Archiwum

Janet Jackson

Jedna z najważniejszych artystek sceny R&B wraca po 7 latach milczenia. Jedenasty album w dorobku Janet Jackson, Unbreakable, to powrót do formy na który jej fani czekali od lat.                                             

       

***

 

Janet Damita Jo Jackson urodziła się jako ostatnia z dziewiątki rodzeństwa w najsłynniejszym muzycznym klanie XX wieku. Na młodzieńcze lata Janet przypadły największe sukcesy jej braci, najpierw osiągane w legendarnej grupie The Jackson 5, a następnie solowe. Po kilku epizodach aktorskich, na początku lat 80-tych także Janet postanowiła spróbować swoich sił w świecie muzyki.

 

Porażka dwóch pierwszych albumów, Janet Jackson (1982) oraz Dream Street (1984), nagranych pod naciskiem ojca rodu, Joe Jacksona, skłoniła Janet do całkowitego wydostania się spod presji sławnej rodziny. Nowo odnaleziona niezależność zaowocowała powstaniem albumu Control. Wydany w 1986 roku krążek szybko stał się klasykiem R&B, stanowiąc także początek współpracy Janet z teamem producenckim Jimmy Jam & Terry Lewis, który odpowiadał za brzmienie jej albumów przez kolejnych 20 lat.

 

Trzy lata po stanowiącym przełom komercyjny oraz artystyczny albumie Control, Janet Jackson powróciła z najambitniejszym projektem w swojej karierze. Wydany w 1989 roku album Rhythm Nation 1814 oprócz sztandarowych tematów, jak relacje damsko-męskie, podejmował także problemy współczesnej Ameryki – jak choćby bezdomność, analfabetyzm czy rosnąca przestępczość. Utwory takie jak "State of the World" czy "The Knowledge" podkreślały to nie tylko zorientowanymi społecznie tekstami, ale także surowym, niemal industrialnym brzmieniem, o które po raz kolejny zadbał reprezentujący funkową scenę Minneapolis duet Jimmy Jam & Terry Lewis. Album okazał się ogromnym sukcesem na listach Billboardu, pokrywając się siedmiokrotną platyną i lansując aż siedem singli które dotarły do pierwszej piątki listy Hot 100 – ten wyczyn nie został powtórzony do dziś.

 

 

Choć albumy Control i Rhythm Nation 1814 uczyniły z Janet Jackson gwiazdę muzyki na jej własnych prawach, w wielu miejscach świata nadal postrzegana była głównie jako siostra swojego brata – z tymi porównaniami walczyła już od wydania albumu Control, świadomie dystansując swoją twórczość od nazwiska Jackson. Dopiero wydany w 1993 roku krążek Janet. pozwolił jej ostatecznie wyjść z cienia sławnego brata. Po kilkuletniej przerwie Janet wróciła ze świeżym wizerunkiem i całkiem nowym podejściem. Ciężar i chłód poprzedniej płyty został zastąpiony o wiele cieplejszym, lżejszym brzmieniem, a całość dopełnił zmysłowy i silny jak nigdy dotąd wokal Janet. W warstwie tekstowej piosenkarka po raz pierwszy odważyła się na śmiałe odniesienia do  kobiecej seksualności, której rozmaite odcienie eksplorowała w takich utworach jak "If", "Any Time, Any Place", czy najbardziej przebojowy "That's the Way Love Goes". Na albumie Janet. słuchacz ma do czynienia nie tylko ze świadomą artystką, ale także z dojrzałą kobietą.

 

Półtoraroczną trasę koncertową promującą album, Janet przepłaciła depresją. Zmagania z chorobą, które skłoniły artystkę do zmierzenia się z bolesną przeszłością oraz trudnym dzieciństwem spędzonym w bezwzględnym świecie biznesu muzycznego, stały się fundamentem na którym powstał album The Velvet Rope. Krążek, do dziś uważany za jej magnum opus, ujrzał światło dzienne jesienią 1997 roku i stanowił zdecydowanie najambitniejszą propozycję piosenkarki. Biorąc na warsztat tak trudne tematy jak samoakceptacja, homoseksualizm czy przemoc domowa, Jackson po raz kolejny pokazała odwagę która wyróżniała ją na tle większości koleżanek z branży. Album  stanowi niezwykle udaną hybrydę wielu gatunków muzycznych, m.in. soulu, funku, hip-hopu i house'u (singlowy "Together Again"), samplując przy tym twórczość takich artystów jak Marvin Gaye i Joni Mitchell.

 

 

W nowe millenium Janet Jackson weszła najbardziej przebojowym i przystępnym albumem w swojej karierze. Młodzieńcza energia zawarta na wydanym w 2001 roku krążku All for You stanowiła sporą odmianę po trudnej, ponurej tematyce eksplorowanej na wydanym cztery lata wcześniej The Velvet Rope. Nowe, beztroskie oblicze Janet podzieliło fanów i krytyków, jednak mimo to album spotkał się z dużym sukcesem komercyjnym, pozwalając Janet konkurować na listach bestsellerów z nową generacją młodych wokalistek, takich jak Britney Spears czy Christina Aguilera. Muzycznie i tekstowo, All for You kontynuował drogę utorowaną przez swoich trzech poprzedników, w dalszym ciągu eksplorując tematykę kobiecej seksualności i niezależności. 

 

Trzy lata po wydaniu All for You, w roku 2004 miał miejsce słynny występ Janet na 37. finale SuperBowl, podczas którego obnażona pierś artystki wywołała wielki skandal obyczajowy. Wydany na fali skandalu, skądinąd udany album Damita Jo, zawierający najodważniejsze teksty w karierze amerykanki, przepadł z kretesem, rozpoczynając serię chudych lat w karierze Janet. Dwa kolejne albumy, 20 Y.O. oraz Discipline, pomimo usilnych starań piosenkarki także nie odniosły pożądanego sukcesu, spotykając się z chłodnym przyjęciem fanów. Cieniem na życiu Janet położyła się także nagla śmierć brata Michaela w 2009 roku. Od tamtej pory artystka niemal całkiem wycofała się z życia publicznego.

 

Niepocieszeni jej milczeniem fani odetchnęli z ulgą dopiero w lipcu tego roku, kiedy wydany został pierwszy od pięciu lat singiel Janet. Utwór "No Sleeep", zwiastujący jedenasty album w jej karierze, zadowolił zarówno wielbicieli twórczości Janet, jak i dziennikarzy muzycznych, którzy zgodnie okrzyknęli go najlepszym od ponad dekady.

 

 

Początek października przyniósł w końcu premierę wyczekiwanego przez wielu, pierwszego od siedmiu lat albumu Janet Jackson. Krążek Unbreakable ukazał się nakładem labelu arty​stki, Rhythm Nation. Tym, co odróżnia najnowszy album Janet od kilku poprzednich, chłodno przyjętych krążków, jest eksplorowana przez nią mnogość gatunków oraz kontekstów muzycznych. Powrót do współpracy z teamem producenckim Jimmy Jam & Terry Lewis, który odpowiada za jej najlepsze dokonania, odpłacił się najbogatszym stylistycznie albumem w karierze Jackson. Także tekstom na Unbreakable daleko do monotematyczności. Lata spędzone z dala od muzycznego światka sprawiły, że artystka zgromadziła spory bank tematów do poruszenia. Jak celnie ujął jeden z recenzentów, "Unbreakable to taki rodzaj albumu, który tworzy wspaniały artysta gdy czuje że ma coś do powiedzenia i zupełnie nic do udowodnienia".

