Archiwum

The Chemical Brothers

Thomas Owen Mostyn Rowlands i Edmund John Simons w roku 89 zrobili bardzo dużo dla współczesnej muzyki – założyli zespół. Nazwali go The Dust Brothers. Kiedy jednak posługujący się tą samą nazwą współpracownicy The Beastie Boys zagrozili wytoczeniem procesu, duet zdecydował się zmienić ją w 95 roku. Od tamtego czasu znamy ich jako The Chemical Brothers. Przygodę z muzyką zaczynali jeszcze jako studenci wydziału historii Uniwersytetu w Manchesterze. Wtedy, pod koniec lat osiemdziesiątych, rządził surowy rave, który wraz z acid house’m rozpalał parkiety.  

 

 

Exit Planet Dust z roku 1995 to debiutancki album Braci, ale to także przełomowa płyta big beatowa. Skupiła wszystkie charakterystyczne cechy brzmienia zespołu, czyli mieszankę psychodeli, hip hopu, break beatu, funku, acid house’u i gitarowego rocka. Poza przebojami instrumentalnymi pojawiają się tu momenty, które wskazują, że duet już wtedy myślał nad zmianą stylu na bardziej popowy.  Tom Rowlands przyznał niegdyś w jednym z wywiadów: „Kocham muzykę pop. Ona zawsze miała wpływ na to, co robimy, ponieważ lubimy muzykę, która jest zrobiona z sensem”.  Album Exit Planet Dust – mający na celu zwrócenie uwagi zarówno fanów rocka, jak i maniaków dance’u – sprzedał się w milionowym nakładzie i utorował tej dwójce drogę prosto na szczyty list przebojów .

 

Następny rok Chemiczni Bracia spędzili na przygotowaniu muzyki na kolejny album, a także remiksując nagrania innych wykonawców, m.in. Manic Street Preachers, a także Dave'a Clarke'a i Method Mana. Nowy singel "Setting Sun" pojawił się jesienią 1996 roku, a w jego nagraniu wziął udział Noel Gallagher z Oasis. Była to zajawka wydanej w maju następnego roku płyty Dig Your Own Hole.   Na owym albumie Chemicy dopiero pokazali, co potrafią! Bynajmniej nie bezsensowna okładka kontrastowała ze znacznie bardziej dojrzałą zawartością płyty; wiele kawałków poddano swoistym testom pośród klubowych oparów. „Block Rockin’ Beats” z grzmiącymi bitami tryska żywotnością, a „Don’t Stop The Rock” obciąża zmysły do granic możliwości. Świat dostał psychodeliczne epopeje big beatowe, a zespół- najważniejsze muzyczne nagrody. Rowlands i Simons należeli do tych nielicznych wykonawców techno, którzy potrafili wtedy wypełnić stadiony. Album Dig Your Own Hole przekraczał granice kultury rave lat 90. XX wieku.   

Kolejne albumy potwierdzały wyjątkowość tego duetu, poza tym, tylu różnorodnych gości na swoich płytach mieli nieliczni. Rok 1999 to iście house’owy utwór „Hey Boy, Hey Girl”, inspirowany nocami miasta Sheffield.  Trzy lata później nadszedł czas albumu pt. Come With Us, nagrano na nim duety z Beth Orton czy Richardem Ashcroftem, który udzielił się w kompozycji „The Test”. Wykorzystano w niej jako sampel fragment utworu Czesława Niemena „Pielgrzym”.

Nagrodzony statuetką Grammy krążek Push The Button z 2005 roku to kwintesencja stylu Braci, lecz już bez przełomów i zaskoczeń. Chemical Brothers byli już wtedy właściwie weteranami. Do spółki z The Prodigy czy Fatboy Slimem.  „Galvanize” z Q-Tipem na wokalu – to absolutny szał, choć już tak dobrze znany. Udało się duetowi przy pracy nad tą płytą zgromadzić jeszcze: Tima Burgessa, Kelego Okereke i The Magic Numbers, dzięki którym w numerze „Close Your Eyes” zstępuje na nas bardzo przyjemny chillout.   

Duet nie stroni od współpracy nad kinowymi projektami. W 2001 r. zmierzyli się z próbą stworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu „Hanna”. Powstało niemal 20 utworów, a obraz promował singiel „Container Park”.

Chemical Brothers wrócili. Pięć lat po nagraniu ostatniego studyjnego krążka, 17. lipca ukazało się ich najnowsze wydawnictwo – Born In The Echoes. Tom Rowlands tak o nim opowiedział: „Najważniejszą cechą albumu jest to, że łączy się z nami w jakiś emocjonalny sposób. Marzymy o nowych dźwiękach i innych ramach. Pracowaliśmy z kilkoma wokalistami, ale ten album to przeważnie czysty The Chemical Brothers”. Płyta tak różnorodna, jak ich (nieskończone) pomysły na muzykę. Artyści tego tygodnia, a tak naprawdę dwóch ostatnich dekad. Kiedyś zdefiniowali big beat, teraz udowadniają, że ten styl ma się zupełnie nieźle. Momentami wędrują w mroczną stronę, ale nadal tanecznym krokiem.

