Dwa dni na plaży, jeden dzień w parku, sześć głównych scen.
Spotkamy się tam już po raz dwunasty.
Podczas poprzednich edycji mogliśmy usłyszeć w Płocku wiele gwiazd muzyki elektronicznej. W tym roku na nadwiślańskiej plaży nie będzie inaczej. Wszyscy fani klubowych brzmień mogą spodziewać się mocnego uderzenia prosto z Detroit. Nie zawiodą się też fani innej odmiany techno, house czy muzyki basowej. Poza częścią główną odbywającą się na plaży, gdzie pojawią się znane już sceny: Main Stage, Circus Tent, Hybrid Tent, Cities Tent i T-Mobile Electronic Beats Stage, w mieście stanie scena Burn Stage. Na płockim rynku odbędą się również targi muzyczne, a kino festiwalowe pokaże filmy związane z tematyką festiwalu. Po dwóch dniach nocnego tańczenia odbędzie się Sun/Day. Wydarzenie stanowiące kontrapunkt dla pozostałej, odbywającej się głównie w nocy części festiwalu. Od niedzielnego popołudnia aż do wieczora będziemy mogli w rodzinnej i parkowej atmosferze posłuchać artystów występujących na dwóch scenach.
Na festiwalu ważne miejsce zajmują polscy producenci i DJ-e, których ciężka praca przez caly rok zostaje nagrodzona możliwośckią zagrania na tak dużym festiwalu jakim jest Audioriver. Podczas głównej części festiwalu wystąpią między innymi: Bass Astral x Igo, Michał Gutkowski, DEAS/A_GIM, CZELUŚĆ czy Baasch. W trakcie niedzielnego chilloutu zagra pochodzący z Rzeszowa Emoczo oraz dobrze znanym słuchaczom Radia LUZ z audycji Subwena, drumandbassowy aktywista – Macbeat.
W piątek na scenie T-Mobile Electronic Beats wystąpi Ben UFO, założyciel jednej z najważniejszych wytwórni , specjalizujących się w muzyce basowej – Hessle Audio. Pomimo tego, że zajmuję się on tylko DJ’ingiem, jest jedną z najważniejszych postaci postaci na brytyjskiej scenie muzyki elektronicznej. Jego sety to mieszanka house’u, wysmakowanego dubstepu oraz grime’u zarówno tego nowego, jak i klasycznego. Ostatnio w Polsce, Bena mogliśmy usłyszeć w marcu, na krakowskiej imprezie Hessle Audio. Kwintesencja muzyki basowej już wkrótce będzie wybrzmiewać na płockiej plaży.
Piątek to również dzień, w którym na dużej scenie festiwalu wystąpi jedna z najważniejszych gwiazd tegorocznej edycji. Boys Noize to pozycja, która już od kilku lat była jednym z głównych celów organizatorów. Ten niemiecki producent jest przede wszystkim kojarzony z francuską odmianą muzyki electro, a jego status bliski jest takim producentom jak m.in. Mr Oizo, Digitalism czy MSTRKRFT. Dzięki swoim remiksom znanych utworów osiągnął przed kilkoma laty spory sukces komercyjny. Boys Noize to gwarancja wybuchowego koncertu, gdzie ściera się ze sobą multum gatunków muzycznych: od techno, house, industrial, punk aż po hip hop.
W gronie zaproszonych artystów znajdują się również osoby niezajmujące się produkcją, ale za to są całkowicie oddane sztuce selekcji i miksowania. Do tego grona należy m.in. Jackmaster, który zajął drugie miejsce na liście najlepszych DJ-ów świata wg. czytelników portalu Resident Advisor. Warta odnotowania jest także DJ Storm, jedna z założycielek legendarnej drum&bassowej wytwórni Metalheadz, która wspólnie z Kemistry oraz Goldiem zapisała się na zawsze w kartach muzyki jungle i również Bryan Gee, specjalizujący się w połamanych brzmieniach już od prawie 25 lat.
12 edycja festiwalu Audioriver to powrót po dwóch latach, najbardziej rozpoznawalnej postaci w obecnym świecie muzyki elektronicznej. Swój sukces zawdzięcza niesamowitemu setowi z Boiler Rooma w Tulum, którego obejrzało ponad 25 milionów ludzi. Solomun, bo on ukrywa się pod tymi zasługami, ma obecnie wielki wpływ na brzmienie muzyki house. Dzięki niemu istnieje label Diynamic Music, w którym wydawali: Kollektiv Turmstrasse, H.O.S.H, David August, Ost & Kjex czy Adriatique. Na żywo do zobaczenia w piątek, na legendarnej i najdłużej działającej scenie Circus Tent.
W tym roku na festiwalu Audioriver wystąpi liczna reprezentacja twórców pochodzących z Detroit. Grupa The Belleville Three to Derrick May, Kevin Saunderson i Juan Atkins, którzy jeszcze w latach osiemdziesiątych kształtowali i mocno wpłynęli na rozwój muzyki detroit techno. Niemal 40 lat doświadczenia tych producentów, a także ich wspólny występ to jeden z ważniejszych punktów programu tego roku. Niemniejsze znaczenie dla tego gatunku ma występujący na głównej scenie Carl Craig, który zaprezentuje swój autorski projekt Versus Synthesizer Ensemble. Ze znajdującej się w stanie Michigan metropolii pochodzą także: Robert Hood, który pojawi się na festiwalu z live actem, a wisienką na torcie będzie Moodymann, legendarna już postać muzyki house, którą na scenie T-Mobile Electronic Beats usłyszymy w sobotę.
Człowiek o wielu pseudonimach, który na scenie techno obecny jest już od prawie 30 lat. Luke Slater to jedna z najbardziej docenianych producentów w świecie muzyki elektronicznej. Jego kariera to pasmo sukcesów, na czele z płytą Freek Funk, obchodzącą okrągłe 20 lat. Jego najnowsze wydawnictwo pod tytułem Arc Angel pojawiło się na rynku we wrześniu zeszłego roku. Pod tym samym pseudonimem pod którym wydał płytę, wystąpi również na Audioriver. Planetary Assault System zaprasza na podróż w piątkową noc.
Lincoln Barrett od początku swojej kariery jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na rynku muzyki drum and bass. Jego wytwórnia Hospital Records, ale także dwie pierwsze płyty: True Colours i High Society zadecydowały o jego światowym rozgłosie. High Contrast, bo pod tym pseudonimem występuje Barrett, to kluczowa postać liquid funku i komercyjnej odmiany dnb. Na audioriverowym Hybrid Tencie wystąpi już w piątek w wersji live.
Festiwal to nie tylko wymienieni artyści. Na fanów dzwięków 4×4 czekają między innymi: Stephan Bodzin, Joris Voorn, KiNK, Tale Of Us, Rampue, Dax J czy Artefakt. Za to zwolennicy szybszego tempa w okolicach 170 bpmów mogą nastawiać się powoli na drum and bass najwyższej półki, dzięki takim producentów jak: Alix Perez, Emperor, Halogenix, Total Science, Danny Byrd, MC DRS i London Elektricity. Jedno jest pewne – Płock zapłonie 28 lipca.
17 lipca minęło pół wieku od śmierci wielkiego saksofonisty, Johna Coltrane'a. Jego styl, zainspirowany ekstatyczną muzyką kościelną, którą nasiąkł z racji swojej religijności, ma wpływ na muzykę do chwili obecnej.Był wirtuozem i wizjonerem, opanował instrument w stopniu, który umożliwił mu granie z niepowtarzalną ekspresją. Jednocześnie imponował pokorą i mądrością. Legendarny Trane Artystą Tygodnia w Radiu Luz.
John William Coltrane urodził się w 1926 roku w Hamlet, mieście w Północnej Karolinie w USA. Dorastał w bardzo religijnej rodzinie. Na saksofonie ćwiczył od trzynastego roku życia. Pod koniec drugiej wojny światowej (w dniu, w którym zrzucono bombę atomową Hiroszimę) zgłosił się do Marynarki Wojennej, aby uniknąć zaciągnięcia do armii. Udało mu się – nigdy nie musiał walczyć. Do tego w bazie wojskowej grał zespół, do którego Coltrane dołączył. Regulamin zabraniał czarnoskórym muzykom gry z białymi, z początku występował więc gościnnie. Służbę kończył już jako lider.
Po zakończeniu służby Coltrane grał w różnych zespołach, między innymi z Kingiem Kolaxem i Jimmym Heathem. Inspirował się wtedy, podobnie jak większość współczesnych mu saksofonistów, stylem Charliego Parkera. Już wtedy zwracał uwagę swoją grą, w jakiś sposób jednocześnie brzmiał podobnie do Birda, ale nie sprawiał wrażenia, jakby go naśladował. Dużym krokiem naprzód było dla Coltrane'a dołączenie do zespołu Dizzy'ego Gillespiego. Wtedy zostało zarejestrowane jego pierwsze solo.
Zdobywał popularność i szacunek, zaczął być znany jako "Trane". Wtedy też jednak uzależnił się od heroiny. Był cenionym muzykiem, który ciągle poprawiał swoją grę, ale często wyrzucano go z zespołów z powodu nałogu. Narkotyki były codziennością w świecie jazzu, ale tylko do momentu zachowania choć resztki kontroli.
W sierpniu1955 roku Miles Davis przygotowywał się do wielkiego powrotu. Po czteroletnim kryzysie, spowodowanym narkotykami, wrócił do formy i wszedł na scenę festiwalu w Newport, gdzie zgarnął owacje na stojąco. Szykował się do trasy po Stanach, sprawy wyglądały dobrze, zespół brzmiał świetnie. I właśnie wtedy saksofonista Sonny Rollins przepadł, nie było z nim kontaktu. Później okazało się, że bez zapowiedzi udał się na odwyk. Davis był w desperackiej sytuacji, niezbędne do obsadzenia miejsce pozostawało puste, terminy zbliżały się nieuchronnie, a żaden z przesłuchiwanych muzyków nie spełniał oczekiwań. Wtedy perkusista przyprowadził Johna Coltrane'a.
Miles był kilka lat wcześniej świadkiem, jak ten sam Rollins, który grał z nim do tej pory, zmiata ze sceny Trane'a. Tym większe wrażenie zrobił na nim John podczas przesłuchania, jakość gry była potęgowana przez progres, jaki saksofonista zrobił przez ten czas. Do tego znał wszystkie piosenki. Davis już wtedy przeczuwał, że energia Coltrane'a będzie idealnie komponować się z jego stylem gry na trąbce, jednak nie dawał po sobie poznać, jak bardzo jest zachwycony, czym speszył Johna. Wydawało się, że szczęśliwego zakończenia nie będzie. Trane pojechał na umówione występy do Filadelfii. Pewnego dnia odebrał jednak telefon, w którym został (słowami Milesa) bardzo poproszony o powrót . W ten sposób ustalił się skład Pierwszego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa.
