Archiwum

The Neptunes

Najlepsi producenci muzyczni lat 00s, powracają z płytą jako The N.E.R.D. Na czym polega ich fenomen? Co to znaczy brzmieć jak The Neptunes? W tym tygodniu odpowiemy sobie na te pytania w cyklu Artysta Tygodnia w Radiu Luz na 91.6fm. 

Pierwszy raz Chad Hugo i Pharrell Williams, bo to oni wchodzą w skład tego duetu producenckiego, spotkali się na letnim obozie dla utalentowanych. Później razem grali w okriestrze marszowej — Williams na werblu, a Chad był dyrygentem. Na szczęście poszli w r&b i hip-hop. Ich pierwsze prace zauważył sam Teddy Riley — człowiek pracujący z Michaelem Jacksonem przy Dangerous, prekursor new-jack-swingu — i włączył ich swojej grupy producenckiej. 

Od 1992 pracowali także sami. Ich styl się powoli kształtował, ale to na rok 1998 datuje się kiedy mogliśmy usłyszeć pierwszy raz w historii w pełni rozwinęte brzmienie The Neptunes — był to utwór: N.O.R.E.'s "Superthug". Ich sound był odmienny, w pewnym sensie nowatorski, ale przede wszystkim, mimo progresywnych zacięć, był zaciekle chwytliwy i od rozpoznawalny po jednej nutce! 

Wyróżnijmy najważniejsze cechy soundu duetu Pharrella Williamsa i Chada Hugo:

Minimalizm

 

Repetycja

 

Połamana rytmika

 

Brzmienie bębnów

 

Kolorowe mini-melodyjki

https://www.youtube.com/watch?v=s5H3HQIRkSM

 

Funk

 

Szepty i falsety

 

Adaptacja latynoskich brzmień na pole r&b i hip-hopu

 

Mostki

https://www.youtube.com/watch?v=zVO_ZulBrGs

Więcej na antenie Radia Luz o godzinie 0:00 lub 14:00.

 

Yung Lean

Jonatan Leandoer Håstad, czyli Yung Lean – 21-letni raper ze Sztokholmu będący kolejnym członkiem panteonu szwedzkich, muzycznych produktów eksportowych powraca z nowym albumem „Stranger”, który ukazał się 10.11. Przypadkowy idol czy zdolna, wschodząca gwiazda rapu? Internetowy mem czy artysta mający coś do powiedzenia? Zastanawiać będziemy się wspólnie przez cały tydzień, bo Yung Lean jest artystą tygodnia w Radiu Luz.

przygotował Jakub Czyżewski

W kwietniu 2013 roku świat obiegł nowy viralowy hit. Niespełna 3 minutowy numer Ginseng Strip 2002 z dnia na dzień zdobył olbrzymią popularność. Pojawiło się mnóstwo pytań odnośnie autora tego nagrania – kim jest, skąd się wziął i dlaczego jego kawałki tak bardzo przykuwają uwagę? 16-letni debiutant sam był najbardziej zaskoczony, gdy nagle zaczął być zaczepiany przez nieznajomych na ulicach rodzinnego Sztokholmu. To był dopiero początek. Do końca roku wypuścił jeszcze kilka singli i mixtape „Unknown Death 2002”.

Szczyt popularności Yung Leana przyniósł kawałek „Hurt”, a zwłaszcza zrealizowany do niego teledysk utrzymany w oczarowującej tysiące bywalców głębin internetu vaporwavowej konwencji. Korpulentny, młody Szwed, mamroczący kolejne wersy na tle animowanych pokemonów i okien z systemu Windows 98 wzbudził dużą ciekawość. Wielu fanów przyznaje, że po pierwszym kontakcie z twórczością Leana nie sądzili, że jest to coś więcej niż żart, przykład trollingu o krótkiej żywotności.

Płytkość, pretensjonalność tekstów Yung Leana i bijący z nich specyficzny smutek stoi w opozycji do tego, jak ów artysta przedstawia się w wywiadach i kontaktach z mediami. Dzięki Ojcu, który zajmuje się tłumaczeniem książek na język szwedzki, Jonathan dość płynnie porusza się w literaturze światowej. Przed rozpoczęciem kariery muzycznej mieszkał w kilku krajach, m.in. w Rosji, Białorusi i w Wietnamie. Być może wpłynęło to na pojawiające się od czasu do czasu w jego utworach elementy dalekowschodnie.

Yung Lean wraz ze swoimi kolegami zajmującymi się produkcją o pseudonimach Yung Sherman i Yung Gud tworzą ekipę o prostej nazwie Sad Boys. Ich bardzo aktywna obecność w mediach społecznościowych przysporzyła im dużej grupy fanów. Na Tumblerze znajdziemy dziesiątki użytkowników kopiujących charakterystyczny czarno-biały styl ubierania się, pozujących z herbatą mrożoną Arizona która była swego rodzaju rekwizytem młodego rapera w pierwszych miesiącach kariery. Z czasem jednak moda przemijała, a Sad Boys powoli dorośleli. Lean zaczął przypominać rasowych amerykańskich raperów – przybywało tatuaży i sygnetów. Jego image zmieniał się tak jak jego muzyka, ku rozczarowaniu niektórych fanów.

Po wzbudzeniu sensacji swoim mixtape’m w rzeczywistości wirtualnej Sad Boys postanowili zaistnieć w prawdziwym świecie. Wyruszyli na trasę koncertową po Europie, która okazała się być tak dużym sukcesem, że udało poszerzyć się ją o Amerykę Północną. Mimo braku doświadczenia poruszyli tłumy. Udzielili w tym czasie wielu wywiadów dla czołowych przedstawicieli mediów muzycznych, dając się się poznać jako artyści, którzy chcą osiągnąć coś więcej niż miliony wyświetleń na youtube i soundcloudzie.

W 2016 roku ukazał się drugi album pod tytułem „Warlord”. Zawiera w sobie znacznie bardziej różnorodne numery, różniące się od dotychczasowych dokonań. Pojawiło się miejsce na eksperymenty. Na wydawnictwie spotykamy się z innym Yung Leanem niż jeszcze rok wcześniej. W tym czasie w jego życiorysie dużo się wydarzyło. Całej ekipie Sad Boys zaadaptowanie trybu życia gwiazdy przyszło bardzo łatwo, a lista stosowanych przez nich substancji psychoaktywnych stale się wydłużała. W 2015 roku w wypadku samochodowym pod wpływem Xanaxu zginął amerykański manager Yung Leana, a on sam w wyniku przedawkowania narkotyków musiał spędzić kilka dni w szpitalu psychiatrycznym. Dzięki pomocy rodziny i przyjaciół skończyło się na kilkumiesięcznym leczeniu i odosobnieniu w domku na szwedzkiej prowincji. Sam Lean przyznaje, że niewiele brakowało, by zapłacił życiem za swoje ekscesy.

