Ten tydzień na antenie Radia LUZ upłynie pod znakiem zespołu Rasmentalism.
Archiwum
Sufjan Stevens
Lapalux
Czyli tak naprawdę Stuart Howard, to pochodzący z Essex producent muzyki elektronicznej. Nazwa pod którą ukrywa się Anglik pochodzi od skrótu sformułowania “Lap of Luxury” co oznacza po prostu “opływać w dostatki”. Co ciekawe Howard tworząc muzykę w dużej mierze skupia się na amatorskich nagraniach i niesterylnym brzmieniu, stawiając się niejako w kontrze do luksusu, który opiewa jego pseudonim. Prawdopodobnie dzięki temu, mimo iż jego utwory często ocierają się o brzmienie wręcz popowe, dalej pozostaje on niezwykle oryginalnym i (co chyba najważniejsze) autentycznym twórcą.
Kariera Lapaluxa rozpoczęła się od wypuszczenia kasety magnetofonowej zatytułowanej “Forest”. Muzycznie są to chyba najbardziej nieśmiałe i stonowane kompozycje spośród wszystkich wyprodukowanych przez angielskiego producenta. Kolejne wydawnictwo czyli “Many Faces Out of Focus” było już na tyle wyraziste i stłumione jednocześnie, że zainteresowało szefa wytwórni Brainfeeder Records. To właśnie w 2012 roku, który można uznać za przełomowy w karierze Stuarta Howarda, Flying Lotus podpisał z nim kontrakt na dwie kolejne EPki i debiutancki album “Nostalchic”.
Lapalux nie tylko zajmuje się produkcją muzyki. Pisze również krótkie teksty do swoich piosenek i często używa własnego głosu jako kolejnego instrumentu, który można wkomponować w utwór. Jego brzmienie mimo iż niezwykle charakterystyczne nie należy do jednorodnych. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że raz uśmiechamy się w myślach do future popowych, tanecznych piosenek by za chwilę wpaść w melancholijny nastrój przy psychodelicznej, połamanej elektronice. U Howarda odnajdziemy tak naprawdę wszystko. Od narkotycznych ballad opartych na syntetycznym soulu po utwory przesiąknięte mocnym, wręcz brutalnym beatem.
Gdy słuchamy Lapaluxa dosyć często przechodzimy z jednego skrajnego stanu do drugiego. Jednak tym co łączy chyba każdy utwór tego angielskiego producenta jest niezwykła brzmieniowa “wilgotność”. Nieważne czy w danej kompozycji czerpie z post-industrialnej muzyki beatowej czy też sięga po nieco bardziej egzotyczny, synkopowy rytm. W niemal każdym stworzonym przez Howarda utworze da się wyczuć specyficzny brzmieniowy smaczek. Muzyka Lapaluxa jest podmokła i krucha jednocześnie. Chyba właśnie za sprawą mieszanki często absurdalnych składników jego twórczość jest wyjątkowa i warta uwagi.
Lapalux od zawsze traktował linię melodyczną wokalu na równi z brzmieniem innych instrumentów. Często słychać to w jego utworach. Uwielbia łamać i brudzić wokal, pozornie niszcząc jego pierwotne walory by ostatecznie wykreować coś nietuzinkowego, ale pięknego. W kompozycjach Lapaluxa dominuje specyficzne poczucie estetyki, które jednych odpycha, innych intryguje. Dzieje się tak również za sprawą drugiego, niezwykle ważnego elementu, który ma ogromny wpływ na nietuzinkowość jego brzmienia – nagrań terenowych. Producent kolekcjonuje przypadkowe dźwięki, które otaczają go na co dzień po to by wpleść je do swojej muzyki często w najmniej oczekiwanym momencie.
Ze wszystkich dotychczasowych wydawnictw debiutancki album Lapaluxa “Nostalchic” (Nostalczik) wydaje się być najmniej entuzjastycznie przyjętym przez krytyków. Mocno eksperymentalna płyta stanowiąca mieszankę noisowego jazzu, nowoczesnego r&b i mainstreamowej elektroniki, przede wszystkim sprawia wrażenie nieco zbyt chaotycznej. Trywialność miesza się tu z ambicją w tak nieuporządkowany sposób, że ciężko jest stwierdzić czy zabieg ten był zamierzony czy też wynikał po prostu z braku kreatywności.
“Zawsze myślę o albumach jak o podróży”. To stwierdzenie padło w jednym z wywiadów odnośnie debiutanckiego albumu Lapaluxa “Nostalchic”. Słuchając tej płyty od początku do końca czujemy, że autor chciał zawszeć w niej pewną esencję, skupiając się przede wszystkim na warstwach i teksturze dźwiękowej. Można powiedzieć, że album stanowi stworzony za pomocą muzyki wszechświat, a każdy kolejny utwór jest odrębną planetą w nim funkcjonującą. Mimo że nie jest przestrzeń łatwa i oczywista, warto się w niej zanurzyć by przeżyć coś zupełnie nowego.
