Archiwum

Marilyn Manson

Debiutem grupy Marilyn Manson & The Spooky Kids był Album Portrait Of American Family. Choć wytwórnie i media nie sprzyjały pracy nad albumem – efektem finalnym był jeden z najbardziej świeżych i oryginalnych materiałów w historii grupy. Płyta to sarkastyczne i krytyczne podejście wobec Amerykańskiego stylu życia, religii i polityki. Nie zabrakło zapożyczeń z książek czy filmów – były nimi np. "Charlie and the Chocolate factory" czy "Scooby-Doo." Od muzycznej strony album to dawka industrialnego rocka z solidną porcją przyprawiających o gęsią skórkę sampli. Album wyprodukował sam Trent Reznor z zespołu Nine Inch Nails, którego współpraca z Mansonem trwała jeszcze wiele lat późnej.

Przełomem w karierze zespołu Marilyn Manson było wydanie albumu Antichrist Superstar. Niebanalne treści oraz wielowymiarowość muzyki zawartej na drugim krążku uczyniły z Mansona anty-gwiazdę oraz naczelnego skandalistę Ameryki. ​Kompozycje na płycie to w większości ociekające agresywnością i przesterowanym wokalem numery. Longplay pokazuje groteskowość świata oraz jego brzydotę – człowiek przedstawiony został jako wyrzutek faszerowany obłudą mediów. Album pozostaje najtrudniejszym odbiorze w całej dyskografii, ale jednocześnie jest jednym z najbardziej spójnych konceptów muzyczno-wizualnych jakie powstały, a jego treść pozostaje nadal aktualna.

Longplay Mechanical Animals był kolejną diametralna zmiana stylu w historii grupy Marilyn Manson. Numery na albumie ocierają się o melodyjne produkcje z refrenami, bardziej przystępne dla przeciętnego słuchacza. Cała otoczka audio-wizualna to inspirowana dokonaniami Davida Bowiego historia zagłady świata. Muzyka na Mechanical Animals oddaje klimat narkotycznej wizji wypranego z kolorów wszechświata.

Po Mechanical Animals kolejne dokonania zespołu Marilyn Manson nie przestawały intrygować. Holy Wood to krążek znacznie mniej przebojowy od swojego poprzednika, doświadczymy tu transowych, depresyjnych ballad i glam-rockowych patentów. Za pozorną kiczowatością i dekadenckim imagem kryją się niezwykłe wizje fikcyjnej historii gdzie Kenndy jest czczony niczym Chrystus, a całość to hiperbola Ameryki. Holy Wood był nagrywany między innymi w Dolinie Śmierci czyli jednym z najbardziej suchych i najgorętszych miejsc w Stanach Zjednoczonych, co miało wpłynąć na autentyczność utworów, które swoim brzmieniem miały wywoływać poczucie odosobnienia. Następcą Holy Wood był album The Golden Age Of Grotesque. Inspiracją dla Muzyków z Zespołu Marilyn Manson były w głównej mierze wodewilowa i kabaretowa estetyka końca lat 30 w przedwojennych Niemieczech. Warstwa muzyczna to brudne i ciężkie gitarowe riffy oparte na elektronicznych wstawkach. Płytę zamyka cover piosenki "Tainted Love" zespołu Soft Cell , który wykonany został w zupełnie nowej groteskowej i chłodnej odsłonie.

Szóstym krążkiem Braiana Warnera znanego jako Marilyn Manson był album Eat Me, Drink Me. Materiał to niezwykle przebojowe numery, z wyjątkowymi solówkami gitarowymi Tima Skolda. Eat Me Drink Me to muzyczny ukłon w stronę klasyki rocka, glamu, a nawet gotyku. Pod względem produkcji to niezwykła precyzja i estetyczność nie spotykane nigdy wcześniej w twórczości artysty.

Płyta High End Of Low to w dyskografi Marilyn Manson najmniejsza rewolucja jeśli chodzi o format w porównaniu z poprzednikami. Na rzecz eksploracji i ciągłego poszukiwania zespół postawił na dopracowane aranżacje i niepokojące ballady zachaczające o south rockowy a chwilami nawet popowy styl.

Born Villain wydany w 2012 roku był przypomnieniem swojej obecności przez Mansona na scenie rockowej.  Dźwięki stworzone przez muzyków to połączenie industrialnego metalu i alternatywnego rocka. Na uwagę zasługuje przede wszystkim niesamowita produkcja i miks utworów. Dopieszczenie każdego sampla, trzasku i pomruku to największy atut Born Villain. Dodatkową ciekawostką jest gościnny udział Johnego Deppa w utworze"You Are So Vain". Ostatni album Mansona, czyli The Pale Emperor to przede wszystkim nawiązania do bluesa i minimalistycznych, prostych aranżacji w stylu Depeche Mode. Uwagę zwracają także chwytliwe melodie i basowe podkłady zafundowane przez Twiggiego Ramireza. The Pale Emperor to najbardziej elegancka i dojrzała płyta w dorobku artysty.

Austra

Niedawno wydali nowy longplay, a głosu Katie nie da się pomylić z żadnym innym. Austra – Artysta Tygodnia Radia Luz!

Katie Stelmanis miała zostać śpiewaczką operową. Tej pasji poświęciła całe swoje nastoletnie życie. Kiedy miała już podpisywać kontrakt z kanadyjską operą, zmieniła zdanie i zdecydowała, że będzie robić coś innego. Nie chciała jednak całkowicie rezygnować ze swojego wykształcenia muzycznego. Tak powstał zespół Austra – mieszanka elektronicznego popu i operowych wokali.

Austra powstała w kanadyjskim Toronto w 2009 roku. Katie Stelmanis do współpracy w projekcie zaprosiła perkusistkę Mayę Postepski oraz klawiszowca Doriana Wolfa. Trzon grupy pozostaje w niezmienionym składzie, za to na koncertach pojawiają się czasami siostry Romy i Sari Lingman jako chórki, oraz Ryan Wonsiak w roli basisty. 

