Archiwum

The Black Angels

Czas na odświeżenie muzyki psychodelicznej, tym razem w rockowym wydaniu. Jest taki zespół, który nie oglądając się specjalnie za siebie, jednocześnie czujnie obserwując rzeczywistość wokół, spełnia tę misję. 21. kwietnia ukazał się ich kolejny album „Death Song”. Przed Wami The Black Angels. Istotnie mroczni, ale i momentami ckliwi.

 

Wydaje się, że w ostatnio w muzyce psychodelicznej dominuje elektronika. Zresztą nie da się ukryć, że radzi sobie kapitalnie. Mówi się o schyłku i stagnacji rocka. Jednak czy w kontekście takich transowych brzmień te dwa gatunki naprawdę są tak daleko?

Historia The Black Angels wcale nie zaczyna się tak, jak w przypadku większości rockowych bandów ze Stanów. Alex Maas i Christian Bland wprawdzie dorastali w tym samym mieście, ale to tyle jeśli chodzi o te wszystkie klasyczne historie. Perkusistkę, blondwłosą Stephanie Bailey, znaleźli wywieszając ogłoszenia na szkolnych korytarzach. Już sam wybór nazwy zaczerpnięty od „The Black Angels Death Song” The Velvet Underground sugerował, że celują raczej w co innego niż większość zespołów rockowych przełomu wieku. Garażowe trio ich nie interesowało; szybko stali się kwintetem, choć paradoksalnie ich muzyka wcale nie była złożona.

Pierwsze dwie płyty to mnogość eksperymentów. Za wszelką cenę chcieli zaszczepić w nich energię grania na żywo. Czy to się udało? I tak, i nie. Dominowały długie, mroczne formy – na debiucie „Passover” najdłuższy utwór ma prawie 20 minut, a cała „Direction Too See A Ghost” trwa nieco ponad godzinę. Obie bezbłędnie wprowadzają w stan hipnozy, ale zbyt szybko i gwałtownie z niego wybudzają, czego efektem jest… zmęczenie. Jednak nie wielkiej bez przesady na żywo mogą brzmieć obłędnie, więc…

Kolejne albumy to konsekwentny progres. „Phosphene Dream” z 2010 roku jest pierwszym albumem, który Amerykanie nagrali z producentem z zewnątrz. David Sardy, w przeszłości produkujący m.in. pierwszy album Wolfmother, czy „Don’t Believe The Truth” Oasis poradził sobie z nieposkromionym dotąd potencjałem zespołu. To również pierwszy album, w którym Black Angels chcieli poeksperymentować z tempem, coraz częściej urozmaicając ciężkie i monotonna utwory o bardziej lekkie i wręcz skoczne wstawki. W efekcie stylistyka zawieszona jest gdzieś między psychodlicznym rock’n’rollem od 13th Floor Elevators, a mrocznym bluesem spod znaku The Doors. Mimo wszystko z bardzo wyraźnym podkreśleniem niezależności piątki z Austin.

Może się wydawać, że „Indigo Meadow” był zwrotem w kierunku tej bardziej popularnej muzyki rockowej. Zresztą już znacznie wcześniej znany z ciętego języka i bezkompromisowości perkusista The Black Keys (tym razem) delikatnie zasugerował otwarcie się na świat. Jak mało kto, wiedział co mówi, bo mniej więcej tak samo postąpił kilka lat wcześniej ze swoim zespołem. To właśnie na płycie „Indigo Meadow” okazuje się, że słyszymy momentami Tame Impala czy Black Mountain, jednak wydaje się, że trochę się nabieramy. Alex Maas zachęca, żeby zamknąć oczy i… usłyszeć wielobarwne kolory, które przez absolutny kocioł gatunkowy na tym albumie chce nam pokazać. I kiedy już wydaje nam się, że zrozumieliśmy. Widzimy kolory to wtedy na sam koniec on wyśpiewuje „now black isn’t black anymore”…

Chromestezja to taka zdolność, która w mózgu przypisuje odpowiednim dźwiękom konkretne kolory. Posiadają ją wybitni muzycy… Ale Alex Maas i spółka zachęcają do tego wszystkich. Kolejnym elementem układanki w muzyce psychodelicznej jest właśnie strona wizualna, do której The Black Angels przywiązują szczególną uwagę. Od teledysków z dziwnymi, starymi filmami, iluzji optycznych na okładkach albumów na wizualizacjach na koncertach kończąc.

Oprócz oczywistego porównania z 13th Floor Elevators zawsze gdzieś z tyłu głowy słuchając Alexa Maasa można usłyszeć Jima Morisona. The Black Angels nawet zdarzyło się nagrać cover „Soul Kitchen” na składance o wymownym tytule „A Psych Tribute To The Doors”.

21. kwietnia, po 4. lata artystycznego niebtu ukazał nowy materiał "Death Song". Teraz już utwór The Velvet Underground "The Black Angels Death Song" nie jest unikatem pod względem tytułu! Album pokazuje delikatniejsze, lecz równie niepokojące, wciąż mroczne (i co jakiś czas uzupełniane mocnymi uderzeniami) oblicze. Nigdy dotąd brzmienie i wokal nie były tak rozmyte, ale jest w tym wszystkim pewna konsekwencja, choć już może dostrzegana nie z przesadnym entuzjazmem.

Lider zespołu, Alex Maas wydaje się być obserwatorem świata, który bardzo często go zasmuca. Tematem, który pojawia się niemal na każdej płycie jest wojna. „Young Man Dead”, „First Wietnamesee War”, „The Sniper”, „Call To Arms” to niektóre utwory w tym klimacie. Gdzieś pojawia się tutaj nawet ruch hipisowski z pro-społecznym i anty-wojennym głosem; Alex jakby utożsamia się bezpośrednio z hymnem "People Have The Power" Patti Smith. Można dojść więc do wniosku, że ciężar muzyczny utworów The Black Angels bynajmniej nie jest przerostem formy nad treścią. To jeden z tych niewielu rockowych zespołów, który nie musi szokować, raczej nie przyciąga popularnością czy ekscentrycznością, nie odciąga naszej uwagi wybujałymi kompozycjami. W takim raziem czym jeszcze przyciąga? Niezwykle oryginalnym brzmieniem. Tajną bronią wg. Christiana Blanda jest melotron, którego brzmienie sprytnie przemycane jest niemal do każdego utworu oraz gitarowe efekty fuzz, wah-wah, reverb, echo i overdrive. Ale co rusz pojawiają się sitar, jug (który jeszcze bardziej przybliża ich do 13th Floor Elevators) skrzypce i inne raczej nie kojarzone z rockiem instrumenty. W tym kontekście muzyka The Black Angels nie bez powodu może kojarzyć się z Indianami. Chodzi tu o emocje, które w obu przypadkach były, są na pierwszym miejscu. Często nawet nie liczy się melodia a raczej przekaz; próba uchwycenia pewnego stanu, który wzbudza trans. I to zarówno u słuchacza, jak i artysty. Muzyka współkomponuje się z tekstem w postaci jasnej deklaracji i komunikatu. 

Ostatnia sprawa. Pochodzenie. Jest w tym pewna przewrotność. Teksas uważany jest jeden z bardziej konserwatywnych rejonów w USA. Jak mówi Alex Maas (czy może raczej zasady dynamiki Newtona), konserwatywny mainstream rodzi bardzo liberalny underground. Każda akcja ma swoją reakcję. Dodatkowo również z Austin pochodzi legenda rocka psychodelicznego i jednocześnie idole The Black Angels – 13th Floor Elevators. I tu też ciekawa historia bowiem wszyscy członkowie zespołu zagrali trasę z powracającym „do żywych” liderem wspomnianej grupy – Rokym Emersonem. „It was amazingly, incredibly, awesome, a great offer” stwierdził Alex Maas. Problem w tym, że koncerty obejmowały całą twórczość artysty, więc dominowały utwory solowe. Na szczęście, nie tylko.

Austin nazywane jest „Live Music Capital of The World”, czyli stolicą muzyki granej na żywo. W końcu również stamtąd pochodzi chyba najsłyniejszy program muzyczny "Austin City Limits", w którym grali i Leonard Cohen i Ray Charles, ale też Mos Def i Kendrick Lamar. Pewnie z tego założenia wyszli Alex Maas, Christian Bland oraz Rob Fitzpatrick, Oswald James chcąc stworzyć społeczność, która nie tylko zrzeszy zespoły uwielbiające koncerty, ale także ludzi, którzy uwielbiają muzykę psychodeliczną. Tak powstało The Reverbnation Appreciation Society – organizacja, a chwilę później wytwórnia zrzeszająca młode zespoły nazwijmy to „z aspiracjami”. Jednym z elementów jej działalności jest "Austin Psych Fest" (od 2015 roku "Levitation") – dziecko The Black Angels. Pierwsza jego edycja odbyła się w 2009 roku i była bardzo lokalna. Nie minęło jednak kilka lat i na festiwalu grały największe gwiazdy nie tylko rockowej muzyki, jak Flying Lotus, Brian Wilson, Animal Collective czy Warpaint, ale najważniejsi wciąż byli Ci pisani mniejszą czcionką. 

A zatem pytanie czym jest muzyka psychodeliczna pozostanie najwyraźniej otwarte, ale czy właśnie to nie jest najlepsze? 