Lapalux bardzo nie lubi gdy ktoś stara się zaszufladkować jego muzykę. Unika tagowania i odpowiedzi na bezpośrednie pytania o to do jakiego gatunku można przypisać jego twórczość. Howard twierdzi, że muzyka “mówi sama za siebie”. Stara się właśnie w ten sposób komponować swoje utwory aby ciężko było je w jakikolwiek sposób określić i opisać. Można powiedzieć, że w pewnym sensie buntuje się przeciw kategoryzacji a jego muzyka to stanowi manifest tego podejścia.
“To najlepsza i najtrudniejsza rzecz jaką kiedykolwiek wyprodukowałem” – tymi słowami Lapalux zapowiadał premierę swojego drugiego, długogrającego albumu “Lustmore”. Bez wątpienia jest to jedna z najbardziej oczekiwanych płyt tej wiosny. Lapalux wraca ze swoim przedziwnym, analogowym i mokrym brzemieniem ale przedstawia nam je w nieco bardziej przystępnej formie niż dotychczas. Mimo, że angielski producent dalej rzuca nas w przestrzeń mało jednolitą wydaje się, że tym razem pozostawia w niej więcej drogowskazów. Dzięki pięknym, ciepłym wokalom i melodiom które przewijają się niemal przez cały album nie jesteśmy w stanie się zgubić.
Płyta “Lustmore” to drugi album w karierze Lapaluxa. Jest to również kolejna płyta, która ukaże się nakładem wytwórni Brainfeeder. Tym razem londyński producent skupił się na tym aby za pomocą muzyki przekazać wrażenia wizualne. Słuchanie “Lustmore” bez wątpienia zachęca do tego aby każdemu z utworów przypisać konkretne obrazy i emocje. “Kiedy myślę o albumie od razu przypomina mi się słynna scena w barze z filmu Lśnienie” – tłumaczy Howard. “Mam wrażenie, że w mojej muzyce jest sporo podobnej dziwności, prowadzącej do psychologicznego obłędu. Dotyczy to nie tylko samego procesu twórczego ale też tego jak ostatecznie brzmi cały album.”
Björk
Postać ukazana na okładce albumu Vulnicura pokryta jest kolcami w jaskrawych barwach, odwołującymi się do charakterystycznego dla zwierząt mechanizmu obronno-ostrzegawczego. Klatka piersiowa tejże postaci jest dramatycznie rozdarta – głęboka, pulsująca rana symbolizuje obolałą duszę i bezbronne przed światem uczucia. Bjork, autorka albumu, zawsze łączyła w swojej twórczości te dwa emocjonalne bieguny – siłę i ekscentryczność z wrażliwością i naiwnością godną dziecka, szorstką twardość z niebywałą kruchością. Jako córka aktywistki o artystycznej duszy i byłej hipiski oraz ułożonego, zasadniczego elektryka, zawsze była rozdarta między dwoma światami. Nigdy nie była też taka jak jej rówieśnicy, ze względu na jej nietypową urodę wołano na nią "china girl". Nie odcinała się jednak od swojej inności – na przestrzeni lat uczyniła z niej swój atut.
Bjork przyszła na świat 21 listopada 1965 roku w Reykjaviku – mieście, które ukształtuje ją jako człowieka i do którego w końcu wróci po latach spędzonych w Londynie. Właśnie w stolicy Islandii w wieku sześciu lat rozpoczęła edukację w szkole muzycznej, gdzie otrzymała szeroką wiedzę na temat muzyki klasycznej. Wtedy, w charakterystyczny dla siebie sposób buntowała się przeciw skostniałemu podejściu szkoły do muzyki; dziś trudno nie uznać tych wpływów za przydatne jej własnej twórczości. Jej temperament wielokrotnie dawał o sobie znać władzom szkoły; spierała się z nimi, prowokując dyskusje dotyczące muzyki współczesnej. Wybaczano jej jednak, bo posiadała ogromny urok oraz nieprzeciętny talent. Talent, który w 1977 roku zaowocował kontraktem fonograficznym i pierwszą, złożoną głównie z coverów (m.in. The Beatles) płytą, zatytułowaną po prostu Bjork. Nagranie odniosło wielki sukces komercyjny w rodzimym kraju Bjork, co niekoniecznie przysporzyło jej radości. Jednak nikt, nawet ona, nie mógł podejrzewać że wkrótce nie tylko stanie się najbardziej rozpoznawalną islandką świata, ale także zrewolucjonizuje rynek szeroko pojętej muzyki pop.
