Archiwum

Tinashe

Tinashe to bez wątpienia jedna z najciekawszych amerykańskich wokalistek r’n’b młodego pokolenia. 21-letnia artystka określana jest mianem „wschodzącej gwiazdy” i „nadziei współczesnego kobiecego r’n’b”. Pochodzi z Zimbabwe a jej imię oznacza “Bóg jest z nami”. Niewątpliwie jest to artystka obdarzona wieloma talentami. Mimo tak młodego wieku, jest nie tylko wokalistką, ale też tancerką, aktorką oraz byłą modelką. Sama pisze i komponuje swoje piosenki.

 

 

Debiutancki album Tinashe czyli “Aquarius” ukazał się w 2014 roku. Płyta łączy w sobie różne style i gatunki, bliskie korzeniom muzycznym Tinashe. Odnajdziemy tam mieszankę brzmień r’n’b, hip-hopu i popu. Za produkcję odpowiadają: DJ Mustard, Redwine i DJ Marley. Artystkę wsparli również między innymi ScHoolboy Q, Future i A$AP Rocky. Ten ostatni pojawił się gościnnie w promującym wydawnictwo utworze „Pretend”.

W momencie ukazania się swojego debiutanckiego albumu, Tinashe miała 21 lat. Młoda wokalistka świetnie jednak poradziła sobie z tym wyzwaniem. Jak wiadomo, "Aquarius" nie jest jej pierwszym dziełem. Wcześniej Tinashe wydała kilka mixtape'ów i nieźle radziła sobie w internecie. Podsumowując cały album trzeba przyznać, że Tinashe idealnie odnalazła się w klimacie nowoczesnego, nowatorskiego r&b. Krążek jest spójny, dopracowany i niezwykle dojrzały jak na młody wiek artystki.

 

 

Tinashe urodziła się 6 lutego 1993 r. Karierę solową rozpoczęła w 2011 roku. Rok później artystka opublikowała dwa mixtape'y zarejestrowane we własnym domowym studiu. Dobry odbiór wydawnictw „In Case We Die” i „Reverie” przyczynił się do podpisania kontraktu fonograficznego z wytwórnią RCA, będąca częścią Sony Music Entertainment. Oprócz muzyki Tinashe zajmuje się także aktorstwem. Na koncie artystyki znajdziemy kilka ról kinowych i telewizyjnych. Wystąpiła między innymi w filmie "Ekspres polarny" oraz w serialu "Dwóch i pół".

Tinashe zaczynała od występowania w girls bandach, udziału w niekoniecznie prestiżowych programach telewizyjnych, śpiewania chórków mało znanym raperom czy grania epizodycznych ról w niskobudżetowych filmach. Przede wszystkim jednak pracowała nad własnym materiałem. Przed pojawieniem się w 2014 roku jej debiutanckiego albumu “Aquarius”, wydała kilka mixtape’ów oraz mnóstwo lepiej lub gorzej przyjętych piosenek. Zanim jeszcze w ogóle pomyślała o rozpoczęciu kariery wokalnej brała lekcje baletu i tańca jazzowego.

 

 

Rodzice Tinashe mają korzenie skandynawskie, słowiańskie oraz afrykańskie. Połączenie takich genów dało znakomite efekty. Nie zawsze jednak zapewniało przychylność ze strony rówieśników. Tinashe była ofiarą szkolnego prześladowania i znęcania. Do tego stopnia, że nie brała udziału w żadnych imprezach, z balem na zakończenie liceum włącznie. Niepowodzenia na tle towarzyskim rekompensowała sobie w sporcie. Uparcie trenowała karate zdobywając ostatecznie czarny pas.

Tinashe zamknięta w domowym studiu sama pisze i komponuje swoje piosenki. Do współpracy wybiera najlepszych producentów, co pozytywnie odbija się na jej brzmieniu. Choć wydawać by się mogło, że do muzyki ma czysto rozrywkowy stosunek, swoją karierę traktuje bardzo poważnie. Pracuje na nią już ponad dziesięć lat.

 

 

Tinashe aktualnie mieszka w Los Angeles, do którego przeprowadziła się wraz z całą rodziną w wieku ośmiu lat. Choć od tamtego czasu minęło już piętnaście lat, a Tinashe stała się gwiazdą z prawdziwego zdarzenia, nadal żyje z rodzicami. Różnica jest tylko taka, że stosunkowo niewielkie mieszkanie zamieniła na rezydencję na przedmieściach.

Tinashe już od dawna zapowiadała, że pod koniec tego roku pojawi się jej drugi album “Joyride”. Premiera została jednak przesunięta na początek 2017 roku, ale artystka nie pozwoliła na to, aby jej fani czuli się oszukani. Na początku listopada w sieci pojawił się nowy materiał, który ma stanowić niejako przedsmak "Joyride”, a dokładnie być jego pierwszą częścią. Na “Nightride” znalazło się 15 utworów, które powstawały przez ostanie dwa lata, w tym znane już nam “Party Favors” i “Ride of Your Life”.

 

 

Wschodząca gwiazda R&B Tinashe wkrótce wyda swój drugi pełnoprawny krążęk, który będzie nosił tytuł "Joyride". Płyta ma się ukazać w pierwszej połowie 2017 roku. Jak wiadomo artystka często do współpracy nad swoim materiałem zaprasza topowych raperów. Najnowszym utworem promującym jej nadchodzący w przyszłym roku album jest utwór "Energy", gdzie obok niej pojawia się weteran rapowego mainstreamu – Juicy J.

Devonwho

130731-devonwho_0-640x414

DEVONWHO – Artysta Tygodnia

 

W tym tygodniu na 91.6 górę biorą lekkie, przestrzenne produkcje, a to za sprawą podopiecznego wytwórni Leaving Records, który zaskoczył w tym roku dwoma, znakomitymi albumami pt. Lyon i Luz. Devonwho Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Devonwho to członek kolektywu Klipmode, w którego skład wchodzą jego znajomi z wytwórni Leaving czyli MNDSGN i Knxwledge. Pochodzi z Los Angeles i ma na swoim koncie 9 albumów, a pierwszy z nich pt. Waves pojawił się sumptem Fresh Selects, 13 marca 2009 roku. Trudno powiedzieć, czy od tego czasu sporo zmieniło się w utworach producenta, ponieważ każdy album to niezwykle przestrzenny lot, a podczas każdego z nich zaskoczy nas zupełnie inny detal. Na tegorocznym albumie pt. Luz ambientowe wycieczki ukryte w hiphopowej rytmice przecinają dużo żywsze momenty, które nadają całości pozytywny charakter. To muzyka do samochodu, do zasypiania, na słuchawki. Sprawdza się w każdych warunkach.Styl artysty charakteryzuje hip-hopowy nastrój, który przyjemnie zmiękcza brzmienie syntezatorów z wczesnych lat 80.  Devonwho znakomicie rozumie pojęcie „przestrzeni” w kontekście bitowej kompozycji. O takim, a nie innym podejściu do produkcji świadczą też ślady, które zostawia po sobie w internecie, na zdjęciach czy projektach graficznych albumów. Podobnie jak jego muzyka, każdy element wydawnictwa utrzymany jest w tajemniczej scenerii, która przyciąga uwagę i pozwala na przyjemną podróż z dźwiękiem. Beatmaker wspierany przez legendarną oficynę Stones Throw Records ma tę przyjemność pracy z najlepszymi w swoim fachu. Naturalną kwestią w takim środowisku jest przykładanie wagi do wysokiej jakości materiałów, które trafiają pod recenzję słuchaczy. W przypadku najnowszych, brzmieniowych kreacji Artysty Tygodnia – fani bitowych smaczków mogą zaspokoić swój głód.  Przewijającym się motywem w produkcjach Devonwho są syntezatory, które rozpylają vibe przypominający brzmienie rodem z lat 80. Styl artysty można by jednak sklasyfikować jako plastyczny i wielobarwny. Nie można mu odmówić spójności i konceptualności w autorskich wydawnictwach, mimo iż każdy utwór niesie za sobą zupełnie inną, lekko rozmytą historię. Warto zauważyć, iż Devonwho to niezwykle płodny artysta. W tym roku zaskoczył kilkoma kolaboracjami, a przede wszystkim udostępnił dwa nowe albumy, które zostały wydane cyfrowo, na winylu, a także kasecie.