Najnowszy krążek Yung Leana pokazuje, że ma on nam jeszcze dużo do zaoferowania. Zbierający znacznie lepsze recenzje w porównaniu do poprzednich wydawnictw album brzmi bardziej szczerze i wiarygodnie. Można też zauważyć bardziej autorski sznyt beatów produkcji Guda, Shermana i Whitearmora. Sadboys wyraźnie zmniejszyli ilość efekciarskich zagrań zapożyczanych od swoich idoli, co wyszło im na dobre.

Płyta „Stranger” wydaje się być spokojniejsza i bardziej wyważona od poprzednich wydawnictw Leana. Pomimo trwającej miłości producentów do przesadzonego autotune’a piosenki są przystępniejsze w odbiorze, a sam album ma bardziej popowy charakter. Yung Lean w wywiadach mówi że nie wie czy to, co tworzy, można jeszcze nazywać hip-hopem.  Zaraz po wydaniu płyty „Stranger” ekipa Sad Boys ruszyła na trasę po świecie. W Polsce zagościli dwukrotnie, 26 listopada w Krakowie i 30 w Warszawie.

Warstwa wizualna twórczości Yung Leana pozostaje bardzo ważna. Najnowszy teledysk do numeru „Metallic Intuition” wygląda jakby był żywcem wycięty z najnowszego odcinka serialu „Westworld”. Uśmiech na twarzy wywołuje też kontrast pomiędzy tegorocznymi klipami a tymi sprzed czterech lat. Nowe – profesjonalnie zrealizowane, opowiadające jakąś historię. Stare – chałupniczo produkowane, złożone ze scen kręconych prawdopodobnie aparatem pożyczonym od rodziców, ukazujące najnormalniejszego na świecie nastolatka niezręcznie próbującego się ruszać jak raperzy zza oceanu. Nic lepiej nie obrazuje nam drogi, jaką pokonał w ciągu tych kilku lat.

Yung Lean nie przestaje się rozwijać, poszukiwać nowych kierunków swojej artystycznej podróży, którą tak młodo rozpoczął. Wraz z Yung Gudem, drugim z trzech członków Sad Boys tworzy punkowy zepsół Död Mark. Pod własnym nazwiskiem natomiast publikuje od roku efekty swoich eksperymentów, skręcające w stylistykę rockową. Jego alter-ego, znacznie bardziej depresyjne i introspektywne, niejako wychodzi na wierzch pod koniec najnowszej płyty, być może wskazując kierunek jego dalszej ścieżki.

 

George Maple

3 listopada ukazał się jej debiutancki album "Lover" – z tej okazji George Maple jest naszą Artystką Tygodnia.

Poza muzyką i informacjami, na 91,6 fm będziecie też mogli usłyszeć fragmenty wywiadu przeprowadzonego przez Kubę Żarego z audycji siódmy kontynent przy okazji koncertu w warszawskiej Smolnej.

Już samo sceniczne alter ego – George Maple – niesie za sobą ciekawą historię. Pomijając absurdalne wpadki redaktorów, którzy pisali o Jess Higgs jako o "bardzo ciekawym artyście" (sic!) na początku jej kariery, to tak na prawdę pseudonim powstał zupełnie przypadkiem. Gdy w 2012 roku Flume wydawał swój debiutancki album, zaprosił wokalistkę do współpracy przy utworze "Bring You Down". W momencie gdy trzeba było wypełnić dokumenty do wytwórni zapytano "co wpisać w zakładce featuring?" – wtedy Jess bez większego zastanowienia odpowiedziała "niech będzie George Maple". I tak już zostało. Mało tego okazało się, że właśnie ukrycie się pod pseudonimem sugerującym inną płeć pomogło jej się na początku przełamać i zza kurtyny tworzyć dość intymne teksty swoich piosenek. To też dość symboliczny znak czasu – wtedy właśnie Jess po przygodach z gościnnymi występami u wspomnianego Flume'a, Flight Facilities i kilku innych artystów, postanowiła skupić się na solowym materiale.

Australia (skąd pochodzi artystka) to w ostatnim czasie bardzo żyzna gleba jeśli chodzi o młode i ciekawe, muzyczne postacie. Wszyscy znają już Cheta Fakera (obecnie Nicka Murphy'ego) czy Flume'a, a w polskich mediach regularnie pojawiają się informacje o Ta-ku, Hayden James oraz Tash Sultanie. Zestawienia "Triple'j Hottest 100", które co roku prezentują setkę najchętniej słuchanych singli w kraju są bardzo popularne, a co ważniejsze w zdecydowanej większości stawiają na wykonawców z rodzimej sceny, dzięki czemu umożliwiają im transfer na rynek europejski oraz amerykański. George Maple jest idealnym przykładem tego trendu – sama powiedziała, że jeszcze dwa lata temu nie spodziewała się, że będzie grała koncert w Polsce, co stało się dokładnie 26 maja w Smolnej w Warszawie. 

Podróże są dość ważnym elementem procesu twórczego Jess Higgs. Wielokrotnie wspominała, że uwielbia zmieniać miejsca zamieszkania i że nie ma tez nic przeciwko nie posiadaniu jednej, stabilnej bazy. Zmiany otoczenia powodują dostęp do zupełnie różnych bodźców, które mają istotny wpływ na to co z danym momencie komponuje i jakie tematy porusza w tekstach.

