Archiwum

Mount Kimbie

Brytyjski duet, którego media chętnie nazywają protoplastami post-dubstepu wraca z nowym albumem. Pretendenci do płyty roku z tytułem Love What Survives… Mount Kimbie – Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.​

 

 

Kai Campos i Dominik Maker jako Mount Kimbie tworzyli pierwsze utwory już w 2008 roku, jednak swój oficjalny debiut zaliczyli 2 lata później z krążkiem Crooks & Lovers. Wytwórnią, która wyciągnęła do nich rękę była brytyjska Hotflush Recordings. Sięgając do kart historii mówiących o początkach zespołu Mount Kimbie, nie sposób nie wspomnieć o EPkach, które zdefiniowały charakter ich twórczości. Chodzi rzecz jasna o Maybes czy Sketch On Glass, które dla muzyki współczesnej, popularnej – stały się na światowym rynku z jednej strony przełomowe, a z drugiej nawiązywały do brytyjskiego eksperymentalizmu w stylu Jamesa Blake’a czy Jamiego XXa. Hit z 2010 roku pt. Carbonated zachwycał właśnie tym balansem, pomiędzy klubowym potencjałem, a hymnem popołudniowych afterów w jesienno-zimowym sezonie. Twórczość Mount Kimbie na przełomie lat ewoluowała, ale od startu starali się ukazać różne oblicza muzyki klubowej, w której się odnajdują –  od energicznych i tanecznych podkładów po minimalistyczne, elektro-ballady.  Jeśli chcielibyśmy szukać momentu najistotniejszego w karierze duetu Mount Kimbie, należy postawić wabank na rok 2013, gdy stacje radiowe na całym świecie zaczęły grać singiel „Made To Stray”. To symboliczny czas rozstania z Hotflush Recordings i pierwszy uścisk dłoni z legendarnym labalem Warp.

 

 

Najnowszy album Mount Kimbie pt. Love What Survives z pewnością wpisze się w jesienny nastrój jak szyty na miarę i nie da się ukryć, że pierwsze skojarzenie z ich muzyką jest właśnie takie: mgliste, deszczowe, rytmiczne, ale pomieszane z nostalgią. Słychać to przede wszystkim na ścieżkach, produkcje Camposa i Makera dojrzały, jak pewnie i sami twórcy. Muzyka nabrała koloru, względnego optymizmu, a eksperymenty wskoczyły o kolejny poziom wyżej. Zespół udowadnia, że wciąż pracuje nad charakterem swoich kompozycji, ich oryginalnością, ale i specyfiką, inspirując się rozwiązaniami brzmieniowymi Boards Of Canada czy Joy Division. Uznałbym nawet, że styl zespołu wciąż kwitnie, czerpiąc to, co najlepsze przez swoje korzenie i wydając coraz dorodniejsze owoce. W trakcie 10-letniej kariery zespołu Mount Kimbie, duet uraczył nas dużą ilością materiału, jednak najnowszy longplay Love What Survives to tak naprawdę trzeci, długogrający krążek w ich dyskografii.

Wydany oczywiście przez oficynę Warp jest faktycznym dowodem rozwoju ich muzycznej drogi. Sami artyści czas pracy nad płytą nazwali fascynującym procesem, który zmienił ich jako zespół. Nie ma się co dziwić, w końcu to ostateczny wynik trzy-letnich, intensywnych działań nad nowym brzmieniem. Co ciekawe tegoroczna,  wrześniowa premiera  powstawała między Londynem, gdzie mieszka Kai Campos i Los Angeles, gdzie Dominic Maker przeniósł się w 2016 roku. Duet podróżował tam i z powrotem, aby rozwijać pomyły podczas wielogodzinnych sesji. Dla Makera odkrywającego różnice kulturowe jego nowego otoczenia, stanowiło to nową perspektywę, a tym samym nowe inspiracje. 


Mount Kimbie mieli okazję zagrać w tym roku podczas Audioriver Festival, a polscy fani po raz pierwszy na żywo usłyszeli zawartość najnowszego Love What Survives na żywo. Kai i Dom pojawili się w Płocku z live bandem, gdzie o całkiem wczesnej porze wytworzyli magiczny nastrój, którym zahipnotyzowali publiczność, wplatając w ogólną narrację przearanżowane hity, znane każdemu, kto miał styczność z dyskografią Brytyjczyków. Status DJ-ów jest już dawno za nimi, to pełnoprawny zespół i w ten sposób powinniśmy ich muzykę regulować. Mimo iż w Polsce w tym roku pojawią się jeszcze dwukrotnie w przestrzeniach klubowych, przygotujcie się na emocjonalny live act. Mount Kimbie 11 listopada zagrają w warszawskim Niebie, a dzień później pojawią się w krakowskim Kwadracie. 

Mimo iż Mount Kimbie rewolucjonizują swój styl, sięgając po co raz odważniejsze patenty i wyróżniając w kompozycjach nowe warstwy – wciąż krążą wokół znanych już wpływów downtempo, fieldrecordingu i breakbeatu. New wave, który prezentują ma w sobie więcej elementów zaczerpniętych z shoegaze’u, a numerom zdecydowanie nie brakuje  post-rockowej energii, płynącej z brzmienia przesterowanych, żywych instrumentów. Mount Kimbie zachowali jednak to, co na przestrzeni lat było w ich muzyce najważniejsze, a najlepszym na to przykładem jest otwierający album Love What Survives utwór pt. Four Years and One Day

Mount Kimbie zapytani przez The Fader – jak radzą sobie z głosem w głowie, który chce zapewnienia, że to co robisz jest faktycznie dobre,  odpowiedzieli:

Nie ma sensu sobie tym zaprzątać głowy, to wynika z ambicji, ale taka weryfikacja jest użyteczną siła napędową na początku, a w rzeczywistości to rodzaj pustej muszli. Kai i Dom patrzą na swoje wcześniejsze dokonania z akceptacją, ale niedosytem.

Podkreślają, że album Love What Survives to ich faktyczne spełnienie pod względem muzycznym. Sprawdźcie sami, czy satysfakcjonuje także Was jako słuchaczy i czy to kierunek, za którym chcielibyście wraz z muzykami podążać. 


 

Red Hot Chili Peppers

W 26 rocznicę wydania ich przełomowego albumu Blood Sugar Sex Magik przedstawiamy historię Red Hot Chili Peppers. Opowieść o przyjaźni, narkotykach, sukcesie i upadkach z hollywódzkimi wzgórzami w tle.

W historii muzyki rozrywkowej wiele zespołów decydowało się w swojej muzyce na eksperymenty. Mało który jednak prezentował tak, kalejdoskopowe niemal, spektrum brzmień. Od głośnego grania zakrawającego o punk, przez rytmiczne funkowe numery, po chwytające za serce rockowe ballady. Jak to często bywa, to zrządzenie losu doprowadziło do powstania jednej z najbardziej wpływowych grup ostatnich lat. Rok 1977. Na progu liceum Fairfax High stanął młody Anthony Kiedis. Kompletnym przypadkiem. Miał być uczniem University High School, ale zorientowano się że w swoich danych podał fałszywy adres i powinien uczęszczać właśnie do Fairfax. Tam nawiązał przyjaźń z chuderlawym chłopakiem z przerwą między zębami i bujną czupryną. Anthony i Mike Balzary, w szkole nazywany Flea (ang. Pchła), stali się nierozłączni. Wkrótce potem poznali Hillela Slovaka. Podobnie jak Flea, którego ojczym był jazzmanem, Hillel był zafascynowany muzyką. Do paczki dołączył Jack Irons i w ’83 chłopaki dali swój pierwszy „koncert”. Wykonanie utworu Out in LA okazało się na tyle interesujące, że grupę zachęciła kilka okolicznych klubów, a parę miesięcy później zespołem zainteresowała się wytwórnia EMI, która wydała ich pierwszy album, nazywający się po prostu The Red Hot Chili Peppers.

https://www.youtube.com/watch?v=jZRdjZFffnQ

W procesie nagrań nie uczestniczyła cała czwórka. Slovak i Irons woleli chwilowo skupić się na innym  projekcie What Is This?. W związku z tym, do Red Hot Chili Peppers przyjęto gitarzystę Jacka Shermana oraz perkusistę Cliffa Martineza. Między Shermanem, a Kiedisem narastał konflikt. Zdaniem wokalisty, gitarzysta zespołu nie miał w sobie „punkowego pierwiastka”, nie pasował do grupy. Flea i Kiedis mieli też obiekcje wobec produkcji. Utwory były ich zdaniem zbyt wymuskane, wyprane z surowości i brudu, który w tym czasie był znakiem rozpoznawalnym grupy. Mimo to, krążek spotkał się z całkiem pozytywnym odbiorem, szczególnie wśród środowisk akademickich. Po tym jak What Is This? zakończyło się fiaskiem, Slovak wrócił do grupy zastępując Shermana.

