Archiwum

Alt-J

W tym tygodniu pochylamy się nad brytyjskim zespołem Alt-J. Głównie za sprawą, ich najnowszego wydawnictwa, płyty “This Is All Yours”, która ukazała się pod koniec września tego roku. Poza tym dlatego, że jest to grupa, która mimo funkcjonowania w sektorze muzyki komercyjnej, w moim odczuciu dalej ma w sobie sporo egzotyki brzmieniowej i myślę, że zdecydowanie warto jest ją poznać (jeśli oczywiście wcześniej nie mieliście ku temu okazji).

 

Na początek trochę "suchych" faktów. Otóż Alt-J to brytyjski zespół indie rockowy, który powstał w 2007 roku. Grupa została utworzona, gdy Gwil Sainsbury, Joe Newman, Gus Unger-Hamilton i Thom Green poznali się na Uniwerytecie Leeds. Unger-Hamilton studiował język angielski, a pozostali trzej – sztukę. Na drugim roku studiów Newman pokazał Sainsbury'emu piosenki, które napisał. I tak to wszystko się zaczęło. Właśnie z tego, że członkowie Alt-J – jako studenci – nagrywali utwory w pokoju znajdującym się w akademiku, po części wynika  specyficzne brzmienie zespołu Alt-J. W związku z tym musieli stosować się do obowiązującej ciszy nocnej i nie mogli używać chociażby taki instrumentów jak gitara basowa czy perkusja. Po ukończeniu studiów grupa przeniosła się do Cambridge. Pierwszy album (“An Awesome Wave”) nagrali w Brixton. Po dwóch latach, w grudniu 2011 roku, podpisali umowę z Infectious Records. 

 

Warto wiedzieć, że Alt-J właściwie nie jest nazwą zespołu tylko instrukcją do tego, jak tę nazwę wydobyć z klawiatury komputerów typu Mac. Grupa nazwała się bowiem znaczkiem delty ∆, który uzyskamy przytrzymując klawisz "alt" i wciskając literkę "j". Ten symbol ma dla muzyków zespołu głębokie znaczenie. – W matematycznych równaniach delta oznacza powolne zmiany – wyjaśnia Gwil Sainsbury, były już gitarzysta i basista zespołu – Odnosimy tę nazwę do tego, jak zmienia się nasze życie.

 

Pierwszy album Alt-J “An Awesome Wave” ukazał się w maju 2012 roku w Europie, a w U.S.A. we wrześniu. Był to debiut, dzięki któremu zespół poznał i pokochał praktycznie cały świat. Wyrazem zachwytu rynku muzycznego był chociażby fakt, że album ten w 2012 roku został nagrodzony brytyjską Mercury Prize. Najnowszy krążek Alt-J ukazał się 22. września tego roku. Płyta nazywa się “This Is All Yours”. Duże znaczenie dla zmiany brzmienia tego albumu, w porównaniu do debiutu, miał fakt odejścia z zespołu basisty Gwila Stansburego na początku 2014 roku. Od tego momentu grupa musiała zdefiniować swoje brzmienie na nowo, czego manifestem jest pierwszy singiel z płyty zespoły “This Is All Yours” czyli utwór “Hunger of the Pine”. Sam moment, w którym ukazała się druga płyta Alt-J wywołał spory szum w kręgach osób zainteresowanych tym zespołem. Brytyjczycy powrócili po dwóch latach z materiałem, który można powiedzieć, że podzielił grupę fanów. Niektórzy tęsknią za brzmieniem z debiutanckiego albumu “An Awesome Wave”, inni uważają, że to co Alt-J prezentuje na najnowszym wydawnictwie to ewolucja w bardzo dobrym kierunku.
    

