Archiwum

Aaliyah

16 stycznia 1979 roku na Brooklynie na świat przyszła Aaliyah Dana Haughton, powszechnie znana po prostu jako Aaliyah. Historia artystki ma w sobie kompletność, którą trudno znaleźć w przypadku jakiejkolwiek innej gwiazdy mainstreamowej. (więcej…)

Rome Fortune

Nowoczesny, oryginalny ekscentryczny. Trudno przejść obojętnie obok jego wyrazistego stylu. Raper, producent, Artysta Tygodnia w Radiu Luz – Rome Fortune

Od ponad dwóch lat konsekwentnie zaznacza swoją obecność na rapowej scenie, w tym roku ma potężną szansę na pojawienie się w ścisłej czołówce. Współpracuje z najlepszymi, czuwa nad swoją charakterystycznością i rozpoznawalnością muzyki. Jest najlepszym przykładem na to, że gatunek jakim jest rap wcale nie umarł, a poddany kolejnym modyfikacjom brzmieniowym, wciąż może być atrakcyjny i ciekawy.

Rome Fortune pochodzi z Atlanty, podobnie jak Yung Thug czy iLoveMakonnen, z którymi miał okazję współpracować.

Od początku kariery skrupulatnie dbał o detale promocji, głównie skupionej na prezentacji artysty w sieci, poprzez niebanalne okładki, częste premiery singli i rzecz jasna nietypowe teledyski.  

Ma na swoim koncie dwuczęściowy mixtape Beautiful Pimp, jeden długogrający album i dwie EPki. Na początku stycznia tego roku Rome wydał dziwięcioutworowy album Yep wraz z O.G. Maco.  Każdy z muzyków maniakalnie podkreśla swoją oryginalność, a i tak na wspólnych numerach potrafia brzmieć spójnie. 

Co wyróznia Rome'a spośród innych raperów? Fakt, że nie boi się eksperymentować na tle doboru produkcji, a jako autor tekstów porusza skrajne tematy, ogrywając je słowem w niekonwencjonalny sposób, a to wszystko… dzięki umiejętnościom technicznym. Jako MC ale i producent znakomicie bawi się struktruą bitu. Reinterpretuje klasyczne brzmienie, sięga po trap jak i jazz, czerpie inspiracje z wielu gatunków i tworzy coś unikalnego. 

Rome Fortune najwięcej mówi o sobie nie w wywiadach, a utworach. Utrzymuje także stały kontakt z fanami poprzez facebooka i twittera. Szesnastego stycznia ogłosił, że niestety, ale przez błędy z przeszłości musi wrócić na miesiąc do zakładu karnego. Przy tym komunikacie udostępnił nowy numer Pure, będący swoistą spowiedzią ze swoich czynów. 

 

Rome Fortune uważa, że zmieni oblicze mainstreamu. Najnowszy materiał jest prawdopodobnie przymiarką… Jedno jest pewne, będzie o nim głośno!

 

Parra for Cuva

Parra for Cuva to działający od niedawna na scenie muzyki elektronicznej, młody artysta pochodzący z Niemiec. Pod nazwą tą kryje się urodzony w Kolonii Nicolas Demuth, który zaraz po ukończeniu szkoły przeniósł się do Berlina. W tym właśnie mieście zaczęła się jego przygoda z muzyką. Z początku Nicolas zajmował się tylko DJingiem, ale w miarę upływu czasu zaczął rozwijać swój talent i odnalazł się również w roli producenta muzyki elektronicznej.

 

Muzyka Parra for Cuva to mieszanka alternatywnego brzmienia z deep housem. Jego kompozycje są pełne delikatności, ale mają w sobie również mnóstwo ożywczej energii. Słuchając muzyki Parra for Cuva często odnosimy wrażenie, że każda z kombinacji dźwięków wypływa prosto z serca tego niemieckiego artysty. W przeciągu tak krótkiego czasu Nicolasowi udało się wypracować swój własny, niezwykle oryginalny styl, który wyróżnia go spośród reszty działających na scenie muzyki elektronicznej.

 

Nazwa Parra for Cuva wzięła się od połączenia dwóch słów z języka hiszpańskiego i portugalskiego. Parra oznacza “światy”, a Cuva jest po prostu jednym z dziewczęcych imion. Tak więc można powiedzieć, że Nicolas Demuth za pomocą muzyki próbuje pokazać nam świat w którym dominuje subtelne, kobiece brzmienie ale też specyficzny, nieco oderwany od rzeczywistości, bajkowy klimat.

 

Kariera Parra for Cuva rozpoczęła się tak naprawdę od współpracy z wokalistką Anną Naklab. W 2013 roku  nagrali wspólnie cover utworu Chrisa Isaaka z początku lat dziewięćdziesiątych, czyli “Wicked Games”. Właśnie za sprawą tej kompozycji niemiecki artysta zyskał popularność i stał się postacią łatwo rozpoznawalną w kręgu producentów muzyki house. Nicolas stworzył jeszcze kilka innych utworów z Anną Naklab, ale żaden z nich nie stał się takim hitem jak “Wicked Games”.