Pomimo faktu, że Kiedis był w tym czasie dość mocno uzależniony od narkotyków, tworzenie materiału na płytę szło dość sprawnie. Zapytani o to, kogo widzieliby jako producenta odpowiedzieli zgodnie – George Clinton. Lider legendarnej grupy Funkadelic był idolem młodego zespołu. Po otrzymaniu demówek kilku utworów zgodził się na współpracę. Na czas nagrań Clinton stał się ojcem dla chłopaków z zespołu, szczególnie frontmana, Anthony’ego Kiedisa. Jego doświadczenie okazało się kluczowe w tworzeniu, najbardziej chyba, funkowego krążka w dyskografii grupy. Pełno tu rytmicznych brzmień, które umiejętnie oszlifował Clinton. Płyta została wydana 16 sierpnia 1985 i nazwana Freaky Styley.

Rok 1987 to kolejna płyta: Uplift Mofo Party Plan. Red Hoci trochę odchodzą tam od grania stricte funkowego na rzecz brudniejszych i cięższych brzmień. Świadczy o tym numer otwierający album Fight Like a Brave (fani gier komputerowych mogą kojarzyć go z Tony Hawk’s Pro Skater 3. Tekst utworu powstał, kiedy Anthony wracał z rodzinnego Michigan, gdzie walczył z nałogiem narkotykowym. Nie tylko on miał z tym problem. W coraz głębsze uzależnienie od heroiny popadał także gitarzysta Hillel Slovak. W 1988 został odnaleziony martwy w swoim mieszkaniu w LA. Wieść o jego śmierci była druzgocącą informacją dla jego kolegów z zespołu. Wkrótce potem perkusista Jack Irons zdecydował się na odejście. Stwierdził, że „nie może być w zespole, w którym umierają jego przyjaciele”. Flea i Kiedis zdecydowali się jednak kontynuować projekt. Na miejsce Slovaka przyjęli młodego Johna Frusciante. 18-latek był fanem zespołu i idealnie wkomponowywał się w niego swoją energią i kreatywnością. Jeśli chodzi o perkusję, po krótkiej współpracy z D.H. Pelligro zdecydowano się na casting. Tam pojawił się  Chad Smith, człowiek który, wydawać by się mogło, kompletnie nie pasuje stylem do zespołu. Kiedy próg sali prób przekroczył koleś z fryzurą w stylu Guns N’ Roses, Anthony, Mike i John byli, lekko mówiąc, bardzo sceptyczni. Chad zdominował jednak próbę. Zwykle to Flea przejmował kontrolę swoim agresywnym basem. Tym razem nie mógł nadążyć za perkusją Smitha, który został przyjęty niemal z miejsca. W tym składzie rozpoczęli prace nad kolejną płytą.

Wydana w 1989 Mother’s Milk spotkała się z pozytywnym odbiorem. Pomimo faktu, że sama grupa nie była z krążka zachwycona, wytwórnia przeznaczyła pieniądze na dwa teledyski. Jako jedną z piosenek, która miała doczekać się klipu wybrano Higher Ground, cover przeboju Steviego Wondera. Po czasie płyta zyskała status platynowej, było to jednak jedynie preludium do prawdziwej eksplozji popularności zespołu.

Na czas nagrań kolejnej płyty grupa zamieszkała w domu legendarnego producenta Ricka Rubina. Niepowtarzalny klimat The Mansion, czyli willi w której nagrywali m.in. David Bowie czy Mick Jagger miał niewątpliwie pozytywny wpływ na zespół. Nagrania trwały ponad 30 dni, a ich proces uwieczniony jest na filmie zatytułowanym Funky Monks.

https://www.youtube.com/watch?v=U68tdHaJNQo

Wydana 24 września 1991 roku Blood Sugar Sex Magik okazała się absolutnym hitem. Zespół zyskał ogromną sławę, także międzynarodową. Nie wszystkim jednak to odpowiadało. Młody John Frusciante twierdził, że Chili Peppers stali się zbyt popularni. Zdecydowanie preferował granie dla garstki osób w zatłoczonym klubie, aniżeli dla wielotysięcznej publiczności na stadionie. Pogłębiał się jego konflikt z Anthonym Kiedisem, którego eskalacja nastąpiła podczas występu w Saturday Night Live, gdzie wykonanie utworu Under The Bridge było zdaniem Kiedisa sabotowane przez Frusciante, w swojej książce pisze:

Nie miałem pojęcia co to za utwór, w jakiej tonacji. John wyglądał jakby był w innym świecie. Do dzisiaj zaprzecza jakoby fałszował. Według niego eksperymentował, tak jak robiliśmy to podczas prób. Cóż, różnica polegała na tym, że nie byliśmy na próbie, tylko występowaliśmy na żywo przed wielomilionową widownią telewizyjną i to była tortura. Zacząłem śpiewać, wydawało mi się że w tonacji, mimo że nie była to tonacja, którą grał John. Czułem się tak, jakby wbito mi nóż w plecy i powieszono, żebym wysechł na oczach całej Ameryki, podczas gdy ten facet stał w cieniu, eksperymentując z jakimiś dysonansowymi, niemelodyjnymi dźwiękami.

Był to, jak się okazało, początek końca. John Frusciante wkrótce później opuścił zespół.

Na miejsce Frusciante zatrudniono wieloletniego gitarzystę psychodelicznej grupy Jane’s Addiction, Dave’a Navarro. Na albumie wydanym w 1995 roku bardzo mocno słychać jego wpływ na grę Chili Peppers. One Hot Minute to bez wątpienia najmroczniejsza pozycja w dyskografii grupy. I choć spotkała się z mieszanym odbiorem wśród krytyków, wielu fanów to właśnie tę płytę wskazuje jako jedną z ciekawszych w niemal 35-letniej historii zespołu.

Kolejny album, kolejny przełom. Historia Dave’a Navarro z RHCP była krótka. Zrezygnowano ze współpracy z gitarzystę, a na jego miejsce przyjęto Johna Frusciante. Odrodzonego, wyrwanego z nałogu od heroiny. Nie jest przesadą stwierdzenie: „wyrwanego z ramion śmierci”. Po odejściu z zespołu John całkowicie zatracił się w uzależnieniu i doprowadził swoje ciało do przerażającego stanu. Przetrwał też pożar własnego domu, podczas którego stracił niemal wszystko. Po tym wydarzeniu została mu na ramieniu blizna. Aż dziw pomyśleć, że tylko tyle. Po tym do jakiego stanu się doprowadził.

Po powrocie Johna odzyskali życie także Red Hoci jako całość. Znów czerpali radość z grania razem. W 1998 pojawili się gościnnie w starym składzie na scenie, a w 1999 wydali album Californication.  Frusciante nie był jeszcze w formie pozwalającej mu na gitarowe szaleństwa, ale proste riffy oparte na genialnej symbiozie z basem Flea pokazały, że czasem mniej to więcej.

Kolejny album to rok 2002 i krążek pt. By The Way. Pomimo energicznego tytułowego hitu otwierającego tego longplaya, płyta ta jest bardzo spokojna. Zespół pokazał inną, delikatniejszą twarz. Wpływ miał na to niewątpliwie Frusciante odkrywający nowe horyzonty swojej twórczości. Basista Flea miał o to pretensje, twierdząc że płyta jest zbyt miękka. Rok 2006 to płyta Stadium Arcadium. Prawdziwy moloch zawierający aż 28 numerów. Sprawia wrażenie jakby miała być skompresowaną historią twórczości Red Hot Chili Peppers z Frusciante w składzie. Znajdziemy tu energiczne, surowe kawałki funkowe nawiązujące do wcześniejszych płyt, jak i spokojne, często skomplikowane melodyjnie utwory będące wciąż czymś nowym w twórczości zespołu. Był to, jak się okazało, ostatni album nagrany przez zespół z Johnem Frusciante. Gitarzysta opuścił zespół po dwóch latach od wydania płyty. Tym razem nie przez konflikt, ale przez to że, cytując, "tworzenie dalej tego co robił z zespołem byłoby sprzeczne z jego charakterem".

https://www.youtube.com/watch?v=-dq9qNXgTyY

Dwa ostatnie krążki Red Hot Chili Peppers czyli I'm With You i The Getaway to efekt współpracy z nowym gitarzystą Joshem Klinghofferem. Zespół po raz kolejny udowodnił, że stać go na coś nowego prezentując materiał mocno różny od wszystkiego, co do tej pory prezentowali. Mimo to wciąż pokazują, że nie zatracili tego pierwiastka, który przyciągnął fanów, wyróżniał ich na tle innych zespołów. Na koncertach prezentują niezrównaną energię, a temu co tworzą, choć nie każdemu musi przypaść do gustu, nie można odmówić świeżości.

 

 

 

 

Queens of the Stone Age

Jakieś 50. lat temu na rockowych scenach rządziły zespoły, które inspirowały, inspirują i inspirować będą, które do dziś są równie ważne i szanowane i które w tej muzyce powiedziały już niemalże wszystko. Do tego, bądź co bądź, elitarnego grona pewnie wiele współczesnych grup nigdy nie będzie w stanie się dostać. W tym tygodniu pokazujemy Wam zespół, który jeśli jeszcze w tej elicie się nie znalazł to jest na całkiem prostej drodze. Przed Wami Queens of The Stone Age!

