Archiwum

Beach House

Trudno nie zgodzić się, że duet Victorii Legrand i Alexa Scully’ego dużo zawdzięcza panteonowi wielkich poprzedników. Bo jak też brzmiałaby ich muzyka gdyby nie wcześniejsze dokonania legend takich jak Mazzy Star czy Slowdive? W przeciwieństwie do wielu młodych zespołów, w przypadku Beach House chlubne inspiracje stały się tylko punktem wyjścia, a dzięki talentowi i niezwykłej pracowitości grupa wykreowała własny oryginalny styl, wprowadzając dreampopową stylistykę w XXI wiek.

Ich nazwa to w tłumaczeniu po prostu „domek na plaży”, lecz muzyka Beach House chyba tylko u nielicznych wywołuje skojarzenia z wakacjami. To raczej melancholijna ścieżka dźwiękowa ostatnich dni września, nieubłaganego schyłku lata.  Wspólnym mianownikiem nagrań jest jednostajna, powolna rytmika, bogata instrumentalna tekstura i wszechobecny pogłos nadający całości sennego, odrealnionego charakteru. Na papierze wygląda to jak przepis na dowolny dreampopowy kawałek, lecz duet z Baltimore jak mało który współczesny wykonawca potrafi przekuć te stare prawidła w zupełnie nową, frapującą i oryginalną całość. W tym chyba tkwi przepis na ich sukces i źródło niepodzielnego szacunku krytyki, którym Beach House cieszą się od ponad dekady swego istnienia.

Zacznijmy jednak od początku. Victoria i Alex spotkali się w 2004 roku. Oboje byli świeżo po college’u i poszukiwali swojego miejsca w dorosłym świecie. Pomysł wspólnego grania narodził się dość spontanicznie, a artystyczna chemia zadziałała właściwie od razu. Po kilkunastu miesiącach mniej lub bardziej udanych prób i pierwszych koncertów w rodzimym Baltimore i okolicach, zarejestrowali kilka utworów. Jeden z nich, „Apple Orchard” trafił na firmowany przez Pitchforka mixtape, dzięki czemu muzyka grupy miała szansę trafić do szerszego odbiorcy. Dalej poszło jak z płatka. Po krótkim czasie odezwała się mała nowojorska oficyna Carpark Records zainteresowana wydaniem pierwszego longplaya zespołu. Ten, zatytułowany po prostu „Beach House”, ujrzał światło dzienne w październiku 2006 roku i spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków. Chwalono przede wszystkim za oryginalny charakter całości i efektowne brzmienie osiągnięte prostymi środkami. Warto tu zaznaczyć, że zarówno debiut, jak i jego kontynuacja w postaci "Devotion" z 2008 roku powstały w niewielkim lokalnym studiu nagraniowym, a pieczę nad brzmieniem i wszystkimi partiami instrumentalnymi sprawował bez niczyjej asysty sam duet.

Trzeci longplay, „Teen Dream”, przynosi prawdziwy przełom. Dzięki kontraktowi z gigantem w postaci Sub Pop, zespół otrzymał spore środki na realizację nagrań i międzynarodową dystrybucję. Jak wspominają Victoria i Alex, dopiero wtedy tak naprawdę zdali sobie sprawę, że stają się ważną i rozpoznawalną marką na alternatywnej scenie. Całość powstawała długo, zespół eksperymentował i wciąż wprowadzał kolejne zmiany. Wszystko po to, by – jak sami to określili – „osiągnąć bardziej wysmakowane brzmienie”. Pomógł im w tym ceniony producent w osobie Chrisa Coady’ego kojarzony ze współpracy choćby z Grizzly Bear czy Yeah Yeah Yeahs. Wyszło świetnie; „Teen Dream” to monumentalna płyta, która okazała się kluczem do światowej kariery. Zachwyt krytyki współgrał jednak z opiniami, że mamy do czynienia ze szczytowym osiągnięciem grupy. Piewcy tego poglądu byli jednak w sporym błędzie. Wydane dwa lata później „Bloom” to idealny pomost między alternatywą, a ambitnym, choć przyjaznym dla przeciętnego słuchacza popem. Album trafił do wielu prestiżowych podsumowań roku, a grupa już chyba na zawsze zaskarbiła sobie miejsce w muzycznym panteonie.

Po chwilach chwały i splendoru często potrzebna jest odrobina wytchnienia. Nie inaczej było w przypadku Beach House. Długa międzynarodowa trasa koncertowa promująca świetnie przyjęty krążek okazała się bardzo wyczerpującym doświadczeniem. Na premierę kolejnych wydawnictw fani musieli czekać prawie trzy lata. „Depression Cherry” okazało się oszczędnym w formie i raczej pozbawionym komercyjnego potencjału powrotem do korzeni. Zupełnie niespodziewanie, trzy tygodnie później na rynek trafiła kontynuacja w postaci „Thank Your Lucky Stars”. Brak jakiejkolwiek akcji promocyjnej miał – wedle samego zespołu – podkreślić jego undergroundowy rodowód i wyrazić swego rodzaju dezaprobatę dla opanowanego przez wielkie pieniądze przemysłu muzycznego.

Czas leci szybko. Aż trudno uwierzyć, że od premiery debiutanckiej płyty Beach House minęło prawie dwanaście lat. Nie każdy zespół po ponad dekadzie intensywnej działalności wciąż potrafi utrzymywać wysoki poziom, a jednocześnie zaskakiwać i przecierać nowe szlaki. Nasuwa się pytanie: co takiego jest w muzyce Victorii i Alexa, że słuchając ich kolejnych nagrań nie towarzyszy nam uczucie deja vu, lecz wręcz przeciwnie – sprawdzona formuła wydaje się bogatsza, dojrzalsza, a zarazem wciąż świeża i oryginalna? Zawdzięczamy to wielkiemu talentowi do pisania ciekawych piosenek i autorskiemu stylowi konsekwentnie rozwijanemu od początku działalności. A czy da się go jakoś zdefiniować? Moim zdaniem wielkość Beach House polega na  umiejętności budowania ze słuchaczem specyficznego rodzaju więzi. Niezależnie czy mamy do czynienia z nieco „garażowym” debiutem lub pełnymi produkcyjnych fajerwerków „Teen Dream” i „Bloom”, muzyka duetu brzmi bardzo intymnie. Bogata paleta barw zlewa się w przyjemną teksturę w tle, co idealnie współgra z dominującą linią wokalną. Dzięki temu, chociaż słyszymy wiele różnych akustycznych i elektronicznych instrumentów, całość nigdy nie traci charakterystycznej „kameralności”.