 

 

 

 

 

LCD Soundsystem

Witajcie w głowie Jamesa Murphy’ego. Jego świecie pełnym nieoczywistości, sarkazmu, headlinerskich setów i uzależniających disco-punkowych dźwięków.
LCD Soundsystem Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Wszystko zaczęło się w 2001 roku, kiedy z inicjatywy już 31-letniego Jamesa Murphy’ego powstała niezależna wytwórnia DFA Records. Historia jej nazwy zdradza jednak, że czasy pierwszych zetknięć z poważnym tworzeniem muzyki przypadły o wiele wcześniej, gdy w 1993 roku, Murphy jako DJ, ukrywał się pod przydomkiem Death from Above. Niedługo po rozpoczęciu działalności oficyny, Nowojorczyk wystartował z debiutanckimi singlami, w tym z otwierającym katalog DFA i dyskografię LCD Soundsystem „Losing My Edge”. Muzyka wychodząca spod ręki samodzielnego lidera od początku sprawiała wrażenie granej przez liczny liveband. Właściwie do dziś trudno zdecydować czy mówić o LCD jako tworze osamotnionego Murphy’ego czy większym zespole, aczkolwiek na uwagę w pierwszej kolejności zasługują również perkusista Pat Mahoney oraz odpowiadająca za klawisze Nancy Whang, towarzyszący Jamesowi głównie na scenie.

Debiutancki longplay z 2005 roku utrzymany w słodko gorzkim tonie na każdym kroku kpi ze standardów panujących w XXI w. na scenie muzycznej i wokół niej. Album zatytuowany LCD Soundsystem jest błyskotliwym spojrzeniem na ogół przemądrzałych krytyków i osób oczekujących od „szanującego się słuchacza” znajomości każdego „dobrego” kawałka. Brzmieniowo James ostentacyjnie kopiował styl a to Kraftwerków, a to Beatlesów, a to Bowiego, w wywiadach opowiadając o swoich inspiracjach bez wstydu. Self-titled łączy disco z pełnokrwistym gitarowym hałasem, który ośmiesza większość garażowych bandów dynamiką czyniąc z tego zaledwie jedną ze składowych muzyki LCD Soundsystem.

Ikoniczne brzmienie żywych bębnów zintegrowanych z automatem perkusyjnym skąpane w syntezatorach to w istotnej mierze zasługa oprzyrządowania, z którego James Murphy uwielbia korzystać w studiu. Klasyczne analogowe sprzęty takie jak elektryczne pianino Wurlitzera, szereg kultowych jednostek Mooga i Rolanda czy syntezator EMS VCS3 powodowały zachwyty muzycznych freaków nad, rzeczywiście soundsystemową, twórczością LCD. W połowie ubiegłej dekady słuchacze musieli potrzebować tych punky dyskotekowych hymnów Jamesa Murphy’ego do tejże dekady brzmieniowego zdefiniowania.

W trakcie budowania swojego opus-magnum z 2007, rok wcześniej LCD Soundsystem wyskoczyli z niespodziewaną kampanią Nike+ Original Run i ponad 40-minutowym „utworem do ćwiczeń” zatytuowanym 45:33. Nie wiem czy James Murphy myślał o bieganiu składając ten osobliwy DJ mix, ale okazał się on być gratką dla fanów, ukazując fundamenty największych hitów z kolejnej płyty, czyli Sound of Silver. 45:33 znów ukazał całą gamę inspiracji, do których poza disco oraz kraftwerkowskim pulsowaniem należałoby wymienić jazz i funk za sprawą skocznych dęciaków. Co zostało z najkowej kampanii 11 lat później? Jasne, przetestujcie ten twór podczas porannego joggingu i dajcie znać jak się sprawdza, ale dla mnie to wprost doskonały podkład do roześmianej domówki.

Zanim poznaliśmy zawartość drugiego studyjnego albumu LCD Soundsystem, James Murphy do perfekcji dopracował zatapianie rozległych inspiracji we własnych kompozycyjnych rozważaniach. Zatem wciąż uwodząc piekielnie dobrymi, nowoczesnymi interpretacjami dawnych mistrzów, takich jak Brian Eno czy Talking Heads, na Sound of Silver Murphy oszlifował ideę magnetycznych, dyskotekowych hitów, zarażając przy tym swoją miłością do analogowego brzmienia w taki sposób, że przyciąga zarówno tych, którzy zabrnęli w nadmiernie przetworzoną i skompresowaną elektronikę, jak i miłośników żywego rockowego grania.

Zderzenie ze znaczącą większością pięciogwiazdkowych recenzji SoS niestety przyprawiło Murphy’ego o zawrót głowy. Lider LCD Soundsystem zaczął przymierzać się do zakończenia kariery zespołu z impetem, ale też mówić o tym głośno, zapowiadając This Is Happening jako ostatni i najlepszy album grupy. James twierdził, że nie jest w stanie stawiać poprzeczki coraz wyżej i pisać lepszych utworów niż dotychczas. Ngdy nie chciał się powtarzać i, faktycznie, na This Is Happening trochę jakby przestał żartować w tekstach. Nie skupiał się już dłużej na otaczających go absurdach, lecz wszedł o wiele głębiej do własnej świadomości, która okazała się pełna frapujących, przygnębiających myśli. Jeśli chodzi o końcowy produkt, LCD dowiedli jak potężną instytucją stało się brzmienie grupy na przestrzeni lat, powalając precyzyjną ekspansywnością. Mimo wszystko, czuć było, że album był nagrywany z pełną świadomością, że to już ostatni w dorobku.

Rozpędzona maszyna na fali sukcesu trzeciej płyty zamknęła krótką, acz ekscytującą historię zespołu LCD Soundsystem, rzecz jasna, wyprzedanym koncertem w Madison Square Garden, który spodziewanie zyskał status wydarzenia legendarnego. Ponad 3-godzinna przeprawa przez bogatą w highlighty dyskografię podskórnie przybrała pogrzebowy ton, jednak od zewnątrz przypominała niekończącą się ekstazę. Muzyków na scenie zasilili między innymi Reggie Watts i znany z Arcade Fire Win Butler. Kiedy Murphy zapowiadał utwór „North American Scum”, Butler wymownie pośpieszył go krzycząc „shut up and play the hits”, od której to sentencji wziął się tytuł filmu dokumentującego całe przedsięwzięcie. W ten sposób po 40 latach od The Last Waltz, czyli filmu Martina Scorsese rejestrującego ostatni koncert grupy The Band, pokolenie iTunes’a wreszcie otrzymało swój odpowiednik. Swoją drogą, James pokochałby to porównanie (autorstwa redaktora The Atlantic).

W tegotygodniowej opowieści o LCD Soundsystem dotarliśmy do momentu niezręcznego. Dla mnie, dla Jamesa Murphy’ego i dla fanów grupy. Przecież od początku można było odnieść wrażenie, że Nowojorczyk nie jest pewny czy rozwiązanie zespołu to właściwy krok, zważając na niewiarygodny pęd, jakiego nabrał jego muzyczny projekt. Co może być bardziej niezręczne od comebacku samego w sobie? Fani, którzy czuli się oszukani po tym jak zapisali obecność 2 lipca 2011 na koncercie w Madison Square Garden jako najważniejsze wydarzenie życia. Niezręczny jest też widok przepraszającego w wywiadach i mediach społecznościowych Murphy'ego. Ostatecznie muzyk porównał zakończenie kariery i jej ponowne wznowienie do powtórnego zakochania się w swojej ex. Urocze, prawda? Nie wiem czy mu wybaczyliście, ale ja na pewno!

Zdaje się, że w 2011 roku Murphy miał wiele pomysłów na dalszą, bezbolesną działalność muzyczną, ale po jakimś czasie perspektywa ponownego przybicia piątki z Patem Mahoneyem i Nancy Whang, ale też zaśpiewania „New York I Love You, But You’re Bringing Me Down” z tysiącami fanów na całym świecie sprawiła, że powrót do bandery LCD był kwestią czasu. Stało się to jasne gdy na oficjalnym plakacie zeszłorocznej Coachelli zespół pojawił się w roli headlinera. I to chyba najsłabiej rozpoznawalnego headlinera w historii tego typu głównonurtowych festiwali. Potwierdzają to liczby. Zarówno w nakładach sprzedażowych, jak i ilości odsłuchań największych hitów w serwisach streamingowych Nowojorczykom daleko do wyników Kendricka, Lady Gagi czy Calvina Harrisa. Sam zetknąłem się z anonimowością LCD na Open'erze w 2016 roku, kiedy to festiwalowa ludność w dużym procencie wybrała przerwę na food-trucki zamiast ich niezapomnianego koncertu.

W Gdyni Murphy i spółka wiernie odtworzyli kwietniowy set z kalifornijskiej pustyni, który zachwycił mnie wtedy siedzącego o 8:00 rano przed internetowym streamem. Znalezienie się parę metrów od sceny okazało się banalnie proste. Estetyczne show porwało przednie sektory od pierwszych chwil. Tak wiem, Artysta Tygodnia, komplement goni komplement, ale naprawdę na żadnym koncercie nie bawiłem się tak żarliwie jak na secie tego pana z siwą brodą. Nawet nieśpieszne budowanie kompozycji ani trochę nie zaszkodziło dynamice gigu.