W nastoletnich latach Bjork zamieniła The Beatles na punk, goth rock i jazz. W latach 80. była członkinią niezliczonych zespołów, m.in. Tappi Tikarrass oraz KUKL. Jednak najważniejszy w jej życiu artystycznym okazał się założony w 1986 roku The Sugarcubes. Ich międzynarodowy hit, Birthday, był pierwszą okazją dla Bjork do zaistnienia w masowej świadomości. Okazję tę w nadchodzących latach wykorzystała po mistrzowsku.
Po sześciu latach wspólnego grania i trzech nieźle przyjętych albumach, w 1992 roku The Sugarcubes zakończyli działalność. Bjork nie traciła czasu; przeprowadziła się do Londynu w poszukiwaniu producenta, który ujarzmiłby drzemiącą w niej bestię i pomógł stworzyć coś po raz pierwszy autorskiego. Wynikiem tych poszukiwań był nagrywający m.in. z Massive Attack Nellee Hooper, a rezultat ich współpracy ujrzał światło dzienne w 1993 roku w postaci albumu Debut. Krążek szybko uzyskał uznanie krytyków, a pochodzące z niego single oraz towarzyszące im ekscentryczne wideoklipy przykuły uwagę całego świata do tej drobnej islandki, która po prostu chciała robić muzykę. Tak oto narodził się fenomen Bjork.
W 1995 roku miejsce miała premiera albumu Post. Inspiracją do jego powstania była tęsknota świeżo upieczonej mieszkanki Londynu za domem – Islandią. Płyta przyniosła najbardziej rozpoznawalny jak dotąd utwór artystki, It's Oh So Quiet, którego z charakterystyczną dla siebie przekorą Bjork nie włącza do setlisty koncertowej od niemal dwudziestu lat. Dwa lata później powstał Homogenic – dźwiękowy hołd złożony dzikiej, tętniącej życiem naturze Islandii. Do dziś przez wielu album uważany jest za najbardziej udane dzieło Bjork.
https://www.youtube.com/watch?v=AjI2J2SQ528
W 2001 roku, po krótkim flircie z kinem na planie Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera, Bjork zakochała się. Jej wybrankiem był artysta wizualny Matthew Barney, a wynikiem ich miłości był łączący delikatne, niemal nieobecne beaty z dźwiękami harfy oraz pozytywki album Vespertine. Następne były Medulla, stworzona niemal w całości przy użyciu głosu ludzkiego w wyniku fascynacji islandki możliwościami tegoż instrumentu, oraz wydany w 2007 roku album Volta, stanowiący powrót do pełnych, bogatych brzmień pierwszych albumów. W pracy nad beatami artystce pomagał m.in. Timbaland.
Wydana w 2011 roku Biophilia była najbardziej ambitnym jak dotąd muzycznym przedsięwzięciem Bjork. Premierze płyty towarzyszyło ukazanie się interaktywnej aplikacji na iPada, która pozwalała słuchaczowi na doświadczanie muzyki w nowy sposób, przybliżając go do procesu twórczego. Sam album podejmował temat związków pomiędzy muzyką, naturą i technologią. Po wielomiesięcznej trasie koncertowej, projekt Biophilia skonkludował koncertowy film Biophilia Live. Charakterystyczny głos Bjork zamilknął na dwa lata.
18 stycznia 2015 roku, zaledwie kilka dni po ogłoszeniu przewidzianej na wiosnę premiery ósmego albumu Bjork, cała płyta nieoczekiwanie trafiła do sieci. "Wyciek" zmusił Bjork do zmiany planów wydawniczych i tak oto 20 stycznia album Vulnicura pojawił się w serwisie iTunes.
Vulnicura to album o złamanym sercu. Ból i otępienie po utraconej miłości obecne są w przejmujących melodiach, partiach smyczkowych przywołujących na myśl te obecne na albumie Homogenic oraz elektryzującym, pełnym niepokoju klimacie stworzonym przez współproducentów albumu: pochodzącego z Wenezueli Arca oraz brytyjskiego producenta The Haxan Cloak. Jednak najważniejsze na tym albumie są teksty. Osobiste jak nigdy dotąd, stanowią swoisty zapis rozkładu długoletniego związku, rozkładu rodziny, w końcu wewnętrznego rozkładu nadziei i wiary w coś, w co się pokładało nieskończone nadzieje. Nigdy wcześniej Bjork tak odważnie nie zaprosiła słuchacza do oglądania jej otwartych ran. Temat jest uniwersalny jak żaden inny – albumów o rozstaniu powstało tysiące. Jest jednak w Vulnicura pewna rzadko spotykana autentyczność, która sprawia że ten album raczej się czuje niż go słucha. Bohaterką jest niemal 50-letnia kobieta, która dokonuje odkrycia że w życiu nic nie jest na pewno. Tak się składa, że tą kobietą jest postać uwielbiana przez całe pokolenia wychowane na jej muzyce. Na przestrzeni lat poznaliśmy Bjork-wojowniczkę, Bjork-wariatkę, Bjork-romantyczkę. Na Vulnicura poznajemy Bjork-człowieka. Ten album to proces. Doświadczając rozpadu świata artystki na kawałki, stajemy się przy okazji świadkami jej wewnętrznego odrodzenia. Bo jak wiadomo, nordycka natura nakazuje Bjork wyjście z każdej opresji. W czarnym jeziorze rozpaczy odnalazła sens zawarty w słowach "don't remove my pain, it is my chance to heal".