Współpraca z Milesem była najważniejszym momentem w dotychczasowej karierze Trane'a. Trafił na lidera, który dawał mu wolność i wręcz wymagał rozwoju. Saksofonista powiedział w wywiadzie, że czuje się opóźniony o dziesięć lat w stosunku do reszty zespołu. Zawsze zresztą mówił skromnie o sobie i w superlatywach o innych muzykach, nigdy nie uważał się za gwiazdę ani nie popadł w celebrytyzm. Gdy pewnego wieczoru Albert Ayler z saksofonem pod pachą wprosił się na scenę, na której występował John, ten ucieszył się z wizyty. Trane nie widział okazji do podkreślenia swojego statusu, tylko szansę poprawy muzyki. Grali więc z Aylerem razem, kierując saksofony do sufitu. Na taki gest nie zdobyłby się Miles, który pewnie własnoręcznie wykopałby intruza z klubu.
Przeciwieństwa – jak na ironię, dość schematyczne – napędzały duet Davis-Coltrane. Trane grał z energią i pasją, co nie przystawało do jego delikatności po odłożeniu instrumentu. Dziennikarze podczas wywiadów często byli zszokowani tym, że ktoś, kto wydobywa z saksofonu tak dzikie i nieokrzesane dźwięki, jest jednocześnie tak spokojnym człowiekiem. John prywatnie był cichy i raczej introwertyczny. Davis natomiast grał cicho i wrażliwie, ale po wyjęciu trąbki z ust stawał się gwałtowną, czasem szaleńczą postacią. Inaczej też traktowali ludzi – John był troskliwy, przyjmując nowego członka do zespołu chciał poznać jego rodziców, podczas gdy Miles potrafił przyłożyć innemu muzykowi (co zresztą spotkało Trane'a) . Ich wspólne nagrania, na których lód miesza się z ogniem, to klasyka jazzu.
Trane posiadał wielki talent, a ćwiczył, jakby nie miał go w ogóle. Któryś z jego kolegów zauważył, że wchodził na scenę jak bokser, spocony po rozgrzewce. Grał bez przerwy, zasypiał z instrumentem na piersi. Był przy tym niesamowicie samokrytyczny, pewien fan spisał jego solówki i pokazał mu ich zapis, a Johhn stwierdził, że to niemożliwe, bo on nie gra tak trudnych rzeczy. Kontrastuje to z podejściem Davisa – trębacz w pewnym momencie w ogóle przestał ćwiczyć, pogrążając się w nałogu. U Johna nawet heroina nie zabiła religijnego oddania muzyce. Mimo to utrudniała funkcjonowanie, często je uniemożliwiała, w konsekwencji prawie niszcząc jego karierę. Uzależnienie Trane'a galopowało razem z postępem w jego grze. Alkohol łączył z wydawaniem nawet 80 dolarów dziennie na towar. Coltrane był niesamowity, ale nie dało się na nim polegać, na scenie dziwnie się kiwał, występował w brudnych, pogniecionych ubraniach. Po koncercie, podczas którego stał nieruchomo i patrzył w jeden punkt, został wyrzucony z zespołu. Wrócił do domu w Filadelfii, żeby się wyleczyć.
W 1957 roku za sprawą Bożej łaski doświadczyłem przebudzenia duchowego, dzięki któremu doszedłem do życia bogatszego, pełniejszego i bardziej twórczego.W tym czasie, z wdzięcznością, pokornie prosiłem o umiejętność i przywilej uszczęśliwiania innych poprzez muzykę.Coltrane zamknął się na trzy dni w swoim pokoju i rzucił nałóg. Pozostał czysty już do końca życia. Gdyby nie wiara w Boga (a raczej w Absolut, według jego słów, wierzył we wszystkie religie), nie wiadomo, czy by mu się udało. Po tym legendarnym epizodzie duchowość Johna stała się jeszcze mocniejsza. Talent, wrażliwość i wiedza mogły już działać bez przeszkód, rozpoczynając najciekawszy okres w twórczości Johna. W jego grze zaczęły pojawiać się charakterystyczne gęste, gwałtownie zmieniające i rozszerzające się dźwięki. Ten styl kompozycji i improwizacji został jego znakiem rozpoznawczym.
Coltrane po oczyszczeniu powrócił do zespołu Milesa. Jednocześnie stał się bardziej niezależny, udzielał się na płytach innych muzyków i nagrywał jako lider. Z Davisem występował jeszcze przez trzy lata, nagrywając płyty Milestones i Kind of Blue. Ta druga należy do absolutnego kanonu, jest częstą "jedynką" na liście najlepszych albumów gatunku. To zarazem dzieło przestępne, idealne do rozpoczęcia przygody z jazzem. Sesja nagraniowa była krótka, a kompozycje ledwo naszkicowane. Chociaż pomysł i zespół należały do Milesa, Kind of Blue nie powstałoby bez wybitnych, rozumiejących się w lot muzyków, zdolnych wspólnie improwizować. John był jednym z nich.
Niedługo potem Coltrane nagrał swój słynny solowy album Giant Steps. Otwierający płytę utwór tytułowy daje słuchaczowi dwa powtórzenia tematu, dwadzieścia pięć sekund, po czym zaczyna się galop saksofonu Trane'a w tyle różnych miejsc, że po chwili nie wiadomo, jak on do tego doszedł, gdzie był przed chwilą i gdzie zaraz będzie. Gdy solówka się kończy, pianista Tommy Flanagan próbuje grać swoją partię, ale słychać, że nie do końca wie, co się dzieje i stara się przetrwać te kilkadziesiąt sekund i jak najzgrabniej zakończyć, żeby nie najeść się wstydu. Kontrabas i perkusja grają zaś momentami czystą konsternację.
Zarówno Kind Of Blue, jak i Giant Steps to kamienie milowe jazzu, dwie z trzech wielkich płyt przełomowego roku 1959 (trzecie jest Ah-Um Charliego Mingusa). Obie sesje miały miejsce stosunkowo krótko po sobie. Wcześniej taka sytuacja też miała miejsce – Coltrane trzy dni po sesji z Davisem, której owocem był album Milestones, wszedł do studia i stworzył Soultrane. Tempo prac było u niego zadziwiające, pozostawił po sobie morze muzyki. Po jego śmierci wytwórnie oznaczały go jako lidera w odgrzebanych płytach z sesji, w których brał udział zaledwie jako sideman. Oprócz albumów studyjnych i koncertow, raz na jakiś czas wychodziły nagrania z nieznanym wcześniej materiałem. Gdy wydano jego koncert z Theloniousem Monkiem, nagrany na słabym sprzęcie, nikomu nie przeszkadzała jakość dźwięku. Po albumach i datach koncertów można ułożyć jego życiorys z przerwami co najwyżej kilkutygodniowymi. Przywodzi to na myśl podążanie za wielkim filozofem, kręcenie się dookoła Husserla czy Kanta i niecierpliwe czekanie, aż z ich umysłów skapnie kolejna myśl. Gdyby usłyszeć wszystko, co w życiu powiedział wybitny myśliciel, na pewno by się nie zgłupiało, mnogość złotych myśli powinna przyćmić te prozaiczne, będące jedynie łyżką dziegciu w beczce intelektualnego miodu. Trane był na takim poziomie, że każdarzecz, jakiej dotknął, warta jest uwagi. Jednak, jak słusznie zauważył afroamerykański filozof Cornel West, przesłuchać całego Coltrane'a to jak przeczytać całego Tołstoja, zajęcie na całe życie. Ale najważniejsza nie jest ilość, ale to, jak głęboko przyswoisz jego wrażliwość.
W 1960 gra Coltrane'a stawała się już zbyt dziwna i nowatorska do gry w zespole Milesa. Davis był wtedy apolliński, tworzył sztukę według obiektywnych zasad harmonii i równowagi. Jego muzyka była zamknięta w pewnej formie, z której Trane zaczął wyrastać. Saksofonista zmierzał w stronę dionizyjską, czyli ruchu, dynamiki i ekspresji. Na koncertach szedł w zupełnie inne rejony, niż reszta zespołu, a jego solówki dla niewyrobionego ucha brzmiały jak hałas. Przeciwieństwa, które początkowo napędzały duet, wypaliły go. Z tego powodu współpraca między muzykami była coraz luźniejsza, aż do momentu odejścia Johna z zespołu. Można powiedzieć, że Coltrane wyrósł z formy podwójnie – w sensie muzyki i własnej podmiotowości. Był już gotowy nie na okazjonalne przewodzenie, ale na zostanie pełnoprawnym liderem.
Trane zabrał się za realizowanie swojej wizji, szybko tworząc przepaść pomiędzy chwilą obecną a dokonaniami z Milesem. Nie mógł jednak tworzyć sam. Trafiał na muzyków świetnych, ale nie zawsze pasowali do jego gry. Cały czas szukał idealnego zespołu, którego członków dobierał, dopóki udało mu się stworzyć jeden z najlepszych kwartetów w historii jazzu.
Jimmy Garrison na kontrabasie. Jego solówki często łączyły ze sobą kolejne utwory. Grał fizycznie, uderzał w struny zamiast je głaskać.
McCoy Tyner na fortepianie. Miał styl jest równie rozpoznawalny jak ten Trane'a. Jego ręce były niezależne rytmicznie. Lewa, lekko sztywna i powolniejsza, z wysoka atakowała klawiaturę. Prawa operowała raczej horyzontalnie, szybko przebiegając po klawiszach.
Elvin Jones na perkusji. Pierwszy zestaw kupił w wieku czternastu lat za pieniądze pożyczane od siostry. Ćwiczył od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie, jego dyscyplina kontrastowała z muzyczną wolnością. Nawet nie próbował stosować się do typowych form. Wyróżniał się nie-normalnym podejściem do instrumentu, grał wiele skoordynowanych rytmów na raz. Czasem widział dźwięki jako kolory.
Razem z Tranem tworzyli pełen energii kolektyw. Jego geniusz objawia się w tym, że dobrał sobie współpracowników, którzy nie dali mu się stłamsić, a nawet sami go inspirowali i zachęcali do poszukiwań. Tworzyli monolit, w którym lider nigdy nie przyćmił reszty muzyków. Często ryzykowali, pozostawiali wiele miejsca na improwizacje, ale dzięki telepatycznej nici porozumienia to wszystko jakoś się udawało. A nawet nie jakoś, tylko najlepiej, jak można sobie wyobrazić. Próbką możliwości zespołu jest My Favorite Things, interpretacja utworu z musicalu Dźwięki Muzyki.