11 maja to oficjalna data premiery „7”, najnowszego albumu duetu z Baltimore. Czytając ten tekst, jesteście już być może po lekturze pierwszych recenzji płyty lub nawet jej odsłuchu. Ja jak na razie miałem okazję zapoznać się z trzema promującymi wydawnictwo singlami. Szczególnie ujął mnie „Lemon Glow”, choć kolejne „Dive” i „Black Car” prezentują równie wysoki poziom. Dodając jeszcze, iż za produkcję całości odpowiada weteran brytyjskiej alternatywy Peter Kember, w ciemno obstawiam, że będziemy mieli do czynienia z kolejnym znakomitym albumem Beach House. Siódmym z rzędu…

 

Janelle Monáe

Była niepokalaną cyberheroską Cindi Mayweather! Na nowej zdejmuje metalową maskę i pokazuje własną twarz — Janelle Monáe jest człowiekiem z krwi i kości i artystką tygodnia w Radiu LUZ.

Zanim jeszcze ktokolwiek usłyszał o Janelle Monáe, w 2005 roku pod skrzydła swojego Purple Ribbon przygarnął młodą piosenkarkę Big Boi. Wówczas w zupełnie zadziwiającym towarzystwie Monáe zadebiutowała ze swoim wdzięcznie soulpopowym materiałem inspirowanym "Don't Stop til You Get Enough" Michaela Jacksona na hip-hopowym showcasie oficyny Got Purp? Vol. II. Wczesne nagrania Monáe, niektóre zarejestrowane już w 2003 roku, można bez trudu znaleźć w sieci pod nazwą The Audition — to niedopracowany, ale intrygujący zbiór piosenek zaśpiewanych z pasją przez utalentowaną dziewczynę. To nadzieje i marzenia pracownicy sklepu ze sprzętem biurowym śpiewającej przechodniom po godzinach na klatce schodowej lokalnej biblioteki własne piosenki. To wreszcie pierwsze przesłuchanie do roli Janelle Monáe, która jeszcze wówczas nie została obsadzona. Obsadzono natomiast rolę Cindi Mayweather. Monáe mimo wszystko wygrała wygrała los na loterii — w szeregi Bad Boy Records wciągnął piosenkarkę Diddy — z zastrzeżeniem, że wkracza do akcji jako mecenas sztuki i że koncepcja artystyczna Monáe pozostanie przez niego nietknięta. To ważne oświadczenie w czasach, gdy niezależna dystrybucja muzyki w internecie wciąż nie była poważnie traktowana przez słuchaczy i krytyków, a duże wytwórnie wciąż specjalizowały się w przerabianiu swoich wokalistów w produkty o zastosowaniu komercyjnym. Ale Janelle… Janelle sama była już wtedy doskonale wymyślona —  na scenie i w piosenkach zmieniała się w Cindi Mayweather — humanoidalnego droida żyjącego w 2790 roku w kosmicznym mieście Metropolis wyciągniętym żywcem z klasycznej utopii science fiction Fritza Langa. Sama Cindi jako droid symbolizowała innego, obcego, tego, z którym pozostali muszą ostatecznie się rozprawić, ale jest on niezbędny dla zachowania ich wewnętrznej jedności i wspólnej tożsamości — tym samym Cindi miała na karku międzygalaktyczną policję i całe zastępy łowców nagród. Musiała uciekać.

https://www.youtube.com/watch?v=LHgbzNHVg0c

Wizja Metropolis Janelle Monáe to triumf na wielu poziomach. Oto android Cindi Mayweather, alter ego Monáe, popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku imieniem Anthony Greendown. Swoją muzyczną podróż Cindi i Janelle rozpoczynają w 2007 roku suitą The Chase od spektakularnej ucieczki w rytm futurystycznego rock & rolla (zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu), który za jakiś czas miał stać się wizytówką projektu i samej Monáe. Na długogrającym debiucie Janelle Monáe The ArchAndroid z 2010 roku piosenkarka i jej bohaterka Cindi Mayweather w pełni rozwijają skrzydła. Mayweather staje się ikoną ruchu oporu, a Monáe wspierana finansowo i kreatywnie przez Diddy’ego wraz z zespołem wiernych współpracowników z Wondaland Art Society osiąga kreatywne wyżyny. Album wypełniony jest po brzegi eksperymentami stylistycznymi — najpierw wprowadza słuchaczy w hipnotyczny trans, dalej eksploruje psychodeliczny kameralny pop lat 60., by zakończyć epicką ośmiominutową orkiestrową balladą zaśpiewaną z jazzowym zacięciem prosto ze szkoły starego Hollywood. W międzyczasie przeżywa rozmaite przygody — prowadzi zimną wojnę i ląduje w wypatrywanym Wondalandzie — narracja niezmiennie zamyka się w formie niesamowicie przebojowych artpopowych numerów rozmaitej maści. Wydanie The ArchAndroid w formie longplaya, a nie jak planowano wcześniej, jako dwóch osobnych epek, pokazało siłę płyty długogrającej — ledwie znana wcześniej Monáe właśnie dzięki płycie wkroczyła pewnym krokiem do pierwszej ligi R&B. Krytyczny sukces ArchAndroid miał też niebagatelny wpływ na wskrzeszenie mody na albumy koncepcyjne, które od połowy lat 80. były w poważnym odwrocie. Nic w tym zresztą dziwnego — nie da się ukryć, że Monáe, tworząc mieszankę do tej pory nieodkrytą i do dziś zupełnie niepowtarzalną, zdefiniowała na nowo, jak może brzmieć R&B.

Po latach spędzonych w masce Cindi Mayweather — humanoidalnego androida — Dirty Computer najnowsza, trzecia długogrająca płyta Janelle Monáe odkrywa wreszcie jej własną twarz. Jak się okazuje, Monáe nie jest niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, mesjanistycznym cyborgiem z misją ocalenia kosmicznej utopiii spętanej jarzmem policyjnej dyktatury. Jest człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. To właśnie robi Monáe na nowym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe, że ludzie będą ją oceniać, że pozostanie niezrozumiana i wystawi się na pośmiewisko przed oczyma całego świata. Na nowej płycie rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, który wciąż jest zarówno motorem dla jej twórczości, jak i demonem, z którym się zmaga. Zmaga się także z własnymi korzeniami — bardziej niż czegokolwiek obawia się pytań swoich krewnych o tę płytę, która, jak określiła w rozmowie z magazynem Rolling Stone — w dużej mierze jest reakcją na pogląd niektórych członków jej rodziny, że wszyscy homoseksualiści idą do piekła. "Służę Bogu miłosiernemu" — dodaje. "Może popełniam błędy, może wyciągam wnioski post factum, ale jestem gotowa, by ruszyć w tę podróż" — podsumowuje Janelle.

Massive Attack

Mija już 20 lat od wydania trzeciego albumu grupy: Mezzanine. Krążek, wraz ze swoimi dwoma poprzednikami: Blue Lines i Protection, na dobre utwierdził muzyków na piedestale jednych z najbardziej kreatywnych artystów przełomu wieków.