Od powstania zespołu do wydania pierwszej płyty minęły 3 lata. Pierwszy longplay ukazał się w 2011 i nosi tytuł Feel It Break. Charakteryzował się gotyckim brzmieniem i przyrównywano go do takich artystek jak Bat for Lashes czy Zola Jesus

Po wydaniu Feel It Break, Austra nie osiadła na laurach. Dwa lata później, w 2013, został wydany krążek Olympia, promowany świetnym singlem Home. Brzmienie nie zostało znacznie zmienione, ale było już słychać zdecydowanie mniej gotyckości.

Najnowszy album, Future Politics ukazał się 20 stycznia 2017 w labelu Domino Records i był promowany singlem Utopia (który był rownież Mocograjem Radia Luz). Jak sama nazwa wskazuje, Austra trzyma się mocno politycznych ram i chce propagować ideę LGBT. Mimo wysokich ocen, Future Politics wydaje się odstawać mocno od debiutu. Być może to formuła się wyczerpała, albo zespołowi brakuje pomysłów. Mimo wszystko, album to wciąż świetna pozycja zarówno do tańca, jak i odpoczynku na kanapie.

W ramach promocji najnowszego wydawnictwa Austra udała się w trasę koncertową, która obejmuje równiez koncert w Warszawie. Czy ktoś ma zatem ochotę potańczyć przy operowym śpiewie i syntezatorowych dźwiękach?

 

Wiley

Wiley to legenda brytyjskiego grime'u. Uważany za jednego z pionierów tego gatunku jest współzałożycielem legendarnej grupy Boy Better Know i kluczowym członkiem Roll Deep. Z jedenastoma płytami na koncie w znaczącym stopniu przyczynił się do popularyzowania połamanego stylu i przyciągniecia uwagi mediów. Z uwagi na rozgłos, jaki mają aktualnie nowe produkcje i nowi artyści odnajdujący się w tym klimacie, stwierdzenie, że gdyby nie Wiley nie byłoby grime'u nie byłoby nieodpowiednie.

Kariera Wileya zaczęła się po tym jak jako nastolatek był zafascynowany stacjami muzycznymi takimi jak Rinse FM grającymi głównie drum’n’bass. Pierwsze przejawy działalności twórczej rapera, Eskibeat, jak sam je określa, cechowały się garażowym brzmieniem i zawierały same instrumentalne kompozycje. Dopiero w 2003 roku forma muzycznej działalności Wileya odniosła sukces, głównie za sprawą utworu ‘’Eskimo”. Związany był już wtedy z Roll Deep, czyli wytwórnią, którą zasilał również Dizzee Rascal.

Przełomowym momentem było odnalezienie swojej ścieżki i przejście do pierwszych nagrywek zawierających mniej UK garage, a więcej grime’u. Debiutancki longplay Treddin’ on Thin wydany został przez wytwórnię XL Recordings w 2004 rok. Z początku krytycznie przyjęty i porównywany do swojego kolegi z labelu Rascala, przez lata stał się swego rodzaju wzorem i inspiracją dla innych artystów.

Dopiero w 2008 Wiley stał się naprawdę ważną postacią na brytyjskiej scenie. Wtedy miał już wyrobiony styl, a jego płyty zaczęły ukazywać się na winylach. Przez kolejne cztery lata raper nie zwalniał tempa i odznaczył się niezwykłą produktywnością, wypuszczając nowe płyty rok po roku. Wiley często pojawiał się w różnych stacjach radiowych i udzielał wywiadów, między innymi dla Channel U TV, Kiss FM, czy należącej do BBC 1Xtra . Zdobył również wiele prestiżowych nagród muzycznych, między innymi Mercury Music Prize.

Utworem „Wearing My Rolex”, który w 2008 roku wybrzmiewał na każdej londyńskiej domówce Wiley osiągnął pewien sukces komercyjny,  który nie wpłynął jednak na jakość kolejnych longplayów. Mimo tego raper nigdy nie zrezygnował z garażowej i undergroundowej konwencji i daleko mu było od mainstreamu. Pozostawał wierny surowym produkcjom ociekającym połamanym basem.

Wiley współpracował z wieloma artystami. W jego nagraniach często usłyszeć można było panów z Boy Better Know, a także Giggsa, Juelza Santanę, Kano, Ms D i inne znane postaci ze świata brytyjskiego rapu. Brak współpracy z artystami reprezentującymi inne gatunki czy raperami z Ameryki mógł być powodem niespełnionych oczekiwań śledzących jego twórczość fanów, lecz Richard Cowie pozostawał wierny swojej szkole.

Częste wypowiedzi i posty na Twiterze Wileya dotyczące nieodpowiedniej publiki na jego koncertach czy braku chęci grania dla studentów uczyniła go dość kontrowersyjną osobą.  Również sytuacja z 2008 roku, w której został zaatakowany nożem, co pozostawiło bliznę po lewej stronie jego twarzy, wpłynęła na jego twórczość. Na krótko przestał grać koncerty, stracił pewność siebie i unikał mediów.

Tuż przed wypuszczeniem albumu 100% Publishing w 2011 roku udostępnił na swoim twiterze sto niezrealizowanych utworów, co było niebywałą niespodzianką dla fanów. Zawarł wśród nich również nadchodzący materiał z mikstejpu The Elusive. Sama płyta 100% Publishing została świetnie przyjęta przez krytykę ze środowiska muzyki alternatywnej i osiągnęła niebywały sukces.  Album został okrzyknięty jednym z najlepszych dokonań artysty i jest znakomitym podsumowaniem możliwości tego MC.

W latach 2013-2014 Wiley zrealizował dwa materiały długogrające, a w tym The Ascent i Snakes and Ladders.  W tych latach zdobył również wielki rozgłos, nie tylko w samej Anglii. Popularność rapera wzrosła też za sprawą gościnnego koncertu u Kanyego Westa. Zdobył statuetkę MOBO dla najlepszego męskiego artysty na 18 rozdaniu nagród, jak i wiele innych równie prestiżowych.