Kalifornijski rock raczej kojarzy się z surfowaniem czy nadmorskim lekkim brzmieniem. Wystarczy jednak oddalić się bardziej na zachód w głąb stanu, by poznać bardziej mroczniejszą, pustynną jego stronę. To stamtąd, z Palm Desert, nadeszły najbardziej znaczące postacie współczesnego stoner rocka. To tam, na zgliszczach zespołu Kyuss, z inicjatywy Josha Homme, w 1996 powstał Queens of The Stone Age.

W przyszłym roku minie dokładnie 20 lat od debiutugrupy. Na płycie od pierwszych dźwięków wydawało się, że Josh Homme próbował odciąć się od wcześniejszej działalności z Kyuss, jednak jak się okazało nie było to takie proste, tym bardziej że płyty obu grup są dziełem tego samego producenta. Niemal w całości nagrany przez Josha krążek często zwalnia, ale coraz mniej tam lejących się, ciężkich riffów, więcej melodyjnych utworów z dużym naciskiem na interesujący, zaskakująco spokojny wokal. 

Rok 2000 był dla Queens of the Stone Age rokiem przełomu. Wydany 6 czerwca album "Rated R" umieścił zespół na mapie świata hard rocka. Otwierający go numer "Feel Good Hit of Summer" wzbudził ogromne kontrowersje poprzez swoje nawiązania do używek, których temat przewija się również przez większą część piosenek albumu. Frontman zespołu Josh Homme wielokrotnie podkreślał, że od muzycznej strony chciał pokazać inną twarz grupy. Zapoznać słuchaczy z klimatem różniącym się od tego, które prezentowali na debiutanckiej płycie. Zaprzyjaźnić z brzmieniem, który sam Homme określa po prostu jako dziwny i mroczny. Przykładem tego jest utwór Leg of Lamb, o którym frontman Queens mówi, że jest to piosenka popowa pokryta grubą warstwą dziwnej brzmieniowej galarety.

Jeśli plyta Rated R byal przelomem to jej następczyni już chyba rewolucją. Songs for the deaf od pierwszych dźwiękow uderza wściekloscią i mrokiem, odzwierciedla niejako bardzo wybuchowe charaktery czlonkow zespolu. ta bardzo ciezka, przepelniona gestym brzmieniem plyta to paradoksalnie najlepiej sprzedający się krążek w historii queens. sluchaczy przyciagnely może wielkie nazwiska gości jak Dave Grohl czy Mark Lenegan, ale może po prostu bardzo spojny i niezwykle wciągajàcy material.

Po ogromnym sukcesie płyty gdzieś na horyzoncie zaczelo pojawiać się widmo kryzysu w zespole. silne charsktery coraz batdxoej bardziej się ścieraly i o ile mialo to dobry wplyw na muzykę, o tyle na samych muzykow – wręcz destrukcjynny. Z Queens of the Stone Age wyrzucony został Nick Olivieri, a sam lider Josh Homme sprawial wrażenie niezrownowazonego i znerwicowanego, szczegolnie na koncertach. Rosly także oczekiwania fanów co do kolejnej plyty. Wtedy w ramach odreagowania, zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz, Josh postanowil wrocić do Eagles of Death Metal. W nieco przesmiewczym rockowym projekcie z Jesse Hughes'em grywał już od konca lat 90, ale dopiero w tej wlasnie przerwie Panowie nagrali debiutancki, znakomity album,

Josh Homme jest współtwórcą zespołu Eagles of Death Metal i mimo, że obecnie ogranicza się z nimi głównie do nagrywania płyt to okazuje się, że jest z zespołem bardzo zżyty. 13. listopada 2015 roku, świeżo po wydaniu ostatniego krążka grupy na koncercie w Paryżu doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęły dziesiątki ludzi. I choć josha tam nie było to bardzo źle przeżył te tragiczne wydarzenia . Jako jeden z pierwszych dowiedział się o całej sytuacji, bezpośrednio od występujących na scenie członków zespołu. Podobnie jak poprzednimi razy tak bardzo stresujące sytuacje odciągnęły od QOTSA. W jedyn z wywiadów Josh przyznał, że w tym trudnym czasie jedyną odskocznią i terapią była dla niego produkcja ostatniej płyty iggego popa "post pop depression".  To wszystko sprawiło, że na kolejnynowy materiał Queens of The Stone Age trzeba było czekać ponad 4 lat.

https://www.youtube.com/watch?v=ARQibpsU2D4

Można zaryzykować stwierdzenie, że Lullabies to paralyze to najmroczniejszy ze wszystkich albumów Queens of The Stone Age. Już z samej, skąpanej w czerni okładki spogląda na nas dziewczynka nieznacznie oświetlona światłem trzymanej w ręce świecy. Klimatem albumowi najbliżej zatem do jakiegoś horroru i rzeczywiście – melodyjne spokojne uitwory niczym kołysanki nagle zostają przerywane mocnymi gitarowymi riffami i niczym w filmie – potrafią nas chwilowo sparaliżować, choc może niekoniecznie w strachu. To na tej płycie chyba jak dotąd najbardziej Josh popisuje się swoim melodyjnym wokalem, nad umiejętnościami gry na gitarze. I trzeba przyznać, że pewnego rodzaju założenie, żeby nie stworzyć drugiej części Songs for the death, zostało spełnione.

12. czerwca bieżącego roku 10-lecie obchodził piąty album QOTSA – Era Vulgaris. . Więcej tu klawiszy i eksperymentów nie do końca gitarowych. To też otwarcie się na inne gatunki i miksowanie je ze stoner rockowym sznytem. Josh Homme na coraz więcej pozwala sobie również wokalnie, czasami zaskakując falsetem, jakby naśladujac trochę Micka JaggeraZaraz po premierze zespół przeszedł roszady kadrowe, które od tego momentu mocno wpływały na brzmienie NOWEGO Queens of the Stone Age. 

Jedynm z najciekawszych elementów muzyki QOTSA są krzywe, wręcz karykaturalne riffy. Kraut-riffy to całkiem dobre słowo tym bardziej, że do kraut rocka również nawiązują. Łamiąc klasyczną pentatonikę bluesową Josh Homme zaskakuje, bo dźwięki niby do siebie nie do końca nie pasują, ale z całym akordem brzmią bardzo świeżo i charakterystycznie jednocześnie tajemniczo i  mrocznie, zresztą adekwatnie do całego kilimatu.

Ostatnie płyty zespołu "Like Clockwork…" i "Villans" tworzą pewien spójny duet. z jednej strony wydaje się, że queens of the stone age wpadli w pulapke miekkiej produkcji i utrafenia swojej oryginalnosci, zresztà jak wiekszosc wspolczesnych nazwijmy to "gwiazd" rocka. nie mozna się oprzec jednak wrazeniu, że na "Like Clockwork…" prezentują oblicze, ktore dotąd pokazywali tylko szczątkowo. oblicze spokojne i refleksyjne. Z kolei najnowszy album wydaje się być tego zaprzeczeniem. płyta niby w podobnym klimacie ale bardzo dynamiczna, wręcz buntownicza w jakimś sensie. Warto zauważyć, że najnowsze wydawnictwo Queens Of The Stone Age wyprodukował Mark Ronson, który raczej nie często kojarzony bywa z takim brzmieniem.

 

Floating Points

Angielski kompozytor, producent i DJ, który w kilka lat opanował Wyspy Brytyjskie demonstrując niespotykaną dotąd twórczość. Sam Shepherd to inicjator konceptu Floating Points, artysty tygodnia w Radiu Luz.

Szerokie pole zainteresowań artysty obejmuje wiele dziedzin z pogranicza muzyki, neurologii i psychologii. Pierwsze studia rozpoczął na uniwersytecie muzycznym, a jako instrument główny wybrał fortepian. Szybko odkrył swoją pasję do gry na nim, a talent jaki ówcześnie posiadał nie pozostał zmarnowany. Ukończył Chetham’s School of Music, następnie zaczął studia w dziedzinie neuronauki i szybko uzyskał stopień doktora. Zawsze znajdował czas na tworzenie muzyki – szukał nowych rozwiązań, interesując się rozmaitymi dziedzinami.

Debiutował w 2008 roku, remixując bootleg Sun Ra „I Will Wait for You’’. Później współpracował z didżejem radia Rinse FM Aleksandrem Nutem, który utworzył label Eglo, do którego należą między innymi Funkineven czy Fatima. Tam zrealizował swoją pierwszą Epkę „Vacuum EP”, która przysporzyła mu dużej popularności. Pierwsze brzmienie bardzo przypominało wczesnego Motor City Drum Ensemble – brudny house, stopniowo rozwijający się i budujący napięcie przez hipnotyczne sample.