 

Spektrum jest szerokie; w inspirowanym brzmieniem Motown "Broken Hearts Heal" Janet z uśmiechem na ustach podejmuje temat śmierci brata Michaela, w refleksyjnym "After You Fall" odnosi się do trudnego czasu po skandalu "Nipplegate", a w "Lessons Learned" staje się obserwatorem toksycznego związku, podtrzymywanego jedynie przez przyzwyczajenie. Kilka utworów, jak przejmujący "Shoulda Known Better", nawiązuje do tematyki zawartej na albumie Rhythm Nation 1814, prezentując bardziej dojrzałe spojrzenie na problemy społeczne dzisiejszego świata. Po raz pierwszy od lat Janet pozwala sobie na chwilę niewymuszonej refleksji. Jednym z bardziej przekonywujących w warstwie tekstowej utworów jest także "The Great Forever", w którym artystka bezlitośnie rozprawia się ze wszystkimi którzy poszukują w jej życiu prywatnym źródła sensacji, krytykując małżeństwo z katarskim businessmanem, Wissamem Al Mana. Z kolei w otwierającym krążek, tytułowym "Unbreakable" gwiazda w szczery, bezpretensjonalny sposób zwraca się do swoich fanów oraz wszystkich tych, którzy na przestrzeni lat życzyli jej dobrze. Pełen życia wokal Janet niesiony jest tu przez utkany z sampli podkład, przywodzący na myśl twórczość The Jackson 5. To pierwszy raz kiedy najmłodsza z rodzeństwa Jacksonów pozwala sobie na czytelne odniesienia do dorobku braci. Nie zabrakło także beztroskich, mniej ambitnych lirycznie momentów, stworzonych z myślą o parkiecie. Jednym z nich jest nagrany z gościnnym udziałem Missy Elliott utwór "Burnitup!"

 

 

Nowe utwory Janet tylko zaostrzyły apetyt fanów na więcej. Korzystając z tego, artystka zdecydowała się wyruszyć w światową trasę koncertową Unbreakable World Tour, którą rozpoczęła w sierpniu tego roku świetnie ocenionym koncertem w Vancouver. Trasa potrwa aż do następnych wakacji, a europejscy fani będą mieli okazję usłyszeć Janet na przełomie marca i kwietnia. Artystka wystąpi w jedenastu miastach na starym kontynencie, między innymi w Paryżu i Berlinie. 

 

Powrót Janet Jackson do świata muzyki już można uznać za udany. Zadowoleni fani, jedne z najlepszych recenzji w karierze oraz numer jeden na liście bestsellerów magazynu Billboard świadczą tylko o tym, że świat tęsknił za najmłodszą z rodzeństwa Jacksonów. Wisienką na torcie okazała się prestiżowa nominacja do Rock and Roll Hall of Fame. Fani i dziennikarze muzyczni są zgodni – album Unbreakable to powrót na który warto było czekać – taki, którego nigdy nie zdążył nagrać jej brat.

 

 

Dan Auerbach

Lider The Black Keys, współtworca Blakroc, autor solowego "Keep It Hid". Niedawno uformował coś nowego – The Arcs z debiutem sprzed miesiąca. Dodatkowo mnóstwo wyprodukowanych płyt i występów gościnnych. To Dan Auerbach, najprawdziwszy, współczesny bluesman.

 

Początek: The Barnburners

 

Ale od początku… Zaczęło się dość klasycznie, ale mimo wszystko niepozornie. Akron, Ohio. Rodzina z muzycznymi korzeniami, na półkach mnóstwo płyt winylowych ojca, wujek grający bluegrass. Ciężko było przypuszczać, że chłopak, którego pierwszym koncertem w życiu był występ Whitney Houston zostanie później jednym z lepszych muzyków XXI wieku. A jednak. Dan niczym nie różnił się od innych nastolatków, ale gdzieś z tyłu głowy rodziła mu się myśl, żeby grać na gitarze. Z pomocą przyszedł Junior Kimbrough, którego nagrań nie mógł przestać słuchać i który bardzo często był przyczyną zaniedbania szkoły. Na poważnie Dan zaczął grać stosunkowo niedawno, można powiedzieć na przełomie wieku. Wtedy powstał zespół The Barnburners, z którym Auerbach nagrał Ep-kę przesyconą brudnym bluesowym brzmieniem; znalazło się tam kilka bluesowych standardów.

 

 

The Black Keys

 

Barnburners jednak nie przyniosło ani sławy, ani profitów. Zespół został rozwiązany. W międzyczasie Dan zaczął jammować z sąsiadem oraz kumplem ze szkoły Patrickiem Carneyem. Okazało się, że bardzo dobrze się rozumieją i postanowili założyć najprostszy band na świecie – gitara i perkusja – oraz nagrać demo. Patrick zapewnił sprzęt i studio nagraniowe – piwnicę. Nic więc dziwnego, że finalny materiał brzmiał bardzo surowo, był nawet nieco rozmyty. Ostatecznie przyciągnął jednak wytwórnię Alive Naturalsound, pod której szyldem The Black Keys, bo taką wybrali nazwę, wydali swój debiut "The Big Come Up". Potem było już tylko lepiej. Płyta, choć daleko jej było do popularnej wtedy muzyki, zebrała bardzo dobre oceny, a zespół – lokalnych fanów. Przede wszystkim bardzo pozytywnym aspektem było złapanie kontaktu z Fat Possum, w której nagrywali najwięksi idole Auerbacha z Juniorem Kimbrough'em na czele. Potem były "Rubber Factory" i "Magic Potion", na których nastąpiła mała ewolucja brzmienia. Utwory były bardziej dynamiczne, perkusja wyraźniejsza, a i gitarowe riffy drapieżne. Wcześniej bardzo niechętni, Dan i Patrick coraz bardziej zaczęli się przekonywać do promocji swojej muzyki. Ich utwory zaczęły pojawiać się w reklamach, filmach czy serialach. Zespół znacznie zyskiwał na popularności, jednak tylko w Stanach Zjednoczonych. Miało się to zmienić wraz ze zmianą producentam, którym został Danger Mouse, i wytwórni na V2 Records. The Black Keys nie chcieli już być utożsamiani tylko z bluesem. Na koniec współpracy nagrali jeszcze album "Chulahoma" z własnymi interpretacjami piosenek Junior'a Kimbrough'a.