Ostatnia wiadomość na Twiterze przed zrealizowaniem Godfather  zaskoczyła i jednocześnie zasmuciła fanów. Wiley, wypuszczając jedenasty longplay, ogłosił zakończenie kariery. Zarówno partia instrumentalna, jak i techniczno-liryczna strona płyty stoją na szczytowym poziomie. Selekcja graczy i producentów podwoiła siłę  wydawnictwa, które szybko znalazło się na dziewiątym miejscu brytyjskiej listy sprzedaży płyt. Twórcy młodego pokolenia mają przed sobą trudne zadanie, jeżeli kiedykolwiek będą chcieli zbliżyć się do tego poziomu. Jedno jest pewne – czeka ich naprawdę sporo pracy. Wiley nigdy nie był postacią wystarczająco docenianą – może to właśnie jego odejście ze sceny wzbudzi u ludzi zaufanie co do klasyki gatunku, do której niewątpliwie należy twórczość brytyjskiego MC.

https://www.youtube.com/watch?v=gcroTw04i-w

Fenech-Soler

Fenech-Soler to brytyjski zespół z Kings Cliffe (w Northamptonshire) założony w 2006 roku przez braci Bena i Rossa Duffych – właśnie wydali swój trzeci w karierze długogrający album. Ich muzyka definiowana jest najczęściej jako gitarowy electropop, na początku swojej działalności (2008-2010) trafiali najczęściej do kategorii INDIE DANCE / INDIETRONICA, porównywani do Friendly Fires i Delphic. 

Pierwszym oficjalnym wydawnictwem na koncie młodych Fenech-Soler został w 2009 roku singiel "Cult of Romance". Zauważeni przez francuskiego producenta Alana Braxe, odpowiedzialnego między innymi za hit "Music Sounds Better With You”, zostali zaproszeni do nagrania swojego debiutu w wytwórni Alana, retro-futurystycznej paryskiej Vulture Music. Rosnącą reputację zespołu wzmocniły w kolejnym roku utwory "Lies” i "Stop and Stare”, wydane pod szyldem niezależnego lejbelu Moda Music, a następnym krokiem w karierze okazał się ich wkład w kompilację Kitsune pod patronatem Groove Armady. Londyński duet zabrał ich potem w trasę koncertową i nagrał wraz z nimi singiel "Paper Romance”.

Debiutanckie LP wydali niedługo po podpisaniu kontraktu z wytwórnią B-Unique. Szybkie tempo wydawnicze członkowie zespołu uzasadnili mówiąc, że większość tracków powstawała na przestrzeni lat i album był właściwie gotowy zaraz po zawarciu umowy. Panowie napomknęli również, dlaczego płyta nie była nadmiernie reklamowana, tłumacząc, że w obecnych czasach zbyt duży hype promocyjny jest irytujący, zniechęca słuchaczy i obniża wartość produkcji. Brzmieniowo Fenech-Soler są najczęściej porównywani do Friendly Fires i Delphic, jednak kilka pozycji z pierwszego albumu, zdominowanych przez intensywne syntezatory i miłosną tematykę, jak "LA Love" czy "Contender", z powodzeniem mogłyby się znaleźć w repertuarze La Roux.

Na drugi długogrający album "Rituals" Fenech-Soler kazali nam za to czekać trzy lata. Tony koncertów, festiwali i współpracy skierowały grupę w stronę coraz lżejszych popowych produkcji. Pierwsza płyta przynajmniej w połowie składała się z ostrych syntezatorowych dźwięków, z biegiem lat kolejne wydawnictwa zespołu zostały ujednolicone i wygładzone. Najlepszymi momentami "Rituals" są intensywne wakacyjne "Magnetic", "Fading" i "In Our Blood", na szczególną uwagę zasługuje również kompozycja "Two Cities". Mieszane uczucia wywołał natomiast jeden z promujących singli, "Last Forever", który spotkał się zarówno z zachwytami jak i ostrą krytyką, w zasadzie z tego samego powodu – bycia przesłodzonym, dziecięcym popem.

"Last Forever" – przesłodzony popowy numer z teledyskiem-pocztówką z życia egzotycznego surfera

Powyżej "Magnetic" – mocny punkt wydanego w 2013 albumu "Rituals" – jeden ze znakomitych przykładów na to, że muzyka Fenech-Soler brzmi jak wakacje, które nigdy się nie kończą.

We wrześniu ubiegłego roku, po trzech latach produkcyjnej przerwy, Fenech-Soler wreszcie podzielili się z fanami wieścią o nadchodzącym nowym wydawnictwie. Przedsmakiem zapowiedzianego na luty 2017 albumu "ZILLA" miała być czteroutworowa EPka-niespodzianka, "Kaleidoscope", którą promował tytułowy numer. Póki co, po rozstaniu ze swoimi kolegami z zespołu – basistą Danielem Solerem i perkusistą Adrew Lindsayem  (z którymi, jak twierdzą bracia Duffy, nadal pozostają w przyjaznych stosunkach) trzeba przyznać, że w zespole niewiele się zmieniło. Trudno zaprzeczyć temu, że Panowie, w kwartecie czy w duecie, brzmią cały czas tak samo. Ich elektropopowa muzyka, określana niegdyś często jako indie disco, coraz żwawiej tańczy w stronę mainstreamu, a dla świeżego słuchacza grupy każdy numer będzie brzmiał identycznie. Całe szczęście, pomimo odejścia basisty, od którego nazwiska wzięła się nazwa zespołu, duet nadal będzie kontynuował działalność jako Fenech-Soler.

"Kaleidoscope" – wrześniowa niespodzianka od (już) duetu Fenech-Soler. Bez basisty Daniela Solera i perkusisty Adrew Lindsaya – dobrze, że ciepłe brzmienie i wakacyjny vibe pozostały. Nowy album "ZILLA" znajdziecie już w sprzedaży i w serwisach streamingowych. 

 

 

Run The Jewels

Run the Jewels to amerykańska supergrupa Hip-Hopowa uformowana w 2013 roku przez rapera Killer Mike'a oraz producenta-rapera El-P znanego także jak El Producto. Dzięki niepodrabialnemu stylowi, który łączy w sobie nowojorski boombapowy charakter i elektronikę to z pewnością jeden z najbardziej elektryzujących duetów jaki kiedykolwiek powstał.

Debiutem grupy z wschodniego wybrzeża był album "Run the Jewels". Krążek zebrał wyśmietnite recenzje i dla wielu miłośników alternatywnego hip hopu przebił wydawnictwa samego Jeya – Z i Kanye Westa. El-P wraz z Killer Mikem poszli drogą Beastie Boys wymieniając się wersami co dodało dynamiki utworom. Połączenie lat 80 oraz szalonej elekroniki było powiewem nieznanej dotąd świeżości na scenie hip-hop.