Bristol. Lata 80. Na wyspach Brytyjskich panują rządy bezkompromisowej Margaret Thatcher. W społeczeństwie panują napięcia i podziały. To właśnie w tak, wydawać by się mogło niesprzyjających warunkach, następuje eksplozja brytyjskiej kultury. Jej ukształtowanie, na który walny wpływ miała grupa artystów z Bristolu: kolektyw artystyczny o nazwie The Wild Bunch. Tam poznali się Robert 3D Del Naja (na zdjęciu), Grant Daddy G Marshall oraz Andrew Mushroom Vowles. Stworzyli oni osobny muzyczny projekt pt. Massive Attack. Pierwszy album zatytułowany Blue Lines wydany został w 1991 roku, a jego pochodzący z niego singiel Unfinished Sympathy, trafił na szczyty list przebojów.

Massive Attack to nie tylko muzycy. Sfera ich działań artystycznych rozciąga się także na sztuki wizualne. Robert Del Naja jeszcze przed powstaniem grupy był przede wszystkim artystą graffiti. Krążą nawet plotki, że to prawdziwa tożsamość słynnego Banksy'ego. Jednym z dowodów ma być korelacja pomiędzy trasą zespołu i miejscami, w których powstają graffiti. Muzyk tłumaczy, że zna Banksy'ego osobiście i ten wielokrotnie bywa na koncertach grupy. Prawdziwą burzę wywołał Goldie, który w wywiadzie w 2017 roku nazwał Banksy’ego imieniem “Robert”. Póki co jednak, nie ma mowy o niczym więcej niż poszlakach. Sami zainteresowani stanowczo zaprzeczają.

Jeśli mowa już o sztukach wizualnych, warte uwagi są teledyski zespołu. Massive Attack stara się używać wszelkich możliwych środków wyrazu.

Zawsze przywiązywaliśmy dużą wagę do wizualnych aspektów. To ważne, przecież teledysk może być pierwszym kontaktem słuchacza z zespołem.  Grant Marshall

Ostatni klip to The Spoils wyreżyserowany przez Johna Hillcoata. Australijczyka odpowiedzialnego za wyreżyserowanie m.in. filmu Droga Viggo Mortensenem w roli głównej. W teledysku natomiast występuje inna znana aktorka Cate Blanchett.

Ostatnio zespół ogłosił, że album Mezzanine doczeka się reedycji w bardzo nietypowej formie. Zostanie on zakodowany w DNA. Ta nowatorska metoda opracowana przez naukowców z Politechniki Federalnej w Zurychu zostanie po raz pierwszy użyta do zarchiwizowania muzycznego albumu. Dzięki temu może on przetrwać tysiące lat. O szczegółach na temat tej techniki możecie przeczytać tutaj.

Muzycy niebawem zawitają do Polski. Legendarna grupa wystąpi podczas Open'er Festivalu w Gdyni. Zapowiada się niezapomniany koncert, a jego przedsmak będziecie mogli usłyszeć w tym tygodniu na antenie Akademickiego Radia Luz codziennie po północy i po godzinie 14.

Boards of Canada

20 kwietnia 1998 w wytwórni Warp Records zostało wydane Music Has the Right to Children — przełomowe dzieło szkockiego duetu Boards of Canada. Z tej okazji przypominamy album na antenie, a Boards of Canada to kolejny Artysta Tygodnia Radia Luz.

Boards of Canada to duet założony w 1986 w Edynburgu. W jego skład wchodzą Michael Standison i Marcus Eoin. Dosyć późno, bo dopiero w wywiadzie z 2005 dwaj muzycy oficjalnie ogłosili, że tak naprawdę są braćmi. Wcześniej tylko wspominali o wspólnym dzieciństwie.

Pomimo bycia tak popularnym zespołem, Boards of Canada zawsze trzymali się w cieniu. Wywiadów udzielali przez e-maile, a występy na żywo ograniczyli do minimum. Ostatni raz na scenie pojawili się w 2001, lecz oficjalnie projekt wciąż jest aktywny.

Pierwszym ważnym momentem w historii zespołu było wydanie albumu Music Has the Right to Children w 1998 i wciąż pozostaje on najmocniejszym punktem w ich dyskografii. Razem z tym albumem na dobre rozpoczęła się przygoda Boards of Canada z Warp Records i od tamtej pory mocno zaistnieli w kanonie delikatnego IDMu obok takich wykonawców jak Aphex Twin czy The Orb, którzy byli mocną inspiracją przy powstawaniu Boards of Canada. I chociaż mogłoby się wydawać, że przed wydaniem Music Has the Right to Children podobną muzykę tworzyli właśnie The Orb, Aphex Twin, czy nawet Brian Eno to dopiero dwum braciom ze Szkocji udało się stworzyć marzycielskie połączenie IDMu, downtempa i ambientu, którego wcześniej próżno szukać.

Przełomowy w karierze BoC album to podróż do wyimaginowanych wspomnień z dzieciństwa, starych kaset VHS i hipisowskiej beztroski. To ścieżka dźwiękowa do starych filmów instruktażowych oraz samochodowych wycieczek z rodzicami. To również bardzo dobra muzyka, aby po prostu położyć się na łóżku i kontemplować dźwięki. 

Więcej o albumie Music Has the Right to Children i Boards of Canada usłyszysz na antenie Radia Luz od poniedziałku do piątku tuż po północy oraz po godzinie 14.

Shabaka Hutchings

Trochę więcej i coraz głośniej słyszy się ostatnio o nowej fali młodego, londyńskiego jazzu. Cała masa artystów eksperymentuje, improwizuje, łączy gatunki. I może czas na poznanie osoby, od której chyba się to wszystko zaczęło… Sam współtworzy przynajmniej 3 projekty. Z jednym z nich, Sons of Kemet kilkanaście dni temu wydał nową płytę. Jazz? Orient? Elektronika? Bałkany? Przekonajmy się. Przed Wami Shabaka Hutchings!

fot. Pierrick Guidou

Na najnowszej płycie Sons of Kemet "Your Queen is a Reptile" Shabaka Hutchings krytycznie spogląda na brytyjską monarchię, prównując królową do gada, bardzo jasno sprzeciwiając się przy tym nierównościom społecznym. Ten sam ustrój dał mu się we znaki 28 lat temu, kiedy brak znajomości, pozycji, pieniędzy i przede wszysktim kolor skóry uniemożliwiał mu praktycznie rozpoczęcie edukacji. Matka wysłała go wtedy na Barbaros, gdzie sama, z tych samych powodów trafiła kilka dekad wcześniej. Życie na tam kształtowało w nim nie tylko charakter, ale też umiejętności muzyczne. To tam bardzo szybko zaczął chłonąć jazz, zakochał się w saksofonie i klarnecie, poznając przy tym kulturę i tradycję Karaib. Nie byłby tym samym muzykiem, z bagażem ogromnych doświadczeń, gdyby nie te wydarzenia. Dziś mimo, że zazwyczaj instrumentalnie i powściągliwie – w tych sprawach mówi bardzo wiele i bardzo wyraźnie. 