Wróćmy jednak do muzycznych początków. Po pierwszych dwóch singlach "Uphill" oraz "Fixed", w 2014 roku pojawiło się pierwsze wydawnictwo – EPka "Vacant Space" wypuszczona pod banderą bardzo szanowanej wytwórni Future Classic. Tym samym pierwszy hit, który obiegł praktycznie każdą stację radiową poszukującą dobrej muzyki na świecie. Naturalną kontynuacją tej ścieżki – choć czekać musieliśmy dość długo – było wydanie debiutanckiego longplaya.3 listopada George Maple opublikowała album "Lover". To bardzo intymna podróż po zakamarkach duszy Jess Higs. Dociera ona do miłości i romansów, ale też do tajemnic oraz próby zestawienia miłości z seksem. W tym momencie staje się zrozumiałe, dlaczego artystka szukała tej maski, zza której mogła mówić o tematach trudnych, powszechnie uważanych za wstydliwe. Twierdzi, że muzyka powstaje przede wszystkim dzięki ludzkiej seksualności. To właśnie ona popycha nas do robienia różnych dziwnych i śmiałych rzeczy, a towarzyszące nam uczucia takie jak miłość, pożądanie, czy wrażliwość są nieodłącznymi elementami naszego życia. To co jest godne podkreślenia, to fakt iż mimo eksploracji intymności album nie jest w żadnym momencie wulgarny, a Jess pokazuje zarówno dobre jak i złe odsłony ludzkich zachowań. Jest to też materiał, który w trafny sposób pokazuje jej muzyczną ewolucję – od klubowych brzmień z początków jej kariery, do mieszanki soulu, R&B, popu i elektroniki utrzymanej w klimacie lat 80. To, że album w dużej mierze został też wyprodukowany przez nią osobiście sprawiło, że opowiedziana historia stała się pełniejsza, a dla słuchacza dużo bardziej wiarygodna.

 

Shigeto

Zajmująca muzyka Amerykanina będzie wybrzmiewać przez cały tydzień na 91.6 fm . Shigeto artystą tygodnia w Radiu Luz.

 

Jazz miał na niego niewątpliwie największy wpływ. Zachary Shigeto Saginaw dorastał przy tej muzyce, a alias Shigeto przyjął po dziadku mającego japońskie korzenie. Ojciec puszczał mu klasykę przy kawie. Młody chłopak chłonął to, co udostępniała mu scena z Michigan, dopóki sam nie zaczął spędzać czasu przy instrumentach perkusyjnych. Grał w Detroit i Ann Arbor, całkowicie pochłonięty różnymi odcieniami jazzu. 

Uczęszczanie do New School w Nowym Yorku i trzech innych szkół muzycznych w Londynie wykształciło jego słuch. W momencie opuszczenia USA Shigeto szukał zaczepienia i własnego stylu, a punktem wyjścia była scena Detroit. Ucząc się produkcji muzycznej osiągnął etap, w którym mógł ponownie w 2010 roku wrócić w swoje rodzinne strony. Tym razem był już graczem dla Ghostly International, która wyraziła zainteresowanie jego twórczością. Zaowocowało to podpisaniem kontraktu z jego ukochanym wydawnictwem. I pomyśleć, że przekonanie się do używania komputerów i tworzenie na nich elektroniki było wynikiem zachorowania na zapalenie ścięgien…

Trasa koncertowa została zaplanowana szybciej niż się spodziewał. Dorosłość dała mu się we znaki, więc zaczął pracować i interesować przyszłością – chciał być jak najbliżej rodziny. Zawsze mimo wszystko na pierwszym miejscu była dla niego muzyka, więc koniec końców poświęcał jej sto procent swojego czasu. Pierwszy długogrający album nazywał się Full Circle, wydany tuż po trzech świetnie przyjętych: New Crossings EP, What We Held On To EP i Semi Circle EP.

Niektórzy określą to co robi jako jazzhop w połączeniu z elektroniką. Bogactwo rytmicznych kolaży, organiczność brzmienia i łączność przeszłości z teraźniejszością. Tak można by w skrócie opisać twórczość Shigeto. Nie brakuje w tym wszystkim szaleńczego talentu, który według niektórych jest spowity pewnym mistycyzmem we wszystkim co produkuje. 

Shigeto wspomina zwolnienie go z pracy z powodu zbyt częstego grania muzyki – jeździł w trasę co tydzień, a bycie perkusistą wymagało stacjonowania w jednym miejscu. Ostatecznie więc skupił się na muzyce elektronicznej i wybrał wyjazdy oraz występy solowe.

Szukając miłych dźwięków opisuje jak odjandywanie kolorów na wielobarwnej palecie. Łączy kilka różniących się pomysłów naraz, używając tych samych dźwięków. Początek zawsze zaczyna od perkusji. Uważa ten instrument za najlepiej wyrażający jego osobę. Końcowy etap polega na polubieniu któregoś z pomysłu i uformowania go w kompozycje.

No Better Times than Now to album zrealizowany w 2013 roku. Zawiera elementy z poprzednich krążków: Lineage i Full Circle. Przypomina momentami wczesnego Four Teta. Właśnie na tym albumie znalazł się Detroit Part I. To  instrumentalne zawirowanie, które świetnie zestawia elementy hiphopu, jazzu i basu, dając efekt lekkości, które przypodobał sobie Shigeto.

Detaliczność i piękno w utworach jest specjalnością tego producenta. Dobór instrumentów na płytach zawsze stonowany, a czasami też rozproszona forma, która może być efektem częstego improwizowania na koncertach jazzowych.

Cztery lata spowolnienia, by w 2017 roku wydać The New Monday. Materiał w całości oparty na życiu w Detroit, posiadający bardziej taneczne oblicze. Usłyszymy tutaj house’owe kompozycje, którymi przesiąkł w ciągu całego swojego życia.

Nigdy nie był dj’em, a muzykiem jazzowym – ostatnia płyta w dorobku jest po części solidarna z parkietem, ale zawiera sporą ilość innych gatunków, które sobie upodobał. Jak twierdzi, nie wypuszcza piosenek pod określoną kategorię – kieruje się emocjami i wypuszcza po prostu utwory:

"Here’s the track. I don’t need to say I got dumped and I wrote this song, or I don’t need to say my ancestors were in the internment camps and this is my way of expressing it. Just put this track on, you know?" – via XLR8R "In the Studio: Shigeto"

Destroyer

Projekt Destroyer powstał w połowie lat 90. z inicjatywy pochodzącego z Vancouver Daniela Bejara. Dwa pierwsze albumy Destroyer, pochodzący z 1996 roku We’ll Build Them a Golden Bridge oraz wydany 2 lata później City of Daughters, uczyniły Bejara jednym z najbardziej wziętych kanadyjskich songwriterów młodego pokolenia. To drugie wydawnictwo po latach znalazło się na liście najlepszych albumów lat 90. magazynu Pitchfork.

Trzeci album projektu Destroyer, wydany w 2000 roku Thief, w warstwie lirycznej rozprawiał się z bezlitosnymi regułami rządzącymi branżą muzyczną. Utwory takie jak „The Way of Perpetual Roads” można czytać jako wyraz frustracji oraz buntu wobec przemysłu. W warstwie muzycznej Thief kontynuował drogę rozpoczętą na poprzednich wydawnictwach, wycofując się jednak z całkowitego minimalizmu formalnego.

