Archiwum

Nils Frahm

Kiedy we wczesnym dzieciństwie ojciec kształtował w nim swobodę artystyczną, a nauczyciel pianina zaszczepiał miłość do klasyki, postanowił te dwa światy w swojej muzyce łączyć i na nowo odkrywać. W tym roku powrócił z płytą All Melody. To Nils Frahm.

A gdyby tak zacząć od końca?

All Melody ukazała się w ostatni piątek stycznia. A Nils, który do tej pory bardzo często pojawiał się z nowymi wydawnictwami w świadomości (i uszach) słuchaczy, tym razem powrócił po nieco dłuższej przerwie. Być może dlatego, że potrzebował chwili na zapoznanie się z przepastym Funkhaus. Monumentalny budynek-pomnik, w którym niegdyś znajdowała się rozgłośnia radiowa w Berlinie Wschodnim posłużył bowiem za najważniejszy "instrument" na jego nowej płycie.

Nils Frahm często podkreśla, że studio może być instrumentem, jak każdy inny. Jego aksutyka, wystrój, "mieszkańcy" nadają nie tylko wyjątkowego klimatu, ale różnież determinują brzmienie. Wielkie, orkiestralne sale dodały do utworów przestrzeni, zrobiły miejsce na sporadycznie pojawiające się do tej pory trąbki, flety, skrzypce czy nawet partie chóralne. W Funkhaus Nils odkrył także wiele starych, lekko zakurzonych instrumentów, przykładowo organy miechowe, których specyficzny dźwięk, wywołany przepływem mechanicznie wypychanego powietrza przez metalowe piszczałki jest pewnym motywem przewodnim płyty. Jest pewnie tak, że być może o niektórych z tych dźwięków zdążyliśmy już zapomnieć. On wyjątkowo je odświeża; trochę stawiając to sobie za cel.

Nie ma więc wątpliwości, że jego podejście do muzyki nie jest tak do końca typowe. Sam jest producentem swoich płyt i realizatorem nagrań. Trzeba przyznać, że niezwykle otwartym; do każdego pojedynczego dźwięku podchodząc w zupełnie inny sposób. Sam nawet ustawia mikrofony, przyznając, że często z premytacją robi to źle. Dlaczego? Oczywiście chcąc uzyskać nieznane, oryginalne brzmienie. Pewnie zdaje sobie sprawę, że jego eksperymenty nie zawsze zostaną wychwycone, czy docenione przez słuchaczy, ale samo dążenie do tego jest jego wielką pasją. To dlatego jego nagrania pokryte są charakterystyczną warstwą kurzu, dźwiękowych brudów, niedociągnieć, trzasków. Romantycy powiedzieliby, że mają swoją duszę. Świetnym przykładem na to jest płyta Felt sprzed siedmiu lat. 

Z samego fortepianu można wydobywać dźwięki na różne sposoby. W profesjonalnej nomenklaturze to fortepian preparowany. Niby to nic nowego, bo pierwsze takie eksperymenty było już słychać w latach 40. ubiegłego wieku, ale to wciąż nie do końca zgłebiona gałąź muzyki, na której lubi posiedzieć wielu współczesnych artystów. I tak Leszek Możdżer nakrywa struny fragmentem materiału, a całą gamę takich eksperymentów prezentuję także Apex Twin na płycie Drukqs. Nils Frahm z kolei w te same struny w pudle rezonansowym uderza niczym pałeczkami w ksylofon, szczotkami do toalety. Używanie najdroższych instrumentów na świecie w ten sposób może niejednemu zjeżyć włos na głowie, ale jednocześnie… wywołać gęsią skórkę z zachwytu, czy może zdziwnienia z uzyskanego brzmienia. Te niecodzienne atrakcje to pewnie znak rozpoznawczy. I choć oczywiście można usyłyszeć je na płytach, to cały swojego rodzaju rytuał jest zarezerwowany dla występów na żywo.  Wtedy Nils niczym szaman, wpada w trans, który prowadzi o do najdziwniejszych improwizacji. Próbą uchwycenia tych niepowtarzalnych emocji jest płyta Spaces z 2013 roku.

Ponad te wszystkie eksperymenty, studyjnie zawsze był przede wszystkim wierny klasyce. Większość jego płyt to różne fortepianowe podróże. Albumy takie jak Screws czy Solo to kwintesencja jego brzmienia, melodii i minimalizmu. Nils, mówiąc wprost, ma w nosie tak modną i narzucaną współcześnie kompresję dźwięku. Pozwala mu maksymalnie wybrzmieć, bardzo świadomie i znakomicie operując dynamiką. Świadomie też wpływa na emocje słuchaczy, tworząc bardzo ckliwe, często wręcz do przesady, melodie.

Nils Frahm przede wszystkim występuje solo. Niby chowa się za konstrkucjami złożonymi z kilku par klawiszy, sentezatorów, mikserów i samplerów, ale na koncertach jest niezwykle ekspresyjny. Bardzo ceni sobie samodzielność, możliwość improwizacji, to jednak nie przeszkadza mu w okazjonalnych kolaboracjach. Współpracował Frankiem Schültge, który wprowadzał do utworów gitarę.  Ze skrzypaczką Anne Müller​ w paradoksalne bardziej elektronicznej odsłonie. Nie raz siadał za jednym fortepianem ze swoim kumplem i bratnią duszą Olafurem ArnaldsemNiezależnie jednak z kim pracował, zawsze wyraźnie podkreślał swoją rolę.

All Melody to pewien zbiór, chyba nawet najbardziej spójny, utworów które można umiejscowić właściwie w każdym momencie kariery Nilsa Frahma. Pokazuje artystę od tej klasycznej, jak i eksperymentalnej strony. I niezależnie od tego, w którym miejscu; na początku, końcu, w środku tę jego muzykę złapiemy, warto docenić tego niezwykle kreatywnego i świadomego artystę.

 

Weezer

Pierwsza połowa lat 90, trwa w najlepsze ostatni wielki młodzieżowy zryw XX wieku. Grunge’owi buntownicy ze Seattle spod znaku Nirvany, Soundgarden i Mudhoney cieszą się ugruntowaną pozycją w muzycznym światku, a lansowany przez nich wizerunek niegrzecznych, nieuczesanych chłopaków odzianych we flanele, wyświechtane levisy i starte trampki już zdążył zakorzenić się jako masowy trend modowy po obu stronach globu, stając się szablonem z jakim do dziś kojarzymy popkulturę tych czasów. Mało kto spodziewał się, że tuż obok tego trwającego w najlepsze festiwalu nihilizmu i buntu o wszystkich odcieniach szarości, gdzieś w wynajętym garażu na przedmieściach Los Angeles po cichu zacznie dokonywać się inna, nie mniej ważna dla historii muzyki popularnej rewolucja.

Gdy dwudziestojednoletni Rivers Cuomo, przyszły wokalista i lider Weezer, po raz pierwszy usłyszał „Smells Like Teen Spirit” Nirvany, zaczął zadręczać się myślą, że równie dobrze sam mógł napisać taką piosenkę i utorować sobie tym samym drogę do sławy. Tylko czy grzeczny student Harvardu w okularach z grubymi oprawkami byłby dla publiki wiarygodnym buntownikiem? Czy można zostać gwiazdą rocka samemu będąc chodzącą antytezą utartego kilka dekad wcześniej wizerunku rock and rollowca? Cuomo, miły, choć mało charyzmatyczny chłopak w swetrze, nigdy nie czuł potrzeby kontestacji i nie miał w sobie ni krzty obrazoburcy, co może uczyniłoby z niego drugiego Kurta Cobaina. Dlatego, zamiast przywdziewać maską kogoś, kim nigdy nie był i nie będzie, zaczął pisać szczere, melodyjne piosenki, z którymi mogliby się identyfikować ludzie tacy jak on sam: ci, którzy mają swoje młodzieńcze pragnienia, miłości i rozterki, ale wcale nie muszą koniecznie być „cool” w powszechnym rozumienia tego słowa. Nie zabiegał o status idola. Nie był i nie chciał być dla nikogo niedoścignionym wzorcem, od samego początku będąc po prostu kimś takim jak sam słuchacz. Jak się później okazało, to właśnie owa rozbrajająca bezpretensjonalność i afirmacja zwyczajności okazały się kluczem do sławy. I chociaż tak naprawdę Weezer nie był pierwszym popularnym zespołem uosabiającym swoim wizerunkiem antytezę rock and rolla, to właśnie im zawdzięczamy wprowadzenie i spopularyzowanie w głównym nurcie archetypu nerda – gwiazdy rocka.