Drugi album duetu, czyli "RTJ 2" otrzymał równie dobre noty co debiutancki materiał wydany rok wcześniej. Nowy krążek pokazał ponownie nieoczywistość tworzonych przez raperów dzwięków. Sława i splendor spłynęły na duet zasłużenie. "RTJ2" to produkcyjny majstersztyk. Na materiale usłyszymy połamane bity, ostre i brude brzmienie dopełniane syntezatorowo-gitarowymi podkładami. Ten drapieżny i nieokiełznany album trafił idealnie w czuły punkt publiczności spragnionej energicznego, krwistego i agresywnego podejścia do hip hopu. Sukces Run the Jewels to w głównej mierze arcymistrzowska umiejętność łączenia ze sobą klasycznych hip hopowych brzmień i wykręconej, szlonej elektroniki. Na "RTJ2" całość dopełniła bardzo dosadna warstwa liryczna oraz wyśmienici goście: między innymi Travis Barker czy Gangsta Boo.

Wigilia zeszłego roku to dzień, w którym jednym z prezentów pod choinką było kolejne darmowe wydawnictwo od Run The Jewels – album "RTJ 3" namieszał w podsumowaniach roku 2016. To co dostali fani to ponownie trzymający bardzo wyski poziom rap. Bezkompromisowi weterani sceny, czyli Killer Mike i El-P dostarczyli fanom materiału inteligentnego, naszpikowanego metaforami i nawiązaniami do polityki oraz popkultury. Na albumie "RTJ 3" całość zdominowały bezkompromisowe i polityczne hymny, społeczne deklaracje oraz wizje nuklearnego holokaustu. Wszystko to powoduje, że krążek "RTJ 3" to najważniejsza w ostatnich latach rapowa płyta o charakterze społecznym stawiana na równi obok "To Pimp A Butterfly" Kendricka Lamara.

Run the Jewels krączą ścieżkami Public Enemy czy Rage Agains the Machine. Ich muzyka to emocje i nastroje społeczne, rewolucyjne hasła nawołujące do wywrócenia świata do góry nogami. Wszystko to zawarte gdzieś pomiędzy nastrojowymi utworami a braggowymi popisami El-P oraz Killer Mika. Ostatni album to pod względem podkładów najbardziej różnorodny materiał wydany do tej pory przez Run the Jewels.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bonobo

Simon Green, znany światu jako Bonobo, powrócił właśnie ze swoim szóstym studyjnym albumem Migration. Artysta, którego umiejscawia się pośród muzyki elektronicznej ocierającej się o down-tempo, nu-jazz, neo-soul jak zwykle zaserwował nam prawdziwą mieszankę stylów. Najbardziej ujmującym elementem tego albumu jest wielość i zarazem kontrastowość zawartych w nim emocji; zostają nam podane na przemian dźwięki melancholijne, nostalgiczne poprzez radosne, porywające do tańca, na spokojnych i kojących kończąc. W jednym z wywiadów Green wyznał, że ten album jest jego próbą uchwycenia nastrojów egzystencji człowieka w każdym momencie jego życia.

Pochodzący z Brighton muzyk, zanim zaczął być kojarzony z szeroko pojętą elektroniką razem ze wszystkimi jej wariacjami, zajmował się z początku hip-hopem i DJ-ką. Jazz przyszedł dopiero później, kiedy to słuchając muzyki hip-hopowej artysta odkrywał, co muzycy samplowali. Te wpływy, zdaje się, zatoczyły pełne koło, bo jego ostatnia płyta, Migration, nie czerpie bezpośrednio z jazzu, ale kontynuuje raczej samplową kulturę tworzenia muzyki. W wywiadzie z magazynem Independent, Bonobo wyznał, że początki pierwszej dekady XXI wieku były dla niego idealnym czasem na tworzenie utworów opartych na zapętlonych tanecznych brzmieniach z jazzowymi wpływami, od których teraz odchodzi.

Płyta Migration jest kolejnym potwierdzeniem muzycznego kunsztu i świadomości Bonobo. Eklektyczna, jak muzyczne fascynacje i inspiracje samego autora, nie daje o sobie zapomnieć. Jest to album koncepcyjnie wyjątkowy; Bonobo nagrał wszystkie swoje kawałki w podróży, na laptopie, jako że ostatnie 18 miesięcy spędził w autobusach, pociągach, samolotach i innych środkach komunikacji. Załoga z platformy muzycznej Songkick okrzyknęła go mianem jednego z najczęściej podróżujących muzyków roku 2016. Czerpiąc inspirację z pobytu w tak różnych miejscach, odczuwając po kolei wszystkie dobre i złe strony bycia poza domem, z daleka od bliskich, stworzył emocjonalną symfonię o przemieszczaniu się po świecie. Każde, nawet jeżeli jedynie rachityczne uczucie zostało poddane próbie uchwycenia; choćby utwór „Break Apart” powstał w samolocie z Miami do Los Angeles, między jednym miejscem a drugim. Artysta sam przyznał, że już po wylądowaniu, w domu, nie mógł „wczuć się” w klimat numeru, dlatego tak ważne stało się dla niego nagrywanie w momencie, kiedy nachodziła go inspiracja.

Równie inspirujące są klipy wideo nagrane do utworów znajdujących się na nowej płycie Bonobo, które zostały wyreżyserowane przez niesamowitego fotografa Neila Kruga w Kalifornii. Powtarzającym się w nich motywem jest dziwny, buchający płomień na tle majestatycznych, wyludnionych przestrzeni, wyglądających jak z innej planety. Okładka płyty koncepcyjnie przypomina Odyseję Kosmiczną Kubricka; strumień ognia mógłby być Monumentem z pierwszych scen filmu, jako symbol tajemniczej siły nie z tego świata. Greena od zawsze interesował ten szczególny rodzaj więzi człowieka z przyrodą, zwłaszcza tą dziką i opuszczoną. Tę płytę opisał jako badania nad ludźmi i miejscami; to refleksja nad tym, jak migracje jednostek wpływają na tożsamość miejsc. Miejsca, jako takie, widoczne są nie tylko na najnowszym krążku Bonobo; pojawiały się już na poprzednich okładkach artysty. Choćby front albumu Black Sands, który przedstawiała jezioro Derwentwater położone w północno-zachodniej Anglii.