 

 

Co ciekawe, zapytany przez magazyn rvamag jak zdefiniowałby swój styl w muzyce odpowiedział: – To jest pytanie za milion dolarów. Długo myślałem o tym, jak określić brzmienie moich produkcji i myślę, że robię wszystko by być gdzieś pomiędzy. To w skrócie połączenie charakterystycznych elementów z hip-hopu i elektroniki. Masz tu to samo uczucie i tempo co w hip-hopie, wartością dodaną jest cała masa elektroniki, efektów i innych synthów, ale podstawą są sample.Twórczość Devonwho mimo wielkiego talentu, szeregu współprac, występów na wielu kontynentach, opieki takich grup jak Stones Throw, Leaving czy All City Dublin nigdy nie odbiła się szerszym echem w mediach muzycznych. Brzmi paradoksalnie, ale okazuje się, że tu muzyka broni się sama i doceniają ją przede wszystkim zaangażowani słuchacze. Devonwho nie szuka rozgłosu, szuka nowej jakości w swoich kolejnych projektach. Dla przykładu: rok temu światło dzienne ujrzał album 2010 nagrany z Shigeto, który jak sama nazwa wskazuje powstał 5 lat wcześniej.

 

 

Jeśli macie ochotę zwolnić, zmienić bieg, zrelaksować się z myślą, że czas faktycznie płynie wolniej – warto sprawdzić najnowszy krążek producenta reprezentującego grupę Klipmode. Album pt. Luz to wyważona mieszanka glitch-hopu, downtempo, lo-fi i funku. Wszelkie deformacje dźwiękowe rozpływają się w tle w najprzyjemniejszym momencie, a Devonwho niespodziewanie zarzuca na nas sieć totalnie innym patentem.

The xx

W 2005 roku w Londynie Oliver Sim i Romy Madley Croft zakładają zespół. Przez pierwszy rok funkcjonują jako duet. Potem dołącza do nich Baria Qureshi oraz Jamie Smith i w ten oto sposób czwórka, która poznała się w Elliott School (miejscu do którego uczęszczał między innymi Pierce Brosnan, skład zespołu Hot Chip, czy The Maccabees) zaczyna tworzyć muzykę. 

Na pierwszą płytę zespołu trzeba było czekać aż cztery lata. Swój debiutancki album, zatytułowany xx grupa wydała dopiero w sierpniu 2009 roku, przy współpracy z wytwórnią Young Turks. Jamie Smith wyprodukował bity do utworów na swoim laptopie i potem z pomocą producenta Rodaidh McDonalda starannie je zmiksował. Natomiast napisaniem emocjonalnych tekstów o miłości, bliskości, pożądaniu i stracie zajęli się Croft i Sim. Na płycie pojawiły się elektroniczne brzmienia Jamiego Smitha, które zostały idealnie połączone z basem Olivera i nietypowymi dźwiękami gitar granymi przez Barie Qureshi i Romy. W ten sposób powstały melancholijne utwory o minimalistycznym brzmieniu.

Debiutancka płyta The xx spotkała się z uznaniem krytyków. Wielu nawet stwierdziło, że jest ona jedną z najlepszych płyt, jakie zostały wydane w tamtym czasie. Sukces ten został zwieńczony nagrodą Mercury w 2010 roku.

 

 

Pod koniec 2009 roku, w trakcie trasy koncertowej, zespół rozstał się z gitarzystką Barią Qureshi. Pojawiło się wiele spekulacji na ten temat. Podobno miało to być spowodowane wyczerpaniem wywołanym trasą koncertową, jednak na twitterze artystki pojawił się wpis w którym mówiła dosłownie: "Am I exhausted?? nope. got kicked out.” Potem Sim tłumaczył, że razem ze Smithem i Croft podjęli decyzję o wykluczeniu Bari z zespołu, ponieważ nie włączała się ona czynnie w jego współtworzenie.

Wraz z wydaniem pierwszej płyty, The xx rozpoczęli trasę koncertową, na której można było spotkać również takich artystów jak Friendly Fires czy The Big Pink. W styczniu 2010 roku zespół dostał propozycję wystąpienia na festivalu All Tomorrow's Parties, który odbywa się od 1999 roku w Minehead w Anglii. Ponadto, zespół zagrał na najpopularniejszych festiwalach w Ameryce Północnej, takich jak Coachella czy Lollapalooza.

 

 

W grudniu 2011 roku Jamie Smith ogłosił, że grupa szykuje się do wydania nowego albumu, który miał być inspirowany głównie muzyką klubową. Ten nowy kierunek obrany przez zespół wynikał z intensywnego życia klubowego, któremu trio oddało się po wielomiesięcznej trasie koncertowej. 1 czerwca 2012 roku ogłoszono, że drugi album The xx będzie nosił tytuł Coexist. Jego premiera została zaplanowana na 10 września tamtego roku. W lipcu trio wydało pierwszy singiel do nowej płyty, utwór „Angels”, publikując jednocześnie pełną listę utworów i okładkę albumu. W sierpniu zespół zaprezentował kolejny utwór – „Chained”. Krótko po tym The xx udostępnili cały nowy album na swojej stronie internetowej.

Coexist charakteryzuje się minimalizmem. Utwory mają luźną, mało dynamiczną strukturę. Jak zwykle Jamie Smith był odpowiedzialny za produkcję bitów i żywych instrumentów perkusyjnych, a Romy Madley Croft i Oliver Sim zajęli się tekstami. Album porusza takie tematy jak smutek po rozstaniu, samotność i intymność.

 

 

Nowa płyta zespołu spotkała się z pozytywnym odbiorem krytyków. Już w pierwszym tygodniu zadebiutowała na najwyższym miejscu angielskiej listy przebojów. Dostała się do top10 również w kilku innych krajach. Od czerwca do grudnia 2012 roku The xx odbywali trasę koncertową promującą nowy album.