 

 

Choć kilka pierwszych wydawnictw projektu Bejara spotkało się z dobrym przyjęciem, można powiedzieć że przetarły one jedynie szlaki dla tego, co miało nadejść później. W 2002 roku Destroyer dołączył do rodziny Merge Records – wytwórni kojarzonej chociażby z Neutral Milk Hotel. Pierwszym owocem nowej współpracy był album This Night, który sam frontman określa jako jego mysterious sounding record.

 

 

W przerwie między tworzeniem i koncertowaniem jako Destroyer, Dan Bejar angażował się w takie autorskie projekty jak The New Pornographers czy Swan Lake. Być może właśnie to wyjście ze strefy komfortu poskutkowało w 2004 roku wydaniem najbardziej dotąd niezwykłego albumu Destroyer – stworzonego w większości w standardzie MIDI  Your Blues.

W połowie lat dwutysięcznych Bejar zmagał się z brakiem pomysłu na kolejny muzyczny krok. Z początku, jak wspomina, album Trouble in Dreams był nieskoordynowanym hałasem. Finalnie, nowy blask twórczości zespołu nadały bogate partie smyczkowe oraz eksperymenty z syntezatorem. Te dwa nowe elementy brzmienia projektu zostaną niebawem rozwinięte w znacznie szerszej skali.

Wielu muzykom zdarza się raz w życiu, całkiem nieświadomie stworzyć album który zmieni ich artystyczną drogę na zawsze i na nowo zdefiniuje ich obraz w oczach słuchaczy. Dla kanadyjskiego projektu takim albumem jest wydany w 2011 roku Kaputt. Tworząc swój najbardziej przystępny, najcieplejszy brzmieniowo krążek Dan Bejar raczej nie spodziewał się zdobycia całkiem nowej, szerszej niż kiedykolwiek publiki.

Za sprawą Kaputt, Destroyer otrzymał nowe życie, z niszowego kanadyjskiego projektu stając się jednym z najbardziej wziętych zespołów indie rockowych. Posypały się świetne recenzje, a za nimi propozycje udziału w największych festiwalach świata. Poklask nie był jednak w smak frontmanowi projektu, co Bejar podkreślał w nielicznych wywiadach towarzyszących promocji krążka.

 

 

Jak poradzić sobie z oczekiwaniami słuchaczy po tak świetnie przyjętym albumie? W przypadku Dana Bejara kontynuowanie schematu który raz się już sprawdził nie było opcją. Następca Kaputt, wydany w 2015 roku Poison Season, rezygnuje z miękkiego, przestrzennego brzmienia i elektronicznych naleciałości. W to miejsce pojawia się sekcja dęta, partie smyczkowe i iście springsteenowska perkusja.

 

 

Nowy, jedenasty już longplay Destroyer ukazał się 20 października. Tym razem na kolejny album Destroyer przyszło słuchaczom czekać “tylko” trzy lata. Album Ken stanowi kompromis między miękkim, podszytym elektroniką brzmieniem Kaputt, i bardziej surowym póżniejszym Poison Season.

W zeszłym roku minęło 20 lat od wydania pierwszego albumu projektu Destroyer. Dan Bejar pozostaje jednym z najbardziej długowiecznych i płodnych artystów kanadyjskiego młodego pokolenia. Łącząc poetyckość Nicka Drake’a i ekspresyjność Davida Bowiego, Bejar stworzył dla siebie niszę w której z powodzeniem funkcjonuje od niemal pół wieku. Naturalną konsekwencją jego dotychczasowej drogi jest najnowszy, już świetnie oceniony przez krytyków Ken.

 

King Krule

King Krule, Zoo Kid, czy po prostu Archy Marshall. Urodzony w 1994 roku, Brytyjski muzyk występuje pod róznymi pseudonimami, jednak jego albumy łączy jedno-spójność brzmienia. Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego wydawnictwa- The Ooz, które pojawiło się w sklepach 13 października.
Pierwszą zapowiedzią nadchodzącego longplaya był utwór Czech One, przywodzący momentami na myśl wczesne dokonania Jamesa Blake'a. Ale to tylko jedno z brzmień które znajdziemy na tym czerpiącym zarówno z jazzu, trip hopu, rapu, czy klasycznego rock'n'rolla albumie.

Jako początek szerzej zakrojonej kariery Archiego Marshalla można uznać wydany w 2010 roku pod pseudonimem Zoo Kid mixtape 'UFOWAVE'. To właśnie z niego pochodzi jego pierwszy utwór, który przebił się do szerszej publiczności-Out Getting Ribs.

King Krule to tylko jedno z wielu wcieleń tego nietuzinkowego twórcy. Na swoim koncie ma on prace z artystami reprezentującymi wiele gatunków muzycznych. Współpracował miedzy innymi z Earlem Sweatshirtem, działania te zaowocowały powstaniem jednego utworu, który dostępny jest tylko nieoficjalnie na Youtube.
Chociaż Marshall często współpracuje z innymi twórcami jako producent, zdarza mu się również udzielać wokalnie. Naczelnym tego przykładem jest kolaboracja z brytyjskim duetem tworzącym muzykę elektroniczna Mount Kimbie. King Krule pojawił się na ich dwóch płytach-Cold Spring Fault Less Youth oraz wydanej w tym roku Love What Survives.

Zaskakującym wydaje się fakt, że Marshall nie jest samoukiem. Ukończył 3-letnią The BRIT School for Performing Arts and Technology, w której uczyły się również takie przyszłe gwiazdy jak drumnbassowy producent Breakage czy wokalista, autor świetnej płyty Mirrorwriting, Jamie Woon.

Drugim długogrającym wydawnictwem Archiego, nagranym tym razem pod własnym imieniem i nazwiskiem, była płyta A New Place To Drown. Krążek kipi­ od hip-hopowych inspiracji, które Marshall przekuł w brzmienie osadzone mocno w typowo mglistej dla niego stylistyce.

Na żywo w Polsce King Krule'a mogliśmy usłyszeć tylko raz-w 2014 roku, na festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Jak podaje sam artysta, był to jego pierwszy koncert pod tym pseudonimem, na którym kiedykolwiek zagrał na bis.
Koncert w Katowicach poprzedzał wydanie jego debiutanckiego longplaya-6 feet beneath the moon. Przeważają na nim brzmienia gitarowe, bardzo mocno nawiązujące do licznych, około jazzowych inspiracji Archy'ego. Wydawnictwo to zapoczątkowało jego trwającą do dziś współpracę wydawniczą z XL Recordings.