Kendrick Lamar
Kariera Kendricka Lamara to kinowa fabuła opowieści o underdogu, który wchodzi na szczyt z uniesioną pięścią. Różnicą między filmem a rzeczywistością jest to, że historia rapera z Compton obrana jest z ekranowego patosu i kiczu, a na samym końcu suckes indywidualny to kwestia drugorzędna. Istotne jest jedynie to, co faktycznie niesie za sobą sztuka artysty. Bardzo łatwo mówić dziś o populizmie, handlowaniu wartościami i naginaniem ich fundamentów w zależności od roli narzędzia, którą im przypisano. Hip-hop od lat bezwiednie dryfuje pomiędzy stanem poszukiwania swojej ponownie zdefiniowanej wartości, a chęcią odrzucenia wszelkich schematów. Wszystko to odbywa się za kulisami przepychu, który niezmiennie od drugiej połowy lat 90-tych dominuje jako stereotypowy wizerunek artysty gatunku. Swoim najnowszym albumem Kendrick Lamar udowania, że to nie wizerunek, podejście wobec ram gatunkowych ani zapotrzebowanie definiują faktyczną wartość produktu, a to jak prezentuje się relacja pomiędzy zaangażowaniem w swoją, niezależną koncepcję i traktowanie jej jako równowartościowego elementu procesu twórczego.
Mimo tego, że wszystkie materiały Kendricka sprzed "Section.80" w swojej street-mixtape'owej kategorii zdecydowanie bronią się jakością, to właśnie pozycja z 2011 roku jest wyraźnym punktem zwrotnym w karierze rapera. Zamknęła ona bowiem etap poszukiwawczy i rozpoczęła tę najtrudniejszą drogę – kreowanie nowych rzeczywistości artystycznych przy wykrystalizowanym już stylu. "Section.80" w swojej zawartości równiez było płytą przełomu. Okres zauważania swojej dorosłości w czasach nieograniczonej rozsądkiem energii, na tle zbrodniczych, słonecznych zakamarków LA.
"good kid, m.A.A.d city" to ten właściwy, wielki debiut. Kompletny hip-hopowy album XXI wieku. Kompletny, ponieważ niesamowicie holistycznie podchodzi do gatunku. Dostaliśmy nowoczesne produkcje, jednocześnie utopione w klasycznej stylistyce zachodniego wybrzeża. Materiał o niesamowitym potencjale radiowo-telewizyjno-kasowym, który przy nawet najbardziej przebojowych numerach na pierwszym miejscu stawiał duszę każdej z kompozycji. Jeden z najpiękniejszych koncept albumów hip-hopu z niesamowitą narracją i plastycznymi obrazami, wkomponowany w charyzmatyczne, chwytliwe brzmienie niezaprzeczalnie zabójczo przystępnego muzycznie dzieła. Niewielu artystów w taki sposób potrafiło łączyć wszystkie te elementy.
Po trzech latach wielkości – wielkiego sukcesu artystycznego i popkulturowego, wielkich zwrotek gościnnych, koncertów i wielkich oczekiwań – Kendrick zwyciężył po raz kolejny. Nagrał najlepszy album swojej kariery, w sposób tak niewiarygodny, naturalny, szczery i empatyczny jak nawet wielu fanów artysty nie było w stanie sobie wyobrazić. Futurystyczne, postępowe brzmienie, gdzie mimo wszystko dominuje rozbujany vibe zachodniego wybrzeża lat dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku oraz ten kosmiczny klimat funku, soulu i czarnej psychodeli lat siedemdziesiątych. Uduchowiony, niesplamiony populizmem i tanią retoryką afrocentryzm i zażarta walka z rasizmem oraz niesprawiedliwością. Pełen ukłon wobec wszystkich pionierskich gatunków i miejsc, gdzie muzyka dawała nadzieję, pomagała walczyć, niosła rewolucję. Kendrick nie jest pretensjonalny i hałaśliwy. Dokładnie obserwuje siebie i odnajduje analogie; afirmuje życie, mając pełną świadomość tego jak trudno odnaleźć w sobie cokolwiek. "To Pimp A Butterfly" to galaktyczna podróż od "Maggot Brain" i "What's Going On", przez twórczość Public Enemy do 1991 roku, po "Like Water For Chocolate" i OutKast drugiego tysiąclecia naszej ery.