Poprzednia płyta Bonobo The North Borders po premierze trafiła do pierwszej trzydziestki najlepiej sprzedających się płyt, a jako album elektroniczny wylądowała na pierwszym miejscu, zarówno w Anglii jak i w Stanach Zjednoczonych. To ta płyta pomogła  osiągnąć muzykowi ponad 150 milionów odsłuchań na platformie muzycznej Spotify oraz sprzedać ponad pół miliona płyt. To właśnie z The North Borders wyruszył w 18 miesięczną trasę, dając tym samym 175 koncertów na 4 kontynentach, w 30 krajach.

Do popularności artysty przyczyniła się też jego współpraca z wytwórnią Ninja Tune, z którą Bonobo wydał już drugi w swojej karierze krążek – Dial ‚M’ for Monkey. Od tamtej pory zdążyli razem zrobić 5 albumów, oprócz pierwszego – Animal Magic – wydanego przez Tru Thoughts. Początki Bonobo sięgają roku 2000-cznego, w którym to została wydana właśnie ta płyta. Już wtedy jego muzyczny styl był określony, choć jak pisał Paul Cooper w magazynie Pitchfork, bazujący nieco na poprzednich nagraniach wytwórni Ninja Tune. W jego pierwszym krążku słychać popularne wtedy jazzowo – trip-hopowe brzmienia. W kolejnych latach, Bonobo poznaje takich twórców, jak Amon Tobin czy Andrew Carthy, którzy mają wpływ na dalszy kształt jego kariery muzycznej, bo to za ich sprawą, muzyk postanawia podjąć współpracę z Ninja Tune, współpracę, która trwa do dzisiaj.

Słuchając czwartego albumu studyjnego Bonobo Black Sands, słyszymy jak bardzo różni się ona od jego nowego krążka. Wydany w 2009 roku nakładem wytwórni Ninja Tune krążek to album niezwykle wszechstronny, nie tylko na polu gatunkowym, ale równocześnie rzemieślniczym. Krążek łączy w sobie soulowo-jazzowe formuły, w większości nagrane samodzielnie przez Simona na żywych instrumentach. Trzy utwory, Bonobo nagrał w towarzystwie popowej wokalistki Andrei Triany znanej ze współpracy z Andrew Carthim i Flying Lotusem.

Black Sands to zdecydowanie najbardziej przemyślana płyta w całym dorobku Bonobo. Artysta pracował nad nią kilka lat i, podobnie jak przy zbieraniu materiałów do jego późniejszego albumu Migration, szukał inspiracji w różnych częściach świata. Instrumenty dęte na kawałku tytułowym nagrano w Barcelonie, bębny w San Francisco, a linie basu i miksy powstawały w Londynie. To może tłumaczyć bogactwo każdej z kompozycji, innych z osobna, ale całościowo spójnych. Eklektyzmowi płyty dowodzą też jej skojarzenia z innymi artystami. Fani The Cinematic Orchestra powinni być zachwyceni utworem „Animals”, a „Kiara” przywodzi na myśl Flying Lotusa. Całość krążka, wieńczy przepiękny, melancholijny kawałek Black Sands ozdobiony spokojnymi partiami sekcji dętej.

Album ten okazał się być jeszcze lepszą płytą niż Days To Come z 2006 roku, która została nagrana z niemiecką artystką o indyjskich korzeniach, Bajką. W porównaniu do wcześniejszych pozycji Bonobo, album ten był niejakim przełomem. To w nim po raz pierwszy w karierze Simona Greena pojawił się wokal. Artysta po raz pierwszy też zaprosił też do współpracy muzyków. Jego pomysły nabrały nowych barw, zaczął się kojarzyć z piosenkową formułą, co zaowocowało nową falą fanów i w efekcie jego większą rozpoznawalnością na arenie międzynarodowej.

Rok 2017 zapowiada się równie koncertowo dla Bonobo, jak 2016, a przynajmniej jego pierwsza połowa. Na jego oficjalnej stronie jest już wywieszona lista 50 koncertów na całym świecie, trwająca od lutego do maja, poczynając od rodzinnych stron artysty, Londynu, na Stanach Zjednoczonych kończąc. Polskim fanom najbliżej byłoby do Berlina, gdyby nie fakt, że już od dawna wszystkie bilety są wyprzedane i trzeba by nam było wybrać się za ocean, aby znaleźć się na widowni.

Przygotowała Marta Gajowczyk

Jamiroquai

Wielka indiańska czapa, niezapomniane teledyski które rozgrzewały kolektywną wyobraźnię pokolenia MTV, i przede wszystkim to niepodrabialne brzmienie, łączące soulową wrażliwość Steviego Wondera z futurystycznymi zapędami Daft Punk. W 2017 roku Jamiroquai , bo o nich mowa, planują wrócić z rozmachem.

Zespół Jamiroquai powstał w 1992 roku w Londynie. Od początku istnienia projekt, na czele z charyzmatycznym wokalistą Jay Kayem, cieszył się dużym zainteresowaniem zarówno słuchaczy, jak i branży muzycznej. Brzmienie Jamiroquai, oparte na zgrabnej mieszance funku, soulu i acid jazzu, skutecznie wyróżniało zespół na tle ówczesnych trendów, zdominowanych przez grunge i eurodance.

Oficjalnym początkiem jednej z bardziej błyskotliwych karier muzycznych lat 90 było powstanie albumu Emergency on Planet Earth latem 1993 roku. Wydany na kanwie sukcesu singla „Too Young to Die” krążek idealnie wstrzelił się w niewypełnioną dotąd lukę na zatłoczonym rynku muzycznym. Nawiązując do głębokiej inspiracji Jamiroquai brzmieniem lat 70, niektóre publikacje przekornie ogłaszały Emergency… najlepszym od lat albumem Steviego Wondera.

 

 

Rok 1994 przyniósł premierę drugiego albumu Jamiroquai, The Return of the Space Cowboy. Choć przyjęty nieco chłodniej niż wydany rok wcześniej debiut, krążek potwierdził silną pozycję nietypowej grupy Brytyjczyków, czerpiących garściami z amerykańskiej tradycji muzycznej. O wyjątkowości zespołu stanowiły też teksty utworów, będące sentymentalnym powrotem do natury.