Muzyka zespołu Alt-J to ogólnie rzecz biorąc piękna wariacja na temat indie-rocka. U Brytyjczyków zdecydowanie więcej znajdziemy ciekawych ale spokojnych melodii niż typowo rockowego grania. Melancholia miesza się tu w odpowiednich proporcjach z ożywczymi momentami, co sprawia że ich muzyka nie jest w stanie nas zanudzić. Alt-J to niezwykły zespół, który ciężko włożyć do jednej, gatunkowej szuflady. Mimo, iż muzyka Alt-J wydaje się być grzeczna i przyjemna to gdy wsłuchamy się w teksty, jakie pojawiają się w utworach Brytyjczyków, ujrzymy nieco mroczniejszą stronę tego zespołu. Słowa często nawiązują do tematów ciała ludzkiego, pojawiają się niewygodne porównania ale też subtelne opisy stanów uczuciowych. Całość tworzy mieszankę, która intryguje i wciąga już od pierwszego odsłuchu. Zespół Alt-J oprócz ciekawego i bardzo charakterystycznego brzmienia słynie również z niesamowitych wideoklipów. Teledyski do ich utworów przez fakt, iż są mocno abstrakcyjne, często wywołują kontrowersje. Zupełnie tak jakbyśmy zanurzyli się w świat marzeń sennych, których znaczenie zaraz po przebudzeniu nie jest dla nas do końca jasne.

 

Ciężko jest opisać słowami sposób w jaki muzyka Alt-J może oddziaływać na każdego z nas. Nie ukrywam, że sama jestem zaskoczona tym, że ich świat zauroczył mnie w tak dużym stopniu. Nagle okazało się, że indie-rock, który nie należy do grupy moich ulubionych gatunków, to nie tylko oczywiste i nieskomplikowane piosenki gitarowe, ale też zaskakujące brzmienie, które wprawia w zachwyt. Zachęcam więc abyście również dali szansę temu brytyjskiemu zespołowi. Jestem pewna, że nie pożałujecie kilku chwil spędzonych sam na sam w towarzystwie ich muzyki. Nawet jeśli nie będzie to dla Was tak głębokie przeżycie jak dla mnie, to ich utwory na pewno sprawią, że spłynie na Was cudowne uczucie młodzieńczej beztroki, za którym tęsknią wszyscy, a szczególnie Ci którzy nie chcieli, a musieli dorosnąć.

Artysta Tygodnia: SBTRKT

SBTRKT to pseudonim artystyczny Aarona Jerome, pochodzącego z Londynu producenta, muzyka, byłego DJa remiksującego wcześniej takich artystów jak M.I.A., Radiohead czy Basement Jaxx; obecnie wydającego swój drugi długogrający album zatytułowany Wonder Where We Land.

 


SBTRKT skrywa swoją twarz za plemiennymi maskami. W jednym z nielicznych wywiadów, jakie udzielił, powiedział:  "Wolałbym nie opowiadać o mnie, i pozwolić, aby moja muzyka mówiła sama za siebie. Nazwa 'subtract' oznacza mnie samego oddzielającego się od tego całego procesu (…) nie należę do najbardziej towarzyskich osób, więc namawianie DJów do zagrania mojego kawałka nie jest czymś, co zamierzam praktykować. Tu chodzi bardziej o zaproponowanie utworu jako ktoś anonimowy i sprawdzenie, czy go polubią czy nie." (clashmusic.com – Less Is More – SBTRKT Interview)

Aaronowi Jerome szybko przyklejono etykietkę ważnej postaci na brytyjskiej scenie bassowej. Etykietkę, z którą sam artysta wcale nie czuje się komfortowo. Uważa, że reprezentowanie konkretnej sceny muzyki elektronicznej niesie za sobą obowiązek używania utartych, charakterystycznych dla danego artysty schematów, znaków szczególnych konkretnego stylu; jemu samemu zaś zależy na eksplorowaniu nowych możliwości. "Nigdy nie chciałem pisać utworów, które byłyby łatwe do zaklasyfikowania albo pasowały do jakichś konkretnych klubowych standardów."

 


Warto dodać, że SBTRKT-a będziemy mieli okazję zobaczyć i usłyszeć na żywo w Warszawie, 12.11.2014 w ramach festiwalu Selector.