 

Magda Anielska

Jamie xx

Jamie XX, a właściwie Jamie Smith, to brytyjski producent, multiinstrumentalista, DJ, i członek zespołu The xx, do którego dołączył w 2007 roku. Choć od tego momentu minęło już 8 lat, to ledwie miesiąc temu Jamie wydał za pośrednictwem wytwórni Young Turks swoją debiutancką płytę solową, In Colour. Na jej spójność i brzmienie miał wpływ długi okres tworzenia (pierwsze utwory na ten krążek powstały już w 2010 roku) i niezwykła skrupulatność w doborze materiału. Cierpliwość Jamiego popłaciła – In Colour to aktualnie jeden z głównych kandydatów na płytę roku.

Jamie xx zaczynał swoją karierę w zespole The xx, i to jego pseudonim powstał w oparciu o nazwę grupy, nie na odwrót. W 2005 roku Oliver Sim i Romy Madley-Croftprzyjaciele z londyńskiej szkoły Putney Academy, założyli zespół The xx mając po 15 lat. Niedługo potem dołączyła do nich gitarzystka Baria Qureshi, a dopiero półtora roku później Jamie Smith, stając się tym samym Jamiem xx. Po trzech latach koncertowania i nagrywania, w 2008 roku, do znakomicie zapowiadającego się składu zaczęły zgłaszać się znaczące wytwórnie, w tym XL Recordings, z którymi członkowie The xx podpisali kontrakt. To w studiu XL powstała ich debiutancka płyta xx, która już samym intrem podbiła serca fanów spokojnego brzmienia indie popu i alternatywnej elektroniki oraz zapewniła im rozpoznawalność na całym świecie.

https://www.youtube.com/watch?v=3gxNW2Ulpwk

Po sukcesie pierwszej płyty zespołu, Jamie xx zaczął podążać w kierunku kariery solowej. Podczas trasy koncertowej promującej xx, nie marnował ani chwili, spędzając wolny czas na produkcji muzyki. Jego znakiem rozpoznawczym stały się dźwięki steel pan, blaszanego bębna wywodzącego się z wysp Trynidad i Tobago. Jamie dostał od wytwórni wolną rękę i wszystkie elementy potrzebne do stworzenia kompletnego re-worku ostatniej płyty Gila Scott-Herona, I'm New HereRezultatem tej kolaboracji był krążek We're New Here, wydany w 2011 roku przez Young Turks, odłamu XL Recordings, który aktualnie skupia największe talenty brytyjskiej sceny muzycznej, w tym FKA twigs czy SBTRKT

Tworzenie różnorodnych remixów i cierpliwe zbieranie materiału na solowy debiut nie przeszkodziły Jamiemu we współpracy z zespołem The xx. W 2012 roku wyszła ich druga płyta, tym razem stworzona w trzyosobowym składzie, bez Barii Qureshi. Brak gitarzystki zaowocował oddaniem inicjatywy brzmieniowej w ręce Jamiego, który skierował się w stronę minimalizmu, królującego na krążku Coexist oraz w większości z późniejszych dzieł producenta. Smith nie narzuca słuchaczom nadmiaru dźwięków, komponuje je jednak w sposób niesamowicie spójny, co słychać także przez całą płytę In Colour

Jamie xx już teraz jest naszym Artystą Tygodnia, a 4. listopada bieżącego roku odwiedzi Warszawski klub PALLADIUM.

Florence + The Machine

W 2009 roku, kiedy świat poznał angielski zespół Florence + The Machine, Ed Sheeran i Sam Smith zasiadali jeszcze w szkolnych ławach, a o Adele słyszeli tylko nieliczni. Album Back to Black Amy Winehouse nadal świecił triumfy na listach bestsellerów i galach rozdania nagród, lecz sama Amy powoli gasła na oczach świata. Muzycznie podążała za nią Duffy i inne niezliczone kopie, które idealnie wstrzeliły się w chwilową modę, Większość z nich dziś stanowi wspomnienie.

22-letnia Florence Welch nie chciała nikogo naśladować. Podświadomie podążała ścieżką wydeptaną w latach 70 przez Kate Bush, Patti Smith i Stevie Nicks, którą lata później obrały także takie artystki jak PJ Harvey czy Tori Amos. Kobieta eteryczna, lecz niepozbawiona władzy; krucha i silna; pełna twórczej energii i odrzucająca reguły zastane w świecie mężczyzn; mniej zainteresowana realizowaniem narzuconych przez społeczeństwo ról, bardziej przesuwaniem granic i stawianiem elementarnych pytań o wymiar kobiecości. Trochę czarodziejka, trochę szamanka, nigdy idiotka.