 

 

"Attack & Release" było nieznaczym tylko złagodzeniem dotychczasowego brzmienia, niemniej pojawiły się również klawisze, a zespół funkcjonował jako duet już tylko w studiu – na koncertach pomagał im klawiszowiec, basista i drugi gitarzysta. Niemniej ich muzyka stała się bardziej pełna i, co najważniejsze, przystępna dla wszystkich. Wielu ludzi się do nich przekonało, jednak to płyta "Brothers" wywołała wielki boom w Europie. 3 nagrody Grammy, wyprzedana trasa w niemal każdym kraju, niezapomniane koncerty festiwalowe. Jednak ten album już mocno zrewolucjonizował twórczość amerykanów. Zresztą nie tylko. Zmienił się również ich wizerunek. Utwory były znacznie cieplejsze, znacznie bardziej popowe, jednak zyskały świetne kompozycje i chyba uczyniły płytę najbardziej dojrzałą w historii zespołu. Już rok później przyszedł czas na następcę – "El Camino", która jest najbardziej rock'n'rollowa w całym dorobku, ale jest konsekwentnym podążaniem drogą wyznaczoną poniekąd przed Danger'a Mouse'a. Kolejne dwa lata przyniosły zamykający dyskografię "Turn Blue", coraz bardziej odległe od pierwszych poczynań zespołu, z miejscem na całkiem udane eksperymenty wokalne Dana, oraz długo wyczekiwany koncert zespołu w Polsce podczas zeszłorocznej edycji Open'er Festivalu.

 

Przez 14 lat istnienia zespół bardzo ewoluował. Dan długą brodę zamienił na lekki zarost. Zdecydowany wokal na, często piękne, falsety. Proste kompozycje na te bardziej rozbudowane. Nie ulega jednak wątpliwości, że ewolucja jest naturalnym elementem każdej kariery, jednak Auerbach robi to w bardzo wyważony sposób.

 

 

dan-auerbach-850-100

 

Kariera solowa

 

W najbardziej burzliwym okresie dla The Black Keys (zmiana producenta, ewolucja brzmienia, rosnąca popularność, projekt Blakroc…) Dan zdecydował się nagrać płytę solową. Wraz z zespołem Hacienda, znanym wcześniej z wytwórni Alive Naturalsound, utworzył The Fast Five. Powstała płyta "Keep It Hid" sygnowana nazwiskiem Auerbacha. Było to niejako oddanie hołdu muzyce rockowej lat 60. i 70., ale pojawiały się tam również elementy bluesa, rocka i folku. Nic więc dziwnego, że nie została wydana jako Black Keys. Wydaje się, że ten krążek był swoistym upustem inspiracji zdobytych przez Dana przy produkcji płyt innych artystów.

 

 

Blakroc

 

…czyli połączenie zmysłowego soulu, surowego bluesa i rapu. Połączenie The Black Keys z największymi raperami m.in. Mos Defem, Jimem Jonsem czy RZA zaowocowało niezwykłym albumem. Ujawiniła się tutaj fascynacja Auerbacha hip-hopem, a także utwierdził dryg producencki. Od tego czasu zaczął parać się tym na dobre. Również hip-hop cały czas gdzieś za nim chodził… Dan pojawił się na singlu Freddiego Gibbsa, a wraz z Patrickiem Carneyem i RZA nagrali "brutalny" teledysk promujący film "The Man With The Iron Fist". Mimo takich sukcesów, Panowie raczej nie przewidują powstania Blakroc 2.

 

 

The Arcs

 

Patrick Carney podczas przedłużającej się światowej trasie koncertowej promującej "Turn Blue" nabawił się kontuzji barku. Pokrzyżowało to trochę "czarnym klawiszom" plany. I nie chodzi tu wcale o odwołany polski koncert grupy w Warszawie. Raczej o przełożenie planowanych sesji nagraniowych do kolejnej już płyty "duetu". Niedyspozycja perkusisty dała Auerbachowi trochę czasu, a on postanowił zrealizować plan, który od dawna siedział w jego głowie. Projekt ze znajomymi producentami i muzykami, inspirowany "soulem, twórczością zespołu Captain Beefheart oraz współczesnym hip-hopem". Taki, jakiego jeszcze nie było. Szesciu muzyków i damski, meksykański chór mariachi. Każdy utwór z odrębną historią i swoista terapia dla Auerbacha. Jak sam wspominał na łamach magazynu "Rolling Stone", ma już czasami dość tworzenia muzyki do radia i popularności z The Black Keys. Po raz pierwszy u Dana pojawiają się tu instrumenty dęte i po raz pierwszy mógł odpocząć przy produkcji, bowiem za kszałt ostateczny albumu odpwowiadał już nie on sam, a cały zespół jednakowo. Płyta "Yours, Dreamily," wydana 4. września tego roku jest wystrzałową mieszanką bluesa, muzyki tanecznej, rock'n'rolla, świetnych popisów wokalnych a niektóre utwory sprawiają wrażenie, jakby faktycznie miały być podkładem dla raperów. Słowem zupełnie inaczej jak dotychczas.

 

 

Działalność producencka

 

Od 2006 roku Dan Auerbach jest również producentem. Na początku pomógł niektórym zespołom, jak Radio Moscow, Black Diamond Heavies czy Buffallo Killers, ze swojej pierwszej wytwórni Alive Records. Jego renoma i umiejętności rosły. A wyprodukowane przez niego krążki miały swoiste znamię w postaci choć jednej partii gitarowej w którymś z utworów. Najczęściej jednak Dan miał bardzo duży wpływ na całość płyty. I tak spod jego ręki wyszły takie albumy jak znakomite "Pushin' Against A Stone" Valerii June, czy "Locked Down" Dr John'a. A nagrywali u niego również Lana Del Rey, Hanni El Khatib, Jessica Lea Mayfield czy Lee Fields, doceniając jego wyjątkowe podejście do muzyki oraz umiłowanie analogowych brzmien. Nieco paradoksalnie za to "klasyczne" rozumienie muzyki Auerbach otrzymał w 2013 roku nagrodę Grammy dla najlepszego producenta muzyki nieklasycznej. 

Auerbach pokazuje na każdym kroku, że tak niedoceniany przez masy blues może naprawdę porywać i nieustannie zadziwiać.

 

 

Oh Wonder

Oh Wonder to duet, który zdobył zaufanie wśród kilkunastu milionów słuchaczy na świecie – jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu. Ich pierwszą piosenką, która trafiła do sieci był numer pt. Body Gold. Oh Wonder zaprezentowali go słuchaczom 1 września 2014 roku. Co miesiąc serwowali nam jeden, nowy utwór. W końcu kompozycje złożyły się w spójny materiał. Urokliwy, intymny, pełen opowieści.

 

Josephine Vander Gucht i Anthony West, któregoś dnia poznali się w Londynie i zadecydowali wspólnie budować futurystyczne ballady. Wcześniej, Josephine prowadziła swój solowy projekt oparty o wokalne formy, zaś Anthony to dawny członek pop-rockowego zespołu Futures. Ich twórczość jest naturalna i lekka w formie, którą można wykorzystać jako poranny budzik, pościelową przytulankę, czy tło naszych codziennych czynności. Plastyczność utworów  Oh Wonder, to jeden z najcenniejszych segmentów ich brzmienia.

 

 

O czym śpiewają Oh Wonder? O prostych i najtrudniejszych tematach krążących wokół człowieka, m.in. o miłości, społecznościach, gentryfikacji czy uzależnieniach. Dotykają otoczenia jak i wnętrza człowieka, bez postulatów o zmienianiu świata. Zauważają problem, skłaniają do przemyśleń, budują dla nich przestrzeń. Nie myślcie jednak, że to album pełen zadumy i smutku, bo tak zdecydowanie nie jest.