W późniejszym etapie twórczości Floating Points miał w swoim brzmieniu coś, co odróżniało go od wielu innych artystów lubujących się w wykorzystaniu żywych instrumentów w swoich nagraniach. Nierzadko były to klarnety, saksofony i flety. Podkreślało to jazzowy, a czasem i orkiestrowy sznyt. Wykorzystywał leniwe tempo, charakterystyczne, ale już mniej typowe środki muzyki klubowej i tak coraz częściej powstawały nowe dzieła.

Kolejne wydawnictwa Sama Shepherda również zasiliły katalog Eglo. "Shadows" to tytuł jego pierwszej płyty, w której zaoferował słuchaczom prawdziwą wirtuozerię nu jazzu wplątanego w klubowe i eksperymentalne aranżacje. Przyjaźnił się wtedy z Four Tetem, znanym producentem, z którym dogadywał się bez słów. Obecnie spotykają się w radiu i często prowadzą audycje, w których dzielą się ze słuchaczami selekcją wysublimowanych utworów.

Rok 2015 zdecydowanie należał do Floating Pointsa. Pisali o nim wszędzie – jego studyjny album "Elaenia" triumfował na czołowych miejscach najlepszych płyt roku wielu portali. Usłyszeli o nim niemalże wszyscy interesujący się muzyką niezależną. Charakter tego materiału, wydanego tym razem dla wytwórni Luaka Bop nie przypominał już muzyki klubowej. Chociaż dalej obracał się w takim środowisku, zainteresował się innymi gatunkami muzycznymi.

"Elaenia" Floating Pointsa jest wyższego lotu, bardzo wymagająca płytą, która tworzy przestrzeń i ukaja duszę niezwykle przemyślanym wykorzystaniem instrumentów tradycyjnych. Gdzieniegdzie Sam Shepherd ubogaca je syntezatorami, które ma się wrażenie, sterują obiema półkulami mózgowymi słuchacza. Być może znajomość ludzkiego umysłu pomogła w opracowaniu linii rytmicznych, które wabią nas od początku do końca trwania krążka.

Floating Points, mimo niesłychanie wzrastającej popularności nie spoczął na laurach. Nadal komponował i rok później ukazał się minialbum "Kuiper". Formuła utworów przypomina dokonania na "Elaeni", Shepherd coraz częściej zaczął sięgać po orkiestrowe środki pozbawione wokalu. Jego live-acty sprawiały w osłupienie ludzi. Szczególnie ten, który miał okazję zagrać w Seatlle w 2016 roku.

Wśród swoich inspiracji wymienia twórczośc takich artystów jak: Pharoah Sanders("Love in Us All"), The Edge of Daybreak ("Eyes of Love"), Mary Clark("Take Me I'm Yours"), Gunter Hampel("The 8th of July 1969"), Charles Earland("Leaving this Planet"), Ornette Coleman ("Science Fiction"). Ale największym natchnieniem dla artysty zdaje się być sam Londyn, który jako miasto ma mu wiele do zaoferowania. Nie tylko dla niego, ale i dla wielu artystów dobrze czujących się w tym środowisku. Podczas wywiadu dla Resident Advisor: Real Scenes tłumaczy, że dzięki multikulturowości i wysokiej tolerancji miasta powstaje tyle wspaniałych dzieł i każdy artysta może z nich łatwo korzystać. Tym samym stanowczo neguje założenia Brexitu.

Najnowszy materiał Floating Pointsa „Reflections” to soundtrack do krótkometrażowego filmu powstałego w tym roku. Wyraża zachwyt nad  pustynią Mojave, skąpanej w blasku zachodzącego słońca. Zachwyca się ukształtowaniem terenu, a krajobraz opisuje poprzez muzykę – niezwykle intymną i wykorzystującą naturalne dźwięki środowiska: zwierząt, roślinności i wiatru rozchodzące się w tamtym miejscu.

Floating Points ma bardzo wiele do zaoferowania, mimo nie tak rozległej dyskografii. Część z Was mogła też usłyszeć o nim po raz pierwszy. Mimo wszystko ta osobliwa postać zachwyciła nasze radio, a Wam polecam zaznajomić się z przepięknym dorobkiem artystycznym. Może i wy odkryjecie w jego muzyce coś, co pozwoli wam się uspokoić, wziąć wdech i przygotować się do nadchodzącej jesieni, a wraz z nią rozpoczęcia studiów.

The War on Drugs

W ostatni piątek sierpinia dowodzona przez Adama Granduciela formacja The War on Drugs wydała oczekiwany od ponad trzech lat, czwarty studyjny album "A Deeper Understanding". Od powołania projektu do życia przed dwunastoma laty muzyka zespołu podlegała dynamicznym zmianom — od silnych inspiracji folkrockową odsłoną Boba Dylana, przez eksplorację onirycznej neopsychodelii aż do słonecznego indie rocka z silnie amerykańskim heartlandowym zacięciem spod znaku Bruce'a Springsteena. Debiutancka epka "Barrel of Batteries" z 2006 roku i wydany dwa lata później pierwszy długogrający album grupy nieprzypadkowo zatytułowany w tym kontekście "Wagonwheel Blues" bez skrępowania nawiązywały do stylistyki amerykańskiego barda — począwszy od formy, przez brzmienie, aż po charakterystyczną manierę wokalną. Musiały minąć kolejne dwa lata, by Granduciel znalazł na muzycznej mapie swoją własną ścieżkę.

Pierwsze próby uformowania prawdziwie autorskiego brzmienia przypadły na 2010 rok, kiedy po raz pierwszy The War on Drugs postanowiło wpisać swoją wizję rocka w dreampopowy, a może nawet shoegaze'owy krajobraz. Wydana w październiku tego roku epka "Future Weather" stanowiła dojrzały pomost między brzmieniem klasycznego rocka lat 80. z countrującym rodowodem a współczesną sceną indierockową. Jej rozwinięciem był wydany w sierpniu kolejnego roku drugi longplay "Slave Ambient". W międzyczasie skład grupy przeszedł kilka zasadniczych przeobrażeń — przede wszystkim jej szeregi opuścili Kurt Vile oraz perkusista Kyle Lloyd, a Adam Granduciel wraz z basistą Davidem Hartleym postanowili zamienić prostolinijnego folk rocka na bardziej wysublimowaną fuzję amerykańskiej muzyki gitarowej z eteryczną neo-psychodelią. Na "Slave Ambient" Granduciel i spółka potrafili pogodzić Boba Dylana, Tima Heckera i My Bloody Valentine. Wciąż momentami brakowało grupie pierwszorzędnych melodii, ale album zainteresował krytyków muzycznych, zdobywając znakomite recenzje po obu stronach Atlantyku.

Mimo że Bruce Springsteen czy Tom Petty czasy świetności mają już dziś zdecydowanie za sobą (w przeciwieństwie do tego, co wciąż twierdzi amerykański Rolling Stone), duch ich młodości wciąż żyje w muzyce The War on Drugs. Archetypowe brzmienie heartland rocka powróciło do gry wraz z wydaniem 2014 roku przełomowego dla zespołu krążka "Lost in the Dream". Formacja w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisała archetypowe brzmienie amerykańskiego rocka przełomu lat 70. i 80., mocno osadzone w stylistyce tamtejszej prowincji połowy lat 80. Grupie udało się znaleźć grupie idealny kompromis pomiędzy współczesnością a klasyką, swobodną przebojowością a równie lekko i ekspresyjnie nakreślonym w muzyce pop elementem sztuki. "Lost in the Dream" okazało się nie tylko komercyjnym przebojem (w Wielkiej Brytanii pokryło się złotem), ale przede wszystkim wielkim sukcesem artystycznym. Portal Metacritic, podsumowawszy 139 list najlepszych płyt 2014 roku, okrzyknął płytę najlepiej przyjętym krytycznie krążkiem tego roku. Z kolei na najnowszym, czwartym krążku "A Deeper Understanding" zespół obrał sobie bardziej słoneczny i melodyjny kurs. Tym samym większość nowego materiału nawiązuje do heartlandrockowych tradycji muzycznych w znacznie bardziej otwarty i nieskrępowany sposób niż miało to miejsce na poprzednich krążkach grupy. Więcej o muzycznej ewolucji The War on Drugs na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Slowdive

Czy 20 lat przerwy wystarczy, żeby znów podbić serca swoich fanów i zaprezentować jakościowy materiał? Sprawdźmy, czy udało się to Slowdive – naszemu Artyście Tygodnia!

Historia Slowdive zaczęła się w roku 1989 w angielskim miasteczku Reading, 70 kilometrów na zachód od Londynu. To właśnie tutaj powstał zespół zaliczany do tak zwanej "wielkiej shoegaze'owej czwórki" (u boku My Bloody Valentine, Ride i The Jesus and Mary Chain"). Po rozpadzie zespołu The Pumpkin Fairies założonego przez Neila Halsteada i Rachel Goswell, ta dwójka razem z Adrianem Sellem, Nickiem Chaplinem i Christianem Savillem stworzyła formację Slowdive, która lata później miała na dobre zapisać się w kartach historii muzyki.

