Archiwum

Todd Terje

Wybranie Todd’a Terje artystą tygodnia w Radiu Luz można uznać za coś mocno odgrzewanego. Nic bardziej mylnego. Płyta It’s Album Time wydana ponad miesiąc temu ani trochę nie straciła na ważności. Jest odwrotnie. Pogoda, temperatura i wyczuwalny klimat wakacji który unosi się w powietrzu, aż prosi się o weryfikacje tych kompozycji właśnie teraz. 

httpv://youtu.be/ebjXsc0UjdQ

Todd Terje urodził się w Norwegii. Nie, to nie żart. Jak widać nie ocenia się książki po okładce(ale tylko w przypadku Todd’a). Swoje pierwsze kroki stawiał już w 1999 roku, jednak solidne raczkowanie przyszło 6 lat później kiedy wydał przebój Eurodans. I to właśnie ta kompozycja uruchomiła lawinę, która czasem szybciej, czasem wolniej pchała artystę na przód. Debiutancki album wydany ponad miesiąc temu jest przypieczętowaniem doświadczenia które muzyk łapczywie pochłaniał przez wiele lat. Współpracował z Franzd Ferdinand przy produkcji krążka Right Thoughts, Right Words, Right Action. Poza tym, odpowiedzialnie sprawdzał się podczas remiksowania albumu swojego kolegi – Hans’a Peter’a Lindstrøm’a. Każdy, kto słuchał Smalhans sam może odpowiedzieć, jak wiele precyzji wniósł w ten materiał Todd.


 
Mixmag nazywał go królem muzyki tanecznej. Magazyn Rolling Stone umieścił go na 17 miejscu w rankingu DJ’ów, którzy rządzą światem, a wraz ze wspomnianym już wcześniej Lindstrøm’em i Prinsem Thomasem tworzy zupełnie nową definicje tego, co związane z Norwegią. Dawniej kojarzona z ciężkim hard-metalem, dzisiaj jest wielką fabryką w której rewitalizuje się muzykę house.

httpv://youtu.be/ibuSxgL83dE

Inspector Norse które znalazło swoje miejsce na albumie było wiernym kompanem wielu wakacyjnych imprez i to właśnie z tego charakterystycznego utworu znamy Todda najlepiej. Letnie dźwięki, upchane w bariery melodii genialnie komponowały się z ogólnie panującym wakacyjnym nastrojem. Podobnie jest z debiutanckim albumem wydanym nakładem Olsen Records. Wszystko zdaje się być w rozsypce. Muzyka jest bardzo niecierpliwa. Brzmi, jak rozpieszczony dzieciak. Jednak dzięki kompozycji wszystko zdaje się być kontrolowane przez samego DJ’a. Norweg przy pomocy płyty wiernie salutuje wszystkiemu temu, co w poprzednim wieku wypełniało klubowe parkiety. 


 
Nie, nie musicie zapinać pasów. Odepnijcie je. Z pełnym dystansem do wszystkiego, pozbawieni trosk spacerujcie po archipelagu dźwięków które zapewnia Todd Terje. Radio Luz postara się w tym trochę pomóc, bo do piątku na naszej antenie będzie można posłuchać tego, czym muzyk uraczył nas ponad miesiąc temu. 

Todd Terje

W tym tygodniu zatrzymamy się na dłużej w Norwegii. Zwiedzimy stację It’s Album Time, a naszym przewodnikiem będzie Todd Terje. Ta wycieczka jest trochę opóźniona dlatego, że debiutancki krążek Norwega ukazał się ponad miesiąc temu. Na szczęście materiał jeszcze nie wystygł.

httpv://youtu.be/ebjXsc0UjdQ

Todd Terje ponad dwa lata temu został nazwany królem wakacyjnych brzmień. Jego Inspector Norse było wiernym kompanem wielu wakacyjnych imprez i to właśnie z tego charakterystycznego utworu znamy Todda najlepiej. Letnie dźwięki, upchane w bariery melodii genialnie komponowały się z ogólnie panującym wakacyjnym nastrojem. Podobnie jest z debiutanckim albumem wydanym nakładem Olsen Records. Wszystko zdaje się być w rozsypce. Muzyka jest bardzo niecierpliwa. Brzmi, jak rozpieszczony dzieciak. Jednak dzięki kompozycji wszystko zdaje się być kontrolowane przez samego DJ’a. 

 


Przez pięć dni na antenie Akademickiego Radia Luz będzie okazja do zapoznania się z całym krążkiem It’Album Time. Letnie i swawolne dźwięki będą umilały nam coraz cieplejsze dni. Wszystko po to, aby przestawić tryb na wakacyjny. 

 

Little Dragon

Poprzedni album szwedzkiej grupy Little Dragon został wydany w roku 2011 (Ritual Union). Trzy lata abstynencji muzycznej zespołu mogły…  pozwolić zaczerpnąć świeżego powietrza, nabrać inspiracji, odpocząć, po prostu wyjść im na dobre. Jest oczywiście małe ale. Jak brzmieć po tak długiej przerwie? Jak zaskoczyć? Czy powinni przemeblować swój styl i zszokować słuchaczy? Te wszystkie pytania konotują z jednym podstawowym: – Czy Nabuma Rubberband przyniesie artystom sukces?

Little Dragon to Yukimi Nagano, Erik Bodin, Fredrick Källgren i Håkan Wirenstrand. Kim są? To czwórka bliskich znajomych z liceum, która w 2006 roku uznała, że można by zacząć wspólnie grać. Połączyła ich wspólna pasja. Twórczość LD trudno jednoznacznie skategoryzować, bo choć głównym nurtem jest elektronika, to wiele w tym elementów zapożyczonych m.in. z jazzu, folku, popu czy trip-hopu. Podstawową siłą zespołu jest charyzma wokalistki. Yukimi Nagano wielokrotnie współpracowała z innymi artystami, korzystając ze swoich zdolności wokalnych. Już jako nastolatka śpiewała dla formacji Koop, a w jej muzycznym CV znajdziemy gościnny udział na płycie SBTRKT, Gorillaz, a także Dja Shadowa i Big Boia. Wielu jej fanów uważa jednak, że oprócz macierzystej twórczości to właśnie sekcje śpiewane dla Hird w utworze Keep You Kimi, są jednymi z najlepszych w jej karierze. 