 

http://vimeo.com/74710317

 

Oprócz wielu pozytywnych komentarzy na temat muzyki, Parra for Cuva zbiera również bardzo dobre recenzje za wykonane  remixy. Swoich sił w przekształcaniu utworów innych artystów próbuje zarówno jeśli chodzi o muzycznych rówieśników, ale nie tylko. Sięga też do klasyków takich jak Ludovico Einaudi. Jak przyznaje sam Nicolas Demuth, twórczość tego włoskiego kompozytora i pianisty wywarła największy wpływ na  jego muzyczny rozwój.

 

Parra for Cuva jako producent działa na scenie elektronicznej od 2013 roku. Nie dziwi więc, że ma na swoim koncie zaledwie kilka EPek. Jego charakterystyczne, bajkowe brzmienie w niewielkim stopniu mogliśmy wychwycić już w pierwszych wydawnictwach. Była to jednak muzyka, która zdecydowanie bardziej przypominała minimalistyczny, deep house tworzony przez większość artystów obecnych na scenie. Dopiero na tegorocznej EPce “Veiled in Blue” dominuje brzmienie, które wyróżnia go spośród innych twórców tego rodzaju muzyki.  


 
Parra for Cuva zdecydował się na wydanie pierwszego w karierze albumu długogrającego po zaledwie półtora roku działalności jako producent. Debiut Nicolasa zatytułowany jest “Majoure” i swoją premierę w formie cyfrowej ma 16 stycznia, a jako fizyczna płyta pojawi się w sprzedaży pod koniec tego miesiąca. Na szczęście płyta w całości jest do odsłuchu na wielu portalach internetowych, dzięki czemu możemy się z nią zapoznać już teraz i stwierdzić, że debiutancki album tego niemieckiego producenta jest wydawnictwem pięknym i wyjątkowym w każdym calu.

 

Jeśli w kompozycjach Parra for Cuva pojawia się tekst, zazwyczaj skupia się na sferze uczuciowej, ale raczej w pozytywnym wydźwięku. Płynące zestawienia akordów często w połączeniu ze ślicznymi, barwnymi melodiami otwierają przed nami krainę sentymentów, w której chętnie się zanurzamy. Jego muzyka z jednej strony zachęca nas do tańca, z drugiej daje poczucie usypiającego ciepła. Gdzieś tam, głęboko w kompozycjach Nicolasa Demutha, kryje się dusza, której szczególnie ostatnio w muzyce elektronicznej zaczyna brakować.

 

Oprócz samego brzmienia, bardzo charakterystyczna dla Parra for Cuva jest dbałość o jej zwizualizowanie. Fakt ten nie powinien dziwić gdy zdamy sobie sprawę iż Nicolas oprócz działalności producenckiej poświęca swój czas również na studiowanie projektowania dźwięku w Berlinie. Poza tym wytwórnie z którymi do tej pory współpracował znane są z tego iż przywiązują dużą wagę właśnie do kwestii estetyki. Najlepszym przykładem może tutaj być niemiecki label Traum Schallplatten.

 

 

Na debiutancki albumie Parra for Cuva czyli “Majoure” pojawia się sporo gości. Jeden z najpiękniejszych utworów tej płyty to kompozycja, w której wokalnie udziela się hinduski wokalista Monsoonsiren. Dzięki takim ubarwieniom na albumie dzieje się naprawdę wiele ciekawych, intrygujących muzycznie rzeczy, pozostających jednak dalej w sennej atmosferze charakterystycznej dla Demutha. Mam nadzieję, że jego przyszłe wydawnictwa nie stracą uroku i magii, którą obecnie odnajduję w jego muzyce.

D'Angelo

D'Angelo nie tylko wydał właśnie zapowiadany i wypatrywany od wielu lat nowy album. Przede wszystkim pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać.

(więcej…)

Machinedrum

W tym tygodniu pochylamy się nad twórczością amerykańskiego producenta i dj’a Machinedrum. Głównie za sprawą jego najnowszego krążka „Vapor City Archives”, którego premiera miała miejsce dokładnie 20 listopada. Kolejnym powodem jest niesamowicie oryginalne brzmienie tego artysty, co zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy rynek muzyczny wydaje się być niezwykle wtórny możemy uznać za niebywały atut.