Świat muzyki pop w 2009 roku to świat Lady Gagi i Beyonce. Zdawało się, że taki model kobiety, a przede wszystkim artystki, przeszedł już do lamusa. Radio nie grało już takiej muzyki. Kiedy więc pod czujnym okiem wytwórni Island powstawały pierwsze utwory Florence i jej artystycznej bratniej duszy, Isabelli, nikt raczej nie spodziewał się wielomilionowych nakładów i setek tysięcy wyprzedanych biletów. Ale sukces Florence + The Machine to nie przypadek – w świecie modnych producentów i pięciominutowych hitów, tak ekscytująca, natchniona, inteligentna muzyka stanowiła powiew świeżości, któremu trudno się oprzeć. Świat się więc nie opierał. 

***

Zespół Florence + The Machine powstał w 2007 roku w Londynie. Wokalistką, autorką tekstów oraz główną twarzą zespołu jest Florence Welch. Za enigmatyczną "maszyną" w nazwie grupy kryje się zaś grająca na keyboardzie i bedąca współautorką tekstów Isabella Summers.

W 2008 roku, jeszcze przed powstaniem fonograficznego debiutu, Florence + The Machine zdążyli zagrać na legendarnym festiwalu Glastonbury, supportowali także zespół MGMT na ich europejskiej trasie.

Album Lungs trafił na półki sklepowe w Wielkiej Brytanii 6 lipca 2009 roku. Mocno osadzony w indie-rockowej stylistyce krążek zyskał przychylność zarówno krytyków, jak i publiki, która doceniła emocjonalną elegancję oraz folkową energię zawartych na nim utworów. Charyzmatyczna Florence Welch dzięki swoim majestatycznym wokalom, inteligentnym tekstom oraz ogromnej charyźmie, prędko zyskała rzesze słuchaczy na po obu stronach Atlantyku, to dzięki nim sprzedaż Lungs przekroczyła 3 miliony egzemplarzy na całym świecie. Album doczekał się nominacji do prestiżowej nagrody Mercury Prize oraz statuetki w kategorii Album Roku na gali Brit Awards.

Po niemal trzech latach spędzonych na promocji Lungs, zespół zamknął się wraz z producentem, Paulem Epworthem, w legendarnym studio Abbey Road w celu tworzenia muzyki na kolejny album. Efekt tych sesji nagraniowych ujrzał światło dzienne w październiku 2011 roku w postaci albumu Ceremonials. Brzmienie krążka sam Epworth określił jako "o wiele mniej indie, o wiele więcej duszy".

Kolejny rok przepełniony był promocją albumu oraz koncertami. W kwietniu 2012 ukazał się album MTV Unplugged, będący zapisem występu zespołu w ramach popularnej serii koncertów. Również w kwietniu, premierę miał utwór "Breath of Life", który zasilił ścieżkę dźwiękową filmu Królewna Śnieżka i łowca. Nie był to pierwszy projekt Florence +The Machine związany z filmem – w 2010 roku powstał wyprodukowany przez Paula Epwortha utwór "Heavy In Your Arms", nagrany na potrzeby sagi Zmierzch.

Po okresie promocyjnym albumu Ceremonials (w tym kilkunastomiesięczna trasa koncertowa) oraz MTV Unplugged, Florence Welch zdecydowała się na roczną przerwę w tworzeniu. To właśnie ten okres stał się głównym podłożem do powstania nowych utworów zespołu.

Wieść o planowanym wydaniu trzeciego albumu Florence + The Machine obiegła świat muzyki 12 lutego. Jako przedsmak krążka, wydany został pierwszy singiel, "What Kind of Man". Utwór zwiastował zmianę w brzmieniu zespołu na bardziej żywe, gitarowe, pełne przestrzeni – w opozycji do dusznego, surowego Ceremonials. Tekst traktuje o samotności doświadczanej u boku mężczyzny niezdolnego do oddania się drugiej osobie. Jak zwykle, Florence po mistrzowsku operuje metaforą. Jej teksty, zawsze autobiograficzne, są nacechowane nienachalną poetyckością, często stanowią wnikliwą autodiagnozę; Welch powstrzymuje się od opisywania świata w skali 1:1, raczej biorąc pod lupę strzępki uczuć, emocji i własnych obserwacji. Nie stroni od trudnych pytań i gorzkich wniosków. Jednak stałym elementem tekstów zespołu zdaje się być afirmacja życia i człowieka, w całej jego złożoności. Teksty zawarte na nowym albumie zespołu kontynuują tę tradycję, jednak Welch sama przyznaje że w znacznie mniejszym stopniu ukrywa się już za słowem, pozwalając o wiele swobodniej wybrzmiewać uczuciom, lękom i wątpliwościom. Opowiadając o powstawaniu nowych utworów, mówi: "Tym razem utwory są o wiele mocniej umiejscowione w rzeczywistości. Jeżeli Ceremonials był wyrazem obsesji na punkcie śmierci, transcendencji i ucieczki, to nowy album jest raczej próbą nauczenia się jak żyć i kochać w zastanym świecie, zamiast z niego uciekać". 