Pierwsza EPka została wydana rok po założeniu zespołu i nazywała się po prostu "Slowdive". Nazwa ta została wymyślona przez Nicka i Rachel, a inspiracją był sen jednego z członków — Rachel skojarzyła go z singlem swojej ulubionej grupy, Siouxie and the Banshees. W ten sposób "powolne nurkowanie" i senna atmosfera stały się motywem przewodnim formacji z Reading, a także ich znakiem rozpoznawczym na brytyjskiej scenie.

Pierwsza epka była dużym sukcesem. Zwróciła uwagę poważnych wytwórni i znanych dziennikarzy muzycznych na Slowdive. Zespół zachęcony powodzeniem pierwszego wydawnictwa szybko nagrał drugą epkę – „Holding Our Breath”, która ukazała się rok później. Również ta płyta znalazła się wysoko w notowaniach muzcznych, a singiel „Catch the Breeze” wylądował na szczycie listy przebojów UK Indie Chart. 

Debiutancki longplay Slowdive ukazał się w 1991 i nazywa się "Just for a Day". Początkowo nie odniósł jednak takiego sukcesu jak dwie pierwsze epki i potrzeba było kilku lat, zanim krytycy w pełni docenili ten materiał. Obecnie jest jednym z kluczowych w historii shoegaze'u.

Na początku kariery grupa borykała się z wieloma przeciwnościami losu — głównym problemem były złe recenzje w prasie muzycznej, a także ciągły brak funduszy. Sytuację miał zmienić kolejny album, "Souvlaki". Zespół zgłosili się do znanego już wtedy producenta i mistrza ambientu, Briana Eno, aby pomógł im wyprodukować album. Eno, chociaż lubił muzykę Slowdive, nie przystał jednak na taką współpracę i zaproponował inne rozwiązanie — to właśnie on napisał utwór "Sing", a na "Here She Comes" można usłyszeć jego klawisze.

Po wydaniu "Souvlaki", pomimo problemów z pieniędzmi i wytwórnią, Slowdive ruszyli w trasę koncertową. Udało im się dać kilka koncertów w Europie i Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zyskali większy rozgłos. Wciąż jednak nie byli tak popularni jak obecnie,

Lata 1993-1995 to lekki zastój dla Slowdive. Światowa trasa koncertowa nie była takim sukcesem, na jaki zespół liczył. W międzyczasie zaczęły się pojawiać problemy wśród członków. W 1994 grupę opóścił perkusista, Simon Scott, który nie chciał dłużej czekać na nagrywanie kolejnego albumu. Halstead tymaczem eksperymentował z brzmieniem i udało mu się nakłonić resztę grupy do tworzenia muzyki bardziej minimalistycznej i mocno inspirowanej ambientem. W 1995 wydane zostało „Pygmalion”, które przez długie lata miało być ostatnim albumem Slowdive w historii.

Tuż po wydaniu „Pygmalion” rozpoczął się powolny rozpad zespołu. Slowdive najpierw zostało opuszczone przez ich wytwórnię – Creation. Kolejni członkowie coraz mniej byli zainteresowani tworzeniem jako Slowdive i skupiali się na pobocznych projektach i udzielali się w innych zespołach. Goswell, Halstead i Ian McCutcheon, który zastąpił Scotta, wydali pierwszy album jako Mojave 3. Ostatecznie zapadła decyzja aby zakończyć Slowdive.

Twórczość Slowdive nie została w pełni doceniona w momencie jej powstawania. Tak czasami bywa z wielkimi artystami – ich materiał zostaje doceniony dopiero po latach. Musiało upłynąć kilka lat, aby krytycy w końcu uznali „Souvlaki” za jedną z lepszych płyt w historii muzyki, a Slowdive za najważniejszy shoegaze’owy zespół. Za późno – muzycy byli zaangażowani w inne projekty, bądź też prowadzili solową karierę. Pozostawali w dobrych kontaktach, jednak nie interesowało już ich tworzenie jako Slowdive. Tak było do roku 2014, kiedy pojawiła się zapowiedź reaktywacji zespołu. Pierwszy raz od 20 lat Slowdive pojawiło się na scenie w Barcelonie podczas festiwalu Primavera Sound.

Na pierwszych od 20 lat koncertach Slowdive prezentowali wyłącznie stary materiał. Fani przestali zatem wierzyć, że kiedykolwiek będzie dane usłyszeć im nową płytę. Po dwóch latach koncertowania ekipa Goswell i Halsteada zapragnęła jednak znowu tworzyć jako Slowdive. Pierwsza zapowiedź nowego albumu pojawiła się w maju ubiegłego roku, a już w styczniu zespół podzielił się singlem „Star Roving”. Płyta zatytułowana po prostu „Slowdive” pojawiła się 5 maja 2017 i jest najlepszym dowodem na to, że zespół wciąż jest w świetnej formie i duch shoegaze’u nigdy nie umarł.

Allah-Las

Może w odrobinę chłodniejszy tydzień we Wrocławiu zabieramy Was w podróż do słonecznej Kalifornii. Tam pośród przesypujących się gorących piasków, zawodzących kojotów i zagęszczonego wskutek wysokiej temperatury powietrza poznamy zespół Allah-Las. A ten już w najbliższy czwartek w warszawskim klubie Niebo!

Wszystko zaczyna się tak jak w wielu przypadkach – kumple z liceum w Los Angeles postanowili założyć zespół. Z tym, że tym razem motywem nie było po prostu buntowanie się, czy znalezienie wentyla na stresy i młodzieńcze problemy. Prawdopodobnie Matt Correia, Spencer Dunham i Pendrum Siadatian nigdy nie założyliby zespołu, gdyby nie praca w lokalnym, legendarnym sklepie muzycznymi Amoeba Music. Tam mogli kierować swoje zainteresowanie muzyką w najdziwniejsze rejony, a także dzielić je z innymi pasjonatami. Do tria chwilę później dołączył Miles Michaud, skądinąd też powiązany z muzyką, ale jako prezenter radiowy w lokalnej stacji. I tak w wielkim skrócie zaczęła się przygoda pod tytułem Allah-Las.

Nazwa zespołu co najmniej intryguje. Ale jakby się zastanowić to takich właśnie mamy całkiem niewiele, szczególnie w rockowym światku. Oryginalność nie zawsze jednak jest poprawna politycznie. O co w takim razie chodziło? Zależało im na tym, żeby podkreślić wpływ kultury orientu na południową Kalifornię, pokazać także pewne podobieństwa geograficzne i klimatyczne. W tej nazwie miał być dodatkowo jakiś holy sounding element. Ponad wszystko jednak miała zostawiać spore pole do interpretacji.

Allah-Las mają na koncie 3 albumy: „Allah-Las” z 2012, „Worship The Sun” z 2014 i „Calico Review” z ubiegłego roku. Ich muzykę opisują dość dobrze dwa słowa. To spokój i nostalgia. Paradoksalnie z dość ciepłym brzmieniem znakomicie współgrają gitarowe i wokalne przestery. Melodie płyną tu niczym piasek powolnie przemieszczający się po pustyni. Pogłos dodaje za to ogromnej przestrzeni, oddającej co najmniej widok bezkresnych wód Oceanu Spokojnego u wybrzeży Los Angeles. Nic więc dziwnego, że na zarówno jako surferzy, jak i artyści na tych wodach czują się rewelacyjnie.

Muzycznie najbliżej im do lat. 60 i zespołów takich jak The Kinks, The Zombies czy legend z Los Angeles – The Doors. Słychać tu również wpływy późniejszych zespołów, jak Jesus and Mary Chain (na koncie mają nawet ich cover). Allah-Las jednak raczej stronią od porównań do innych artystów; a większość prób uważają za nietrafione. Swoje  inspiracje za to bardzo chętnie prezentują w autorskim podcaście Reverberation Radio. Co zaskakujące – wcale nie dominują tam zespoły rockowe. Te poza muzyczne również są dość wyraźne. I tak od literatury przez filmy na sztuce współczesnej kończąc. Efektem tego klimatyczne, vintage'owe teledyski, przedziwne plakaty i okładki. Warto sprawdzić także ich stronę internetową, gdzie umieszczane są grafiki i krótkie filmy. Na cześć jednej z kalifornijskich galerii powstał nawet instrumentalny utwór „Ferrus Gallery”.

I czyż nie robi się przyjemnie oglądając teledyski Allah-Las i wsłuchując się w ich, transową, momentami muzykę? Jeśli jesteście przekonani to mamy dobrą wiadomość. Allah-Las już w najbliższy czwartek (24.08) wystąpią w warszawskim klubie Niebo! Przepięknym plakatem, pasującym idealnie do koncepcji wizualnej Allah-Las, to wydarzenie zapowiada Dawid Ryski.