Z bólem przyznam, że kilka miesięcy temu dobierając termin emisji materiału o LCD Soundsystem na antenie Radia LUZ głęboko wierzyłem, że do drugiego tygodnia maja doczekamy się wydawniczego powrotu kapeli. Poza ogłoszeniem oficjalnej daty premiery nowego longplaya brakuje naprawdę niewiele. Po zimowej przerwie Murphy wznowił koncertowanie, zaczął grać nowe piosenki na żywo i właśnie wystąpił w Saturday Night Live. Jakkolwiek wbrew tym poszlakom najwięcej frajdy jak zwykle daje śledzenie chociażby oficjalnego facebooka zespołu, na którym James identyfikuje się z wielbicielami i zabawia ich odpisując na komentarze i przepraszając za czasowe poślizgi. Zatem nowa płyta LCD Soundsystem już niebawem w sklepach! Spełnijmy marzenie najfajniejszego 47-latka na świecie i dajmy mu wreszcie jego wymarzony rekord sprzedaży.

 

Carl Craig

Fascynacja niemieckim brzmieniem muzyki elektronicznej pochłonęła Stany Zjednoczone już w latach osiemdziesiątych. Szczególne zainteresowanie dotarło do współczesnej kolebki gatunku house i techno, czyli Detroit. Amerykański producent  Carl Craig jest uważany za jedną z ważniejszych pozycji drugiej generacji muzyków prezentujących tę stylistykę.

Detroit Techno to kategoria  muzyki wyróżniająca się w głównej mierze użyciem  dźwięków syntetycznych. Carl Craig odznacza się ponadto wyrafinowaniem obecnym w jego twórczości.  Przyciągnął uwagę tym gatunkiem nie tylko w Detroit. Zainteresowanie  techno znalazło odbicie nawet poza granicami miasta.

Przygoda Carla Craiga z muzyką zaczęła się już na etapie szkoły średniej, a motorem napędowym tworzenia okazały się pierwsze audycje radiowe Derricka Maya, który jest uważany za ikonę Detroit Techno. Natchnęły one młodego Carla do eksperymentowania na swoim starym odtwarzaczu kasetowym. Jego kuzyn, pracujący ówcześnie jako realizator światła w jednym z klubów, zapoznał go z nocnym życiem miasta. Młody chłopak poczuł vibe klubów i sam postanowił tworzyć taką odmianę muzyki. Gdy pogłębiło się zangażowanie Carla Craiga w muzykę elektroniczną, dostał swoje pierwsze maszyny: syntezator i sekwencer. Udało mu się również dotrzeć do Derricka Maya poprzez znajomego, uczęszczając na kurs muzyki elektronicznej. May otrzymał porcję pierwszych produkcji Craiga i wyraził zachwyt, co zaowocowało wydaniem „Neurotic Behaviour”, czyli debiutanckiego pełnoprawnego wydawnictwa.

Lata dziewięćdziesiąte były dla producenta Carla Craiga niezwykle płodne. Wydał wiele albumów pod różnymi aliasami, między innymi: BFC, Psyche, czy Innerzone Orchestra. Jego nagrania wyróżniała nowa struktura bębnów i basu, która była niespotykana w nagraniach jego poprzedników. Utwór „Bug In The Bassbin” to znakomity przykład ogromnego potencjału artysty, jak i jego dopracowanych koncepcji np. schematu rytmicznego, z którego czerpali i wciąż czerpią współcześni twórcy.

Planet E Communications to pierwsza, utworzona samodzielnie przez Carla Craiga oficyna, która oprócz produkcji założyciela wydała  płyty takich artystów jak Kevin Saunderson, Alton Miller czy Moodymann. Współtworzenie Detroit Electronic Music Festival w 2000 roku i wiele zaangażowania w rozwój sceny Detroit Techno przyczyniły się do przysporzenia sławy artyście, który stał się muzyczną twarzą swojego miasta. Niektórzy uważają go za wizjonera, niezwykle utalentowanego, o niewyczerpanym pokładzie kreatywności.

Carl Craig to tylko doświadczony producent, ale i znakomity przedsiębiorca. Do dziś zajmuje się organizacją eventów, sprawami związanymi z wydawaniem i promowaniem kultury detroit-techno. Jak sam mówi, możliwość obcowania z przemysłem muzycznym  sprawia mu niebywałą przyjemność. Dzięki temu może wyrażać siebie w każdej dziedzinie, którą się zajmuje.

Dyskografia Carla Craiga zawiera siedem albumów, kilkanaście EP-ek i wiele gościnnych występów na przeróżnych kompilacjach. Soul i Jazz to jedne z tych gatunków, których inspiracje słychać w stylistyce jego kompozycji. Fascynacja futuryzmem powoduje,  że kanon jego twórczości cechuje pewna głębia, niełatwa do rozszyfrowania dla osoby mającej z nią pierwszy raz styczność.

Carl Craig sam w sobie stanowi pewien rozdział muzyki klubowej Detroit. Rozmaity dorobek w postaci nagrań, które po sobie pozostawił, zadziwiać będzie kolejne generacje kultury klubowej. Do dziś otwierane są nowe oficyny wydawnicze, wspierane lub inspirowane jego działalnością.  Sam artysta planuje zaskoczyć nas nowym materiałem, który prawdopodobnie ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku.

„Versus” to nazwa nowego albumu mającego być zinterpretowanym przez orkiestrę w tym roku. Informacja odnośnie tytułów utworów nie została jeszcze ujawniona. Wiadomo natomiast, że na krążku znajdą się nowe wersje utworów: „Sandstorms i Desire”. Ma być wydany nakładem dwóch wytwórni, a w tym Planet E i InFine. Efekty długiej pracy nad „Versus” poznamy już niebawem.

While She Sleeps

Najlepsi szkolni przyjaciele z Sheffield zadebiutowali w 2010 roku swoim mini-albumem The North Stands For Nothing. Krążek postawił ich wysoko w rankingu metalcore’owych kapel gdzieś obok Architects czy Bring Me The Horizon. 

Progresywny metalcore z pogranicza melodyjnego hardcore’u i punku to coś czym While She Sleeps przyciągnęło do siebie fanów z całego świata. Drugi Album grupy This Is Six osiągnął hype, którego echo przeniosło się na całą angielską scenę metalową. Drugi materiał od chłopaków z Sheffield to już porcja znacznie bardziej przebojowego i komercyjnego grania.

W 2015 roku Anglicy z While She Sleeps “wyprali mózgi” wszystkim fanom hardcore punka wydając materiał Brainwashed. Każdy z 12 kawałków to zupełnie inna muzyczna historia. Historia powstała często w wyniku frustracji i złości – tematy poruszane przez chłopaków z Sheffield często zahaczają o politykę i są ponurym spojrzeniem na otaczające nas negatywne zachowania w społeczeństwie. Wokale Lawrence’a Taylora kontrastują z chóralnymi zaśpiewami pozostałych członków zespołu a riffy położone na tym albumie to post-hardcore’owa energia w czystej formie. Zespół balansuje pomiędzy pierwotnym hardore’owym groovem, dynamicznymi i brutalnymi gitarami a melodyjnymi, chwytliwymi solówkami. Dzięki takiej różnorodności materiału While She Sleeps szybko dorobili się solidnego i lojalnego fanbase’u na całym świecie.

21 Kwietnia światło dzienne ujrzał ostatni krążek While She Sleeps zatytułowany You Are WeLongplay potwierdza, że pomimo komercyjnego potencjału wpadających w ucho melodii, chłopaki pozostają w opozycji do mainstreamowego świata – produkcja jest surowa, brutalna i chwilami punkowa. Różnorodność Riffów jest ogromna – poczujemy groove niczym w kompozycjach Toma Morello za sprawą Steal The Sun, by za moment doświadczyć riffów niczym z Rust In Peace w utworze Feel. Fani breakdown’ów zapamiętają ten materiał na długo, a sam krążek portretuje doskonale dominację While She Sleeps na metalcore’owej scenie UK.

 

 

 

 

Father John Misty

Josh Tillman potrafi drażnić, jednak nie da się ukryć, że jest jedną z najbardziej intrygujących i wyrazistych postaci współczesnej muzyki alternatywnej. Jako Father John Misty 7. kwietnia powrócił z albumem „Pure Comedy” i udowodnił, że jeszcze sporo ma do powiedzenia.  

To chyba nie do końca znany fakt, ale Father John Misty, jeszcze do niedawna znany raczej pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, czyli Josh Tillman ma na koncie nie 3, a przynajmniej 11 albumów… Jego profesjonalna muzyczna ścieżka rozpoczęła się w 2003 roku. I od wtedy niemal rokrocznie za pośrednictwem małych, niezależnych wytwórni wydawał swoje kolejne albumy jako „J. Tillman”. Już wtedy słychać było mocny dryg to pisania świetnych piosenek. Co ciekawe pierwszym instrumentem, do którego zasiadł była perkusja, a tej akurat na tych pierwszych płytach jak na lekarstwo. Brzmiały one bardziej akustycznie i kameralnie.