Debiutancki „Niebieski album” to owoc songwriterskiego kunsztu Riversa Cuomo, który mocno osobiste przemyślenia przeplata wachlarzem odwołań do popkultury i niewymuszonym dowcipem, zaś napisanie przez niego chwytliwe melodie ewokują zapomniane power popowe grupy z lat 70. Ogromna popularność, a współcześnie kultowy status płyty, nie jest jednak wyłączną zasługą talentu lidera. Pieczę nad produkcją płyty sprawował ex-frontman The Cars Ric Ocasek i to jemu zawdzięczamy charakterystyczną masywność brzmienia gitar idealnie kontrastującą z łagodnym wokalem, które stały się zresztą wizytówką grupy. Ważnym elementem machiny promocyjnej były też teledyski, a w szczególności wideo do „Buddy Holly” w reżyserii Spike’a Jonze’a, który przeniósł grupę na plan filmowy sitcomu „Happy Days”. O ogromnej popularności klipu najlepiej świadczy fakt, że jako bonusowy dodatek trafił na płyty z mającym wówczas premierę Windowsem 95.

Niespodziewany wielki sukces debiutu i pierwsza duża trasa koncertowa okazały się dla kwartetu z Los Angeles bardzo wyczerpującym doświadczeniem. Jak wspomina Rivers Cuomo, częste występy sprawiły, że w pewnym momencie poczuł znużenie muzyką rockową, a status gwiazdy stracił swój początkowy smak i sława stała się źródłem utrapień. Ukojenie odnalazł w… operze. Zasłuchując się w „Aidzie” i „Madame Butterfly”, ukuł nawet koncept własnej rockowej opery w klimacie science fiction. Choć ostatecznie pomysł upadł, Cuomo zdążył napisać sporo materiału,  a nawet zarejestrował demo, które nigdy nie ujrzało światła dziennego, do dziś spędzając sen z powiek zagorzałym fanom grupy.

Kontynuacja w postaci „Pinkerton” z 1996 roku nie okazała się planowanym z początku eksperymentem, lecz tak czy inaczej była to płyta zupełnie inna niż debiut. Nad całością dominuje dość posępny nastrój, a tematyka utworów oscyluje wokół problemu samotności, poczucia bezsensu i  zmęczenia sławą. Przedstawiciele wytwórni, obawiając się finansowej porażki, narzekali na brak chwytliwych singli. Zmartwienia dodatkowo pogłębiało odrzucenie przez Cuomo propozycji Spike’a Lee odnośnie nakręcenia teledysku. Tym razem chciał, by – jak sam tłumaczył – "muzyka mówiła sama za siebie”.  Album zebrał przeciętne recenzje i sprzedał się kiepsko i dopiero dekadę później za sprawą retrospektywnych recenzji na portalach takich jak pitchfork.com dokonano rehabilitacji „Pinkerton” uznając płytę za „zaginiony klasyk”. Po zakończeniu trasy promującej album z grupy odszedł basista Matt Sharp, a pozostali członkowie zespołu postanowili czasowo zawiesić działalność.

Sukces debiutu Weezer wynikał w dużej mierze z songwritingu nastawionego na chwytliwe, wpadające w ucho melodie. Reaktywacyjny „Zielony album” wydany w 2001 roku po aż pięcioletniej przerwie można nazwać powrotem do źródeł. Krótką, niespełna półgodzinną płytę nagraną pod opieką Rica Ocaska pamiętamy przede wszystkim dzięki świetnie przyjętym singlom. Kawałek „Island In The Sun” do dziś uważany jest za największy komercyjny sukces grupy. Sporą sławą do dziś cieszy się też „Hash pipe”, choć kontrowersyjny tekst i tytułowa aluzja do narkotyku spotkały się początkowo z próbami cenzury.

Wydany rok później „Maladroit” można określić mianem eksperymentu. Do pracy nad płytą zaproszono bowiem fanów, regularnie udostępniając w internecie dema najnowszych utworów i zapraszając do wyrażania opinii na ich temat. Ostatecznie nie tylko muzyka, lecz także okładka albumu a nawet jego tytuł są owocami kreatywności internautów. Nie obyło się przy tym bez małego skandalu, gdyż ogólnodostępne dema wzbudziły zainteresowanie stacji radiowych, które zaczęły je na odtwarzać na długo przed oficjalną premierą.

„Make Believe” z 2005 roku, kolejna długogrająca płyta Weezer, powstała we współpracy z  legendarnym producentem Rickiem Rubinem. Ten wpłynął podobno nie tylko na brzmienie albumu. Tytuł oraz wiele tekstów miało bowiem powstać pod wpływem sesji medytacyjnych Rubina i Riversa Cuomo. Reakcje krytyki były podzielone. Dziennikarze „Rolling Stone” czy „Q” nagrodzili płytę solidnymi czterema z pięciu możliwych gwiazdek chwaląc za konsekwencję w brzmieniu. Sporą burzę wywołała zaś recenzja na portalu Pitchfork, który nie pozostawił na zespole suchej nitki określając „Make Believe” jako „po prostu okropną” płytę i przyznając jej jedną z najniższych w swojej historii ocen – 0.4 / 10. Członkowie Weezer raczej nieszczególnie przejęli się tą miażdżącą krytyką, szczególnie, że album sprzedał się naprawdę bardzo dobrze.

Wydaje się, że zespół ma już swoje najlepsze momenty za sobą, a siła jego oddziaływania na słuchaczy i kulturę popularną z pewnością nie jest już tak duża, jak w latach 90. Paradoksalnie jednak, to właśnie ostatnia dekada jest dla niego najbardziej płodnym jeśli chodzi o ilość wydanych płyt okresem. „Czerwony album” z 2008 roku warto pamiętać przede wszystkim za współpracę przy kilku utworach z brytyjskim producentem Jacknifem Lee, za sprawą którego klasyczne rockowe instrumentarium wzbogacono o brzmienie syntezatorów. Przy wydanym rok później „Radtitude” grupa postanowiła pójść w swoich eksperymentach o krok dalej i do współpracy nad jednym z kawałków zaprosiła samego Lil Wayne’a. Dla wielu fanów grupy kolaboracja ta wydawała się dosyć nietypowa, choć na pewno nie można odmówić Riversowi Cuomo i spółce otwartości na zmieniające się trendy. Innym jej przejawem jest fakt podzielenia się songwriterskimi obowiązkami z ludźmi spoza zespołu – wśród autorów muzyki na płycie odnajdujemy takie nazwiska jak Dr. Luke czy Jermaine Dupri.

„The YouTube Invasion” – takim hasłem ochrzczono akcję promocyjną „Hurley” z 2010 roku – ósmego longplaya w dorobku Weezer. Zespół postanowił dotrzeć do słuchaczy prosząc o wsparcie autorów znanych kanałów na Youtube. Wśród nich znaleźli się między innymi Ray William Johnson, Fred Figglehorn czy The Gregory Brothers. Sam tytuł albumu nawiązuje natomiast do postaci Hugo „Hurley” Reyesa znanej z popularnego wówczas serialu „Lost”, a na okładce pojawił się grający go Jorge Garcia.