Artysta Tygodnia: Tricky

Adrian Thaws to bez wątpienia ikona muzyki elektronicznej. Będąc od tylu lat na scenie można pobłądzić, Trickiemu na szczęście raczej to nie grozi. Mocno trzyma się trip-hopowej ścieżki, na którą wszedł kilkanaście lat temu. W poniedziałek,  8. września na półki sklepowe trafił kolejny album tego pochodzącego z Bristolu artysty.

Początek kariery Tricky’ego łączy się oczywiście ze współpracą z Massive Attack – wokalista pojawił się na albumach „Blue Lines” i „Protection”, ale wkrótce drogi artystów rozeszły się. W 1995 światło dzienne ujrzała debiutancka płyta, na której Tricky w pełni pokazał swój talent do łączenia konwencji, stylistyk i cytatów.

Jeśli zachwyciło was "False Idols" to jestem przekonana, że i na najnowszym LP znajdziecie coś dla siebie. "Adrian Thaws" wydał mi się niezwykle koherentny z poprzednim, dziesiątym albumem , który był mocno osadzony w stylistyce pierwszych płyt Trickiego.  Wciąż nie mogę wyjść spod wrażenia trwałości tego bristolskiego materiału. 80 bpm  wzrusza  jak za licealnych czasów, a Tricky udowadnia, że nie popełnia kiepskich albumów. Nazywając krążek swoim imieniem i nazwiskiem artysta chce nam przekazać, że tak naprawdę go nie znamy. „W dotychczasowej karierze muzycznej wiele razy próbowano mnie zaszufladkować, ale ja na każdym albumie udowadniam, ze jestem w innym miejscu” – mówi sam artysta. Nieszablonowość kompozycji,  bezkompromisowość splatająca się z dojrzałą liryką tworzą album, obok którego nie można przejść obojętnie. Na Adrian Thaws usłyszycie 12 utworów  opowiadających wciąż ciekawą historię pochodzącego z Bristolu artysty, jego wątpliwości, manifestu i powrotu do korzeni.  Dodatkowo do wersji płytowej dołączone zostały niepublikowane jeszcze zdjęcia z młodości Trickiego.

Mimo, że tytuł najnowszej płyty wskazuje na jeszcze  bardziej osobiste podejście do krążka, to bez „gościnnych”partii takich artystek takich jak  Francesca Belmonte, Nneka czy Oh Land ta płyta straciłaby swój magiczny charakter. Eteryczny głos Tirzah na otwierającym album Sun Down, niepowtarzalne flow Belli Gotti na Gangster Chronicle czy hipnotyczny wokal Oh Land  w genialnym  Right Here . Chapeau bas drogie Panie!

ARTYSTA TYGODNIA: The Notorious B.I.G.

Notorious-BIG-Net-Worth

Niesamowicie wymagającym zadaniem jest zlepianie w gruncie rzeczy pustych słów na temat artysty – ikony. Muzyka, którego twórczość od ponad dwóch dekad już regularnie zalewa treści recenzji, artykułów, felietonów i wszystkich innych form tekstu dziennikarskiego. Bohater filmu dokumentalnego z 2009 roku, który – kontrastując z przeciętnym przedstawicielem nurtu – nie trąci sztampą i czaruje wiarygodnością. Raper z nienaturalnie zawężoną dyskografią, która 17 lat po śmierci ciągle potrafi przytłaczać swoją obszernością i niedosytem po tak potężnym potencjale. 13 września swoje dwudzieste urodziny obchodzić będzie debiutancki krążek Notoriousa – "Ready To Die". Jedna z tych pozycji, do których dociera się relatywnie wcześnie, aczkolwiek nie wyrasta z niej. Co więcej, jest to płyta dojrzewająca razem z odbiorcą, regularnie gruntująca odczucie braku przypadkowości i wielkości dzieła (nawet jeśli prywatnie wyrzuciłbym delikatnie chybione Friend Of Mine). Ten wspaniały jubileusz pozwoli naszym słuchaczom jeszcze dokładniej zgłębić twórczość Biggie'go – naszego artysty tygodnia.