 

untitled-3

 

Po dłuższej przerwie w tworzeniu, w maju 2014 roku muzycy ogłosili, że zaczynają pracę nad trzecim studyjnym albumem. W listopadzie 2015 roku zapowiedzieli wydanie pierwszego utworu z nowej płyty dopiero na rok 2016. W końcu, po wielu zapowiedziach, 10 listopada zespół przedstawił światu swój nowy utwór zatytułowany „On Hold”. Premiera ich trzeciego albumu, I See You, jest zaplanowana na 13 stycznia 2017 roku.

 

 

 

 

Tekst: Pola Wachowiak

Adam Green

Adam Green – przedstawiciel tzw. nurtu singer-songwriter, urodzony w 1981 w stanie Nowy York. Już od kiedy skończył 15 lat, współtworzył duet Moldy Peaches, założony wraz z Kimyą Dawson. W 1996 ukazało się X- Ray Vision, czyli debiutancki krążek projektu. Było to jednak praktycznie solowe dzieło Greena, który samodzielnie skomponował 7 zamieszczonych na longplayu utworów. Dawson pozostaje jedynie współtwórczynią  piosenki “Little Bunny Foo Foo”. Płyta ukazała sie w nakładzie tylko 300 kopii.  Dzieło z pogranicza anti-folku i lo-fi to w rzeczy samej nic poważnego i przeznaczonego dla przeciętnego odbiorcy – raczej ciekawostka. Już w 2001 grupa nagrała swoje najbardziej znane dzieło, czyli The Molody Peaches LP. Był to czysty bunt i ironiczne spojrzenie na ówczesną scenę muzyczną. Album przenosi takie gatunki jak punk, country czy americana na nowe pole. Z wydawnictwa pochodzi największy komercyjny hit duetu, znany z soundtracku do filmu JUNO, “Anyone else but you”.

 

W roku 2002-gim The Molody Peaches zostało rozwiązane.  Zarówno Green, jak i Kima Dawson poszli w swoją stronę. W swoich autonomicznych dokonaniach młody artysta wydawał się z jednej strony oddawać hołd bohaterom amerykańskiej sceny, z drugiej dawał im popalić swoim niespotykanym poczuciem humoru i łagodnym cynizmem. Cały ten charakter Green przeniósł na swoim debiucie, krążku Garfield. Wydany zaraz po rozpadzie pierwszego projektu, album potwierdził zjawiskowość talentu piosenkarza i zakorzenił go na dobre w stylistyce retro. Pierwszy sukces nastąpił w 2003. Rok po wydaniu Garfielda, Green opublikował Friends Of Mine. Mimo, że krążek zebrał mieszane recenzje, to określił publikę artysty i ujmował swoją szczerością. Wolna od niskiej jakości i produkcyjnych brudów, płyta pokazuje powazniejsze oblicze artysty, który wychodzi ze swoją pracą do mas. Adam Green to bardzo uważny obserwator amerykańskiej kultury. Trzeci album amerykanina, Gemestones, to bardzo przemyślana reinterpretacja muzyki stanów zjednoczonych. Wrażenie robi nie tylko trafne przeniesienie języka country czy folk-rocka na współczesną przestrzeń kulturalną, ale i rozmach i bezkonkurencyjność eksperymentów. Nie są to w 100% udane próby, jednak warto docenić trop, jakim podąża nasz bohater w tym przypadku.
 

 

Okres, może nie artystycznej posuchy, ale niezdecydowania nadszedł przy okazji wydania Jacket Full Of Danger. Kombinacja klimatu z drugiego i trzeciego albumu i okraszona tzw. barokowym popem, nie została odebrana jako dobry kierunek rozwoju Amerykanina. Kolejny krążek, Sixes and Sevens także nie zachwycał. Czasem odreagowania okazały się lata 2009 i 2010, kiedy to rozpoczął on prace nad dwoma kolejnymi krążkami. Znaczące okazało się Minor Love. Szósty studyjny krążek piosenkarza to wciąż balansowanie na granicy kiczu i sztuki autoskiej, jednak nie sposób przeoczyć tego, jak zmieniła się świadomość twórcza Greena. Zaprezentowane na nowym albumie, poszarpane klisze muzyczne dają wrażenie swobody wyrazu, jaką odczuwać mógł nasz bohater. Ciekawszy może wydać się album Musik for a Play będący ścieżką dźwiękową do przedstawienia – adaptacji dzieła Paula Astera pt. “Timbuktu”. 11 lat po rozpadzie The Molody Peaches ukazało się Adam Green & Binki Shapiro. Tu do głosu doszły swingowe brzmienia złamane nonszalancją  twórczą Greena. Staroświecki wokal Shapiro świetnie współgra z całkowicie odwrotnym w odbiorze, mocnym wokalem Greena. Materiał przywodzi na myśl lata 50-te i ówczesne eleganckie ballady. 
 

 

Adam Green to cżłowiek renesansu. Jego kariera to faktycznie głównie muzyka, jednak obecnie jego główną pasją okazuje się być sztuka wizualna. Multimedialność jest żywiołem który green stara się opanować, tworząc również dzieła plastyczne. nieco kiczowate, nieco naiwne, a bardzo często interpretujące kulturę popularną, kolorowe i przerysowane obiekty są ukazywane w dziwnych i szokujących pozach, balansując na granicy snu i nocnej mary. Prace Greena były wystawiane m.in. w Sztokholmie i Nowym Jorku. Artysta działa w ramach kolektywu 3MB, do którego należy także aktor, Macaulay​ Culkin. 


Film to stosunkowo nowe oblicze Adama Greena. W 2011 roku ukazało sięThe Wrong Ferrari – jego pierwszy, niskobudżetowy obraz. Nakręcony i wyprodukowany wyłącznie przez artystę, obraz zgromadził bardzo ciekawą grupę aktorów. Pojawili się m.in. Sky Ferreira, Pete Doherty, Macaulay​ Culkin, Devendra Banhart oraz Blood Orange. W ubiegłym roku premierę miał drugi film Greena, Alladin. Dzieło jest wysoce autorską i luźną adaptacją znanej baśni. Jako główny bohater pojawia się tam sam reżyser, a obok niego ponownie Devendra Banhart czy Culkin. Szalona scenografia wykonana prawie wyłącznie z papier-mâché robi zdecydowanie największe wrażenie, a po niej oczywiście dziwaczna fabuła i enigmatyczne postaci. Obraz trafił niedawno do sieci w ramach darmowego streamu. Stworzona do niego scieżka dźwiękowa to nowy rozdział muzycznego rozwoju Greena i romansu z muzyką minimalistyczną.

  

Jamie Lidell

Jamie Lidell to bez wątpienia postać nietuzinkowa. W jego twórczości słychać funkowe i soulowe inspiracje, ale bardzo chętnie eksperymentuje też z elektroniką. Tak naprawdę nazywa się Jamie Alexander Lidderdale. Urodził się 18 września 1973 roku w w angielskim Huntingdon, w hrabstwie Cambridgeshire. W 1997 roku wydał swoją debiutancką EP-kę, „Freekin The Frame” i to właśnie od tego momentu rozpoczął swoją niezwykle ciekawą przygodę z muzyką.