Ostatnie cztery lata to dla grupy Weezer okres intensywnego koncertowania i wzmożonej pracy nad nową muzyką. „Everything Will Be Alright In The End” z 2014 roku to – jak mówi sam Rivers Cuomo – muzyka, przy której znów można poczuć się jak szesnastoletni dzieciak. Trudno się nie zgodzić, prostota i bezpretensjonalność albumu przywołują miłe skojarzenia z kultowym debiutem grupy. Wydany dwa lata temu „Biały album” powstał podobno z inspiracji przypadkowymi ludźmi spotkanymi przez Riversa Cuomo dzięki aplikacji Tinder, zaś zeszłoroczny „Pacific Daydream” jest melancholijnym hołdem dla brzmienia The Beach Boys i kalifornijskiej sceny lat 60.

Weezer to ważny kawałek w historii popkultury. Zespół na stałe zapisał się w panteonie muzyki gitarowej prezentując zupełnie świeże i oryginalne podejście do skostniałych rockowych dogmatów.   Wychowali całe pokolenie naśladowców i fanów na całym świecie. Czy jednak pozostało nam pisać o nich tylko w czasie przeszłym? Czy stać ich jeszcze na zrobienie w muzycznym światku zamieszania na miarę tego sprzed ponad dwudziestu lat, czy po prostu skupią się na wydawaniu lepszych i gorszych, ale nie rewolucyjnych płyt aż do emerytury? Czas pokaże, najbliższa okazja by to zweryfikować już wkrótce, za sprawą zaplanowanej na ten rok premiery „Czarnego albumu”.

Justin Timberlake

„Dotychczas wszystkie albumy, które nagrywałem były efektem pewnych inspiracji z zewnątrz, bycia podporządkowanym pewnym schematom. Z tym albumem jest odwrotnie. Ten album wypływa ze mnie, on jest moją inspiracją” to słowa Justina Timberlake dotyczące najnowszego, wydanego 9 lutego albumu zatytułowanego Man Of The Woods.

Zanim jednak muzyk stał się światowym symbolem muzyki pop przebył długą, nierzadko krętą drogę przez Amerykański showbiznes rządzący się dość lukratywnymi regułami. Za jego sukces w dużej mierze odpowiedzialna jest matka. To ona zabierała młodego Justina na wszystkie możliwe castingi i przesłuchania. Dzięki temu w wieku 11 lat muzyk trafił do pierwszego programu telewizyjnego w swojej karierze – Klub Myszki Miki. Tam też poznał pierwszych kolegów i koleżanki z którymi w przyszłości pojawiał się na najbardziej czerwonych dywanach – Ryan Gossling, Christina Aguilerra, JC Chasez i oczywiście swoja miłość – Britney Spears.

To właśnie tam muzyk oswajał się z kamerami i funkcjonowaniem w świetle jupiterów i pod presją widowni. Po kilku latach w 1995 roku Lou Pearlman, ten sam który stworzył Backstreet Boys postanawił wyreżyserować kolejną grupę. Menadżer widział potencjał w Justinie bo to właśnie do niego zwrócić się jako pierwszego z propozycją. Ten z kolei polecił swojego przyjaciela JC Chasez. Resztę chłopaków wybrano za pośrednictwem castingów. Grupa okazała się jednym z największych w historii sukcesów komercyjnych. Ich drugi album No Strings Attached w dniu premiery sprzedał się w ilości ponad miliona egzemplarzy, a dwa i pół w ciągu całego tygodnia.

Żywotność boysbandów jest raczej krótka. Nsync wydali trzy płyty, zagrali setki koncertów, zarobili ogromne sumy pieniędzy dla swoich wydawców i ostatecznie zakończyli swoją działalność w 2002 roku. Powodem tego była decyzja Justina o odejściu z grupy motywowana chęcią rozpoczęcia solowej kariery. Zaprosił wtedy do studia muzyków z Neptunes i Timbalanda. Wspólnie zarejestrowali materiał na pierwszy, debiutancki long play muzyka – Justifed. Album został wydany 5 listopada 2002 roku. Timberlake dotychczas kojarzony przede wszystkim z dochodową muzyką, tym razem chciał pozbyć się tej łatki i przedstawił swoją interpretacje muzyki R&B.

Po czterech latach przerwy Timberlake powrócił ze swoim drugim albumem – FutureSex/Lovesounds. Wyciągnął kolczyki z ucha, zapuścił delikatny zarost i przerzucił się na sportowe marynarki. Na albumie znalazło się aż pięć singli które w zasadzie rywalizowały ze sobą na wszystkich możliwych zestawieniach. Cały świat brzmiał wtedy Justinem Timberlake'iem, a większość kobiet szalała na jego punkcie. Timberlake promował ten album na wszystkich możliwych rozdaniach nagród, koncertował na całym świecie i został okrzyknięty President of Pop. FutuSex/Lovesounds to bez wątpienia najważniejszy album w dorobku muzyka. Został ukoronowany ogromnym, dwugodzinnym koncertem-spektaklem w nowojorskim Madison Square Garden.

Pod koniec 2012 roku świat obiegła zaskakująca informacja. Justin Timberlake zarejestrował materiał na nowy album i zamierza go wydać. Promocja albumu była doskonała i przemyślana. Wszystkie daty ułożone było w logiczną całość, a premiery kolejnych singli nie pozwalały zapomnieć o muzyku nawet na chwilę. Pierwszym singlem który promował wydawnictwo było Suit & Tie jednak największą popularnością cieszył się numer Mirrors, który sprytnie został ustawiony jako drugi singiel. Tradycyjnie, krótko po premierze albumu która miała miejsce w marcu 2013 roku Justin Timberlake wyruszył w trasę koncertową z ogromnym zespołem The Tennesse Kids w skład którego wchodzili najlepsi muzycy sesyjni i tancerze na całym świecie. Ci sami, z którymi Timberlake pracował w przeszłości i ci sami, z którymi pracuje dzisiaj.

Między kolejnymi koncertami, występami na galach i promocją płyty Justin Timberlake znalazł jeszcze chwile czasu na wejście do studia i zarejestrowanie nowego materiału – dokładnie 20 dni, bo właśnie tyle było mu potrzebne żeby wraz z Timbalandem zarejestrować 20 numerów. Po selekcji na ostateczną wersje drugiej części płyty trafiło 11 numerów. Timberlake jednocześnie postanowił przedłużyć swoją trasę koncertową o kolejne miejsca. Najpierw wrócił do Stanów Zjednoczonych, a potem zaplanował koncerty w Europie. Jeden z nich odbył się na Gdańskiej arenie. Był to pierwszy koncert muzyka w Polsce w trakcie jego solowej kariery. Natomiast ostatni z nich miał miejsce w Las Vegas, był podsumowaniem całej trasy koncertowej. Prawa do koncertu zostały kupione przez serwis Netflix na którym jest on dostępny.

https://www.youtube.com/watch?v=twnU6VHxpWg

Ostatni solowy album Justin Timberlake został wydany 9 lutego 2018 roku. Muzyk twierdzi, że to najbardziej personalne wydawnictwo, że to rodzina miała największy wpływ na jego kształt i charakter. Man Of The Woods to zdecydowanie numery jakich Justin Timberlake nigdy nie miał na swoim koncie. To również bardzo odważna produkcja. Tym razem artysta jak i cały sztab postawili na naturę, na bycie village boy. Timberlake twierdzi, że zanim nagrał ten album dwa lata dyskutował z Pharrel na temat brzmienia i tego, jaki mam mieć kształt. To właśnie Pharrel był osobą która zaproponowała Justinowi nagranie takiego albumu. Miało to związek z tym, że Timberlake pochodzi z południa i jest jedyną osobą, która może przenieść elementy muzyki ludowej do światowego mainstreamu.

Czy się udało? Sprawdzamy to przez cały tydzień na antenie Akademickiego Radia Luz

 

 

W materiałach dźwiękowych emitowanych na antenie Radia Luz wykorzystany jest wywiad z Justin Timberlake przeprowadzony przez Zane Lowe Beats.