Producentem nowego krążka został Markus Dravs, znany choćby ze współpracy z Arcade Fire – szczególnie przy nagrodzonym Grammy albumie The Suburbs. To jemu nowe utwory zawdzięczają bardziej ciepłe, miękkie, a przy tym żywe brzmienie. Motywując wybór producenta, Florence Welch za czynnik rozstrzygający podała pracę Dravsa przy jednym z najważniejszych dla niej albumów – Homogenic z repertuaru Bjork. "Sądziłam że [Dravs] znajdzie idealny balans pomiędzy tym co organiczne, a tym co elektroniczne.".

Flo

Premiera albumu How Big, How Blue, How Beautiful miała miejsce 1 czerwca. Poprzedziło ją wydanie drugiego singla zwiastującego krążek, noszącego tytuł "Ship to Wreck". Wideoklip do utworu powstał w domu Florence Welch; reżyser obrazka, Vincent Haycock, w ramach promocji krążka stworzył także dwa dodatkowe klipy do piosenek "How Big How Blue How Beautiful" oraz "St Jude". 

Album spotkał się z ciepłym przyjęciem fanów, którzy zdołali umieścić go na pierwszym miejscu w zestawieniu sprzedaży w USA, Wielkiej Brytanii oraz 7 innych krajach. Krytycy zwrócili natomiast uwagę na większą dojrzałość i stale rosnącą świadomość artystyczną Florence, chwaląc nowe utwory za ich "duchową głębię".

Plany związane z promocją krążka zostały mocno ograniczone po niefortunnym wypadku, jaki miał miejsce w kwietniu podczas amerykańskiego festiwalu Coachella, gdzie Florence, pechowo zeskakując ze sceny, złamała nogę. Nie zapowiada się jednak aby zespół zwolnił obroty – w ramach promocji albumu zaplanowana jest wielomiesięczna trasa koncertowa, która obejmie także Polskę – 12 grudnia zespół wystąpi w Łódzkiej Atlas Arenie. Zanim jednak to, Florence i spółka pojawią się już 26 czerwca na festiwalu Glastonbury – tym samym, na którym siedem lat (i trzy albumy) temu rozpoczęli muzyczną drogę.

 

Matthew Herbert

Jeden z najciekawszych przedstawicieli angielskiej sceny muzyki elektronicznej działający od ponad dwudziestu lat. Producent, DJ, multiinstrumentalista, ale przede wszystkim kompozytor i wizjoner. W pierwszym tygodniu czerwca ukazał się najnowszy longplay tego artysty. Album nosi tytuł “The Shakes” i jest to pierwsze wydawnictwo Herberta z elementami muzyki tanecznej od czasów płyty “Scale” sprzed dziewięciu lat.

 

 

Matthew już w wieku 4 lat zaczął uczyć się gry na skrzypcach i pianinie. Jako nastolatek koncertował z orkiestrami w całej Europie. Ojciec wykształcił w nim nie tylko wrażliwość na muzykę ogólnie, ale także nauczył podstaw obróbki dźwięku. Anglik odkrył wówczas, że każdy dźwięk może być wyjątkowy i tak właśnie narodził się pomysł, by muzykę klasyczną połączyć z elektroniką.

 

 

Herbert przez niektórych określany jest jako ”Brian Eno XXI wieku”. Nigdy nie bał się eksperymentów co udowodnił chociażby podczas swojego pierwszego występu solo w 95 roku. Pojawił się wówczas na scenie nie tylko z samplerem ale też paczką czipsów przy użyciu których uzyskał niezwykle ciekawe, nowe efekty dźwiękowe. Idąc za ciosem na albumie "Around The House" wydanym kilka lat później, znalazły się odgłosy tostera i pralki. Herbert połączył zebrane dźwięki z delikatnym wokalem swojej ówczesnej żony (wokalistki jazzowej Danii Siciliano) w tak zgrabny sposób, że stworzył chwytliwe utwory, które puszczane były chociażby w dziennych audycjach radia BBC.

 

 

Anglik uważany jest za jednego z bardziej kreatywnych i ekscentrycznych producentów współczesnej muzyki elektronicznej. Jego twórczość oprócz walorów artystycznych zawiera silny przekaz polityczny. W swoich utworach z łatwością łączy elektronikę z żywymi instrumentami, czasem z całym big bandem. Co ciekawe na drugiej płycie nagranej ze swoją prywatną orkiestrą jako The Matthew Herbert Big Band, czyli “There’s Me and There’s You“ słychać nie tylko bogate instrumentalne aranżacje, lecz także dźwięk inkubatora, który utrzymywał syna artysty przy życiu czy 70 prezerwatyw rozrzucanych na podłogę w British Museum.