Zdaje się, że nasi artyści tygodnia obrali złoty środek, pomiędzy totalną przebudową swojego stylu i zatarciem cech charakterystycznych, a synth-popowym, nieco rozrywkowym graniem do którego nas przyzwyczaili. 

Powrót Little Dragon do gry to także wywzwanie dla młodych artystów, którym udało się wbić na scenę elektro, tak samo szybko, jak ludziom zwykło zapomnieć o LD. Wspomniane wywzanie budzi do jeszcze większego zaangażowania i wyszukiwania nowych kombinacji brzmieniowych, w przypadku pozytywnej eksplodyzacji Nabuma Rubberband. Warto także wspomnieć, że ich powrót zasilenie największych festiwali. Będą obecni w tym roku m.in. na Lollapalooza, Bonnaroo czy Coachella, ale również na Audioriver w Płocku. Nabuma Rubberband to dwanaście utworów o bardzo różnej fakturze. Mamy tu taneczne Underbart, nieco popowe Paris, ale także surowe i chłodne Killing Me, by zaraz przejść do chilloutowego Pink Cloud. Little Dragon bawią się tempem i tonacją. Nowy album nie jest tak roztańczony jak poprzednie projekty, ale nie pozwala zapomnieć, że i takie utwory Szwedzi uwielbiają komponować. Zabawa muzyką w ich przypadku nie wyklucza się z konsekwencją utrzymania wyrobionej marki czy skojarzeń. 

Artystya Tygodnia – BadBadNotGood

Jeżeli narodzinami kariery młodego, bazującego na różnych gałęziach jazzowych brzmień bandu jest szalony medley z coverami "Lemonade" Gucci'ego Mane'a (czy może "Orange Juice"?), "Bastard" i "AssMilk" Tylera, the Creatora, gdzie video rozpoczyna się przerażającym ujęciem maski świńskiego łba umieszczonej na głowie perkusisty i zaskakującą interpretacja numeru otwierającego debiutancki projekt solowy lidera Odd Future, to nawet przypadkowy przechodzień zacznie gapić się na to widowisko jak podczas wypisywania mandatów maturzystom za spożywanie piwka w parku w samo południe. Jednakże w przypadku BadBadNotGood przyczyna tego zgromadzenia nie jest tak kuriozalna. Chester Hansen (bas), Alexander Sawinski (perkusja) i Matthew Tavares (klawisze) nie mieli nawet dwudziestu lat na karku gdy w 2011 roku debiutowało ich pierwsze dziecko – "BBNG". Ich stosunek wobec sztuki jazzowej od samego początku czarował pogardą wobec charaktersytycznej dlań pretensjonalności, emanował młodzieńczą lekkością, buntem i energią czystej pasji, a eklektyczna mieszanka kompozycji własnych i coverów utworów J Dilli, Flying Lotusa, Joy Division, Odd Future czy GangStarr sprowokowała u wielu podobnych mi słuchaczy histeryczny głód kolejnych podróży z zespołem. 6 maja ukazał się ich najnowszy album "III".

Debiut zespołu, poprzedzony nagraniem "Odd Future Sessions", materiałem live i darmowym mini albumem był jedynie płytą – kluczem do dalszej kariery kanadyjskiego (jak widac Drake to niejedyny muzyk z Toronto!) trio. Jednakże już wtedy bardzo wyraźna była wspólna wizja jaką chciał realizować zespół, jak bardzo kochają swoje hip-hopowe korzenie i jak wiele znaczy dla nich wspólna fascynacja dorobkiem MF Dooma i OFWGKTA, a także niewymuszona potrzeba szukania inspiracji w najodleglejszych zakątkach muzycznej mapy. Ich spojrzenie na "Fall In Love" z "Fantastic, Vol. 2" J Dilli to wyniesienie oryginału na kolejny szczebel, wyeksponowanie jeszcze wyższej temperatury i łamanie kolejnych karków. Świadoma umiejętność tworzenia luzackiego, niechlujnego wręcz klimatu przy całkowitej kontroli nad brzmieniem utworu i improwizacyjnym duchu to najkrótsza formułka, która w choć minimalnym stopniu oddaje specyfikę twórczości BadBadNotGood.

Od kolejnego krążka wymagano więcej. Słuchacze i krytycy domagali się jakiejś deklaracji artystycznej, klarownego pozycjonowania własnej twórczości i pewnych kroków, które zasugerują, w którą stronę rozwijać się będzie brzmienie Kanadyjczyków. Tymczasem "BBNG2" wypięło na te śmieszne wymagania pośladki i dumnie zabrzmiało jak właściwa kontynuacja poprzednika. Nie ma tu jednak mowy o jakiejkolwiek stagnacji, ani o oklepanych patentach. Dojrzałość i spotęgowana obszerność wachlarzu emocjonalnego jaki udało przemycić się na jedenastu ścieżkach, gdzie idealnie zbalansowano kompozycje autorskie z interpretacjami cudzych produkcji tworzą niepowtarzalną, eklektyczną bombę. Bombę pełną sprzecznych uczuć, eksplodującą w każdym z utworów, które indywidualnie mogą zachwycać wszystkie. Wszystkie bez wyjątku. Nie jest to już jednak zwyczajna kompilacja świetnych kawałków, to album z prawdziwego zdarzenia, poprowadzony z wielkim wyczuciem i konsekwencją. Jeden z najbardziej intrygujących tripów artystycznych na jakie dziś można się wybrać – od otwierającego coveru "Earl" i nostalgicznego "Vices" po zamykające, majestatyczne interpretacje "Flashing Lights" Kanye Westa i "You Made Me Realise" My Bloody Valentine. Pod wrażeniem?