 

 

Skalpel

Zespół tworzy dwóch wrocławskich didżejów – Marcin Cichy i Igor Pudło, współpracujący ze sobą od 2000 r. Odpowiedzią na nagranie wybitnego demo „Polish Jazz” było podpisanie kontraktu z prestiżową londyńską wytwórnią Ninja Tune. W ten sposób, jako jedni z niewielu polskich muzyków, największy rozgłos zyskali poza granicami naszego kraju. Ich muzyka inspirowana jest polskim jazzem lat ‘60 i ‘70, mało znanym za granicą. New Musical Express, po wejściu Polski do Unii Europejskiej, uznał Skalpel za jedyny oryginalny zespół z wszystkich 10 nowych państw członkowskich. Reszta krajów miała do zaoferowania jedynie kopie zachodnich wzorów. Mimo licznych nagród i sukcesów muzycy zespołu Skalpel nie lubią być nazywani „legendą polskiej elektroniki". – Nie czujemy się tak. Rozumiemy, że precedens, który był naszym udziałem, w którym polski artysta podpisuje kontrakt z dużą zagraniczną wytwórnią, ma wpływ na to określenie. Ale w tej chwili to się już zdezaktualizowało, bo przecież każdy może dziś tworzyć muzykę i wysyłać ją w świat – mówili artyści na antenie radiowej Czwórki.

Minęło 15 lat od pierwszego wydawnictwa zespołu w legendarnej wytwórni Ninja Tune!

https://www.youtube.com/watch?v=7TZFudZMUm8

Marcin Cichy – jeden z najbardziej znanych twórców polskiej elektroniki, członek duetu Skalpel oraz pomysłodawca projektu „meeting by chance” Marcin zaczął tworzyć będąc nastolatkiem, pierwsza twórczość sprzedał mając zaledwie 16 lat i przez ten cały czas rozwijał siebie, jak i swój warsztat. Jego nauczyciel mawiał o nim: „leniwy, ale utalentowany". Szybko rozpoczął współpracę z TVP, gdzie tworzył muzykę do reklam. Poza komponowaniem zajmowal się również muzyka eksperymentalną, premasteringiem pod szyldem PlugAudio, a także tworzył ścieżki dźwiękowe do gier video. Jego rola w Skalpelu nie ogranicza się jedynie do tworzenia muzyki – zajmuje się on także efektami wizualnymi. W latach 90. założył Blend Records, w którym skompilował CD dla Machiny – największego w tamtym czasie magazynu muzycznego. Płytę uznano za najlepszą kompilację z polskim ambient hip-hopem.

Igor Pudło, czyli 1/2 duetu Skalpel, polski DJ, producent muzyczny i inżynier dźwięku, absolwent kierunku kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskiem oraz człowiek posiadający lekką fobię społeczną twardo stąpający po Ziemi już ponad 5 dekadę. Od najmłodszych lat bawił się w „cut and paste” taśmami magnetofonowymi, tworząc autorskie kolaże. Wszystko zaczęło się od pracy w sklepie muzycznym, następnie zajmował się dziennikarstwem muzycznym, by na koniec zostać dj-em. Zainspirowany audycja housowa w trójce, zaczął samplowac fragmenty nagran punkowych i lekcji do nauki angielskiego. Fundamentem jego twórczości była muzyka Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza. Swego czasu pomysłodawca „Rapoteki” oraz oficjalny DJ Tymona. W wieku 30 lat otrzymał komputer, gdzie robić muzykę w programie Cubasis oraz pisać dla hip-hopowego magazynu „Klan”. Igor Boxx jest również współtwórcą grup Evorevo i Nervy.

Meeting’ by Chance- projekt realizowany przez jednego z członków Marcina Cichego, są to materiały emocjonalny, wpływającego na wnętrze człowieka odbiegające od przeszywającej w dzisiejszym świecie emocji internetowych. Meeting by Chance ma na swoim koncie sporo epek, ostatnia z nich jest „Lines” z 2017 roku. Inspiracją była seria zdjęć „Chance Meeting”, na której amerykański fotograf Duane Michals pokazał dwóch mężczyzn mijających się na bocznej ulicy. Na epce znajdziemy 5 utworów naturalnej elektroniki, stworzonej w sposób sentymentalny, i stonowany. Wydobywając w ten sposób skryta wrażliwość słuchaczy, dźwiękowa delikatność i bez wątpienia przeszywająca erotyczność.

https://www.youtube.com/watch?v=ToyuIEWh3pI

Debiutancki album duetu pt. Skalpel został wydany w 2003 roku w Ninja Tune, płyta dotarła na 12 miejsce listy Olis w Polsce, była to najważniejszą twórczość, bo dzięki niej formacja skalpel w pewnych kręgach otrzymała miano kultowych. Praca nad albumem trwała ponad 2 lata, dzięki czemu każdy utwór na trackliście jest wykonany z doskonałą precyzją. Krążek „Skalpel” to swego rodzaju kontynuacja „motion” The Cinematic Orchestra, oba są inspirowane polskim jazzem i oba reprezentują bardzo wysoki poziom. Całość w stylu psychodelicznym, a momentami nawet klaustrofobicznym. Bez wątpienia ta twórczość to doskonałą promocja polskiej muzyki.


https://www.youtube.com/watch?v=rOnBuq8ogh8

Aż 9 lat trwała przerwa pomiędzy drugim długograjem Konfusion a opublikowanym w 2014 roku trzecim albumem grupy – Transit – tym razem wydanej dla PlugAudio. Jak mówi Igor: Rzeczy, które zainspirowały nas do nagrania płyty, jest tak naprawdę cała masa, ale podczas pracy nad tym albumem nie szukaliśmy konkretnych odniesień lub inspiracji. Warto zauważyć, że na Transit wiele bitów zostało zaprogramowanych, w przeciwieństwie do poprzednich płyt, gdzie breaki i sample były edytowane. Na albumie w wielu momentach odzywa się echo latynoskie przełamywane niekiedy słowiańską melodyjnością i północnoamerykańskim swingiem. Arcyciekawa muzyczny patchwork, w którym sąsiadują ze sobą nie tylko różnobarwne wrażliwości, ale też różne momenty z historii muzyki – od jazzu z lat 40. po klimaty ambientowe i całkiem nową elektronikę.

https://www.youtube.com/watch?v=aO-UyvvXNUQ

Muzycy Skalpela czerpią inspiracje właściwie z całego świata. – Słuchamy tego, co się dzieje, i potem staramy się to wyrazić własnymi słowami – przyznaje Pudło. Wtóruje mu Cichy i dodaje, że choć Wrocław jest na uboczu „światowej muzyki”, można tam „robić swoje". – I nie oglądać się na innych – mówi artysta. Dlatego klimat miasta, w którym mieszkają i tworzą, ma spory wpływ na to, co wychodzi spod ich pióra. Podczas tworzenia bazy sampli nie korzystaliśmy tylko i wyłącznie z zasobów polskiej muzyki. Na naszych nagraniach pojawia się również wiele sampli z tzw. "demoludów", na przykład z Czech, Rosji czy Węgier. Pytania o współprace z Ninja tune Pudło kwituje krótko – wytwórnia się zupełnie zmieniła The Herbaliser, DJ Vadim, Funki Porcini, Hexstatic – to są artyści, którzy stworzyli brzmienie tej wytwórni, a w tej chwili już ich tam nie ma.

https://www.youtube.com/watch?v=bw1ArZ3zLDg

To, co zachwyca w muzyce Skalpela to niezwykła dokładność oraz dbałość o szczegóły. Dzięki której muzyka, która w zasadzie składa się z ogromnej ilości pociętych sampli, niezwykle realistycznie imituje grę jazzowego bandu. Nierzadko jest ona efektem spotkania się polskich utworów z zagranicznymi samplami, co daje jej unikalny wymiar w skali światowej. Są to zarówno krótkie, czy wręcz pojedyncze dźwięki, jak i zdecydowanie dłuższe fragmenty. Ich selekcja i dopasowanie budzą podziw po dziś. Niezwykłe umiejętności duetu dostrzegł niegdyś DJ Vadim, zapraszając ich na wspólną trasę koncertową.