 

 

Matthew Herbert to również jeden z czołowych przedstawicieli microhouse’u. Artysta znany jest przede wszystkim z tego, że przetwarza "znalezione” dźwięki (od szumu drzew, odgłosów zwierząt, ulicy, miasta, po przedmioty codziennego użytku) w piosenki. Do tworzenia swoich kompozycji artysta w ogóle nie korzysta z już istniejącej muzyki. To podstawowa zasada, którą Anglik kieruje się w swojej twórczości. W roku 2000 Herbert  sformułował nawet swój “Osobisty kontrakt na kompozycję muzyki”. Oprócz rezygnacji z automatów perkusyjnych i wcześniej przygotowanego w studio materiału, manifest ten zakłada, że wszystkie efekty wypracowane w studiu nagraniowym mogą być odtworzone podczas występu na żywo.

 

 

Prawie dziesięć lat temu ukazała się płyta “Scale” – chyba najbardziej taneczny i doceniany przez publiczność album Herberta. Wydawnictwo to miało się skupiać na skali odległości, różnic między rzeczami i ludźmi, którą sam muzyk określa jako "broń masowego uwodzenia". Podczas nagrywania albumu Matthew Herbert wysamplował odgłosy 723 rzeczy, z których część można zobaczyć na okładce płyty. “Scale” to cudowny przykład melodyjnej płyty, która kryje w sobie niezwykle głębokie treści zarówno muzyczne jak i tekstowe.

 

 

Na pewnym etapie swojej kariery Herbert wpadł na pomysł wydania albumowego tryptyku. ”One one”, skomponowane oraz nagrane w samotności, tylko i wyłącznie przez Anglika było pierwszą płytą wchodzącą w skład “One Trilogy”. Kolejny krążek, czyli "One Club" było albumem na którym utwory stworzone zostały w oparciu o sample nagrane w jednym z frankfurckich klubów. Trzecie, najbardziej kontrowersyjne z cyklu wydawnictwo to "One Pig”, czyli historia świni “od narodzin do talerza”. Specjalnie na potrzeby rejestracji ów płyty artysta założył bloga, na którym można było na bieżąco śledzić okres dorastania zwierzęcia i poczynania Herberta, który osiem miesięcy poświęcił na zebranie sampli, pracując w jednym z angielskich chlewów.

 

 

Herbert to niezwykle wszechstronny muzyk, który potrzebuje wielu pseudonimów, aby realizować swoje muzyczne koncepcje. Tworzy i nagrywa między innymi jako: Wishmountain, Radio Boy, Doctor Rockit i oczywiście pod nazwą Herbert. Na swoim koncie ma kilka albumów i wiele doskonałych produkcji. Są to zarówno jego własne kompozycie jak i remiksy, począwszy od komercyjnych wykonawców jak Moloko czy Bjork, przez klasyków Serge Gainsbourg, a skończywszy na Plaid.

 

 

Matthew Herbert jest nie tylko muzykiem, ale też producentem. Współpracował z wieloma gwiazdami, takimi jak: Björk, R.E.M. czy Roisin Murphy. Piętnaście lat temu założył wytwórnię Accidental, która działa do dziś. Herbert komponuje również muzykę do filmów i sztuk teatralnych. W 2007 roku ukazała się kompilacja zawierająca utwory stworzone przez tego angielskiego producenta do kilku filmów i baletu. Płyta nosi tytuł "Score" i składa się z kompozycji, które pochodzą z siedmiu dzieł filmowych oraz jednego baletu.

 

 

Kilka miesięcy temu Anglik zapowiedział premierę nowej płyty. Longplay "The Shakes" ukazał się 1. czerwca i jest to pierwszy album artysty z muzyką taneczną od czasu "Scale" z 2006 roku. Na dzieło składa się 12 nowych kompozycji. W marcu premierę miał pierwszy utwór z płyty czyli “Middle”. Zapoczątkował on wymyśloną przez Herberta metodę przedstawienia fanom nowego albumu. Na stronie artysty z tygodnia na tydzień pojawiały się kolejno utwory wraz z teledyskiem. Dzięki temu podejściu mogliśmy stopniowo oswoić się z brzmieniem ostatniego wydawnictwa Anglika.

 

 

Na najnowszym albumie Herberta, w odróżnieniu od ostatnich, eksperymentalnych longplay’ów artysty, znajdziemy taneczne odmiany muzyki elektronicznej. Zdecydowanie nie jest to jednak ten porywający i dosyć oczywisty klimat, który panował na płycie “Scale” sprzed 9 lat. Fakt ten nie powinien zaskakiwać, bowiem Matthew Herbert to muzyk postępowy, który raczej nie powiela wcześniej wypracowanego schematu. “The Shakes” w zrównoważony sposób przedstawia nam dwa, skrajne oblicza tego angielskiego artysty – eksploratora nowego brzmienia i miłośnika kompozycji przesiąkniętych przystępnymi melodiami.

Alabama Shakes

Alabama Shakes to idealny zespół dla poszukujących retro-analogowych brzmień we współczesnej muzyce. To fuzja niesamowitego wokalu i świetnych melodii. Zachwyca się nimi sam Jack White, a i na całym świecie mają rzeszę fanów. 21 kwietnia wydali swój drugi album zatytuowany „Sound & Color”, a promować go będą także u nas, na swoim pierwszym koncercie w Polsce 1 lipca podczas festiwalu Open’er w Gdyni.