Wersja Kwartetu Coltrane'a jest tak dobra, że ludzie często myślą, że to on był autorem oryginału.
To zestawienie ma niesamowitą moc, bo pokazuje przepaść między tym, co muzyk wziął na warsztat, a tym, co wypuścił w świat. Prosta piosenka została zmieniona w rozimprowizowaną, inspirowaną Wschodem kompozycję. Coltrane zawsze był w awangardzie. Gdy już znalazł równy mu zespół, cały czas szedł naprzód. Żeby pokazać, jak bardzo, trzeba posłużyć się obrazem.
Obrazy Jacksona Pollocka należą do nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego znanego jako action-painting. Technika ta polegała na bezpośrednim kapaniu farbą na płótno, bez zwracania najmniejszej zasady na reguły "prawdziwego" malarstwa. Akt twórczy Pollocka nie polegał na bezrefleksyjnym chlapaniu tworzywem, poświęcał dużo czasu i uwagi swoim pracom. Każdy fragment dzieła jest jednakowo ważny, a produktem końcowym nie jest figuratywny obrazek, ale zapis procesu twórczego. Do tego plamki, maźnięcia i ciapki układają się w niepodrabialne wzory, powtarzające się w jego kompozycjach. Jest to działalność na pierwszy rzut oka bezsensowna, ale po poświęceniu chwili na refleksję okazuje się wymagającą, pełnoprawną sztuką, często tworzonąz większym namysłem niż kanoniczne, potocznie piękne obrazy. Dlatego obraz White Light widnieje na okładce wydanego w 1960 roku albumu Free Jazz: A Collective Improvisation Ornettte'a Colemana.
Jazz już wtedy był intelektualną muzyką, daleką od pioseneczkowego schematu opartego o refren i zwrotkę, ale nawet w nim były reguły. Coleman w 1960 roku (chociaż już wcześniej zaliczał podobne eksperymenty) złamał większość z nich. Zamiast metrum był puls, zamiast swingu – kaskady dźwięków. Płyta freejazzowa za każdym razem odkrywa coś nowego, a słuchacz nie ma możliwości się nudzić. Mimo pozornej kakofonii i chaosu, free wymagał ogromnych umiejętności i inteligencji muzycznej. Chyba nic nie pasuje do tej muzyki tak bardzo, jak obraz Pollocka.
Najbardziej znani muzycy jazzowi zrugali free z góry do dołu, czasem wręcz sugerując, że Coleman był oszustem. Giganci jak Charlie Mingus czy Miles Davis otwarcie krytykowali nowy styl. Coltrane był jedynym wielkim, znanym szerszej publiczności jazzmanem, który opowiedział się po stronie free jazzu. Zrozumienie tej muzyki i zainspirowanie się nią nie było dostępne dla wszystkich, wymagało wiedzy i pokory. John miał jedno i drugie. Łatwo sobie wyobrazić, jak w skupieniu słucha zbiorowej improwizacji Colemana i kiwa ze zrozumieniem głową. W latach 60' Trane zaczął coraz odważniej eksperymentować, między innymi z awangardowym multiinstrumentalistą Ericem Dolphym. Zostali oskarżeni o tworzenie antyjazzu, co bardzo ubodło saksofonistę, choć mimo krytyki nie zmienił swojej muzyki. Nigdy nie zabiegał o uznanie, zależało mu jednak na tym, żeby ludzie spróbowali zrozumieć, dlaczego gra tak, a nie inaczej. Bolało go, że jego otwartość na nowe była tak rzadko spotykana. Trzeba też dodać, że eksperymenty nie były tak straszne, jak je malowano. Mimo bogactwa innowacji w twórczości Johna, nigdy nie przesadził i nie pozwolił formie przerosnąć treści. To "Okrąg Tonów", w którym rozrysował matematykę i geometrię swojej gry:
Można poświęcić kilkanaście minut, aby zapoznać się z analizą tego rysunku, a potem przesłuchać kilka utworów, żeby sprawdzić, jak teoria miała się do praktyki. Ale tylko można, Coltrane nigdy nawet nie zbliżył się do granicy snobstwa. Studiował teorię muzyki i cała ta erudycja jest w jego grze, ale pod powierzchnią, tam, gdzie powinna być. Poznając Trane'a, najpierw intuicyjnie kojarzy się dźwięki, a dopiero później (ewentualnie) o nich czyta. Żeby go słuchać, nie trzeba nawet wiedzieć, co to nuta, bo jego muzykę przede wszystkim się czuje.
Kwartet Coltrane'a istniał kilka wspaniałych lat, obfitujących w wielkie albumy. Ich najsłynniejszym dziełem jest A Love Supreme, nagrane w grudniu 1964 roku. To jedna z dwóch – obok Kind of Blue – najczęściej dyskutowanych płyt jazzowych. Oddaje miłość Johna do Absolutu. Album ma formę trzydziestotrzyminutowej, czteroczęściowej suity – kolejne jej rozdziały to Uznanie, Postanowienie, Dążenie i Psalm. Religijność Trane'a i jego wizerunek w połączeniu z intencją stojącą za nagraniem sprawiły, że paradoksalnie płytę często się spłyca, mówiąc o niej jako o natchnionej muzyce, która za sprawą dotyku Boskiego sama się nagrała. Mimo tego, że sesja trwała dwa dni, praca była dość mozolna. Nie było to trzydzieści kilka minut przepływu geniuszu, a kilka godzin wytężonej pracy. Płyta wydaje się stworzona przez natchnienie, i rzeczywiście słychać tu iskrę Bożą, ale często zapomina się o tym, że wrażenie transcendencji i bycia instrumentem w rękach Wyższej Istoty Coltrane osiągnął przez oddanie sztuce, ćwiczenia i ciągłe poszukiwania. Dopiero to pozwoliło mu wyrazić swoje uczucia.Z powodu A Love Supreme zaczęto też mitologizować samego Johna, robiąc z niego chodzącą emanację Boga. Wszystkie epitety mu przypisywane – zwłaszcza religijność i łagodność – są prawdziwe, ale te słowa nie powinny przysłonić osoby, jak każda (zwłaszcza wielka) jednostka niekoherentnej. Coltrane kochał muzykę, ale dopiero po wyrzuceniu z zespołu Davisa rzucił heroinę. Ogólnie był cichy, ale miewał ataki złości. Był melancholijny, ale też się uśmiechał i żartował, na Boga. John, tak pragnący zrozumienia, chciałby odrzucenia tych klisz. Po ich zaniechaniu i – co najważniejsze – zatrzymaniu się na chwilę można poczuć, z jakich głębi (czy może niebios gra) w ostatnim utworze suity.
Trane na każdej z kompozycji jak zwykle wyłączał się na chwilę, żeby dać pograć reszcie zespołu. Wyjątkiem jest Psalm. Przez cały utwór ma saksofon w ustach. Gra nim poemat, w którym wyraził wdzięczność i uwielbienie do Boga. Równoczesna lektura tekstu i tego, jak Coltrane go wyraża to doświadczenie duchowe. Zwłaszcza pod koniec, gdy instrument mówi "Amen".
Zwykle zaczynał grać w skupieniu, stopniowo jego twarz wykrzywiała się w połączeniu transu i bólu. Nie da się sięgnąć głębiej w siebie, nie da się też lepiej wyrazić miłości. Psalm fundamentalnie zmienia stosunek słuchacza to Trane'a. Wiemy bowiem, że był to saksofonista liryczny, wiemy też, że muzyka była dla niego językiem. Zdarzało mu się grać utwory o określonym temacie, jak Naimę dla swojej pierwszej żony czy pełną smutku Alabamę, stworzoną w odpowiedzi na atak bombowy Ku Klux Klanu z 1963 roku, który zabił cztery małe dziewczynki. Ale co z resztą? Kiedy Coltrane gra, a kiedy mówi? Czy to, co dociera do ucha, jest zagrane, czy powiedziane? Pozostaje wspaniałe, otwarte pytanie: czy podoba mi się to tak bardzo ze względu na muzykę, czy podświadomie zrozumiałem, co chciał wyrazić?
Ponagraniu Love Supreme Coltrane poszedł jeszcze bardziej w stronę free jazzu, w dziwność. Lirykę zastąpił eksperyment i poszukiwanie rozwoju duchowego. Solówki trwały po 15 minut, a niektóre kompozycje rozciągały się na koncertach do godziny. Zraziło to członków zespołu, publikę i krytyków, którzy nie byli jeszcze gotowi na kolejną rewolucję. Pod koniec 1965 roku Coltrane nagrywał ze swoim kwartetem i kilkoma dodatkowymi muzykami Ascension, 40 minut nieustannej improwizacji podobnej do tego, co 5 lat wcześniej grał Ornette Coleman. Elvin Jones miał mnóstwo roboty za bębnami. Po nagraniu usiadł na chwilę, żeby odpocząć, po czym powiedział do siebie: jeśli będzie chciał to powtórzyć, odchodzę. Po chwili Coltrane stwierdził, że trzeba nagrać drugą wersję. Perkusista walczył przez kolejne 40 minut, sam pośród pięciu saksofonów, dwóch trąbek i fortepianu, nawet kontrabasistów było dwóch. A potem rzucił bębnem o ścianę, żeby nie musieć znów przez to przechodzić. Po latach wspominał to z uśmiechem, ale wtedy stawało się jasne, że inne planety, po których krążył wtedy lider nie do końca pasowały innym muzykom. Jones i Tyner odeszli, powstał kwintet z Pharohem Sandersem na saksofonie tenorowym, Alice Coltrane – drugą żoną Johna- na fortepianie i Rahidem Allim na perkusji. Ze starego składu został tylko Garrison. Frajda, jaką ma na poniższym nagraniu świadczy o tym, że nie żałuje.
Fascynujące jest to, że podczas gdy mniej – więcej oczywiste jest, którą płytę artysty przesłuchać najpierw (charakterystyczne zacznij od…, wypowiadane przez naszych znajomych), Coltrane'a każdy odkrywa po swojemu. Grał na tyle różnorodnie, że trudno go zaszufladkować, mimo że odruchowo kojarzony jest z ekspresją i gwałtownością, nagrywał też piękne ballady.