Na "III" BadBadNotGood postanowili zrobić to, czego przy okazji "BBNG2" zrobić nie chcieli. Skupili się w całości na kompozytorstwie, prezentując w pełni oryginalny materiał, który ma służyć jako stanowisko artystyczne bandu. Jest to najbogatsza i najbardziej różnorodna jeśli o chodzi o rozbieżność gatunkową płyta w dyskografii trio. Mniej na niej koncentracji na poszczególnych solowych partiach instrumentalnych, więcej tu natomiast wyobraźni i reżyserskiej niemal realizacji albumu, gdzie wszystkie utwory wciagają swoją rozszerzoną, progresywną konstrukcją. Zero zmęczenia, jest to ten typ ogromnej intensywności doznań, po którym czujemy niedosyt. Od promujących wydawnictwo "Hedron" ze składanki "Late Night Tales" i singlowego "Can't Leave the Night" po tą całą, brudną, mroczną, a jednocześnie hipnotyzującą delikatnością resztę z "Kaleidoscope" i "CS60" na czele, najświeższy materiał BadBadNotGood to jedna z najbardziej intrygujących pozycji na tegorocznym rynku muzycznym. Wiele prób prezentacji tak bardzo oddalonych od siebie biegunów brzmieniowych, a wszystko niezmiennie z duchem pazura młodości, hip-hopowego gruntu, dotyku elektroniki i jazzowej perfekcji. 

Artysta Tygodnia – Jesse Boykins III

Głęboki soul wymieszany z płynnym i lekkim R'n'B na elektronicznym tle produkcji Machinedruma – tak prezentuje się kolejny długogrający album Jessego Boykinsa III, naszego artysty tygodnia. Love Apparatus trafił na sklepowe półki pod koniec kwietnia.

Love Apparatus

Jesse Boykins urodził się w roku 1985 w Chicago; dorastał w Miami, w rodzinie z ogromną pasją do muzyki. Wspierany przez rodziców i rówieśników rozpoczął swoją muzyczną karierę w wieku lat dziewięciu, dołączając do szkolnego chóru. W tym samym czasie zaczął też tworzyć swoje pierwsze melodie na maszynce do karaoke. W szkole średniej jako jeden z nielicznych został zaproszony do nagrywania razem z zespołem muzycznym Grammy Jazz. To zdarzenie bezpośrednio przyczyniło się do decyzji Jessego o podjęciu studiów w The New School University w Nowym Jorku.

Tworząc swoje pierwsze wydawnictwo w roku 2008, EPkę Dopamine: My Life on My Back; Jesse zgłębiał temat miłości, chemii w relacjach i uzależnienia… słowo "dopamina" jako tytuł albumu pojawiło się zatem naturalnie. "Dopamina w twoim ciele sprawia, że czujesz się "zakochany". Jest również produkowana, gdy jesteś uzależniony od czegoś… uzależniony od miłości."  – przyznał JB. Pozostając w tym nastroju artysta nie potrzebował wiele czasu i tego samego roku wydał również swój długogrający album, The Beauty Created. Warto wspomnieć, że "The Beauty Created" to obecnie także zespół, z którym koncertuje muzyk – w zespole ważną rolę odgrywa producent Machinedrum, z którym Jesse współpracuje już od dłużeszgo czasu.

The Beauty Created to album inspirowany ekscytacją zakochaniem, namiętnością, zadumą letnim romansem… wszystko to splecione czystym głosem Jessego Boykinsa, innowacyjnymi dźwiękami i żywymi instrumentami. "Tematem literatury romantyzmu jest skupienie się na pięknie, odległości, rzeczach nieaktualnych… ucieczka od współczesnych problemów oraz natura jako źródło wiedzy, schronienie, boskość." To jedna z nielicznych wypowiedzi, jakie można znaleźć szukając informacji o pierwszym długogrającym albumie JB III. Wydany w 2008 roku był ogromnym krokiem w karierze artysty, przedstawiając światu nie tylko jego osobowość, ale również poczucie estetyki i wrażliwość na piękno.

 

**********

Jesse Boykins przyznaje, że na jego pierwsze albumy bardzo silny wpływ miała muzyka np. Curtisa Mayfielda; pragnął tworzyć soul w tradycyjnym klimacie, odnosić się do swoich idoli, klasyków gatunku. Album Love Apparatus wydany pod koniec kwietnia tego roku znacznie różni się od jego poprzednich produkcji. Autor przyznaje, że słuchał dużo The Beatles, Pink Floyd czy Black Keys i inspiracji tymi artystami możemy doszukać się w jego najnowszej długogrającej produkcji. "Po prostu patrzę się na to teraz z zupełnie innej perspektywy, tworząc tamten album miałem 22, 23 lata. Wiesz, podróżowałem, zwiedziłem sporo miejsc i doświadczyłem rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wtedy byłem świeżo po studiach, żyłem w Nowym Jorku i o tym pisałem. Ale teraz mam inne spojrzenie na rzeczy, co za tym idzie, mój sposób pisania utworów znacznie dojrzał." – mówi Jesse w wywiadzie dla MadameNoire (wywiad można sobie obejrzeć na youtube).

Za drugi, a właściwie trzeci, jeżeli liczyć kolaborację z MeLo-X (ZULU GURU) długogrający album Jessego Boykinsa odpowiedzialny jest Machinedrum, producent muzyki elektronicznej związany z takimi wytwórniami jak LuckyMe czy Ninja Tune. "W zasadzie cały album zrobiliśmy wspólnie" – mówi JB w wywiadzie dla MadameNoire. "Jest bardzo progresywny, inspirowany różnorodnymi dźwiękami i stylami muzycznymi… soul według mnie nie jest jedynie gatunkiem.. to część każdego rodzaju muzyki. to bardziej jak emocja."  Tłumaczy również przesłanie, jakie stoi za albumem: "To moje trzecie dzieło, nad którym pracuję od 2008 roku. Głównie dotyczy równowagi, balansu w związku, w relacjach… nie tylko pomiędzy mężczyzną i kobietą, ale pomiędzy każdym człowiekiem. W zasadzie chodzi o różne poziomy, rodzaje miłości. Bo wszyscy zawsze postrzegają miłość jako… wow, MIŁOŚĆ, o Boże, jestem tak zakochany; ale tak naprawdę są określone stopnie miłości… Czuję, że ważnym jest, aby uznać ich istnienie i poznać każdy z tych poziomów."

 

 

 

 

 

 

Artysta Tygodnia – Christian Löffler

      Oryginalny charakter produkcji, niesamowita melodyjność i niebanalna kompozycja tworzą album obok którego nie można przejść obojętnie.