Królowa powinna być kimś, w kim ma się oparcie. Powinna być kimś kogo bezwarunkowo, ale nie bez powodu się szanuje. I najważniejsze, Królowa może być kimkolwiek. To myśl przewodnia najnowszego albumu pierwszego zespołu Shabaki Sons of Kemet. W 9. utworach oddał tam hołd swoim królowom. Wśród nich jego babcia Ada Eastman czy Yaa Asantewaa, która ponad sto lat temu walczyła z brytyjskim kolonializmem. I kilka innych, z którymi się zgaza, na których się wzoruje. Które są dla niego ważne. 

Tuba to dość zapomniany instrument. A nawet jeśli nie to raczej kojarzy się go z Bałkanami. Być może od teraz będzie kojarzyć Wam się z zespołem Sons of Kemet. Powstali w 2011 roku, a do już dosć oryginalnego instrumentarium dołączyły dwie perksuje, które dodają niesamowitego rytmu i często są na pierwzsym planie i saksofon na zmianę z klarnetem. Powstał kwartet, który specjalizuje się właściwie we wszystkim. Bo na ich, jak dotąd, trzech płytach usłyszymy oczywiście najróżniejsze odmiany jazzu, mnóstwo muzyki ludowej, niech już nawet będą te bałkańskie rytmy rodem z serbskiej Gučy, karaibską lekkość, punkowy brud i hałaśliwość, z drugiej strony ten sam zespół potrafi zagrać spokojne kołysanki i przykładowo zupełnie zaskakującą interpretację hitu ABBY. 

https://www.youtube.com/watch?v=wwX9QpkfQL0

Jedną z najbardziej wartościowych cech Hutchingsa, która wyróżnia go na tle innych młodych twórców jest często ryzykowna skłonność do eksperymentów. Recenzenci płyt mają zawsze ogromny problem z "otagowaniem" jego muzyki. On sam podkreśla, że nie ma znaczenia z kim współpracuje, ważne by się z nim rozumiał. Wypadkową tej idei stał się psychodeliczny projekt Comet is Coming, który w znakomity sposób połączył klasyczny jazz i nowoczesną elektronikę. I nagle z jazzowych klubów Shabaka Hutchings z zespołem zaczął lądować w najlepszych londyńskich, a chwilę później już światowych, klubach. 

Fascynacja różnymi kulturami zaczęła się u niego pewnie gdzieś na etapie karaibskiego "wygnania", jednak to Afryka zainspirowała go najbardziej. Jako niewątpliwy talent został również dostrzeżony przez Marshalla Allena z legendarnej Sun Ra Arkestra, grał także z Mulatu Astatke. Zgłębianie swojej fascynacji afrofuturyzmem zaprowadziło go to Republiki Południowej Afryki. Odkrywał tam z wielkim zdziwieniem niezwykle prężnie, oddolnie działającą jazzową scenę. Napawał się energią i szlonymi umiejętnościami muzyków. Często do nich dołączał na wspólne jammowanie. Z jednego z takich spotkań wyniknęła zupełnie nie oczekiwana płyta "Wisdom of Elders". Projekt został nazwany Shabaka and The Ancestors i trudno w tym przypadku o bardziej trafioną nazwę. I choć od zawsze to Sons of Kemet był projektem głównym to chyba właśnie z "przodkami" Hutchings osiągnął coś niemożliwego. Uchwycił ducha dawnych legend spiritual jazzu, śmiało łącząc go w najróżniejsze improwizacje, dialogi między muzykami (a jest ich ósemka), szaleńcze solówki i repetytywne fragmenty tekstów, przeplatając angielski językami plemiennymi.  Ich wręcz rytualny, przedziwny występ mogliśmy zobaczyć podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu Jazztopad.

for. Leeroy Jason

Shabaka Hutchings może nawet podświadomie, ale jest nieodłączną częścią muzycznego Londynu. Bardzo twórczo współpracuje ze świetnie rokującą wytwórnią Brownswood, a ostatnio został kuratorem i producentem projektu "We Out Here", w którym wyselekcjonował i nagrał nowe utwory ósmiu tamtejszych zespołów. Jego muzyka jest niezwykle uniwersalna, łączy w sobie na tyle dużo wątków, że może być atrakcyjna dla każdego. Sam widzi w niej trochę jakby uosobienie współczesnego świata, w którym mnogość możliwości, perspektyw daje naprawdę duże pole manewru. Hutchings jest w tym wszystkim niezwykle symatycznym człowiekiem, który nawet stając na czele zespołu potrafi usunąć się w cień i świetnie bawić się przy solówkach kumpli. Ta konsekwencja, czerpanie doświadczeń z najróżniejszych dziedzin prowadzi do tego, że być może, za jakiś czas Shabaka Hutchings stanie się kimś pokroju Kamasiego Washingtona. I wydaje się, że to już całkiem niedługo. 

Materiał przygotowany przy współpracy z Pawłem Klimczakiem

Tommy Cash

Co się stanie kiedy połączymy inspirację Kanye Westem, duchologię, surowość post-radzieckiego kraju, niemal nieograniczoną kreatywność, pogoń za sukcesem, poczucie wykluczenia i brak poszanowania dla norm społecznych? Z połączenia tych składników otrzymamy tego jednego, bezkompromisowego i niczym nieskrępowanego artystę, który ucieka od społeczeństwa tak bardzo, jak bardzo chce je analizować. W dodatku nie ograniczającego się do jednego pola działania. Kiedy Tomas Tammemets, znany jako Tommy Cash, opowiada o początkach swojej kariery i tym, co zainspirowało go do jej rozwinięcia trudno się dziwić jego sukcesowi.

Pierwsze wydawnictwo Tommy'ego Casha, singiel „Guez Whoz Bak”, wydany został w 2013 roku, a jego dalsza kariera toczyła się w pewnej synchronizacji z rozwojem nostalgii lub fascynacji tym co kryje się w tej części Europy, która dopiero od trzydziestu lat jest prawdziwie osiągalna dla reszty świata i doświadcza wolności artystycznej. Tylko, że to nie do końca tak. Twórczość Tommy'ego pozostaje skrajnie przerysowana, zamieniając rzeczywistość Europy w swoisty park osobliwości. Wizje i obrazy które można zobaczyć w jego teledyskach fascynują, ale też przerażają – przepełnione są kontrastami, kolorami które nie występują w naturze i widokami co najmniej niepokojącej natury.