Przykładowo Mikołaj Trzaska, saksofonista zespołu Miłość (nazwanego zresztą na cześć kompozycji z Meditations Coltrane'a) zaczął od A Love Supreme, potem poszedł w okres freejazzowy, aby cofnąć się do wcześniejszych nagrań z Milesem. Dla Filipa Łobodzińskiego, który tłumaczył niedawną antologię wywiadów z Tranem, było to sztandarowe Giant Steps. U Tomasza Gregorczyka, dziennikarza radiowej Dwójki, to włoska kaseta-składanka z pierwszą solową sesją Johna i jakąś z Milesem. Równie dobrze można rozpocząć podróż od Blue Train, Coltrane z 1962 roku, Olé, My Favorite Things czy któregoś z koncertów. I nie wiadomo, w którą stronę pójdzie się dalej, która płyta będzie druga, trzecia, czwarta, dwudziesta. Przez ten tydzień zagramy dla Was kompozycje z różnych okresów i składów, tak, żeby mieć pewność, że któraś z nich chwyci… Chociaż po pewnym czasie chwyta każda.
Podróż Coltrane'a zakończyła się niespodziewanie, w połowie. Miał w planach jeździć po egzotycznych krajach i koncertować z miejscowymi muzykami, czego niestety nie udało mu się zrealizować. Zmarł 17 września 1967 roku na raka wątroby. Miał 40 lat. Po jego odejściu nie pojawiła się kolejna tak wielka postać w jazzie. Pokora, samokrytyka, ciągłe parcie do przodu połączone z talentem stworzyły legendę. Jest wzorem dla każdego początkującego saksofonisty, a jego utwory pojawiają się na niemal każdym jam session. Potrafił wznosić się na wyżyny elegancji, by następnie wydobywać z saksofonu ostre, prymitywne, szamańskie dźwięki. Te dwa bieguny i wszystko, co między nimi, pasja, wirtuozeria, i nieprzewidywalność w połączeniu z niesamowitą historią, z której nie trzeba znać ani zdania, sprawiają, że gra Coltrane'a staje się częścią słuchacza, a nie tylko dodatkiem do jego życia. Warto z nim zostać na dłużej niż tydzień.
Melt! Festival to brat amerykańskiego Burning Mana i BoomFestivalu w Portugalii. Odbywający się od 1997 r. w małym Gräfenhainichen niedaleko Dessau festiwal z początku był mekką elektroniki. Dziś łączy w swoim line upie najnowsze trendy muzyki cyfrowej, gitarowej czy popowej. Tegoroczną edycję można nazwać wyjątkową i specjalną: to już 20 lat! Z Radiem LUZ meltujemy się na miejscu!
Mimo wielkich tradycji można odnieść wrażenie, że Melt! wśród polskiej publiki wciąż nie jest specjalnie popularny. Na 91.6 FM poznacie najciekawsze punkty programu, opowieści o industrialnej przestrzeni i przewodnik po festiwalowym środowisku, który przygotował weteran niemieckiego święta muzyki – Paweł Chałupa.
Jeśli chcecie poczuć klimat Ferropolis – włączcie Radio LUZ od poniedziałku do piątku tuż po północy, w ramach Audiostartera i chwilę po 17:00: w ramach Artysty Tygodnia nadajemy o Melt! Festival!
Chociaż od inauguracji pierwszego festiwalu spod znaku Nowej Muzyki mija już 12 lat, organizatorzy kolejnych edycji co rusz zaskakują. Co więcej, dzięki sukcesywnemu udowadnianiu, że to właśnie wydarzenie jest najlepszym czasem i miejscem by odkrywać nowości muzyczne oraz wschodzących artystów, dziś jego twórcy mogą poszczycić się wypracowaniem własnego charakteru i stałą okupacją jednoznacznie kojarzącego się kawałka kultury. Stąd, jak co roku, tak wiele osób trzymało rękę na pulsie przez cały czas, od kiedy w mediach pojawiły się pierwsze wzmianki o artystach zapraszanych między 6 a 9 lipca na festiwal Tauron Nowa Muzyka Katowice 2017. Plan wydarzenia, jaki zaproponowano tym razem zdecydowanie może się podobać, przy okazji potwierdzając wszystkie powyższe słowa.
Różnorodność to zdecydowanie najmocniejsza karta, jaką grają ludzie stojący za tą imprezą, oczyweiście zaraz obok miejsca, czyli przestrzeni Strefy Kultury Katowice. Wybierając się do stolicy Górnego Śląska możemy mieć pewność, że znajdziemy coś dla siebie. Wśród 67 wystepów nie tylko można się zagubić, ale też doznać niemałych problemów logistycznych – 9 działąjących równolegle scen zwiększa ryzyko bardzo trudnych wyborów między ulubionymi artystami. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się zaproponować Wam naszych faworytów, których koncerty mogą być rozwiązaniem w skomplikowanych festiwalowych sytuacjach.
[Jeżeli chcecie wiedzieć więcej na temat samego wydarzenia i poznać każdą ze scen, sprawdźcie specjalny przewodnik Radia Luz]
The Cimenatic Orchestra
Tauron Nowa Muzyka Katowice to festiwal, na którym głównie można usłyszeć muzykę elektroniczną, ale nie zabraknie również czegoś dla fanów gitarowych brzmień. Twórcy festiwalu stawiają na różnorodność i nowatorskie rozwiązania. Koncert otwarcia to prawdziwa uczta dla amatorów nu jazzu i downtempo. The Cinematic Orchestra zagrają w sali koncertowej NOSPR i warto wybrać się na to wydarzenie również po to, aby zobaczyć od środka obiekt, który wielokrotnie został uznany za perłę nowoczesnej architektury Katowic.
Chloe Martini
Zacznijmy od ekscytującego, polskiego akcentu – przecież Tauron Nowa Muzyka Katowice to nie tylko świetna okazja by dowiedzieć się, co kwitnie obecnie w muzyce za granicą, ale także poznać najnowsze trendy z własnego podwórka. Jedną z artystek, które przybędą do Katowic jest warszawska producentka i DJ-ka, Chloe Martini. Wybijająca się dopiero artystka może pochwalić się szczególnie udanymi romansami z R&B oraz żywym neo-soulem, które zwykle przewleka zwykle przez kolorowy, miękki pop. Jej muzyka dosłownie błyszczy, a najlepiej słychać to na jej ubiegłorocznej EP-ce, Private Joy, po której w tym roku ukazała się kolejna, zatytułowana Never Twice The Same.
Christian Löffler i Mohna
Muzyka zwykle nie lubi kompromisów. Lubimy słyszeć zdecydowanie, brak zahamowań, czemu nieco wymyka się Christian Löffler – niemiecki muzyk, DJ i artysta wizualny. Dzięki swojemu szczeremu, a przy tym precyzyjnemu podejściu do komponowania, raz po raz wypuszcza zapierające dech w piersiach utwory godzące, z czego jest juz świetnie znany, melancholię i refleksje z niesamowitym, klubowym feelingiem. Podczas występu na Tauron Nowa Muzyka Katowice należy spodziewać się m.in. materiału z jego ostatniego, niezwykłego albumu pt. Mare oraz wsparcia ze strony Mohny, którą również słyszymy raz po raz przy okazji wydawniczych kolaboracji z Löfflerem.
Mall Grab
Mall Grab dopiero niedawno zaistniał na scenie, a już występował w kultowych klubach na całym świecie. Na secie tego młodego australijczyka możemy spodziewać się wszystkiego – zgrabnie przeplata house z hip-hopem, a nawet techno.
Forest Swords
Tauron Nowa Muzyka Katowice od lat szczyci się zapraszaniem artystów przełomowych i łamiących wszelkie standardy. Wszystkich fanów brytyjskiej sceny elektronicznej powinien więc ucieszyć fakt, że tegoroczną edycję uświetni występ niesamowitego projektu Forest Swords, za którym stoi Matthew Barnes. Podopieczny jednej z ciekawszych i poważniejszych oficyn na wyspach, zajmującej się muzyką eksperymentalną i elektroniczną, Ninja Tune, to reprezentant sceny Liverpoolu. W tym roku na półki sklepowe trafił jego drugi długogrający album zatytułowany Compassion. Dla tych, którzy nie mieli okazji go słyszeć – warto, szczególnie ze względu na wielotorowość kompozycyjną i niesamowity, monumentalny klimat. Jeżeli jednak znacie już to wydawnictwo, wiecie, że warto usłyszeć je na żywo.
Mchy i porosty
Mchy i porosty to dzieło artysty Bartosza Zaskórskiego. Jest jednym z ciekawszych Polskich projektów, które będzie można usłyszeć na dwunastej edycji festiwalu. Mchy i porosty to podróż od angażującego ambientu, przez brudny house, aż po mocne techno.
Porter Ricks
To, co zawsze wzbudza emocje, nawet tych, którzy niedawno poznali dany zespół, to wielkie powroty. W takich wypadkach zderzają się sentyment, radość i lekka niepewność, bo przecież nie wiadomo w jakiej formie są teraz artyści. Stosunkowo niedawno, całkiem wielki comeback zaliczył duet Porter Ricks, wydając w ubiegłym roku, pierwszy po 17 latach materiał pt. Shadow Boat EP. Tym samym Andy Mellwig i Thomas Koner przygotowali starych i nowych fanów na niedawną, pełnowymiarową premierę albumu Anguilla Electrica – pierwszy longplay od czasu legendarnego Biokineticks. Okazja, by usłyszeć duet na żywo jest zatem podwójnie wyjątkowa.
Członkowie Gang Gang Dance specjalizują się w tanecznym i lekko psychodelicznym brzmieniu. Na tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice wystąpią jako jedna z głównych gwiazd. Ostatnie wydawnictwo Gang Gang Dance to „Eye Contact” z 2011 i znajdziemy tam mnóstwo energii serwowanej w tropikalnym klimacie.
Wybierając się na Tauron Nowa Muzyka Katowice warto zapoznać się z pełną rozpiską występów na poszczególnych scenach. Szczególnie ciekawie rysuje się ta nazwana Śląskie.Carbon Neutral. Tam też zobaczyć będzie można kolejnego reprezentanta Wielkiej Brytanii – fascynującego się goovowymi i gorącymi rytmami, Romare. Sukcesywnie działający pod szyldem Ninja Tune, DJ odnosi ostatnimi niemałe sukcesy za sprawą serii Love Songs, która zdobyła serca słuchaczy przede wszystkim dzięki wyjątkowemu, dusznemu i tajemniczemu klimatowu oraz nieoczywistemu, tanecznemu charakterowi. Dodając do tego świetną formę, jaką Anglik prezentuje na żywo, warto rozważyć tę opcję na jeden z festiwalowych wieczorów.