Young Alaska to kontynuacja sensualnej podróży rozpoczętej dwa lata temu na A Forest. Christian Loeffler na swoim drugim albumie prezentuje się jako dojrzalszy, bardziej świadomy swojej muzyki artysta, który zabiera słuchacza w rzeczywistość pełną euforycznych jak i melancholijnych momentów. Materiał, któremu się w tym tygodniu przysłuchujemy był inspirowany doświadczeniami z podróży, które Christian odbył w ciągu dwóch ostatnich lat. Loeffler ponownie zaprosił do współpracy duńską wokalistkę Gry oraz Mohnę, które możemy usłyszeć w utworach All Comes i Beirut. Efekty ich wcześniejszej współpracy możecie sprawdzić  między innymi w remixie utworu Rongorondo  wykonanym przez Loefflera, którego w oryginale wykonuje zespół Me Succeeds, z którym związane są obie wokalistki.

Christian Loeffler w tym roku odwiedził Wrocław. 14 lutego jego live seta mogliście posłuchać w Das Lokalu. W walentynkowy wieczór ten niemiecki producent oczarował wszystkich już od pierwszych dźwięków. Rozpoczął bowiem od przedpremierowego puszczenia utworu All comes, z hipnotycznymi wokalizami Gry. Całość występu stanowiła spójną całość, pełną pięknej energii.

Nasz Artysta tygodnia to człowiek o wielu talentach. Oprócz produkowania muzyki zajmuje się także malarstwem i fotografią. Jako jego obszar jego artystycznych działań wskazałabym jeszcze tworzenie przepięknych historii, bo zarówno na A Forest jak na Young Alaska wychodzi mu to wybitnie.

Artysta Tygodnia – Ten Typ Mes

Co Ten Mes? I gdzie jego dres?

910a85f784a6e88db4505cfc4824fa1b
Piotr Szmidt. Urodzony w Warszawie. Na karku lat prawie 32. Spod ręki wypisane 8 albumów. I cała masa featuringów.
To tyłułem bardzo krótkiego wstępu, bo o Mesie można długo i dłużej – tyle, ile on sam o sobie toczyć rozważań umie. A że umie, to chyba każdy wie. Ten warszawski raper wokół własnego światka skupiał się nie tylko przez większość swojego materiału muzycznego, ale też przemyśleniami dzieli się w felietonach publikowanych na łamach t-mobile-music.pl. Celowo w pierwszej części zdania użyłam czasu przeszłego, bo coś się zmieniło.

I trzeba tu zaznaczyć, że zmiana jest punktem stałym, który serwuje nam co płytę pan Mes. Co krążek zaskakuje. Na 'Fachu'  wydanym jeszcze w formacji Flexxip czy na pierwszym  solowym projekcie 'Zapisk Typa' bije szczerością młodego chłopaka, Twojego kumpla z bloku, który nawija z zajawki i ma potrzebę stworzenia autobiografii, opowiedzenia paru historii.
 'Możesz wejść w mój świat bosą nogą i nie poranisz się o fałsz, bo mam osobowość.' ('Intro', Zapiski Typa)
Osobowość, która do cichych i spokojnych nie należy. Również w historiach, które opowiada brak nudy. Natura  Mesa jest dwoista, co zwiększa wachlarz przeżyć i emocji – z jednej strony tekstami zabiera słuchaczy w świat niekończących się imprez, pięknych pań i używek, próbuje nadac sens lekkomyślności i braku zobowiązań, z drugiej jest rozdarty między swoimi zapędami do melancholijności i chęcią dokumentacji rzeczywistości widzianej trzeźwymi oczami, zdradza się wyrzutami sumienia czy rozżaleniem przemykanymi gdzieś między wypowiadanymi z dumą wersami. Beaty? Muzycznie Mes jeszcze kombinować nie chciał, większość numerów oparta była na prostych, spokojnych beatach, mocno siędzących w oldchoolowych brzmieniach.
Zupełnie inaczej rzecz ma się na  'Zamachu na przeciętność' czy (pójdźmy dalej) 'Kandydatach na przeciętność'.  Rap to nie wszystko, a jedno flow to za mało, więc Mes zaczął szukać w innych gatunkach. I tak zaczęla się zabawa konwencją, zabawa w punk-rocka, dubstep czy śpiewane refreny. Ryzykowne posunięcie, część fanów nie umiała się przekonać, a część raz po raz pokrzykiwała coś o geniuszu i scenie zbyt niedojrzałej na takie zmiany, otwartość na nowe zabiegi i inspiracje innymi nurtami muzycznymi. Suma summarum, różnorodnośc popłaciła, wszystkie płyty ocenione pozytywnie, zarówno pod względem tekstowym (story-telling wciąz popłaca), jak i produkcyjnym.
'Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki', album z 2013r. nagrany wspólnie z ludźmi z Alkopoligamii, wytwórni, ktorej jest współzałożycielem, to płyta, ktora wzbudza chyba najmniej emocji. Za większośc bitów odpowiada sam Mes. Brzmi dobrze, ale zakładanie, że będzie to płyta niezapomniana byłoby raczej sporą przesadą.

https://www.youtube.com/watch?v=4K9sNfcfBaU&list=TLexcKsHQlYYB1BwdNkXg7MNWfhlcavcyj
 