 

 

Choć dwa pierwsze wydawnictwa zapewniły zespołowi Jamiroquai sukces komercyjny i rzesze słuchaczy, trudno było przewidzieć oszałamiający sukces ich trzeciego krążka, Travelling Without Moving. Wydany latem 1996 roku album stanowił jeszcze bardziej ambitny mariaż funku i nu disco w przystępnej, popowej odsłonie. Według Księgi Rekordów Guinessa, Travelling Without Moving to najlepiej sprzedający się funkowy album w historii muzyki. Do tego wyniku z pewnością przyczyniły się single „Virtual Insanity” i „Cosmic Girl”, do których pamiętne wideoklipy nie schodziły z anteny MTV.

 

 

Na kanwie ogromnego sukcesu albumu, Jamiroquai postanowili wkroczyć do Hollywood. Latem 1998 roku Jay Kay i spółka nagrali utwór do amerykańskiego blockbustera „Godzilla”. W „Deeper Underground” zespół zaprezentował bardziej surowe, niepozbawione industrialnych naleciałości brzmienie. Opłaciło się – utwór dotarł do 1. miejsca brytyjskiej listy bestsellerów.

 

 

Lata 90, a tym samym serię bardzo dobrych albumów, Jamiroquai zamknęli krążkiem Synkronized (1999), który nie podążał tropem filmowego hitu „Deeper Underground”. Zamiast tego, zespół powrócił do tego, co znane mu było najlepiej; 10 utworów na Synkronized to future funk opakowany w popowy blask. Całość promował utwór „Canned Heat”, stanowiący, wraz z niemożliwie kolorowym teledyskiem, hołd dla ery disco.

 

 

Nowe millenium Jamiroquai przywitali po raz kolejny na parkiecie. Pierwszy raz odczuwając zauważalny brak świeżych inspiracji, w 2001 roku Jay Kay i reszta stworzyli album A Funk Odyssey, który w telegraficznym skrócie stanowił zlepek pomysłów i motywów wyczerpanych już na wcześniejszych wydawnictwach zespołu. Wyjątkiem był tu utrzymany w stylistyce bossa nova utwór "Corner of the Earth".

 

 

Po wydaniu swojego piątego albumu formacja Jamiroquai udała się na zasłużony, czteroletni odpoczynek. Najdłuższa w historii zespołu przerwa zaowocowała w 2005 roku ich najbogatszym dotąd brzmieniowo dziełem. Album Dynamite stanowił powrót do formy po pozbawionym polotu A Funk Odyssey. Rok później, zespół podsumował swoją dotychczasową działalność fantastyczną składanką High Times.

 

 

Dyskografię londyńskiego projektu zamyka udany album Rock Dust Light Star z 2010 roku. Po raz kolejny, dobrze znane słuchaczom brzmienie zespół osadził w nieco bardziej rockowej konwencji. Promocji krążka towarzyszyła wielomiesięczna trasa koncertowa, w ramach której Jamiroquai odwiedzili także polskich fanów, występując podczas czwartej edycji Orange Warsaw Festival.

 

 

Rok 2017 zapowiada się pracowicie dla Jay Kaya i jego kolegów z Jamiroquai. Na nadchodzące miesiące planowana jest premiera ich długo wyczekiwanego albumu, którego roboczy tytuł brzmi Automation. W sieci pojawił się już tajemniczy teaser podgrzewający atmosferę wokół nadchodzącego krążka. Fani future-funkowych gigantów mogą spodziewać się też dużej trasy koncertowej. Jamiroquai wystąpią między innymi w połowie lipca podczas festiwalu Colours of Ostrava, którego partnerem medialnym jest Akademickie Radio LUZ. My już nie możemy się doczekać!

 

 

Neil Young

Neil Young – poeta, filozof, kompozytor. Muzycznie aktywny od lat 60. Wciąż porusza się po muzycznej amplitudzie – od łzawego folk rocka do agresywnego hard rocka, jednak zawsze pozostaje wierny problemom ludzkiej egzystencji, które są podstawową inspiracją dla jego tekstów.

Wszystko zaczęło się w 1966 roku kiedy wydał płytę Buffalo Springfield razem z zespołem o tej samej nazwie. Album został dobrze przyjęty przez krytyków a hit „For What It’s Worth” uplasował się na siódmym miejscu Billboardu. Również słuchacze zachwycali się wydawnictwem.

Po wydaniu czterech albumów zespól zakończył działalność, a Young rozpoczął współpracę z Crazy Horse i Crosby, Stills & Nash oraz skupił się na karierze solowej.

W 1972 roku Neil Young wydał solowy album Harvest a skomponowany na niego utwór Heart of Gold  stał się światowym hitem i przyczynił się do gigantycznego wzrostu popularności artysty w latach siedemdziesiątych. Album charakteryzuje brzmienie bluesowej gitary, dźwięki banjo czy przesterowane wokale Younga. Album pozwolił na ponowne stworzenie tzw. amerykańskiego brzmienia.

https://www.youtube.com/watch?v=lclx9QLYWDI

Kariera Younga to ogromna liczba wydanych płyt, nagrody Grammy, Juno oraz dwukrotne wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame – najpierw jako artysta solowy, a 2 lata później jako członek Buffalo Springfield.

Neil Young był wielokrotnie wyróżniany w rankingach czołowych mediów muzycznych. Znalazł się na liście stu najlepszych artystów wszechczasów wg Rolling Stone. Aż pięć jego albumów znalazło się w zestawieniu 500 najlepszych albumów natomiast magazyn Paste uznał go za drugiego najlepszego tekściarza, zaraz za Bobem Dylanem.

https://www.youtube.com/watch?v=j6PsBm4VeJQ

Ze względu na wpływ na rozwój muzyki grunge przylgnęła do niego metka „ojca chrzestnego grunge’u”. Pokłosiem zamiłowania do przesterowanych gitar i flanelowych koszul jest album Mirror Ball wydany wraz z Pearl Jam.