Niekwestionowany mistrz muzyki ambient. Jego twórczość będzie można usłyszeć dwukrotnie na tegorocznej edycji festiwalu. Artysta zagra w sobotę swoje najnowsze dzieło „A Shadow In Time” – muzykę dedykowaną zmarłemu Davidowi Bowiemu. Podczas koncertu zamknięcia w niedzielę orkiestra NOSPR pod batutą Boon Hua Liena odegra najbardziej znaną kompozycję – „The Disintegration Loops”.
W tym tygodniu antenę Radia Luz przejmuje młodsza siostra Beyoncé, której już chyba nikt tak nie nazywa. Solange Knowles, bo o niej mowa, przeżywa właśnie najlepszy okres w karierze. Amerykańska piosenkarka rozjaśni swoją obecnością Open'er festiwal, na którym wystąpi na fali jednej z lepszych płyt zeszłego roku, czyli Seat At The Table. Z tej okazji będzie nam ona towarzyszyć jako Artystka Tygodnia.
Solange Knowles urodziła się 24 czerwca 1986 roku w Houston w Teksasie. Od dziecka zdradzała predylekcje do sztuki – uczyła się aktorstwa i tańca, już w wieku dziewięciu lat napisała pierwszą piosenkę. Karierę zaczęła w wieku piętnastu lat jako tancerka w Destiny's Child, zespole swojej siostry Beyoncé. Podczas jednego z koncertów zastąpiła kontuzjowaną Kelly Rowland. Mimo, że dołączenie do zespołu na stałe wydawało się dość bliskie, nigdy do niego nie doszło, a Solange została artystką solową.
Kariera solowa zaczęła się dla niej w dość trudnym miejscu. Nagrywała rzeczy, z których nikt nie jest znany lub z którymi mało kto chce być kojarzony. Piosenka w serialu Disney Channel, udział w soundtracku do Austina Powersa czy gościnne pożyczanie głosu, który był tylko wokalem pobocznym to raczej początek drogi, niż szczyt. Solangecały czas jednak komponowała i udzielała się w poważniejszych projektach. W 2003 roku nagrała płytę, nad którą pracowała odkąd była nastolatką. Solo Star to pierwsza pozycja w jej dyskografii.
Debiutanckie Solo Star to mieszanka R&B z popem, rockiem, reggae i hihopem. Jest to także owoc pracy Jermaine'a Dupri, The Neptunes, Lindy Perry i Timbalanda. Gdzieś w tym wszystkim ledwo przebijała się Solange, która była tylko współproducentką i współautorką kilku utworów. Możliwe, że to brak siły sprawczej spowodował przerwę w karierze artystki. Przez kilka lat położyła akcent bardziej na granie w filmach, założyła rodzinę. Dopiero po rozwodzie powróciła do muzyki i rozpoczęła pracę nad drugim krążkiem, Sol–Angel And The Hadley St. Dreams
Druga płyta Solange to podróż do lat 60 i 70, co dystansuje ją od lekkiego, nastoletniego debiutu wpisującego się we wczesne lata 2000. Sol–Angel And The Hadley St. Dreams to album dojrzalszy, pokazujący rozwój artystki. Inspiracje Dusty Springfield z jednej, a elektroniką z drugiej strony pokazują, że ambicje Solange sięgały wysoko. Krążek był promowany w dość nietypowy sposób, mianowicie mixtape'ami nagranymi przez artystkę. Na jednym z nich znalazł się utwór "Fuck The Industry", który zgodnie z tytułem rozprawia się z przemysłem muzycznym. Można więc powiedzieć, ze Knowles mocno zaznaczyła swój powrót na scenę..
Rozczarowanie przemysłem muzycznym spowodowało, że Solange wypuściła swoją pierwszą EPkę niezależnie. True, bo o niej mowa, jest dość długa, aż prosiło się o dodanie kilku wypełniaczy i podpisanie jej jako płyty długogrającej, ale na szczęście nasza Artystka Tygodnia nie uległa tej pokusie. Zamiast tego stworzyła nie za długą, intrygującą płytę, z taneczną muzyką, ale nierzadko także mrocznymi tekstami, co mogło być skutkiem wyczerpującej pracy. Piosenkarka przyznaje, że w tym okresie zdrowie psychiczne było na drugim planie. Tytaniczny wysiłek zaowocował nie tylko albumem, ale także założeniem własnej wytwórni, Saint Records.
Pierwsza płyta, pierwsza dobra płyta, świetna EPka własna wytwórnia – to cykl rozwojowy Solange. Widać w nim ciągły progres, dojrzewanie, przemianę z przedmiotu w podmiot na rynku muzycznym. Ukoronowaniem tej przemiany jest fenomenalne A Seat At The Table z zeszłego roku. Wypuszczenie tego arcydzieła pod własnym szyldem musiało być podwójnie satysfakcjonujące. Najdojrzalsza i najlepsza z płyt naszej Artystki Tygodnia zdobyła uznanie krytyków na całym świecie, imponując nie tylko muzyką, ale i tekstami.
Komponując Seat At The Table, Solange tworzyła godzinne utwory, które następnie szlifowała z producentami. Współpraca z Rafaelem Saadiq działa na równych warunkach, dzięki którym dwójka wzajemnie się napędza. Teksty mówią o feminizmie, dramatach czarnoskórych kobiet i dramatach osobistych artystki. Knowles weszła na nowy poziom. W kilkanaście lat przemieniła się z popowej gwiazdeczki w jedną z najjaśniejszych gwiazd muzyki, która nie musi już nikomu nic udowadniać.
Solange działa nie tylko pod własnym szyldem. Jej pomysły krystalizują się we wspólnych numerach z Samphą, Q- Tipem, Lil Waynem czy Pharellem Williamsem. Od początku była otwarta na współpracę z innymi. Zagrała nawet koncert z BB Kingiem, który, choć początkowo opiewał jej urodę, musiał oddać hołd jej umiejętnościom muzycznym. Fani innych gwiazd mogą z niecierpliwością czekać, aż Solange stworzy coś z ich idolem. Trudną kwestią, która musiała się pojawić prędzej czy później, jest relacja z Beyoncé. Wydaje się, że między siostrami nie ma rywalizacji, a złe emocje są nie tyle uwypuklone, co wymyślone przez prasę. Solange z jednej strony nie odcina się od starszej siostry, z drugiej – nigdy nie była nawet blisko spijania śmietanki z jej kariery. Choć szanują swoje dokonania, mają zupełnie inne cele muzyczne. Mimo bardziej wyboistej i dłuższej drogi na szczyt, Solange nie będzie stać w cieniu Beyoncé. Słuchaczom pozostawiamy do rozstrzygnięcia, czyja twórczość bardziej do nich przemawia.
Zaczynała w podrzędnych, drugoplanowych rolach muzycznych, a skończyła z własną wytwórnią i jedną z lepszych płyt 2016 roku, która już po tygodniu była opisywana jako rewolucyjna. W zasadzie trudno mówić o końcu, bo Solange w zeszłym tygodniu skończyła 31 lat, a patrząc na jej dotychczasowy postęp, pozostaje tylko czekać na jej kolejne dokonania. Trudno wyobrazić sobie, żeby jej pozycji, miłości słuchaczy i uznaniu krytyków mogło cokolwiek zaszkodzić. Nasza Artystka Tygodnia przeszła długą drogę, która na szczęście jeszcze trwa. Obecnie nie skupiamy się jednak na nowych płytach, przeciekach czy utworach, a po prostu na usłyszeniu Solange na Open'erze, gdzie wystąpi jako jedna z gwiazd. Będzie to jej pierwszy koncert w Polsce. Jeśli się tam wybieracie, możecie czuć się szczęściarzami, chociaż to na pewno nie będzie ostatni wielki festiwal tej intrygującej piosenkarki.
Koncert na Open’erze będzie już piątym występem Jamesa Blake’a w Polsce, a na dużych scenach Anglik czuje się jak ryba w wodzie manipulując emocjami słuchaczy przy pomocy masywnego soundsystemu. Muzyczni wrażliwcy mogą zacierać ręce.
James Blake Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.
James Blake to pochodzący z Londynu zdolny producent i obdarzony nieziemskim głosem wokalista, który zdecydowanie należy do grupy tych wpływowych artystów o unikatowym stylu, do których przyrównuje się twórczość innych. Ofiarą takiego porównania regularnie pada np. Nicolas Jaar. W tym wszystkim Blake nie wymyślił przecież dubstepu czy minimalu. Jego moc polega na łączeniu odkrywczych basowych podkładów z organicznymi samplami, trzaskami i w końcu wrażliwym falsetem przetwarzanym często na wszystkie możliwe sposoby.
W 2017 roku jakby zapomnieliśmy o fenomenalnych początkach Jamesa Blake’a. Dziś widzimy w nim dojrzałego artystę, ale nic dziwnego, że 6-7 lat temu szokował stosunkiem umiejętności do wieku udowadniając jakie pokłady kreatywności mogą skrywać się w młodym, poszukującym umyśle. Wyszkolony na klasycznego pianistę Blake wykształcenie muzyczne nazwał synonimem nie-kreatywności i może dlatego uciekł w dubstepowe eksperymenty tuż po ukończeniu szkoły. Wydawać zaczął w wieku 21 lat i trzeba przyznać, że był łakomym kąskiem dla brytyjskich wytwórni płytowych. Trudno uwierzyć, że po pierwszych artystycznych wzlotach James wciąż rozsyłał wybranym labelom swoje single i jakoś dogadywali to, co działo się z nimi później. Następnie, odkąd zasięg jego twórczości zbliżył się rozmiarem do głównonurtowego, musiał liczyć się z napotykaniem idiotów, którzy chcieliby zrobić z niego gwiazdę według swoich żądnych pieniędzy wizji. Tu przekręcimy refren, tu dodamy coś od siebie. Blake słusznie twierdzi, że najgorsze albumy to te, w których czujesz, że osoba trzecia za bardzo grzebała w materiale oddalając efekt finalny od kreacji autora.