Laurel Halo

Berlin, rok 2017, letni wtorkowy wieczór. Laurel Halo zaraz zacznie swój comiesięczny set w lokalnej radiostacji. Jej najnowszy album od kilku miesięcy zbiera pozytywne recenzje, a ona sama stała się jedną z największych gwiazd legendarnej wytwórni Hyperdub. Na nadchodzącej trasie nie brakuje koncertu na krakowskim Unsound Festival.

W Akademickim Radiu Luz wspominamy to wydarzenie i świętujemy czwarte urodziny głośnego “Chance Of Rain” ogłaszając Laurel Halo naszą Artystką Tygodnia.

fot. Ériver Hijano

Dust ujrzało światło dzienne pod koniec czerwca i bardzo szybko zostało uznane za jedno z najlepszych wydawnictw pierwszej połowy tego roku. Laurel Halo zaskoczyła tą płytą chyba wszystkich – jej własny głos, sample śmiechu i gryzienia jabłka czy refreny śpiewane po japońsku to coś czego nikt nie spodziewał się po kojarzonej ze sceną klubową artystce. Zarówno debiutanckie Quarantine, jak i podreślające jej pozycję w świecie eksperymentu In Situ i Chance of Rain to mroczne wydawnictwa. Tymczasem singlowe Moontalk czy Jelly opowiadają o pewności siebie, różnorodności i zostawianiu tego co złe za sobą. Skąd więc taka zmiana?

Dużą inspiracją stał się dla Laurel Berlin. Przeprowadziła się tam z Nowego Jorku kilka lat temu – jak mówi nie tylko dlatego, że kocha to miasto, ale tez z powodów czysto praktycznych: w stolicy Niemiec spotkała wielu współpracowników, a w Europie częściej miała okazję grać koncerty. By być bliżej przyjaznego dla siebie środowiska zamieszkała na Kreuzbergu, dzielnicy-marzenie każdego awangardowego artysty. "Tutaj stać cię na zwolnienie rytmu życia" stwierdziła w jednym z wywiadów. Eklektyzm, który znajdziemy na najnowszej płycie Laurel Halo, wyraża się nie tylko w architekturze Berlina, ale też w zamieszkujacych go ludziach. Pracowała z perkusistą Eli Keszlerem (który obecnie gra z nią koncerty), wokalistką i wiolonczelistką Julią Holter oraz poetą Michael'em Salu. Oprócz miasta to właśnie poezja odgrywa dużą rolę na Dust. Laurel nie raz podkreślała swoją fascynację poezją konkretną – pojedynczymi słowami i zdaniami, które w głowie kazdego z czytelników budzą inne skojarzenia. Otwierający album utwór Sun to Solar to reinterpretacja wiersza “Servidão de Passagem” Harolda de Campos'a

Trzecim ważnym czynnikiem sprawiającym, że Dust brzmi tak, a nie inaczej, jest humor.

https://twitter.com/LaurelHalo/status/909194203216965633

Jest fanką Rick'a i Morty'ego, stand-up'ów Davida Crossa czy serialu Keeping Up With The Kardashians. Według niej to nie tylko analiza "bycia tak sławnym i bogatym, że to aż nie do wytrzymania" ale też podkreślenie roli rodziny w życiu każdego z nas.
Ten ironiczny, zdystansowany i momentami dziwny humor, Laurel przekłada na swoją muzykę. Zaskakuje, żągluje wątkami i estetykami, tym samym dając pstryczka w nos zabetonowanej scenie muzyki elektronicznej, eksperymentalnej i popowej. 

fot. Phillip Aumann

Oprócz świetnych albumów wydawanych od 2012 roku nakładem Hyperdub i Honest Jon's Records, Laurel Halo możemy spotkać też w roli DJ'ki. Regularnie usłyszymy ją na falach jednej z berlińskich radiostacji, gdzie najnowsze trendy w muzyce klubowej miksuje z odnalezionymi na śmietniku historii acidowymi bangierami i zapomnianymi klasykami r'n'b. Nie boi się też sięgnąć po niemieckie disco znalezione na winylowych targach. Ostatnio wraz z Claire Tolan sprawdziły jak dźwięki wydawane przez koty zabrzmią z ezoterycznymi filmikami znalezionymi na YouTube'ie. 

Swoją karierę zaczynała w studeckim radiu na uniwersytecie w rodzinnym Michigan. Teraz gra w najlepszych berlińskich klubach, ma za sobą mix dla Boiler Room i nowojorskiego kolektywu Discwoman.

Setowi opublikowanemu na stronie Discwoman towarzyszy krótkie Q&A, w którym Laurel porusza sprawę ciągłej dyskryminacji kobiet za DJ-skimi deckami. Pogłębia ją w jednym z wywiadów, zauważając, że kultura klubowa – hipotetycznie różnorodna i otwarta – tak naprawdę zamyka się na pewne grupy społeczne lub utrudnia im funkcjonowanie w niej. Dominacja białych mężczyzn na festiwalach i w imprezowych line-upach to tylko wierzchołek góry lodowej, a przyczyn tej sytuacji i różnych rozwiązań powinien szukać każdy z nas – zachęca. 

Laurel jest świetnym przykłądem współczesnej artystki zaangażowanej, która nie tylko swoimi słowami ale też twórczością stara się wspomóc innych. Jej kompozycja Sophon otworzyła składankę Praxis Houston, ze sprzedaży której cały dochód zostaje przeznaczony na pomoc ofiarom huraganu Harvey.

W muzyce i słowach Laurel Halo słychać, jak bardzo otworzyła się na innych ludzi i wpływy. Sama zastanawia się teraz, dlaczego nie zrobiła tego wcześniej. Lata pracy samemu w studiu nigdy nie przyniosły jej takiej satysfakcji jak praca z artystami których zaprosiła do współtworzenia Dust. Jednocześnie nadal pozostaje bardzo silną osobowością, która potrafi narzucić innym swój styl – niedookreślony i bardzo eklektyczny, jednocześnie fascynujący i pionierski. 

https://www.youtube.com/watch?v=AoB-GmcoYYs

Do końca tygodnia na antenie Akademickiego Radia LUZ muzykę Laurel Halo będziecie słyszeć wyjątkowo często. Mamy jednak nadzieję że ta artystka zostanie z wami na dłużej – tym bardziej, że nie istnieje okazja do której choć jeden z jej utworów czy DJ-setów by nie pasował. Wciąż pozostajemy też pod wrażeniem jej ostatniej płyty i czekamy na nową – w końcu nigdy nie wiadomo co Laurel wymyśli tym razem.