 

 

Muzyczne początki Lidella sięgają jeszcze lat dziewięćdziesiątych, kiedy interesował się przede wszystkim eksperymentalną sceną brytyjskiego techno. Muzyka ów świat pochłonął na tyle, iż w roku 1998 połączył swoje siły z Cristianem Vogelem zakładając grupę Super_Collider. Dwa albumy wydane razem z przedstawicielem rozwijającego się wówczas prężnie gatunku nazywanego brighton techno, były niezwykle ważnym momentem w karierze Jamiego Lidella. To właśnie wówczas dał upust swoim ciągotom do wszelkiego rodzaju eksperymentów, przede wszystkim wokalnym.

 

 

Od roku 2000 Jamie Lidell działał już sam (bez Cristiana Vogla), nagrywając Muddlin Gear. Jednak to dopiero druga płyta, "Multiply", wydana pięć lat później otworzyła mu drzwi do kariery. Pochodzące z niej utwory wykorzystane zostały do reklam czy też ścieżek popularnych seriali. Zaczął także serię występów solowych, podczas których wyrobił sobie markę bardzo oryginalnego artysty i performera, który zamienia swoje koncerty w beatboxowe spektakle.

 

 

Najbardziej znanym nagraniem z płyty “Multiply” Lidella była niewątpliwie tytułowa kompozycja, która w przeważającej części swoją popularność zawdzięczała umieszczeniu jej na ścieżce dźwiękowej do telewizyjnego serialu „Grey’s Anatomy”. Po roku od wydania albumu pojawiło się wydawnictwo zatytułowane „Multiply Additions”. Płyta zawierała remiksy i nagrania koncertowe utworów studyjnych.

 

 

Rozpoczęcie działalności solowej nie odwiodło Jamiego od podejmowania współpracy z innymi muzykami i tak światło dzienne ujrzały utwory nagrane z Gonzalesem, Mockym czy Simian Mobile Disco. Lidell bardzo chętnie współpracował z innymi wykonawcami w ramach kolaboracji na ich albumach. Nie bał się również podejmować nagrywania coverów. Jego wykonanie "Little Brother", nagranego w oryginale przez Grizzly Bear, znalazło się na składance Warp20 (Recreated), wydanej przez wytwórnię Warp Records, z którą Lidell był mocno związany przez większość swojej działalności muzycznej.

 

 

W karierze Lidella słychać wyraźne poszukiwania własnego brzmienia. Z początku bardzo interesował się niszową muzyką elektroniczną, którą zestawiał z eksperymentami wokalnymi. W późniejszym okresie jego kariery słychać, że najbliższy jego sercu stał się soul. W tym klimacie utrzymany był też jego album z 2008 roku, „Jim”. Wydawnictwo to zostało nawet nagrodzone Independent Music Awards w kategorii Najlepszy Album Pop/Rock.

 

 

W 2010 roku ukazał się album “Compass”, wyprodukowany przez Becka. Mimo iż płyta została wydana nakładem wytwórni Warp, kojarzonej raczej z nietuzinkowym brzmieniem, Lidell nadal skupiał się na soulowym brzmieniu z funkowymi naleciałościami. O popowym charakterze płyty może świadczyć chociażby fakt, że jeden z utworów, który się na niej pojawił wykorzystano przy produkcji gry video Red Dead Redemption. Następny album brytyjczyka był kompletnym zaprzeczeniem poprzedniego. Płyta zatytułowana po prostu “Jamie Lidell” to chaotyczna podróż wgłąb nieoczywistej elektroniki, przypomnienie wczesnych lat twórczości artysty.

 

 

Po 15 latach i sześciu wydanych nakładem Warp Records płytach, Jamie Lidell opuścił kultową brytyjską wytwórnię i zdecydował się wydać swój najnowszy album "Building A Beginning" samodzielnie. I choć nigdy do końca nie pasował do linii wydawniczej labelu, nowym albumem oddalił się od niej na tyle, że trudno dziwić się decyzji o zmianie wytwórni. Krążek “Building a Beginning” ujrzał światło dzienne 14. października tego roku i na pewno zachwyci fanów neosoulowego brzmienia.

 

 

Obecność zakochanego w future r'n'b Jamiego Lidella w wytwórni Warp uzasadniała jego skłonność do eksperymentowania z elektroniką, spotęgowana na wydanej w 2013 roku płycie "Jamie Lidell", gdzie artysta nad wyraz chętnie flirtował z popem. Za sprawą "Building a Beginning" Brytyjczyk omija jednak ten epizod swojej kariery i zwraca się bardziej w kierunku znacznie wyżej cenionych przez fanów płyt "Compass" czy "Jim", rezygnując jednocześnie z obecnych tam elektronicznych wstawek.

 

 

Na swojej najnowszej płycie "Building a Beginning" Jamie w charakterystyczny dla swoich nagrań sposób łączy vintage'owe Motown ze współczesnym neo-soulem. Lidell dzięki swojej fascynacji afroamerykańskim brzmieniem potrafił perfekcyjnie odnaleźć się w stylistyce r’n’b, a jednocześnie dzięki swoim eksperymentatorskim zapędom tchnąć w nie nowe życie. Najnowsze wydawnictwa bez wątpienia znowu podzieli jego fanów. Ci, którzy kochają go za jego soulową twarz będą zachwyceni, natomiast tęskniący za elektronicznymi eksperymentami – mogą odczuwać spory niedosyt.

Nicolas Jaar

Kto by pomyślał, że można zmusić słuchacza do tańca i do refleksji jednocześnie. To sztuka, która właśnie udała się Nicolasowi Jaarowi – nowojorczykowi o chilijskich korzeniach, sukcesywnie uciekającemu przed gatunkowym zaszufladkowaniem od początku muzycznej kariery. 30 września ukazał się album Sirens. I właśnie z okazji wydania tego, być może przełomowego dla muzyki elektronicznej, krążka Nicolas Jaar jest Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

nico jaar1

 

Początkom kariery Nicolasa Jaara zdecydowanie sprzyjało miejsce, w którym żył mając 17 lat i żyje nadal – Nowy Jork. W tej metropolii, otwartej na indywidualności i wielokulturowość, chilijskie korzenie właściwie sprzyjały płynnemu rozwojowi muzyka. Nicolas wystartował w 2008 roku EPką zatytułowaną The Student. Z perspektywy 2016 tytuł mówi wszystko o jej zawartości. The Student to pierwsze szkice tego, co było regularnie rozwijane na kolejnych wydawnictwach, czyli oryginalne, szumiące downtempo okraszone organicznie brzmiącym pianinem. Na tym uniwersytecki poziomie Nicolas Jaar pozostał jednak jedynie przez moment.

 

Płyta Space Is Only Noise okazała się być największym wybuchem talentu młodego geniusza. Artyście udało się stworzyć coś już na pierwszy rzut oka będącego produktem wysokiej klasy. Filtrując muzykę taneczną przez wrażliwość Jaara powstało 14 kompozycji pełnych impresji, przywodzących na myśl jakieś piękne miejsce. Beaty swoją kruchością sprawiają wrażenie jakby były z porcelany, a całości smaku dodaje niezawodne pianino.