Mimo wszystko, to co najlepsze w Mesie wychodzi chyba przy jego solowych produkcjach, będących w pełni jego wizją i bardzo niekonwencjonalnym spojrzeniem na muzykę.
Dlatego też płytę, która wyszła 18 kwietnia można zakwalifikować do rankingu 'najlepsza Mesa' i rozważać, co jest a, a co be. Z pewnością na 'Trzeba było zostać dresiarzem' jest dużo powrotów nie tylko do korzeni, czyli statystycznego osiedla, typowej imprezy wśród ziomków czy starych samochodów, ale przede wszystkim, zejście na ziemie. Bo wreszcie(!) Mes, którego specyfika charakteru nagminnie wynosiła gdzieś w chmury, gdzie okazywało się, że bujaniu w przyjemnościach często towarzyszyły  wybujałe problemy ("co, zachciało się Mesiwku bohemy / ledwo zdana matura, urojone problemy?") postanowił rozejrzeć się gdzie stoi i opisać zupełnie prozaiczne problemy, zależności i sytuacje, w których darmo szukać sensu, więc skoro już to wiemy, to czemu nie opisac tego takim jakim jest?  Ten przeskok do czasów, gdy nie nosił garniturów i kapelusza, gdy nie nucił z cygarem w ustach był potrzebny zarówno sluchaczom, jak i samemu Mesowi. Nadmierny patos i filozoficzne przemyślenia w codziennych sytuacjach posądzać można o karykaturalność, więc żeby nie pogubić się za bardzo ciągle zerkając zadumanym w górę, rozejrzenie sie dookoła i dostrzeżenie jakiejś logiki w ochroniarzu Patryku, Spietej Dresiarze czy przedstawianie problemów z wiekszą niz zazwyczaj lekkością nie wydaje się być takim najgorszym pomysłem.. Jest na 'Trzeba było zostać dresiarzem' kilka numerów, które wydają się być nie do końca dopracowanymi, jakby autora nie do końca interesowało jaki będzie odźwięk wśród słuchaczy i czy to oby na pewno nie jest zbyt przekombinowane pod względem flow i sporej mieszanki stylów muzycznych. Jedno jest jednak pewne, ten warszawski raper wciąż nie idzie na kompromisy, a to co daje słuchaczom, to 100% siebie.
Mes nie musi nosić dresów by być prawdziwym, ale niech go trzyma w szafie i zerknie raz na jakiś czas, bo to co wyszło za jego sprawą, to z pewnością rzecz, którą trzeba sprawdzić.


https://www.youtube.com/watch?v=dTTcKrOZ-cQ&list=PLx4xyujdGMegDiakGHplRts9Orr2IPtfW
 

18 kwietnia na półki sklepowe trafiła płyta 'Trzeba było zostac dresiarzem', dlatego w tym tygodniu skupiamy się na jego twórczości.

Artysta Tygodnia: Ratking

RATKING – reprezentujący Harlem skład który, choć trochę czasu działa, to nadal nie dostał wystarczająco uwagi, a ta na pewno mu się należy. Dlaczego? Z tego też powodu, że nie wiele osób do tej pory miało okazje usłyszeć ich pierwszą EPke, noszącą skromny tytuł Wiki93. Co jednak ważniejsze w tym wypadku, po ponad trzyletniej wędrówce po blogosferze, zdążyło podpisać ich legendarne XL Recordings, ponownie wydać ich EP poprzez swój sublabel Hot Charity – przyszedł więc czas na debiutancki album. So It Goes – taki tytuł nosi nowy krążek nowojorskiego trio, który premierę miał dokładnie 7 kwietnia.

Ktoś może się zastanawiać dlaczego muzyka tego zespołu jest warta odsłuchu. Moim zdaniem pokazuje on scenę Nowego Jorku z innej strony, tworząc przy tym własny niepowtarzalny styl.

Kto stoi za projektem RATKING?
Dwóch MC, konkretnie; Patrick Wiki Morales, Hakeem Hak Lewis oraz producent Eric Sporting Life Adiele. Z grupą czasami pokazuje się również inny producent, ukrywający się pod pseudonimem Ramon. Wiki z Hakiem poznali się jeszcze w szkole, wtedy zdecydowali się na wspólne nawijanie, później dołączył do nich producent przedstawiający się zręcznie pseudonimem Sporting Life. Jeżeli już jesteśmy w tym miejscu, czas zejść pod ziemię – z tej perspektywy najlepiej poczujemy klimat, który Ratking oddaje swoją muzyką…

httpv://www.youtube.com/watch?v=9U9Yu9ZAuHU

Przesłuchując ich pierwsze EP można być zszokowanym, minimalistycznym stylem jaki prezentują, który w pewien sposób tworzy surowy, jednak jak najbardziej zjadliwy produkt. Z mijającym czasem, oraz wzrostem liczby odsłuchań przeze mnie tej płyty, czułem się tak samo gdy poznawałem Death Grips, czy ostatnio aktywnie działający zespół Clipping. Co prawda, wszystkie wyżej wymieniony grupy reprezentują inne, oryginalne style, gatunki (które nie leżą w sumie daleko od siebie), lecz co najważniejsze – mają wspólny mianownik. Dokładniej mówiąc, to pewne bezkompromisowe podejście do muzyki którą tworzą, a to chyba nieodłączna część kreowania niepowtarzalnego dźwięku pod którym się podpisują.

Ratking to głos z podziemi, który wydobywa się z oparami, prosto ze studzienek kanalizacyjnych ciągnących się od 155 przecznicy, aż do północnej strony Central Parku. Ich muzyka wydaje się chaotyczna i ciężka do przyjęcia, jednak to sztuczna bariera, którą często musi pokonać każdy tolerancyjny słuchacz. Jak wiadomo, nie zawsze jest to łatwe tym bardziej, że już od pierwszego wydawnictwa, Ratking pokazują Wielkie Jabłko z jego nieco zgniłej strony. Król Szczurów eksponuje wielką aglomerację, która wciągnęła na dobre nie jedno istnienie, podkreślając tym samym, że młodzi(gniewni?) są idealnym odzwierciedleniem tego, w jakim tempie funkcjonuje NY, będąc swoistym (nie)świeżym oddechem ulic miasta.

Ratkingowy flavour powstał w wyniku filtracji poprzez każdy metr kwadratowy betonu w ich mieście. Wiki93 pachnie smogiem, gasnącymi w popielniczce papierosami oraz rozbitym dzień wcześniej Olde English, które zasycha na posadzce, drażniąc twój nos i żołądek po wczorajszej imprezie.