 

Courtney Barnett & Kurt Vile

Tym razem na 91.6FM Artystów Tygodnia mamy dwóch. To Courtney Barnett i Kurt Vile. Występują w tej roli trochę jako duet, a trochę z osobna. Przyglądamy się temu jak dogadują się w swojej najnowszej kolaboracji.

Z jednej strony rzeczywiście są jak yin i yang. Ona lewo-, on praworęczny. Na gitarze ona gra niedbale jak Keith Richards, on precyzyjnie jak Duane Allman. Ona pisze proste historyjki z życia codziennego, on zanurza się we własnych myślach podczas samotnych nocnych sesji. Brzmi jak dwie skrajności, ale już na tym początkowym etapie prezentowania naszych Artystów Tygodnia możemy o tym zapomnieć. Bowiem z drugiej strony Courtney i Kurt są jak zaprzyjaźnione ze sobą rodzeństwo. O jednakowym poczuciu humoru, artystycznej hippie-stylówce i wysokim poziomie introwertyzmu.

Umówmy się w jednej kwestii. Album naszego debiutującego duetu nawet nie zbliża się poziomem do solowych dokonań Courtney Barnett i Kurta Vile’a. Tylko, że przecież nie o to chodziło. Kolaboracje zazwyczaj obniżają presję, którą mogą odczuwać artyści. Chodzi raczej o dobrą zabawę pełną śmiechu. Wydany 13 października album Lotta Sea Lice to w zasadzie produkt tej przyjaźni i dobrze spędzonego czasu, a nie karkołomne opus magnum wymagające niekończących się powtórzeń i ulepszeń.

Wydając debiutancki longplay wiosną 2015 roku, Courtney Barnett zaskarbiła sobie serca słuchaczy niezależnie od ich gatunkowych upodobań. Proste historie, obserwacje codziennego życia w jej tekstach w połączeniu z prostymi gitarowymi riffami podszytymi bluesową melodyjnością dla osób zasłuchanych w skomplikowanej muzyce mogły stanowić, i stanowią nadal, zupełną odwilż. Nie myślcie jednak, że Courtney w warstwie tekstowej czy muzycznej niczym nie wyróżnia się na tle dowolnego garażowego bandu. W obu kwestiach pozostaje bowiem błyskotliwa, ale nigdy sztucznie intelektualna.

I stare at the lawn, it's Wednesday morning
It needs a cut but I leave it growing​
All different sizes and all shades of green
Slashing it down just seems kind of mean

                                               "Small Poppies"

Jakie to unikatowe w tym nadąsanym artystycznym świecie widząc obrazek mówić co się na nim znajduje w prostych słowach, nie dopowiadając do tego wielkich idei, interpretacji i udziwnień. Album Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit wdzierając się na szczyty płytowych rankingów w 2015 roku udowodnił światu, że coraz bardziej brakuje mu szczerości i prostoty.

Skojarzenie brzmienia muzyki Kurta Vile’a z latami 70, zwłaszcza z południem Stanów Zjednoczonych, jest jak najbardziej na miejscu. Jego zamiłowanie do swobodnych elektrycznych solówek czy przestrajania gitary w połączeniu z zabawnymi tekstami pisanymi z perspektywy społecznego wyrzutka i dźwięczną manierą wokalną wprowadzały jednak powiew świeżości na rynek za każdym razem gdy wydawał kolejne wydawnictwa, z b’lieve me i’m goin down… na czele. Nocne sesje Kurta związane z pisaniem i komponowaniem piosenek przynoszą wydłużone nieraz utwory pozwalające wpaść między te jakże dziwaczne przemyślenia Vile’a.

Czasami nie zdajemy sobie sprawy jak wiele artystycznych przyjaźni zawiązuje się na niedostępnych dla nas backstage’ach festiwali, które z wypiekami na twarzach zjeżdżamy co lato. W takich okolicznościach wykształciła się znajomość bohaterów. Trudno, aby mieli się nie polubić przy tak podobnych charakterach i poczuciu humoru. Jednakże muzycznie łączy ich jeszcze więcej. To tęsknota za wyimaginowanymi beztroskimi czasami oraz sentymentalne nawiązania brzmieniowe do gitarowych herosów, z lat 70 w przypadku Vile’a i z lat 90 w przypadku Barnett.

Warto zauważyć, że Courtney znana fanom z tarzania się po scenie i wykrzykiwania refrenów, przy Kurcie na stałe przełączyła się w swój dziewczęcy tryb. Dodatkowo, raczej z uwagą zerka w kierunku starszego, bardziej doświadczonego kolegi, a jej gra na gitarze jest bardziej zachowawcza niż zwykle. Wszystko to każe twierdzić, że to Kurt Vile zdominował ich najnowszy materiał.

Ich wspólna gra sprawia wrażenie jakby znali się od dziecka i byli w stanie nawzajem dopowiadać swoje zdania. Oni naprawdę wydają się być perfekcyjnie dopasowani, choć nie oznacza to, że ich nowy album jest doskonały. Szczytowym osiągnięciem wspomnianej symbiozy pozostał pierwszy singiel, czyli „Over Everything”. Po nim nieco zabrakło podobnego modułowego budowania utworów. Jakkolwiek, każdorazowe odtwarzanie wspólnych kawałków tak uroczego duetu jak Courtney Barnett i Kurt Vile po prostu wzbudza uśmiech na naszych twarzach niezależnie od tego jak proste są to piosenki.

Tom Petty

Tom Petty, Nowy Jork, 1977. (fot. Michael Putland/Getty Images)

Niedawno Stany Zjednoczone, ale i cały świat straciły wyjątkowego bohatera. W wieku 66 lat zmarł Tom Petty, jeden z  najmłodszych artystów zaliczanych do amerykańskich klasyków rocka. W swojej karierze tworzył u boku tych, którzy kształtowali go jeszcze jako podlotka, co samo w sobie świadczy o tym, jak wysoko zaszedł. Mimo to wiele mówi się o jego skromności i pewnym stopniu wiarygodności, jako osoby publicznej. Niejednokrotnie wywiady i telewizyjne występy potwierdzały jak ciepłym i inteligentnym gościem był Tom. W Radiu Luz chcemy wspomnieć jego sylwetkę i pokazać, nad czym pracował przez większość swojego życia. 

Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat 70. Były to czasy, gdy muzyka gitarowa przeżywała ogromną rewolucję, a może nawet kilka. Nie dość, że rock jako gatunek się skomplikował, to jeszcze zdawał się wyczerpywać. Sytuacja ta popchnęła wielu twórców do poszukiwań zmierzających ku innym stylom czy inspiracjom. Dodajmy do tego rosnącą popularność brzmień funkowych i soulowych. Wszystko to zdawał się początkowo całkowicie pomijać Tom Petty, który w 1976 roku wraz z The Heartbreakers wydał swój debiutacki krążek całkowicie pozbawiony znamion eksperymentalności. To materiał zakorzeniony w amerykańśkiej kulturze i spuściznie starych wyjadaczy, poczynając od Elvisa, przez The Rolling Stones, po Dylana. Taki ruch wymagał odwagi, która może nie do końca się opłaciła, ale przetarła szlak.

Z pewnością nie mówimy o przełomowym debiucie. Self titled Toma i kolegów nie grzeszył popularnością, ale każdy, komu w sercu grało południe USA oraz był wychowany na klasykach, po prostu przyjmował to takim, jaki był. Nieco lepiej wypadł wydany po dwóch latach przerwy You’re Gonna Get It , zbierający mieszane recenzje, ale udany komercyjnie. Nic dziwnego – grupa zasięgnęła ilku zmian stylistycznych, które ożywiły trochę uczniowskie przepisywanie znanych już rozwiązań, którym mógł chwalić się Petty. Numery nabrały jeszcze więcej wiatru w żagle, bawiły się dynamiką i były przy tym do bólu rozrywkowe. W roku 1979-tym, w przeddzień swoich 29-tych urodzin artysta wydał trzeci w karierze krążek pt. Damn the Torpedoes. Z marszu okazał się to niezły sukces, który wynikał z nauki na doświadczeniach po wydaniu You're Gonna Get It. Podobnie ciepło przyjęto także Hard Promises wydane 2 lata później. Jego nagrywanie miało być okazją, by Petty i Heartbreakers poznali ikonę – Johna Lennona. Artysta miał pojawić się w tym samym studiu, w którym grupa pracowała nad czwartym krążkiem. Zanim jednak do tego doszło, John Lennon został zamordowany 8 grudnia 1980-ego roku. Wstrząśnięty Petty chciał oddać hołd idolowi. Na pierwszej edycji winyla Hard Promises na jego prośbę tłoczono więc wymowny napis: WE LOVE YOU JL.

https://youtu.be/IZKBCPOcVbI

Między 1981 a 1987 Tom Petty nie wiedział już w którą stronę iść. Najpewniej znudzony swoim dotychczasowym stylem chciał dodać coś więcej od siebie. W tym czasie światło dzienne ujrzały aż trzy jego pełnowymiarowe krążki: Long after Dark, Southern Accents oraz Let Me Up. Pierwszy i ostatni z nich to wspólne dzieła Pettyego i i Mike'a Campbella z The Heartbreakers, warto jednak wyróżnić szczególnie ten drugi, gdzie znalazły się numery pisane wspólnie z Davidem Stewartem z Eurythmics, który dodatkowo wyprodukował cały materiał. Ich współpraca calkowitym szaleństwem, z którego zrodził się nietypowy, eksperymentalny wręcz krążek eksplorujący Heartland rocka w popowych okolicznościach. Nic dziwnego, że współpraca się nie powtórzyła. Panowie nie dogadywali się najlepiej przy pracy nad albumem. Mimo tego, jak zastanawiająca i nietypowa okazała się ich praca, jednym z najbardziej intrygujących momentów kariery Pettyego były cztery lata pozbawione regularnych sesji nagraniowych z Heartbreakers.

Zamiast swojego zespołu, amerykanin zajął się wóczas zgoła projektem Travelling Wilburys. W jego skład wchodzili także George Harrison, Bob Dylan, Jeff Lynne z Electric Light Orchestra i Roy Orbison. Ten ostatni niestety dożył nagrań tylko do pierwszego z dwóch albumów supergrupy. Grupa uformowała się w studiu Dylana w Malibu, jednak nie było tam Petty'ego. Jego udział w całej akcji był przypadkowy – Harrison spokojnie napomknął o możliwości współpracy przy okazji odbierania gitary zostawionej w domu młodszego kolegi. Wspólne, przyjacielskie nagrania obrodziły w całkowicie niezobowiązujące i lekkie utwory, takie jak “7 Deadly Sins” czy “Handle with Care”.

https://www.youtube.com/watch?v=L8s9dmuAKvU

Po spokojnym, choć gorzkim przez śmierć Orbisona rozwiązaniu Travelling Wilburys każdy z członków grupy poszedł w swoją stronę. W roku 91-szym Petty, najwyraźniej zainspirowany niedawnymi doświadczeniami u boku Wilburys zaprezentował światu nagrany w większości wspólnie z Jeffem Lynnem krążek Into The Great White Open. Znalazło się na nim wiele odmiennych, bardziej stonowanych i melodyjnych numerów, w tym hit “Learning to Fly”, który przysporzył artyście ogromnej rozpoznawalności. W promocji wydawnictwa pomógł także tytułowy singiel, do którego powstał także fabularny klip z udziałem młodego wówczas, Johnny’ego Deppa. Po zauważalnym sukcesie albumu kariera Pettiego była z grubsza ustatkowana. Od 1992 roku grupa nagrała już zaledwie pięć albumów, co oznacza uspokojenie tego procesu względem lat poprzednich. Wśród nich znalazł się album z muzyką do filmu “She’s the one” w reżyserii Edwarda Burnsa. Ciekawe i ożywcze dla wizerunku zespołu były wypuszczone na przełomie tysiącleci Echo oraz The Last DJ. Ewoluowała przede wszystkim postprodukcja- gitary stały się twardsze, a Petty porzucił charakterystyczne dla poprzedniej dekady, rozmyte pejzaże na rzecz wyraźnego, ostrzejszego spojrzenia.

W ciągu swojego życia Tom Petty nie mógł narzekać na brak zajęć, tym bardziej na zastój w nagrywaniu. Nie wypuszczał krążka za krążkiem, ale trzeba przyznać, że zachowywał niezłą regularność. Znalazł m.in. czas, by nagrywać tzw. projekty solowe. Nagrane w ten sposób albumy były w rzeczywistości wynikiem współpracy z jego najbardziej znanym projektem, czyli Heartbreakers. Na pierwszym z nich, Full Moon Fever z 1989 roku znalazły się pomysły m.in Geoge’a Harrisona oraz Roya Orbisona. Nie można zapomnieć o wyjątkowym Wildflowers, nad którego tworzeniem czuwał sam Rick Rubin i o ostatnim z solowych krążków, Highway Companion, który ukazał się 11 lat temu. Było jednak coś jeszcze, co poniekąd wykraczało poza projekt Heartbreakers. 