Jednym z atutów słynnych EPek z wczesnej dyskografii Jamesa Blake’a, czyli m.in. CMYK i Klavierwerke, jest to, że zaprzeczają wizerunkowi dubstepu kreowanego przez mainstream i internet. To jednak nie wszystko. Na przykład, na Klavierwerke, co swoją drogą oznacza „klawisze pracują”, Blake dosłownie wyciska z pianina tak dużo, jak to tylko możliwe, nie chodzi jednak o grę szybką czy skomplikowaną, a wprost przeciwnie. James szukał piękna w pojedynczych dźwiękach, którym pozwalał wybrzmiewać irracjonalnie długo. Uzasadnienia dla tego minimalizmu należy szukać w ówczesnym brzmieniu berlińskiego klubu Berghain, promującego minimalistyczne, elektroniczne eksperymenty. Świeże wspomnienia ze stolicy Niemiec Blake nazwał impulsem kreatywności, na które jest bardzo podatny. To z kolei tłumaczy niemiecki tytuł tego enigmatycznego albumu z 2010 roku. Kolejna płyta pod tytułem James Blake, jak przystało na self-titled, do dziś stanowi deklarację wypracowanego indywidualnego stylu artysty. Od pierwszych twórczych prób, Blake przeszedł szybką transformacja od elektronicznego producenta do singer-songwritera i pianisty. Odkrywając wartość własnego głosu, James zdawał sobie sprawę, że nie może tak po prostu dodać wokalu do bitów, które dotychczas tworzył. A pisanie utworów i śpiewanie tylko pobudziło jego kreatywność. Trudno odmówić, że ścieżki wokalne Jamesa są niepowtarzalnym materiałem do eksperymentów.
„In dance music everything seems to move in weeks” – tak artysta wyjaśnia dlaczego każde kolejne wydawnictwo opiera o coraz to świeższe patenty. Zasadniczo zmieniło go koncertowanie i podróże towarzyszące promocji pierwszego longplay’a. W międzyczasie Blake stał się jednym z artystów, którzy z powodzeniem wychodzą z domowego studia ze swoim niszowym, introwertycznym stylem i wdzierają się do głównego nurtu zapoznając masy z muzyką z definicji alternatywną. Rok 2013 był zatem doskonałym momentem na wypuszczenie tak chwytliwego materiału jak płyta Overgrown.
Przetwarzanie wokalu to rzecz, która nie przestaje przeszkadzać wielu słuchaczom, mimo, że przeszła bardzo długą drogę od czasów, gdy DJe po raz pierwszy próbkowali śpiew Jamesa Browna, a raperzy sięgnęli po wynalazek zwany talkboxem. Współcześnie nie tylko autotune zaczyna być stosowany bardziej świadomie przez takich zawodników jak Travis Scott. Wielu producentów elektronicznych również eksperymentuje z podobnymi efektami. Przełom stanowił tu krążek Untrue Buriala, który obok Mount Kimbie najbardziej uświadomił młodemu Jamesowi Blake’owi jak silny ładunek emocjonalny tkwi w ludzkim głosie, gdy potraktuje się go jak typowy instrument. I nie tylko u Blake’a stanowi to istotne narzędzie. W podobnych celach wokalem bawią się Bon Iver, Frank Ocean i wielu innych. Czy możemy wnioskować, że przetwarzanie wokalu stało się środkiem wyrazu charakterystycznym dla obecnej dekady?
Zeszłoroczna, ostatnia płyta Jamesa Blake’a to kolejne, tym razem bardzo długie, sprawozdanie z jego nowych muzycznych poszukiwań. 76-minutowe The Colour In Anything zaskoczyło fanów ilością akustycznych momentów, świadczących o tym, że Blake najlepiej czuje się zasiadając przy pianinie, zaś momenty elektroniczne przypominają, że pójście na łatwiznę nie byłoby w stylu 27-letniego Brytyjczyka. Oddanie minimalizmowi nie przeszkodziło mu bowiem w stworzeniu utworów intensywnych i skomplikowanych. Jednak pomimo wciąż smutnych, spirytualnych treści James Blake wyrósł na wyluzowanego i pewnego siebie artystę. Ciekawe, że jeszcze kilka lat temu zapierał się przed jakąkolwiek współpracą, a dziś ma na koncie Kendricka Lamara, Franka Oceana, Kanye Westa czy Beyonce. Co instotne, w maju tego roku Blake po raz pierwszy wystąpił solo przy akompaniamencie pianina na kameralnym festiwalu FORM Arcosanti w Arizonie. Czym jeszcze nas zaskoczy? Jego najbliższe wydawnictwa, a także nadchodzący koncert na Open’erze powinny nam na to odpowiedzieć.
1 czerwca 1967 roku ścieżką dźwiękową całego świata była jedna płyta. Album Sgt. Pepper's Lonely Heart Club Band The Beatles podobno wybrzmiewał w każdym sklepie, w każdej stacji benzynowej i w każdym samochodzie. Wielka Czwórka z Liverpoolu już wtedy sprzedawała miliony płyt, ale od tamtego momentu zaczęli przesuwać granice muzyki rozrywkowej i zmienili popkulturę na zawsze. W związku z 50. rocznicą tej Wielkiej Płyty, to właśnie Fab Four są naszym Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu Luz.
O Ringo, George'u, Johnie i Paulu napisano już chyba wszystko, dlatego w Radiu Luz dzielimy się z Wami naszymi refeksjami na temat The Beatles. Swoimi wspomnieniami dzieli się aż 9 osób z redakcji, które możecie usłyszeć na 91.6fm w tym tygodniu o godzinie: 0:00, 10:30, 11:30 i 14:00.
Fab Four byli też znani ze swojego poczucia humoru, a ich rozmowy z dziennikarzami przeszły do historii. Wybraliśmy kilka najlepszych cytatów:
Gdy w 1998 roku Damon Albarn wraz z Jamiem Hewlettem wpadli na pomysł założenia Gorillaz nie liczyli na sukces. Nie byli świadomi, jak chyba nikt w owym czasie, jaki los jest im pisany. Postęp technologiczny i nowe możliwości tylko napędzały wyobraźnie muzyków. Wirtualny image, za którym skrywają się członkowie, po dziś dzień w równym stopniu zachwyca co intryguje. Właściwie od samego debiutu, którym było wydanie mini-albumu pt. Tomorrow Comes Today grupa cieszyła się dużym zainteresowaniem oraz skradła serca wielu fanów. Niedługo trzeba było czekać na otwarcie witryny www.gorillaz.com, która poprzez przedstawienie Kong Studios, czyli studia nagraniowego i zarazem domu zespołu, zapraszała nas do świata Gorillaz.
Piątego marca 2001 roku światło dziennie ujrzał legendarny singiel Clint Eastwood otwierający kapeli drzwi do wielkiego świata, sam klip został obsypany znaczącymi nagrodami. Na długogrający debiut grupy nie kazano nam długo czekać, ukazał się on niecały miesiąc później pod tytułem Gorillaz. Promowały go dwa kolejne single 19/2000 i Rock the House. Pierwszy z nich cieszył się zdecydowanie większą popularnością na rynku amerykańskim, Znalazł się chociażby na ścieżce dźwiękowej do gry komputerowej FIFA 2002. Drugi natomiast podbiał brytyjskie listy przebojów. Rok zakończył się wydaniem na japońskim ryku G-sides – kompilacji zawierającej strony „B” singli oraz utwory, które nie zmieściły się na albumie. Pierwszy koncert Gorillaz odbył się podczas rozdania Brit Awards 2002. Widzowie obserwowali animowanych członków formacji na ogromnym ekranie. Jeszcze tego samego roku grupa Spacemonkeyz nagrała cover jednego z utworów Gorillaz., który na tyle spodobał się Albarnowi, że poprosił on autorów o zremiksowanie całego albumu, który ukazał się niedługo później pod nazwą Laika Come Home.
Poświęćmy teraz chwilkę wirtualnym postaciom, które wchodzą w skład Gorillaz:
2D – wokalista oraz pianista- jego oczy są puste, białe lub czarne. Stuart Pot, bo tak brzmi jego nazwisko cierpi na głęboką migrenę. Gdy jest nieswój lub obłąkany jego oczy stają się kompletnie białe, natomast gdy jest świadom – czarne.
Noodle – gitarzyskta -jest w rzeczywistości częścią tajnego projektu japońskiego rządu super żołnierza, przeszkoloną specjalnie jako muzyk. W związku z tym, jest mistrzem wielu broni, języków i instrumentów muzycznych, ze specjalizacją gitarze, zarówno jako instrumentem muzycznym jak i bronią . Projekt polegał na stworzeniu sztucznych dzieci – przyszłych mistrzów wszystkiego, niestety wymknął się on spod kontroli. Spośród 23 dzieci, stworzonej na potrzeby projektu, Noodle była jedynym przypadkiem przeżycia, pozostałe zostały zniszczone przez tajne służby.
Murdoc Nicclas – współzałożyciel oraz basista Gorillaz. Został wychowany twardą ręką przez swojego ojca Sebastiana Jacoba Nicclasa (lub Jacoba Sebastiana– w zależności kto pyta). Od zawsze marzył o zdobyciu sławy jako gwiazda rocka. Postanowił zostać satanistą i sprzedać swoją duszę diabłu w zamian za niebywały talent. Na mocy cyrografu otrzymał on także gitarę basową El Diablo, której poprzednim właścicielem był sam Lucyfer.
Perkusista – Russel Hobbs – został opętany przez demona w skutek czego zapadł w czteroletnią śpiączkę, z której w końcu egzorcyzmem wybudził go ksiądz zwany Ojcem Merrinem. Po ukończeniu szkoły był świadkiem strzelaniny, w której zginęli jego przyjaciele. Dla własnego bezpieczeństwa został wysłany do Londynu, gdzie mieszkał ze swoim wujem. Pierwszy raz spotkał Murdoc'a gdy ten odwiedził sklep z płytami, w którym pracował Russel. Szatański basista założył wór na głowę i porwał czarnoskórego młodzieńca do Kong Studios. Spdobało mu się tam na tyle że zadecydował zostać na dłużej.
11maja 2005 roku – na półkach sklepowych pojawia się drugi studyjny album Gorillaz – Demon Days. Znalazły się na nim m.in. single promujące wydawnictwo czyli Dare, El Mañana, Kids With Guns czy hymn zespołu – Feel Good Inc. Wydawnictwo ukazało się pod szyldem oficyny EMI a za produkcję odpowiada Damon Albarn. Demon Days po dziś dzień pozostaje, przynajmniej w mniemaniu fanów, szczytowym osiągnięciem formacji, co spowodowało osiągnięcie pierwszego miejsca na listach w UK oraz szóstego w Stanach. W ciągu niecałego roku album zyskał status pięciokrotnej platynowej płyty i sprzedaż w wysokości co najmniej półtora miliona egzemplarzy. W listopadzie tego samego roku zespół dał serię pięciu koncertów w Manchesterze oraz Nowym Jorku. Brytyjskie występy zostały zarejestrowane i wydane na płycie DVD. Podobnie jak w przypadku pierwszego LP także tym razem ukazał się krążek z remiksami oraz utworami odrzuconymi zatytułowany D-Sides
Kolejne lata to przerwa w działalności zespołu i kilkuletnia pustka w ich dyskografii. Lecz brak nowej muzyki autorstwa Gorillaz nie oznaczał zupełnej ciszy. Muzycy nie zapomnieli o fanach, których pomimo stosunkowo krótkiej kariery, zdążyli zdobyć na całym świecie. W 2006 roku została wydana biografia kapeli pt. Rise of the Ogre autorstwa Cass'a Browne'a oraz Jamie Hewletta – założyciela oraz twórcy wirtualnych członków Gorillaz. W środku odnajdujemy historie członków jak i samego zespołu oraz ich teledysków, smaczki dla fanów, plany na przyszłość, nowe, niedostępne nigdzie indziej ilustracje. Ukazała się ona również w formie czteroczęściowego audiobook'a. Dwa lata później pojawił się także film dokumentalny „Bananaz” opowiadający historię kapeli.