Romare
Czyli tak naprawdę Archie Fairhurst, to niezwykle oryginalny producent muzyki elektronicznej. Anglik znany jest przede wszystkim z ogromnego zaangażowania w promowanie afrykańskich brzmień. W muzyce, którą komponuje ten pochodzący z Londynu producent słychać to bardzo wyraźnie. Można powiedzie, że niejako przetłumaczył swoją fascynację na język dźwięków, tworząc istną mozaikę która bardzo często zaskakuje, ale przede wszystkim jednak intryguje fanów niecodziennych, "czarnych brzmień".
Bez wątpienia duży wpływ na taki a nie inny kierunek w karierze Romare ma fakt, że studiował on kulturę afroamerykańską na uniwersytecie. Co ciekawe swoją przygodę z muzyką zaczynał jako perkusista i gitarzysta w zespole. Dopiero po ukończeniu studiów, gdy przeprowadził się do Paryża, zaczął interesować się DJ’ingiem oraz miksowaniem stworzonej przez siebie muzyki. Podczas tego procesu bazował głównie na samplach znalezionych w stopniowo powiększającej się kolekcji starych, winylowych płyt. Nie da się ukryć, że technika używania fragmentów wcześniej stworzonych utworów i wplatania ich w swoją muzykę stanowi podstawę jeśli chodzi o twórczość Romare. Poprzez wplatanie w swoje kompozycje starannie wyselekcjonowanych fragmentów wywiadów, starych piosenek, przemów, filmów i innych nagrań głównie o tematyce afrykańskiej lub afroamerykańskiej, sprawia że jego utwory nabierają jeszcze większej mocy. Brytyjczyk porównywany jest przez krytyków między innymi do DJ Shadowa i legendarnych mistrzów samplingu z lat 90-tych. Dlatego właśnie (ale nie tylko) Romare jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na scenie muzyki elektronicznej.
Bardzo ciekawa jest też historia kryjąca się za pseudonimem, którego używa londyński producent. Gdy Archie Fairhurst studiował kulturę afroamerykańską natrafił na twórczość pewnego amerykańskiego malarza – Romare Beardena. Ten niezwykle interesujący artysta, głównie kolażysta, ale także pisarz, który w swoich dziełach skupiał się na pokazaniu życia Afroamerykanów, na tyle zafascynował Anglika, że postanowił niejako oddać mu hołd i użyć jego imienia jako pseudonimu artystycznego. Co ciekawe Romare podczas komponowania stosuje niejako tę samą technikę co inspirujący go malarz. Wycina bowiem fragmenty utworów, układa je niczym wyklejankę i tworzy właśnie coś na kształt muzycznego kolażu.
Romare jest zwolennikiem koncepcji, która mówi że nowe brzmienie powstaje z łączenia różnych stylów muzycznych. W związku z tym jego twórczość to prawdziwa mieszanka gatunków. Romare bardzo często żongluje stylami pozornie do siebie niepasującymi, skupiając się oczywiście na mianowniku łączącym je w całość czyli tak zwanym “czarnym brzmieniu”. Bardzo trudno jest zaklasyfikować jego twórczość do jednego gatunku. W zależności od konkretnego utworu łączy ze sobą afrykański folk, afrobeat, jazz, hip-hop, house, downtempo, dubstep i grime.
Tak naprawdę kariera tego młodego, angielskiego producenta rozpoczęła się gdy w 2012 roku podpisał kontrakt z bristolską wytwórnią Black Acre. W ten sposób dołączył do grona znamienitych artystów takich jak Blue Daisy czy Dark Sky. Jego pierwsze wydawnictwo czyli EPka “Meditations on Afrocentrism” wywołała spore zainteresowanie w środowisku skupiającym się wokół oryginalnej muzyki. Następna płyta (“Love Songs: Part One”) tylko potwierdziła, że Romare ma jeszcze sporo do przekazania i na pewno wpisze się w krajobraz współczesnej elektroniki na dłużej.