Trudno jednak używać powszechnego wykorzystania społecznej dystopii i brzydoty jako argumentu przeciwko niemu i jego twórczości. Jak sam mówi „nie chcę być amerykański, nie chcę brzmieć jak ktoś inny. To już problem świata…”. W swoich inspiracjach wymienia zarówno – wspomnianego już – Kanyego Westa, ale też Nas, Eminema, Marilyna Mansona czy Alejandro Jodorowsky'ego. Jedną z estetycznych inspiracji pozostaje także… dres. W Estonii wszyscy noszą dres. Dla Tommy'ego dres to najdawniejsze wspomnienia, ale też nawracający element stylizacji – włącznie z tatuażem na jego stopie przedstawiającym logo adidasa i wszechobecnością produktów tej marki w jego teledyskach. W końcu nic tak nie dopełnia wizji Europy wschodniej jak trzy paski tu i tam.

Co jest warte podkreślenia, w swojej twórczości – ale też wprost, w wywiadach – odrzuca on pogoń za zachodnim stylem, bogactwem i wygodą. To co się liczy, to co warte uwagi zostaje na wschodzie. Nie oznacza to wcale, że zachód jest zły per se, ideologicznie. Objawia się to z kolei w mnogości inicjatyw w których Tommy Cash współpracuje z artystami z krajów mniej egzotycznych niż Estonia. Wspomnieć wystarczy hiszpańskich raperów Kinder Malo i Pimp Flaco, brytyjską piosenkarkę Charlie XCX czy australijsko-japońskiego producenta Joji.

Jednak najważniejszym krajem w twórczości Tommy'ego Casha pozostaje Rosja, kraj którego zrozumienie może przysporzyć jeszcze więcej kłopotów niż ma to miejsce w przypadku Estonii. Możliwość odbycia trasy koncertowej w Rosji nazywa on wprost przywilejem, a Moskwa jawi się w jego opisach jako miejsce wręcz nieograniczonych możliwości dla artysty poruszającego się w takiej estetyce. Prowadzi on także owocną współpracę z rosyjskim kolektywem LITTLE BIG, co zaowocowało utworem „Give Me Your Money” i bardzo barwnym klipem do tegoż. Sam też wspomina imprezy w których brał udział, a od których niejednemu weteranowi happy hardcore zjeżyłby się włos na głowie.

Umiejscowienie Tommy'ego Casha w kontekście kulturowym regionu także budzi pewne kontrowersje, wszak jest on bodaj jedyną postacią znaną szeroko w kulturze popularnej a pochodzącą z Estonii. Niemal przy każdej okazji wspomina on swój kraj, który jawi się jako idylla – na przekór przedstawieniom w teledyskach. Chociaż może właśnie niezgodność z szeroko przyjętym pojęciem idylli tworzy takie wrażenie, gdyż nieobecność utartych kanonów i pewna niespójność pozwalają na wyzwolenie tak wielkiej kreatywnej siły jaką dysponuje Tommy Cash. Z drugiej strony – gdyby mógł on współpracować z innym estońskim artystą światowej sławy, Arvo Partem, to zapewne obydwaj czuliby się równie uhonorowani.

Oprócz muzyki Tommy Cash porusza się także w innych dziedzinach estetyki. Najważniejsze pozostają teledyski, w których rzeczywistość jest co najmniej niezgodna z tym, co moglibyśmy chcieć zobaczyć lub widzimy każdego dnia. Wszystko to, czego nie ma w normalnym świecie istnieje właśnie w tych teledyskach. Zdeformowane ciała, brzydota, ale też ponadnaturalne zdolności. To wszystko służy zwróceniu uwagi na tych, którzy znajdują się w jakiś sposób poza głównym nurtem estetyki w tej części świata – dziwaków, homoseksualistów, nerdów. To z pewnością piętno swoistego wykluczenia społecznego, w jakim Tommy dorastał, będąc mniejszością we własnej dzielnicy, która zamieszkana była głównie przez mniejszość rosyjską.

Tommy Cash projektuje także ubrania, w których przeplata się estetyka rejwu i soviet chic z inspiracjami z szeroko rozumianej kultury popularnej. Wystarczy przypomnieć bluzę, która oddaje hołd albumowi „Life of Pablo” Kanyego Westa za pomocą napisu „PAVEL” utrzymanego w stylistyce okładki tego albumu. To nawiązanie powraca po raz kolejny, a najdosadniejsze okazało się, gdy Tommy ogłosił, że w przyszłości chciałby zostać Kanye Eastem. Czy Tommy Cash to Gosza Rubczyński muzyki, a Gosza Rubczyński to Tommy Cash mody? To stwierdzenie wydaje się całkiem zasadne.

Każdy kolejny utwór Tommy'ego Casha jest widocznie bardziej dojrzały w swej estetyce – tych, których byli zachwyceni „PRORAPSUPERSTAR” mógł rozczarować singiel „Surf”, jednak najnowsze wydawnictwo nadrobiło wszelkie braki i wynagrodziło oczekiwanie z nawiązką. Talent do graficznych przedstawień wzbogaca tu bezczelność przekazu i nieograniczenie w dążeniach. Połączenie powyższych z kolei odczytać można jako krytykę współczesnej pogoni za sukcesem, gdyż wszystko to co jest nam odległe, a być może i niepokojące wspiera przekaz tego, co dla wielu jest marzeniem.

Odpowiedź na pytanie kim jest Tommy Cash wydaje się prosta, ale im dłużej rozmyśla się nad jego twórczością, tym trudniej jest wysnuć konkretne wnioski. Jego muzyka stanowi próbę przełamania dominacji zachodniej popkultury, ale stanowi też wariację na jej temat, wszak klip stworzony do utworu „Pussy Money Weed” mógłby z powodzeniem służyć jako ilustracja utworów takich wykonawców jak Arca czy Aïsha Devi. Tommy gra w ekstralidze i jest tego zupełnie świadomy, coraz śmielej wkraczając pomiędzy tych, którzy są dla niego inspiracją.

Jessie Ware

''Niczego nie planowałam, nie miałam pojęcia, jak będzie brzmiał cały album. Po prostu próbowałam i eksperymentowałam. Efekt końcowy zaskoczył mnie bardzo pozytywnie.’’ – tak o swoim debiutanckim albumie ‘’Devotion’’ mówi Jessie Ware– artystka, którą słuchacze pokochali tak bardzo, że na początku marca Polacy mieli okazję zobaczyć ją na żywo po raz 14 na koncercie promującym jej trzecią płytę pt. ‘’Glasshouse’’.