Wszystko zaczęło się jak najbardziej klasycznie. Był 2009 rok. Dwójka znajomych z liceum w Athens w Alabamie, wychowywana na Elvisie Presley’u  Brittany Howard i jej dobry kolega Zack Crockrell, postanowiła założyć kapelę. Na początku jako duet próbowali swoich sił z rockiem progresywnym jako gitara i bas. Brakowało im jednak perkusji a i w takim repertuarze nie do końca swobodnie się czuli. Na pomoc przyszedł sprzedawca w lokalnym sklepie muzycznym – Steve Johnson. Wybór muzyki jaki będą tworzyć odłożyli na później. Po prostu zaczęli się dobrze bawić. (A muzyka pozostała niezdefiniowana do tej pory). W takim składzie szybko nagrali pierwsze autorskie demo, po przesłuchaniu którego dołączył do nich kolejny gitarzysta Heath Fogg. Tak powstała grupa The Shakes, mająca potem sporo namieszać w muzyce. Mnogość zespołów o takiej nazwie nie pozwoliła jednak grupie zbytnio rozwijać skrzydeł stąd przemiana z The Shakes na Alabama Shakes i tak zostało do dzisiaj.

Niemal każdy początkujący zespół najczęściej urozmaica swoją koncertową setlistę o covery. Nie inaczej było i w tym przypadku. Ze sceny oprócz autorskich kompozycji rozbrzmiewały utwory takich klasyków jak James Brown, Ottis Reading, ale też Led Zeppelin czy AC/DC. W ten sposób Alabama Shakes zaczęli definiować swój niepowtarzalny styl łączący bardzo żywiołowego rock’n’rolla oraz momentami zmysłowego soulu.

Pierwsza płyta grupy ukazała się 9 kwietnia 2012. Zaskoczyła niejednego krytyka i uradowała wielu fanów. Alabama Shakes wstrzelili się idealnie w wielki renesans mody na kulturę vintage. Przybrudzone gitary, soulowe melodie i niesamowicie charyzmatyczna wokalistka przyciągały niczym magnes coraz większe rzesze słuchaczy. Z czasem utwory takie jak „Hang Loose” czy „Hold On” słyszał niemalże każdy… Wszystkie te słowa najlepiej potwierdzają 3 nominacje do nagrody Grammy oraz rozpoczynające się wtedy wielkie boom na Alabama Shakes.

Z powodzeniem przez kolejne lata grupa pojawiała się coraz częściej w mediach (przykładem Saturday Night Live) czy na najbardziej znanych festiwalach jak Coachella, czy Glastonbury. Mimo, że grają bardzo amerykańską muzykę pokochała ich także Europa.

Głośny debiut doczekał się swojego następcy 3 lata później. „Sound & Color” ujrzał światło dzienne 21 kwietnia 2015. Brzmieniowo różni się nieznacznie, choć przyznać trzeba, że miejsce przybrudzonych gitar zajęły bardziej sterylne klawisze. Nie należy jednak tego traktować jako minus. Album jest znacznie bardziej dojrzały i dopracowany. Znacznie bardziej emocjonalny i głęboki tekstowo. Nieco bardziej stonowany, z większą ilością soulu, mniejszą rock’n’rolla – odwrotnie do debiutanckiego „Boys & Girls”. Niemniej szczyty amerykańskiej i kanadyjskiej listy sprzedaży zostały zdobyte, a koncerty w wielu miejscach wyprzedane. Niezmiernie cieszy, że w tym roku będziemy mieli okazje w Polsce zobaczyć jeden z lepszych ostatnimi laty zespołów koncertowych. Niemal dokładnie za miesąc, 1 lipca, grupa pojawi się na festiwalu Open’er w Gdyni.

Snoop Dogg

Znany też jako Snoop Lion, Snoopzilla, DJ Snoopadelic, czy w końcu Calvin Broadus Jr, to urodzony w 1971 roku raper z Long Beach. Do dzisiaj uważany jest za jednego z głównych artystów w nurcie G-Funkowym. Kiedy myślimy o tym gatunku, nadal pierwszymi skojarzeniami są pełne luzu flow i ciepła barwa głosu Snoopa, połączone z bujającymi beatami Dra Dre.

 

 

Snoop Dogg nagrał swój pierwszy album w 1993 roku i do dziś wydał 12 rapowych krążków, jedną płytę reggae, jedną funkową i kilka albumów w kolaboracji z innymi raperami. Częściowo świadczy to o wyjątkowości tego twórcy – każde kolejne LP różni się od poprzedniego, część ma w sobie więcej inspiracji popem i r'n'b, część tkwi mocno w klasycznym brzmieniu zapoczątkowanym na Doggystyle. Jedną z najważniejszych zmian w muzyce Snoopa było rozpoczęcie współpracy z The Neptunes (duetem producenckim, w składzie Pharrell Williams oraz Chad Hugo). To właśnie z nimi powstały największe hity Broadusa, takie jak Drop It Like It's Hot czy Signs.