 

Tyler, The Creator

Tyler Okonma znany jako Tyler The Creator – młody awanturnik i współczesny człowiek renesansu. Do tej pory zdążył wpisać się w ramy muzyki rozrywkowej jako artysta nie znający granic poprawności, będąc tym samym ulubieńcem tłumów. Od pierwszej płyty dosadnie realizował swoją wizję odwracając się plecami do całego świata. Upór, konsekwencja i cała otoczka jaka niosła się za nim od czasów założenia składu Odd Future Wolf Gang Kill Them All, przyniosła mu rzesze oddanych fanów. Jednak Najnowszy album "Flower Boy/Scum Fuck" ukazuje się jako całkowity zwrot w karierze artysty.

Flower Boy/Scum Fuck to zdecydowanie najdojrzalszy  krążek w dorobku muzyka i zdecydowanie najodważniejszy biorąc pod uwagę jego dotychczasowe produkcje, jak i jego odbiorców. Wydawać by się mogło, że jego styl ewoluował wraz z wiekiem, jednak Tyler nigdy nie ukrywał swoich inspiracji największymi tuzami muzyki soulowej. Takie postacie jak Stevie Wonder czy Roy Ayers, z którym Tyler miał okazję współpracować, mogły być swoistymi wskazówkami ukazującymi prawdziwe ambicje Kreatora. Od pierwszych wywiadów, Tyler otwarcie mówił o swoich marzeniach dotyczących śpiewania, jednak zawsze zasłaniał się niskim głosem – na szczęście zdefiniował się na nowo, pozostawiając to co najbardziej charyzmatyczne w jego personie.

Przy Flower Boy/Scum Fuck, współpracowali tacy artyści jak chociażby Estelle, Kali Uchis czy Jaden Smith. Oczywiście, nie sposób nie wspomnieć o Franku Oceanie czy Lil Waynie. Warto też wspomnieć, że ten sam prześmiewczy Tyler, który nawoływał młodych do buntu i anarchii na początku swojej przygody z muzyką, doszedł do momentu przewartościowania dotychczasowych przekonań i zmiany podejścia – pokazał swoje nowe oblicze, które ukazuje nam samotnego, uczuciowego lecz nadal pełnego energii człowieka. Tyler pozostawił w kącie każde alter ego jakie do tej pory przybierał, by w końcu rozwinąć się jak tytułowy kwiat i pokazać światu co naprawdę w nim siedzi. Dzięki zupełnie nowej odsłonie, pozytywne przyjęcie nowego albumu przez fanów wydawać by się mogło wątpliwe. Jednak i tym razem dzięki rozbudowanym aranżacjom, emocjonalnym tekstom i ciągłym byciu szczerym w swojej twórczości, młody producent zaczarował słuchaczy najciekawszą jak dotąd kreacją.

Mimo wielu trudnych tematów, Tyler zachował swoją pogodę ducha, ubarwiając brzmienie płyty piosenkowym charakterem. Oczywiście nie można pominąć hiphopowego podłoża Creatora – nadal jest to odczuwalne w niektórych utworach, jednak przy tej płycie Tyler zdołał zsyntetyzować wszystkie składniki na które składają się najlepsze produkcje współczesnego soulu i rnb. Ta podstawa dała nam album na którym Tyler, pokazuje swoje wnętrzne nie siląc się na sztuczną poetyckość. Mamy Tylera rapującego, śpiewającego – swoim, lub zmienionym głosem – mamy nadal te elementy które składały się na jego wyjątkowość, w stylu produkcji czy w stylu rapowania. Nie mniej jednak przy nowym wydawnictwie Tyler zyskał dodatkowe atuty które dały kolejny album, opierający się w stu procentach na na jego autorskiej koncepcji.

Wysmakowane elementy, zaczynając od inspiracji przebojowym NERDem czy raczej The Neptunes, przez neo soulowe odniesienia, złożyły się w całość dając produkcje zaplanowane pod każdym względem. Oddają one dokładnie charakter dojrzałego artysty jakim stał się Tyler. Nie brakuje oczywiście mocnych momentów, w których Tyler pokazuje, że nadal potrafi nagrać rapowy banger z mocną stopą i zaraźliwą melodią syntezatorów, jak chociażby “Who Dat Boy” z ASAP Rockym. Warto dodać, że planowo bit do tego utworu został stworzony w intencji oddania go nie komu innemu jak Schoolboyowi Q – co tylko dodatkowo może podkreślać jego bangerową atmosfere. W pewnym sensie nadal więc można wyczuć pewną dwutorowość w ekspresji artysty. Jednak tym razem wydaje się ona być wyważona w odpowiedni sposób, tym samym dając produkt bardziej przyjazny odbiorcy który spotkał się po raz pierwszy z muzyką Okonmy. Brzmienie wydaje się pełne i spójne pod względem produkcji, można określić je nawet jako orkiestrowe. Nie oznacza to jednak pompatyczności, co tym bardziej wydawało by się dziwnie biorąc po uwagę atmosferę jaką zawsze tworzy swoja osobą Tyler.

Wzniosłe uczucia wymagają odpowiedniego wyrazu, a w przypadku Flower Boy/Scum Fuck dostajemy pełną paletę barw, gdzie burzliwość i dynamizm, przeplatają się z subtelnością i melancholią. To idealny przykład, jak wyważyć środki i stworzyć płytę naprawdę ciekawą i przejmującą. Takie produkcje jak „I Aint got no time” mogą idealnie funkcjonować przy “911/Mr Lonely” czy “See You Again” – wyłącznie ze względu na dobór odcieni uczuć jakimi zręcznie operuje Tyler na płycie.

Tyler zrezygnował z postaci Goblina czy Wolfa, jako pretekstu do wytłumaczenia swoich przemyśleń i emocji – tym samym, nie można uznać nowego albumu jako próby zmiany własnego wizerunku. To nadal ten sam Tyler The Creator, który nie stara się nikomu nic udowadniać, wciąż jednak pragnie  wydobyć to co esencjonalne w jego wnętrzu i twórczości. Pozostaje człowiekiem, który zna dobre i złe strony bycia samotnym czy zakochanym – może dlatego też Flower Boy/Scum Fuck to krążek który może stać się bliski każdemu słuchaczowi który ceni muzykę jako rozrywkę, oraz jako element odzwierciedlenia własnych radości czy lęków.

Jay-Z

Jay-Z, czyli Shawn Carter to bez wątpienia jeden z najważniejszych muzyków ostatnich dwudziestu lat. Piekielnie mocna dyskografia składająca się z trzynastu solowych albumów, wielu kolaboracji i niezliczonej ilości występów gościnnych, wytwórnie Roc-A-Fella i Roc Nation, kilkuletnia prezydentura w Def Jamie, wypromowanie takich postaci jak Kanye West czy Just Blaze, a przede wszystkim niedościgniony talent do tworzenia zarówno wymagających jak i niezwykle przebojowych utworów i płyt, niesamowita lekkość nieskończonej ilości patentów wykonań, jedyna w swoim rodzaju precyzja pióra (którego ponoć nigdy nie używa, zastępując zeszyt pamięcią) oraz ucho do poruszających, melodyjnych, samplowanych kompozycji ociekających soulowym duchem i jazzowym instrumentarium. 30 czerwca ukazał się 4:44, najnowszy studyjny materiał Hovy, będący jego najbardziej zaangażowanym i osobistym w dorobku. Z tej okazji na antenie Akademickiego Radia Luz, w ramach cyklu Artysty Tygodnia, z lupą przyglądamy się jego ikonicznej sylwetce i dyskografii.

Reasonable Doubt (1996)

Debiutancki album Jay'a to kamień milowy i jeden z największych klasyków hip-hopu złotej ery lat 90-tych. Powalające detalami i plastycznością kinematograficzne narracje żywcem wyjęte z najmroczniejszych zaułków świata handlu narkotykami, ponadczasowy brud bijący z warstwy muzycznej i jeden z najbardziej charyzmatycznych wokali w historii gatunku o tak rzadko spotykanej na tak wczesnym etapie kariery dojrzałej wizji artystycznej. Przez odwołujące się do kultowego Człowieka z blizną Briana De Palmy otwierające "Can't Knock the Hustle" z Mary J. Blige, apoteozę sukcesu w "Feelin' It", aż po epickie "Can I Live" i poruszający, refleksyjny finał w "Regrets", Reasonable Doubt jest od pierwszej do ostatniej sekundy albumem bezbłędnym, w stu procentach zasługującym na otaczający go kult. 

In My Lifetime, Vol. 1 (1997)

Niepocieszony odbiorem debiutanckiego albumu (słuchacze i krytycy dopiero po latach należycie docenili Reasonable Doubt, często nawet rewidując swoje recenzje na łamach największych czasopism), przy okazji drugiego wydawnictwa Jigga postanowił odnaleźć optymalne rozwiązanie pomiędzy uliczną wiarygodnością i wymagającą w odbiorze błyskotliwością tekstową a bardziej singlowym nastawieniem. W sercu dominacji Bad Boy Records i hegemonii przyjaznego rozgłośniom radiowym ewoluującego brzmienia hip-hopu, Jay-Z dorzucił do jego kanonu jeden z najciekawszych crossoverów, rozpoczynając przy okazji pierwszą w swojej karierze tematyczną trylogię wydawniczą. Od porównywania przemysłu hip-hopowego i biznesu narkotykowego w "Rap Game / Crack Game" po smacznie kiczowate "(Always Be My) Sunshine" z Babyfacem i Foxy Brown czy hultajskie, wyzywające "Who You Wit II", In My Lifetime, Vol. 1 to świetnie zrealizowane świadectwo okresu przejściowego pomiędzy niepobłażliwymi pamiętnikami dilera a dominacją list przebojów.  