Christopher Wallace, Biggie Smalls, Frank White, Big Poppa lub po prostu Notorious B.I.G. Wachlarz ksywek równie przepastny co ponadczasowa twórczość gęsto upchana w raptem dwa albumy, a trzy krążki. Jedna z najbardziej znanych metryk w historii współczesnej muzyki rozrywkowej. Kinowy scenariusz walki głodu finansowego i artystycznego, starcie tu i teraz dilera z Brooklynu z perspektywą szlifowania talentu na drodze realizacji zapewne nigdy nie wyśnionego nawet snu. Trudny, zdolny dzieciak – historia zaczyna się jak każda. Co odróżnia ją od pseudo dokumentów to nie tylko fakt, że była rzeczywista. Przełom dzieństwa i dorosłości, więzienie, seria potknięć i ten właściwy krok w stronę zarejestrowania tych trzech godzin, które z roku na rok zdają się coraz bardziej zahcwycać krytyków i coraz intensywniej wpływać na odbiorców zarówno "Ready To Die" jak i "Life After Death".

 


"Ready To Die" – wydane rzecz jasna dla Bad Boy P. Diddy'ego – to pozycja kultowa nie tylko ze względu na falę pozytywnych recenzji, statystyki sprzedaży czy zamieszanie jakie nadal, po tylu latach, potrafią zrobić arcy przebojowe single.  Głód artystyczny Biggie'go jest tutaj na tym samym, wariackim szczeblu co w przypadku "Illmatic" Nasa czy "Reasonable Doubt" Jay Z. Selekcja tła dla popisów wokalno-lirycznych Notoriousa do dziś stanowi punkt odniesienia dla całej rzeszy raperów niezdarnie usiłującej sprawnie zbalansować ilość hitów i numerów dla ulic. Przepych, jachty, najdroższe szampany zestawione ze strzelaninami, sprzedawaniem narkotyków nawet kobietom w ciąży i szlochaniem matek codziennie rozrywające gwar przecznic Brooklynu. Recepta teoretycznie banalna, lecz tylko teoretycznie. Egzekucja tego konceptu okazała się być czymś na tyle niebywałym i wiarygodnym, że obróciła nieprawdziwe pozory w brudny realizm kapitalnych storytellingów, średnio szarmanckie, niesamowicie chwytliwe "love songi" i (co nawet na ekranie wygląda dość osobliwie) naprawdę poruszające, refleksyjne numery jak "Everyday Struggle" i zamykające album "Suicidal Thoughts" prezentujące pożegnalny telefon Biga do Puffa, bezpośrednio przed pociągnięciem za spust. Magiczna układanka.


Tydzień, miesiąc, dwie dekady –  nieważne ile czasu spędzilibyśmy na wałkowaniu twórczości Notoriousa, progresja dni i nocy nie oddałaby masy twórczości artysty. Artysty niepowtarzalnego, ze słownikowej definicji tego przymiotnika. 20 lat "Ready To Die" i otwierający wrzesień tydzień z dwoma tak znaczącymi albumami Biggie'go. Tylko teraz, tylko w Akademickim Radiu LUZ.

 

 

 

Artysta Tygodnia: FKA Twigs

FKA Twigs choć stara się wypłynąć na powierzchnię od dwóch lat, to wydaję się, że dopiero tegorocznym albumem udało jej się to osiągnąć. Muzyka Twigs ma wiele odcieni, jednak można ją określić jako nietuzinkowe połączenie styli, które łączy w sobie triphopową spuściznę lat 90-tych, oraz współczesne popowe tchnienie – jednak nie to plastikowe i duszące, a bezkompromisowe i jak najbardziej świeże.

Młoda wokalistka i tancerka, po wydanych na przestrzeni ostatnich dwóch lat epkach zdążyła już zaskoczyć, tworząc przy tym swój wizerunek kobiety enigmatycznej, ekscentrycznej i pociągającej brzmieniem które tworzy na swoich utworach. Z drugiej zaś strony, przy nowym wydawnictwie wyszła daleko poza oczekiwania jej dotychczasowych słuchaczy. Oczywiście, można próbować określać jej muzykę kolejnymi przymiotnikami, jednak lepiej dać się oczarować i zostawić kategoryzowanie wolącym konwencjonalne rozwiązania.