 

nico jaar

 

Po sukcesie Space Nicolas Jaar odczuwał zrozumiały ciężar. Obawiając się krytyki ze strony słuchaczy, tymczasowo zajął się produkowaniem muzyki innych. Na szczęście, na swojej drodze spotkał Dave’a Harringtona, gitarzystę, ale przede wszystkim otwartego i uzdolnionego artystę, z którym się zaprzyjaźnił. Wynikiem ich znajomości jest projekt Darkside, stanowiący niepowtarzalną mieszankę elektroniki z gitarą, trudną do powiązania z jednym konkretnym gatunkiem muzycznym. Wydany w październiku 2013 roku album Psychic na nowo katapultował 23-letniego Nico i jego partnera na piedestał w muzyce alternatywnej.

 

3 lipca 2014 roku duet zjawił się na Openerze, by dać polskim fanom widowisko z innej planety, które zapisało się w piętnastoletniej historii festiwalu jako jeden z najbardziej pamiętnych koncertów. Na entuzjastyczne opinie Nicolas Jaar i Dave Harrington zasłużyli między innymi bezbłędną grą świateł, przenoszącą psychodeliczne show o poziom wyżej. Hipnotyczne, wydłużone kompozycje uderzały ze sceny rzadko spotykaną estetyką. Opłaciło się dążenie duetu do perfekcji. Występ Darkside na Tent Stage nabrał rangi ikonicznego wydarzenia, do którego w kolejnych edycjach odnosiło się inne występy z gatunku tych tajemniczych. Właściwie cały rynek festiwalowy tęskni dziś za trasą promującą album Psychic.

 

 

Drugi pełnoprawny longplay Nicolasa Jaara ukazał się 30 września tego roku, jednak Sirens to element większej układanki. Zaczęło się bowiem od Nymphs – rozciągniętej w czasie serii świetnych rozbudowanych singli, złożonych ostatecznie w jedno wydawnictwo, które mimo wszystko trudno oceniać w kategorii albumu.  Część druga – Pomegranates to intrygująca interpretacja awangardowego filmu The Colour of Pomegranates. Płyta stanowi alternatywny soundtrack do dzieła Sergeia Parajanova z 1969 roku. To zbiór psychodelicznych szaleństw produkcyjnych, ale i ukryte gdzieniegdzie typowe Jaarowskie melodie. I wreszcie wspomniane Sirens – dopełnienie tej osobistej trylogii i jednocześnie spójnej całości.

 

Na swoim najnowszym krążku Nicolas Jaar po raz kolejny zaskakuje. Cierpliwością, wrażliwością czy poetyckością. Inteligencja muzyka przejawia się w dbałości o detale i panowaniu nad dźwiękami. Jeden ze znaków rozpoznawczych Nico, czyli organicznie brzmiące improwizacje klawiszowe wrastają w pojawiający się znikąd motoryczny beat. Krążek skonstruowano tak, by słuchacz nie chciał, aby się skończył. Na początku bez pośpiechu. Dźwięki dobiegają z różnych kierunków. Pod koniec jest intensywnie, a mnogość niuansów przytłacza, ale i sprawia, że chce się przesłuchać Sirens kolejny i kolejny raz, aby odkryć ich jeszcze więcej.

 

sirens cover

 

Twórczość Nowojorczyka już wcześniej była naładowana podtekstami i odwołaniami, na przykład do muzyki rozrywkowej sprzed 60lat, w zdumiewający sposób przenosząc wokal Raya Charlesa do współczesnych realiów. Na płycie Sirens muzyka taneczna być może po raz pierwszy zyskała wątek polityczny, ale i historyczny. „Ya dijimos no pero el si esta en todo”, czyli “Powiedzieliśmy NIE, ale TAK jest we wszystkim” – to słowa widniejące na okładce najnowszego krążka Jaara. Są też zawarte w tekście „No” zaśpiewanego po hiszpańsku. Nawiązują one do trudnej sytuacji politycznej w Chile za czasów panowania Augusto Pinocheta – okrutnego dyktatora. Ściśle związany z tym jest wątek rodzinny Nico. Jego chilijski ojciec, Alfredo Jaar to zaangażowany społecznie artysta. Jest autorem kolejnego napisu, który znajdziemy na okładce albumu. „This Is Not America” poddaje pod wątpliwość, czy aby na pewno mieszkańcy Stanów Zjednoczonych powinni nazywać swój kraj po prostu Ameryką. Na Sirens mamy zatem bardzo osobistą, międzypokoleniową korespondencję Nico z ojcem.

 

Przy całej tej misternej układance, którą tworzy Nicolas Jaar wokół swojej kreacji, wcale nie ma znaczenia czy odkryjemy wszystkie tajemnice piosenek na Sirens. Te kawałki po prostu bronią się same. Dotychczasowe eksperymenty Jaara z hip-hopem, housem czy psychodelicznym rockiem tak naprawdę nie wiążą go ściśle z żadnym gatunkiem, a tylko pokazują, że w przyszłości możemy się po nim spodziewać wszystkiego, choć oczywiście przy zachowaniu jego indywidualnego stylu. A skoro dotychczas opłaciło mu się realizowanie tak szalonych pomysłów jak wplatanie polityki do muzyki tanecznej, już niebawem stanie się absolutnym numerem jeden w instrumentalnej elektronice… o ile jeszcze nim nie jest.

My Bloody Valentine

Mija 25 lat od przełomowego wydarzenia w historii celtyckich elfów.  4 listopada 1991 r. miał swoją premierę album Loveless grupy My Bloody Valentine. Z tej okazji zespół jest artystą tygodnia Akademickiego Radia Luz.

 

tumblr_ni33was7ol1qbesnao1_1280

 

Historia MBV zaczyna się osobliwie. W 1978 piętnastoletni wówczas Kevin Shields poznał Colma Ó Cíosóiga na turnieju karate. Kevin, urodzony w Nowym Jorku, ale od pięciu lat mieszkający w Dublinie, szybko zapałał sympatią do trochę młodszego od siebie Colma. Od tamtej pory trzymali się razem. Kiedy rok później Kevin znalazł pod choinką gitarę, obaj zajęli się na poważnie muzyką. W tym czasie bowiem Colm grał już na perkusji, zatem obaj próbowali swoich sił w dwóch kapelkach, których nazwy nie są zbyt istotne. Ważniejsze jest to, że podczas swoich muzycznych tułaczek nieustannie trzymali sztamę. W końcu, po 5 latach od pierwszego spotkania, zaczęli grać jako My Bloody Valentine.