Z biegiem czasu szybko się rozwijał i łapał pewność siebie. Pojawiały się nowe instrumenty, bogatsze aranże. Nieustannie intrygował czystym i dość wysokim wokalem, jednak wciąż wyczuwalna była nieśmiałość, brak obycia i doświadczenia. Fani byli na razie bezlitośni, ale Tillman został zauważony w środowisku – koncertował z Damienem Jurado, a w 2008 roku w roli perkusisty dołączył do rodzącej się wtedy współczesnej (już) legendy amerykańskiego folku – Fleet Foxes (na zdjęciu; Tillman drugi od prawej).

Stało się to wszystko chwilę po zakończeniu prac nad debiutanckim albumem grupy. O ile jednak początki współpracy układały się na tyle dobrze, że panowie nagrali w dość krótkim czasie nowy krążek „Helplessness Blues”, to z czasem atmosfera się psuła, o czym opowiadał zarówno lider zespołu Robin Pecknold, jak i Josh. Wydaje się, że w tamtym momencie obaj byli na tyle mocnymi osobowościami, że nie było dla nich miejsca w jednej grupie. Fleet Foxes było jedynym zespołem, w którym Tillman nie był liderem i chował się w cień innych artystów. Muzycznie wcale jednak od nich nie odstawał – jego bębny z „The Shrine / Tha Argument” czy „Battery Kinze” choć proste, to nadają płycie niesamowitego, wręcz ludycznego rytmu. Koniec końców we Fleet Foxes czuł się trochę jak gość, postanowił więc zainwestować w swoją solową karierę. Od teraz, przyjął alter ego FATHER JOHN MISTY.

Debiutancki album „Fear Fun”, już z nowym pseudonimem, ukazał się w kwietniu 2012 roku. Z miejsca słychać było, że jest zaprzeczeniem tego, co Tillman robił wcześniej. Mało tu delikatnych ballad i wrażliwości, więcej gitary elektrycznej i nawet odrobina czystego rock’n’rolla i psychodeli. Mniej też popisów wokalnych a więcej okrzyków. To, jak na razie, bez wątpienia najbardziej przebojowa jego płyta i również wyraźne odcięcie od wcześniejszego J. Tillmana i „Helpnessless Blues” z Fleet Foxes.

Przez trzy kolejne lata Father John Misty mocno się rozpędził. Stał się bardzo medialny, wywołując burze kontrowersji gdzie tylko się dało, zresztą ta wątpliwa umiejętność została mu do dzisiaj. Zmienił również swój image na bardziej ekstrawagancki (por. zdjęcia z Fleet Foxes i niżej), a pewność siebie i sceniczne ego wyrosło do niebotycznych rozmiarów. I choć muzycznie zawsze bliżej mu było do Boba Dylana to na żywo zaczął przypominać raczej Jima Morissona (patrz niżej) wijąc się, skacząc, ruszając w wręcz nienaturalny sposób. Jednocześnie z miejsca stał się jedną z najbardziej charyzmatycznych i przyciągających postaci na młodej scenie folk-rocka i alternatywy w ogóle. To, co dzieje się z nim na scenie mogli zobaczyć uczestnicy jego jedynego koncertu w Polsce, na Openerze w 2015 roku.

Jeszcze kilka miesięcy przed tym szalonym występem przyszedł czas na sprawdzian drugiej (choć tak naprawdę dziesiątej) płyty. „I Love You, Honeybear” okazała się sporych rozmiarów kamieniem milowym. Od tej pory muzykę Misty’ego można nazywać z jednej strony piękną, ale z drugiej niestety trochę za bardzo wyniosłą i przesadzoną. Wybujałe aranże z niemal 20 osobowym składem zespołu indywidualnie brzmią wspaniale, jednak jako całość mogą nużyć. Niezmiennie skrajne emocje wywołuje również wokal Tillmana, któremu jakby wszystko przychodziło ot tak. Nieco paradoksalnie to właśnie ta płyta zyskała największe uznanie wśród słuchaczy i krytyków.

Po dwóch latach nadeszła wyczekiwane trzecie wydawnictwo „Pure Comedy” zapowiadane singlami już od końca 2016 roku. Słowem to pewna kontynuacja, ale  rozszerzona. Właściwie to bardziej apogeum tego, co działo się u niego wcześniej. Monumentalne, nieco ponad godzinne dzieło dostarcza wzruszeń i naprawdę pięknych utworów. Wiele z nich bez wielkiej przesady można by już nazwać najlepszymi w 2017 roku; za wspaniałe melodie czy teksty. Tillman niemniej znowu nie uniknął pewnego patosu ciążącego na całości, choć może właśnie taki był ironiczny, tytułowy zamysł?

Co by nie powiedzieć o skłonnościach do przesady, to jednak Josh Tillman ma dobry patent na pisanie piosenek. Melancholijny folk-pop spod jego znaku stał się już pewną marką. Jego czysty, wysoki głos w połączeniu z wielką wrażliwością i niebanalnymi melodiami daje często wzruszającą całość. Jednym słowem, którym można opisywać szereg jego kompozycji jest „piękno” odmieniane przez wszystkie przypadki. I nie da się także ukryć, że nie tylko słowem ale również, a może i przede wszystkim muzyką Father John Misty od początku buduje swoje opowieści.

Z jednej strony Josh Tillman z różnych powodów uchodzi za dziwaka, z drugiej jednak jest uważany za dobrego tekściarza, wręcz spadkobiercę gwiazd folk-rocka najlepszych czasów: Boba Dylana, Neila Younga czy Leonadra Cohena. W swoich tekstach porusza tematy najbardziej egzystencjalne uwznioślając je, przemyca wątki polityczne, religijne czy społeczne. Ironizuje, punktuje, rozlicza się. Czasem tworzy przepiękne hymny, a czasem nudnawe antypiosenki, które wcale nie zachwycają. Zachowuje się trochę tak, jak jego protoplaści ponad pół wieku temu. Misty’ego nie można zbyt często brać na poważnie, ale też nie jest jakimś przebierańcem. Oddać mu trzeba, że uważnie i jednocześnie na chłodo obserwuje rzeczywistość, która czasem go nudzi, czasem fascynuje a jeszcze innym razem odrzuca i zasmuca.

 

 

Fleetwood Mac

Twórcy wysublimowanego brzmienia pełnego magii, duchów i zjaw, a przede wszystkim autorzy fantastycznych przebojów. 13 kwietnia obchodzimy 30. rocznicę wydania ich płyty Tango in the Night. Mowa o Fleetwood Mac — Artyście Tygodnia w Akademickim Radiu Luz na 91,6fm.

Swoją działalność rozpoczęli już pod koniec lat 70 jako kolejny zespół grający bluesa i psychodelicznego rocka z Wielkiej Brytanii. Na ich soft-rockową inkarnacje i wielki sukces komercyjny trzeba było poczekać aż do roku 1975, kiedy to do zespołu, po odejściu gitarzysty Boba Welsha, przyłączyli się Lindsey Buckingham i jego ówczesna dziewczyna — Stevie Nicks. Oprócz wymienionej dwójki, w kapeli mogliśmy usłyszeć perkusistę Micka Fleetwooda i małżeństwo McVie.

Okazało się, że dołączenie do Fleetwood Mac Buckinghama i Nicks spowodowało transformację zespołu. Z bluesowej kapeli przeistoczyli się w grupę grającą pełen detali, podszyty folkiem i country, pop rock. Rewolucja nie nastąpiła tylko w sferze brzmieniowej, ale też kompozytorsko. W tamtym momencie zespół liczył aż trzech songwriterów — obok nowej dwójki, twórczynią piosenek była także Christine McVie. Żona Johna, basisty zespołu, już na wcześniejszych płytach Fleetwood Mac wykazała się swoimi umiejętnościami.

Po zmianach kadrowych nadeszła nowa płyta, która okazała się dla Fleetwood Mac przełomem komercyjnym. Ich self-titled z 1975 sprzedał się w liczbie aż 5 milionów kopii. Dzięki trójce songwriterów płyta zabrzmiała bardzo różnorodnie. Obok, napędzanej groovem sekcji rytmicznej, kompozycji Nicks “Rhiannon”, gdzie w refrenie można już było dostrzec przymiarki Lindseya do nadprodukcji chórków, usłyszeliśmy mroczne oblicze Buckinghama w “I’m So Afraid” i pełną ciepła balladę “Warm Ways” autorstwa McVie. Niestety wraz z nadejściem sukcesu komercyjnego, doszło do dramatów prywatnych — rozpadło się małżeństwo McVie i związek Lindseya ze Stevie.

https://www.youtube.com/watch?v=RrO1GMLjp3E

Mimo wewnętrznych konfliktów zespół nie rozpadł się i w 1977 roku Fleetwood Mac wydało legendarną już płytę Rumours, która w tym roku obchodziła 40-lecie. Może właśnie ze względu na osobiste animozje album choć ciepły i kojący w ogólnym wydźwięku podskórnie niepokoi. W największym przeboju — “Dreams”, okraszonym chyba najpiękniejszymi chórkami w historii muzyki rozrywkowej i wyciągniętą na wierzch perkusją Fleetwooda, można wyczuć pewną nerwowość. Cały album spowija zaczarowana atmosfera, która udzieli się każdemu słuchającemu rockera “Go Your Own Way” czy tęsknego, a zarazem pełnego nadziei  “You Make Loving Fun” z bajkowymi backvocalami.

https://www.youtube.com/watch?v=iNPQx_Bb2Fo

W 1979 Fleetwood Mac opublikowało następne wydawnictwo. Tusk to płyta wręcz eksperymentalna. Mimo wielkiego budżetu okazała się porażką komercyjną, ale nie artystyczną. Szalona w każdym aspekcie — szorstka produkcyjnie, eklektyczna i 2-płytowa, ale jednocześnie zjawiskowo magnetyczna. Ujmujące liczbą detali fusion-jazzowe, prowadzone przez piano Rhodesa “Brown Eyes”, rozdzierające serce przez dwugłos w refrenie “Beautiful Child”, to tylko przykłady kreatywności przy tworzeniu piekielnie dobrych piosenek.