 

Duet łączy cyfrowe brzmienie z żywymi instrumentami. Sami nazywają swoją twórczość mieszanką jazzu, rnb i akrobacji wokół elektroniki. Rdzeniem jest tu zdecydowanie wokal. Na froncie – anielski głos Josephine i nieco schowany Ant, który swoją ciepłą barwą dodaje efektu pełności kompozycji. Niektórzy porównują ich muzykę do dorobku Freedom Fry inni mówią, że to wypadkowa pomiędzy The xx, a solową karierą Jamiego. Ja słyszę w tym Jamesa Blake'a i London Grammar. Najlepiej jednak porzucić wyliczanki i  samemu przekonać się, jak naprawdę brzmią Oh Wonder. 

 

Do kompozycji Oh Wonder chce się wracać i jeśli przesłuchacie ich debiutancki album, na pewno się na tym złapiecie. To dziwne uczucie, bo przecież poznawaliśmy ich materiał przez okrągły rok, gdy publikowali miesiąc po miesiącu jeden utwór, które ostatecznie złożyły się w płytę. To jednak magnes i czar tych kompozycji, czyli wciągająca wariacja na temat współczesnego rnb, pełna kontrastów i zmian tempa. Możemy to nazwać balladą z elementami elektroniki, zgryźliwie jako The xx 2.0, bądź najcelniej – szczerą, elektro-akustyczną opowieścią.

 

 

Beach House

To jeden z tych zespołów, którego muzyka prawdziwie porusza tylko nielicznych. Jednak już przy pierwszym zetknięciu z jego twórczością staje się jasne że mamy do czynienia z czymś jedynym w swoim rodzaju.                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Pochodzący z Baltimore projekt Beach House zrodził się ze spotkania dwóch niezwykłych osobowości tamtejszej sceny Indierockowej. Grająca na instrumentach klawiszowych wokalistka Victoria Legrand oraz gitarzysta Alex Scally z pozoru reprezentowali dwa różne światy. Szybko stało się jednak jasne że wspólnie potrafią stworzyć coś niezwykłego. Ta magiczna jakość po raz pierwszy dała o sobie znać na wydanym w 2006 roku debiutanckim albumie duetu, zatytułowanym po prostu Beach House. Łączący wysublimowane piękno z surowym minimalizmem krążek spotkał się z entuzjastyczną reakcją dziennikarzy muzycznych, w krótkim czasie gwarantując zespołowi lojalną armię słuchaczy.

 

 

Kolejny przystanek na muzycznej drodze duetu z Baltimore nadszedł zimą 2008 roku w postaci albumu Devotion. Jedenaście utworów zgromadzonych na krążku stanowiło raczej dalsze rozwinięcie muzycznych i tekstowych pomysłów zasugerowanych na poprzednim krążku, niż osobną wypowiedź. Brzmienie zespołu nadal bazowało na tych samych założeniach, nadano mu jedynie wyraźniejszy, bardziej przejrzysty szlif. Na Devotion słychać rosnącą świadomość i odwagę dwojga młodych muzyków podążających konsekwentnie za swoją własną wizją.

 

Album zamknął pewien etap na dotychczasowej drodze Beach House, domykając tym samym współpracę zespołu z wytwórnią Carpark. Dwa lata później nakładem legendarnej wytwórni Sub Pop miało ukazać się ich najważniejsze do tej pory dzieło. Pomost pomiędzy tymi dwoma etapami stanowiło wydanie singla Used to Be, który później w nieco zmodyfikowanej wersji pojawił się na kolejnym krążku duetu. Utwór zwiastował odejście zespołu od surowego minimalizmu, znacząc zwrot ku bardziej dopracowanym, bogatszym aranżacjom.

 

Choć dwa pierwsze albumy zapewniły Beach House ogromne uznanie krytyków muzycznych oraz liczną grupę słuchaczy, to dzięki wydanemu w 2010 roku Teen Dream zespół wszedł na kolejny szczebel kariery muzycznej, który obok triumfu artystycznego, pozwolił doświadczyć mu także sukcesu komercyjnego. Album stanowił najbardziej przystępną, ale przy tym też najbardziej koherentną do tej pory propozycję duetu. Brzmienie zarysowane na dwóch poprzednich wydawnictwach osiągnęło tu swój pełny potencjał, w idealny sposób balansując pomiędzy wyrazistością, a intymnością.

 

 

Sukces albumu Teen Dream niespodziewanie wypchnął Beach House na szerokie wody mainstreamu. Nagle niszowy projekt z Baltimore stał się obiektem pożądania reklamodawców. Jednocześnie ich utwory coraz chętniej samplowane były przez innych artystów młodego pokolenia, od The Weekend po Kendricka Lamara, co otworzyło Victorię i Alexa na zupełnie nowe grono słuchaczy. Na szczęście świeżo pozyskane zainteresowanie nie zdołało zepchnąć ich z konsekwentnie przemierzanej drogi. Stworzyło za to idealne podłoże do wydania kolejnego wydawnictwa, poprzedzonego singlem "Myth".

 

Czwarty album Beach House, zatytułowany Bloom, ukazał się wiosną 2012 roku. Po raz kolejny dwoje artystów zdołało najlepiej jak to możliwe wykorzystać naturalny rozwój jaki zagwarantowały im dwa lata przerwy między projektami, pozwalając swojemu brzmieniu wzrosnąć i wzbogacić się jeszcze bardziej. Po raz pierwszy w twórczości zespołu na główny plan, oprócz gitary Alexa i wokalu Victorii, wysunięto perkusję.

 

Bloom to album na którym wiele z eksplorowanych przez Beach House od lat pomysłów i rozwiązań osiąga apogeum rozwoju.

 

Po wielomiesięcznej trasie koncertowej promującej krążek, Beach House udali się na zasłużony odpoczynek. Słowami Victorii Legrand, duet musiał "uodpornić się na cały zgiełk wszechświata, aby móc ten wszechświat ponownie usłyszeć". Okres bezczynności nie trwał jednak długo. Od 2013 roku w głowach dwójki muzyków zaczęły kiełkować pomysły, które ostatecznie przełożyły się na powstanie tegorocznego, piątego albumu zespołu. W ramach jego zapowiedzi, w lipcu wydany został singiel "Sparks". Bardziej uważni słuchacze natychmiast dostrzegli w utworze inspirację zespołem My Bloody Valentine.

 

 

Premiera najnowszego albumu Beach House, zatytułowanego Depression Cherry, miała miejsce 28 sierpnia. Tytuł jakim opatrzono wydawnictwo to połączenie dwóch słów które powracały do zespołu przez całą długość trwania procesu twórczego.

 

Pod wpływem zmęczenia wielkim brzmieniem aren oraz festiwali, duet skłonił się ku prostszemu brzmieniu znanemu z pierwszych albumów, dając utworom więcej przestrzeni niż na poprzednim krążku i usuwając na drugi plan perkusję, która, jak stwierdziła Legrand, "przysłaniała historię, narrację i barwy utworów". Słowami samego zespołu, utwory na Depression Cherry ujawniają się słuchaczowi w swoim własnym, wolniejszym tempie.