Miksy Skalpela grano podczas audycji Solid Steel w londyńskim BBC Radio, którą prowadzili Jonathan More oraz Matt Black – założyciele duetu Coldcut. Są oni twórcami pierwszego w Wielkiej Brytanii utworu złożonego z sampli i prekursorami gatunku. Założyli wytwórnie Ninja Tune, dla której Wrocławianie wydali w sumie trzy krótkograje i dwa długograje. Ich debiut był szeroko komentowany w mediach i nominowany w wielu plebiscytach. Między innymi w podsumowaniu Album Of The Year według DJ Magazine czy Gilles Peterson BBC – Worldwide Music Awards 2004. Natomiast za kolejny album – Konfusion otrzymali oni krajowe wyróżnienie – Paszporty Polityki.

Niegdyś koncerty Skalpela przypominały mieszankę wielu doznań, także tych wizualnych – za które odpowiadał Marcin Cichy. W późniejszym okresie jednakże muzycy odeszli od tej koncepcji, wysuwając muzykę na pierwszy plan: Ostatnie występy z pierwszego okresu to były audiowizualne, elektroniczne sety, gdzie muzyka i obrazy tworzyły całość były to bardziej widowiska. Obecnie chcemy, żeby był to raczej koncert zespołu grającego muzykę, a obraz jest pewnym dopełnieniem tego, co się dzieje na scenie, ruchomą scenografią. – mówił Igor Pudło na antenie Radia Kraków. Wskrzeszają oni zadymionego, jazzowego ducha lat 60’ i 70’ w XXI wieku. Ciekawi jesteśmy czy w przyszłości dane będzie nam usłyszeć nowy materiał tego fantastycznego duetu, który już zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Autor: Joanna Wójcikiewicz i Mariusz Ochojski

Black Rebel Motorcycle Club

Jeden z najważniejszych, amerykańskich zespołów, które powstały w latach dziewięćdziesiątych. Stylu Black Rebel Motorcycle Club nie da się podrobić, czemu grupa dała dowód na najnowszej płycie, zasługując sobie na miano Artysty Tygodnia w Radiu Luz.

Black Rebel Motorcycle Club został założony w 1998 roku przez dwóch licealnych przyjaciół – Petera Hayesa i Roberta Beena. Do założenia zespołu skłoniły ich podobne, muzyczne zainteresowania. Grupy takie jak Ride lub My Bloody Valentine były ulubionymi kapelami nastolatków, a inspirację tymi brzmieniami słychać w późniejszej twórczości BRMC. Po wybraniu perkusisty Nicka Jaga trio było kompletnie i zabrało się do tworzenia autorskiego dema. Te szesnaście utworów wywołało niemałe zainteresowanie na zachodnim wybrzeżu i wiadomość o młodym zespole poszła w świat. Sam Noel Gallagher, założyciel Oasis, określił Black Rebel Motorcycle Club jako swój „ulubiony młody zespół” i wyraził chęć przyjęcia go pod skrzydła swojej wytwórni.

Debiutancki album, którego tytuł to po prostu ‘B.R.M.C.’, został wydany w 2001 roku. Świetnie napisane piosenki i brzmienie w stylu „starej szkoły” zagwarantowały grupie bardzo przychylne przyjęcie ze strony krytyków. Black Rebel Motorcycle Club zebrał wokół siebie dużą grupę fanów i zapewnił doskonały start w muzycznej karierze. Utwory takie jak ‘Spread Your Love’ czy też ‘White Palms’ to w dalszym ciągu jedne z największych hitów formacji. Drugi, wydany dwa lata później album ‘Take Them On, On Your Own’ stanowi pewną kontynuację debiutu i również zyskał pozytywne recenzje.

https://www.youtube.com/watch?v=nu4DquM2FAQ&t=1833s

Trzeci studyjny krążek był niemałym zaskoczeniem ze strony Black Rebel Motorcycle Club. Akustyczne brzmienie ‘Howl’ i wyraźnie nawiązania do bluesa niekoniecznie były czymś czego można było się spodziewać od rockowej kapeli. Niestety, mimo bardzo dobrego odbioru płyty w zespole zaczęło dochodzić do pewnych niesnasek. Nieporozumienia występujące pomiędzy Nickiem Jagiem a resztą zespołu o mało co nie doprowadziły do rozpadu grupy. Symbolem tego okresu była gala rozdania nagród NME, kiedy to Jago po odebraniu statuetki nie zszedł ze sceny i stał na niej w milczeniu przez 9 minut.

Pomimo wcześniejszych problemów, Jago odszedł z Black Rebel Motorcycle Club dopiero po wydaniu płyty ‘Baby 81’ (2007). Oficjalnie powodem tego była chęć nagrania solowego materiału jednakże mówi się także, że inną z przyczyn było jego uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Nick został zastąpiony przez Leah’ie Shapiro, która gra z zespołem do dziś. W 2008 roku trio zaskoczyło fanów wydaniem ambientowego albumu ‘The Effects of 333’, który jednak nie został zbyt doceniony.

Ważnym albumem w dorobku Black Rebel Motorcycle Club jest ‘Specter At the Feast’ z 2013 roku. Zespołowi udało się na nim połączyć wszystkie swoje najlepsze strony. Różnorodność a zarazem spójność płyty czyni z niej jedno z najważniejszych dokonań grupy. Na krążku znalazł się jeden cover – mowa tutaj o piosence ‘Let The Day Begin’ autorstwa The Call. Zespół zdecydował się na to, aby uczcić pamięć o zmarłym ojcu Roberta Beena, który był członkiem grupy The Call.

Rok 2018 przyniósł fanom BRMC ósmy studyjny album zatytułowany ‘Wrong Creatures’. Wielbiciele grupy raczej nie mogą narzekać na pięć lat studyjnej ciszy ze strony tria, bo płyta, z którą wrócili, jest zwyczajnie bardzo dobra. Charakterystyczna przestrzenność i dynamika krążka są świeże, a przy tym cały czas słychać, że to stare, dobre Black Rebel Motorcycle Club.

Jeżeli chcecie zaznajomić się z twórczością Black Rebel Motorcycle Club, a także dowiedzieć się o nim czegoś nowego słuchajcie Akademickiego Radia Luz o 14:00 i tuż po północy. Dodatkowo zespół będzie gościć w każdym Audiostarerze

 

Artykuł przygotował Zbyszek Mansel

Clark

Brytyjski producent przez prawie 20 lat kariery związany z legendarną wytwórnią Warp Records.
W tym tygodniu obchodzimy rocznicę wydania albumu Turning Dragon, który zdaniem wielu zdefiniował styl tego artysty.
 

Mistrz gatunku IDM – Clark – Artystą Tygodnia w Radiu Luz.

Chris Clark miał zaledwie 21 lat, kiedy porywając publiczność swoim setem na jednej z imprez organizowanych przez Warp Records, zapewnił sobie kontrakt z tą legendarną wytwórnią. Dwa pierwsze albumy, Clarence Park (2001) i Empty The Bones of You (2003), wydał jeszcze będąc na studiach. Już od pierwszych nagrań nadał swojej twórczości niepowtarzalny styl, na który składają się połamane rytmy, nieoczywiste tony i przenikliwa, szorstka barwa dźwięków. Pytany o kulisy współpracy z Warp  podkreśla, że kierownictwo wytwórni nie interweniuje nadmiernie w twórczość zrzeszonych w niej artystów, zachęcając natomiast do eksperymentów i poszukiwania własnego stylu. Clark najwyraźniej cieszy się z tej swobody, gdyż to właśnie jej nakładem wydał wszystkie dziesięć swoich długogrających albumów.

Produkcją muzyczną interesował się już jako nastolatek, eksperymentując nie tylko przy wykorzystaniu programów komputerowych, ale też prowizorycznych, samodzielnie wykonanych przyrządów. We wczesnych latach twórczości, kiedy jeszcze uczył się gry na perkusji, używanie tradycyjnych instrumentów uważał za ograniczenie. Nieśmiały powrót do muzycznych korzeni możemy jednak usłyszeć na niektórych z jego późniejszych albumów, jak np. Body Riddle i Iradelphic, gdzie wśród dźwięków z syntezatorów pojawiają się perkusja, gitara czy pianino. W swoim domowym studiu nagromadził mnóstwo kontrolerów, syntezatorów, automatów perkusyjnych, pedałów i fazerów, choć – jak sam twierdzi – do tworzenia muzyki czasem wystarcza mu własny laptop.