 

tumblr_mwts2pprkz1r6tj2go1_500

 

MBV zaczynało jako trio: Kevin na gitarze, Colm za perkusją, a przed mikrofonem demoniczny David Conway. Z początku wszystko układało się jak po grudzie. Kiedy grupa wyjechała na występ do Holandii, postanowiła zostać tam na następne kilka miesięcy, żyjąc gdzie tylko się dało.  Skończyło się to tym, że Kevin zaczął pracować na farmie. Nie spełniało to niczyich ambicji, zatem trójka przeniosła się do Berlina Zachodniego. To właśnie tam, w 1984 roku, MBV nagrało swój debiutancki materiał: minialbum zatytułowany po prostu This Is Your Bloody Valentine. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że to dzieło co najmniej dziwaczne, cierpiące przede wszystkim z powodu bezrefleksyjnych inspiracji ówczesnymi nagraniami Nicka Cave’a. Wysilona wampirza atmosfera, pretensjonalna gotyckość, ogólna nijakość. No i jeszcze ta okropna okładka. Nic dziwnego zatem, że debiut ten przeszedł bez echa.

 

mbv-new

 

W 1985 r. zespół wrócił na macierzyste wyspy i osiadł w Londynie. Tam do trójki chłopaków dołączyła póki co jedna dziewczyna. Debbie Googe całkiem nieźle grała na basie, toteż wzięła udział w nagraniu kolejnego miniwydawnictwa, epki zatytułowanej Geek! W sumie ta epka różniła się zbytnio od debiutu, co tylko podgrzało frustrację Kevina, który zaczał rozważać przeprowadzkę do Nowego Jorku. Ekipa jednak się nie poddała i zaczęła odchodzić od wcześniejszej, coldwavowej estetyki na rzecz bardzej hałaśliwego brzmienia inspirowanego twórczością Jesus And Mary Chain. Owocem tych poszukiwań była epka The New Record By MBV, bezlitośnie przesterowana, ale mimo to grzeczna – głównie przez „uczesany” wokal Davida, który zbyt mocno kochał Cave’a, by stać się kimś innym niż on. Zaczęło być jasne, że Kevin do realizacji swojej wizji dźwięku potrzebuje innego wokalisty. David opuścił zatem zespół i zajął się pisaniem horrorów o dziwnych tytułach (np. Metal Sushi).

 

mah253

 

Rok 1987 członkowie MBV przywitali z niepewnością. Pomniejsze sukcesy osiągnięte dzięki wcześniejszym epkom przestały cieszyć w obliczu braku wokalisty. Chociaż Kevin potrafi śpiewać całkiem nieźle, grupie potrzebny był ktoś, kogo głównym instrumentem nie będzie gitara, a właśnie wokal. Na ogłoszony w lokalnej prasie anons odpowiedziało kilkoro niepoprawnych fanów The Smiths oraz Bilinda Butcher, uciekinierka ze skłotu i samotna mama w jednym. Potrafiła jednak śpiewać, a nawet zagrać na gitarze, więc dołączyła do składu przy nagrywaniu kolejnego maxisingla, zatytułowanego Strawberry Wine. Bilinda wniosła do grupy coś więcej niż tylko wokal, choć trudno znaleźć jedno celne określenie. Słowa „harmonia”, „spokój” i „natura” chyba najtrafniej oddają charakter jej wkładu.

 

bilinda-butcher-my-bloody-valentine-1992

 

Z nową wokalistką starej ekipie grało się na tyle dobrze, że już w pół roku po jej przyjściu zespół wydał minialbum Ecstasy. Mimo pociągającego tytułu słychać było, że grupa w tym składzie jeszcze się dogrywa, że coś blokuje eksplozję zasugerowaną przesterami. Orgia bajkowego hałasu miała wybuchnąć z całą mocą na pierwszym wybitnym wydawnictwie w dorobku MBV, wydanej w 1988 roku epce You Made Me Realise, pozbawionej praktycznie słabych stron. Każdy kawałek iskrzy tu innym odcieniem tej samej energii, choć jedynie utwór tytułowy może przechodzić ludzkie pojęcie. W tym samym roku zespół poszedł za ciosem i wydał swój debiutancki album, zatytułowany Isn’t Anything.

 

5394_1000

 

Szczerze przyznam, że nigdy nie rozumiałem zamysłu stojącego za Isn’t Anything. Z jednej strony album robi wrażenie, czy to na poziomie songwriterskim, czy produkcyjnym, bo w tym momencie Kevin zaczyna już naprawdę szaleć w torturach, jakim można poddać gitarowy dźwięk. Mimo tego jednak cały album brzmi tylko – lub aż – jak pomost wyznaczający granicę pomiędzy jednak tradycyjnym, zakorzenionym w punku graniem, a eksperymentami czekającymi tuż za rogiem. Z perspektywy lat Isn’t Anything oczywiście nie zawodzi, ale trudno też powiedzieć o nim, że, poza pojedynczymi wyjątakmi, szczególnie fascynuje. Całość zainspirowała jednak brzmienie całej masy wyspiarskich zespołów, które chciały brzmieć podobnie, by wspomnieć tu takie tuzy jak choćby Ride czy The Verve. Twórczość MBV odróżniał jednak od reszty pewien nieuchwytny czynnik, w tym momencie jeszcze niewybrzmiały w pełni, ale już uświadomiony. Czynnik, który do nieludzkiego hałasu wprowadzał… No właśnie, co?

 

2v8ka6t

 

Dwa lata następujące po wydaniu debiutanckiego albumu to najbardziej pracowity czas w życiorysach kwartetu. Po wydaniu Isn’t Anything grupa rozpoczęła pracę nad kolejnym albumem. Wtedy jeszcze nikt nie sądził, że Loveless, bo taki nosi on tytuł, wyznaczy nowe standardy w dziedzinie nie tyle obróbki, co kreacji dźwięku. Sam proces produkcyjny przebiegał niezwykle długo, skomplikowanie i zawile, głównie ze względu na ciągłe problemy z dopinaniem terminów i finansowaniem kolejnych sesji nagraniowych. Poprzestańmy tylko na tym, że Loveless prawdopodobnie odpowiada za bankructwo wytwórni Creation, pod której szyldem album się ukazał, sam Kevin zaś podczas godzin spędzonych w studiu nabawił się chronicznych szumów usznych. Wszystko po to, by osiągnąć hałas, który przemawia. Chociaż „hałas” to w przypadku tego albumu zbyt wielkie uproszczenie. Tak czy siak, po dwóch latach nagraniowej męki, wreszcie udało się ukończyć całość. Loveless swoją premierę miał 4 listopada 1991 r.