Można by rzec, że wydane w 1979 roku Tusk to poligon doświadczalny dla Lindseya Buckinghama, producenta Fleetwood Mac. Ten urodzony w Kalifornii muzyk wyczarował dla zespołu brzmienie brudne, a zarazem potężne. Obsesyjnie nawarstwiając chórki, stworzył wrażenie, że w utworach znajdują się duchy i zmory. Jego maniactwo produkcyjne eskaluje w utworze “Sara”. Piosenka  jest nietypowa już na poziomie samej konstrukcji — trudno znaleźć w niej refren. Każda sekunda przynosi nowe, przenikające się detale, prowadzone przez akordy pianina i wyciągniętą, wręcz na skraj mixu, perkusję. Napięcie piętrzy się w nieskończoność. W rezultacie, nigdy nie zostaje rozładowane, co pozostawia słuchacza z niemym zachwytem.

https://www.youtube.com/watch?v=lfgyivefgHE

Wydane w 1982 Mirage nie jest tak utrwalone w świadomości słuchaczy jak sławny poprzednik, czy przebojowy kolejny album Tango in the Night. Fleetwood Mac chowa odrobinę aspiracje eksperymentalne, broni się dzięki znakomitym piosenkom i nadal dba o piękne brzmienie. Świetnym przykładem niech będzie, dziwaczne w wydźwięku, “Empire State” zaczynające się od miarowych uderzeń perkusji i harfy. Inkrustowane chórkami “Gypsy”, śpiewane przez Nicks, nawiązuje do “Dreams”, a singiel “Hold Me” wyróżnia się potężnym refrenem. Fleetwood Mac nadal brzmi jak nikt inny.

https://www.youtube.com/watch?v=RAbfPDZdEBU

Jak podkreślają specjaliści, Fleetwood Mac to nie tylko produkcyjny przepych, wielkie przeboje i piękne głosy, którymi można zachwycać się bez końca. Na sukces i wyjątkowość zespołu miało też wpływ zderzenie się stylów trzech songwriterów — Stevie Nicks, Lindseya Buckinghama i Christine McVie. Dzięki temu każda płyta nigdy nie traci na wyrazistości. Pozostaje tylko tajemnicą jak mimo tylu problemów na polu osobistym udało im się to wszystko utrzymać w ryzach, ale może właśnie to dzięki temu wykreował się swoisty ferment twórczy, który pchał ich piosenki na wyżyny.

Płyta Tango in the Night Fleetwood Mac, obchodząca 13 kwietnia 30-rocznicę wydania, to skarbnica wzorcowych piosenek łączących w sobie soft-rockowość poprzednich wcieleń zespołu i klawiszowe brzmienia lat 80. Usłyszymy tutaj kunsztowne harmonicznie “Mystefied” autorstwa McVie nawiązujące do rocka tamtej dekady, “Isn’t Midnight” czy wyśpiewane przez Nicks z prawdziwym żalem “When I See You Again”. A wielkie radiowe przeboje jak “Everywhere”, “Seven Wonders” i “Little Lies” to po prostu najlepsze ciastka z muzycznej cukierni Fleetwood Mac, które w ogóle nie odbiegają od artystycznego poziomu innych utworów zespołu.

Film Akademia Pana Kleksa rozpoczynają słowa piosenki “Witajcie w naszej bajce…” i tak właśnie czujemy się, włączając Tango in the Night Fleetwood Mac. Buckingham i reszta zespołu zabierają nas do baśniowej krainy pełnej magii i duchów, która każdego słuchacza przemienia w małe dziecko nadstawiające ucho w nadziei usłyszenia historii o smokach i księżniczkach. W tym przesyconym kolorowymi barwami świecie muzycznych czarów, możemy spokojnie się rozpłynąć.

 

Drake

Ubiegłoroczny album Views nawet przez największych fanów rapera został uznany za najmniej atrakcyjny w karierze Drake’a. Mówiło się o kryzysie, przeroście formy nad treścią, ale pojawiły się i ostrożniejsze głosy, że to tylko wypadek przy pracy, a zarzuty w stronę muzyka to spora przesada. Zawód z pewnością wynikał z wysokich oczekiwań po świetnych Nothing Was The Same i If You're Reading This It's Too Late. Natomiast Views mimo słabszej warstwy muzycznej i tak pobijała rekordy popularności i to na niej znajdziemy wielki hit Hotline Bling, który można było usłyszeć praktycznie wszędzie, zaczynając od stacji radiowych i telewizyjnych, kończąc na klubach i coverach zainspirowanych fanów.

Drizzy wrócił z nowym materiałem i wyjaśnił wszelkie wątpliwości. More Life określa jako playlistę rewolucjonizując podejście do formatu mixtape'u. I trochę tak jest, że możemy poczuć się jak przy słuchaniu starannie wyselekcjonowanych nagrań użytych w radiowej audycji (tu nawiązanie do OVO Sound). Z tą różnicą, że słuchacze otrzymują wyłącznie premierowe nagrania. Nie mogło stać się inaczej – w tym tygodniu na 91.6 FM króluje Drake, Artysta Tygodnia w Radiu LUZ!

Na najnowszym More Life znajdziecie słodkie ballady, ale i brudne, pełne agresywnych linijek bangery, które trudno zlekceważyć.  Drake ma dwie twarze, a spaja je jego egocentryczne podejście. Charakter głównego bohatera najlepiej obrazuje sama twórczość: zdecydowanie drapieżny krążek to If You’re Reading This It’s Too Late w porównaniu z debiutanckim Thank Me, Later… Jeśli szukacie balansu to sprawdźcie listę z tegorocznego krążka!

https://vimeo.com/208405982

 

Aubrey Graham dorastał w jednej z dzielnic Toronto, dokładniej Forest Hill. Większość wakacji spędzał u ojca w Memphis. Zanim skleił pierwszy mixtape, zyskał rozpoznawalność przez ekrany telewizorów, odgrywając rolę koszykarza w serialu Degrassi: Nowe Pokolenie i tak nieprzerwanie przez 8 lat! W 2006 roku wypuścił Room for Improvement, a rok później Comeback Season. Przez 3 lata bujał się bez kontraktu, budując swoją pozycję i respekt na scenie hip-hopowej. Wkrótce dostrzegł go Lil Wayne, oferując Drake’owi udział w trasie koncertowej. W czerwcu 2009 roku Drake stał się podopiecznym oficyny Weezy’ego, czyli Young Money Entertainment. Konsekwencję tego ruchu był minialbum So Far Gone, który uzyskał złoty status, sięgając szóstego miejsca na liście Bibloardu w momencie debiutu.

 O Drizzym było co raz głośniej, a to… dopiero początek złotej ścieżki kariery.

Na swój oficjalny, debiutancki krążek pt. Thank Me Later – Drake zaprosił takich artystów jak Jay-Z czy Alicia Keys, o czym większość startujących raperów ze Stanów mogło pomarzyć. Opieka wytwórni Young Money otworzyła przed Kanadyjczykiem szereg możliwości, z których ten umiejętnie skorzystał. Przysłowiowe „boom” w karierze rapera nastąpiło jednak przy okazji premiery drugiego albumu, a miało to miejsce 6 lat temu. Płyta Take Care zadebiutowała na 1 miejscu listy Billboard, a 2 lata później autor materiału odebrał nagrodę Grammy za najlepszy rapowy album na świecie.

Po wielkim sukcesie płyty Take Care, Drake zrozumiał, że warto wziąć sprawę w swoje ręce i pracować na własny rachunek. Już rok wcześniej, a więc w 2010 roku powołał do życia October’s Very Own Festival w rodzinnym Toronto, do którego zapraszał znajomych z branży, a wystąpili m.in. Jay Z, Eminem czy Faboulous. Kolejnym krokiem było stworzenie własnej marki, która wchłaniała koncepcję wytwórni OVO Sound z działalnością radiową, odzieżową czy filmową. Aktualnie pod skrzydłami OVO znajdują się m.in. Majid Jordan czy PARTYNEXTDOOR. Nie da się ukryć, że Drake poprzez swoją charyzmę zbudował popularność, dzięki której ma potężny wpływ na popkulturę. Składają się na to wszelkiej barwy memy, gify i inne elementy graficzne, ale i fakty o objęciu przez rapera roli ambasadora klubu NBA Toronto Raptors po hedonistyczne motto, które wypowiadało większość młodych ludzi w dzisiejszych czasach, mianowicie You Only Live Once, znane w skrócie jako YOLO i definiowane jako carpe diem nowego pokolenia.

   

 

Po wydanym w 2013 roku materiale pt. Nothing Was The Same, magazyn Rolling Stone napisał:

Drake to ludzki raper. Inteligentny dzieciak, który jest w konflikcie ze sławą, sercem, rodziną, wszystkim oprócz potencjału swojego mikrofonu. To co sprawia, że jego samotność jest fascynującą podróżą, to waga emocji wsparta bitami.