 

Wydaje się że najnowsze wydawnictwo zdołało podzielić zarówno krytyków, jak i słuchaczy. W żywej dyskusji wokół albumu pojawiają się zarzuty dotyczące nadmiernej zachowawczości oraz braku rozwoju zespołu.. Magazyn NewMusicalExpress napisał: "Trudno jest podzielać entuzjazm wokalistki, kiedy muzyczne tło jest tak wymęczone". W jednym z niedawnych wywiadów sama Victoria Legrand powiedziała: "Proces dojrzewania jest czymś niezwykle indywidualnym dla każdego artysty z osobna."

 

W tym samym wywiadzie członkowie zespołu Beach House stwierdzili: "nigdy do końca nie wiesz jaki album stworzysz". W przypadku krążka Depression Cherry, Victoria Legrand i Alex Scally stworzyli najmniej oczywisty i najbardziej nierówny, a przez to najtrudniejszy longplay w swojej karierze. Esencja zespołu, stanowiąca całą gamę emocji uzyskaną za pomocą minimalnych środków, nadal jest tu obecna. Victoria Legrand w dalszym ciągu obnaża swoją dwa razy starszą od ciała duszę za pomocą wokalu, którego nie sposób pomylić z żadnym innym.

 

W najsłabszych momentach, Depression Cherry brzmi jak dzieło zespołu, który stał się zakładnikiem swoich własnych pomysłów z przeszłości. Na szczęście są one wystarczająco dobre, aby te najlepsze momenty uczynić prawdziwie wspaniałymi.

 

Sean Price

Jedna druga Heltah Skeltah, członek Boot Camp Click i Random Axe, artysta legendarnej wytwórni Duck Down Records. Jeden z najbardziej charyzmatycznych wokali nowojorskiego hip-hopu i bezkompromisowy tekściarz, stawiający humor, rozrywkę i komiksową kreskę na pierwszym planie. Człowiek odpowiedzialny za dziesiątki kultowych zwrotek i tysiące niezapomnianych wersów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że niemalże każdy raper i producent chciałby mieć jego szesnastkę na swojej płycie, aczkolwiek nie wszyscy byli w stanie się odważyć. Nieoczekiwana śmierć 8 sierpnia bieżącego roku postawiła kropkę za jego przepastną twórczością, jednakże dwie dekady płodnej działalności Seana Price'a to materiał do niekończących się dyskusji i wspomnień związanych z tą wspaniałą postacią.

https://www.youtube.com/watch?v=2ATIiauFbZI

Swoją obecność na scenie po raz pierwszy zaznaczył jeszcze w 1995 roku, gdzie wraz z wszystkimi rapującymi członkami Boot Camp Click oprócz Buckshota znalazł się w utworze "Cession at da Doghille" z debiutanckiego krążka Smif-N-Wessun. Kolejnym krokiem było singlowe "Leflah" kolaboracji Heltah Skeltah i O.G.C. jako The Fab 5. Numer miał zwiastować album pięcioosobowej supergrupy, ostatecznie jednak wylądował na długogrającym debiucie Heltah Skeltah w 1996 roku. "Nocturnal" to dziś bez wątpienia klasyk w środowisku hip-hopowym i nie tylko. Nowojorski brud i charakterystyczne, kosmiczne brzmienie Da Beatminerz wzbogacone o podkłady producentów spoza kolektywu Boot Camp Click zaowocowały wyjątkowym albumem, na którym Sean Price i Rock stworzyli nową jakość łączenia ulicznej, brutalnej estetyki z kreskówkowym żartem i bezgraniczną dawką rozrywki.

https://www.youtube.com/watch?v=EAgLBvPMP64

Idąc za ciosem, w 1998 roku duet wypuścił swój drugi krążek zatytułowany "Magnum Force". Jednakże nieprzemyślana mieszanka gości i producentów z najróżniejszych kręgów zakończyła się chaosem i generalną nijakością albumu, który bronił się jedynie porządnymi singlami i raptem kilkoma przyzwoitymi numerami. W niezwykle przebojowym "I AIn't Havin' That" natomiast Sean Price może pochwalić się osobliwym osiągnięciem – jest pierwszym (i prawdopodobnie jedynym) raperem, który na nagraniu użył polskiego słowa "kiełbasa".

Kolejne lata to strome schody w dół w karierze i życiu prywatnym artysty. Po fatalnym odbiorze "Magnum Force", wytwórnia naciskała na solowy materiał Rocka, zostawiając Seana bez kontraktu. Raper poza kilkoma zwrotkami gościnnymi i zbiorowym albumem "The Chosen Few" Boot Camp Click zostawił muzykę na drugim planie i zajął się handlem narkotykami, co w konsekwencji doprowadziło do odsiadki. Z perspektywy lat była to jednakże fascynująca sytuacja – większość artystów hip-hopowych wykorzystuje choćby najdrobniejszy wyrok jako trampolinę hype'u, Sean Price natomiast traktował całe zamieszanie z brutalną dozą ironii i autokrytyki. W jego niepowtarzalnie humorystycznych tekstach nie oszczędzał nikogo, siebie konsekwentnie również. Po powrocie do rapowania i solidnym ugruntowaniu swojej pozycji jako artysta, mąż i ojciec, w jednym z utworów Jedi Mind Tricks rapował "you gon fuck up your career, you hear? / fuck the rap shit / I make the same money when I hustle this crack shit / probably make more 'cause a nigga don't pay no taxes". Mimo szacunku ulic i nietykalnej pozycji w światku hip-hopowym, Sean Price miał pełną świadomość swoich błędów i czym naprawdę jest gloryfikacja tego wizerunku. W swoich tekstach był brutalny, a raczej brutalnie zabawny – Kurt Cobain i Jimi Hendrix byli równi dworcowym narkomanom, a przestępstwa stawały się odpowiedzią na męczącą pracę w budowlance za grosze.

2005 rok przyniósł upragnioną zmianę. Jako jeden z trzech elementów triple threat załogi Boot Camp Click obok "Chemistry" 9th Wondera i Buckshota oraz "Reloaded" Smif-N-Wessun, debiutancka solówka "Monkey Barz" Seana Price'a zwiastowała nową jakość na scenie nowojorskiego niezależnego hip-hopu. Materiał wyprodukowany przez kolektyw Justus League z Wonderem i Khrysisem na czele prezentował obszerny sampling soulu, r&b, psychodelicznego rocka i gospelu pod głucho tłuczące bębny i obdarzone prostym, aczkolwiek niesamowicie nośnym groovem. Jako tekściarz Price nie miał nic do stracenia i był wygłodniały. Zaowocowało to szczytową formą i technicznie oszałamiająco precyzyjnym podejściem do składania poszczególnych dźwięków, sylab i słów. Bardzo duży wpływ w tamtym okresie twórczości Seana miał na niego album "Supreme Clientele" Ghostface'a z Wu-Tang Clanu. W jednym z wywiadów raper stwierdził, że po raz pierwszy usłyszał by ktoś w tak fenomenalny sposób rapował o czymś, co kompletnie nie ma sensu.