 

Travis Stewart, bo tak naprawdę nazywa się Machinedrum rozpoczął swoją przygodę z muzyką wyjątkowo wcześnie.
Artysta wychowywał się w bardzo muzycznej rodzinie, duży wpływ miał na niego zwłaszcza dziadek grający w zespole country. Od najmłodszych lat Travis spędzał całe dnie w domu dziadków wypełnionym najróżniejszymi instrumentami. To dzięki temu, już jako sześciolatek, bardzo sprawnie posługiwał się maszyną perkusyjną i grał na gitarze. Machinedrum przez wielu w świecie muzycznym jest uznawany za wzór pracowitości. Przez blisko 15 lat twórczości Amerykanin zdążył wydać 10 albumów długogrających, nie wspominając o niezliczonej ilości epek, singli i remiksów dla takich artystów jak Bonobo, Jacques Greene, czy Scuba. Od debiutanckiego „Now You Know” muzyka Machinedrum stopniowo ewoluowała. Zaczynając od downtempo i abstrakcyjnego hip-hopu, przez glitch i ambient, czy po prostu IDM muzyk po latach odnalazł swoje niezwykle oryginalne brzmienie. Ostatnie wydawnictwa Machinedrum to unikalna hybryda footworku, jungle i dram’n’bassu z domieszką fragmentarycznie pociętych wokali w iście burialowskim stylu.

 

Przez długi czas kariera Machinedrum stała w miejscu, jednak kluczowym okazał się być rok 2011. Jego album „Room(s)” zebrał doskonałe recenzje i znalazł się w ścisłej czołówce wszelkich rocznych podsumowań. Główny singiel promujących materiał- „GBYE” stał się jednym z największych hitów podziemnej sceny elektronicznej tego roku. Jeszcze w 2011 Machinedrum wypuścił kolejny długogrający materiał, tym razem jako Sepalcure, przy współpracy z Parveenem Sharmą. Longplej zebrał znakomite oceny i okazał się wielkim sukcesem marketingowym. Krążek jest zręcznym kolażem dubstepu i uk garage’u, a prawdziwym spoiwem są tutaj wokale pochodzące z house’owych klasyków lat 90-tych.

 

Amerykanin jest artystą wyjątkowo płodnym, z czym wiąże się olbrzymia ilość kolaboracji, zwłaszcza na linii producent- wokalista. Machinedrum współpracował już m.in. z Azealią Banks, Jesse’im Boykinsem czy Theophilusem Londonem, dla którego wyprodukował cały debiutancki mixtape „Jam!”. Bardzo ważnym współpracownikiem Machinedrum jest również Jimi Edgar. Panowie poznali się podczas jednej z tras po Japonii na początku lat dwutysięcznych. Wspólnie tworzą house’owo-bassowy duet JETS a ich debiutancka epka z 2012 roku została znakomicie przyjęta. Stewart i Edgar wspólnie dowodzą także berlińskim labelem ULTRAMAJIC, gdzie wydają się tacy artyści jak Brodinski, Mark Broom, czy Thomas Schumacher.

 

Kolejny niezwykle istotny punkt w dyskografii Machinedrum to album „Vapor City”. Materiał jest bardzo ciekawym konceptem; każdy z utworów odpowiada odrębnej dzielnicy tytułowego „Vapor City”. Słychać tutaj wyraźny zwrot w stronę minimalizmu, a klimat jest zdecydowanie mroczniejszy niż na wcześniejszych produkcjach. Warto wspomnieć, że jest to pierwsze wydawnictwo Amerykanina dla prestiżowego labelu Ninja Tune.

 

Najnowszy krążek Machinedrum nosi tytuł „Vapor City Archives”. Jak sama nazwa wskazuje jest to bezpośrednia kontynuacja albumu „Vapor City". Album utrzymuje bardzo wysoki poziom poprzednika, jednak ciężko traktować go jako całkowicie odrębny twór. Wszystkie utwory pochodzą z sesji nagraniowych do „Vapor City”, dlatego też nie uświadczymy tu żadnych rewolucji brzmieniowych.

 

Chociaż Machinedrum to już naprawdę doświadczony muzyk o ugruntowanej pozycji, ciężko przewidzieć czego możemy od niego oczekiwać w przyszłości. Szczególnie mając na uwadze niespotykaną ewolucje brzmienia i cały przekrój twórczości tego artysty, wydaje się, że możemy oczekiwać dosłownie wszystkiego. W najbliższych miesiącach ma pojawić się kolejna epka spod szyldu JETS, a w ostatnim wywiadzie dla „Xlr8r” Machinedrum obiecał również nowy album od Sepalcure.

 

Jakub Tokarski

 

Theophilus London

Nagrywał z TV on the Radio, Markiem Ronsonem i Kanye Westem. Przyjaźni się z Karlem Lagerfeldem. Współpracował m.in. z Gucci i Givenchy. Theophilus London, bo o nim mowa, może pochwalić się imponująca liczbą osiągnięć jak na swoje 27 lat. Przy okazji wydania nowego albumu artysty, warto przyjrzeć się bliżej jego osobie i tym klimatom, o których rapuje na „Vibes”.