"LP1" to kontynuacja, a raczej rozwinięcie dotychczasowej historii poprzednich wydawnictw. Dalej Twigs bawi się gamą uczuć prezentując je na każdym tracku, dajac przy tym dzieła, które wydają się być wyjatkowo niepoukładane. Jednak w ostatecznym rozrachunku, ta właśnie wielowarstwowość i nieporządek w strukturze prawie każdego jej utworu, zdają przedstawiać się jako jej naturalne otoczenie w którym czuje sie najelpiej.

Nowa płyta Tahlii Barnett tematycznie krąży wokół niespełnionej miłości. To zmysłowa podróż po życiu artystki, która wraz z pełnym przejęciem i erotyzmem zabiera nas w wyjątkowo osobiste zakątki swojej pamięci. Momentami pewne krajobrazy które są malowane przed słuchaczem wydają się na tyle intymne, i przy tym o dziwo niewinne, że za pierwszym razem nie chcemy w nie ingerować pełnym zainteresowaniem. 

Alex Banks

Niecałe dwa miesiące temu Alex Banks na dobre postawił swoje imię i nazwisko na scenie muzycznej. Wcześniej zabłysnął jako autor remixów utworów Bonobo i Andrey'i Triany, a teraz, wreszcie wypłynął na głęboka wodę wypuszczając w labelu Monkeytown swój pierwszy długogrający krążek. Dwa lata pracy zaowocowały jednym z ciekawszych albumów wypuszczonych w pierwszej połowie 2014 roku, a mieszanka elektronicznych gatunków na tej płycie składa się na bardzo spójną całość.

 

Pochodzący z Buckinghamshire Alex Banks swój muzyczny gust poszerzał bazując na mocnym warsztacie zdybytym w szkołach muzycznych,  ucząc sie jednocześnie gry na gitarze, perkusji i pianinie. W wieku 16 lat przeprowadza się do Londynu, by kontynuować edukacje i tam doświadczenie pierwszych imprez klubowych odcisnęło na nim na tyle duże piętno, by próbować swoich sił w elektronice. To eksperymentowanie z różnymi stylami, a także, jak sam mówi, uczestnictwo w jednym z 8-godzinnych setów MrScruff'a sprawiło, że jego debiut, płyta 'illuminate' stanowi bardzo bogatą kompozycję, w której darmo szukać nudniejszych momentów.

Kariera Alexa Banksa nie należy jednak do tych ekspresowych. Po zakończeniu edukacji w Londynie,  powrócił do swych rodzinnych stron, gdzie zajmował sie w dużej mierze dj'ką, jednak w tym czasie bez większych sukcesów. Po zdobyciu uwagi, a także środków pieniężnych po wydaniu produkcji reklamowej, Alex przeniósł się do Brighton, co wydaje się być strzałem w dziesiątkę dla muzyka szukającego swojego miejsca na scenie elektronicznej. Akcentem pieczętującym talent Banksa i jednocześnie mobilizującym go do dalszej pracy było zrobienie remixów dla Ninja Tune, między innymi do numeru The Keeper, który przez wielu krytyków uznany został później za najlepszy na zremixowanej płycie Black Sands.

Całkowitym zwrotem akcji w karierze Banksa jest moment podpisania kontraktu z wytwórnią Monkeytown, której założycielami są Gernot Bronsert i Sebastian Szary, szerzej znani jako Modeselektor. Na portalach muzycznych krąży informacja, że duet Bronsert i Szary zdecydowali się na podpisanie kontraktu z Banksem na trzy płyty po zaledwie jednokrotnym odsłuchaniu jego płyty demo.

