną z płyt roku. Nagrodzono go też rzadkim, pitchfork'owym tytułem 'Best New Music'.

 

Najnowsza płyta Gibbsa pojawiła się na rynku w listopadzie 2015 roku. Wydawnictwo to zatytułowane jest 'Shadow of a Doubt' i podobnie jak poprzednie, zostało świetnie przyjęte zarówno przez krytyków jak i publiczność. Freddie, dzięki specyficznemu dla niego muzycznemu eklektyzmowi połączonemu z ulicznością, jest jednym z najbardziej wyrazistych raperów naszych czasów.

 

 

12 Rods

Nikt nie podejrzewał, jedząc kurczaka z KFC na ich pierwszym koncercie w Oxfordzie w USA, że ma przed sobą zespół, który kiedyś będzie istniał w świadomości wielu miłośników muzyki jako jeden z najlepszych bandów amerykańskiego indie. Mowa o 12 Rods, a wszystko zaczęło się w 1992 od gigu, kiedy wszyscy najważniejsi członkowie Ryan Olcott, jego brat Ev i perkusista Christopher McGuire byli jeszcze w liceum.

 

W 1993 roku w studiu w Minneapolis powstała pierwsza demówka 12 rods zatytułowana Bliss. Efektem była niedociągnięta produkcyjnie, ale już miejscami chwytająca za serce płyta. Zespół wtedy już wiedział jakie brzmienie chce osiągnąć, ale jeszcze wówczas nie udało się tego w pełni zrealizować. Album był pełen dreamowych ścian dźwięku i rozmytych, hipnotycznych wokali. Momentami osiągał wręcz heavy metalową ciężkość. Wtedy też perkusista Christopher McGuire raz po raz skradł show kolegom z zespołu.

 

Dwa lata później cała trójka muzyków z 12 Rods przeprowadziła się do Minneapolis, gdzie rozpoczęli prace studyjne nad swoim oficjalnym debiutem. Na początku 1996 roku ukazała się epka Gay?. Pozycja, która nie tylko otworzyła drogę 12 Rods do szerszej publiczności, ale niektórym do dzisiaj bezpośrednio kojarzy się z jednym najbardziej znanych portali muzycznych świata. Pitchfork, bo o nim mowa, dał Gay? najwyższą możliwą notę i była to dopiero druga dziesiątka w historii serwisu — pierwsza została przyznana albumowi El Producto grupy Walt Mink. Po latach Ryan Schreiber, założyciel portalu, ma wyprzeć się fascynacji 12 Rods i zrzucić to na młodzieńcze lata. Łatwo obliczając, przełomowa epka 12 Rods Gay? w styczniu 2016r. będzie obchodziła 20. rocznicę wydania. Odpowiedzialny za produkcję Ev Olcott dzięki dobrze zrobionemu miksowi na pierwszy plan wystawił charakterystyczny wokal Ryana brzmiący trochę jak kreskówkowy Ozzy Osbourne. Skojarzenia można by mnożyć w nieskończoność — od Slint, przez The Police, na My Bloody Valentine kończąc. Dzięki temu skrzyżowaniu powstał niepowtarzalny styl, którego z żadnym innym zespołem pomylić nie można.

 

 

Do tych skojarzeń można dołączyć także grupę Prefab Sprout. A co robią tu tuzy sophisti-popu, gdy tak właściwie mówimy o zespole wrzucanym do koszyka indie rocka? Otóż Ryan Olcott to nie tylko niesamowicie ekspresyjny wokalista, ale też kompozytor. Kompozytor o tyle znakomity, że bez żenady można jego umiejętności porównać do erudycji jednego z najlepszych piosenkopisarzy Paddy'ego McAloona — lidera właśnie Prefab Sprout. Pod masą przytłaczających gitar, dziwnych klawiszy, rozpędzoną perkusją, kryją się wykwintności. Ciągle możemy tutaj napotkać niespotykane rozwiązania harmoniczne czy aranżacyjne. Ryan miał też rękę do pięknych i jednocześnie nośnych melodii, od których trudno się uwolnić.

 

Na wydanym 1998 Split Personalities wcale nie zwalniają. Na Pitchforku w najlepsze trwa hajp i płyta otrzymuje kolejną wysoką notę — 9.7 na 10. Album trzyma poziom na całej linii, ale warto zwrócić uwagę także na teksty. Niby poruszana tematyka jest typowa dla indie rocka — to rozterki czasu wchodzenia w dorosłość, ale sposób uchwycenia tych problemów przez Ryana Olcotta jest unikatowy. Weźmy chociażby "I wish you were a girl", gdzie Ryan śpiewa do swojego przyjaciela, że chciałby by był on dziewczyną! ("Wish you were a girl / A girl who is soft as silk") Podsumowuje całą tą niezręczną historię słowami: "I'm laughing, but it's not so funny" i nie wiadomo, czy to w końcu żart czy nie.

 


Muzycy 12 Rods z Toddem Rundgrenem (pierwszy od lewej)

Pewnym zakrętem w historii 12 Rods jest album z dwutysięcznego — Separation Anxieties. Do produkcji płyty zatrudniony zostaje sam Todd Rundgren. Olcottowie od zawsze byli fanami kompozytora "Hello It's Me", ale ten niestety zawiódł ich oczekiwania. Podczas sesji nagraniowej z zespołu odchodzi perkusista Christopher McGuire. Podobno poszło o zbyt wypolerowane brzmienie, które charakteryzuje płytę. Album dostaje notę 2.0 od Pitchforka, w której recenzent, zarzuca jej właśnie okropne brzmienie i słabe teksty. 12 lat później Borys Dejnarowicz — wielki fan 12 Rods i współtwórca portalu Porcys staje w obronie krążka, zwracając uwagę na kompozycje i starając się ukazać brzmienie jako ciekawe i wielowarstwowe. Sam Ryan Olcott podsumowuje swoje niezadowolenie ze współpracy z producentem ostatnim numerem z płyty o wiele mówiącym tytule "I Glad That It's Over".

 

 

Po wydaniu Separation Anxieties 12 Rods postanawia zerwać współpracę z wytwórnią i wydać kolejną płytę własnym sumptem. Dzięki temu w 2002 wychodzi, jak się okazuje, ich ostatni album – Lost Time. Brzmienie płyty można określić jako równowagę pomiędzy Separation Anxieties a poprzednimi albumami. Mamy tu shoegaze w stylu Gay? zestawioną z gładkością klawiszy z poprzednika. Zespół jednak nie bał się eksperymentować. Olcottowie z resztą grupy próbują pożenić swoją wizję rocka z IDM, co Ryan będzie się starał kontynuować w swoim następnym projekcie. Dwa lata później grupa się rozpada.