Marzec 2010 roku przyniósł nam kolejny świetny album w dyskografii Gorillaz. Jak w poprzednich przypadkach produkcją utworów zajął się Damon Albarn a za dystrybucje odpowiedzialna była oficyna EMI. Płyta powstała na gruzach niedokończonego side-projectu o nazwie Carousel. Plastic Beach widniejąca na okładce to nowa siedziba zespołu, która znajduje się na południowym Pacyfiku, w miejscu najdalej oddalonym od jakiegokolwiek lądu a zbudowana jest ze śmieci i odpadków, które pozostawił człowiek. Warto zwrócić uwagę na bogactwo gości, zaproszonych do współtworzenia tego znakomitego albumu. Wypada wspomnieć tutaj chociażby o Lou Reedzie, Snoop Doggu, De La Soul, Little Dragon czy Mos Defie. Plastic Beach osiągnęła drugie miejsce na liście Bilbord200 czyli zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt w Stanach Zjednoczonych.
The Fall – album stworzony w przeciągu miesiąca przy pomocy iPada Albarna w takcie trwania amerykańskiej trasy Gorillaz. Escape to Plastic Beach World Tour. Album został opublikowany pod koniec 2010 roku po przez oficjalna stronę internetową grupy, gdzie istnieje możliwość darmowego odsłuchu. Płytę tworzono we współpracy z m.in. Mickiem Jonesem i Paulem Simononem z The Clash czy Bobbym Womack, który to także uczestniczył w tworzeniu poprzedniego albumu. The Fall zdecydowanie różni się od wcześniejszych dokonań Gorillaz, wydaje się że jedynym wspólnym elementem jest wokal Damona, czy też powinienem rzec 2D.
Ostatnie miesiące przyniosły nam najnowszy i miejmy nadzieje, nie ostatni album w twórczości Gorillaz. Po siedmiu latach światło dzienne ujrzało Humanz bo taki nosi tytuł nosi ich piąty krążek, był długo wyczekiwanym i hucznie zapowiadanym wydarzeniem. Promowało go wiele singli między innymi wymnowna premiera Hallelujah Money z gościnnym występem Benjamina Clementine zaprezentowana w przeddzień zaprzysiężenia Donalda Trumpa jako 45 prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na trackliście oczywiście nie zabrakło fantastycznych gości, na czele z czołowymi amerykańskimi raperami Vincem Staplesem i Dannym Brownem. Zespół potwierdził także mini-trasę koncertową w ramach, której odwiedzi od trzy kraje w tym Polskę. Gorillaz zagrają 14 czerwca w stolicy i cztery dni później w Katowicach. Niestety pula biletów na te wydarzenia była niezwykle ograniczona i w tym momencie nie sposób zdobyć wejściówkę na to epokowe wydarzenie.
Gorillaz od zawsze przywiązywali tyle samo uwagi do wizualnej co muzycznej strony projektu.Śledzienie ich kolejnych kroków stało się obsesją wielu fanów. Z zespołem nadal wiąże się wiele tajemnic i nie do końca wyjaśnionych wątków.Wirtualne wizerunki jak i cała otoczka stworzonawokół nich na czele z historiami zawartymi w teledyskach przeszłydzisiaj do popkultury i ciężko byłoby odnaleźć jakiegokolwiek fana muzyki alternatywnej nie kojarzącego dokonań Gorillaz. Ogromnym atutem tej legendarnej już formacji jest synkretyzm gatunkowy,ich umiejętność łączenia przeróżnych styli muzycznych w jedną spójną całość.Gorillaz kształtowało i nadal kształtuje gusta muzyczne wielu młodych ludzi sprawiając iż stają się one znacznie bardziej eklektyczne. Jest to zespół,który zapisał się na zawsze złotymi głoskami na kartach historii muzyki, wychował pokolenia słuchaczy, stał się legendą i ikoną muzyki alternatywnej. A nie powiedzieli oni przecież jeszcze ostatniego słowa.
Trudno wyobrazić sobie gorszy początek tygodnia dla fana ambitnego rodzimego popu. W poniedziałek 22 maja gruchnęła wiadomość o śmierci jednego z najbardziej pomysłowych polskich muzyków: Zbigniewa Wodeckiego.
Była to postać nietuzinkowa: przez wiele lat zapomniany, traktowany trochę pobłażliwie, w ostatnich kilku latach życia dokonał chyba najbardziej spektakularnego powrotu w historii polskiej estrady. Rehabilitacja, jakiej poddano jego twórczość, jest zaś doskonałym przykładem potwierdzającym tezę mówiącą o tym, że dobra muzyka obroni się sama. Wystarczy tylko zaufać otwartej głowie słuchaczy i, tak jak Wodecki, nie obawiać się drugiej młodości, która kiedyś zapuka do drzwi.
Chociaż Zbigniew Wodecki w latach 70. nie był na polskiej estradzie postacią zupełnie anonimową, jego inspirowanym brazylijską bossa novą i amerykańskim easy listeningiem debiutanckim albumem nikt wówczas szerzej się nie zainteresował. Krążek został zapomniany na blisko cztery dekady, zanim dzięki kreatywnej sile grupy Mitch & Mitch udało się wreszcie zaprezentować go publiczności w należytej odsłonie w 2013 roku.Wcześniej nikt nie patrzył przychylnym okiem na Zbigniewa Wodeckiego, który skomponował większość utworów na albumie i do tego własnoręcznie nagrał solowe partie skrzypiec i trąbek, ale dzięki poziomowi artystycznemu album broni się sam. Cały krążek to oryginalne połączenie songwritingu mającego swoje korzenie w American Songbook i rytmów kojarzący się z brazylijską bossa novą. Urodziwie kompozycje wyróżnia lekkość, nienachalna przebojowość i finezja, ukazująca się raz w ciekawej strukturze piosenki, a raz w fantastycznych harmoniach wokalnych. Trzeba także podkreślić bogate opracowania utworów na orkiestrę pod dyrekcją Wojciecha Trzcińskiego, które do teraz brzmią świeżo i pracę wokalną Alibabek. Na następną płytę trzeba było czekać aż do roku 1987.
Nie chciałbym się chwalić, ale akurat kompozytorzy to byli melodycy, którzy świetnie harmonizowali. Jest tam parę moich kompozycji, które sam sobie wykombinowałem i sam zaaranżowałem. To były czasy, kiedy u nas furorę zaczął robić Burt Bacharach, też niesamowity artysta, i mnie to fascynowało. Wtedy w naszym kraju były czerwone, niebieskie, czarno-białe, różne gitary. Myśmy się wzorowali na Beatlesach. Wziąć gitarę i zagrać — nie ma nic prostszego (…) To były takie czasy, kiedy się wchodziło do studia, zapalało się czerwone światło i trzeba było od razu dobrze zagrać. Nie było żadnego prostowania, czyszczenia komputerowego. To co teraz się dzieje — technologia z jednej strony jest rewelacyjna, bardzo pomaga, a z drugiej — zabija coś, co jest autentyczne w muzyce.)
Lata 90. to, podobnie jak w przypadku wielu krajowych muzyków, dziwny okres w karierze wielkiego Zbiga. Podobnie jak dekadę wcześniej Bob Dylan, Wodecki zagubił się w gąszczu nowych trendów i otwarciu polskiej fonografii na zachodnie wzorce. Oczywiście w dalszym ciągu przyciągał tłumy (zarówno w Opolu, jak również na Biesiadzie włoskiej w Zamościu), ale wydaje się, że artystycznie stanął w miejscu. Po nagraniu Dusz kobiet w ciągu piętnastoletniego okresu wydał jedynie dwie płyty, Wodecki ‘95 i Obok siebie. Płyty pozornie bardzo różne, w gruncie rzeczy podobne do siebie jak dwie krople wody. Elementem łączącym jest oczywiście talent kompozycyjny ich wykonawcy, który wiedziony swoją miłością do śpiewu tym razem trochę się na niej przejechał. Miało być delikatnie, inteligentnie i z humorkiem, wyszło jednak ciężko i chałturniczo. Kompozytorski pazur Zbiga w latach 90. mocno stępiał. Mniej funku, bossy i żywych instrumentów, więcej nudnych ballad do kotleta jedzonego przez zmęczonych nowym ustrojem mieszczuchów. Zwłaszcza płyta z 1995 r. pełna jest kuriozów w rodzaju sopocko-knajpianych protest-songów, momentami znaleźć na niej można nawet ciężki rock (!). Wydany w 2002 r. album Obok siebie to natomiast próba zawalczenia o młodszego odbiorcę. Próba jednak boleśnie chybiona – stara szkoła kompozytorska spotyka się tu z metodami producenckimi podsłuchanymi u ultrapopularnych wtedy Piaska i Gabriela Fleszara. Efekty są w najlepszym przypadku rozczulające, w najgorszym zaś groteskowe. Wydawało się wtedy, że Wodecki już na zawsze zostanie zapamiętany jako facet, który nagrał Pszczółkę Maję. Wszystko jednak miało się zmienić już wkrótce.
Zbigniew Wodecki poznał się z Mitch & Mitch podczas jednego z trójkowych koncertów, na którym gościnnie zaśpiewał piosenkę pt. "Posłuchaj mnie spokojnie". Potem pojawił się epizod na Off-Festivalu, który okazał się zapalnikiem do pomysłu na wspólny… album. Muzycy zadbali o wrażenia słuchowe i wizualne przygotowując zestaw CD + DVD. Moretti i spółka wpadli na pomysł by wziąć pod lupę debiut Wodeckiego, z 76' roku. Mamy więc do czynienia z orkiestrowymi aranżacjami zakurzonych piosenek, w których w wirtuozerskim stylu zarówno wokalnie jak i instrumentalnie udziela się główny bohater – Zbigniew Wodecki. Okazuje się, że krążek popowy, który ma za sobą sukces komercyjny może okazać się również pełnowartościowym – sukcesem artystycznym, a to wszystko dzięki zupełnie nowej kreacji dla "A Space Odyssey". W miarę możliwości sprawdźcie też wersję DVD, bo nie brakuje na niej smaczków w postaci krótkich, często humorystycznych monologów naszego Artysty Tygodnia.