Duża część pracy nad albumem 'Illuminate' miała miejsce w Tajlandii, gdzie Banks spędził miesiąc słuchając różnych muzyków i chłonąc inspiracje ze wszystkiego co go otaczało. Zupełnie inny klimat i dźwięki spowodowały, że na płycie możemy usłyszeć wiele etnicznych akcentów, przypominających dokonania Bonobo, ale to co dostrzega się przede wszystkim, to odwaga łączenia ze sobą różnych motywów muzycznych. I tak, otrzymujemy album, który jest niesamowicie zróżnicowany, przyspiesza lub zwalnia według kaprysu artysty, łącząc ze sobą elementy trip-hopu, house'u, Uk garage, glitchu i IDM, a to wszystko z zawsze mocno wyczuwalnym bassem.

Na debiutanckiej płycie Banks'a tak naprawdę ciężko wyróżnić jeden numer wybijający się ponad resztę. Różnorodność, którą dostajemy w pakiecie z 'Illuminate' jest tak duża, że warto zatrzymać się na dłużej praktycznie przy każdej produkcji. Na szczególne uznanie zasługuje jednak 'Initiate', które umiejętnie wciąga w trans jednolitym tempem, jednocześnie wodzi zmysłowym kobiecym głosem, raz po raz zaskakując dobrze dobranymi smaczkami w postaci partii smyczkowej, by na koniec zmienić sposób grania i przyspieszyć na parę pętli zaraz przed końcem podróży tego utworu.   

 

http://www.beatport.com/track/initiate-original-mix/5307436

 

Rezydujący aktualnie w Brighton Alex Banks jest postacią, która wypłynąć może na dłużej nie tylko na klubowe parkiety i głośniki miłośników elektroniki. Zdaje się, że jest on na tyle uniwersalnym artystą, odnajdującym się w tak różnych stylach i szukającym inspiracji na wielu poziomach, że sukces odnieść mógłby również po stronie bardziej komercyjnej alternatywy. Czas pokaże, w którą stronę pójdzie artysta, jednak współpraca z kolegami z Modeselektora już teraz zapowiadać może więcej niż owocną przyszłość.

Artysta Tygodnia: Kidkanevil

Kolaboracje, eksploracja i zdecydowany sprzeciw wobec dorastania" – tak swoją muzykę opisuje Kidkanevil, który niespełna miesiąc temu przedstawił kolejną część swoich pomysłów. Na krążku "My Little Ghost" znajdziecie 13 nowych kompozycji, mających – a jakże – japońskie tytuły. Wersja płytowa dla mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni  jest bogatsza o jeden utwór, album został wydany w ręcznie przygotowanym opakowaniu. Interesującym równie mocno, co sama muzyka.Różnorodny styl produkcji  znajduje potwierdzenie w dyskografii kidkanevila, który z każdą płytą zabiera słuchacza w niezwykłą podróż.Brytyjczyk zadebiutował świetnie przyjętym albumem "Problems & Solutions" (2007). W dorobku ma jeszcze trzy płyty: "Back Off Man, I'm A Scientist" (2008) , "Basho Basho" (2010) i wydany pod szyldem Project Mooncircle, niespełna miesiąc temu, My little Ghost.

Na swojej pierwszej producenckiej płycie Kidkanevil postanowił pokazać to, kim jest i jakie brzmienia go interesują. Wtedy wiele osób stwierdziło, że na horyzoncie pojawił się ktoś naprawde wyjątkowy, kto nie tylko będzie częścią nowego ruchu w muzyce, ale także pokaże coś świeżego.

Ten krążek to fuzja kilku gatunków na tyle fascynująca i dobrze zmieszania, że trudno nadawać jej jakąkolwiek łatkę  poza jedną: freestyle & beatmaking

W zeszłym roku Kidkanevil wystąpił ze swoim djskim setem na katowickim festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Jak mogliście się przekonać Brytyjczyk  w swoich setach miesza muzykę, na którą składają się m.in. jungle'owe klasyki z połowy lat 90., komercyjne hity amerykańskiego rapu oraz nowości z dubstepowej półki.  Miejmy nadzieję, że doczekamy się jego występu  we Wrocławiu.