Vol. 2… Hard Knock Life (1998)

Trzeci materiał Shawna Cartera przyniósł największy hit jego dotychczasowej kariery. Tytułowe "Hard Knock Life (Ghetto Anthem)" wykorzystujące utwór "It's the Hard Knock Life" z musicalu Annie, pozwala pozornie naiwnej melodii kontrastować z przeciąganymi, celnymi w swojej prostocie zwrotkami, co zaowocowało hymnem amerykańskich osiedli i jednym z najpopularniejszych utworów 1998 roku. Mimo kapitalnych recenzji po premierze, warstwa muzyczna albumu nie zestarzała się niestety zbyt dobrze – sporo miejsca na pięciokrotnie platynowym zdobywcy nagrody Grammy Vol. 2… Hard Knock Life wypełniają syntetyczne numery w estetyce przodującego wówczas na listach obozu Ruff Ryders z DMX'em i Swizz Beatzem na czele. 

Vol. 3… Life and Times of S. Carter (1999)

Zamykające trochę przypadkową trylogię Vol. 3… Life and Times of S. Carter eksplorowało w zasadzie identyczne założenie co poprzednik. Sporo topowego wówczas brzmienia w postaci beatów autorstwa Timbalanda czy Rockwildera, czy kolaboracje z przebijającymi się do mainstreamu artystami z południa Stanów Zjednoczonych. Obok kilku bardziej nowojorskich numerów (np. genialne "So Ghetto" wyprodukowane przez DJ-a Premiera), to właśnie "Snoopy Track" z – reprezentującym nowoorleańskie Ca$h Money RecordsJuvenilem, czy przede wszystkim nominowane do Grammy nieśmiertelne "Big Pimpin'" z legendarnym teksańskim duetem UGK do dziś bronią się muzycznie, mimo wszystko wyróżniając się na tle niemałej części płyty. 

The Dynasty: Roc La Familia (2000)

Nominalnie, album który ostatecznie okazał się piątym solowym albumem Hovy, miał być kolektywnym projektem supergrupy złożonej  z artystów zrzeszonych pod banderą Roc-A-Fella Records. Jednakże zupełnie świadomie i przy okazji słusznie Jay postanowił przejąć pełną kontrolę nad płytą, która po kryjomu okazała się przełomowa, otwierając nowy rozdział nie tylko katalogu rapera, a także rozwoju całej sceny. Na The Dynasty: Roc La Familia świat po raz pierwszy tak naprawdę usłyszał kompozycje Kanye Westa ("This Can't Be Life" ze Scarface'm i Beanie Sigelem), Just Blaze'a (fenomenalne "Intro" czy follow-up do klasyka autorstwa samego Cartera w "Streets Is Watching"), czy B!nka (wyjące sekcją dętą "1-900-Hustler"), a także otrzymał pierwszy z wielkich przebojów wyprodukowanych przez The Neptunes – "I Just Wanna Love U (Give It 2 Me)". Album ten był jednak tylko preludium do tego, co wydarzyło się w następnych latach.

The Blueprint (2001)

Niewielu artystów ma na koncie tak spektakularne i rewolucyjne wejście w XXI wiek. Szósty materiał w dorobku Hovy zatytułowany The Blueprint przewrócił do góry nogami panujący przez pół dekady syntetyczny porządek brzmienia, przywracając chwałę sztuce samplingu i organiczną energię zakurzonych soulowych nagrań. Nostalgiczne "Song Cry", niezwykle szczere w swojej figlarności "Girls, Girls, Girls" i hustlerskie do granic "U Don't Know" Just Blaze'a, wzorowo wyważone w swojej oszczędności "The Ruler's Back" i "All I Need" B!nka, krytycznie bujające "Hola' Hovito" Timbalanda, czy wreszcie najbardziej udane komercyjnie "Izzo (H.O.V.A)" Kanye Westa, który przy okazji wyprodukował klasyczne "Takeover" – osławiony morderczy diss na Nasa i Prodigy'ego z Mobb Deep – i wszystkie (może poza nazbyt nachalnym radiowo "Jigga That Nigga") pozostałe kompozycje wyznaczyły nowe trendy w hip-hopie na lata.

The Blueprint 2: The Gift & The Curse (2002)

Idąc za ciosem, rok po premierze The Blueprint Jay-Z zaatakował rynek dwupłytową, najobszerniejszą w dotychczasowym dorobku drugą częścią. Mimo tego, że The Blueprint 2: The Gift & The Curse zestarzało się naprawdę całkiem nieźle, a single w postaci "'03 Bonnie & Clyde" z Beyonce nawiązującego do klasyka 2Paca i "Excuse Me Miss" na beacie The Neptunes odniosły ogromny sukces, dziś przy próbie jednorazowego strawienia całość wymaga sporej cierpliwości, głównie przez kilka wypełniaczy i wątpliwej jakości kolaboracje z Seanem Paulem czy Lennym Kravitzem. Jednakże utwory pokroju "Nigga Please" z (wówczas) protegowanym Jay'a Young Chrisem i inspirowane twórczością OutKastu "Poppin' Tags" spod ręki Kanye Westa to jedne z najwiekszych perełek schowanych w dyskografii głowy Roc Nation. 

The Black Album (2003)

"To be at an all time high / Perfect time to say goodbye / When I come back like Jordan / Wearin' the 4-5, it ain't to play games with you / It's to aim at you, probably maim you / If I owe you, I'm blowin' you to smithereenes" – u szczytu swojej kreatywności i popularności w 2003 roku Jigga ogłosił, że The Black Album będzie jego ostatnim. Całemu zamieszaniu towarzyszył głośny koncert finałowy w Madison Square Garden, zarejestrowany na filmie dokumentalnym Fade to Black z 2004 roku, który odsłania również kulisy powstawania materiału. Mimo tego, że – całe szczęście – planu zakończenia kariery zrealizować się nie udało, cały krążek jest absolutnie porywającą deklaracją dominacji (zarówno artystycznej jak i komercyjnej) na scenie hip-hopowej, emanując podniosłym nastrojem celebracji kariery i chęci przypieczętowania swoich osiągnięć stuprocentową jakością. The Black Album to prawdopodobnie najlepiej zrealizowany longplay Jay'a od debiutanckiego Reasonable Doubt, który czerpiąc z ideałów artystycznych The Blueprint dostarczył kosmicznego, futurystyczno-nostalgicznego brzmienia stanowiącego punkt odniesienia dla kolejnych najlepszych wydawnictw Cartera. Od platynowych hitów w postaci "Dirt Off Your Shoulder" Timbalanda i "99 Problems" Ricka Rubina, po bardzo biograficzne "December 4th" i filmowe wręcz "Allure" na jednej z najpiękniejszych produkcji w dorobku Pharrella Williamsa, ósmy solowy album boga Nowego Jorku to prawdziwa biblia hip-hopu XXI wieku.

Kingdom Come (2006)   

2006 rok wielki powrót do gry w postaci Kingdom Come, z czym związane były adekwatnie ogromne oczekiwania. Otwierająca część albumu (singlowe fortepianowe "Lost One" z refrenem Chrisette Michele na beacie Doctora Dre i przepastnie zaaranżowane "Show Me What You Got" autorstwa Just Blaze'a, który odpowiada również za instrumentale do rewelacyjnych, mocno ulicznych "Oh My God" i "Kingdom Come") to jeden z najmocniejszych momentów w dyskografii Jiggi, który został okrutnie zmarnowany brakiem pomysłu i niezdarnymi próbami napisania komercyjnych hitów, rażących okropnymi refrenami i mdłymi podkładami.

American Gangster (2007)

Przy okazji premiery filmu American Gangster w reżyserii Ridley'a Scotta z Denzelem Washingtonem w roli głównej, Jay-Z zaskoczył słuchaczy albumem konceptualnym inspirowanym obrazem o tym samym tytule. Wydawnictwo ukazało się bez towarzystwa pompki medialnej, co automatycznie sugerowało zdecydowanie bardziej ambitny projekt. Dziesiąty album studyjny Shawna Cartera okazał się ogromnym sukcesem artystycznym i najbardziej dojrzałym, dopracowanym materiałem w jego dyskografii. Wszystko za sprawą konsekwentnej realizacji konceptu kinematograficznie teleportującego w sam środek przestępczego panteonu lat 50-tych, 60-tych i 70-tych. Detaliczne, nieszablonowe storytellingi, przedstawianie fundamentalnych praw zepsutego świata narkotykowego jako uniwersalnych, w szczególności dla przemysłu muzycznego i polityki ubrane zostało tu w feeryczną warstwę instrumentalną pod dowództwem P. Diddy'ego i jego zespołu The Hitmen, tryskającą organicznym feelingiem, żywym instrumentarium i osjanicznym czarem bezbłędnie dobranych jazzowych i soulowych sampli.