Pod koniec lutego ukazał się debiutancki album Anglika zatytułowany “Projections”. Nazwa płyty pochodzi od kluczowej wystawy amerykańskiego malarza, którego twórczość inspiruje tego londyńskiego producenta od samego początku jego muzycznej kariery. Wydarzenie to miało miejsce w 1964 roku. Była to wystawa, która miała niejako zdefiniować twórczość Romare Beardena i przedstawić prace, które do dziś uważane są za jego najlepsze. Prawdopodobnie tym samym ma być dla nas kolekcja utworów z debiutanckiego albumu Archiego Fairhursta – wizytówką i creme de la creme jego dotychczasowych muzycznych osiągnieć. Zdecydowanie można więc powiedzieć, że wydanie debiutanckiego albumu jest kolejnym, duży krokiem w karierze tego młodego, angielskiego producenta. Na płycie, tak jak na wcześniejszych wydawnictwach, Romare za pomocą muzyki kładzie nacisk na tematy związane z życiem Afroamerykanów. Próbuje pokazać nam między innymi problematykę podziału rasowego zakreślonego niegdyś bardzo wyraźnie w społeczeństwie amerykańskim.
Mimo iż Romare działa na scenie muzyki elektronicznej niezbyt długo, bo tak naprawdę od 2012 roku, bezsprzecznie jest jednym z najbardziej oryginalnych producentów młodego pokolenia. Oprócz komponowania własnej muzyki bardzo dobrze sprawdza się również jako DJ. Jego występy na żywo przepełnione są niesamowitą energią, która potęgowana jest dodatkowo przez często plemienny wydźwięk muzyki, którą tworzy. Poza tym zdarza mu się remixować utwory innych artystów, oczywiście dodając do nich swoje charakterystyczne brzmienie.
Najważniejsze jednak jest to, że ten bardzo jeszcze młody, angielski producent muzyki elektronicznej udowadnia w swojej twórczości, iż muzyka taneczna może porywać w nieco mniej oczywisty sposób. Za sprawą nasączenia utworów, które komponuje charakterystycznymi afroamerykańskimi samplami i “czarnym brzmieniem" przedstawia nam nieznay wcześniej, muzyczny świat, który bardzo trudno jest jednoznacznie zdefiniować. Miejmy nadzieję, że jego kariera nabierze jeszcze większego tempa i z dodatkowym wsparciem wytwórni Ninja Tune wybije się naprawdę wysoko.
Beck
Beck Hansen jest amerykańskim wokalistą, autorem tekstów oraz multiinstrumentalistą.
Po przeszło dwudziestu latach nagrywania, ma na swoim koncie 12 albumów studyjnych (które tylko w USA sprzedały się w około 10 milionach egzemplarzy), ponad 30 wideoklipów, udział w kilkunastu ścieżkach dźwiękowych oraz 16 nominacji do nagrody Grammy, spośród których udało mu się wygrać 5 razy.
Można jednak odnieść wrażenie, że świat dowiedział się – a przynajmniej przypomniał sobie – o istnieniu nietuzinkowego artysty w noc tegorocznej gali rozdania tych najważniejszych w światku muzycznym statuetek, która miała miejsce 8 lutego.
Wygrana wydanego przeszło rok temu albumu Morning Phase w najbardziej prestiżowej kategorii – Album roku, była zaskoczeniem dla wszystkich. Beck konkurował chociażby z Samem Smithem oraz Beyoncé, której album-niespodzianka był niemalże pewnym typem do wygranej. Werdykt okazał się trudny do zaakceptowania między innymi dla Kanye Westa, który w charakterystycznym dla siebie stylu pojawił się nieproszony na scenie, niemal przerywając zwycięzcy przemówienie. Choć cała kuriozalna scena trwała ledwie sekundę, nazajutrz nie mówiło się o niczym innym. Wywołało to nieoczekiwaną lawinę zainteresowania Beckiem i jego twórczością.
Zdaje się, że to świetna okazja dla pokolenia wzrastającego już po latach komercyjnej chwały artysty do zapoznania się z jego dyskografią, stanowiącą swoisty kolaż sampli, inspiracji i gatunków muzycznych z charakterystyczną dla niego równowagą ironii i emocji.
Wszystko zaczęło się w 1993 roku od dwóch niezależnie wydanych albumów. Jednak w świadomości szerszej publiczności Beck zapisał się singlem Loser z 1994 roku oraz towarzyszącą mu płytą Mellow Gold. Dwa lata później, światło dzienne ujrzał album Odelay, do dziś uważany za magnum opus artysty.
Kolejne wydawnictwo, Mutations z 1998 roku, znaczyło pewien zwrot w brzmieniu Becka. W miejsce żonglerki samplami i przesiąkniętej ironią energii pojawiły się klimaty bardziej surowe i akustyczne, teksty stały się bardziej emocjonalne. Pozwoliło mu to udowodnić swoją wszechstronność i ugruntować pozycję eklektycznego, chętnie eksperymentującego artysty. Album Midnite Vultures z roku 1999 stanowił chwilowe porzucenie tej surowości na rzecz wyraźnych inspiracji latami 70 i 80, m.in. Princem i Davidem Bowie. Płyta ta uzyskała drugą już dla Becka nominację do nagrody Grammy w kategorii Album roku, na trzecią – tym razem wygraną – przyszło mu poczekać kolejne 14 lat.