 

 

Po zakończeniu współpracy muzycy 12 Rods nie próżnują. McGuire uczy grać na perkusji, Ev zakłada firmę z oprogramowaniem audio, a Ryan wraz z innymi muzykami tworzy projekt Mystery Palace. Grupa wydaje dwa mini-albumy i jeden longplay. Ich muzyka to ciekawe połączenie synth-popu z IDM i glitchem, które kojarzyć można z tegorocznym Siliconem i jego Personal Computer. Nadal w ucho rzuca się barwa głosu Ryana i jego umiejętność komponowania zapadających w pamięć motywów.

 

Na początku 2015 muzycy 12 Rods połączyli się na chwilę z powrotem na jeden gig. Fani mieli nadzieję na trasę koncertową, być może zahaczającą o Europę, niestety skończyło się jednym jedynym koncercie w klubie w Minneapolis. Także w tym roku na Kickstarterze ruszyła akcja finansowania dokumentu o losach 12 Rods. Pomysłodawcy uzbierali potrzebne pieniądze, a teraz film jest już w końcowej fazie produkcji. Miejmy nadzieję, że będzie równie wciągający co muzyka grupy.

 

 

Przygotował Krzysztof Ciach

Grimes

Claire Boucher, znana lepiej jako Grimes, to młoda piosenkarka z Kanady poruszająca się w stylistyce synth pop. Swój pseudonim zaczerpnęła od nazwy gatunku „grime”, chociaż sama gra nieco inną muzykę. Urodziła się 17 marca 1988 w Kanadyjskim Vancouver. W wieku 18 lat przeniosła się do Montrealu w Quebec, żeby studiować tam neurobiologię na Uniwersytecie McGill. Swoją karierę muzyczną rozpoczęła w roku 2009. Pierwsze nagrania i koncerty dawała jeszcze pod swoim imieniem i nazwiskiem, Claire Boucher. Jako Grimes pojawiła się w 201, kiedy to nagrała swój debiutancki album, Geidi Primes, na kasecie w Arbutus Records. Jeszcze tego samego roku wydała kolejny album noszący tytuł Halfaxa. 2011 to czas na split Darkbloom nagrany z d’Eon. W 2012 podpisała kontrakt z wytwórnią 4AD, gdzie wydała kolejny album, Visions. To tak naprawę ten album, oraz singiel „Oblivion” dały jej największy rozgłos.

 


Grimes najbardziej znana jest z jej kariery muzycznej, ale mało kto wie, że młoda Claire swoich sił próbowała również jako reżyserka, malarka i pisarka. Sama reżyseruje swoje teledyski, a na jej tumblerze można oglądać autorskie grafiki. Jest również weganką i potępia zażywanie narkotyków. Na swojej stronie wspominała kiedyś, że straciła już przez nie kilkoro swoich znajomych.


„Muzyka ADHD” – tak swoją twórczość określa piosenkarka. Jej muzykę przyrównywano już do twórczości takich artystów jak Björk, Aphex Twin czy ABBA. Sama Grimes jako inspiracje wymienia między innymi Marylina Mansona, Swans lub Lanę Del Rey. Najczęściej jej twórczość opisuje się jako synth pop, dream pop czy witch house. Artystka wspomina, że swoje utwory zaczyna zazwyczaj od stworzenia beatu, a dopiero potem nagrywa kolejne dźwięki.

 


W 2013 roku Grimes została artystką roku według Webby. W tym samym roku otrzymała nagrodę Juno za elektroniczny album roku (za album Visions). W 2015 roku jej teledysk do singla „Go” został nominowany do MuchMusic Video Awards w kategoriach „Teledysk roku”, „Najlepsza postprodukcja”, a także „Najlepszy reżyser”.

 


Singiel „Go” nagrany w 2014 roku razem z Blood Diamonds według plotki był napisany pierwotnie dla Rihanny i miał promować czwarty album studyjny Grimes. Album jednak nie został wydany, gdyż piosenkarka uznała go za zbyt depresyjny. Kolejnymi singlami były „REALiTi” oraz „Flesh Without Blood/Life in the Vivid Dream”, które znalazły się na najnowszym albumie, „Art Angels”, wydanym na początku listopada 2015 w wytwórni 4AD.

 


Na oficjalnym tumblerze Claire możemy podziwiać nie tylko teledyski do jej utworów. Jest to również miejsce, gdzie umieszcza ona swoje grafiki, luźne myśli, a także dzieli się swoimi muzycznymi inspiracjami. Grimes uważa siebie za feministkę, ale jest bardzo ostrożna z tym, żeby nie uważano jej przy okazji za krytykującą mężczyzn. Angażuje się również politycznie i społecznie. W październiku, przed wyborami w Kanadzie nagrała krótki film zachęcający ludzi do oddania głosu. W tym nagraniu dała także krótkie instrukcje jak głosować. Napisała rownież notatkę na temat wyborów, w której zdradza swoje polityczne poglądy, a także tłumaczy, dlaczego ważne jest branie w nich udziału. Słynie również z oryginalnego stylu ubierania się. W teledyskach oraz nagraniach live nosi takie rzeczy jak skarpetki i klapki na rzepy, kapelusze nie pasujące do reszty stroju, a także kolorowe włosy.

 

Autor: Jakub Spiryn

Erykah Badu

Erykah Badu –  od 18 lat nieustannie w grze. Fat Belly Bella udowadnia, że nie ma sobie równych. Na wypuszczonym w poprzednim tygodniu mixtapie, wciąż czuć ogromne pokłady kreatywności, które w niej drzemią. But You Caint Use My Phone to idące z duchem czasu produkcje, w których czuć organiczność, za którą pokochaliśmy Erykę z początków jej kariery.