 

https://www.youtube.com/watch?v=s5H3HQIRkSM

 

Najnowsza płyta Snoopa Dogga, Bush, została w całości wyprodukowana przez Pharrella Williamsa i ciężko ją nazwać pozycją stricte rapową. Artysta skupia się głównie na melodyjnych, "podśpiewywanych" utworach, a jedynymi piosenkami które można śmiało określić jako rap są I'm Ya Dogg z gościnnym udziałem Ricka Rossa i Kendricka Lamara oraz singlowe Peaches & Cream. Mimo wszystko płyta jest tak przepełniona ciepłym, letnim brzmieniem, że ciężko o coś bardziej klimatycznego do puszczenia w tle podczas grilla na działce.

 

 

To właśnie umiejętność zabawy muzyką i swobodnego przechodzenia między gatunkami sprawiają że po ponad dwudziestu latach na scenie Snoop wciąż nie nudzi, a jego kolejne projekty nadal sprawdzamy z dużym zainteresowaniem.

 

Przygotował: Rafał Konaszewski

Tyler, The Creator

Czyli Tyler Gregory Okonma, znany nie tylko jako raper, ale również projektant, producent i przede wszystkim głowa Odd Future, jednego z najważniejszych raperskich kolektywów naszych czasów. Projekt powstał pomiędzy rokiem 2006 i 2007 dzięki Tylerowi i grupie raperów mających podobne podejście do muzyki. Pierwszym krokiem wydawniczym Odd Fututre było udostępnienie w Internecie mixtape'u The Odd Future Tape. Miało to miejsce rok przed wydaniem pierwszego, solowego albumu Tylera, czyli "Bastard".


W 2011 roku Odd Future poszerzyło swoją działalność, poprzez założenie własnej wytwórni nakładem której na rynku pojawiły się płyty takich artystów jak The Internet, Mellow Hype, czy właśnie Tylera. Chodzi o płytę "Wolf". Album ten, podobnie jak jego poprzednik zebrał bardzo dobre recenzje, jednak  odbiegał on od klasycznego, odd future'owskiego brzmienia, obecnego na poprzednich wydawnictwactwact kalifornijskiego kolektywu. Ta odmienność została uwydatniona bardzo ciekawym doborem gości – na longplay'u pojawiła się między innymi Erykah Badu, czy Coco O.

W 2015 roku na rynku pojawił się trzeci, oficjalny album Tylera – "Cherry Bomb". Na tym wydawnictwie założyciel odd future, jeszcze mocniej zaznaczył swoją inspirację czarną muzyką, czyli soulem, funkiem i jazzem. Na płycie pojawili się tacy goście jak: Schoolboy Q, Charlie Wilson, Kanye West, Lil Wayne, Pharell Williams i przede wszystkim kultowy już wibrafonista, kompozytor i klawiszowiec – Roy Ayers, który udzielił  się w utworze, "Find Your Wings".

https://www.youtube.com/watch?v=da0uZmijmdE

Przenikające się nawzajem klimaty, środki wyrazu i gatunki – właśnie to tworzy niepowtarzalną i z każdym albumem zmieniającą się, Tylerowską mieszankę. 

 

Jakub Wytrykowski

Chance The Rapper

Chancelor Bennett. Ma 22 lata, ledwie dwa mixtape'y na koncie i kolejny w drodze. Chance stawia na jakość, nie na ilość. The Rapper, choć niezwykle często od rapu ucieka, to fenomen wśród młodych, niezależnych artystów na scenie muzycznej. Niewielu posiada w sobie tyle charyzmy i talentu, co Chance. Jego pierwszy mixtape, #10Day, powstał podczas dziesięciodniowego zawieszenia w obowiązkach ucznia i pozwolił mu przebojem wbić się w grono rozpoznawalnych wykonawców z Chicago. Całkiem nieźle, jak na dziewiętnastolatka.

Od tego momentu minęły trzy lata i w tym czasie Chance udowodnił, że nie jest tylko chwilową sensacją. Follow-up #10Day, jako projekt niezależny, znalazł się w ścisłej czołówce niemalże każdego zestawienia najlepszych płyt roku 2013. Był to mixtape Acid Rap, na którym pośród wesołych krzyków i skocznego stylu Bennetta znajdziemy metafory dla znacznie poważniejszych spraw niż papierosy i sok. Chance emanuje energią, jednocześnie wiedząc kiedy uspokoić słuchacza i przełożyć nacisk z brzmienia na teksty. A te, przedstawiające niezwykle szczery pogląd artysty na życie, są skonstruowane tak, aby każdy znalazł w nich coś dla siebie. Połączenie takiej warstwy lirycznej ze znakomitymi, organicznymi brzmieniami podkładów dało w efekcie płytę, która raz przez słuchacza polubiona nigdy się nie nudzi.