 

24vmv7o

 

Ściana dźwięku, jaką wraz z przyjaciółmi postawił Kevin, rzuciła bardzo długi cień na kariery całej czwórki. Po wydaniu Loveless zespół coś próbował, coś kombinował, Kevin nawet zbudował w swoim domu studio nagraniowe, ale efekty były mizerne. Przez całe lata 90., poza swym magnum opus i związanymi z nim epkami, MBV oficjalnie nagrało jedynie dwa covery. I co z tego, że były całkiem niezłe, skoro cały świat czekał na coś więcej? W 1995 r. z grupy odeszli Colm i Debbie. Dwa lata później Bilinda opuściła studio Kevina, który stopniowo zaczął osuwać się w szaleństwo. Być może wszystko skończyłoby się jak w przaśnej telenoweli, gdyby nie Sofia Coppola. To ona w 2002 r. zaproponowała Kevinowi nagranie części ścieżki dźwiękowej do filmu Między słowami. Wydawać by się mogło, że to wymęczony epilog drogi twórczej jednego z najbardziej niezwykłych muzyków lat 90. Kevin jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

 

5a055a7731d87877630ed779671cb1b4

 

Dokładnie 21 lat, 2 miesiące i 29 dni po premierze Loveless, na oficjalnej stronie MBV gruchnęła lakoniczna informacja o premierze nowego albumu. Reakcji fanów można się domyślić: „COOO?!” Dobrze pamiętam ten czas i mogę z ręką na sercu przyznać: absolutnie nikt nie spodziewał się takiej informacji. Po otrząśnięciu z pierwszego szoku zaczęły się domysły: jak to zabrzmi? Plotki mówiły o kilometrach taśm nagranych jeszcze w latach 90., które Kevin odkopał specjalnie na tę okazję gdzieś z głębin swojej piwnicy. Zastanawiano się, czy to nie aby jego solowa płyta, której słynny szyld ma pomóc w promocji. Z tym albumem ewidentnie coś nie grało, ale jednocześnie wszystko było do bólu (w uchu) logiczne. W tej sytuacji płyta wydawała się, tak po ludzku, potrzebna. Po prostu prędzej czy później musiała się ukazać, i wszyscy to czuli. Stało się to w zimową noc 2 lutego 2013 r. Oczywiście cały świat rzucił się do pobierania, co zablokowało serwery na kilka dobrych godzin i sprawiło, że wiele osób tamtej zimowej nocy nie zmrużyło oka. Jak jednak wypadła sama muzyka? Nauczony doświadczeniem Loveless spodziewałem się czegoś ponad i poza czasem. Czegoś, co zabierze poza widzialną rzeczywistość w niezawodny, dobrze wypróbowany sposób. I nie zawiodłem się ani trochę.

 

mybloodyvalentine_2473776b

Nick Cave

Nicolas Edward Cave — "Książe Ciemności" muzyki rockowej — w tym roku świętował swoje 59. urodziny, a świat ujrzał jego najnowszy album "Skeleton Tree". Najbardziej znany jest z projektu Nick Cave & The Bad Seeds, ale we wcześniejszych latach współtworzył jeszcze grupy Grinderman, The Birthday Party i The Boys Next Door. 

Nick Cave urodził się 22 września 1957 w Australijskim Warracknabeal w stanie Victoria.Uczęszczał do uniwersytetu w Melbourne i chciał w tym czasie zostać malarzem. Wtedy też poznał Micka Harveya i Phila Calverta, z którymi w 1977 stworzył zespół The Boys Next Door, później przemianowany na The Birthday Party. Grupa grała ciężki, nihilistyczny post-punk. Kilka lat po stworzeniu zespołu muzycy przenieśli się do Londynu, gdzie nabrali jeszcze mroczniejszego i ekstrawaganckiego stylu. Zespół rozpadł się w 1983, po przeprowadzce muzyków do Berlina.

 

 

W Berlinie powstało istniejące do dziś Nick Cave & The Bad Seeds. Formacja narodziła się z popiołów The Birthday Party w 1983 i rok później wydali swój pierwszy album, From Her to Eternity.

Życie w Berlinie Zachodnim mocno wpłynęło na Nicka Cave'a, który w tym czasie miał problemy z narkotykami i mieszkał w malutkiej kawalerce, w której tworzył nie tylko muzykę i teksty, ale także malował. W 1987 Cave zagrał w filmie Wima Wendersa Niebo nad Berlinem jako on sam. W późniejszych latach występował jeszcze w kilku innych filmach.

 

 

 

W 1988 po wydaniu Tender Pray Cave przeniósł się do Brazylijskiego São Paulo i tam powstała kolejna płyta nagrana razem z The Bad Seeds, The Good Son. Był to przełomowy album w historii grupy, gdyż znacznie zmieniło się ich brzmienie. Na albumie znalazło się więcej partii akustycznych, a teksty nie były już tak ciężkie i mroczne jak dotychczas.

 

 

 

Kolejny raz Nick Cave & The Bad Seeds zmienili brzmienie w 2013 na albumie Push the Sky Away. Album ten był dużo bardziej dojrzały i poważny, a dominują na nim minimalistyczne ballady.

Wydaniu szesnastego albumu Nick Cave & The Bad Seeds towarzyszyła premiera filmu One More Time with Feeling, ukazującego okoliczności jego powstania. Film w reżyserii Andrew Dominika został wyświetlony w 850 kinach na całym świecie w przeddzień ukazania się krążka Skeleton Tree. W równej mierze co na muzyce, dokument koncentruje się na samym artyście i jego próbą pogodzenia się z utratą syna. Choć w One More Time with Feeling Cave deklaruje "nie chcę pisać piosenek o swoim życiu", to właśnie rodzinna tragedia stała się punktem wyjściowym dla powstania zarówno albumu, jak i filmu.

 

 

 

W 2006 Nick Cave stworzył poboczny projekt Grinderman, który początkowo nazywał się Mini-Seeds. Zespół ten miał być odskocznią artysty od głównego projektu. Grupa istniała kilka lat i zdążyli wydać dwa albumy studyjne.

 

Wybór piosenek oraz tekst na stronę powstał przy współpracy z Piotrkiem Myszyńskim
Produkcja materiałów na antenę: Maks Gut

Danny Brown

Hip-hop aktualnie przeżywa swój najbardziej kreatywny i najbardziej produktywny okres od czasów rewolucji samplingu i przywrócenia do łask brzmienia funku i soulu z początku tysiąclecia. Raperzy łamią wszelkie bariery, nie boją się pozornie najbardziej kosmicznych inspiracji, stawiają na eksperymenty, a także coraz częsciej rezygnują z klasycznej formy utworów i odtwarzanego przez dekady schematu zwrotek i refrenów. Na czele całego ruchu stoi m.in. Danny Brown, reprezentujący Detroit artysta, którego najnowszy, czwarty studyjny album Atrocity Exhibition to jeden z najlepszych i najważniejszych współczesnych projektów hip-hopowych i eksperymentalnych. Przez najbliższe siedem dni będziemy przyglądać się jego twórczości w ramach Artysty Tygodnia na antenie Akademickiego Radia Luz.

 

 

Lata młodzieńcze były dla Daniela bardzo trudnym okresem – mimo ogromnych starań rodziców nie udało się uniknąć problemów wychowawczych w tak trudnym do dorastania miejscu jak Detroit. Artysta jednakże od zawsze wiedział, że muzyka to jego droga. Niespełna dekada spędzona w podziemiu, projekt Rese'vor Dogs, masa uznanych mixtape'ów, w tym jeden z reprezentantem G-Unit Tonym Yayo (Brown był o krok od podpisania kontraktu z wytwórnią 50 Centa), zwrotki gościnne na materiałach Elzhi czy J Dilli, a przede wszystkim lata ciężkiej, żmudnej pracy doprowadziły wreszcie do debiutanckiego albumu The Hybrid wydanego w 2010 roku nakładem oficyny Rappers I Know. Bardzo ciepło przyjęty album zwrócił na siebie uwagę środowiska, a przede wszystkim włodarzy labelu Fool's Gold, z którym ostatecznie Danny Brown podpisał kontrakt.