Pomiędzy poszczególnymi albumami, utalentowany producent i multiinstrumentalista (gra na około 12 instrumentach) podejmował się tworzenia remixów dla m.in. Bjork i wspomnianego już Bowiego, a także udzielał się na rozmaitych ścieżkach dźwiękowych, m.in. do filmów Zakochany bez pamięci czy Zmierzch.
W 2002 roku ukazał się album Sea Change, którego emocjonalną oś stanowiło rozstanie muzyka z wieloletnią partnerką. Wyprodukowany przez Nigela Godricha krążek zachwycił krytyków i zaskoczył słuchaczy emocjonalną głębią oraz żywym, przepełnionym melancholią brzmieniem. Przez następną dekadę, wraz z pomyślnością w życiu prywatnym, powrócił także na kolejnych płytach "dawny" Beck. Albumy Guero, The Information oraz Modern Guilt pełne są nawiązań do początkowej fazy twórczości artysty, eksplorującej granice pomiędzy gatunkami, z charakterystycznymi dla Hansena luzem i ironią.
Dyskografię Becka zamyka wydany w lutym 2014 roku Morning Phase.
O tym albumie, będącym swojego rodzaju kontynuacją krążka Sea Change z 2002 roku, sam artysta powiedział:
Ta płyta to nowy początek, pewne podsumowanie. W ostatnich latach, wiele czasu i wysiłku zabrało mi uporanie się z problemami zdrowotnymi. Nie było łatwo i słychać to w muzyce. […] Przy pracy nad tym albumem, byłem niezwykle zdeterminowany aby z każdego utworu wydobyć odpowiednie brzmienie. Przez długi czas to nie działało. Nieustająco pracowałem więc, dopóki nie uzyskałem pożądanego efektu. […] Ważną częścią tego krążka jest ponowne spotkanie z moimi muzykami. Odkurzyłem swoją starą gitarę. Podczas nagrywania panowała niezwykła energia, nikogo nie trzeba było zmuszać do pracy.
Różnie można odbierać wybryki Kanye Westa, jednak tym razem nieokrzesana natura rapera i jego niewybredne komentarze pod adresem Becka, odbijając się szerokim echem we wszelkich mediach, jedynie przysłużyły się popularyzacji niezaprzeczalnie interesującego artysty oraz jego bogatej twórczości. Można zatem śmiało powiedzieć, że podczas tegorocznej gali Grammy Beck wygrał podwójnie.
Artystę Tygodnia przygotowali Konrad Zalewski oraz Piotr Myszyński
Archive
Archive to grupa, która niemal nieprzerwanie intryguje nasze zmysły od 1996 roku. Na swoim koncie mają już 10 albumów studyjnych, kilka koncertowych, tworzyli już także soundtracki do filmów. Za nimi już koncerty na całym świecie, za nimi (ale w innym znaczeniu) także oddane grono fanów, co ciekawe wcale nie z rodzimej Wielkiej Brytanii, a najliczniej z Francji i Polski. 12 stycznia 2015 roku wydali swój ostatni album „Restriction”, który promowały wydane już w listopadzie 3 single. Archive przyjadą także z najnowszym wydawnictwem pod koniec marca na 4 koncerty w naszym kraju.
Gros przykładów ze światowego rynku muzycznego pokazuje, że powstanie jakiegoś zespołu to nic innego jak koincydencja, czyli zbieg zupełnie przypadkowych zdarzeń. U Archive tym pierwszym przypadkiem było spotkanie się w Londynie Dariusa Keelera oraz John’a Rosko. Kolejnym – zgodność artystów co do muzyki i swoista „nić porozumienia”. Do duetu dołączali kolejni artyści jednak mimo ciekawego brzmienia, jakie prezentowali dopiero po 5 latach wybili się na tle innych zespołów. Wtedy to powstaje album „You All Look The Same To Me”, który poniekąd wywraca życie Brytyjczyków do góry nogami. Przede wszystkim nieustanne poszukiwanie właściwego brzmienia, przetasowania personalne oraz wytrwałość sprowadziła wreszcie muzyków na właściwe tory. Od wydania płyty z jednym z hymnów wszechczasów „Again” już nieustannie zaskakiwali i zdobywali nowe rzesze fanów.