 

Pochodzący z Trynidadu, a wychowany na Brooklynie Theophilus London, nigdy nie był „zwykłym” dzieciakiem. Uczęszczał do Pocono Mountain East High School, gdzie, jak sam mówi, stawiano na różnorodność i oryginalność. Zawsze wyróżniał się stylem; rapować zaczął kiedy zorientował się, jak bardzo imponuje to dziewczynom. Początkowo kariera nowojorczyka prężniej rozwijała się w świecie mody. Do jego portfolio należy sesja w L'Uomo Vogue oraz współpraca z Tommy Hilfiger, Gucci i Givenchy. Gdzie w tym wszystkim muzyka?

theo1

Pierwszym krokiem postawionym w tym światku był mixtape „Jam!” z 2008 roku, po którym nastąpiło jeszcze kilka innych nieoficjalnych wydawnictw. Prawdziwą przepustką do świadomości słuchaczy była jednak EPka Lovers Holiday z 2011 roku oraz wydany kilka miesięcy później debiutancki album „Timez Are Weird These Days”. Kawałki takie jak Last Name London czy I Stand Alone, mimo braku wsparcia ze strony radia, zatoczyły szerokie kręgi wśród fanów hip-hopu i szeroko pojętej alternatywy. Krytycy docenili różnorodność brzmieniową i zręczną żonglerkę rozmaitymi gatunkami muzycznymi.

Trzy lata później, w listopadzie 2014, świat doczekał się kontynuacji wizji rapera. Choć „Vibes” nie jest debiutem, a sam Theophilus przez przeszło 6 lat nagrywania zdążył wyrobić sobie nazwisko w światku hip-hopowym, kampanię promocyjną wokół krążka, mniej lub bardziej celowo, zbudowano na osobie innego rapera. Kanye West, bo o nim mowa, jest producentem wykonawczym płyty oraz jednym z jej muzycznych gości. Do projektu dołączył już pod koniec kreatywnego procesu, trudno powiedzieć jak duży wpływ miał na brzmienie gotowego produktu. Według Londona, usłyszawszy demo utworu „Neu Law”, autor albumu Yeezus postanowił dołożyć wszelkich starań aby twórczość młodszego kolegi trafiła do większej liczby odbiorców. Efekty są widoczne; przebijając się przez wywiady udzielone z okazji wydania albumu, nie sposób opędzić się od nazwiska West. Czy taka kampania na plecach sławniejszego kolegi zaowocuje większą liczbą potencjalnych słuchaczy? Być może. Raczej nie przełożyło się to na sprzedaż krążka, który na liście Billboard 200 debiutował z około 3,000 sprzedanymi kopiami.

theo2

Kolejnym wartym odnotowania gościem jest Leon Ware, muzyk i producent, świecący muzyczne triumfy głównie w siódmej i ósmej dekadzie poprzedniego wieku. Współpracował m.in. z Michaelem Jacksonem, Marvinem Gaye (album „I Want You”) czy Maxwellem, co daje pewien obraz tego, jakiego brzmienia poszukiwał London. Echa funku i soulu charakterystycznych dla tamtych lat są na „Vibes” zdecydowanie wyczuwalne. Ware pojawia się w dwóch utworach – Need Somebody oraz otwierającym Water Me. Gdyby Marvin Gaye żył i nadal tworzył w 2014 roku, bardzo możliwe że tak właśnie by brzmiał.

Na „Vibes” znajdziemy także nazwiska znane już z wcześniejszych kolaboracji Londona, chociażby Devonte Hynesa z Blood Orange. Wielu może pamiętać go z gościnnego udziału w wydanej przed trzema laty EPce Lovers Holiday. Figure It Out, kawałek zamykający „Vibes”, całkiem dobrze wkomponowałby się w zeszłoroczny album Blood Orange, „Cupid Deluxe”. Utwór działa niczym swoisty „cliffhanger”, zostawiając słuchacza z apetytem na więcej.

 

Jaki jest album „Vibes”? Na pewno dynamiczny, żywy, ale znalazło się miejsce dla kilku ballad. Miejscami – zaskakujący (przyjemnie bujający kawałek „Smoke Dancehall”) i jak sugeruje sam tytuł, szalenie klimatyczny. Theophilus po raz kolejny udowadnia, że drzemie w nim ogromny potencjał. Może jednak następnym razem warto byłoby porzucić zwinne chwyty marketingowe i dopuścić do głosu samą muzykę.

 

Autorzy: Piotr Myszyński / Łukasz Lorenc

David Bowie

bowiee

 

 

David Bowie obchodzi w tym roku pięćdziesięciolecie swojej działalności artystycznej. Właśnie ukazała się kompilacja Nothing Has Changed podsumowująca półwiecze jego kariery scenicznej. Czy rzeczywiście przez ten czas nic się nie zmieniło? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć w tym tygodniu w Akademickim Radiu LUZ na 91,6 FM.

 

 

Jako symboliczną datę, od której rozpoczęła się kariera muzyczna Davida Bowiego uznaje się 5 czerwca 1964 roku, kiedy to ukazał się jego pierwszy singiel. "Liza Jane" był reinterpretacją dawnego standardu mającego swoje korzenie w muzyce początków XX wieku. Utwór, wydany wówczas przez suboficynę wytwórni Decca, okazał się komercyjnym niewypałem i niedługo potem Bowiemu, nagrywającemu wówczas jako Davie Jones with the King Bees, odmówiono dalszej współpracy. Na swój pierwszy poważny sukces artysta musiał czekać aż 5 kolejnych lat. W międzyczasie eksperymentował z rozmaitymi brzmieniami.