Przed wydaniem albumu Body Riddle (2006), zmienił swój alias z Chris Clark na Clark. Zapytany wówczas o powód skrócenia nazwy, odpowiedział że dzięki temu ludzie nie będą już musieli marnować powietrza żeby wypowiedzieć „Chris”. Wspomniane wydanie było wyraźną zmianą w stylu artysty, zauważalną poprzez zastosowanie po raz pierwszy żywych instrumentów. Wraz z kolejnymi płytami Turning Dragon (2008) i Totems Flare (2009), artysta wrócił do charakterystycznych dla swoich nagrań mechanicznych, agresywnych dźwięków, by w 2012 roku znów powrócić do instrumentalnych melodii na albumie Iradelphic.

Potrafi zahipnotyzować publiczność elektryzującymi setami, w trakcie których – jak sam mówi – jego ręce są wszędzie, a wszystko, co dzieje się na scenie, jest grane i tworzone na żywo. „Uwielbiam sprawować kontrolę nad umysłami widowni i czerpię przyjemność z tego, że za pomocą melodii i rytmu opowiadam pewną historię, jestem narratorem, który rozbiera utwory na części pierwsze. Chcę sprawić, żeby słuchacze podczas występu doświadczyli metafizycznego przeżycia, a nie tylko rozpoznawali tytuły utworów” – mówi.

Jego album zatytułowany własnym nazwiskiem – Clark (2014), stał się chyba najbardziej rozpoznawalnym wydaniem artysty, zawierając takie hity jak Winter Linn i Unfurla. Uplasował się na siedemnastej pozycji listy Billboard Dance i dwudziestej pozycji listy Billcoard Heatseakers. Niewyeksponowane do tej pory oblicze Clark ukazuje na swoim kolejnym albumie The Last Panthers (2016), powstałego jako soundtrack do kryminalnego serialu o tym samym tytule. Choć na wielu wydaniach da się znaleźć spokojniejsze, bardziej melancholijne utwory, to jednak dominuje agresywna, połamana muzyka taneczna. W przypadku The Last Panthers, w całości mamy do czynienia ze spokojnym, choć zdecydowanie mrocznym, eksperymentalnym ambientem.

Najnowszy album Clarka, Death Peak (2017), jest doskonałym podsumowaniem jego dotychczasowej kariery i twórczości. Ugruntowana przez lata pozycja na rynku muzycznym w połączeniu ze swobodą twórczości, jaką cieszą się artyści zrzeszeni w Warp Records, pozwoliła muzykowi na stworzenie czegoś, co doskonale go identyfikuje. Clark żartobliwie, acz trafnie, określa styl albumu jako „techno death metal z elementami chóralnymi”.

Clarka śmiało możemy określić mianem artysty interdyscyplinarnego. Jego występy trafiają do publiczności z całą swoją intensywnością nie tylko poprzez głośną muzykę o szorstkim brzmieniu i połamanych rytmach, ale także taniec i światło. To właśnie dynamiczna, powtarzalna choreografia i kontrastowe, geometryczne instalacje świetlne były znaczącym elementem performensów promujących jego zeszłoroczny album, Death Peak. Cały koncept powstał we współpracy z choreografką Melanie Lane, która prywatnie jest… żoną Clarka. I choć, jak przyznaje sam artysta, istnieją pewne sfery jego twórczości, nad którymi obsesyjnie sprawuje kontrolę, to w kwestii aranżacji układu tanecznego obdarzył Melanie całkowitym zaufaniem. Zresztą nie bez powodu, gdyż nie był to pierwszy udany owoc ich współpracy. Clark jest autorem muzyki do wielu projektów choreografki, z których jeden był nawet przedstawiany w Sydney Opera House.

Wykształcenie muzyczne i prawie 20 lat pracy zarówno w studiu jak na scenie sprawiają, że Clark z doskonałym wyczuciem potrafi bawić się rytmem i tonem, tworząc utwory o szorstkim, połamanym brzmieniu. Jak sam mówi, woli tworzyć bardziej coś na kształt muzycznych tekstur, niż zamykać się w granicach bitów. Lubi, gdy dźwięki brzmią jakby się zza czegoś wyłaniały, jakby były odległe, brzydkie, lekko zniekształcone, a nawet niepoprawne. Nieustannie podkreśla, że uzyskanie tego efektu wymaga jednak daleko idącej obróbki cyfrowej i powtarza, że ciekawą inspiracją w tworzeniu jest dla niego synth z lat 70-tych i 80-tych.

Muzykę Clarka oraz więcej informacji na jego temat usłyszycie od poniedziałku do piątku na antenie Akademickiego Radia LUZ o 14:00 i zaraz po północy. Ponadto będzie on regularnym gościem każdego Audiostartera!

 

Artykuł przygotowała Olga Dąbrowska.

 

Depeche Mode

Znany niemal na całym świecie projekt Depeche Mode rozpoczął swoją działalność w 1980 roku w Basildon w Wielkiej Brytanii, wówczas jeszcze pod nazwą No Romance in China, prezentując brzmienia oscylujące wokół punk rocka.

Wraz z dołączeniem do zespołu Dave Gahana grupa przyjęła obecną nazwę, którą zaczerpnięto od tytułu francuskiego magazynu modowego. Na początku swojej działalności członkowie formacji korzystali jedynie z instrumentów elektronicznych, takich jak syntezatory czy maszyny perkusyjne. Utwory, które pojawiły się na pierwszej płycie, balansowały na pograniczu synthpopu, rocka oraz nowej fali.

 

(więcej…)

Miguel

Miguelowi Pimentelowi zajęło chwilę, zanim przebił się przez szklany sufit współczesnego R&B. W grudniu ukazał się jego czwarty album War & Leisure. Charakterystyczny dla Miguela kolaż z gitar, syntezatorów i hip-hopowych beatów to doskonały podkład dźwiękowy do rozpoczęcia nowego roku. Poznajcie różnorodne wcielenia, które niezmiennie towarzyszą naszemu Artyście Tygodnia.

Miguel zadebiutował w 2010 roku, w wieku 25 lat, wydając album All I Want Is You. Niezdecydowany brzmieniowo krążek nie zyskał jednak wystarczającego uznania krytyków. Ratował go głównie singiel „All I Want Is You”, który przejawiał cechy będące później swoistym znakiem wodnym artysty. Prawdziwy przełom dla Miguela nadszedł w 2012 roku, wraz z płytą Kaleidoscope Dream. Korzystając z fali popularności artystów pokroju Franka Oceana czy How To Dress Well, muzyk przedstawił na niej własną wersję alternatywnego R&B. Przyznał wtedy, że z pomocą nowego albumu chciał ożywić R&B i przypomnieć, że nie istnieje żadna uniwersalna formuła gatunku.

Podobnie jak muzyka, którą tworzy, Miguel chce być postrzegany jako postać o wielu różnorodnych obliczach. Potrafi napisać romantyczną balladę na pokładzie samolotu, żeby chwilę później wprowadzić swój delikatny, ale stanowczy romantyzm do sypialni. Stroni przy tym jednak od całkowitej dosłowności, posiłkując się metaforami czy grą słów — jak w utworze „Coffee”, pochodzącym z drugiego długogrającego albumu Wildheart (2015). Miguel niejednokrotnie podkreśla, że jego twórczość odzwierciedla idee, którymi kieruje się na co dzień. Chce jednak pokazać, że wszystkie barwne, momentami psychodeliczne przeżycia są zasadne jedynie wtedy, kiedy stoi za nimi rozsądne podejście.