Po kapitalnych recenzjach, w 2007 roku Duck Down zaprezentowało kolejną solową propozycję muzyka – "Jesus Price Supastar". Krążek kontynuował wizję "Monkey Barz", aczkolwiek oddawał bardziej przyziemny vibe aniżeli, niemalże animowany poprzednik. Po raz kolejny ekipa Justus League zaserwowała samplowane petardy, będące idealnym tłem do śmieszkowatych popisów gospodarza. Wszystko to zostało zwieńczone numerem zamykającym projekt, czyli "Mess You Made" z rewelacyjnym refrenem Block McClouda. Jest to swoista kontynuacja numeru "Brokest Rapper You Know" z solowego debiutu Price'a, gdzie w całym swoim szyderczym nastawieniu raper okazuje przebłyski ironicznej szczerości wobec swojej niewygodnej sytuacji z przeszłości.

Po kilku latach zwrotek gościnnych, różnorodnych kolaboracji i koncertowania na całym świecie, legenda z Brooklynu w 2011 roku zaangażowała się w kolejny projekt. Wraz z Guiltym Simpsonem i Black Milkiem utworzyli grupę Random Axe, by wydać ich jedyny album o tym samym tytule. Futurystyczne brzmienia Black Milka i jedne z najładniejszych bębnów współczesnego hip-hopu, sparowane z wyjątkowym vibem całego trio na mikrofonach złożyły się na jedną z najciekawszych płyt niezależnego rynku drugiej dekady XXI wieku.

Kolejny rok przyniósł mały niewypał w dyskografii rapera i katalogu Duck Down Records. Spragnieni nowej solówki Price'a słuchacze otrzymali niedopracowane "Mic Tyson" – materiał brzmiący jak kompilacja odrzutów, w dodatku o nikłej dbałości o jakość nagrań. Lista producentów w postaci Alchemista, Justus League czy Evidence'a dobrze rokowała, aczkolwiek na zapowiedziach stanęło. Sam gospodarz w większości utworów brzmi wypłukany z energii, chociaż takie numery jak "Pyrex", "BBQ Sauce" z Pharoahe Monchem czy "Bar-Barian" z samplowanym numerem Budki Suflera "Noc Nad Norwidem" nadal prezentowały znaną fanom jakość.

Ostatnie lata życia artysty poświęcone były pracą nad jego kolejnym solowym albumem i kolaboracją z Ill Billem. NIestety, nieoczekiwana przez nikogo śmierć pokrzyżowała te plany. Sean Price zmarł kilkanaście dni przed planowaną od dłuższego czasu premierą mixtape'u "Songs in the Key of Price", który zapowiadać miał kolejny materiał artysty. Mixtape okazał się porcją świetnego rapu, któy odświeżał formułę selekcji podkładów Price'a, a sam raper jako tekściarz tchnął w swoje zeszyty długą młodość, wzbogacając ją o leniwe do granic flow, które szlifował od czasów "Mic Tyson", gdzie czasem na wierzch wychodziło niedopracowanie tego zamysłu. Można to również wyraźnie usłyszeć w numerze "Pet Sounds" Mac Millera, wydanym po śmierci Kimbo Price'a w formie hołdu. Teraz możemy jedynie oczekiwać niewydanych wcześniej materiałów, utworów i zwrotek, a także zgłębiać bogaty dorobek rapera w nieskończoność.

Mac DeMarco

Jedno z najbardziej lubianych nazwisk współczesnej sceny muzycznej powraca z nowym mini-albumem – Another One można uznać za spójną kontynuację brzmienia, które rok temu pod postacią Salad Days zyskało uznanie przeważającej części krytyków. Kiedy Pitchfork zaczyna śledzić każdy twój ruch, chyba można powiedzieć, że jesteś artystą wartym poznania.

 

O tym, jakim człowiekiem jest Mac DeMarco, oprócz dokumentu Pepperoni Playboy, chyba najlepiej mówi jego profil na instagramie. Na pewno obrazuje poczucie humoru, autentyczność i niecodzienną dawkę dystsansu – a to wszystko w pełni przekłada się na tworzoną przez DeMarco muzykę. Nie są to dźwięki mające cokolwiek wspólnego z wirtuozerią – można je określić mianem nieco niechlujnych, co w dużej mierze wynika z techniki lo-fi. Niechlujność jawi się tu jako jedna z większych zalet materiału prezentowanego od czasu wydania EP-ki Rock and Roll Night Club. Większa popularność DeMarco nadeszła wraz z pierwszym longplayem, 2 – podtrzymana przez Salad Days, które nawet nieznacznie nie zahacza o pojęcie syndromu drugiej płyty, pozwoliła artyście na wpisanie się w czołówkę współczesnych młodych artystów.

 

DeMarco jest przede wszystkim artystą bardzo płodnym, co może być napędzane przez charakter jego utworów. To prosta, praktycznie uniwersalna gra, połączona z pozoru niewymagającymi tekstami. Mac jawi się jako osoba, której tworzenie nie sprawia żadnego problemu – ilość wydawanego materiału to zasługa nieodczuwania presji i ogólnego luzu, którym zaskarbił sympatię i setek tysięcy słuchaczy, i wielu artystów ze środowiska. Dowodem na to jest chociażby jego ostatnia kolaboracja z Mattem Mondanile – muzycy nagrali razem teledysk do utworu "Surreal Exposure" zespołu Ducktails, którego frontmanem jest Matt.

 

https://www.youtube.com/watch?v=VblwYa6roGo

 

W sierpniu tego roku DeMarco zaprezentował mini-album Another One, który prawie w całości wpisuje się w zbiór, jakim jest The Kiera Songs, czyli utwory traktujące o dziewczynie artysty. Tak jak na Salad Days Mac sięgnął po tematy bardziej egzystencjalne, tak Another One został zdominowany przez temat miłości. Od czasu albumu 2 najbardziej urzeka prostota – DeMarco operuje nią bezbłędnie, serwując dźwięki idealnie wpasowujące się w każdą potencjalną sytuację.

 

Ten rok, oprócz mini-albumu, przyniósł w pełni instrumentalną EP-kę Some Other Ones. Jak powiedział Mac, to “idealny materiał na podkład do leniwego grilowania”. Nieważne, czy śpiewa o Kierze, czy o młodzieńczych latach, czy nawet o tanich papierosach, DeMarco zarówno swoją muzyką, jak i osobą, wzbudza powszechną sympatię. Patrząc na całość współczesnej sceny muzycznej, trudno o bardziej szczerego i zabawnego artystę.

Throwing Snow

Autor jednego z najciekawszych krążków zeszłego roku dzisiaj nie powraca jeszcze z nowym albumem, ale nie pozostawia też słuchaczy wyłącznie ze wspomnieniem poprzednich numerów. Nieustannie tworzy, a na rok 2015 zaplanował trzy dwu-utworowe epki. Lumen i Painted by Numbers, utwory na pierwszej z nich stanowią piękna podróż po elektronicznych brzmieniach i melodiach, do ktorych Throwing Snow ma niezwykły talent.