 

 

bowie

 

Pierwszy poważny sukces i komercyjny przełom Bowiego przyniósł rok 1969 roku, kiedy to wydany został singiel "Space Oddity" — psychodelicznie powykrzywiany space rockowy hymn inspirowany Odyseją kosmiczną Stanleya Kubricka". Gdy załoga Apollo 11 bezpiecznie wróciła na ziemię z księżyca singiel trafił na radiowe playlisty i szybko stał się przebojem w Wielkiej Brytanii, gdzie trafił na najwyższą lokatę. dopiero cztery lata późnie utwór wydano w Stanach Zjednoczonych, gdzie także stał się pierwszym sukcesem artysty. Kim jest Major Tom? I dlaczego jego lądowanie na Księżycu tak bardzo zasmuciło naszego bohatera? Czyżby zdał sobie sprawę, że jego życie wypełnia wyłącznie pustka, być może taka sama jak ta, która właśnie w tej chwili otacza Majora Toma, gdy stawia swoje pierwsze kroki na powierzchni naszego satelity? Odpowiedzi na te i inne pytania może dostarczyć nam wyłącznie piosenka. Pierwsze małe arcydzieło w karierze Bowiego — "Space Oddity".

 

www.youtube.com/watch?v=cYMCLz5PQVw

 

Wydane 1971 roku "Changes", singiel z pierwszej w całości zasługującej na bliższe poznanie płyty studyjnej Bowiego — Hunky Dory, zuchwale zapowiada nowy porządek. I rzeczywiście. Już wkrótce Bowie ma bowiem odwrócić bieg brytyjskiej muzyki i światowego rocka w ogóle. W maleńkiej szufladce między wczoraj a jutrem, starym a nowym, romantyczną balladą a modernistycznym bangerem, znajdziecie właśnie ten utwór.

 

 

bowie3

 

 

Rok później Bowie zrewolucjonizuje wszystko to, czym do tej pory była muzyka rockowa. Ukazuje się bowiem The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, na którym Bowie przeistacza się w autentyczną, samoistną i niepowtarzalną gwiazdę rock & rolla — Ziggy'ego Stardusta, który w obliczu zbliżającej się apokalipsy staje się międzyplanetarnym objawieniem. To wszystko zostaje zamknięte w jedenastu perfekcyjne przebojowych i tak charakterystycznych dla Bowiego glam rockowych numerach.

 

 

www.youtube.com/watch?v=G8sdsW93ThQ

 

 

W kolejnych latach Bowie zręcznie szafuje swoimi kolejnymi scenicznymi wcieleniami. Po Ziggy'm Starduście, przyszedł czas na krążek Aladdin Sane, którego tytuł jest grą słów na sformułowaniu "A lad insane", co na polski przetłumaczyć można niefortunnie jako "szalonego gościa". W rzeczywistości owe szaleństwo odnosi się do muzycznej schizofrenii, którą na krążku serwuje odbiorcom Bowie — rock & rollowe wzorce, m.in. w niespodziewanym coverze przeboju Rolling Stonesów, ścierają się tu z inspiracjami awangardowym jazzem i parabondowskimi tematami muzycznymi. Wielu krytyków wskazuje na płytę jako najlepszy jak dotąd materiał piosenkarza. I w istocie Aladdin Sane wypełniają kolejne wiele utwory w repertuarze artysty. Między innymi "Time", w którym odbywają się psychodeliczny kabaret i makabryczny taniec — nie bezpośrednio ze śmiercią, a z czasem — jej najwyższym namiestnikiem. To rozdzierający wewnętrznie miniaturowy spektakl dwóch aktorów, z którym pierwszoplanowym jest Bowie, a drugi, nieokreślony, podskórnie wkrada się między tkanki utworu. Awangarda i duch Kurta Weilla kotłują się w jednej kompozycja.

 

 

bowie4

 

 

W 1977 roku ukazuje się krążek Low, przez niektórych uważany za najlepszy album w obejmującej już 50 lat karierze Davida Bowiego. Album zarejestrowany wspólnie z Brianem Eno jest nowym muzycznym początkiem dla nieustannie redefiniującego swoje brzmienie artysty i rozpoczęciem tzw. trylogii berlińskiej. W dużej mierze instrumentalny krążek nagrany podczas trzyletniego pobytu Bowiego w Berlinie łączy krautrockowe inspiracje brzmieniem niemieckich grup takich jak Kraftwerk czy Neu! z minimalistycznym i w dużej mierze eksperymentalnym podejściem do muzyki.