To wszystko prawda, ale i z tego powodu Drake bywał też w konflikcie… ze sceną. Wyjątkowy charakter, który wypracował sobie jako artysta nie zawsze szedł w zgodzie z opiniami innych raperów. W ten sposób wszedł w konflikt m.in. z Chrisem Brownem, Pushą T, Kidem Cudim, a nawet swoimi dobrymi kumplami jak Lil Wayne, Eminem czy Tyga. Jeden z najgłośniejszych beefów z udziałem Drake’a to ten z Meek Millem, który jednogłośnie wygrał… nasz Artysta Tygodnia. Mimo łatki emo-rapera, którą wielu Drake’owi przypina, trudno dyskutować z celnymi i szorstkimi wersami, które rzucał w stronę Meeka w takich numerach jak Charged Up czy Back To Back. Co ciekawe, ten drugi został nawet nominowany do nagrody Grammy, a Drake nie omieszkał wyśmiać MC z Philly grając koncert w jego mieście: Drizzy rapując na żywo zamienił kilka słów w swoich utworach, które przekręcił w punchline’y użyte w stronę oponenta, podsycając zwycięski beef. Od tej pory, co ciekawe, zaczepki w stronę Kanadyjczyka ustały, a ten, skupił się na swojej karierze.

Wzbudzanie skrajnych opinii i emocji na temat własnej osoby to Drake’a specjalność. MC z Toronto to postać wielowymiarowa. To jeden z niewielu artystów ze świata hip-hopu, który bez skrupułów może nazwać się wokalistą, piosenkarzem. Posiada swoją nastrojową konwencję, styl, który wypracował przez lata w branży. I przez to jest kontrowersyjny, ponieważ ślizga się pomiędzy artystycznymi skrajnościami. I za to jedni go kochają, a drudzy… nienawidzą. Trzeba to jednogłośnie przyznać: Nie ma obecnie drugiego, który łączy niepodważalną, światową popularność z szacunkiem różnych środowisk muzycznych, a to wypadkowa jego sukcesu, na który przekłada się nie tylko ilość sprzedanych egzemplarzy, ale też pozytywny odbiór mediów czy wysokie miejsca na listach najlepszych albumów wydanych w ciągu ostatnich kilku lat. To wszystko ma Drake.

Pamiętacie moment, gdy Drake zastąpił headlinera Open'er Festival w Gdyni? Pojawiła się lawina komentarzy, że to jeszcze lepsza informacja. Geniusz i obecnie najbardziej doceniany raper, jakim jest Kendrick Lamar to jeden z tych, który karierę Drake’a nieustannie wspiera. Symbolizuje to choćby film krażący po internecie, w którym popularny K-Dot  prowadząc samochód nuci i podśpiewuje jeden z singli reprezentanta Toronto, pt. Controlla. To pstryczek w nos dla konserwatywnych fanów hip-hopu, dla których postać Drake’a wydaje się być zbyt ekscentryczna. Drizzy mimo konfliktów cieszy się sporą przychylnością sceny, nie tylko tej rapowej. Oprócz wspomnianego Kendricka czy Kanyego Westa z dużą sympatią o Artyście Tygodnia wypowiadała się m.in. Adele. Niewiele osób wie, że Drake był także autorem tekstów Dr. Dre, Alicii Keys czy Jazza Cartiera.

 

Album More Life, który pojawił się w sieci 18 marca,  przez samego Drake’a nazywany jest… playlistą. Sugestia ta wynika z chęci utrzymania radiowego kontekstu.  W takim wypadku nie mogliśmy postąpić inaczej, pochylając się nad głębiej nad twórczością Kanadyjczyka. Płyta pojawiła się nakładem wytwórni Cash Money i tak jak poprzednie krążki pobija rekordy streamingowe w serwisach Tidal czy Spotify.

 

 

 

 

Drexciya

W 2017 roku mija 25 lat od pojawienia się pierwszego dzieła duetu Stinson/Donald, singla L.A.M ("Life after mutation") pt. "Balance of terror". Ćwierć wieku od pierwszego wydawnictwa, niemal piętnaście lat od śmierci Stinsona, a dokonania duetu dalej potrafią zaskoczyć innowacyjnością i oryginalnością.


Czy tego typu projekty konceptualne mają szansę się przebić na dzisiejszej scenie, w świecie social media i wszechobecnego internetu? A może są one już zapomnianym reliktem poprzedniej epoki?

Drexciya – legendarny duet rodem z Detroit składający się ze Jamesa Stinsona i Geralda Donalda. Początek ich działalności datuje się na rok 1991, a pierwsze wydawnictwo z ich eklektyczną mieszanką electro i techno pojawiło się 25 lat temu, w 1992 roku. Ich brzmienie to tajemniczy, podwodny klimat – przetworzone wokale, wraz z nimi pulsujące funkiem maszyny perkusyjne, prowadzone przez modulowane linie basowe i melodyczne oraz zimne, mokre od pogłosu syntezatorowe plamy. 

Drexciya, oprócz muzyki, to silny antykomercyjny przekaz – przez dwie dekady swojej aktywnosci udzielili zaledwie kilku wywiadów, pozostając anonimowi po to aby, jak sami podkreślali, ich wizerunek nie wpływał na interpretacje ich twórczości. Na okładce wydanego w 1997 roku albumu „The Quest” przedstawili mitologię, będącą afroamerykańską wariacją platońskiej historii Atlantydy. Drexciya miała być krainą, zamieszkałą przez dzieci ciężarnych, afrykańskich niewolnic wyrzuconych za burtę w trakcie podróży do Ameryki. Przyszli Drexciyanie, przystosowawszy się do życia w oceanie , byli kolebką podwodnej cywilizacji, przewyższającą ludzi pod względem socjalnym i technologicznym.

Woda ma w twórczości Drexciya wartość symboliczną. Występująca w różnych stanach skupienia, przepływająca szybko, bądź wolno, będąca źródłem życia, lecz potrafiąca także być niebezpieczna i zabójcza jak sztorm, czy tsunami. Produkcje Stinsona i Donalda są swoistą alegorią żywiołu wody. Od bardzo delikatnych i relaksujących dźwięków nasuwających skojarzenia z morską bryzą, do agresywnych, przesiąkniętych basem utwórów, brzmiących niczym podwodne wstrząsy. Tytuły rozbudzają wyobraźnie i zabierają słuchacza w świat morskiej fauny i flory, dźwiękowych wydm i głębinowych poszukiwań.

Cytując Helenę Hauff: „Drexciya pozwalała maszynom pracować”. Produkcje Donalda i Stinsona są dalekie od dzisiejszej laptopowej sterylności studyjnej. Oprócz głębi i mocnego zaszumienia swoich miksów, Drexciyanie nie bali się eksperymentować
z harmonią, a kawałki nagrywane były na żywo, z uniknięciem automatyzacji, jako ukłon w stronę organicznej filozofii duetu. Aranżacje ich utworów sprawiają czasem wrażenie gry żywego bandu, ewoluując wraz z czasem, zmieniając tempo i zaskakując, promieniując skrajnymi emocjami i zróżnicowaną energią.

Oprócz rozpoznawalnego stylu, James Stinson i Gerald Donald to przede wszystkim offowe podejście. DJ Bone wspominał , że Stinson przychodził do klubu na jego imprezy i gratulował selekcji, nie wspominając nawet słowem o swoim dorobku artystycznym, nie podając nawet nazwiska. Bone, pracujący wówczas w lokalnym radiu mówił, że to z kim ma do czynienia dotarło do niego dopiero, po którymś spotkaniu. Stinson nie zachowywał się jak ktoś kto rewolucjonizuje muzykę elektroniczną, nie korzystał ze sławy, którą cieszył się jego projekt – muzyka zawsze grała pierwsze skrzypce.

Elektronika z Detroit swoje korzenie ma w audycji Midnight Funk Association, prowadzonej od końcówki lat 70tych przez Electrifying Mojo, który każdy program rozpoczynał od dźwięków lądującego statku kosmicznego i słów: „The mothership has landed”. Jego selekcja obejmowała klasyki funku jak Prince, czy Parliament Funkadelic, lecz także nowsze brzmienia jak Kraftwerk i New Order. Stinson podkreślał inspirację jaką było słuchanie cotygodniowej audycji Mojo i fakt, że tam po raz pierwszy usłyszał utwór „Alleys of my mind” grupy Cybotron, który zainspirował go do zajęcia się produkcją.

James Stinson borykał się z problemami zdrowotnymi, do tego stopnia, że krótko po wydaniu the quest w 1995 roku Drexciya zaanonsowała koniec kariery. Dolegliwości te udało się natenczas pokonać, co zaowocowało winylem wydanym pod koniec 96 roku na labelu Underground Resistance – „The return of Drexciya”. Podczas rocznej przerwy wspólnik Stinsona, Gerald Donald zajął się projektem Dopplereffekt, poruszającym mroczniejszą, niepokojącą i dystopijną tematykę.