 

Artysta Tygodnia – Martyn

Martyn wraca po 3 latach z nowym albumem długogrającym, który na pewno ucieszy nie tylko jego oddanych fanów, lecz zadowoli grono słuchaczy którzy nie mieli do tej pory okazji poznać jego muzyki. Nowa płyta The Air Between Words jest pewną klamrą, która spina jego dotychczasowe dokonania artystyczne. Holenderski muzyk wcześniej tworzący projekty odnoszące się bezpośrednio do gatunków, zdecydował się balansować na ich granicy, syntezując razem Techno, house, ghettotek i dubstep. 

Kunszt jaki Martyn pokazuje w produkcji, przenosi się na wieloletnie doświadczenie oraz dorobek artystyczny. Pochodzący z Eindhoven DJ i producent sam niejednokrotnie zaznaczał, że tytuł nie jest przypadkowy. Chciał położyć nacisk na kwestie wolnej interpretacji w rzemiośle jakim jest tworzenie oraz przeżywanie muzyki, rozumiejąc ją jako słowa, czy pojedyncze frazy. Przestrzeń między tymi frazami to pole do popisu łączonych gatunków, które decydują o różnorodności nowego projektu tego artysty. 

Bazując na elektronice Martyn na The Air Between Words nie traci spójności, którą tak łatwo zgubić, chcąc pokazać szerokie spektrum tej muzyki. Posiadając uznanie takich labeli jak Brainfeeder czy Ninja Tune, ciężko nie uwierzyć w autentyczną jakość końcowego produktu jaki podaje nam artysta na swoim trzecim krążku.

Sam Martyn przygodę z muzyką zaczął od drum n bassu, chcąc tym samym wypośrodkować swoje produkcje pomiędzy mroczną i skłaniająca się w stronę techno twórczością Bad Company czy Opticala, a spuścizną Hospital Recordings, która była bliższa dynamicznym i melodyjnym brzmieniom tej muzyki. Nowy krążek doskonale pokazuje jak wpłynęły na niego owe inspiracje, i jak ukształtowały jego twórczość.

Nowa płyta zawiera 10 pozycji, które osobno są innymi zupełnie odmiennymi tworami, łącznie zaś tworzą spójną całość. Na nowej płycie doskonale da się usłyszeć elementy czerpane z jazzowych utworów, sceny techno rodem z Detroit, czy dubstepowego dorobku na którym wyrastał artysta. Całość opatrzona jest nie tyle mrocznym, co tajemniczym klimatem, który sprawia że The Air Between Words niesie bardzo sugestywny wyraz. Martyn wyznacza zupełnie nowe kierunki swojej twórczości powracając stylistyką do swoich dokonań z poprzednich lat, przy połączeniu z szeregiem rozwiązań które zdecydowanie wybiegają w przyszłość.

Jak stwierdził sam Martyn: Każda kolejna płyta odpowiada pewnym okresom Twojego życia, co sprowadza nas do momentu gdy możemy dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Słowa artysty przekładają się więc na jego osobisty rozrachunek ze swoją twórczością, która wydaje się niemożliwa do ostatecznego zdefiniowania.

Stylistycznie Martijn Deijkers (aka Martyn) wydaje się być w szczycie formy – przemyca wiele elementów z różnych gatunków, które choć wydają się zupełnie odmiennie, ostatecznie znajdują dzięki swojemu twórcy wspólny mianownik, a to zdecydowanie największy atut The Air Between Words.

Artysta Tygodnia – Lenzman

Postać Lenzmana już od wielu lat jest promieniem nadziei w marginalizowanym świecie muzyki drum and bass. Nie tylko dlatego, że krytycy i nowoczesny, alternatywny słuchacz zepchnęli tak dynamiczne granie do jednego, plastikowego pojemnika z napisem EDM, z uśmiechem na ustach taplając się w swojej ignorancji. Lenzman, czyli pochodzący z Hagi Teije van Vliet, przede wszystkim od samego początku swojej kariery był synonimem postępu, gwarancją jakości, artystą o niewyobrażalnym wyczuciu i wizji. Co więcej, nigdy nie przekroczył śliskiej granicy pomiędzy głębią i autentyczną duszą soulu a kiczem i tanim samplingiem, co dość często okazuje się problemem nie do przeskoczenia dla liquid funkowych producentów.