 

Nasz artystka tygodnia nie musi udowadniać, że jest postacią kultową. Jej debiutancki album Baduzim wydany w 1997 r.  został sprzedany ponad trzy milionowym nakładem, jest najlepszym albumem z kategorii soul/r’n’b na liście amerykańskiego Billboard oraz przyniósł artystce dwie nagrody Grammy. Świat usłyszał wtedy o Eryce Badu, obdarzonej niezwykłą charyzmą artystce pokroju Billy Holiday czy Diany Ross. Dzięki wydanemu trzy lata później Mamma’s Gun artystka zdobyła miano królowej neo soulu. Rok 2000 to era należąca do czarnoskórych  wokalistek takich jak Lauryn Hill, Jill Scott, Angie Stone czy Macy Gray. Soul serwowany przez  Miss Badu na  jej drugim LP jest crème de la crème tego czasu. Dorobek muzyczny Eryki Badu nieprzerwanie stanowi dla wielu artystów inspirację. Janelle Monae czy Drake są tego przykładem. Jej stare utwory są samplowane i wykorzystywane we współczesnych produkcjach.

 

Na But You Caint Use My Phone czyli ostatnim mixtapie Eryki Badu pojawiło się dwóch gości. Jednym z nich jest Drake, którego możemy usłyszeć w U used to call me oraz Whats yo phone numer. Te dwójkę artystów oprócz współpracy muzycznej łączy również przyjaźń. Sama Eryka nazywa Drake swoim młodszym bratem. Drugim artystą, którego możemy usłyszeć jest jej były mąż i ojciec pierwszego dziecka. Andre 3000 wystąpił gościnnie w utworze Hello. Jego aranżacja zainspirowana jest coverem Isleys Brothers  numeru Hello It’s me w oryginalnej wersji wykonywanej przez Todda Rundgrena. Wersja Badu i Andre jest przepełniona dobra energią I tylko potwierdza dobre relacje panujące między nimi.

 

But You Caint use My Phone to tytuł najnowszego mixtape’u Eryki Badu, ale także ostatni wers hitu artystki z 97. roku.  Tyrone to utwór, który towarzyszył trasie promującej Baduizm, czyli debiutancki album Miss Badu. W amerykańskim slangu zawołanie Call Tyron  oznacza konieczność zadzwonienia do kogoś, kto posprząta zrobiony przez mężczyzn bałagan. Erykah Badu bez wątpliwości jest feministką. Przykładem jej emancypacyjnego podejścia może być utwór Window Seat, w którym artystka redefiniuje obraz ciała czarnoskórych kobiet. Niezwykle odważny teledysk towarzyszący utworowi pokazuje ciało jako manifest, a nie zseksualizowany obiekt.  Nie mniej jednak artystka pozwala sobie na otwarte mówienie o swojej seksualności jak np. w utworze Honey.

 

Teksty piosenek Eryki Badu dotykają niezwykle ważnych i wciąż aktualnych problemów. Życie w związku, wyznaczanie granic, rasizm, ubóstwo czy duchowość to tematy, które przemawiają do najróżniejszych ludzi na całym świecie. Na najnowszym mixtapie artystka podejmuje temat bycia tu i teraz, cieszenia się teraźniejszością i zniewolenia ludzi poprzez chęć ciągłego bycia ‘online’.

 

Królowa soulu jest tylko jedna.

 

Autor: Ola Hołyńska

Illa J

10. lutego 2006 roku zmarł J Dilla, wydając trzy dni wcześniej niesamowity, bitowy album Donuts i zostawiając po sobie setki niewydanych utworów. Ta data, niezwykle smutna dla rodziny oraz świata muzycznego, była jednocześnie przełomowym momentem w życiu młodszego o 12 lat brata artysty. John Yancey, czyli Illa J, w ciągu roku po tym wydarzeniu porzucił studia, zrezygnował z dotychczasowej pasji – koszykówki, by na pierwszym miejscu postawić to, co w jego rodzinie wychodzi najlepiej. Muzykę.

 

Wyniesione z domu rodzinnego nauki, brata – producenta, mamy – śpiewaczki operowej, i ojca – basisty jazzowego, szybko przyniosły efekty. Pierwszym wydawnictwem Johna Yancey została znakomita, pachnąca niemalże winylem i brukiem z Detroit EPka Illa J EP, na której to odpowiadał za 6 z 7 podkładów, teksty i rap.

 

https://www.youtube.com/watch?v=2RNwysas1v0

 

Illa J ma niezwykle podobny głos do swojego brata, jednak już po debiucie jego umiejętności liryczne były stawiane wyżej, niż J Dilli. Pracowitość musi być wśród rodziny Yancey cechą wrodzoną – Illa uczył się grać na pianinie i gitarze basowej oraz chodził na lekcje śpiewu, konsekwentnie poszerzając swój muzyczny repertuar przez cały czas trwania kariery. Drugą płytę wydał jednak na bitach J Dilli, w 2008. roku dogrywając się do dziesięcioletniego, dotychczas niewydanego, beat tape'u.

 

https://www.youtube.com/watch?v=IGaQy2mY8fU

 

Jakość wydawnictw wpływała na ich częstotliwość. Do 2010. roku nie powstał żaden nowy materiał z udziałem Illa J'a, jednak jego powrót na scenę wiązał się z kontynuacją projektów rozpoczętych przez brata. Slum Village, grupa w któreej J Dilla zaczynał karierę, powróciła zjednoczona w najszerszym dotąd składzie, wydając płytę Villa Manifesto. Oprócz oryginalnych członków – T3, Baatina i Dilli, na albumie pojawili się Young RJ, Elzhi i jeden z inicjatorów projektu, Illa J.

 

https://www.youtube.com/watch?v=mbSN9dtFUbw

 

Illa J wydał ze Slum Village jeszcze dwa mixtape'y i dwie płyty, jednocześnie kontynuując rozwój muzycznych umiejętności. John, ciągle idąc do przodu, nieprzerwanie obracał się w lokalnym środowisku, współpracując z artystami z Detroit. W 2013. roku ukazał się album Sunset Blvd., gdzie Frank Nitt, raper i przyjaciel rodziny Yancey, oraz Illa rapowali na podkładach J Dilli. Tym razem rozszerzyła się lista gości – na płycie pojawili się m. in. Common, Talib Kweli, czy Posdnuos z De La Soul, a pseudonim Illa J w końcu przestawał być kojarzony tylko jako brat legendy.

 

 

John Yancey stał się szanowanym artystą z bardzo ciekawym dorobkiem, w całości wydanym niezależnie. W 2014. roku przeniósł się z rodzinnego Detroit do Montrealu, otwierając się na całkiem nowy rynek muzyczny i nawiązując współpracę z kanadyjskimi artystami – Moka Only, Potatohead People, czy Kaytranadą. Wszystkie te postaci znalazły się na wydanym 2. października bieżącego roku albumie Illa J LP, na którym Illa oscyluje między hip-hopem, R'n'B i soulem, mimo nowej lokalizacji w fantastyczny sposób nawiązując do brzmienia Detroit.