Charakterystyczny produkcyjny sznyt duetu z Detroit nie umykał czujnym fanom, nawet wtedy,gdy wydawali muzykę pod innymi nazwami, na labelach z którymi wcześniej nie wspolpracowali. Elecktroids, The Other Peoples Place, Transllusion, czy Glass Domain to tylko początek listy wydawnictw, które gościły na respektowanych oficynach takich jak Warp, Tresor, Clone, czy Rephlex Records. Nagrywając pod aliasami , producenci pozwalali sobie odejśc od eksploracji oceanicznych głębin, by dać upust koncepcjom związanym z technologią, kosmosem i życiem społecznym.

Drexciya w nielicznych zachowanych wypowiedziach medialnych zawsze podkreśla znaczenie jakie miała dla nich oryginalność i przełomowość brzmieniowa. Byli gotowi porzucić działalność, jeśli ich muzyka poszłaby w złą stronę, bądź utworzyła grono ludzi wyraźnie kopiujących tą stylistykę. „Badania, eksperymenty, nauka, technologia” to słowa klucze którymi opisali ostatni studyjny album „Grava 4”, wydany w 2002 roku na holenderskiej oficynie Clone.

Stronili od grania na żywo, gdyż uważali, że uniwersum klubowe nie jest miejscem dla ich utworów. Wiele tuzów sceny elektronicznej podkreśla znaczenie muzyki Stinsona i Donalda dla ich twórczości, są wśród nich chociażby. Legowelt, Monolake,Stingray, DMX Krew, czy Helena Hauff.

Historia Drexciya tragicznie kończy się w 2002 roku, kiedy to 3 września, z powodu komplikacji serca, w wieku 32 lat odchodzi James Marcel Stinson. Prywatnie kierowca ciężarówki i ojciec siedmiorga dzieci, na krótko przed swoją śmiercią przekazał całą niewydaną twórczość wydawnictwu Clone, czego owocem są kompilacje „Journey Of The Deep Sea Dweller”. Zanim odszedł, zdążył ukończyć solowy release o nazwie Lab Rat XL. Brzmienie tego winyla jest bardzo melancholijne, można odnieść wrażenie, że jest to swoiste pożegnanie artysty ze światem…

Gerald Donald pozostał aktywnym kompozytorem i nie odżegnał się od filozofii oraz dziedzictwa brzmieniowego jakie zostawił po sobie James Stinson. 

https://youtu.be/XHLRnuaq9bI

Fleet Foxes

Budując brzmienie grupy, Robin Pecknold czerpał przede wszystkim ze swoich wczesnych doznań estetycznych – dziecięcych inspiracji. Był to głównie amerykański folk lat 60-tych: Joni Mitchell, Simon & Garfunkel, Bob Dylan oraz Buffalo Springfield. Razem z młodszą siostrą Ają, oprócz wspólnego słuchania nagrań, odkrywał tajniki gry na gitarze akustycznej. Duet Pecknoldów, Robin dość szybko zamienił na spółkę ze Skylerem Skjelset. Przyjaciół z liceum łączyły podobne zainteresowania muzyczne. Po pewnym czasie regularnej pracy na cudzych kompozycjach, Robin i Skye (skaj) zaczęli komponować autorską muzykę. 

W 2005-tym roku Robin Pecknold grywał już podczas amerykańskiej trasy Shane’a Tutmarc’a – wschodzącej gwiazdy ze Seattle. Doświadczenie to widocznie zachęciło go do jeszcze cięższej pracy – chłopak już rok później startował bowiem z własną grupą – The Pinapples. Projekt po krótkim czasie przyjął jednak nazwę Fleet Foxes. Gdyby nie zbieżność nazw z innym zespołem z lokalnego podwórka, do dziś mówilibyśmy o nich jako ananasach. 

Rok 2006 to nie tylko pierwsze występy, ale i wiele energii włożonej w wydanie debiutanckich nagrań Fleet Foxes. Wypuszczone własnym sumptem w nakładzie zaledwie 50 egzemplarzy, pierwsze demo chłopaków rozeszło się głównie podczas lokalnych występów zespołu. Na plus zadziałało doświadczenie Phila Eka, który objął wówczas pieczę nad produkcją (pracuje z grupą po dziś dzień). Minęła chwila, a o Fleet Foxes pochlebnie rozpisywała się już miejscowa prasa. Podsycać optymistyczną atmosferę miały równiesz kolejne próby wydawnicze naszej piątki. Demo Pecknolda i spółki zapewniło im uwagę lokalnego giganta, jakim wciąż jest Sub Pop. Dwa lata po uformowaniu się zespołu, na światło dzienne wyszły pierwsze nagrania sygnowane logo prominentnego labelu. Mowa o EP-ce Sun Giant, która w przejrzysty sposób nakreśliła słuchaczom kierunek, jaki obrali artyści. Wystarczyło również, by zwrócić uwagę słuchaczy na fascynację harmoniami wokalnymi i lekkimi, akustycznymi aranżacjami. Najlepiej słychać to już w otwierającym, tytułowym utworze, który dzieli się na część acapella i część wyłącznie gitarową. Z każdym kawałkiem album zagęszcza się jednak, zostawiając nas na koniec z przyjemnym poczuciem nasycenia.

3 miesiące po premierze Sun Giant, na półki sklepowe trafił debiutancki longplay. Krążek momentalnie zdobył szerokie uznanie krytyków. Po raz kolejny magię kompozycyjną zgrabnie uporządkował Phil Ek, znający najlepiej możliwości amerykańskiej grupy. Dowodem wielkości materiału były już same single z “White WInter Hymnal” na czele. Kluczem okazało się tu wyważenie, którego brakowało jeszcze na poprzednim wydawnictwie. 2008-smy był również czasem pożegnań. Grupę opuścili basista i perkusista, Craig Curran i Nicholas Peterson, a zastąpili ich Christian Wargo i Josh Tillman, znany później jako Father John Misty.

Z nowym składem grupa była gotowa nagrywać kolejny album. Miał on rezygnować z popowego wygładzania na rzecz żywiołowośc. Z tego powodu frontman planował nagrywać nowy album w jak najkrótszym czasie, pozostawiając drobne nierówności, mające wpływać finalnie na poczucie autentyzmu. W trakcie pracy nad nowym LP zespół poszerzył się dodatkowo o Morgana Hendersona, który do dziś odpowiada w grupie za elektronikę i instrumenty strunowe. Po ponad dwuletniej pracy, drugi krążek Fleet Foxes był gotów do wydania. Znalazło się na nim 12 premierowych utworów, w pewnym stopniu jednak ustępujących miejsca poprzednikowi. Mimo braków w klimacie, materiał bronił się bardziej korzennym charakterem, nawiązując do źródła muzyki folkowej. 

Aż 6 lat musiało minąć, żebyśmy w końcu usłyszeli nowy materiał Fleet Foxes. Mimo niejasnych zapowiedzi nowego krążka publikowanych jeszcze w 2013-stym, zespół długo pozostawał gołosłowny. Kilka drobnych teaserów zamieszczonych wtedy w internecie, bardzo szybko zniknęło. Od tego czasu, do marca bieżącego roku zespół nie dawał prawie żadnych znaków życia. Ciszę przerwała premiera utworu połączona z zapowiedzią albumu. 16 czerwca bowiem premierę mieć będzie trzeci krążek amerykanów, zatytułowany Crack-Up. Nagrane w pięcioosobowym składzie, już bez Tillmana, wydawnictwo zapowiada pierwszy singiel, “Third of May / Ōdaigahara".
 

Sampha

Sampha jest najmłodszym z pięciu braci. Jego starsze rodzeństwo – Junior, Jan, Sanie i Ernest – spędzili swoje dzieciństwo w miejscowości Kenema w Sierra Leone. W 1982 roku, jego ojciec który zajmował się wydobywaniem diamentów dostał nową pracę i przeniósł się z rodziną do Londynu, gdzie Sampha urodził się kilka lat później. Zamieszkali w bliźniaczym domu w  dzielnicy Morden. Przeprowadzka była szansą, aby zapewnić więcej możliwości dla swoich synów i uciec przed korupcją w handlu diamentami, która siała spustoszenie w jego kraju. Kilka lat później, w Sierra Leone wybuchła wojna domowa przez którą zginęło ponad 50.000 osób, a setki tysięcy uciekało z kraju. Gdy dziś Sampha wspomina ojca mówi "Zastanawiam się, co po nim odziedziczyłem. Dochodzę do wniosku że nie są to tylko rzeczy fizyczne. To wszystko to o czym myślisz, o czym mówisz i co czujesz
 
Gdy miał 3 lata, ojciec przyniósł do rodzinnego domu stare pianino. Nie było w tym żadnej głębszej ideologii, zależało mu po prostu, aby synowie nie spędzali zbyt dużo czasu przed telewizorem. Okazało się, że dla najmłodszego z pięciorga rodzeństwa Samphy instrument stał się ważna częścią życia, sposobem na radzenie sobie z problemami i przestrzenią do wyrażania samego siebie. Wielokrotnie podkreślał, że pianino jest jego najbardziej krystalicznym wspomnieniem z dzieciństwa. Pomimo tych pozytywnych skojarzeń, pianino stało się również symbolem rodzinnej tragedii. W 98 roku na raka zmarł jego ojciec, a w 2015 z tego samego powodu matka. Właśnie o tym jest piosenka "(No One Knows Me) Like The Piano", która promowała album "Process".
 