W wieku 71 lat pozostaje wierny swoim ideałom z młodości angażując się w działalność na rzecz organizacji ekologicznych. Pracuje obecnie nad filmem dokumentalnym, w którym przedstawiona będzie technologia samochodów elektrycznych. Jako wyraz swoich proekologicznych poglądów Young postanowił wyposażyć swojego Lincolna Continentala z 1959 roku w napęd hybyrdowy.

Nie zwalnia także obrotów i wydaje swój trzydziesty siódmy album Peace Trail – materiał o wyraźnie jamowym charakterze, z dużą ilością swobody pozostawionej kolegom z zespołu. Wyraźnie słychać, że album nagrany jest z ogromnym luzem i wolnością.

Materiał przygotował Radosław Piechociński.

Childish Gambino

Aktorstwo i muzyka od dawna idą w parze. Warto przytoczyć chociażby dokonania Elvisa Presleya czy Beatlesów, którzy sukcesy wydawnicze łączyli z promocją na srebrnym ekranie. Działało i działa to także w drugą stronę. Aktorzy schodzą z desek teatru czy sprzed kamery, by występować w roli piosenkarzy, raperów itp. Tu kłaniają się przykłady Talor Momsen, Drake'a, Jared'a Leto czy Donalda Glovera. Ten ostatni właśnie, jako aktor, reżyser, scenarzysta, komediant oraz jako muzyk, występując pod aliasem Childish Gambino, w tak wielu dziedzinach pokazuje bardzo różne, a jednak wciąż zdecydowane i wiarygodne oblicza.

Glover urodził się 1983 roku w Kalifornii, choć swoje dzieciństwo spędził w stanie Georgia, gdzie uczęszczał do liceum. Rodzice, Beverly i Donald Senior, przez 14 lat służyli jako rodzina zastępcza, co nie pozostało bez wpływu na rozwijającego się Donalda. W 2006-stym ukończył studia artystyczne, związane z tworzeniem scenariuszy, na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Już jako młody chłopak, Glover myślał karierze związanej z telewizją: bądź od strony aktorskiej, bądź od strony scenarzysty. Po studiach chłopak trafił prosto do stacji NBC, gdzie zajął się pisaniem skryptów do serialu 30 Rock, w którym również sporadycznie pojawiał się jako aktor. Jeszcze w trakcie pracy nad serialem, rosły w nim poważne plany co do tworzenia muzyki.

W marcu 2008 Glover wydał swój debiutancki mixtape jako Childish Gambino. Pomysł na alias wziął z sieci, a dokładniej z generatora pseudonimów w klimacie Wu-Tang Clan. Materiał nazwany Sick Boy to z jednej strony prezentacja delikatnego, nieociosanego flow i nierzadko odważnych beatów, nadających wyrazistości temu krążkowi, który jako całość podchodził pod niskobużetowy, lekko zabrudzony rap. Zamieszczone na nim utwory do dzisiaj mogą brzmieć na nieco przekombinowane, choć mają w sobie pewien specyficzny urok. Już rok później do sieci trafił drugi mixtape Gambino pt. Poindexter. Choć nie jest to wciąż dzieło wysokich lotów, rozpędziło nieco tryby kariery Donalda.  Ta jednak rozkwitała w kontekście dużego ekranu. Między wypuszczeniem pierwszych dwóch krążków, skupił się na komedii. Współtworząc grupę Derrick Comedy, wraz z czterema innymi artystami wypuścił pełnometrażowy film, Mystery Team – lekką historię trójki młodych chłopaków podających się za detektywów. Młodzieżowy charakter i niewybredny humor okazały się jednak niewystarczające, by obraz odniósł komercyjny sukces. Rok po jego premierze, w niemal miesięcznym odstępie ukazały się dwa kolejne mixtape-y Gambino. Część pierwsza i druga projektu I AM JUST A RAPPER. Choć materiał jest mocno nierówny i pełen niekonwencjonalnych rozwiązań produkcyjnych i tekstowych, przysporzył on artyście sporo popularności.

Pierwsza EP-ka to zawsze twardy dowód, że artysta rozwija się i sięga po coraz porządniejsze środki i ciekawsze formy. Tak właśnie uczynił Gambino, dzieląc się w 2011-stym roku swoim pierwszym EP. Pozbawiony tytułu, krążek zawiera pięć mocnych, dopieszczonych numerów, wywracających obraz autora wcześniej publikowanych, frywolnych mixtape-ów do góry nogami . Ewidentnie Glover chciał wskoczyć na wyższą półkę i osiągnął ten cel bez większych problemów. Poświadczyć o tym mogą utwory takie jak świetnie skomponowany “Be Alone” czy chwytliwy i energetyczny, znany wielu “Freaks and Geeks”, który doczekał się nawet wideoklipu. W tym samym roku ukazał się równiez jego pełnowymiarowy debiut w postaci krążka "Camp", którym nakreślił swoją sylwetkę artystyczną i podzielił nieco środowisko fanów. Wszystko przez bardzo wyrazisty, ale dla wielu przerysowany styl, który prezentował. Mimo to, znane już utwory, takie jak "Bonfire" czy "Heartbreak" zaistniały w świadomości słuchaczy i kaząły czekać, co wydarzy się dalej. 

Kolejne dwa lata to czas poważnych premier. Rok 2012 przyniósł premierę mixtape-u "Royality", na którym GLover zgromadził niebagatelną grupe gości. Wśród nich wymienić warto ScHoolboy'a Q, Ab-Soul'a, RZA, Ghostface Killah, Dannego Browna czy Becka. Młody raper dał zatem pokaz umiejętności współpracy z dużo bardziej doświadczonymi i załśużonymi twórcami, których obecność bez wątpienia wniosła do materiału dużą różnorodność. Ta jednak, mogła na dłuższą metę wydać się męcząca czy irytująca.  Nie byłato w żadnym razie tragednia, choć potrzebne było coś, co zaprezentuje twórczość Gambino w bardziej poukładanej formie. Najwidoczniej Amerykanin potrzebował tylko roku, żeby wydać kolejny materiał, tym razem jako swój drugi longplay. Zatytułowany "Becouse The Internet", krążek jest niemal godzinną podróżą po wyobraźli lekko zgorzkniałego, młodego człowieka szukającego swojego miejsca we współczesności. Mieszane recenzje to efekt nierówności i wielowątkowości, bardzo rozwarstwionych producji, imponujących natomiast kolorowością i tryskających inwencją. 