Bardzo możliwe, że wpływ na światopogląd Miguela miało wychowanie w bardzo konserwatywnym, katolickim środowisku. Zamiast Boga artysta wybrał jednak muzykę. Sam wyznaje: „Nigdy nie przestałem wierzyć w Boga. Po prostu znalazłem własną drogę”. Niezrealizowane duchowne powołanie objawia się czasem na scenie, gdzie zdarza mu się pełnić rolę przewodnika. W Szwecji instruował publikę słowami: „Każdy z was jest jedyną niepowtarzalną wersją siebie. Nie grajcie siebie, bądźcie sobą i nie uznawajcie kompromisów”. Jakkolwiek by tego nie komentować, autentyzmu i braku osobowości Miguelowi zarzucić nie można — nawet wtedy, kiedy pojawia się gościnnie u innych artystów.

Mimo wszystko ideologizacja to ostatnia rzecz, na jakiej zależy Miguelowi. Dopiero na najnowszym krążku War and Leisure postanowił pokazać się jako aktywista broniący równości i wolności. I choć, jak przyznaje, nie jest artystą politycznym, chciał podkreślić swoje stanowisko wobec dynamicznych zmian wokoło. Oniryczny i barwny kalejdoskop Miguela to nie tylko zbiór różnorodnych wizerunków jednej osoby, ale także apel. To apel o aktywność, również w dziedzinie muzyki, a zwłaszcza na polu R&B, które wcześniej było dla wokalisty zbiorem wtórnych klisz. Według Miguela istnieje przestrzeń dla najbardziej szalonych pomysłów, o ile realizuje się je z głową. Takie podejście ma gwarantować feerię kolorów nie tylko w marzeniach sennych.

Artystę tygodnia przygotowała Maja Danilenko.

King Gizzard & The Lizard Wizard

Nie istnieją jeszcze 10 lat, a już wydali 13 albumów. Dokładniej 12. Cztery z nich zostało, a jedna jeszcze zostanie wydana w tym roku. Wciąż eksperymentują i eksplorują. Tworzyli soundtracki, grali jazz, heavy metal i psychodelicznego rocka.  Ten rok należał do nich.

Przed Wami ostatni Artysta Tygodnia w 2017 roku – King Gizzard & The Lizard Wizard!

Nazwa zespołu jest conajmniej intrygująca. Znamy wiele przykładów grup ktośtam & jego zespół, jednak tym razem to trop zupełnie nietrafiony. Miało być dziwnie, nietypowo. Początkowa propozycja "Gizzard Gizzard" nie spełniała wszystkich warunków. Dodano więc jeden z pseudonimów Jima Morissona – Lizard King, oraz słowo Wizzard, zmieniono odrobinę kolejność i tak mamy już całą nazwę. I choć brzmi właściwie dość absurdalnie to wcale nie jest taka głupia. Przeciwnie, jednak jest sporą wskazówką. 

Stu, Ambrose, Cook, Joey, Lukas, Michael i Eric znali się ze szkół, imprez i wspólnych garażowych bandów. Pierwszy koncert w obecnym składzie, jeszcze wtedy bez nazwy, dali dla znajomych i miał to być projekt raczej krótkofalowy. Rzeczywistość to szybko zweryfikowała i okazło się, że umiejętności, inspiracje i aspiracje, jakie każdy z członków wniósł do grupy stworzyły mieszankę doprawdy wybuchową. Równie szybko uznali, że w żaden sposób nie chcą być ograniczani. Stąd już pierwszy album wydali pod szyldem własnej wytrwórni – Flightless. Podobno ich pierwszy krążek 12 Bar Bruises Eric rozprowadzał nawet w opakowaniach na pizzę.

Własna wytwónia pozwalała im eksplorować już od samego początku najdziwniejsze rejony muzyki rockowej. Utwory mogły być długie, nagrane wręcz w koszmarnej jakości. Właśnie, w tytułowej piosence z debiutu wokal Stu został zarejstrowany na czterech iPhonach i następnie zmiksowany do finalnego efektu. Takich smaczków produkcyjnych przez te kilka lat nazbierało się znacznie więcej. I choć pierwsza płyta brzmi jak klasyczny garażowy skład, to jednak już tam można się tam wiele doszukiwać.

W podobnym nisko-jakościowym klimacie już pół roku później powstała Eyes Like The Sky. Tym razem na korzyść przesterów, efektów i lo-fiowego brzmienia miało działać oddanie dźwięków wystrzałów, zawodzącego wiatru, pękających skał na pustyni. Płyta była bowiem podkładem do westernowej historii, czytanej przez ojca Ambrose'a – Brodericka. Jak to nazwali – "spagetti western". I w sumie nawet nie brakuje tam tego obrazu. 

Późniejsza historia toczyła się coraz szybciej. Przez następne kilka lat septet z Melbourne odnajdywał najróżniejsze brzmienia i implementował je sprawnie w swojej muzyce. Korzystali także z najdziwniejszych instrumentów, co więcej Stu postanowił, że dopóki nie umrze, chciałby każdego roku nauczyć się grać na innym. Panowie pracowali we własnym studiu nagraniowym mogąc pozwolić sobie przecież praktycznie na wszystko. Przy czym wciąż grali koncerty i zyskiwali fanów już nie tylko w Australi, ale także na całym świecie.

Przypominali o Beatelsach już nie tylko w kontekście ilości wydawanych płyt, ale w eksperymentach, które preferowali zarówno w studiu, jak i na koncertach. Efektem kilkunastominutowe jammy (Head On/Pill – 2013), płyta złożona z 4. rozimprowizowanych utworów (Quarters – 2015) czy krążek nieskończony, na którym ostatni utwór przechodzi w pierwszy (Nonagon Infinity – 2016) i wiele, wiele innych. Wyłającą się inspiracją od zawsze była także kultura wschodu. Na płytach pojawiały się orientalne instrumenty, które na początku niby gryzły się z podszytą bluesem muzyką, ale przekonywanie się do nich było chyba największą frajdą. 

Na koncertach często na pierwszym miejscu stawiają improwizację i bez wytchnienia pędzą przez utwory z całej dyskografii, rozszerzając je, przedłużając i łącząc z innymi. Przy czym sami reagują bardzo energicznie, podczas solówek niemal roznoszą scenę, ale przede wszystkim znakomicie się bawią, co udziela się wszystkim. Emanują tak wielką energią, że nie sposób im się oprzeć. Motorycznym rytmem dwóch perkusji porywają do dzikich tańców nawet najmniej ruchliwych fanów. Nie ma się kompletnie wrażenia, że czegoś tam brakuje. Uzupełniają się w każdym momencie i w każdym calu. I choć wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i jest w tym pewien chaos to jednak, biorąc pod uwagę ich dbałość o wizualną część, ma się wrażenie dokładnie zaplanowanego spektaklu, czy nawet rytuału. 

Nieodłącznym elementem King Gizzard & The Lizard Wizard jest ich wizerunek. I to niezależnie, czy chodzi o teledysk, okładki czy oprawę koncertu. Zawsze przykładali do tego bardzo dużą uwagę; przy tym zawsze podkreślali, że ósmym członkiem zespołu jest Jason, który za te wszystkie wizuale od samego początku odpowiadał. 

Jest też jedna ważna kwestia w kontekście działaności zespołu. Przy okazji promocji płyt “Quarters” w 2015 roku, w ramach świętowania postanowili wypromować ją nie tyle trasą koncertową, co raczej objazdowym festiwalem – Gizzfest. Do współpracy zaprosili kumpli ze swoimi zespołami, którzy wydawali we Flightless. I podobnie jak kilka lat wcześniej – jednorazowy występ przerodził się w świetny projekt, tak i teraz. Gizzfest zaczął działać bardzo prężnie, promując australijskich artystów, nie tylko z muzycznego świata. A gizzmania powoli zaczęła opanowywać fanów.

