Frank Ocean

Frank Ocean

Choć Long Beach to jedno z największych miast w najludniejszym stanie USA, nie codziennie rodzą się tam muzyczni wizjonerzy.

 

Dziś, kiedy artysta znany jako Frank Ocean ma na swoim koncie co najmniej jeden album mający posmak genialności, z coraz większą śmiałością można twierdzić, że właśnie to mialo miejsce 29 lat temu na wybrzeżu Pacyfiku, kiedy w jeden z październikowych dni przyszedł na świat.

 

Kalifornia nie utrzymała przyszłego artysty zbyt długo w swoich objęciach. Całą młodość znany wtedy niewielu Christopher Breaux spędził w Nowym Orleanie, gdzie jako nastolatek podejmował się każdej możliwej pracy, aby móc opłacać godziny spędzane w studiu nagraniowym. Niedługo potem Frank rozpoczął naukę na tamtejszym uniwersytecie, jednak jego ówczesne plany pokrzyżował huragan Katrina.

 

Klęska żywiołowa okazała się szczęściem w nieszczęściu, skłaniając niespełna 18-letniego chłopaka z aspiracjami do wyjazdu do Los Angeles, gdzie początkowo miał zostać jedynie kilka tygodni. Ostatecznie jednak Frank zdecydował się podjąć tam próbę rozpoczęcia kariery muzycznej. Szybko nawiązał w branży kontakty, które umożliwiły mu pisanie dla innych artystów, takich jak Brandy czy Justin Bieber. W 2010 roku dołączył do hip-hopowego kolektywu Odd Future.

 

Dzięki swojemu coraz bardziej imponującemu portfolio songwritera, i z pomocą producenta Tricky'ego Stewarta, Ocean podpisał kontrakt z wytwórnią Def Jam, którego naturalnym następstwem było rozpoczęcie pracy nad własnym materiałem.

 

Nie najlepiej układająca się współpraca zaowocowała niekontrolowanym wydaniem mixtape'u Nostalgia, ULTRA w lutym 2011 roku. Wydawnictwo, na którym artysta sampluje takie zespoły jak Radiohead, Coldplay czy Eagles, niespodziewanie spotkało się z falą bardzo entuzjastycznych recenzji. Fanem mixtape’u okazał się także Kanye West, co doprowadziło do udziału Franka w utworze "No Church in the Wild" z projektu Watch the Throne.

 

https://www.youtube.com/watch?v=TMfPJT4XjAI

 

Kolejnym krokiem było nagranie pełnoprawnego debiutu. Latem 2012 roku, kiedy Frank szykował się do wydania Channel ORANGE, nikt nie był chyba w stanie przewidzieć jak ważny, nie tylko dla artysty, okaże się ten album. Tydzień przed jego premierą, Ocean zamieścił w internecie notkę, w której opisuje swoją pierwszą miłość. List, stanowiący jednocześnie coming out artysty, odbił się szerokim echem w światku muzycznym, rozpoczynając bardzo potrzebną dyskusję w silnie homofobicznym środowisku hiphopowym.

 

Pierwszy w pełni autorski projekt Franka Ocean ukazał się w lipcu 2012 roku nakładem wytwórni Def Jam. Krążek Channel ORANGE zachwycił krytyków różnorodnością i bogactwem wpływów muzycznych – od soulu i funku, przez jazz, aż po psychodelię. Z pewnością wpływ na to mieli artyści których Frank, oraz jego przyjaciel i producent Malay, słuchali podczas pracy nad albumem, tacy jak Marvin Gaye, Sly and the Family Stone czy Jimi Hendrix. W sprawie gotowego już materiału Frank skorzystał natomiast z pomocy m.in. Pharrella Williamsa oraz Andre 3000 z Outkast, który pojawił się na albumie gościnnie w utworze "Pink Matter".

 

https://youtu.be/5onaWSflUQ0

 

W nieco ponad rok od rozpoczęcia kariery muzycznej, Frank Ocean osiągnął w branży pozycję na którą niektórzy artyści pracują całymi latami. Dzięki swojemu pierwszemu albumowi, stał się jednym z najbardziej obiecujących artystów młodego pokolenia. Jego słuchaczy urzekła niezwykła lekkość i niewymuszona poetyckość, z jakimi Ocean traktuje trudne tematy w swoich tekstach. Krytycy zaś docenili jego nowatorskie, nieszablonowe podejście do tworzenia muzyki R&B, umieszczając Channel ORANGE na podium w niemal wszystkich zestawieniach albumów roku.