 

 

www.youtube.com/watch?v=Tgcc5V9Hu3g

 

 

Wraz z początkiem lat 80. rozpoczął się także kolejny etap w karierze Davida Bowiego. W 1980 roku piosenkarz odnalazł idealny balans między powabem komercyjnym i spełnieniem artystycznym, który odzwierciedlał singiel "Ashes to Ashes". Ten, przywołując z zaświatów postać Majora Toma z pierwszego wielkiego przeboju Bowiego — "Space Oddity", prędko poszybował na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów, zmieniając piosenkarza w prawdziwą megagwiazdę. Naturalnym następstwem tego był wydany trzy lata później krążek o wszystko mówiącym tytule Let's Dance. No, bo kto, jeśli nie Bowie, mógł z takim wyczuciem przepisać melodyjność rock & rollowych standardów na niezobowiązujący pop lat 80.

 

 

www.youtube.com/watch?v=N4d7Wp9kKjA

 

 

Po największym komercyjnym sukcesie Davida Bowiego z krążkami Let's Dance i Tonight w pierwszej połowie lat 80., piosenkarz wyraźnie podupadł artystycznie. Cała kolejna dekada miała być dla Bowiego czasem straconym. Światełko w tunelu na przemyślaną redefinicję brzmienia pojawiło się dopiero we wrześniu 1995 roku, kiedy do sklepów trafił 19. studyjny krążek artysty — Outside. Koncepcyjny album przeniósł Bowiego w stylistkę muzyki industrialnej do dystopijnego świata z przyszłości. Był to także pierwszy wspólny projekt muzyczny, który wokalista zarejestrował pod okiem Briana Eno od czasu słynnej trylogii berlińskiej z końca lat 70.

 

 

bowie2

 

 

W ubiegłym roku David Bowie powrócił na scenę po blisko dziesięciu latach nieobecności. Krążek The Next Day udowodnił, że piosenkarz może i ma na karku 66 lat, ale wciąż brzmi równie żywo i witalnie co w najlepszych latach swojej kariery. Nowa płyta na sobie właściwy sposób umiejętnie chwyta zresztą echa przeszłości, niejako podsumowując dorobek twórczy Bowiego.

 

 

www.youtube.com/watch?v=nFX1y62l9C4

 

 

Gdy w lipcu tego roku David Bowie na Twitterze ogłosił, że wkrótce można spodziewać się od niego nowej muzyki, wszyscy przyjęli tę informację z nadzieją na nowy album. Tymczasem kilka miesięcy później piosenkarz, który właśnie świętuje pięćdziesięciolecie działalności artystycznej, na trzeci tydzień listopada zapowiedział wydanie obszernej, trzypłytowej kompilacji podsumowującej jego karierę, a zatytułowanej, paradoksalnie Nothing Has Changed. Bo czy faktycznie nic nie zmieniło się od 1964 roku, gdy Bowie, jeszcze jako nikomu nieznany Davie Jones wydał swój pierwszy singiel "Liza Jane"? Dwa nowe utwory opublikowane wraz z płytą sygnalizują jednak pewne zmiany. "Sue (Or in a Season of Crime)" to prawdopodobnie jak dotąd najodważniejszy romans Bowiego z muzyką jazzową, a jego b-side, zatytułowany nie mniej tajemniczo "'Tis a Pity She Was a Whore" zestawia awangardową strukturę melodyczną z hałaśliwym, tanecznym bitem. To wszystko złożyło się na być może najdziwniejszy singiel w dotychczasowej karierze Bowiego.

Artysta Tygodnia: Jessie Ware

Ponad 2 lata musieliśmy czekać na kolejny krążek Jessie Ware, po debiutanckim „Devotion”. Dokładnie 7 października miała miejsce premiera płyty zatytułowanej „Tough Love”. Przez cały najbliższy tydzień prezentujemy twórczość Jessie na antenie Radia LUZ!

Przy tworzeniu kolejnego krążka Ware wspierał przede wszystkim duet BenZel. Panowie Two Inch Punch oraz Benny Blanco sworzyli materiał zdecydowanie odmienny od produkcji z debiutu. Różnica polega na tym, że teraz to wokal Jessie pełni w kompozycji dominującą rolę, muzyka stanowi niejako tło do jej głosu. Przez to płyta jest zdecydowanie mniej skomplikowana w odbiorze i momentami nawet brakuje nuty niedopowiedzenia, która krążyła po "Devotion". Zamiast elektronicznych podkładów, na nowej płycie znajdziemy sentymentalne ballady takie jak "Pieces" czy "Say You Love Me".

httpv://www.youtube.com/watch?v=DAMM8JVbr8g

Główną zmianą, jaką zauważa się już po pierwszym odsłuchu jest zmiana znaczenia elektroniki na albumie względem „Devotion”. Nie ma tu już zimnych, klimatycznych utworów znanych z debiutu. Teraz to Jessie jest najważniejsza. Ona i jej wokal. Na „Tough Love” usłyszymy ciepłe brzmienie, z dobrze dobraną ilością syntezatorów. To efekt strategii, która miała na albumie zminimalizować szansę na potknięcie. Jest to delikatnie odczuwalny ukłon w stronę mainstreamu, jednak w żadnym wypadku nie powinniśmy traktować tego jako minus. Jedno jest pewne, nowa płyta jest stworzona z 11 kompozycji i żadna z nich nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jest to album na tyle płynny, że w rozgłośniach radiowych będziemy mogli usłyszeć każdy utwór z tracklisty, a sam album spokojnie możemy umieszczać w gronie wyróżniających się popowych płyt 2014 roku. Szykowna i wysublimowana, urzekająca szczegółami, ale zarazem dużo bardziej przewidywalna niż debiut. Paradoksalnie ta przewidywalność może przełożyć się na upragniony i zasłużony sukces komercyjny, do czego zdaje się, że Jessie stara się dążyć.