 

 

Ivy Lab

Kiedy w 2011 roku scena drum & bassowa chyliła się ku upadkowi i jej wartościowa muzycznie część definitywnie przeniosła się do podziemia, jedynie wytwórnie pokroju Critical Music, Exit Records czy Metalheadz nieustannie próbowały wpychać w kanon gatunku nowe rozwiązania. Wówczas właśnie trójka artystów ze stolicy basu – Londynu – jeszcze pod solowymi aliasami zaprezentowała światu swoją pierwszą wspólną kompozycję. Sabre, Stray i Halogenix nakładem Invisible Recordings w ramach Invisible 004 EP wypuścili numer "Askari", który staje się jednym z momentów zwrotnych dla całej niszy. Projekt ten następnie przeradza się w Ivy Lab, który prezentujemy w jego pełnej okazałości w cyklu Artysty Tygodnia.

 

 

Wszyscy członkowie zespołu swoje kariery rozpoczynali na ścieżkach solowych. Najbardziej doświadczony z trójki – Sabre, czyli Gove Kiado swoje pierwsze oficjalne wydawnictwo datuje na 2004 rok, kiedy to poprzez Research Recordings wraz z Domino wypuścił split Septic / Course Of Miracles. Początkowe stadium jego twórczości to niezaprzeczalny ukon wobec starej szkoły, zamiłowanie wczesną fazą techstepu i neurofunku, a także pierwsze zalążki prób odświeżania brzmienia inspirowane muzyką dBridge'a.

 

 

Pod koniec minionej dekady jego klasyczny w formie styl zaczął ulegać miłości do eksperymentów, zabaw rytmem czy energią numerów. Krocząc po terenach wydeptanych przez wspomnianego dBridge'a, artysta wracając do korzeni zaczął sięgać po hip-hopowe rozwiązania i rytmikę na pół tempa. W swoja mroczną przestrzeń włączył spuściznę po takich artystach jak Diamond D czy Pete Rock, nadając swojej sztuce zupełnie nowego wymiaru. Jednym z najbardziej przełomowych utworów był romansujący z jungle i atmosferycznym dnb "Original Sin" z wokalistką Tuere wydany sumptem Critical Music w 2009 roku.

 

 

Punktem zwrotnym w karierze Sabre'a był jego debiutancki album solowy A Wandering Journal rok później, w tym samym labelu. Był to zapierający dech w piersiach album konceptualny, prezentujący dystopijną wizję muzyki basowej uchwyconą w blasku pojedynczych świateł ulic w deszczową noc, bazujący bardziej na IDMie i muzyce beatowej aniżeli na parkietowej formule. Jest to jeden z najmocniejszych krążków współczesnej elektronicznej sceny brytyjskiej. Płyta wzbogacona została o drugi dysk pełen eksperymentalnych remiksów, zorientowanych jednakże na klubowe aranżacje. Tak idealny balans między szerszym wszechświatem albumu a selekcją tanecznych wersji wyróżnia się jako jeden z czołowych przykładów zrozumienia i realizacji materiału długogrającego.

 

 

Jego ostatnie solowe release'y to numer "Pinch Me" z Cernem w Dispatch Recordings z 2013 oraz remiks "The Touch" Mortema dla IM:Ltd z 2014 roku. Obecnie jego głównym projektem jest Ivy Lab i ich nowa wytwórnia 20/20 Recordings

 

 

Cudowne dziecko drum & bassu i jego ogromna nadzieja, Stray (Jonathan Fogel), czyli kolejny członek trio od początku swojej kariery związany jest z Critical Music. Właśnie tam w 2009 roku wypuścił split Perception / Timbre wraz z samym Kasrą. Od pierwszych singli i EPek z największą pewnością siebie prezentował nową wizję drum & bassu, czerpiącą z footworku, hip-hopu i jungle. J Dilla spotykał się ze starym katalogiem Metalheadz, ciężkie breaki łączyły się z samplowanymi rapowymi wersami, a wszystko nadal huczy o krok przed konkurencją w dniu dzisiejszym

 

 

Najjaśniejszymi punktami kariery Stray'a są jego trzy EPki w Exit Records wydawane rok po roku od 2013. Matchsticks, Chatterbox i Paradise to najlepsze dostępne taneczne eksperymenty bazujące na podstawie dnb. Kolaż gatunków jest niesamowity, siła aranżacji powala, a każdy kolejny materiał przynosi świeższe rozwiązania. Ważną pozycją w jego dorobku jest również mixtape Since You've Been Gone ponownie interpretujący stylistykę ciepłego brzmienia rapu z Detroit najlepszych lat.

 

 

Najmłodszy stażem w całym trio jest Halogenix (Laurence Reading), którego debiutancka kolaboracja z Hydro zatytułowana "Halcyon Daze" w Horizons Music ukazała się na krótko przed narodzinami Ivy Lab na "Askari". Zafascynowany nowoczesną sceną beatową i głębokim liquid funkiem, prezentuje te dwa odmienne oblicza na różnych, często przeciwstawnych płaszczyznach. EPka otwierająca serię Critical Presents: Systems i tegoroczne All Blue EP w Metalheadz to wizytówka jednego z najlepiej prosperujących producentów młodego pokolenia.

 

 

Momentem decydującym o marce Ivy Lab i jej wpływie na scenę była EPka Missing Persons z 2014, wydana rok po pierwszym oficjalnym singlu jako Ivy Lab – Afterthought / Brat również w Critical. Połączenie deepowego drum & bassu z basowym future beatem okazało się być nową jakością na scenie i jednym z pionierskich wydawnictw dla jej renesansu.

 

 

Po serii bootlegów z ubiegłego roku pod szyldem 20/20 LDN promującym ich tworczący się wówczas label, gdzie na warsztat wzięli kilka hip-hopowych klasyków ("Come Clean", "Hey Ma" czy "Superthug"), tego stycznia oddali słuchaczom ich drugą EPkę Twenty Questions, która ugruntowała ich nienaruszalną pozycję jeśli chodzi o wizjonerów klubowego oblicza połamanych brzmień. R&b, współczesny hip-hop, footwork, drum & bass i jungle ponownie spotykają się tu w jednym miejscu, by stworzyć niepowtarzalną całość.