 

Pierwsze informacje dotyczące powstawania kolejnego projektu Franka pojawiły się już na początku 2013 roku. Nieco ponad rok później prace miały wchodzić w fazę końcową. Jednak na następną zapowiedź drugiego albumu Amerykanina trzeba było poczekać aż do kwietnia 2015 roku, kiedy to artysta zamieścił w internecie enigmatyczną notkę, wskazującą na lipiec tamtego roku jako datę wydania krążka Boys Don't Cry. Ostatecznie, album ujrzał światło dzienne 20 sierpnia br. pod zmienionym tytułem Blonde.

 

 

Otwierający całość utwór "Nikes" został wytypowany na singiel promujący długo wyczekiwane wydawnictwo (surrealistyczny klip do utworu, wyreżyserowany przez Tyrone'a Lebona, można obejrzeć w serwisie Apple Music).

 

Zanim jednak upragniony przez publikę krążek ujrzał światło dzienne, długie oczekiwanie na nowy materiał Franka zakończyło się w sposób, którego chyba nikt nie mógł przewidzieć. 19 sierpnia artysta wydał video-album Endless.

 

W przypadku obu wydawnictw, wyraźnie widoczna jest nieobecność producenta Malaya, z którym cztery lata wcześniej Ocean stworzył swój magnum opus. U boku Franka zastępują go m.in. Rostam Batmanglij z Vampire Weekend, Jonny Greenwood z Radiohead, a także mniej znany muzyk z Seattle, Buddy Ross. Wokalnie na obu albumach udzielają się  m.in. Beyonce, Kendrick Lamar oraz Sampha.

 

Niedługo po premierze obu tytułów, rozmaite publikacje muzyczne zaczęły donosić, że wydanie Endless było jedynie sprytnym sposobem na wypełnienie niesatysfakcjonującego kontraktu z wytwórnią Def Jam (Blonde, przyjęty za "właściwy" drugi album artysty, został już wydany przez jego własny label). Jeśli wierzyć tym pogłoskom, środek ciężkości i presja "syndromu drugiego albumu" znacznie przesuwają się w stronę Blonde. Kiedy krążek został w końcu wydany, natrafił on na ścianę niewyobrażalnych oczekiwań, podsyconych jeszcze bardziej kilkukrotnie przesuwaną datą premiery. Do tej pory żaden album wydany podczas trwających wakacji nie odbił się tak szerokim echem w światku muzycznym. 

 

Na szczęście słuchając Blonde, można odnieść wrażenie że Frank nie pozwolił, aby jakakolwiek presja wpłynęła na jego proces twórczy. Już od pierwszego, skądinąd niełatwego kontaktu z albumem, staje się jasne że nie mamy do czynienia z upragnioną przez wielu fanów kontynuacją Channel ORANGE. 17 utworów zawartych na Blonde (z czego kilka to krótkie "przerywniki" znane doskonale z albumu #1) składa się w odrębną, bezkompromisową wypowiedź artysty, który odważył się, aby w pełni zaufać własnym instynktom.

 

Jednym z nich była potrzeba czerpania z twórczości najbardziej cenionych przez siebie artystów, na których Frank powołuje się w magazynie "Boys Don't Cry", towarzyszącym wydaniu Blonde (m.in. David Bowie, Brian Eno, Elliott Smith oraz dwukrotnie samplowani na albumie The Beatles). Drugie pełnoprawne wydawnictwo Amerykanina jest więc studnią bez dna muzycznych odniesień i inspiracji najlepszymi, jednak są one sprytnie "porozrzucane" po sześćdziesięciominutowym krążku, trochę tak jakby Frank rzucał wyzwanie tym najbardziej uważnym z odbiorców.

 

Choć na Blonde próżno szukać subtelnego eklektyzmu Channel ORANGE czy dynamizmu Nostalgia, ULTRA, narracja stworzona przez Franka (najlepszego chyba przecież storytellera swojego pokolenia) z każdym kolejnym przesłuchaniem wciąga coraz bardziej, a sama muzyka ciągle obdarowuje słuchacza na nowo, za każdym razem odkrywając kolejny imponujący wachlarz fantastycznych szczególików, które przegapiło się wcześniej, a bez których ten krążek nie byłby taki sam.

 

Frank Ocean w pełni udźwignął ciężar drugiego albumu, proponując tym razem spragnionej publiczności swoje najbardziej intymne i złożone dzieło. To przede wszystkim konsekwencja i odwaga z którymi Frank kreuje swój własny świat, nie rozglądając się za bardzo dookoła, potwierdzają jego status jednego z najważniejszych artystów młodego pokolenia. Jednak sama odwaga nie wystarczyłaby aby stworzyć najbardziej pewny swojej tożsamości, a jednocześnie chyba najbardziej przepełniony życiem album roku. Tutaj potrzeba dużego talentu, trochę przebiegłości i, zwyczajnie, odrobiny szczęścia. Wygląda na to, że w przypadku Franka te trzy komponenty spotkały się na jednym albumie już po raz drugi. 

 

Untitled 3