To była bardzo ciekawa dla mnie i dla wszystkich chyba niespodzianka, że płyta sprzed czterdziestu lat spotkała się z takim przyjęciem, z jakim to nie spotkała się w ogóle, ponieważ nie była wylansowana czterdzieści lat temu. To była jedna z niewielu premier po czterdziestu latach, taka publiczna. I to się sprawdziło. To nie sprawiło wcale, że mi skrzydła urosły. Wręcz przeciwnie, ja już trochę inaczej, inne rzeczy [śpiewam], ale okazało się, że te pomysły które ja miałem wtedy stricte muzyczne, nie po to żeby był hicior, ale żeby trochę muzyki sprzedać w tym, co się robi na scenie. Muzyki. A nie żeby się ludzie cieszyli, bo to nie o to chodzi.
W 2015 roku Alkopoligamia zaangażowała Zbigniewa Wodeckiego do projektu Albo Inaczej. Projektu ryzykownego, ale genialnego w swojej prostocie, bo zestawiającego legendy polskiej piosenki z kultowymi już tekstami rodzimych raperów na kanwie bigbandowego jazzu. Sam Wodecki na płycie brawurowo zreinterpretował „Jest jedna rzecz” Pei, robiąc wykonaniem furorę wśród publiczności, która jeszcze nie tak dawno Wodeckiego kojarzyła głównie z tematem do polskiej wersji animacji "Pszczółka Maja". Koniec końców niedowiarków i prześmiewców spacyfikowała sama muzyka. Bez wątpienia sukces albumu nagranego z Mitch&Mitch, prezentującego w nowej odsłonie debiut Zbigniewa Wodeckiego, jak i projekt Albo Inaczej koordynowany przez wytwórnię Alkopoligamia sprawiły, że młode pokolenie polskich słuchaczy ma i zawsze będzie miało potężny szacunek dla twórczości niedawno zmarłego artysty. Rzecz jasna nie tylko dla twórczości, ponieważ respekt wzbudza przede wszystkim osobowość Wodeckiego – sposób artykulacji myśli podczas wywiadów, światopogląd – bliski przekonaniom pokolenia Y, poczucie humoru, wysoka kultura osobista. Zbigniew Wodecki zawsze czuł i rozumiał młodszych od siebie, a ci obdarowywali go sympatią, biorąc udział w koncertach czy kupując albumy.
Autorzy: Krzysztof Ciach, Sebastian Rogalski, Konrad Zalewski, Łukasz Lorenc
czytają na 91.6 FM: Marcin Tomaszewski, Józef Poznar, Sebastian Rogalski
Skromna bomba nie do końca świadoma własnej wartości – tak najkrócej można scharakteryzować Antona Kuzniecowa. Antoha MC, bo pod takim pseudoninem dał się poznać szerszej publiczności, to multitalent: śpiewa, rapuje i sam się produkuje. Poza tym tańczy, nieobca jest mu też sztuka graffiti. Dodatkowo gra na trąbce, która stała się znakiem rozpoznawczym jego muzyki. Słabo? Można jeszcze dodać, że na swoich koncertach występuje czasem także w roli barmana. Wielka dusza.
Anton urodził się w roku 1990 i od tamtej pory mieszka z rodzicami i swoją dziewczyną w bloku na przedmieściach Moskwy. Zjablikowo, bo tak nazywa się ta dzielnica, składa się głównie ze zbyt szerokich ulic i zbyt wielkiej płyty. Jeśli wierzyć Antonowi, dojazd metrem do centrum zajmuje godzinę. Wyobcowanie to dominujące uczucie, jakiego można się nauczyć w takim miejscu, zwłaszcza będąc tak wrażliwą jak Antoha osobą. Słychać to zresztą w jego muzyce: z melancholią walczy się samodzielną twórczością. Psychoterapia w stylu „zrób to sam”? Być może, ale przede wszystkim wielka potrzeba bycia zauważonym.
Z upływem czasu zmieniał się charakter twórczości Antona. Wszystko zaczęło się w roku 2011 z albumem Ot vsei dushi. 9 kawałków, które flirtowały właściwie ze wszystkimi trendami obecnymi we współczesnej rosyjskiej muzyce, na tle innych produkcji tamtego okresu wyróżniało wielkie zamiłowanie autora do śpiewania. Pojawiający się tam rap wynika raczej z bogatej osobowości Antohy niż etosu nabytego dzięki wychowywaniu „na blokach”. Również samo „MC” w pseudonimie płynie chyba z potrzeby wpisania zagubionego siebie w jakiekolwiek ramy. Zresztą cały album trudno zakwalifikować do jednej szufladki. Są tam momenty hip-hopowe, jest 2-step, poza tym dancehall i jazz (trąbka!). Znalazło się nawet miejsce dla elektronicznego r’n’b, w którym to stylu utrzymany jest pierwszy hit Antona: O muzyka.
Lata od roku 2011 do 2015 to dla Antohy okres średnio intensywnej pracy twórczej. Co jakiś czas wydawał pojedyncze utwory, nagrywane oczywiście w mieszkaniu rodziców. Wszystkie z nich sprawiają wrażenie stworzonych raczej z potrzeby chwili niż trzymania się jakiegoś przemyślanego artystycznego planu. Podobnie jak w przypadku debiutu rozstrzał stylistyczny jest ogromny. Znalazło się miejsce i dla typowego hausu, i dla truskulowego rapu, a także UK Funky z dziecięcym chórkiem. Elementem spajającym jest jednak – jak zwykle w przypadku Antona – osobowość autora. Utwory z tamtego czasu zostały wydane w 2015 roku na składance Neizdannoe, opatrzonej, jak zwykle, świetną rysowaną okładką.
Rok 2015 był dla Antona przełomowy. Chyba wtedy poczuł, że robi coś ważnego zarówno muzycznie, jak i kulturalnie – i postanowił ogarnąć swoją karierę. Właśnie wtedy wydał nie tylko zbiór wcześniejszych nagrań, ale także wrócił z nowym albumem zatytułowanym Vsyo proidyot. „Wszystko płynie” – bo chyba tak należy tłumaczyć ten tytuł – jest albumem spokojniejszym, nagranym na jeszcze większym niż wcześniej luzie. Trudno też na nim wyróżnić jeden singlowy banger, ale dzięki temu całość jest spójna i sugestywna w wyrazie. Podczas tworzenia podkładów Antoha mocno inspirował się muzyką jamajską. Ten mariaż Karaibów i rosyjskiego stepu wypadł zaskakująco odprężająco. Brzmi to jak wakacje pod wiejską gruszą, ale z Barringtonem Levym w tle.
Poza własną twórczością Antoha stał się też bardzo pożywnym materiałem dla wszelkiej maści remikserów pochodzących ze wschodu. Charakterystyczną cechą tamtej sceny jest bowiem silnie zakorzeniony etos DIY, który napędza bardzo żywe muzyczne podziemie i pozwala mu z sukcesem istnieć obok tamtejszego mainstreamu. Ważnym elementem tej układanki jest też portal SoundCloud, na którym muzycy mogą się odnaleźć. Efektem pracy innych nad utworami Antona są dwie kompilacje, każda zatytułowana po prostu Zbiór remiksów (Sbornik remiksow).
W zimie 2016 roku Antoha wydał kolejny album zatytułowany Rodnya. Znów można było mówić o zmianie stylu. Tym razem Anton mocno inspirował się nowofalowym rosyjskim rockiem, przede wszystkim twórczością Wiktora Coja i grupy Kino, a także petersburskim bandem Leningrad. Te dwa legendarne zespoły pobrzmiewają w zmęczonych melodeklamacjach i zimnych, agresywnych podkładach. Wydaje się, że po wakacjach, których wyrazem było Vsyo proidyot, Anton wrócił do swojego bloku i znalazł tam dobrze znaną betonową melancholię. Remedium na smutek okazała się jak zwykle muzyka. Trąbka Antohy brzmi tu jednak inaczej niż zwykle. Częściej niż kiedyś jej dźwięk dobywa się przez tłumik. Wymowne.
Ostatni rok to dla Antona przede wszystkim czas intensywnego koncertowania. Wcześniejsze nagrania utwierdziły jego status jako jednego z najważniejszych młodych rosyjskich wykonawców, a popularność, jaką zdobył, sprawiła, że w niektórych mediach uznawany jest za głos pokolenia "najntisów". Szkoda tylko, że na żywo występuje jedynie w krajach byłego ZSRR. Z drugiej strony takie podejście idealnie pasuje do jego postaci. Wierny przede wszystkim swojej małej ojczyźnie językowy patriota odmawiający nagrywania po angielsku i nie do końca przejmujący się tak przyziemnymi sprawami, jak światowa kariera, Anton pozostaje oddany wypracowanym w toku kariery ideałom.
Na wiosnę tego roku Anton zapowiedział kolejny album, który promują dwa single o wiele mówiących tytułach: Impuls serdsta i Ritm serdtsa. Serce jako podstawa twórczości – pozornie nie można sobie wyobrazić większego banału. W przypadku Antohy ten banał znajduje jednak mocne uzasadnienie nie tylko w dziedzinie wyznawanych przezeń wartości (te są do cna tradycyjne), co w samej muzyce. Trudno o większy szlagier niż Ritm serdtsa, przy którym po prostu nie da się spokojnie usiedzieć. Album, roboczo zatytułowany Davai v plyas, ma się ukazać już niebawem, choć w przypadku tego artysty potencjalne obsuwy nie będą niczym zaskakującym.
Największa obawą, jaką można żywić w stosunku do postaci Antohy, nie są tak oklepane zmartwienia, jak utrata twórczej formy czy „popadnięcie w komerchę”. Najbardziej zagraża mu chyba nieprzyjazne środowisko. Środowisko w znaczeniu najbardziej prozaicznym, które na pewno odbije się na zdrowiu tego wrażliwego chłopaka. Wciąż zatrważająco młody duchem Anton wydaje się być postacią po prostu zbyt delikatną jak na współczesną Rosję. Miejmy jednak nadzieję, że ocalenie będzie czekało na niego tam, gdzie zawsze: wśród rodziny, znajomych i muzyki.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.