 

 

Rok 2012 zdecydowanie należał do Jessie Ware – to wtedy światło dzienne ujrzało jej debiutanckie wydawnictwo które zostało ciepło przyjęte przez słuchaczy i krytyków. Album ‘’Devotion’’, który jest wyjątkowym połączeniem r&b, soulu i UK garage dotarł w Wielkiej Brytanii na 5 miejsce listy najczęściej kupowanych krążków, a takie utwory jak ‘’Wildest Moments’’ czy ‘’Running’’ na długo zapisały się w świadomości słuchaczy.  

 

 

Jessie Ware znana jest ze swojego niepowtarzalnego stylu pisania słodko-gorzkich piosenek o miłości. Utwory takie jak ‘’Say you love me’’, będący prośbą o nawet najulotniejsze uczucie, ‘’Wildest Moments’’ ukazujący burzliwe momenty miłosnych relacji, czy ‘’Running’, tłumiący dreszcz emocji w rytmie disco, pokazują, że artystka idealnie odnajduje się w stylistyce, która niejednemu mogłaby wydać się już wyczerpana. Nowoczesny hymn o nieszczęśliwej miłości i zawiłościach ludzkiego serca podany w przekonujący i zmysłowy sposob – to wlaśnie jej muzyczny znak rozpoznawczy.

 

 

Styl i głos Jessie Ware niejednokrotnie były porównywane do Sade, sama artystka nie ukrywa, że Brytyjka jest jedną z jej największych inspiracji. Wśród ważnych dla siebie twórców Jessie wymiena tez SBTRKT’a – to dzięki niemu zdała sobie sprawę z tego, jak chce brzmieć.

 

 

Według Jessie Ware perfekcyjna piosenka to taka, która porusza słuchacza w niezrozumiały sposób, rezonuje z nim, ale potrafi też sprawić by chciał on ją zaśpiewać. Według tej zasady artystka sama próbuje komponować swoje utwory. Jedną ze spełniających te wszystkie warunki kompozycji według Jessie jest utwór Kate Bush – Running Up That Hill.

 

 

Jak wyznała, na samym początku swojej kariery nie była w stanie cieszyć się sobą na scenie, ponieważ jest maniakiem kontroli. Mówi wprost o tym, że pozwoliła na swoim debiutanckim albumie producentom, by użyli jej jako płótna, do zbudowania ich wizji, bo sama nie do końca wiedziała wtedy, jaką artystką chce być. Dopiero po dwóch latach od wydania Devotion zrozumiała, że może przestać ograniczać siebie. Poczuła się gotowa do tego, by w pełni realizować swoje wyobrażenie o tym, w jakim kierunku chce zmierzać.

 

 

Jessie Ware ma na swoim koncie 3 albumy studyjne- Devotion, Tough Love oraz wydany w zeszłym roku Glasshouse. Sama artystka mówi o tym, że podczas pracy nad jej ostatnim albumem dała najwięcej z siebie- i to dosłownie, gdyż po wydaniu 2 albumów świadomość artystyczna pozwoliła jej na eksplorowanie i oddawanie emocji, które na wcześniejszych longplejach starała się ukryć bądź przemycić w nieuchwytny dla sluchacza sposób. To na Glasshouse Jessie Ware zrozumiała tak naprawdę jaką artystką chce być i, że w pełni ma nad tym kontrolę.

 

 

Gdyby nie Jack Penate, który poprosił Jessie Ware o śpiewanie w chórkach, możliwe, ze świat nie usłyszałby o jej talencie. Jej nieśmiałość i strach przed występowaniem sprawiły, że chciała zostać dziennikarką sportową. Po tym, jak pojawiła się na albumie SBTRKR'ta zaczeli zabiegać o nią najlepsi producenci muzyki klubowej, i choć artystka do dziś mówi o tym, jak bliska jej sercu jest muzyka taneczna, postanowiła pójść w zupełnie innym kierunku i powrócić do brzmień, które zawsze kochała.

 

 

Jessie Ware ma na swoim koncie kolaboracje z takimi artystami jak Ed Sheeran- jej wieloletni przyjaciel z którym m.in współpracowała przy utworze ‘’Say you love me’’, Sampha z którym nagrała piosenkę ‘’Valentine’’, Florence Welch, dla której śpiewała w chórkach przy realizacji płyty ‘’Ceremonials’’, czy Nicki Minaj, na której płycie Pinkprint pojawiła się gościnnie w utworze ‘’The Crying Game’’. To tylko potwierdza, jak wszechstronną jest artystką i z jak wielu źródeł czerpie inspiracje.

 

 

Cały album ‘’Glasshouse’’ jest najbardziej personalnym wyznaniem w jej karierze. Artystka często podkreśla, że duży wpływ na jej twórczośc mają relacje z wieloletnim partnerem, aktualnie mężem, któremu dedykowała ostatnią piosenkę na tym wydawnictwie pt ‘’Sam’’. Więzi rodzinne przeplatają się na całym ‘’Glasshouse’’- możemy tam też znaleźć utwor ‘’Thinking of You’’, który Jessie nagrała dla swojej rocznej córki.

 

Young Fathers

Kto by pomyślał, że w Edynburgu – mieście piłki nożnej i rocka zrodzi się trio, które w tak niedługim czasie, tak bardzo namiesza na rap scenie. Poznali się w małym klubie przy głośnym basie. Niemal z miejsca okazało się, że nie boją się podjąć zadania tworzenia ambitnej i małopopularnej w ich mieście muzyki. Później potoczyło się już bardzo szybko. Wszystko nabierało kształtu, a plany spełniały się w ciągu minut, a nie dni. Nikt z członków nie miał wątpliwości, że chce robić coś wspólnie z pozostałymi. W pewnym momencie wyszedł na jaw dziwny zbieg okoliczności – wszyscy członkowie posiadali imiona po swoich ojcach – stąd Young Fathers.

Surowość i organiczność muzyki, jaką tworzą szkoci, objawia się nie tylko na scenie, ale także w studiu. Preferują oni bowiem nagrywanie utworów za jednym zamachem. Nie są fanami cięcia i obrabiania dźwięku w post-produkcji. Tworzą pod wpływem chwili i impulsu. Podobno nie zapisują oni nawet tekstów, lecz zapamiętują je, przez co każde kolejne wykonanie, lekko różni się od poprzedniego i sprawia, że utwór staje się żywym organizmem. Stawiają na oryginalność, spontaniczność, eksperyment oraz brudne i brutalne aranżacje. Po wydaniu debiutanckiego materiału z miejsca zostali okrzyknięci przez angielskich dziennikarzy jedną z 10 najciekawszych młodych kapel, także za występy na żywo, które fachowcy porównują do występów Beastie Boys.