Ciekawym pomysłem ze strony promocji było wydanie w dwa dni dwóch premierowych wydawnictw. 2 i 3 października 2014 pojawiły się, najpierw siódmy w karierze Gambino mixtape "STN MTN", a potem drugie EP pt. "Kauai". Dobrze przyjęta, podwójna dawka materiału okazała się strzałem w dziesiątkę zarówno pod względem kreacji, jak i obranego kierunku w rapie. Wśród artystów, którzy mieli swój udział przy tworzeniu krążków, znaleźli się m.in. Jaden Smith, Timbaland i Mike Will Made It, zatem skromniej niż w latach ubiegłych, jednak przez to całość mniej się rozjeżdżałai  pozwalała na jednolite, płynne słuchanie. W tym samym roku Donald Glover został nominowany do dwóch nagród grammy: Best Rap Album za"Becouse The Internet" oraz Best Rap Performance​ za singiel "3005". 

W odniesieniu do jego wszystkich dotychczasowych osiągnięć, najbardziej sprzyjającym okresem kariery Gambino okazuje się, zmierzający ku końcowi, rok 2016. Warto zacząć od sukcesu nowego serialu pt. Atlanta, napisanego, wyreżyserowanego i po części zagranego przez Glovera. Obraz był w tym roku nominowany do Złotych Globów, a będzie kontynuowany również w 2017. Drugim sukcesem z pewnością można nazwać wygranie kastingu na rolę w spinoffie ekranizacji Gwiezdnych Wojen, gdzie artysta wcieli się w rolę Lando Calrissiana – dawnego przyjaciela, a późniejszego wroga Hana Solo. No i na końcu, fenomenalny powrót i przy okazji zwrot o 180 stopni, czyli najnowszy, trzeci longplay pt. "Awaken, My Love!". Unikatowa kreacja, czerpiąca garściami ze spuścizny soulu i funku lat 70-tych i przenosząca te stylistyki na współczesny grunt. Wokalnie również wielka przemiana. Glover rezygnuje z efektów, na rzecz zmienia barwy w naturalny, wytrenowany sposób pozwalający na osiąganie wyższych rejestrów. Różnorodny emocjonalnie, czego nie dało się zbytnio uniknąć przy temperamencie artysty, choć bardzo zjadliwy jako całość materiał.

https://www.youtube.com/watch?v=Aud86OSqQ1w

J. Cole

J.Cole to jedna z najbarwniejszych postaci współczesnej muzyki hip-hop oraz r'n'b. Jarmaine Lamar Cole urodził się we Frankfurcie nad Menem, jednak pół swojego życia spędził w małej miejscowości Fayettevile w Karolinie Północnej. To tam swoje pierwsze teksty pisał J.Cole, jednak prawdziwy wybuch talentu nadszedł wraz z wyprowadzką do Nowego Jorku.

Jako swoje największe inspiracje J.Cole wymienia Canibusa oraz 2paca. Będąc mocno pod wpływem swoich muzycznych bohaterów w 2007 roku wydał swój pierwszy mixtape pt. "The Come Up", na którym spośród 21 utworów, Cole wyprodukował 14. Wśród producentów znalazł się także Kanye West. W 2009 roku raper wydał swój drugi mixtape. Nazwał go "The Warm Up". Album zebrał pozytywne recenzje. 21 czerwca jeszcze tego samego roku odbyła się premiera teledysku do pierwszego singla "Who Dat" w programie telewizyjnym 106 & Park. W międzyczasie raper opublikował trzy utwory: "Wet Dreams", "Won't Be Long", i "Never Told", które miały znaleźć się na jego debiutanckim albumie.

Nieprawdopodobny sukces komercyjny J.Cole'a zawsze szedł u boku z triumfem artystycznym. Jego pierwszy longplay z 2009 roku zatytułowany "Cole World: The Sideline Story" znalazł się na najwyższym miejscu notowań Billboard 200 oraz Top R&B/Hip-Hop Albums. Oprócz tego otrzymał nominację w kategorii Best New Artist na 54. gali rozdania Grammy. Takie początki potrafią zamieszać w głowie, jednak nie w przypadku J.Cole'a. Artysta w wielu wywiadach podkreśla, że nie obchodzi go sława i liczby – zależy mu wyłącznie na realizacji własnej wizji hip-hopu.

Mnogość artystów z którymi J.Cole pracował w przeszłości jest oszałamiająca. Wystarczy choćby wspomnieć kolaboracje z trzeciego mixtape'u, gdzie gościnnie wystąpili między innymi Drake, Wale czy Big Sean. W 2009 roku raper wystąpił u boku Jaya Z, w piosence "A Star Is Born" pochodzącej z albumu "The Blueprint 3". W styczniu 2010 pojawił się u boku Jay Electronica i Mos Defa, duetu Reflection Eternal, w piosence "Just Begun". Na liście znakomitych artystów z którymi studio dzielił J.Cole znajdziemy między innymi Missy Elliott, Trey Songz czy Timbaland. Na najnowszym krążku "4 Your Eyez Only"podobnie jak w przypadku "2014 Forest Hill Drive" znowu obyło się bez gościnnych udziałów. Ciekawostką jest, że poprzedni krążek otrzymał platynową płytę i jest pierwszym od 1989 roku albumem hip-hopowym bez udziału gościnnych nagrań, który zyskał status platynowego.

J.Cole to artysta kompletnie nie pasujący do metki Amerykańskich hip-hopowców obnoszący się swoim wielkim bogactwem. Pokora do ciężko zapracowanego sukcesu sprawia, że J.Cole to artysta wyjątkowo autentyczny. Dwie złote płyty, kolaboracje z największymi w branży oraz miliony fanów na całym świecie w żaden sposób nie odbrały J.Cole'owi jego największej wartości – szczerości w przekazie i trafiania w serce każdego, kto zetknie się z jego muzyką.

 

9 grudnia J. Cole wydał swój kolejny album zatytułowany „4 Your Eyez Only“. I to najlepszy powód do tego, żeby okrzyknąć go Naszym artystą tygodnia!

 

Paweł Chałupa