jessie-ware_uk-event_5-620x624

Co ciekawe, sukces Jessie w Polsce w ogóle nie jest odzwierciedleniem jej wyników w rodzimym kraju. Żaden z „hitów” wybranych do promocji „Devotion” nie stał się niczym więcej niż przebojem powiedzmy drugiej kategorii – dość powiedzieć, że Jessie dostała się na UK Top 40 dopiero w minionych tygodniach z nowym materiałem. Sprzedaż debiutu na Wyspach oscylowała w granicach 100 tysięcy egzamplarzy. Dla porównania: wydana w tym samym 2012 roku, pokrewna stylistycznie i w jakiś sposób analogiczna płyta „Our Version Of EventsEmeli Sande – wtedy  też debiutantki – przekroczyła już barierę 2 milionów i siedmiokrotnej platyny. Dlaczego warto o tym wspomnieć? Bo ta świadomość pozwala lepiej odczytać szereg decyzji, jakie Brytyjka podejmuje na swoim drugim krążku. Podczas gdy debiut stał pod znakiem flirtu ze śmietanką londyńskiej sceny elektronicznej, tegoroczny longplay Jessie jest podjęciem dialogu z mainstreamem. Jessie Ware

W porównaniu z debiutem, na Tough Love więcej jest optymistycznych akcentów – tłumaczy Ware. – Gdybym napisała cały album o swoim mężu, nie potrafiłbym go słuchać! Byłby nudny. Jest tu kilka piosenek o nim, ale staram się uniwersalizować przekaz, opowiadać o cudzych doświadczeniach. Ta wypowiedź Jessie może okazać się pomocna przed odsłuchem albumu. Lecz niezależnie od tego czy odkryjemy tu wielki entuzjazm, czy znamiona upadku i rozczarowania, całość utrzymana jest w podniosłej, niemalże triumfalnej atmosferze – takiej, która z każdego sukcesu czyni święto, a porażkę przekuwa w przyszłe zwycięstwo.

httpv://www.youtube.com/watch?v=8rvqJd6JBME

Ciekawostka. Więzi wytwórni PMR Records z Polską są już tak mocne, że podpisała ona kontrakt na supporty z bardzo dobrze znanym z anteny Radia LUZ Mikołajem Gramowskim, występującym pod pseudonimem Klaves.

A już 7 lutego 2015 kolejna wizyta Jessie w Polsce. Tym razem przyszedł czas na Halę Torwar w Warszawie. Będziecie?

Artysta Tygodnia: Vince Staples

Jeśli o dwudziestojednoletnim chłopaku z Los Angeles z kilkoma mixtape'ami i jedynym oficjalnym wydawnictwem w postaci zaledwie EPki  na koncie można powiedzieć, że jest raperem niemal kompletnym to należy oczekiwać naprawdę wiele. Z tajemniczym uśmiechem dowolne oczekiwania Vince Staples spełnia, każdą swoją zwrotką i niesamowicie ciekawą kreacją artystyczną. Po kilku uznanych w światku mixtape'ów taśm młody Kalifornijczyk szturmem wdarł się w pierwszoligowe towarzystwo świeżutkim, genialnym Hell Can Wait EP. Właśnie ten materiał – z takim impetem – wpłynął na decyzję o wyborze naszego Artysty Tygodnia!

Mieszkał z Syd tha Kid, do dziś mocno związany z całym kolektywem Odd Future, co zdecydowanie odcisnęło się na jego twóreczości. Odcisnęło się piętnem pozytywnym, co przede wszystkim przejawia się w klimatycznym połączeniu mrocznego, głębokiego brzmienia trzaskającej perkusji i dudniącego basu z ciepłem i słońcem klawiszy rodem z zachodniego wybrzeża. Rozpuszczony między taktami, kwaśny wokal wzbogacony o południowy luz i akcentowanie. Tak bardzo dojrzała umiejętność eksponowania wypadkowej starej szkoły kalifornijskiego rapu i postępowego podejścia do rapowania i kształtowania brzmienia. W tekstach bezkompromisowa szczerość, wciągające historie z mrocznych dzielnic LA, wakacyjny high, młodzieńczy głód i tony wbijających się w pamięć ciętych, mocarnych linijek. Vince Staples jest jak Eric Bledsoe, a nawet o krok dalej bo jemu już teraz udało się ugruntować pozycję, o którą sprytnie walczył zza cienia i oparów dymu.