Późniejsze lata to raczej nie spoczywanie na laurach a dalsze intensywne eksperymentowanie z dźwiękami. Rozszerzano instrumentarium, szukano nowych głosów. Warto zauważyć, że przez kolektyw Archive na przestrzeni już niemal 20 lat przewinęło się około 20 różnych artystów! Albumy „Noise” i „Lights” to jakby wynik ewolucji tego, co działo się na „You All Look The Same To Me”. Jednak kolejne dwie płyty: złożona z 3 części „Controlling Crowds” oraz „Controlling Crowds IV” to już raczej rewolucja. Więcej hałasu, dominacja elektroniki, ale to też płyty nieco sentymentalne, z delikatnym powrotem do trip-hopowych korzeni.
Zespół w międzyczasie wydawał też płyty koncertowe, a że za jeden z lepszych koncertowych zespołów uchodził to i albumy miały doskonałe wzięcie. Potem przyszedł czas na odpoczynek i kolejna płyta pojawiła się dopiero po 3 latach. Dopiero, bo wcześniej Archive potrafili wydać 2 płyty jednego roku. „With Us Until You're Dead” zaskoczyło, ale było przejawem coraz większej dojrzałości muzyków. Potwierdzili to, dość niespodziewaną, płytą „Axiom”, która okazała się być muzyką do filmu. To już nie było to Archive, które znaliśmy. Może to i była riposta za nieco skrytykowaną poprzedniczkę? W każdym razie fascynująca, tym bardziej, że nieoczekiwana. „Restriction” to już konsekwentna kontynuacja procesu dorastania. Jestem więc przekonany, że Archive jeszcze nie raz nas zaskoczą!
Mikołaj Maciejewski
Joey Bada$$
Joey Bada$$ – dwudziestoletni, amerykański raper. Założyciel kolektywu Pro Era, jednej z najprężniej rozwijających się grup. 20 stycznia 2015 roku w swoje dwudzieste urodziny – wydał debiutancki album studyjny zatytułowany B4.Da.$$.
Joey aktualnie uważany jest za jednego z najlepszych raperów młodego pokolenia. Gdy newschool zaczął rządzi sceną, Jo-Vaughn Virginie Scott wiernie oddawał hołd dla złotej ery rapu, poprzez swoją twórczość. Osiągnął sukces dzięki swoim umiejętnościom technicznym i świeżemu spojrzeniu na rap. W 2013 roku został nominowany do nagrody BET Hip Hop Awards w kategorii debiutant roku . Joey od dwóch lat znany jest na całym świecie, zdążył współpracować z takimi osobistościami jak Dj Premier czy Pete Rock. To najlepszy przykład osoby, która żyje kulturą hip-hopu. Joey Bada$$ – artysta tygodnia w Radiu LUZ.
J Dilla
7 lutego legendarny producent obchodziłby swoje 41. urodziny.
Co roku to samo. 7 lutego media społecznościowe eksplodują miłością do J Dilli, odkrywając przed kolejnymi muzycznymi pasjonatami twórczość beatmakera z Detroit. “Dilla Day”, oprócz lawiny postów i tweetów z linkami do utworów Jay Dee, co roku wywołuje coś jeszcze – trudne do ugryzienia pytanie: skąd wziął się fenomen J Dilli?
Złośliwi odpowiedzą: z faktu, że nie żyje. I po części będą mieli rację. Śmierć Jay Dee w 2006 r. błyskawicznie wyniosła go na piedestał hip-hopowego świata i dała początek swoistemu kultowi jego postaci. Grono wyznawców co roku się powiększa, zmniejszając tym samym krytyczny dystans do twórczości J Dilli; dziś zwyczajnie nie wypada nie znać Donuts, co dopiero podważać jakość tej płyty.
Ale magnum opus producenta z Detroit to tylko szczyt góry lodowej, lukier na pączku, którego wnętrze kryje jeszcze więcej słodyczy. Wystarczy wgryźć się choćby w produkcje stworzone dla Commona, Eryki Badu lub Janet Jackson, czy wreszcie jego soulfulowe początki w Slum Village, by zrozumieć, dlaczego rokrocznie nadmuchiwany kult J Dilli angażuje coraz to nowe płuca. Mało kto tnie sample z takim wyczuciem, szyjąc z nich małe muzyczne arcydzieła, a jednocześnie przemycając między beaty najprawdziwsze emocje.
J Dilla to wyjątkowa muzyczna wrażliwość, spore osłuchanie i kompozycyjna zręczność – w dzisiejszym postrzeganiu muzyki cechy niemal archaiczne. Niech te wszystkie posty, tweety i linki będą nadzieją na to, że jeszcze na chwilę z nami pozostaną.
Jan Stulin
-> 07.02.2015 – J Dilla Tribute, Szklarnia <-