 

Wśród swoich największych inspiracji wymienia takie postaci jak Curtis Mayfield, Notorious B.I.G. czy Gil Scott-Heron. Zafascynowany brzmieniem perkusji i basu jakie wydobywano na wydawnictwach takich katalogów jak Valve Recordings czy wczesne Metalheadz jeszcze w latach 90-tych, Lenzman stworzył swoją własną formułę liquid funku. Stanął naprzeciw standardom wyznaczanym przez wytwórnie Hospital Records czy Spearhead Records, w pojedynkę nakreślając ścieżkę, w której stronę warto było skierować niszę o tak ogromnym, do dziś w pełni niewykorzytanym potencjale. Styl Lenzmana nie był nigdy jedynie sekwencją miękkich klawiszy, wibrującego basu i natrętnego wokalu przypadkowej piosenkarki podepchniętej przez wytwórnię.

 

Indywidualizm i perfekcjonizm usłyszeć można było już na pierwszym singlu w karierze Lenzmana, wydanym dla wspomnianego Spearhead. Caught Up brzmiało jak nic wcześniej, było miękkie, słoneczne i rozhuśtane do granic, a jednocześnie emanowało potężną dawką emocji i undergroundowym brudem. Do tego kapitalnie umiejscowiony sampel z Think (About It) Lyn Collins, co teoretycznie wykopaliskiem odkrywczym nie jest, aczkolwiek w przypadku tego utworu właśnie zachwyciło wyobraźnią i wykonaniem.

 

Kariera Lenzmana dość szybko nabrała należnego rozpędu. Wydawnictwa dla C.I.A., Fokuz czy Phunkfiction oraz współpraca z takimi tuzami i poniekąd wzorami dla samego Holendra jak Submorphics i Electrosoul System w konsekwencji zaowocowały przełomem w póki co relatywnie krótkiej historii Lenzmana. 2010 rok przyniósł kontrakt z legendarną wytwórnią Metalheadz. Goldie prawdopodobnie podjął jedną z najbardziej trafnych decyzji jeśli chodzi o zależność między brzmieniem labelu, a autonomicznym podejściem wobec własnej twórczości podpisanego wówczas artysty. Pierwszą pozycją dla katalogu Metalheadz Lenzmana był singiel Open Page ze zmysłową wokalistką Riyą, która dziś swój rozwój może zawdzięczać przede wszystkim naszemu Artyście Tygodnia. Utwór do dziś wyznacza pewien standard brzmienia soulowej odsłony drum and bassu i nawet po czterech latach zawsze skutecznie odgrywa swoją rolę na parkietach.

 

Wydawnictwa dla Metalheadz to nieprzerwane pasmo sukcesów Lenzmana. Masquerade, Broken Dreams, How Did I Let U Go i Empty Promise to naprawdę coś więcej niż kolejne single dla poważanej wytwórni, które z łatwością dominowały na listach Beatportu. To indywidualna nisza, punkt odniesienia dla setek artystów i nowa, ciągle świeża jakość, za którą stoi tak skromna osoba jaką prywatnie jest Lenzman. 

 

Po tegorocznym zwieńczeniu swojej współpracy z wytwórnią C.I.A. i wersją VIP kultowego już Ice Cold Soul wydanego w 2012 roku, a na które czekaliśmy tak naprawdę trzy lata od pierwszych odtworzeń w trakcie setów Goldiego czy samego Lenzmana, nadszedł czas na debiut długogrający. 16 czerwca, nakładem Metalheadz rzecz jasna, ukazało się Looking At the Stars LP. Materiał niesamowicie dojrzały, przemyślany od pierwszego do ostatniego dźwięku. Materiał będący kolejnym, bardzo logicznym krokiem w karierze muzyka, zamykającym pewien etap twórczości. Idealnie zbalansowane korzenne podejście i miłość wobec liquid funkowych rozwiązań z nowymi kierunkami, w stronę któych Lenzy może (choć nie musi) skierować swój rozwój artystyczny.