Rozstrzał gatunkowy rozszerzał się także o wpływy krautrocka (I'm In Your Mind Fuzz – 2014), a nawet pojawiła się płyta właściwie zupełnie akustyczna z fletem w roli głównej, inspirowana niby psychodelicznym rockiem, ale trochę jakby Simonem and Garfunkelem (Paper Mâché Dream Balloon – 2015). W wielu utworach można było odnaleźć motywy wykorzystywane już gdzieś wcześniej. To kolejny znak rozpoznawczy zespołu. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby z całej ich dyskografii starannie wyselekcjonować kilka utworów z różnych płyt to właściwie zgrałyby się idealnie.

Kończący się właśnie rok był dla King Gizzard & The Lizard Wizard niezwykły. Kiedy w 2016 wielki sukces odnosiło Nonagon Infinity mało kto przypuszczał, że zespół już wtedy pracował nad nowym krążkiem. Co więcej, już chyba nikt nie przypuszczał, że zostanie otwarcie ogłoszony plan wydania pięciu albumów jednego roku… Zaczęło się szybko, już na początku stycznia od Flying Microtonal Banana. Fascynacja mikrotonami popchnęła muzyków do przerobienia swoich instrumentów, nauki gry na nowych (zurna), przestrajania nawet bębnów. Efekt łączący krautroka, orient i bluesa był niesamowity. Po kilku miesiącach nadeszła Murder of The Universe, która brzmieniowo nawiązuje mocno do Nonagon Infinity. To kompletna historia o pewnym apokaliptycznym świecie. Historia opowiadania przez narratorkę (podobnie jak na Eyes In The Sky – 2013), w której rolę wchodzi Leah Senior, rówież piosenkarka, wychowanka Flightless. Na płycie dominuje mrok, a muzycznie pojawia się coś na kształt heavy metalu. Kolejny krążek był tego kompletym zaprzeczeniem. Inspiracja Sketches of Spain Miles'a Davis'a oraz współpraca z Mild High Club zaowocowały płytą Sketches of Brunswick East, mocno jazzową choć bardzo umiejętnie nawiązującą do wcześniejszych dokonań.

Czwarty w tym roku krążek to Polygondwanaland, wydany pod koniec listopada. Wydany w sposób nietuzinkowy. Chcąc oszczędzić potencjalnym fanom wydatków na kolejną płytę zdecydowali się dystrybuować ją zupełnie za darmo. Jakkolwiek, w ostatnich latach to całkiem znany chwyt, ale Panowie poszli o krok dalej. Poza udostępnieniem utworów wysokiej jakości i kompletu grafik, zrzekli się do niego praw. Zawsze podkreślali w wywiadach, że jeśli mają coś polecać młodym zespołom to zakładanie własnej wytwórni i pójście autonomiczną drogą, bycie niezależnym. Zachęcili więc już bardzo bezpośrednio, żeby wydać go pod własnym szyldem na winylu, kasecie czy zwykłym CD, a ten pomysł natychmiast podchwyciły niszowe wydawnictwa z całego świata. Brzmienie na albumie jest krokiem kolejnym. Jakby miks dwóch poprzednich krążków, ale ze znacznie bardziej skomplikowanymi utworami; połamane metrum, skomplikowane harmonie. A wszystko, podobnie jak w przypadku kilku krążków, nagrane jakby na setkę. Na wydanie ostatniego w tym roku krążka mają jeszcze cały nadchodzący tydzień. Zapewniają, że mimo zmęczenia dadzą radę i jeszcze wszystkich zaskoczą. A więc, radzimy zaczekać z podsumowaniami roku 2017 praktycznie do ostatniej minuty…

 

 

 

Leszek Możdżer

Mówi się, że wraz z Tomaszem Stańką wprowadzili jazz pod polskie dachy. Swoją muzykę uczynił też przedmiotem debaty szerszej opinii publicznej. Z końcem roku uderza z kilku stron – z jednej – spektaklem operowym „Immanuel Kant” na deskach Opery Wrocławskiej, z drugiej – płytą co najmniej nieoczywistą, nagraną we współpracy z holenderskim kolektywem Holland Baroque. Wirtuoz fortepianu, kompozytor, artysta kompletny.

Leszek Możdżer Artystą Tygodnia w Radiu LUZ!

Pochodzący z Trójmiasta pianista od lat związany także z Wrocławiem jest nazywany jednym z gigantów polskiego jazzu. W recenzjach i opiniach na jego temat padają różne określenia, które można sprowadzić do jednego słowa – geniusz. W ciągu swojej kariery uhonorowany wieloma nagrodami, między innymi Fryderykiem, czy Paszportem Polityki. Jako pierwszy Polak w historii został wybrany na przewodniczącego jury międzynarodowego konkursu pianistycznego Montreux Jazz Piano Competition.

Podczas swojej ponad 25-letniej kariery Możdżer nie stronił od eksperymentów, wybiegów i romansów z różnymi odmiennymi światami muzycznymi. Zaowocowało to współpracą między innymi z formacjami takimi jak kultowy już w polskich kręgach hip-hopowych Grammatik, rockowym gigantem Davidem Gilmourem, metalowym towarem eksportowym naszego kraju – zespołem Behemoth, czy z weteranem rodzimej sceny rozrywkowej Kazikiem Staszewskim.

Inną wieloletnią współpracą, która trwa do dziś i obrodziła licznymi wspólnymi koncertami na całym świecie oraz serią wydawnictw muzycznych, jest kolaboracja Możdżera ze szwedzkim kontrabasistą Larsem Danielssonem oraz izraelskim wiruozem perkusjonaliów Zoharem Fresco. Kluczem sukcesu trio jest wzajemne zrozumienie i wyczucie wszystkich muzyków, a o powszechnej aprobacie projektu wśród słuchaczy może świadczyć np. album "The Time" z 2005 roku, który uzyskał status diamentowej płyty. Uznanie przyniosły mu także aranżacje kompozycji Chopinowskich czy utworów Krzysztofa Komedy, w których subtelnie łączy oryginalne motywy autorów ze swoją charakterystyczną, fortepianową myślą jazzową.

Tegoroczny powrót do świadomości słuchaczy to wynik współpracy Możdżera z zespołem Holland Baroque. Artyści wykonujący muzykę dawną w sposób odpowiadający epoce to pomysł o tyle niecodzienny, co intrygujący. Połączenie smyczków i fortepianu, spokojnych, przemyślanych linii z improwizacjami Możdżera tworzy klimat unikatowy. Najnowsze wydawnictwo zatytułowane Earth Particles, znaczy dokładnie tyle co cząstki Ziemii. Każdy dźwięk fortepianu to właśnie próba rozebrania otaczającej artystę rzeczywistości i sprowadzenia go do atomów, a następnie przekazania tego indywidualnego obrazu cząsteczek dalej, do wyobraźni słuchacza.

Leszek Możdżer sam podkreśla, że jego najnowszy materiał jest nagraniem szczególnym, chociażby ze względu na niestandardowy strój 432 Hz. Samo przygotowanie do nagrania wymagało dużej ilości pracy. Artysta wspomina, że przed przystąpieniem do komponowania musiał przebudować swój fortepian.

Nie wiem czy to jest strój dobry, czy to jest strój zdrowy,
no ale w internecie trafiłem na takie informacje(…)
także to może być strój, który jest po prostu terapeutyczny.
Nie wiem tego na pewno, ale trzeba było spróbować,
bo wszyscy gadają o tym, a nikt tego jeszcze nie próbował,
a ja spróbowałem, tak na poważnie.

Najnowsze utwory można było usłyszeć podczas serii 6 występów w największych salach koncertowych naszego kraju. Między innymi w szczecińskiej filharmonii, Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, czy katowickim NOSPRze. Ponadto, koncert w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie został zarejestrowany przez telewizję.

Przy okazji koncertu Leszka Możdżera i Holland Baroque w sali NOSPRu mieliśmy szansę przeprowadzić wywiad z pianistą. Podczas rozmowy dowiadujemy się m.in. jakie pułapki czyhają na artystów i management przy organizacji koncertów, co sprawiło, że Możdżer związał się z Wrocławiem oraz co sądzi o postanowieniach noworocznych. Całość wywiadu będzie można usłyszeć wkrótce na antenie Radia LUZ.


materiał przygotował Paweł Kaczmarski