 

 

W 2011 roku muzyk zaprezentował światu swój pierwszy poważny manifest artystyczny. Drugi w dyskografii krążek XXX okazał się być jednym z najbardziej oryginalnych hip-hopowych albumów długogrających nowej ery, eksponującym jednego z najbardziej wyjątkowych raperów jakiego słuchaczom dane było kiedykolwiek doświadczyć. Mroczna warstwa instrumentalna scalała klasyczne hip-hopowe brzmienie z tym nowoczesnym, czerpiąc garściami z nieprzebranych możliwości inkorporowania elektorniki do rapu. Nieograniczona wyobraźnia, skala możliwości wokalnych, bezkompromisowe teksty i niepowtarzalny klimat do dziś tworzą jeden z najbardziej przełomowych albumów świata niezależnego hip-hopu XXI wieku.

 

 

Raper spędził kolejne dwa lata na przygotowywaniu trzeciego longplaya i dopięciu kilku pomniejszych projektów. W tamtym okresie właśnie ukazał się fenomelany mini-album Black and Brown! (Fat Beats, 2011) stworzony wraz z produentem i raperem Black Milkiem, pochodzącym z rodzinnego Detroit. Istotnymi elementami tamtego etapu były również EPki Bruiser Brigade i The OD, które swoją zawartością oddawały okres transformacji brzmienia na te bardziej EDMowe i festiwalowe.

 

 

2013 rok przyniósł nam Old – trzeci solowy album Danny'ego Browna. W przypadku tej płyty artysta obrał dosyć jasną strategię. Chciał bowiem stworzyć materiał przystosowany do scen dużych festiwali, wykorzystując szczyt popularności i potencjału twórczego sceny EDM. Nie był to jednakże rozczarowujący, popowo-elektroniczny materiał pełen niepotrzebnego hałasu i kompozycji opartych na prostych, powtarzalnych i pożądanych wówczas patentach. Współpracując ze śmietanką producencką w postaci m.in. Paula White'a, Rustiego, Skywlkra z Bruiser Brigade, Oh No, BadBadNotGood czy A-Traka Brown stworzył taneczną bestię, gdzie nocna euforia mieszała się z narkotyczną psychodelią. 

 

 

Po trzyletniej przerwie wydawniczej spędzonej na dogrywaniu zwrotek gościnnych i finalizowaniu czwartej płyty, we wrześniu tego roku nakładem legendarnej londyńskiej wytwórni Warp Records ukazało się Atrocity Exhibition. Tytuł inspirowany zarówno powieścią J.G. Ballarda jak i utworem Joy Division to zdecydowanie najlepsza pozycja w dorobku Danny'ego Browna i jeden z najznakomitszych albumów współczesnej muzyki niezależnej i eksperymentalnej. Projekt wyprodukowany w większości przez Paula White'a to jedyna w swoim rodzaju hip-hopowa awangarda szarpana gitarową estetyką, skapana w elektronicznym brudzie. 

 

 

Recenzja Atrocity Exhibition: http://soulbowl.pl/2016/10/11/recenzja-danny-brown-atrocity-exhibition/

Bon Iver

Multiinstrumentalista, kompozytor i twórca tekstów, Justin Vernon, odpowiedzialny za sukces projektu Bon Iver, urodził się 30 kwietnia 1981 w Au Claire, na terenie USA. Tam też, w roku 1999 ukończył liceum i rozpoczął studia na uniwersytecie Wisconsin. już jako student wykazywał duże zainteresowanie muzyką, grając wspólnie z przyjaciółmi w mocno amatorskim zespole. 
 

Zanim powstało Bon Iver, drogi Vernona i jego grupy Mount Vernon, rozeszły się. Zdążyli oni nagrać jednak dwa albumy, We Can Look Up z 1998 i All of Us Free z roku 2000. Rok później, jako JD Vernon, artyście udąło się opublikować swój pierwszy solowy krążek pt. Home Is. Wydawanie pod własnym nazwiskiem z czasem przypadnie do gustu młodemu Justinowi. Lata 2002 – 2006 należeć będą jednak do kolejnego zespołu. Zawiązany w 2002-gim, projekt DeYarmond Edison, to transformacja działającego wcześniej zespołu Mount Vernon. W jej ramach, muzyk działał jako gitarzysta i wokalista. Jeszcze mieszkając w Au Claire, udało im się wydać debiutanckie LP, a już rok później kolejne pt. Silent Signs. Pod koniec kariery zespołu, Vernon powrócił do nagrywania solo. Nagrania z lat 2005 i 2006 znalazły się w końcu na dwóch wydawnictwach – Self Record oraz Hazeltons. 
 

Lata 2006 i 2007 były dla umysłu Vernona czasem sporej próby. Rozwiązanie DeYarmond Edison zbiegło się bowiem w czasie z zakończeniem jednego z pierwszych poważniejszych związków i powrtotem do rodzinnego Au Claire. Dodatkowo, artystę nękał chroniczny brak inwencji, w czym wcale nie pomagała mało kreatywna praca w sklepie z kanapkami. W końcu pojawiły się także choroby – przewlekłe zapalenie płuc i zaawansowana mononukleoza. Muzyk zdecydował się na ucieczkę. Zaszył się w domku myśliwego,należącego do jego ojca, by pisać i nagrywać muzykę. Tak zrodziło się folkowe dzieło, For Emma, Forever Ago, wydane najpierw w 2007, a rok później komercyjnie, przez wytwórnię Jagjaguwar.
 

W roku 2011 odbyła się premiera albumu, zarówno zatytułowanego, jak i podpisanego aliasem Bon Iver. Gorzej przyjęty przez krytyków, krążek spełniał rolę zdecydowanie wykraczającą poza oceny przyznawane przez kolejne pisma. Dzięki niemu gruntowało się brzmienie, które Vernon zaprezentował przed trzema laty na For Emma… . Przyniósł on również utwory dużo bardziej świadome, pełne wybitnych melodii. O ile przy For Emma… słychać było kameralność, o tyle Bon Iver czarowało przestrzenią. 
 


30 września dotarł do nas wyczekiwany, trzeci album projektu Bon Iver. 5 lat przerwy pomiędzy nim, a jego poprzednikiem dało o sobie znać w prawie każdy możliwy sposób. Znana z 2011-ego roku, mieszanka muzyki alternatywnej i przeżywającej regres stylistyki folk, okraszona smaczkami symfonicznymi, została wywrócona do góry nogami. Dotychczasowi fani zderzyli się więc z nową wizją – do bólu przejmującą fuzją muzyki orkiestralnej i syntetycznej. Na proces twórczy wpływ mogły mieć doświadczenia studyjne związane z Francisem Starlitem oraz wcześniejsze, z postacią Kanyego Westa. Powstał album po raz kolejny porażajacy inwencją, a zarazem diabelnie błyskotliwy.