 

Po wstępie, w formie Retired Sports, prędkości nadaje dynamiczne Pretty Picture.
W 646-704-2610 idealnie da się zauważyć patent nawijaczy z Ratking, którzy w wielu kawałkach rzucają wersy na zmianę – nie zawsze szesnastka po szesnastce. Mimo iż koncepcja rozmowy telefonicznej wydaje się mocno off-beatowa, to czuć że flow obojga idealnie się uzupełniają. Zaraz po tym, w Piece of Shit (do którego obraz zrealizował słynny Ari Marcopoulos), z refrenami Hak'a brzmiącymi jak chora mantra, dowiadujemy się jak Wiki widzi siebie, w opozycji do otaczającego go świata. Jak możecie się domyśleć, nie jest to kolorowa wizja. Chwilę później, słyszymy kolejną produkcję Sporting Life'a, na której nawija sam Wiki. Ten kawałek broni się sam. Wikispeaks wydaje się być kontynuacją Piece Of Shit, gdzie Patrick opisuje rutynę każdego dnia, podróżując na gapę metrem po NY. W klipie który wyszedł do tego kawałka (oraz jako pierwszy odbił się echem na serwisach muzycznych i blogach) Ratking przemierza miasto, kończąc ostatecznie w zadymionym mieszkaniu, wygłupiając się i pijąc na umór piwo z puszki. W tym momencie nie przychodzi mi żadne inne skojarzenie jak scena z KIDS Larry'ego Clark'a, w której Telly i Casper wpadają na squat do kumpli. Comic to zgrzyt na płycie. W tym momencie, zdajemy sobie sprawę że Sporting ma swój sposób na tworzenie bitów. Niepokojące, perkusyjne loopy, ostro cięte sample i wiele elektronicznych smaczków, to wszystko często będzie tłem dla wokali dwóch MC, jeśli ktoś zagłębi się w ich twórczość. W przypadku Comic, bit wydaje się momentami przepełniony zbyt dużą ilością dźwięków, co jednak ma dość hipnotyzujący efekt. Przy czym energia, jaką prezentuje Hak i Wiki, jest przepełniona agresją i złością, która w końcu eksploduje w krzyk, przywołujący na myśl punkowe natchnienie. Sporting Life kończy płytę nazywając dumnie ostatni track własnym pseudonimem, a Wiki daje pokaz własnych umiejętności, dając zmartwychwstanie flow jakim dysponował sam Big L.

Wnioski? Wiki ma naprawdę potencjał w kwestii technicznej, jeśli chodzi o rapowanie, Hak wcale nie odbiega, przy czym wydaje się być graczem bardziej czującym melodie i potrafiącym wprowadzić słuchacza w odpowiedni klimat. Sporting to kompletny beatmaker, chwalący się własnym stylem od pierwszej produkcji, które mimo iż mogą wydawać się podobne, to w ostatecznym podsumowaniu, dodając wokale kolegów z zespołu, każdy z nich jest odrębnym tworem, pokazującym szereg wpływów jakie kształtowały młodych muzyków. Irytujące noise'owe inspiracje, mieszają się z glitchową estetyką, punkowa siła przebicia, przeplata się z grime'owym zacięciem, a to wszystko wydaje obijać się między stylistyką rapu lat 90 i szeroko pojętą muzyką elektroniczną. Wielu porównuje Wiki'ego do Eminema, jednak on sam przyznaje że bliżej mu do brania przykładu ze spuścizny Dipset'u na czele z Cam'ron 'em, czy Wu-Tang Clanu, z podkreśleniem stylu jaki reprezentował ODB.

Wiki93 daje nam obraz Nowego Jorku jako miejsca w której przeplata się wiele kultur (skład Ratking to najlepszy tego przykład), milion historii ludzkich żyć, często złamanych przez własne ambicje roztrzaskane na zimnych, oblepionych farbami murach.
To wyraźny obraz miasta nad którym wisi klątwa mentalności po 9/11, ta widoczna jest najbardziej szczególnie wśród policji, ale także w nastawieniu każdego mieszkańca. Wiki na spółkę z Hakiem skandują swoje słodko-gorzkie zdania, dedykowane każdemu

 

httpv://www.youtube.com/watch?v=WN4z48r5axw

Dziś na pewno możemy stwierdzić że zespół dojrzał do wydania pełnoprawnego albumu. Jak wiadomo, XL Recordings, a dokłądniej sublabel Hot Charity, ma niewybredną selekcje artystów, których podpisuje, a w tej koncepcji znalazło się też miejsce na młodą awangardę wrośniętą w organizm miasta, patrzącą na ten twór z własnej perspektywy. Nabrali też doświadczenia przez dwa lata.Mieli okazję nagrywać w Londyńskim studio należącym do XL (gdzie powstał utwór 100), czy koncertując ostatnie dwa lata, występując przed m.in.: Death Grips, GZA, Thrash Talk, King Krule, ostatnio zaś Earl Sweatshirt miał ich za support. 

Stosunkowo niedawno wyszło na jaw, że ma pojawić się nowa płyta grupy. Do tej pory, jako single, wyszły Canal i So Sick Stories. Do obu numerów powstały klipy. Całość oczywiście zrealizowana w niepowtarzalnym stylu nowojorskiego trio, zarówno na poziomie produkcji, za którą stoi oczywiście Sporting Life, oraz w kwestii tekstowej gdzie, oprócz Wiki'ego i Hak'a, gościnnie refren wykonuje sam Archy Marshall z King Krule! Klipy do obu singli są swoistą przejażdżką po miejscówkach w NY, które dodatkowo ubarwione są przez gryzące się wokale nawijaczy. Jeżeli już jesteśmy przy klimacie, to outro w So Sick Stories mówi samo za siebie – tak samo jak w wielu innych kawałkach do nich należących, co często napędza muzycznie sam Sporting Life.  Nowa płyta była dostępna do odsłuchu tydzień przed oficjalną premierą w UK. Pierwsze wrażenie po odsłuchu? Zdecydowanie level wyżej. Jak nie więcej. Producent Ratking odwalił tu kawał dobrej roboty, a Hak z Wikim biorą na warsztat rap, elektonikę, jazz, dub (Snow Beach!) i inne wszystkie gatunki ,jakie usłyszycie na So It Goes, przerabiając je w zdecydowanie nowoczesny i szorstki sposób. Jeżeli szukalibyśmy dalej, biorąc pod uwagę fakt, że album ma mieć 11 pozycji, to część tych kawałków (z singlami włącznie) mogliśmy już usłyszeć. Nie robi to jednak problemu, bo cały materiał, dzięki pomocy XL, został zrealizowany i masterowany przez samego Young Guru, który cieszy się uznaniem wśród producenckiej części sceny. Półmetek płyty w postaci Eat zaskakuje, bitem oraz feelingiem Hak'a, który zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie ze względu śpiewanego(nuconego?) refrenu. W Puerto Rican Judo dostajemy produkcję, której bliżej do techno w formie 4/4, niż do klasycznego rapowego bitu. Po tym zaś, Sporting Life bezczelnie zmienia kierunek brzmienia – waląc juke'ową stopą w Protein, w której footworkowe szaleństwo Wiki dopełnia słowem. Po pierwszej połowie płyty zaczyna być bardziej widoczne, jaki przekrój muzyczny prezentuje Ratking. Album kończy numer Take, gdzie gościnny udział bierze undergroundowy nowojorski artysta nowej fali, który reprezentuje kolektyw iLLuzion – czyli Salomon Faye. Jego zwrotka zdecydowanie wybija sie ponad resztę przy czym idealnie dopełnia numer, wraz ze szczękającymi mieczami Sporting Life'a, który ewidentnie czerpał inspirację Wu-Tang'iem. 