The Blueprint 3 (2009)

Ostatnia odsłona drugiej w karierze Jay'a trylogii wydawniczej zrodziła ogromny sukces komercyjny dzięki platynowym "Run This Town" z Rihanną i Kanye Westem, (mimo wizyty w każdej lodówce, nadal całkiem zgrabnemu) "Empire State of Mind" z Alicią Keys i nieszczęsnym, prawdopodobnie najgorszym w tak zabójczo bogatej dyskografii Hovy "Forever Young" z Mr. Hudsonem, będącym reinterpretacją serowego do granic możliwości utworu Alphaville o tym samym tytule). Tak otwarcie zorientowane na nierzadko niskolotne hity komponowane wyraźnie na potrzeby list przebojów The Blueprint 3 jest jednym z najsłabszych i najbardziej anemicznych momentów w karierze rapera, mimo obecności tak jakościowych numerów jak "D.O.A. (Death of Auto-Tune)" czy "Already Home" z Kid Cudim

Watch the Throne (2001)

Wydane kolejno w 2002 i 2004 roku dwa albumy w kolaboracji z R. Kellym i mash-upowy mini-album pt. "Collision Course" (również z 2004) nagrany we współpracy z Linkin Parkiem nie bez przyczyny nie znalazły się w tym zestawieniu – są to zdecydowanie najbardziej nieatrakcyjne projekty, na okładkach których kiedykolwiek pojawił się pseudonim Jay-Z. Projekty, które bardziej imponują w kontekście biznesowych zagrywek Cartera, gdyż wszystkie spełniły swoje zadanie zdobywając platynę. Honor w tej kwestii ratuje duet z Kanye Westem na albumie Watch the Throne – mimo tego, że materiał nie starzeje się najlepiej, a jego barokowy przepych na przestrzeni czasu szybko zdemaskowały poszczególne nazbyt plastikowe beaty oparte na tak oczywistych samplach jak "I Can't Stop" Fluxa Paviliona czy "I Love You So" francuskiego duetu Cassius, to lwia część materiału nadal nie straciła swojej pierwotnej świeżości, która dziś najgłośniej wybrzmiewa w zaangażowanym politycznie "Murder to Excellence", w opartym na "The Makings of You" Curtisa Mayfielda soulfulowym "The Joy" wyprodukowanym we współpracy z Pete Rockiem, czy w nokautującym wówczas listy przebojów singlu "Otis".

Magna Carta… Holy Grail (2013)

Przedostatni, dwunasty solowy album Jaya niestety bezmyślnie wpada w identyczne pułpaki co The Blueprint 3, poprzez wymuszane próby dostosowania się do panujących obecnie trendów. Płyta jest w zasadzie jeszcze bardziej nijaka niż poprzedniczka, wypełniona po brzegi bezsensownymi, trapowymi stadionowymi cykaczami, dręczona brakiem solidnych pomysłów na teksty i wykonania oraz ostatecznie położona co najmniej niefortunnymi podejściami do odtworzenia brzmienia i vibe'u współczesnych rapowych hitów (kwadratowe "Tom Ford" czy naprawdę ciężkostrawne "FuckWithMeYouKnowIGotIt" z Rickiem Rossem). Światełkiem w tunelu jest tutaj jedynie "Picasso Baby", jeden z najlepszych utworów w karierze Hovy. Potwornie rozhuśtana dwuczęściowa kompozycja Timbalanda, która niewiele ma wspólnego z jego sztandarowym soundem stanowi tutaj tło dla genialnego bragga, pozbawionego choćby przeciętnego wersu.

4:44 (2017)

"4:44 to album, który był bardzo potrzebny w dyskografii Jaya. Nie ma prób serwowania hitów i odwzorowywania panujących obecnie trendów – jest za to pełnowymiarowy koncept artystyczny, wiara w ducha surowości w muzyce i ogólna taktyka low-key pozwalająca odbiorcy na koncentrację na ambitnej treści. Nawet jeżeli część tematów na płycie może wydawać się atrakcyjna tylko fanom Hovy skupionym na ikonicznej pozycji rapera w popkulturze, wszystkie wnioski płynące z wyszlifowanych do granic zwrotek są uniwersalne. Rachunek jest prosty – dwa utwory zmarnowane głównie przez przestrzelony dobór sampli, osiem absolutnie fantastycznych tracków i – w efekcie – najlepsze wydawnictwo Jaya-Z od American Gangster" – fragment autorskiej recenzji dla portalu soulbowl.pl.

 

 

Sheer Mag

Czy muzyka rockowa jest nas w stanie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć?  Czy wyobrażamy sobie połączenie klasycznego rocka i tanecznego brzmienia prosto z gorących parkietów lat 80.? Do tego w tym tygodniu postara się Was przekonać bardzo przebojowa grupa Sheer Mag!​

Sheer Mag to całkiem świeża sprawa. Tina, Hart, Kyle, Ian i Matt. Wszyscy z Filadelfi, z różnymi muzycznymi doświadczeniami. W różnym wieku, ale  wszyscy nie przekroczyli jeszcze 30-tki. Pierwsze koncerty zagrali w 2014 roku. Chwilę później pojawiła się nagrana w pokoju basisty EP-ka. W 2015 pojawiła się kolejna, a w następnym roku – jeszcze jedna. 4 utwory na każdej z nich bardzo dobrze ze sobą współgrały; jakby nagrane na żywo za jednym zamachem. Były wydawane jednak tylko na 7-calowych płytach gramofonowych i do pobrania w Internecie.

W cyfrowym świecie muzyki dopieszczonej, maksymalnie obrobionej i skompresowanej Sheer Mag wybrali zatem drogę kultywatorów dawnego, zakurzonego lekko brzmienia, chociaż właściwe można powiedzieć, że kreują oni swoje w sposób podobny do tego sprzed lat. Nagrania w domu, czasem na setkę, z całym zespołem na raz. Przestery, przydźwięki i szumy. To wszystko, w bardzo gęstej otoczce, znajdziemy w ich piosenkach. Można by zaryzykować stwierdzenie, że bije od nich taka „koledżowa” beztroskość. Pasuje to nie tylko do ich muzyki, ale też do wizerunku. Wydaje się to być jednak wielką zaletą.

Po 3 latach od początku działalności, po tegorocznej, styczniowej kompilacji złożonej z dotychczasowych singli ukazał się debiutancki, pełnogrający album Sheer Mag "Need To Feel Your Love". To właściwe tu następuje przełom, choć oczywiście trudno o tym mówić przy pierwszej płycie. To tu Tina Halladay pokazuje swoją zmysłową stronę. To tu sekcja rytmiczna, jak w klasyku, "uderza z siłą setek bomb", by chwilę później przyjemnie kołysać miłym gitarowym feelingiem. I choć pewnie ta powtarzalność z czasem się znudzi, ale to zdecydowanie jeszcze nie teraz.

Mnóstwo zdjęć i krótkich filmów w internecie pokazuje zespół Sheer Mag, a także ich fanów tłumnie zgromadzonych pod sceną w ekstatycznym, koncertowym szaleństwie. Pot, wściekłe tańce, nawet chaos w połączeniu z gęstymi i przesterowanymi dźwiękami tworzą iście dziką atmosferę. Jednak chyba lepiej, póki ta energia się kumuluje i nie znajduje ujścia. To chyba właśnie sprawia, że to ciasny i zadymiony klub jest najlepszą przestrzenią dla muzyki Sheer Mag. Jak sprawdzą się zatem na festiwalowej scenie? Będziemy mieli okazję sprawdzić to już w najbliższą sobotę, 5. sierpnia na katowickim OFF Festiwalu.

Brzmienie Sheer Mag to połączenie surowego rock’n’rolla i hard-rocka, ale w klimacie tanecznych lat 80. Decyduje o tym po części znakomita sekcja rytmiczna, ale wydaje się, że najwięcej do powiedzenia ma jedyna kobieta w zespole, czyli niezwykle przebojowa i charyzmatyczna Tina Halladay. W niektórych utworach delikatna, wręcz zmysłowa. Czasem krzykliwa jak zbuntowana nastolatka. W zdecydowanej większości jednak drapieżna i nadwyrężająca do granic możliwości swój głos. To trochę tak, jakby do składów zespołów hard-rockowych sprzed lat włączyć Cyndi Lauper, Madonnę a nawet Stevie Nicks. Te nazwiska wcale nie są przypadkowe. Wprawdzie instrumentarium Sheer Mag nie wybija się specjalnie ponad rockowy etos,  ale w warstwie kompozycyjnej znacznie bliżej im do ambitniejszego popu niż klasyków rockowych. I być może to jest właśnie sposób na zwalczanie niezbyt pochlebnych mitów na temat współczesnej muzyki rockowej, a także element, który mocno może nas zaskoczyć.