 

 

Ukoronowaniem ich dokonań jest debiutancki longplay 20/20, Volume One sumptem ich własnego, nowo powstałego labelu. Album w całości oparty został na bazie future beatu, hip-hopowej rytmiki i energii, bębnów na pół tempa, barwach wonky i mrocznych liniach basowych. Ivy Lab to jedno z najciekawszych odkryć muzyki elektronicznej ostatnich lat. Ich crossovery, fuzje gatunków i zacieranie granic między nimi to już teraz naprawdę pokaźny dorobek wyjątkowej muzyki i bodziec do apetytu na jeszcze więcej w najbliższej i odległej przyszłości.

 

 

Kamp!

Minęły trzy lata, odkąd na sklepowych półkach pojawił się pierwszy, długogrający album polskiego, łódzko-wrocławskiego tria. 23. października ekipa nareszcie wróciła z nowym LP – krążek zatytułowany jest 'Orneta' i z tej właśnie okazji przedstawiamy na nowo zespół Kamp! – Artystę Tygodnia w Radiu Luz.

 


Historia grupy sięga roku 2008 – Radek Krzyżanowski, Michał Słodowy i Tomek Szpaderski, mając wówczas dwadzieścia kilka lat, kierowani wspólną pasją do muzyki, postanowili razem tworzyć i koncertować. Kamp! to stali bywalcy wszelkich Juwenaliów – kto widział ich na żywo wie, że zdobyli spore grono fanów zanim fizycznie wydali jakikolwiek krążek. Brzmienie zespołu najogólniej określane jest jako elektro-pop i w tych klimatach ekipa czuje się najbardziej swobodnie. W ich nagraniach można znaleźć inspiracje nowofalową muzyką lat 80., niezwykłą melodyjność, dużo syntezatorów, francuski house i wszelkiego rodzaju motywy przywołujące skojarzenia z egzotycznymi miejscami – jak sami artyści przyznali, dźwięki ciepłe i leniwe.

 

https://soundcloud.com/kampmusik/01-heats

 

Wśród najmilszych komentarzy krytyków, jakie zespół Kamp! miał okazję usłyszeć lub przeczytać na temat swoich produkcji, w krótkim artykule promującym najnowsze wydawnictwo zespołu, magazyn K-MAG przytacza: "najlepszy muzyczny towar eksportowy z Polski", "nowy Kraftwerk", "nowa jakość polskiego elektro-popu" czy "oni są typami kreatorów trendów". Co sami artyści sądzą o swojej muzyce? Z pewnością nie są tacy pompatyczni. Idealnie świadczy o tym opinia Tomka Szpaderskiego: "nie podążamy ślepo za trendami, ani nie mamy ambicji, żeby je tworzyć. Gdy zaczęliśmy robić muzykę (…) byliśmy już w centrum trendu. Nigdy go nie wyprzedzaliśmy (…) staraliśmy się iść własną drogą. Super jest słyszeć takie słowa, ale ludzie, którzy rzeczywiście  tworzą trendy, moga poczuć się zażenowani słysząc to określenie skierowane pod naszym adresem."

 

 

Wytwórnię Brennnessel (z języka niemieckiego – pokrzywa, taka ciekawostka) chłopaki z Kamp! założyli w roku 2009. Pierwszym wydawnictwem spod szyldu Pokrzywy była ich własna pięcioutworowa EPka – 'Thales One', wydana trzeciego lutego. Trzy miesiące później opakowali w krążek swój singiel 'Breaking a Ghost's Heart', rok później 'Heats', a w kolejnym roku 'Cairo' – tym razem współpracując z labelem 'Discotexas'. 

 

 

Upalny i taneczny 'Cairo' sprawił, że czekanie na debiutancki album grupy stawało się nie do zniesienia – zarówno publiczność, jak i dziennikarze czy krytycy z niecierpliwością wypatrywali długogrającego wydawnictwa. Na to Kamp! kazał uzbroić się w cierpliwość – LP wyszedł dopiero 23.11.2012 i spotkał się w większości z przychylnymi opiniami. Część z nich pełna zachwytu, inni narzekali, że albumowi sporo brakuje i pozostawia nienasycenie. Pozostawał jednak fakt – Kamp! wykonali kawał dobrej roboty, zaczęli gruntować swoją pozycję na rynku, a ich wyrazisty styl stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny.

 

kamp-kamp1

 

Wiosną 2014r. zespół wrócił z nowym singlem, nagranym w madryckim studiu Red Bulla utworem 'A New Leaf'. Piosence towarzyszy teledysk zrealizowany przez Sonię Szóstak, utalentowaną fotografkę młodego pokolenia, artystka jest również autorką okładki singla. Stworzone na fali oraz motywie rozprzestrzeniającego się w tym czasie w internecie z zawrotnym tempem artystycznego video 'beautiful agony', klip wraz z fotografią w ostatniej chwili stracił zgodę na wykorzystanie wizerunku, tym samym zespół zmuszony został do zasłonięcia twarzy filmowanej osoby i ostatecznie oddał słuchaczom wersję  ocenzurowaną. Mimo to napisany w tonacji G-dur pogodny utwór wciąż zasługuje na szczególną uwagę. 

 

 

W dwatysiące czternastym grupa nie przestawała zaskakiwać – jesienią do sieci wyszła ich kolejna EPka – spod szyldu nowojorsko-londyńskiej wytwórni Cascine. Nieco chłodniejsze brzmienie, niż te, do którego przezwyczaiło nas trio, drapieżne, brudniejsze syntezatory, duszne i hipnotyczne melodie złożyły się na trzy-utworowy Extended Play 'Baltimore', niepodobny do niczego, co mogliśmy wcześniej od Kamp! usłyszeć. Tytułowy 'Baltimore' oraz kolejno 'Parallels' i 'Early Days' idealnie wpasowały się w ubiegłoroczną jesień, równocześniej sprawiając, że od Kampa zaczęliśmy oczekiwać więcej – w końcu współpraca z wytwórnią wydającą tak wysokogatunkowe popowe specjały wyjątkowo wzmaga apetyt.