 

httpv://www.youtube.com/watch?v=alLBRXtXCa4

 

Throwing Snow, to jedno z wcieleń Londyńskiego producenta Rossa Tonesa, autora świetnie przyjętej zeszłorocznej płyty Mosaic. Zanim jednak artysta skomponował spójny materiał na pierwszą długogrającą płytę dał się poznać za sprawą krótszych form muzycznych. Pierwszą epkę wydał w założonej przez siebie wytwórni w 2007 roku. Kolejne lata obfitowały w EPki dla Ho-Tep czy Snowfall oraz remixy robione dla przedstawicieli wytwórni Ninja Tune – Gold Pandy i Eskmo. Te wszystkie dokonania doprowadziły do zaineteresowania się osobą Throwing Snow’a przez wytwornię Houndstooth, w której to wydaje do dziś.

 

 

Bez względu to, czy Throwing Snow tworzy własna muzykę czy zajmuje sie remixami nadaje dźwiekom, które wychodza spod jego ręki właściwą sobie nute wrażliwości. To cecha, która sprawia, ze większość jego utworów jest głęboko naszpikowana emocjami wyczuwalnymi w pojedyńczych delikatnych dźwiękach lub mocnych bassach wprawiających w drganie płuca. W remixie utworu maxa Coopera wykorzystuje zarówno swoją łagodną jak i tą mocną stronę.

 

httpv://www.youtube.com/watch?v=_961C-2m2xc

 

Apparat

Ten artysta jest już na scenie muzycznej od 1996 roku. Apparat, czyli nikt inny jak dj i producent Sascha Ring, urodzony w 1978 r.  Początki jego kariery miały miejsce, gdy zaledwie jako dziewiętnastoletni młodzieniec wyprowadził się ze swojej rodzinnej miejscowości do Berlina, by tam, dwa lata później założyć swoją wytwórnię Shitkatapult, która wydała jego pierwszy album pt. „Multifunktionsebene”  w 2001r.

 

https://www.youtube.com/watch?v=N0WxhQWLRS8&list=PLzswK6mVYbDjuWC8-WAi-3ZPDVk3b3ZtW

 

Początki kariery Apparata to głównie taneczne techno i electro. Pierwsza płyta utrzymana jest jednak w raczej mrocznym klimacie i hipnotyzuje różnorodnością dźwięków i melodii. Nie znajdziemy na niej żadnych wokali, które często pojawiają się na kolejnych albumach i projektach Apparata.

 

 


Artysta ten potrzebował czasu, by zacząć eksperymentować z innymi gatunkami, takimi jak ambient, IDM czy glitch
a także dodawać do swoich utworów tradycyjne instrumenty w postaci gitary, klawiszy, skrzypiec, wiolonczeli, saksofonu czy klarnetu. Dopiero jego kolejne albumy, jak „Duplex” z 2003 roku, czy „Walss” z 2007 pozwoliły uformować wyjątkowy, indywidualny styl Apparata.

 


Apparat został bardzo dobrze przyjęty w branży w muzycznej przez słuchaczy i szybko doceniony. John Peel  zaprosił go do swojego programu radiowego, czego efektem było nagranie z nim epki Silizium w 2005. Ellen Allien, to kolejne znane nazwisko, z którym Apparat  miał do czynienia. Efektem tej współpracy jest wspólny album  Orchestra Of Bubbles z 2006r.

 

 

W świecie muzyki elektronicznej artyści często postanawiają połączyć swe siły, by stworzyć coś wyjątkowego. I tak w 2002 skrzyżowały się drogi Apparatu i duetu Modeselektor, tworzonego przez Sebastiana Szarego i Gernota Bronserta. Powstałe w ten sposób berlińskie trio przyjęło nazwę Moderat i w niecały rok później wypuściło EPkę Auf Kosten Der Gesundheit utrzymaną w surowym klimacie glitchowym.

 

 

Niestety z powodu różnych nieporozumień, na pełnometrażowe wydanie tria musieliśmy czekać aż do kwietnia 2009, kiedy to ukazał się album o tytule Moderat.  Stanowił on melodyjne połączenie minimalu, nu-ravu i ambientu, w które zostały wplecione wokale i brzmienia syntezatorów. Płyta otrzymała bardzo pochlebne recenzje i została wysoko oceniona przez środowisko muzyczne.

 


W ubiegłym roku Apparat wydał kolejny album z serii „Dj KICKS”  wydawanej przez wytwórnie !K7. Zaprezentował tam swój porywający set didżejski, na którym znalazły się nie tylko premierowe nagrania takie jak „Sayulita” czy „Circles”, ale też utwory projektów Telefon Tel Aviv, Burial + Four Tet i Pantha du Prince.

 


Apparat chętnie przyznaje, że dzisiaj bardziej fascynuje go komponowanie, niż projektowanie beatów. Świadczy o tym między projekt jego własnego oprogramowania do produkcji muzyki, oraz fakt, że w 2007 powołała do życia trzyosobowy zespół w celu odegrania na żywo płyty „Walls”. Obok Samego Saschy, na scenie pojawili się także ludzie odpowiedzialni za pianino i perkusje.

 


Apparat stale gości w naszych polskich rejonach. Niemiecki producent występował zarówno jako część Moderata jak i solo. W tym roku planuje się  on skupić na trochę mniej klubowej odsłonie swojej twórczości i zaprezentować ścieżki dźwiękowe.  Miał już wcześniej z nimi do czynienia, ponieważ udało mu się nagrać kilka ścieżek filmowych.

 

 

Apparat pojawi się wraz ze swoim zespołem i wystąpi podczas koncertu otwarcia tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka 20 sierpnia. X Festiwal Tauron Nowa Muzyka odbędzie się w dniach 20-23 sierpnia na terenie Nowej Siedziby Muzeum Śląskiego w Katowicach. Warto na Śląsku pojawić się wcześniej i zaliczyć spotkanie z Apparatem i jego ekipą

 

 

Amy Winehouse

Od piątku w kinach w całej Polsce można oglądać film dokumentalny o życiu i karierze zmarłej przed czterema laty Amy Winehouse w reżyserii Asifa Kapadii.

(więcej…)

OFF Festival

To już dziesiąta edycja OFF Festivalu w Polsce. Wydarzenia, które ściąga do Katowic tłumy poszukiwaczy nowych doznań muzycznych. Ten rok jest jednak pod kilkoma względami wyjątkowy. Głównie dlatego, że po raz pierwszy w historii festiwalu jednym z najważniejszych headlinerów są raperzy. Mowa oczywiście o duecie Run The Jewels, który wystąpi na scenie głównej kilka minut po północy w niedzielę. Ale koneserzy rapu znajdą coś dla siebie nie tylko podczas tego koncertu. Jeśli wolicie nieco bardziej komercyjne oblicze tego gatunku – wybierzcie ILoveMakonnen, a jeśli macie ochotę na polskie smaki – wystąpi dla Was Ten Typ Mes.

 

 

OFF to festiwal mający miejsce w Polsce. Nic dziwnego więc, że prawie pięćdziesiąt procent całego lineupu stanowią artyści pochodzący z naszego kraju. Będziecie mogli usłyszeć ich głównie we wczesnych godzinach popołudniowych, ale nie tylko. Jeśli chodzi o gatunki muzyczne, jakie zaprezentują Wam polscy artyści to naprawdę jest w czym wybierać. Nie dający się do końca określić muzycznie duet Małe Miasta, bardzo ciekawy artysta bazujący tylko na dźwiękach wydobytych z kontrabasu 3FoNIA, urzekający delikatnością bluesmen Kortez czy wreszcie fascynująca para tworząca rozmarzoną muzykę gitarową – Coals. Polacy rosną w siłę i na tegorocznym OFFie na pewno będzie to słychać.