https://www.youtube.com/watch?v=_2LmJLJZdC0

We wtorek pojawi się wspólna płyta Chance'a i jego zespołu The Social Experiment pt. Surf i będzie kolejnym darmowym projektem na koncie artysty. Mimo przybrania niezwykle alternatywnej ścieżki kariery widać, że Bennettowi sukces jest pisany. Po paru znakomitych teledyskach Chance zrobił kolejny krok i wystąpił w filmie krótkometrażowym Mr Happy. Jego twórczość jest znakomitym przykładem na to, że robienie rzeczy, które się na prawdę kocha, połączone z niesamowitą kreatywnością przynosi fantastyczne skutki.

Modest Mouse

Modest Mouse, czyli zespół, który wszystkie potencjalne wady potrafi zamienić w swoje największe atuty. Ich twórczość to mieszanka chwytliwego postpunkowego brzmienia, pięknej warstwy lirycznej i niezwykłych linii wokalnych. Wokalista Isaac Brock jest posiadaczem głosu pełnego pasji, często pozornie niedbałego, tym samym pozbawionego jakiejkolwiek sztuczności. Ponadto świadomie wykorzystuje niezliczoną ilość inspiracji, od klasyki brytyjskiego rocka po soul. W 2014 roku, po siedmioletniej absencji, powrócili do studia, żeby w marcu tego roku wydać swój siódmy studyjny album, Strangers To Ourselves. Krążek wywołał mieszane uczucia – z jednej strony zebrał pełno dobrych recenzji, z drugiej znalazło się sporo odbiorców wyraźnie zawiedzionych domniemanym spadkiem formy. Najlepiej przyjętymi utworami okazał się szereg singli promujących wydawnictwo – mowa tu o Lampshades on Fire, The Ground Walks, with Time in a Box, The Best Room i Coyotes. Polska publiczność o pełną ocenę najnowszego materiału będzie mogła pokusić się już 2 lipca – wtedy to Modest Mouse, w ramach Open'er Festival, dadzą swój pierwszy w Polsce koncert.

Formacja powstała w 1993 roku, a w jej pierwotny skład wchodzili wokalista i gitarzysta Isaac Brock, perkusista Jeremiah Green i basista Eric Judy. W późniejszym czasie przez szeregi Modest Mouse przewinęło się kilku innych muzyków, m.in. gitarzysta The Smiths, Johnny Marr, który brał udział w nagrywaniu wydanego w 2007 roku We Were Dead Before The Ship Even Sank. To zdecydowanie najpopularniejsza pozycja w dyskografii zespołu, o czym decyduje m.in. zajęcie 1. miejsca w zestawieniu Billboard 200. Początek ich poważniejszej kariery można datować na 1997 rok – wtedy to, po nawiązaniu współpracy z wytwórnią Epic Records, wydali swój trzeci studyjny album, Moon & Antarctica. Płyta zebrała doskonałe recenzje, zapewniając zespołowi miejsce w czołówce amerykańskiej alternatywny. Określana mianem hipnotyzującej, naprzemiennie subtelnej i dosadnej oraz perfekcyjnej pod względem lirycznym. A to tylko kilka z wielu pochwał kierowanych pod adresem Modest Mouse, warunkowanych nie tylko istnieniem Moon & Antarctica, ale całością twórczości zespołu. Ta, nieważne, czy pozostająca w klimacie pesymistycznego indie rocka, czy zabarwiona oczywistą komercją, zawsze potrafiła znaleźć grono odbiorców zachwyconych tym, co przekazuje. Przy komplementowaniu MM, nie wypada nie zwrócić uwagi na ich genialne tytuły albumów, z Good News For People Who Love Bad News (2004), zawierającym utwory takie jak Float On czy The World At Large, na czele. Ponadto mamy We Were Dead Before The Ship Even Sank czy debiutancki This Is A Long Drive For Someone To Think About. Głównym pomysłodawcą tytułów prawdopodobnie jest Isaac Brock, który oprócz bycia unikalnym wokalistą, idealnie sprawdza się jako tekściarz zespołu.

Modest Mouse można określić mianem idealnie nieidealnych – z nieco rozmarzonym podejściem tworzą muzykę bardzo różnorodną, jednak w największym stopniu czerpiącą z indie i rocka alternatywnego. Ich niepedantyczne nastawienie do komponowania i koncertowania skutkuje materiałem szczerym, w dużym stopniu zabarwionym emocjonalnie, czasem trochę szczeniackim, gdzie szczeniackość jawi się jako absolutna zaleta. Kluczem do zrozumienia ich twórczości jest zapoznanie się z jak największą ilością tekstów – te, od 1993 roku utrzymane są na świetnym poziomie, czyniąc z lidera MM jedną z najciekawszych postaci amerykańskiej sceny muzycznej.

 

 

Magdalena Staniszewska