 

 

Po wydaniu na początku października pierwszego utworu z nadchodzącego albumu grupy, wówczas jeszcze bez daty premiery, pojawiły się głosy zarówno zachywtu, tłumaczonego słowami "wrócił stary dobry Kamp!", jak i zawodu pomieszanego z niechęcią – właściwie z tego samego powodu. Trio postanowiło odświeżyć pamięć słuchaczom typowo singlowym, niezwykle chwytliwym numerem 'No need to be kind'. Jednak pojawienie się długogrającego krążka dało nadzieję tym nastawionym  krytycznie – brzmienie nowego albumu 'Orneta' jest wyjątkowo różnorodne, zwłaszcza zważając na fakt, że artyści przyzwyczaili publiczność do raczej przewidywalnych produkcji. Różnorodność jednak nie oznacza przesady – utwory wciąż zachowują znajomy, Kampowy mianownik, i mimo, iż opakowane w ciekawsze aranżacje i nie aż tak upalne dźwięki – jak podkreślają twórcy, 'Orneta' to raczej letnia podróż na północ – przystępność tworzonej muzyki jest dla nich rzeczą bardzo ważną – sami mówią, że chcą, aby ich twórczość trafiała do ludzi, a nie do elitarnej niszy.

 

 

'Ornetę', zamyka utwór zatytułowany '3000 Days'. Muzycy z dozą nostalgii tłumaczą: "cały album opowiada o naszym funkcjonowaniu we trójkę…" "jest o nas, o zespole. O tym, jak wyglądają nasze relacje, i o tym, jak żyje się w trasie. Jest tu motyw drogi, zmęczenia, sukcesów i porażek. Właśnie to jest na tej płycie. To jest klucz do tego, jak należy ją odbierać." Dostajemy też garść informacji związanych z samym numerem zamykającym: "Te tytułowe 3000 dni to lekkie nadużycie, ale mniej więcej od takiego czasu, jesteśmy sobie, chcąc nie chcąc, najbliższymi ludźmi, partnerami do bitki i do szklanki. Wiemy o sobie wszystko, a czasem zupełnie nic. 3000 days to typowy closer i gdybyśmy mieli dziś zakończyć naszą przygodę z Kamp!, to właśnie tym utworem."
 

Joanna Newsom

Joanny Newsom zazwyczaj nie usłyszycie w radiu, zazwyczaj nie znajdziecie jej płyt w sklepach wielkopowierzchniowych — nie posłuchacie ich też na Spotify. Newsom nie znajdziecie ani na Facebooku, ani na Twitterze. Nie zobaczycie jej w telewizji, ani w kolorowych magazynach. A jednak ta amerykańska songwriterka, harfistka i wokalistka już od ponad dekady święci triumfy w niszy, którą niejako sama sobie stworzyła. I choć nie chce, by wiązano ją z jakąkolwiek sceną muzyczną, podstawą jej kameralnego brzmienia jest freak folkowy rewiwal zdobny w barokowe ornamenty. 23 października po pięciu latach oczekiwania ukazał się wreszcie jej czwarty krążek — Divers. Panie, Panowie, Joanna Newsom!

 

 

Debiutancki album Joanny Newsom The Milk-Eyed Mender wydano w 2004 roku. Zanim jednak do tego doszło, nagranie można było usłyszeć także na jednej z dwóch epek wypuszczonych własnym sumptem przez zaledwie 20-letnią wówczas piosenkarkę. W posiadanie nagrań, które Newsom sprzedawała wyłącznie na koncertach w bardzo limitowanych nakładach, wszedł wówczas niejaki Will Oldham, znany raczej jako Bonnie 'Prince' Billy, jedna z najbardziej ikonicznych postaci współczesnego undergroundowego country. Oldham, będąc pod wrażeniem talentu Newsom, przekazał piosenki szefowi wytwórni Drag City. To zaowocowało kontaktem, trwającym zresztą do dziś. Newsom błyskawicznie wzbudziła powszechną sensację. Gdyby muzykę Joanny Newsom udało się kiedyś komuś zmieścić w miniaturowej pozytywce, można by ją wkleić w słowniku przy słowie "zagmatwany", by nie zapędzić się aż do strony z hasłem "dziwaczny". Bo choć rzeczywiście melodycznie piosenki Newsom bywają wymagające, a sprawy nie ułatwiają ich nierzadko obszerne rozmiary, piosenkarka wcale nie unika przebojowych refrenów. Zwłaszcza na debiutanckiej płycie The Milk-Eyed Mender z 2004 roku, jak dotąd najbardziej kompaktowym obliczu artystki, refreny aż proszą się, by nucić je razem z wokalistką.

 

 

To fascynujące, ale każdy kolejny album Joanny Newsom był na swój sposób przełomowy. Podczas gdy po udanym debiucie wielu nie wytrzymuje presji drugiego krążka, Newsom znalazła idealny sposób na reinkarnację artystyczną. Wydany w 2006 roku album Ys, pod kątem krytyczym, jeśli nie liczyć niepochlebnej trzyzdaniowej notki w amerykańskiej edycji magazynu Rolling Stone, okazał się iście spektakularnym sukcesem. Tym razem swój talent songwriterski artystka przekuła na zaledwie pięć kompozycji — z których każda trwała średnio 10 minut. Rozbudowana narracja, pokrętna melodyka, 29-cioosobowa orkiestra, w pełni analogowe nagranie, miks Jima O'Rourke'a oraz produkcja i aranż Vana Dyke'a Parksa — tak hasłowo, w straszliwym uproszczeniu opisać można to, czym właściwie było Ys.

 

 

Nie sposób jednak przekuć na słowa nadzwyczaj barwnego brzmienia Ys. Album, zawdzięczający swoją nazwę mitycznemu bretońskiemu miastu pochłoniętemu przez ocean, znaczną część swojego nieprawdopodobnego animuszu zawdzięczało orkiestrowym aranżacjom niejakiego Vana Dyke'a Parksa, który nie tylko tworzył muzykę filmową czy przybliżał Amerykanom brzmienie calypso, ale wcześniej, u schyłku psychodelicznych lat 60. był głównym songwriterem najsłynniejszego niewydanego albumu w historii rock & rolla — SMiLE Beach Boysów. Mniej więcej w tym samym czasie nakładem Warner Bros. ukazał się jego debiutancki album Song Cycle, płyta jedyna w swoim rodzaju, de facto nieopisywalna, mieszająca kabaretowe impresje z barokowymi aranżami na kanwie art popowych piosenek. Ten właśnie krążek pokazał Joannie jej ówczesny chłopak Bill Callahan podczas jednego z wypadów za miasto. Piosenkarka akurat pracowała nad wykończeniem napisanych już kompozycji i jedyne w swoim rodzaju aranże Parksa przypadły jej do gustu na tyle, że nie mogła oderwać się od Song Cycle przez trzy kolejne dni. I tak Newsom zaprosiła Parksa do współpracy. Nie była to jednak rzecz łatwa. Spośród zaproponowanych piosenkarce aranży tylko jeden od samego początku przypadł jej do gustu. Reszta powstawała w pocie czoła przez kolejne pół roku. Sam Parks współpracę z Newsom nazwał zresztą największym wyzwaniem w jego karierze.