Wydany w 2014 roku krążek Dead to pierwszy pełnowymiarowy materiał grupy z Edynburga. Prezentują oni na nim bezprecedensowe podejście do hip-hopu. Płyta jest właściwie eksperymentem i próbą połączenia przeróżnych stylistyk takich jak rap, noise, lo-fi, soul czy nawet gospel. Mimo to 35-minutowy materiał jest spójną i przemyślaną całością dodatkowo napakowaną przeróżnymi eksperymentami rytmicznymi oraz aranżacyjnymi. Eklektyczne podejście do muzyki znalazło uznanie nie tylko w oczach fanów, ale także krytyków, którzy nagrodzili debiutancki album „Młodych Ojców” m.in. nagrodą Mercury – przyznawaną za najlepszą płytę roku nagraną w Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Celem Young Fathers jest tworzenie czegoś muzycznie niepowtarzalnego. Jak sami mówią: Trzeba utrzymać muzykę świeżą, jakbyś za każdym razem odpakowywał nową, błyszczącą, dopiero co dostarczoną sofę. Prawdopodobnie trudno było ją wnieść po schodach na drugie piętro – ale było warto. Uwielbiamy zapach nowych, błyszczących tekstów czy uczucie nowej zajawki. Naszym celem jest tworzenie czegoś tak świeżego, że moglibyśmy to nieustannie powtarzać i nigdy się nie zestarzeje. Jeżeli jesteś tak dobry, jak Twój ostatni album to kolejny musi być jeszcze lepszy.

Drugi długograj tria to kontynuacja niczym nieskrępowanego nowatorstwa i kreacji nowych, świeżych dźwięków. Zapytani o inspiracje muzycy odpowiadają, że był nią głównie postęp. Mieliśmy ogromną potrzebę stworzenia po raz kolejny czegoś niepowtarzalnego. Chcieliśmy znów poczuć się niepewnie i nieswojo. Wydane w rok po debiucie White Man Are Black Man Too ugruntował pozycje tria na muzycznej scenie. Konsekwentnie wymykając się przyporządkowaniu do jakiegokolwiek gatunku, Szkoci bezkompromisowo poszerzają granicę swej muzycznej koncepcji. Ich muzyka jest wolna i nie wiadomo dokąd ich jeszcze poprowadzi.

Zapytani o inspiracje odpowiada, że tak naprawdę inspiruje ich wszystko i nic. Nie dbamy o konkretne wpływy. Robimy to, co robimy. Naszą uwagę absorbują naprawdę różne rzeczy, które niekoniecznie są związane z muzyką. Wiesz, jeżeli większość wolnego czasu poświęcamy na granie własnej muzyki, to zależy nam, aby usłyszeć coś, czego dotychczas nie słyszeliśmy. To jakieś małe muzyczne drobiazgi, które wpadają do naszych głów, a te z kolei mogą przemienić się w nasz kolejny utwór.

Niewątpliwym wyróżnieniem dla szkotów musiał być fakt, iż w 2016 roku zostali zaproszeni do supportowania legendarnej grupy Massive Attack podczas ich europejskiego tournée. Doszło do tego oczywiście po nagraniu wspólnego, świetnego singla Vodoo In My Blood, który okraszony z resztą klipem promował EPkę Ritual Spirit brystolczyków. Zaproszenie oraz uznanie ze strony tak doświadczonych i wybitnych muzyków zapewne było niezwykle inspirującym przeżyciem dla bądź co bądź młodych i stawiających dopiero co, pierwsze, poważne kroki w muzycznym biznesie szkotów.

Young Fathers przyczynili się także mocno do sukcesu sequelu klasyku kinematografii Trainspotting, na ścieżce dźwiękowej, którego to znalazło się aż 6 kompozycji Szkotów. Jedna z nich napisana specjalnie w tym celu podbiła serca słuchaczy oraz widzów stając się wręcz hymnem tej produkcji. W pierwszej części w centrum filmu było Born Slippy Underworld, w drugiej zaś tę rolę przejęli Young Fathers – mówi reżyser Danny Boyle – Ich piosenki są osią filmu, a Only God Knows jest jego przyśpieszonym pulsem.

Trzeci album studyjny grupy ukazał się 9 marca bieżącego roku nakładem londyńskiej oficyny Ninja Tune. Napisany i nagrywany przez cały rok 2017 w piwnicznym studio, a zarazem kwaterze głównej Szkotów, jest niewątpliwie historycznym dziełem dla autorów. Nie mówiąc już o zmianie wytwórni, oczekuje się, że Cocoa Sugar będzie manifestem, najbardziej kompletnym jak dotąd artystycznym świadectwem edynburczyków. Wydaje się jednak, że po raz kolejny zamiast odpowiedzi otrzymalismy więcej pytań.

Dwoje czarnoskórych Afrykańczyków oraz biały szkot to właśnie Young Fathers. Gdy rozpoczynali, nikt nie wiedział, o co chodzi tak naprawdę w ich muzyce. Szkoci jednak od samego początku bardzo dobrze wiedzieli, w którą stronę chcą pchać swoją twórczość. Edynburg i jego względna obojętność na ich sukces paradoksalnie pasowały raperom. Popchnęło ich do dalszej, nieskrępowanej niczym pracy i bycia sobą. Styl ich produkcji wyjątkowy ze względu na swą surowość oraz różnorodność sprawił, że z małych szkockich klubików trafili oni na wielkie sceny największych europejskich festiwali.

.

MGMT

Twórcy takich hitów jak Kids, Time to Pretend czy Electric Feel po pięciu latach wydali w tym roku swoją czwartą płytę, którą udowadniają, że wrócili do formy z 2008.

Historia MGMT zaczyna się w 2002, kiedy to Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser byli jeszcze studentami Uniwersytetu Weslyan w Massachusetts. Zespół zrodził się po części dzięki specyficznemu poczuciu humoru Andrew i Bena gdyż traktowali początkową działalność zespołu jako dobrą zabawę i odskocznię od uczelnianych obowiązków. Starali się pisać w tym czasie „najbardziej popowe piosenki jakie można sobie wyobrazić”, a na jednym z pierwszych występów chcąc zażartować sobie z uczelnianej publiczności przebrali się za ogromnego bałwana śpiewającego do zapętlonego motywu z filmu Ghostbusters. Szybko jednak zdali sobie sprawę, że ich utwory mogą odnieść sukces, dlatego jeszcze przed opuszczeniem uniwersytetu wydali dwie epki, We (Don't) Care i Climbing to New Lows.