Całą przygodę rozpoczął materiałem Shyne Coldchain Vol. 1, który na fali popularności Odd Future zaznaczył jego ksywkę głównie w świadomości słuchaczy z Los Angeles. Kolejnym krokiem był mixtape Winter In Prague. W całości wyprodukowany przez Nigeryjczyka Michaela Uzowuru zdecydowanie wykroczył przed szereg zalewu co najmniej poprawnych materiałów młodych gniewnych raperów nowej fali. Sporo eksperymentów brzmieniowych, ciekawa selekcja poszczególnych dźwięków ubarwiających nowoczesne podejście wobec warstwy muzycznej rapowego projektu pozwoliły Vince'owi na rozwinięcie skrzydeł. Nabranie niesamowitej pewności siebie i przede wszystkim odnalezienie własnego pomysłu na siebie. Jednakże największy progres w karierze młodego podpiecznego Def Jamu miejsce miał w 2013 roku. Dwie najistotniejsze pozycje – uznana wówczas za jedną z najlepszych niewiarygodna zwrotka na Hive Earla Sweatshirta oraz projekt Stolen Youth LP. Tape zaserwowany przez klasyczny duet raper/producent to zdecydowanie najlepsze bity w karierze Maca Millera, który na tymże materiale maskuje się pod pseudonimem Larry Fisherman. Zaskakująco świetne, przemyślane podkłady artysty z Pittsburgh i w końcu w pełni ukształtowany, dominujący gospodarz (a przecież raptem dwudziestoletni) z kapitalnymi zwrotkami i vibe'm. Do tego idealnie wyważona, mocna selekcja gości (Schoolboy Q, Ab-Soul, Joey Fatts), którzy mimo wszystko nie byli w stanie przyćmić Vince'a. 

2014 rok zależnością ciągu geometrycznego przynosi progres sensacji z Miasta Aniołów. Najpierw w marcu otrzymaliśmy kontynuację debiutanckiej taśmy – Shyne Coldchain Vol. 2. Zrobiony jakby od niechcenia, czaruje charyzmą i przynosi tak bardzo kompletne i albumowe wręcz numery jak Oh You Scared, Nate czy Shots. Vince w całości pracował pod kamuflarzem ciszy i ciemnych ujęć z klipu do Hive. Przystawka była naprawdę syta, ale cały należny hype funckjonował gdzieś z boku, pod mglistym ukryciem. Dwa miesiące temu ukazuje się klip do Blue Suede – singla promującego pełnoprawne wydawnictwo Vince'a dla Def Jamu. Wgniatający bassline łączący współczesną fascynację muzyką basową z mobb music i spuścizną Too $horta. Następnie huczna eksplozja – ukazuje się Hell Can Wait EP. Recenzenci wariują, Best New Music i szalona spowiedź klipie do Fire – kolejnego singla opartego na kontrabasowej głębi godnej BadBadNotGood. O tym materiale nie powinno pisać się zbyt dużo, powinno się go po prostu namiętnie słuchać. Poza dość płaskim 65 Hunnid, selekcja bitów jest tutaj czymś niewiarygodnym. Przekrojowość i konsekwencja wizji jaką zaprezentował tutaj Vince Staples jest równie godna podziwu. Dostajemy jeszcze bardziej dojrzałe historie i nagą otwartość, przy braku jakiegokolwiek moralizatorstwa czy fałszywych prób zabijania wewnętrznego nastolatka w sobie. Hell Can Wait EP to mocny kandydat na czołowy tegoroczny materiał, rapowy i nie tylko. 

 


 

 

Childish Gambino

Childish Gambino, a tak naprawdę Donald Glover to trzydziestojednoletni multitalent pochodzący z Kaliforni. Jako aktor debiutował w 2005 roku, jako muzyk w 2011. Singlem Heartbeat z albumu Camp przebił się na szczyty list przebojów i od tego czasu nie pozwala o sobie zapomnieć. STN MTN i Kauai to tytuły jego najnowszego projektu.

Gambino lubi zaskakiwać. Ostatnio rozśpiewał się na dobre; swoje możliwości wokalne objawia prawie w każdym numerze na STN MTN/Kauai.  Najlepszym przykładem jest singiel Sober, który został porównany do wczesnej twórczości Michaela Jacksona. Dream-popowa produkcja wzbudza w środku jedno pytanie: Czy to koniec rapowej duszy Gambino? Artysta zawsze chwytał za niestandardowe rozwiązania i prawdopodobnie to kolejny eksperyment lub po prostu zabawa muzyką. 

Popularny I Am Donald rozstał się z wytwórnią Glassnote i wciąż poszukuje nowych wyzwań w muzyce. Najlepiej to słychać na promowanym przez Radio Luz dwuczęściowym mikstejpie. Tu zacierają się granice pomiędzy gatunkami. To mieszanka smacznego rnb, future popu i newschoolu,  przekładana zdecydowanymi linijkami i sekcjami śpiewanymi. Muzyka zawsze ciągnęło do nowoczesnych bitów bo w tej stylistyce faktycznie wypada najlepiej.