 

 

Cztery lata później spod ręki artystki wyszedł kolejny, nawet bardziej ambitny projekt. Historia nie zna wielu przypadków trzypłytowych studyjnych albumów muzycznych — wśród nich jeszcze mniej jest takich, które zasługują na uwagę, a tymczasem Have One on Me Joanny Newsom, wydane przed pięcioma laty w mroźny lutowy wtorek, niemal jednogłośnie zjednało sobie przychylność i słuchaczy, i krytyki. Choć w porównaniu do barokowego Ys artystka znacząco odchudziła nowe kompozycje z aranżacyjnego poloru, projekt w dalszym ciągu był bardzo ambitny. Według niektórych aż za bardzo, zwłaszcza że tuż przed nagraniami piosenkarka w wyniku choroby krtani straciła głos na dwa miesiące. Płytę, czy raczej płyty, udało się jednak szczęśliwie nagrać i zmiksować jeszcze przed końcem 2009 roku. Oba procesy miały miejsce w Tokio, co być może zainspirowało lub było inspirowane orientalnym, wyciszonym brzmieniem części aranży. Nie forma jedynie, ale także treść  jest kluczem do zrozumienia wizji artystycznej Newsom, która z biegiem czasu skierowała się w stronę otwartej poetyckiej narracji, jednocześnie uciekając od refrenów, których pisanie tak dobrze wychodziło jej jeszcze kilka lat wcześniej. Nie ma co ukrywać — Have One on Me z racji monumentalnej formy upstrzonej rozmaitymi zawiłościami zostało stworzone z myślą o wielokrotnych odsłuchach.

 

 

Renesansowe tańce dworskie i hip hopowe bity, melotron, klawesyn i harfę, Filharmoników Praskich, proste melodie i zawiłą lyrikę, piękno, niewinność, tajemnicę, surrealizm, chaos i science fiction, solidny bagaż tradycyjnej muzyki folkowej z Appalachów, awangardę i modernizm, miłość i śmierć. To wszystko w rozmaitych ilościach i konfiguracjach ukonstytuowało najnowszą płytę Joanny Newsom — Divers. Z jedenastoma piosenkami mieszczącymi się bez problemu na jednym krążku CD to najpewniej najbardziej piosenkowy album Newsom od debiutanckiego The Milk-Eyed Mender. Promocji płyty towarzyszył zaledwie drugi w karierzy Newsom teledysk wypuszczony w połowie sierpnia tego roku do utworu "Sapokanikan". Klip, w którym piosenkarka przechadza się ulicami Nowego Jorku, wyreżyserował zresztą jeden z najwybitniejszych współczesnych twórców filmowych — Paul Thomas Anderson, z którym Newsom współpracowała już przy jego zeszłorocznym filmie Wada ukryta.

 

 

Faithless

W tym miesiącu ukazała się składanka Faithless 2.0, na której zostały zgromadzone nie tylko największe hity wydane na przestrzeniu ostatnich 20 lat, ale także duża ilość świeżych remiksów najważniejszych utworów formacji. Z tego właśnie powodu legendarny brytyjski zespół Faithless jest artystą tygodnia w Akademickim Radiu Luz. 

 

 

Londyn, rok 1995. W jednym studiu spotykają się cztery osoby z różnych muzycznych światów. Są to: Maxi Jazz – były członek zespołów hiphopowych i raper; Jamie Catto – zafascynowany muzyką world artysta odpowiedzialny za pisanie ballad; Rollo Armstrong – producent muzyczny i multiinstrumentalista oraz Sister Bliss – najmłodsza w całym towarzystwie keyboardzistka, songwriterka i DJka. Z tej wybuchowej mieszanki powstaje wydany jeszcze w tym samym roku pierwszy singiel zespołu, który otrzymuje tytuł Salva Mea.

 

 

Formacja, ze względu na ironiczne odniesienie do silnych wierzeń poszczególnych członków, zyskuje nazwę Faithless. Wyraźnie zaczyna się też rysować zakres obowiązków każdego z założycieli zespołu. Rollo zostaje szefem całej grupy i odpowiada za produkcję, Maxi Jazz jest wokalistą, Sister Bliss nadaje brzmieniu Faithless elektronicznego smaczku, a Jamie Catto, który w późniejszym czasie stanie się dyrektorem artystycznym formacji, tworzy charakterystyczne triphopowe ballady, które po raz pierwszy pojawiają się na wydanym w 1996 roku debiutanckim albumie Reverence.

 

 

Na debiutanckim albumie Faithless pojawiają się pierwsi gościnnie występujący wokaliści, co później okazuje się być znakiem rozpoznawczym zespołu. Na Reverence możemy usłyszeć Pauline Tayler oraz Dido, która jest siostrą Rollo Armstronga, czyli producenta zespołu. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że piosenka Flowerstand Man, na której wokalnie udziela się właśnie Florian Armstrong, będzie początkiem kilkunastoletniej współpracy, a Dido pojawi się na każdej kolejnej płycie zespołu Faithless.

 

 

Przy rozważaniach na temat debiutanckiego krążka Faithless nie można nie wspomnieć o fakcie, że to właśnie na tym albumie znalazł się utwór Insomnia, który stał się największym hitem zespołu. W przeprowadzonym dwa lata temu głosowaniu, czytelnicy branżowego magazynu Mixmag wybrali tą kompozycję piątym najważniejszym nagraniem wszechczasów z gatunku muzyki dance. Kompozycja ta dotarła również do pierwszych miejsc list przebojów w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Kanada, Szwajcaria, Finlandia i Norwegia.

 

 

Na fali popularności pierwszego albumu zespołu Faithless, formację szybko zaczęto nazywać londyńską odpowiedzią na pochodzący z Bristolu Massive Attack, a komercyjny sukces Reverence oraz światowa trasa koncertowa popchnęły grupę do pracy nad kolejną studyjną płytą. W ten sposób powstał wydany w 1998 roku album Sunday 8pm, na którym intensywne dance'owe kompozycje – jak na przykład God is a DJ czy Take The Long Way Home – znów mieszają się z wypełnionymi refleksjami balladami. 