Sampha Sisay zawsze miał talent do introspekcji. Zazwyczaj gdy artyści zaglądają do swoich pierwszych tekstów są nimi zażenowani, lub w bardziej pozytywnej wersji rozbawieni. W jego przypadku nawet pierwsze utwory były przepełnione melancholią i psychologicznymi rozważaniami co bardzo go zdziwiło. "Niedawno znalazłem kilka arkuszy z tekstami z dzieciństwa. Pomyślałem co do cholery! Co ja sobie myślałem! O czym ja pisałem!" Poza tekstami od zawsze mocno interesowało go tworzenie bitów. Zaczął nawet oficjalnie tworzyć pod ksywką Kid Nova inspirowaną marvelowską postacią. W 2007 roku wokalista Kwes znalazł jego muzykę na MySpace i przesłał znajomemu który pracował w XL Recordings powiązanym z wytwórnią Young Turks. Później okazało się, że to właśnie ta wytwórnia dystrybuowała dwie pierwsze epki, oraz debiutancki longplay Samphy.
 
Pierwszym oficjalnym wydawnictwem była EPka "Sundanza" wydana w 2010 roku. Był to tak naprawdę zbiór pierwszych kompozycji Samphy powstających na przestrzeni wielu miesięcy. Epka została wydana na ręcznie malowanym CDku w 2010 r. w bardzo limitowanym nakładzie. Pliki miały się też znaleźć na bandcampie, jednak jak sam przyznaje zmasterowane tracki przypadkowo usunął mu z komputera brat podczas jednej z podróży, przez co jest zmuszony umieścić niskiej jakości mp3. Zdecydował się jednak na publikację po to, by cały dochód ze sprzedaży został przeznaczony na organizację wspierającą młode osoby chorujące na raka. Jeśli chodzi o brzmienie, słychać tu dokładnie co Samphie w duszy grało. Dużo syntezatorów i elektronicznych brzmień, choć znalazło się tez miejsce na ukochane pianino. Piosenkowy sznyt i rewelacyjnie kontrolowany wokalny falset były obecne od samego początku.
 
Przy publikacji drugiej w dorobku EPki "Dual", Sampha startował z poziomu artysty który "śpiewał w praktycznie każdym utworze na debiucie SBTRKTa" – tak przynajmniej rozpoczynała się większość recenzji tego materiału. Kolejne akapity traktowały o "nowoczesnym i świeżym podejściu do r&b", o "niesamowitym brzmieniu", "wyjątkowym wokalu", a wreszcie o "materiale na wielką gwiazdę". Niecały miesiąc przed premierą EPki Sampha pojawił się gościnnie u Drake'a w utworze "Too Much" (a tak na prawdę Drake zsamplował jego utwór o tym samym tytule) –  i to co bardzo docenili recenzenci, to brak usilnego dążenia to superszybkiej popularności i pozostanie wiernym swoim priorytetom. W końcu Drake'a można traktować jako artystę z rapowego mainstreamu, a wspólny utwór z praktycznie nieznanym wokalistą musiał spowodować ogromny wzrost zainteresowania. Sam mówił "I was like, 'Mum! Drake wants my beat!' And she was like, 'Who?'" "Dual" na pewno nie jest materiałem przy którym będzie się tańczyło, ale za to pokazuje dość klarownie tę bardziej intymną stronę Samphy, w porównaniu do pierwszej epki Sundanza. To świetny dowód na to, że podążanie za swoim głosem często okazuje się dużo bardziej owocne, niż uleganie temu, czego wszyscy od Ciebie oczekują.
 
Niewątpliwie jednym z najważniejszych momentów kształtujących Samphę jako artystę, oraz stwarzających mu przestrzeń na dotarcie do ludzi była współpraca i obecność na płycie SBTRKTa w 2011 roku. Aż 6 z 12 na krążków padło łupem jego wokalu. "Hold on" to utwór w którym czuje się jak ryba w wodzie, spokojna i klimatyczna kompozycja bardzo podobna do tego co Sampha prezentował na swoich własnych wydawnictwach. Po solidnym ale dość oczywistym wprowadzeniu trafiamy na takie utwory jak "Living Like I Do" czy "Something Goes Right" gdzie SBTRKT powrócił do swoich rytmicznych i drum'n'basowych korzeni, wprowadzając wokalistę na nieodkryty wcześniej przez niego muzyczny teren. I wiecie co? Właśnie na tych energicznych kompozycjach spokojny dotąd Sampha wypadł jeszcze lepiej.
 
Lista gościnnych występów Samphy jest na prawdę spektakularna. Poza wspomnianym udziałem na płycie SBTRKTa, w 2011 roku pojawił się też dwukrotnie na krążku "DevotionJessie Ware. Kolejne byłby dwa utwory z Drake'em, "Play" z Katy B, świetna kolaboracja z Emile Haynie i  Devem Hynesem w utworze "A Kiss Goodbye". To nie koniec – rok 2016 przyniósł gościnki u Kanye Westa w "Saint Pablo", Franka Oceana na wizualnym krążku "Endless", czy w końcu na jednym z najlepszy albumów ubiegłego roku czyli "A Seat at the Table" Solange, gdzie nie tylko zaśpiewał w singlu "Don't Touch My Hair" ale był współodpowiedzialny za produkcję aż 4 utworów. Pojawiało się wiele głosów, że to właśnie obecność Samphy sprawiła, że Solange zdołała wyjść z cienia swojej starszej siostry Beyonce.
 
"Gdy muzyka i teksty są tak bardzo realne i surowe, nie ma nawet przyjemności z jej słuchania. Gdy ja piszę coś osobistego, nie czuję się z tym komfortowo." Takie słowa wypowiedział w jednym z wywiadów. Niewątpliwie takie zdanie ma związek z sytuacjami, których wokalista doświadczył w swoim życiu – zarówno ojciec jak i matka zmarli przedwcześnie z powodu raka. "Zanim zdiagnozowano raka u mojej mamy, mój brat miał poważny udar co spowodowało u niego fizyczną niepełnosprawność. Gdy byłem młodszy byłem z nim mocno związany i podczas nagrywania albumu Process praktycznie cały czas o nim myślałem." Sampha wielokrotnie podkreślał, jak duże piętno odcisnęły na nim problemy rodzinne, ale nigdy nie próbował się od nich odciąć. Przyznał nawet, że mimo iż obecnie dużo trudniej jest mu spędzać czas wspólnie z bratem, to dzięki temu czuje się jeszcze bardziej z nim związany emocjonalnie. Zdrowotne defekty nie ominęły również i jego. W 2011 roku, kilka dni po zakończeniu trasy z SBTRKTem, Sampha obudził się z gorączką i bólem w gardle. Okazało się, że jest tam guzek. Artysta poddał się leczeniu i poczuł sie lepiej, jednak guzek nadal tam jest. Tę sytuację wspomina w utworze "Plastic 100ºC”.
 
FKA Twigs, SBTRKT, czy The XX – to artyści wydawani przez wytwórnię Young Turks. Zupełnie nie dziwi fakt, że Sampha ze swoim albumem dołączył do tego grona. W końcu nie od dziś wiadomo, że ten label potrafi przemycać alternatywne brzmienia do mainstreamowej rzeczywistości, a Samphie zdecydowanie się to należy. To co najciekawsze na "Process" to bardzo zróżnicowane tempo i emocje w kolejnych utworach oraz fakt, iż mimo to krążek tworzy spójną historię. Otwierające "Plastic 100ºC" buduje napięcie, które eksploduje w kolejnym, jednym z najlepszych na płycie, utworze "Blood on me" w którym wokalista zdecydowanie się rozpędza i śpiewa do wciągającej i rytmicznej kompozycji brzmieniowo przypominającej wspólne przygody z SBTRKTem. Później przez najbardziej taneczny numer "Kora Sings" przechodzimy do urzekającej ballady "(No One Knows Me) Like the Piano” w której Sampha powraca do wspomnień związanych z dzieciństwem i jego matką. Druga część albumu jest zdecydowanie mniej oczywista, choć rozjaśniana momentami klasycznego R&B jak w "Timmy's Prayer" lub bardziej eksperymentalnymi jak w "Reverse Faults".
 
Tytuł "Process" zdecydowanie nie jest przypadkowy. Bo proces tworzenia tego materiału był bardzo rozciągnięty w czasie. Gdzieś usłyszałem, że tę płytę można albo pokochać, albo znienawidzić. Nie jestem przekonany czy tak radykalne stawianie sprawy jest słuszne, ale faktycznie bezprecedensowa brzmieniowa konsekwencja Samphy dla jednych może być ogromną zaletą, dla innych czymś niezrozumiałym. Sednem sprawy jest jednak pytanie, czy w muzyce chodzi o to aby tworzyć ją dla wszystkich? Przecież to właśnie te cechy i pierwiastek wyjąktowości sprawiają, że dany artysta – w tym przypadku Sampha – ma szansę stać się jedną z najważniejszych postaci na scenie muzyki współczesnej. Szukacie efekciarstwa lub zbędnego przepychu? To nie ten adres. W zamian za to otrzymujemy bardzo prawdziwą i wykrystalizowaną paczkę emocji, bez udawania kogoś innego. Dzięki temu właśnie, z pewnością w głosie można powiedzieć, że "Process" to jeden z najlepszych debiutów w  alternatywnym R&B.