Przed uformowaniem swojego najbardziej znanego zespołu, we wczesnych latach 70-tych Tom Petty grał jeszcze razem z formacją Mudcrutch. Była to pierwsza wersja tego, co później miało nazywać się The Heartbreakers. Początkowo istniała w latach 1970-1975, wydając wówczas tylko dwa single, po czym całkowicie zniknęła na całe 32 lata. Jej nieoczekiwany powrót miał miejsce 2007, choć nie było to najpewniej wielkim kłopotem dla Pettyego – część członków grupy grała z nim razem w The Heartbreakers. Ostatecznie na koncie formacji znalazły się dwa krążki, wydane w 2008 i ubiegłym roku. 

Thee Oh Sees

Niemal dokładnie 20 lat temu zaczęła się ich historia. Zmieniali składy, nazwy i gatunki muzyczne. Od początku zespołem kierował jednak John Dwyer. Dziś są chwilę po wydaniu 19. krążka "Orc" i chwilę przed 20. "Memory of a Cut Head Off". W sierpniu dali znakomity koncert na katowickim OFF Festivalu. Przed Wami nieokiełznani Thee Oh Sees!

No dobrze, to o co chodzi z tymi zmianami nazwy? W 1997 roku, kiedy John Dwyer (na zdjęciu po lewej) przeprowadził się z Rhode Island do Kalifornii był zafascynowany, jak dobrze radzi sobie miejscowa scena muzyczna z Deerhoof na czele. Intensywnie zaczął szlifować swoje umiejętności gry na gitarze, by chwilę później dołączyć do składów Coachwhips i Pink & Brown – najczęściej przeraźliwie głośnych i hałaśliwych. Po jakimś czasie zapragnął tworzyć, czy też raczej eksperymentować na własną rękę. Tak powstał, praktycznie samodzielny projekt OCS – akronim od Orinoko Crash Suite lub Orange County Sound. Raczej spokojny, chociaż w dużej mierze eksperymentalny – niby folkowy, ale pełen niepokoju. Pod takim szyldem ukazały się 4. płyty, kolejne dwie to już The Oh Sees, gdzie solowy projekt okazjonalnie rozszerzany o gości zaczął przeradzać się w pełnoprawny zespół. Thee Oh Sees jakie znaliśmy prawie do dziś to kolejna inkarnacja, która najdłużej zapisała się w pamięci słuchaczy (dlatego też ta nazwa sygnuje nasz cykl Artysty Tygodnia). Od 25. sierpnia, dnia wydania ich ostatniej płyty "Orc" znamy ich jako Oh Sees – tym razem z dwoma perkusistami w składzie, ale już 17. listopada wraz z pewmierą "Memory of a Cut Head Off" powrócą do pierwszego wcielenia nie tylko nazwą i po częsci składem, ale przede wszystkim brzmieniowo.

W muzyce Thee Oh Sees drzemie ogrom szaleństwa, dlatego największą ich siłą są bez dwóch zdań występy na żywo. John Dwyer jest postacią niezwykle ekspresyjną i charyzmatyczną. I choć w zeszłym tygodniu skończył 43. lata to na scenie, ze skróconymi do kolan jeansami szaleje niczym Iggy Pop z The Stooges 40 lat temu. Obojętna nie pozostaje na to także publiczność, która w dzikim tańcu pozostaje przez cały koncert. Wokaliście zdarza się prawie połykać mikrofon, by potem śpiewać do tych przeznaczonych do nagłośnienia perkusji. W międzyczasie skacze, wydziera się, pluje. Istne rock'n'rollowe wariactwo. Przy czym często uderza o puste struny, wydobywa dźwięki ocierające się o próg bólu i aż dziw, że na każdym koncercie ma tę samą przezroczystą, przypominającą legendarnego Gibsona SG gitarę.

Przez ostatnie 20. lat  John Dwyer i spółka wypracowali sobie nie tylko miano artystów bardzo płodnych muzycznie, ale także dość unikatowe brzmienie. Do swojego garażowego zestawu: bas, gitara, perkusja włączali także dość nietypowe instrumenty jak sitar, saksofon, flet, skrzypce i harmonijkę ustną. Wszystko okraszone mocnym przesterem. Nie brakowało również eksperymentów z elektroniką głównie pod postacią syntezatorów, ale John Dwyer niejednokronie w line-upach festiwali pojawiał się z autorskim DJ-setem, więc właściwie w przyszłości możemy się spodziewać wszystkiego. Na razie jednak musimy się zadowolić jego przesiąkniętą efektami typu flanger, chorus i klasyczny fuzz gitarą, ale i tu przepis jest pewnie znacznie bardziej skomplikowany. Różne inspiracje, w różnych latach wysuwały się na wierzch. Czasem więcej tu było psychodelicznego rocka i długich form, zawsze dużo punka i głośnych, buntowniczych brzmień. Ostatnimi laty Thee Oh Sees zaczęli skręcać w stronę kraut-rocka, ale właściwie każdy okres działaności, gdzieś w głębi podszyty jest klasycznym bluesem i jego melodiami oraz bezkompromisowym rock'n'rollem. Te wszystkie roszady i eksperymenty czynią ich jednym z najbardziej elektryzujących współczesnych zespołów rockowych i sprawiają, że stwierdzenie "Rock is Dead" jest jednak nieaktualne. 

Przeszywające i przerażające czasami dźwięki, wydobywające się z gitary Dwyer'a nie są jedynym elementem ich twórczości, którego, mówiąc krótko, można się bać. Grafiki na niemal wszystkich okładkach Thee Oh Sees nigdy nie były czymś, co z przyjemnością powiesiłoby się na ścianach salonu, by poprawić atmosferę. Niemal z każdej spoglądają na słuchacza jakieś dziwne, odrażające wręcz kreatury. Większości z nich autorem jest Elzo Durt, a przykładami? Wampirze zęby i gałki oczne skąpane w truskawkach na "Floating Coffin" czy stonoga zmierzająca do kanału usznego na "An Odd Entrances". Okładki wprawdzie nawiązują do tytułów płyt i jest w tym jakaś spójność, ale bardzo obrzydzająca. A może to wszystko, to pewna zabawa z słuchaczem? Jakieś bardzo luźne nawiązanie do horrorów, od których mimo przerażających scen,  trudno się oderwać?