 

 

W 1999 roku zespół opuszcza Jamie Catto, który postanawia założyć multimedialny projekt 1 Giant Leap specjalizujący się w muzyce world. Pozostała trójka nie zamierza jednak zwalniać tempa i na przełomie wieków rozpoczyna nagrywanie trzeciego już albumu. Opublikowany ostatecznie w 2001 roku krążek Outrospective spotyka się z mieszanym przyjęciem brytyjskiej prasy, ale mimo tego do dziś pozostaje jedną z najlepiej sprzedających się płyt Faithless, a znajdujący się na niej singiel We Come 1 dociera do trzeciego miejsca brytyjskiej listy przebojów, czym wyrównuje osiągnięcie utworu Insomnia.

 

 

W roku 2004 na rynku pojawia się album No Roots, na którym Faithless rzeczywiście – jak wskazuje tytuł krążka – zrywają ze swoimi muzycznymi korzeniami. Na płycie nie znajdziemy wielkich hitów pokroju God Is A DJ czy Insomnii, po raz pierwszy w trackliście nie ma też żadnego utworu przekraczającego siedem minut. Zamiast tego artyści postawili na stworzenie klimatycznych kompozycji i przekazanie wiadomości, jak na przykład w najbardziej znanej piosence z tego albumu czyli Mass Destruction. Wszystkie te zabiegi okazują się być strzałem w dziesiątkę – No Roots jako pierwszy i jedyny krążek Faithless wspina się na pierwsze miejsce listy najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii.

 

 

W 2005 roku wśród fanów Faithless zaczynają krążyć nieprzyjemne plotki – odbywająca się w tamtym czasie trasa koncertowa zespołu zorganizowana z okazji wydania składanki z największymi hitami rzekomo ma być pożegnalną trasą formacji. Zarówno kompilacja Forever Faithless jak i sam tour okazują się być jednak ogromnym sukcesem, dlatego podbudowani takim przyjęciem Maxi Jazz, Sister Bliss i Rollo Armstrong decydują się kontynuować działalność. Efektem ich pracy jest wydana w 2006 roku płyta To All New Arrivals, na której wokalnie udzielają się na przykład Robert Smith z zespołu The Cure, a także Cat Power.

 

 

Odejście od tanecznych korzeni zespołu nie mogło trwać wiecznie, dlatego nie dziwi fakt, że opublikowany w 2010 roku szósty studyjny album Faithless wypełniony jest stylistycznym powrotem do pierwszych płyt formacji. W utworze Not Going Home, który otwiera płytę, Maxi Jazz śpiewając zapewnia, że to jeszcze nie koniec i że jeszcze nie wybiera się do domu – niestety, rok później grupa ogłasza koniec swojej działalności, a album The Dance okazuje się być ostatnim krążkiem zespołu Faithless.

 

https://www.youtube.com/watch?v=jqmtqbNuqG4

 

Wracamy do domu – taką wiadomość w lutym tego roku, a więc cztery lata po ogłoszeniu decyzji o zawieszeniu działalności, przekazują swoim fanom członkowie zespołu Faithless. Wszystko dlatego, że na rok 2015 przypada dwudziesta rocznica powstania formacji i z tej właśnie okazji Maxi Jazz i Sister Bliss postanawiają znowu pojawić się na scenie w trakcie specjalnie zorganizowanej trasy koncertowej. Co więcej, 9 października ukazuje się dwupłytowa kompilacja Faithless 2.0, na której oprócz największych hitów znajdują się również liczne remiksy najważniejszych utworów zespołu.

 

 

Gramatik

Niekwestionowany mistrz bitów i sampli, z niezliczoną liczbą utworów. Denis Jasarevic, słoweński producent, na stałe mieszka i tworzy w Nowym Jorku. Na scenie muzycznej jako Gramatik istnieje od 7 lat, a w tym tygodniu obchodzi swoje 30 urodziny. Z tej okazji przyglądamy się jego twórczości, a zwłaszcza początkom, które charakteryzowały się unikatowym, oldschoolowym brzmieniem: połączeniem wybitnie pociętych wokali z głównie jazzowymi instrumentami – trąbką, saksofonem, gitarą, perkusją. 

 

 

grams

 

Gramatik już jako małe dziecko wiedział, że muzyka to jego pasja. Początki przygody Denisa Jasarevicza sięgają czasów, gdy ten miał zaledwie 3 lata. Jego matka wielokrotnie była świadkiem słuchania przez syna amerykańskiego funku, jazzu, soulu i bluesa z kaset należących do starszej siostry. Kilka lat później artysta zaczął słuchać też hip hopu i takich artystów jak DJ Premier czy Dr Dre. Wpływ wszystkich tych gatunków do tej pory słychać w jego utworach.

 

 

 

 

Gramatik dzięki swoim rodzicom rozpoczął lekcje gry na pianinie w drugiej klasie szkoły podstawowej, ale odpadł z niej po 2 latach, ponieważ, jak sam twierdzi, nie potrafił wczuć się w muzykę klasyczną. Później zaczął brać prywatne lekcje gry na pianinie i uczyć się tych gatunków, które naprawdę lubił, czyli głownie Rhytm & Blues.

 

 

 

 

W 2009 Gramatik podpisał kontrakt z wytwórnią Pretty Light Music, która wyprodukowała całą jego twórczość za darmo. Wtórowało to poglądowi artysty, który postulował za tym, aby uwolnić muzykę udostępniając ją każdemu – ‘’freeing music by
 making music free’‘. Był on jednym z pierwszych, którzy odważyli się na taki krok. Upublicznienie całej swojej dyskografii okazało się strzałem w dziesiątkę. Słuchacze zaczęli udostępniać utwory internetowo i masowo pojawiać się na jego koncertach.
 

 
Dla Gramatika, muzyka to coś znacznie więcej niż tylko nazwa gatunku i dzielenie na kategorie. Według niego, to podkreślanie wszystkiego, co człowieka w niej porusza i eliminowanie tego, co zupełnie nie. 
Dzisiaj ma ponad 100 000 utworów sprzedanych na Beatporcie, 9 albumów, 4 EPki, jest na szczycie
najróżniejszych gatunkowo toplist i jest producentem światowej klasy.
Wystąpił na dziesiątkach koncertów i ma fanów na całym świecie.