 


 

To już chyba tradycja, że na OFFie każdego roku pojawia się kilka akcentów muzyki dla nas Europejczyków orientalnej. Tym razem będzoe podobnie. Egzotyka zawita na festiwalu zarówno w postaci bardziej współczesnej, muzyki typowo klubowej z wplecionymi w nią elementami orientu (tak będzie podczas występu Acid Arab) ale też pokaże nam swoje rdzenne, klasyczne oblicze – na przykład za sprawą Ogoya Nengo and The Dodo Women’s Group. Nie zabraknie też prawdziwych perełek, które najbezpieczniej traktować w kategoriach zjawiska. Mowa tu chociażby o syberyjskim śpiewie gardłowym, który poznamy dzięki grupie Hunn Huur Tu.

 

 

Od siódmego do dziewiątego sierpnia katowicka Dolina Trzech Stawów zamienia się w świątynię szeroko pojętej muzyki alternatywnej. OFF Festival bez brzmień eksperymentalnych nie miałby racji bytu. Jeśli jesteście fanami Twin Peaks koniecznie zajrzyjcie w sobotę wieczorem na Scenę Leśną. To tam wystąpi eksperymentalna post punkowa grupa Xiu Xiu (Sziu Sziu), grająca nową wersję ścieżki dźwiękowej do tego kultowego serialu. Tym, którzy wolą improwizacje jazzowe przeplatane innymi, intrygującymi brzmieniami polecam polską grupę Innercity Ensemble. A jeśli liczycie na kompletne zaskoczenie i masę eksperymentów (niekoniecznie udanych) – wybierzcie koncert Deana Blunta.

 

 

Jak co roku na OFFie znajdą też coś dla siebie koneserzy tanecznych gatunków muzycznych. Codziennie od 21 do 2 w nocy, w Stefie MasterCard będziecie mogli poruszać się do mniej lub bardziej hałsowych setów granych przez fantastycznych DJów. Poza tym noc stanowi moment, w którym muzyka klubowa wychodzi na pierwszy plan festiwalu. Ron Morelli, Lee Gamble czy Bookworms. To między innymi ich usłyszycie późnym wieczorem na Scenie Leśnej lub Trójki. Bardzo ciekawie zapowiada się też występ Doldrums, kanadyjskiego producenta, który łączączy nowofalowy niepokój z pulsem muzyki tanecznej.

 

 

Sceneria, czyli bliskość natury, w której odbywa się OFF Festiwal, sprawia że muzyka etniczna brzmi w tym miejscu naprawdę magicznie. Delikatna gitara akustyczna, piękne kobiece (ale nie tylko) wokale, stroje nawiązujące do folkowej tradycji – to wszystko znajdziecie na początku sierpnia w Dolinie Trzech Stawów. Musicie tylko wiedzieć gdzie szukać. Wspaniały koncert etnojazzowego zeapołu Lautari na pewno wprawi Was w stan zadumy. Grupa Kwadrofonik wykonująca “Requiem ludowe” z Adamem Strugą – wzruszy. Jeśli jednak wolicie  nieco weselsze klimaty wybierzcie duet Enhanched Hunters, który zaskoczy Was swoim freakfolkiem lub Sutari – piękne wokalistki, które tradycje polskiej muzyki ludowej osadzają we współczesnym kontekście.

 

 

Najważniejszą cechą OFF Festiwalu oprócz faktu, że pojawiają się na nim artyści o których prawdopodobnie niewielu z Was słyszało, jest ogromna różnorodność jeśli chodzi o gatunki muzyczne. Pozornie nie ma to większego sensu, ale tylko pozornie. Sprawdźcie sami zanurkujecie w ten kolorowy, muzyczny świat. Przekonacie się, że w tym szaleństwie jest metoda. Każdy na OFFie znajdzie coś dla siebie. Również fani mocnego, ciężkiego grania. Chcecie aby miłe, uśmiechnięte Dunki spuściły Wam muzyczny łomot? Wybierzcie Selvhenter – żeński kwintet, który łączy ze sobą freejazzową swobodę i metalową bezkompromisowość. Wolicie dronową apokalipsę? Sun O))) będzie idealnym rozwiązaniem. A może niebezpieczną miksturę hardcore’owej wściekłości i brudnychm, hiphopowych rytmów? Szukajcie amerykańskiej grupy Ho99o9 w piątek wieczorem na Dzikim Koncercie.

 

 

Jeśli wybieracie się na tegorocznego OFFa koniecznie zabierzcie ze sobą kocyk. Moment, w którym  ciało zapragnie odpoczynku a umysł nie będzie chciał ominąć kolejnych muzycznych wrażeń na pewno prędzej czy później nastąpi. Lepiej więc być przygotowanym i wybrać się wówczas na delikatny koncert indie rockowy. Sun Kil Moon na pewno wprawi Was w cudowny stan rozluźnienia i nostalgii. Ale to nie jedyna odmiana rocka, która pojawi się na OFFie. Gitara gitarze nierówna. Podczasu koncertu amerykańskiego zespołu Algiers na pewno nie będziecie mogli usiedzieć w miejscu. Podobnie z resztą jak w przypadku grupy King Khan and The Shrines czy Young Fathers. Charyzmatyczni frontmani tych zespołów z pewnością na długo pozostaną w waszych pooffowych wspomnieniach.

 

 

Na OFFie nie ma komercyjnych wykonawców, to prawda, ale pojawia się kilku artystów, których można określić mianem popowych (zwłaszcza gdy porównamy ich do całej reszty z lineupu). Jestem pewna, że japońska grupa Buffalo Doughter wprawi Was w fantastyczny nastrój za sprawą swoich barwnych i przyjaznych piosenek. Przyjemny electropop zaprezentuje Wam norweska wokalistka Susanne Sundfør, a nieco bardziej taneczno-rapowy klimat poczujecie na koncercie Future Brown. Najbardziej jednak polecam abyście wybrali się na koncert amerykańskiego muzyka ukrywającego się pod pseudonimem Son Lux. Jego muzyki nie da się jednoznacznie określić, ale na pewno urzeknie Was swoją sceniczną szczerością.

 

 

Katowicki OFF Festival przyciąga głównie ludzi młodych, ale nie tylko. Na te kilka dni Dolina Trzech Stawów wypełnia się istną mieszanką pokoleniową i subkulturową. Dlatego też niesamowicie ważnym elementem muzycznym tego wydarzenia są artyści, których możemy zaliczyć do tak zwanych klasyków gatunku. Bez wątpienia jest nim chociażby Władysław Komendarek – pionier i wizjoner polskiej elektroniki. Podobnie ma się sprawa z Residents – tajemniczym kolektywem artystycznym, który dziś nie ma już tak dużej siły rażenia, ale gdy powstał intrygował i inspirował wielu innych artystów. Koncertem o charakterze żywej historii muzyki zdecydowanie będzie występ Patti Smith. Artystka zagra w całości wydany przed czterdziestu laty debiut “Horses”. Tego nie można ominąć!