Po opuszczeniu college’u w 2005 wydali epkę Time to Pretend i wybrali się w krótką trasę koncertową jako suport zespołu Of Montreal. Dzięki temu zostali dostrzeżeni przez wytwórnie Columbia Records, która zdecydowała się podpisać z nimi kontrakt. Swój debiutancki album zatytułowany Oracular Spectacular wydali w 2008 roku. Okazał się on ogromnym komercyjnym sukcesem i zapewnił zespołowi status międzynarodowej gwiazdy, która otwierała line-upy wielu festiwali. Duet nie osiadł jednak na laurach i już w 2010 roku wydał drugi krążek – Congratulatios który znacząco różnił się od debiutu. Trudno odnaleźć na nim hitowe kompozycje pokroju Kids, nowojorczycy zmęczeni działaniem mechanizmów przemysłu muzycznego wymagającego od twórców dostarczania kolejnych radiowych blockbusterów zdecydowali się storzyć płytę która wymaga przesłuchania od początku do końca, zainspirowaną nurtem psychodeli z lat 60 oraz nowofalowym latami 80. Nic dziwnego więc, że przy uważnym odsłuchaniu można zuważyć na niej wpływy takich grup jak Pink Floyd czy Briana Eno.

Kolejny krążek zatytułowany po prostu MGMT rozwija ideę poprzedniego. Umieszczone na nim utwory, które są jeszcze bardziej rozbudowane kompozycyjnie zachęcają słuchacza do zatopienia się w niezwykle plastycznym świecie wykreowanym przez twórców który w odbiorze ograniczony jest jedynie wyobraźnią słuchacza. Próby odkrywania swojej muzycznej tożsamości, kosztem zadowolenia krytyków i fanów nie były dla MGMT do końca udane, gdyż wielu przestało patrzeć na zespół przychylnym okiem.

W związku ze zmęczeniem ciągłym koncertowaniem i zrezygnowaniem z powodu dość chłodnego przyjęcia drugiego i trzeciego albumu VanWyngarden i Goldwasser zdecydowali zrobić sobie przerwę od tworzenia. Ben wyjechał na zachodnie wybrzeże, gdy Andrew został w Nowym Jorku. Tych kilka lat rozłąki wyszło na dobre zespołowi, gdyż po pięciu latach powrócili z nowym albumem, który zjednał sobie serca krytyków i fanów. Duet znalazł sposób na połączenie swych songwriterskich ambicji i lekkości z pierwszego albumu – bardziej przystępne popowe kompozycje, w których wyczuwalny jest klimat lat 80 zapewniły powrót grupy do mainstreamu. Czy w następnych albumach MGMT znów będzie potrafiło nas zaskoczyć? Na odpowiedź na to pytanie musimy jeszcze poczekać..

Son Lux

Alternatywa? Trip-hop? Może jednak elektronika? Twórczość Son Lux ciężko jest zaszufladkować odkąd tylko pojawili się na rynku muzycznym. Na ich najnowszym albumie „Brighter Wounds” muzycy oferują nam to, za co można ich kochać najbardziej: mnóstwo różnorodnych dźwięków, tych delikatnych ozdobionych drżącym głosem Ryana Lotta, jak i tych mrocznych w postaci psychodelicznej elektroniki. Za takie eksperymenty właśnie ceni się Son Lux.

Projekt pochodzącego z Los Angeles multiinstrumentalisty i tekściarza Ryana Lotta, który dzięki otwartej głowie na przeróżne połączenia i kontrasty muzyczne w 2008 roku stworzył Son Lux. Zadebiutował albumem „At War with Walls & Mazes” wydanej przez wytwórnie z zachodniego wybrzeża – Anticon. Był to materiał, który porównywano do formy koncertu, ponieważ posiadał prolog oraz epilog dzięki czemu słuchacz miał poczucie spójnej całości. Po debiutowym materiale zaczęto porównywać Ryana do brzmienia Massive Attack w połączeniu z dźwiękami Nico Muhly.

Trzy lata później również pod banderą wytwórni Anticon, pojawił się drugi LP „We Are Rising”, który został nagrany w 28 dni, ponieważ brał udział w RPM Challenge. Jest to wyzwanie rzucane zespołom, gdzie muszą nagrać materiał w postaci albumu długogrającego w miesiąc. Imponującą rzeczą w tym materiale jest efekt płynnego i spokojnego przechodzenia utworów, gdzie w momentach kulminacyjnych czujemy, że takie elementy jak wokalizy operowe, czy wstawki chóru okraszone elektroniką targają naszymi emocjami.

W maju 2013 roku Ryan Lott podpisuje kontrakt z nową wytwórnią – Joyful Noise i kilka miesięcy później powstaje jeden z najbardziej cenionych albumów Son Lux, pełen melancholijnego klimatu z cudownymi tekstami. Mowa tutaj oczywiście o albumie „Lanterns”, z którego pochodzą takie utwory jak, np. Alternate World, Lost It To Trying, czy w końcu Easy, w którym połączenie ostrego brzmienia saksofonu barytonowego z delikatnym głosem Lotta, zdominował cały świat i stał się najbardziej rozpoznawalnym i wykorzystywanym przez innych artystów singlem. Ciekawostką jest natomiast fakt, że Ryan na początku nie był przekonany do tego utworu i nie chciał go umieszczać na płycie.

Po sukcesie płyty „Lanterns” Ryan Lott zaprasza do współpracy dwóch wyśmienitych muzyków: gitarzystę Rafiqa Bhatii oraz perkusistę Iana Changa. Dzięki temu zespół zyskuje dwa świeże bodźce i pokłady energii w muzycznych improwizacjach. W 2015 roku już pełnoprawny zespół wydaje czwartą płytę zatytułowaną „Bones”. Możemy na niej zaobserwować chemię jaka wytworzyła się między muzykami podczas koncertów i doświadczamy dzięki temu kolejnej muzycznej mieszanki. Ciekawym zabiegiem na płycie jest pojawienie się kobiecego chóru, który rzuca pozytywne światło na mroczne dźwięki. Na szczególną uwagę zasługuje utwór You Don’t Know Me gdzie możemy usłyszeć Ryana, który nagrał partię wokalu na próbę będąc przeziębionym, ale jego kompanii z zespołu stwierdzili, że taka wersja jednak brzmi najlepiej.

9 lutego 2018 roku na rynku muzycznym pojawia się piąty album zespołu Son Lux „Brighter Wounds”, który zapowiedziany został singlem  Dream State, utwór był dobrym prognostykiem do tego co usłyszymy na płycie. Muzycy z Nowego Jorku w każdym kolejnym utworze zaskakują nas czymś całkowicie innym, a mimo to cały album wydaje się być bardzo spójnym dziełem. Warto zwrócić uwagę na teksty, które przybierają charakter bardzo osobisty i są mocno emocjonalne na co wpływ miały narodziny syna Lotta oraz śmierć jego przyjaciela. Oprócz singla, który zapiera dech w piersiach, największe wrażenie zostawia po sobie przepiękna ballada Labor z cudownymi smyczkami i skromnymi dźwiękami pianina, gdzie Ryan bardzo porusza słuchacza tajemniczym wokalem, a Rafiq Bhatti tworzy piękne tło na gitarze.