httpv://www.youtube.com/watch?v=uAWzCmkJqpc

 

Estetyka nowej płyty, nie odbiega zbyt od ich pierwszego EP, jednak bardziej utwierdza słuchacza o tym, że Ratking zdecydowanie tworzy niepowtarzalny styl, który ciągle się rozwija. Hak, nadal ma ciekawą manierę w głosie, a Wiki to ten sam niepoprawny, jedno brwiowy i szczerbaty kundel – jak sam zwykł siebie określać (Remove Ya). Brzmienie Ratking dalej jest głośne i inwazyjne, bezpośrednie w opisywaniu rzeczywistości, pełne emocji i przejęcia, które ewidentnie usłyszymy w każdym wersie.

Cała trójka w swojej ekspresji nie idealizuje realiów. Co ważniejsze, nie poddają się im, chcąc głównie tworzyć i wydobywać z siebie, tą część, którą zaraża ich ulica.

Think the city has let up?/Better che-check up

Stworzyli kolektyw artystyczny noszący nazwę Letter Racer, pod którego szyldem organizują wystawy, gdzie grają i zbierają spore grono okolicznych działaczy oraz muzyków. Dodatkowo robią własne zdjęcia i grafiki, z których korzystają przy każdej możliwej okazji.
To młodzi twórcy wpasowani w wielkomiejski krajobraz, którzy dają nam prawdziwie ciekawy eksperyment, ten idealnie egzystuje w chaosie który sobą tworzy, nie zmniejszając przy tym swojego apetytu na uwagę i respekt każdego obserwatora. Chce on niespodziewanie wyrwać się spod kontroli, wybuchnąć tak by każdy zatrzymał się na moment w biegu i usłyszał jego echo.

To sprawia, że Ratking jest autentyczny w byciu autonomiczna częścią betonowej dżungli w której powstał. Wiki i Hak oceniają swoje otoczenie, deklamując kolejne pochwały i żale, dedykowane każdej sytuacji z jakiej przyszło im zebrać doświadczenie.
Co najważniejsze, za każdym razem robią to w taki sposób, że szorstką fakturę chodników i ścian, z których stworzony jest labirynt ulic Nowego Jorku, czujemy na własnej skórze. Na niej, pamiątkę zapisują największe przygody jakie przeżywamy, to one właśnie świadczą o prawdziwej niepowtarzalnej podróży. Ratking na pewno jest ją w stanie zapewnić.

httpv://www.youtube.com/watch?v=SpBCXWKx4Tg

Artysta Tygodnia: Flirtini (Heartbreaks & Promises)

Flirtini to przyjacielski kolektyw skupiający czołówkę polskiej sceny klubowej oraz niezliczoną ilość pięknie tańczących kobiet.  Wieloletnie muzyczne doświadczenie pomysłodawców cyklu imprez i szerokie zainteresowanie wśród późniejszych uczestników owocuje melanżami, w których muzyka klubowa łączy się z najlepszym rapem.  Flirtini to Jedynak – aktywista muzyczny, dj z wieloletnim stażem, pomysłodawca i współautor projektu Niewidzialna Nerka – odświeżającego klasykę polskiego hip- hopu. Oraz Ment XXL czyli współzałożyciel Rasmentalismu, absolwent warszawskiej edycji Red Bull Music Academy Bass Camp, oraz finalista konkursu Burn Studios Residency Contest.

44308b6f6e4f59fca0d155e84895ea8755078563_org

„Z Kamilem poznaliśmy się podczas prac nad Niewidzialną Nerką – opowiada Jedynak. Ktoś ze znajomych polecił mi go jako producenta świeżej krwi, poza tym obaj mieszkamy na żoliborzu, więc nasze drogi naturalnie się przecięły.”

„Flirtini to rzeczm która nie świadomie rozpoczęła się na stołecznej barce – dodaje MentWychodząc od imprez skupionych na wakacyjnej zabawie, doszliśmy do punktu w którym poza byciem klasycznym duetem djskim skupiliśmy się na produkcji muzyki, co wg mnie odróżnia nas od innych tego typu kolektywów.”

flirtini_cover-560x560

"Oprócz nas, gościnnie subiektywna czołówka polskich producentów. Jest na co czekać" – tymi słowami Jedynak i Ment XXL od kilku tygodni promują album kompilacyjny "Heartbreaks & Promises", którego wersja fizyczna już 14 kwietnia pojawi się w dystrybucji Asfalt Records. “Heartbreaks & Promises” to zbiór instrumentalnych opowieści o sytuacjach miłosnych, które nie wydarzyły się naprawdę. Zasłyszane tutaj historie występują w interpretacji najciekawszych postaci polskiego beatmakingu. Zebrana w jednym miejscu nowobitowa saga niezwykłych zdarzeń sercowych, jest próbą stworzenia przekroju polskiej sceny producentów myślących i produkujących w czasie przyszłym. To również wskazówka i subiektywna odpowiedź na pytanie, którędy droga w klubowym flircie. Droga do jej serca.

artworks-000073148808-f8aaxv-original

Tracklista:

01.  SoDrumatic – Dance For You

02.  Chloe Martini – Candy

03.  MNSL – Au Lait

04.  Du:it – Django

05.  The And – 17 days

06.  Spisek Jednego – She Got Me Like

07.  Szatt – All I Can See feat. Snorbes

08.  Auer – Thug Rave

09.  Rowlf The Dawg – Hold Me Close

10.  Flirtini – By Your Side

11.  Zeppy Zep – Eyes Closed feat. Khat

12.  Spinache – Care

13.  SoDrumatic – All The Way Down

14.  Du:it – Handle With Care

15.  Czarny HiFi – Womanizza

16.  Tort – Feelings

17.  Roux Spana – Broken Heart

artworks-000075280223-etqvhw-crop

Podstawowym założeniem tej płyty jest zebranie, naszym zdaniem, najlepszych polskich producentów nowobrzmieniowych, którzy przy okazji są też naszymi znajomymi, często to także goście naszych melanży. Chcielibyśmy, żeby "Heartbreaks & Promises" zaistniała poza granicami kraju, co dla każdego z zaproszonych przez nas gości, byłoby miłe i w jakiś sposób wyróżniające. Singel SoDrumatica jest tego świetnym przykładem. Sami nie spodziewaliśmy aż takiej miłości do tego numeru, tak naprawdę z całego świata. Na pytanie o kondycję elektronicznej sceny odpowiadają: Jeśli polska scena będzie się rozwijała jak do tej pory i fala tego typu producentów będzie przybierała na wysokości, to z pewnością się tego podejmiemy. Flirtini to projekt na wiele lat. Trzymamy kciuki za siebie samych i za tych, o których jeszcze nie słyszeliśmy.”

artworks-000075381435-3s53hj-original

Max Cooper

    Dziesiątego marca tego roku światło dzienne ujrzał debiutancki album angielskiego producenta muzyki elektronicznej –  Maxa Coopera. Płyta “Human” na którą fani artysty czekali dosyć długo, bo aż siedem lat, nie zawiodła. Wręcz przeciwnie. Zdobyła mnóstwo pozytywnych recenzji. 

    Ten angielski producent muzyki elektronicznej działa na scenie od ponad  siedmiu lat. W tym czasie wydał ponad dwadzieścia epek z własnymi kompozycjami. Przez większość swojej kariery związany był z kolońską  wytwórnią Traum Schallplatten. Ostatnio jednak pod swoje skrzydła jego twórczość wziął label – Fields. Cooper kojarzony jest przede wszystkim z muzyką klubową. Bowiem z  tym właśnie gatunkiem związany był początek jego kariery. W miarę upływu czasu dało się jednak zauważyć, że bardziej niż miarowe techno zaczęła go interesować szeroko pojęta muzyka elektroniczna. Śledząc jego wydawnictwa chronologicznie słyszmy, że od pewnego momentu przestał się ograniczać i zaczął mocno eksperymentować.

    Oprócz sporej ilości własnych nagrań, Cooper może się poszczycić imponującą ilością remixów, które wykonał. Począwszy od kompozycji ocierających się o modern classical, przez utwory zespołów rockowych, a kończąc na wydawnictwach kolegów po fachu tworzących techno. Nieważne co stanowi baza do tworzonego przez niego remixu. Każdy zawiera w sobie specyficzne brzmienie, które cechuje tego angielskiego producenta. Co ciekawe Cooper lubi i często zaprasza do współpracy innych artystów. Szczególnie chętnie kolaboruje z twórcami, którzy mogą wzbogacić jego muzykę partiami wokalnymi. Są to zarówno piosenkarki soulowe jak i wokaliści rockowi. Głos to dla angielskiego producenta kolejny rodzaj dźwięku, którego używa. Wplata go by ocieplić kompozycje, które czasami wydają się być aż nadto surowe.  Nie da się ukryć, że na pewnym etapie swojej kariery Max Cooper zaczął podążać w kierunku muzyki zawierającej w sobie nie tylko abstrakcyjną elektronikę ale też melodię. Zainspirowali go do tego tacy artyści jak: Jon Hopkins, Sigur Ros czy Olafur Arnalds. Londyński producent świadomie więc przemyca do swoich utworów elementy rodem z modern classical. Ma na koncie również kilka rekonstrukcji, w tym kompozycji znanego pianisty Michaela Nymana.

    Cooper znany jest nie tylko z wyprodukowanej przez siebie muzyki ale również dzięki niesamowitym występom na żywo. Według londyńskiego producenta dźwięki i obrazy powinny do siebie nie tylko nawiązywać ale wręcz stanowić spójną całość. Podczas występu Coopera mamy do czynienia z  istnym performancem. Każdy jego live act jest niezwykle przemyślanym widowiskiem zarówno pod względem muzycznym jak i wizualnym. Charakterystyczne jest również to, że zarówno w jego w kompozycjach jak i stworzonych do nich ilustracjach często można dopatrzyć się nawiązania do technologii i nauki. Nie ma w tym nic dziwnego bowiem angielski producent ukończył studia na kierunku biologia obliczeniowa. Jako naukowiec stara się przemycić zdobytą przez siebie wiedzę poprzez wplecenie jej do utworów. Co równie ważne zawsze z wielką uwagą dobiera twórców, którzy zajmują się teledyskami do jego kompozycji.

    Londyński producent jest ceniony nie tylko za muzykę, którą produkuje ale też za swoje umiejętności DJskie. Niejednokrotnie znalazł się w czołówkach rankingów najważniejszych portali muzycznych. Chociaż jak sam twierdzi zdecydowanie nie pociąga go scena klubowa, to gdy gra daje z siebie wszystko i porywa tłum. Jego DJski kunszt doskonale prezentuje wydajny dziesiątego lutego na łamach brytyjskiego magazynu FACT mix.

    Mimo tego, że Max Cooper obecny jest w świecie muzyki elektronicznej od ponad siedmiu lat to naprawdę głośno zrobiło się o nim właśnie teraz, gdy wydał swoją debiutancką płytę. Album “Human” został przez wielu uznany za dzieło najbardziej dojrzałe i przemyślane w całym jego dotychczasowym dorobku. Sam artysta mówi, że chciał stworzyć płytę opowiadającą o człowieku. Krążek na którym każdy utwór będzie przedstawiał z innej perspektywy to jak skomplikowanymi istotami jesteśmy. Niektórym przeszkadza fakt, że klimat na płycie często i diametralnie się zmienia. Ale prawda jest taka, że właśnie w tym tkwi jej urok. Utwory skrywają w sobie bowiem wszystkie możliwe emocje, jakie drzemią w człowieku. Zarówno te pozytywne jak i negatywne.