Skandynawia wyznacza trendy i to wiemy nie od dziś, a kolejnym potwierdzeniem tej tezy jest debiutancki singiel Murex o tytule Massacre. Utwór został wyprodukowany samodzielnie w sztokholmskim studiu i trzeba przyznać, że emanuje charakterystycznym nordyckim powiewem chłodu. Mimo że kawałek zdaje się delikatny, potrafi zaskoczyć brutalnością i błyszczeć pośród mgły. To zdecydowanie jeden z tych numerów, w których dychotomiczne wartości odgrywają główne role. Massacre najciemniejsze oblicze pokazuje jednak wtedy, gdy odbiorca zagłębi jego przesłanie: opowieść o głodzie i świadomym prowadzeniu samego siebie ku zniszczeniu.
Najgłośniejszy zespół na świecie, bo tak lubią mówić o sobie A Place To Bury Strangers, jeszcze w kwietniu zaprezentował światu najnowszą kompilację – Rare And Deadly. Album łączy wcześniej niepublikowane utwory powstałe na przestrzeni ostatniej dekady, przez co mimowolnie staje się podróżą w przeszłość. Jednocześnie są to kawałki, które (choć kiedyś odrzucone), nie mogły zostać zapomniane na zawsze. Za sprawą Rare And Deadlyotrzymały więc nowe życie i swoje zasłużone miejsce na krążku. Co więcej, całość składa się aż kilkudziesięciu numerów, gdyż na każdym z nośników znajduje się zupełnie inna tracklista. Trzeba przyznać, że to prawdziwa gratka dla miłośników amerykańskiego zespołu.
Utwór Lost początkowo nie miał mieć swojej streamingowej premiery, jednak fanom na tyle wpadł w ucho, że numer doczekał się tego wydania. A Place To Bury Strangers mówią, że kawałek traktuje o niepewności. Utwór napędzany jest poprzez post-punkowe gitary, ostrość brzmienia oraz przez tekst pełen wątpliwości. Przedstawia mętlik, jaki potrafi wyrządzić samokontrola.
King Doudou i anyoneID to ważni reprezentanci muzyki klubowej inspirowanej dźwiękami Globalnego Południa, chociaż obaj są białymi Francuzami. Ten brak konkretnej przynależności do danej tradycji muzycznej jest w pewnym sensie ich siłą, bo dzięki temu czerpią z przeróżnych źródeł i każdy ich projekt jest nieco inny. Wydane niedawno wspólne EP Vortex z jednej strony mocno opiera się o rytmy karaibskie, z drugiej zaś przepełnione jest nostalgią za europejskimi parkietami lat 90.
Otwierający wydawnictwo kawałek Sweat to kombinacja eurodance’owych syntezatorów oraz szybkiego perkusyjnego rytmu w stylu bouyon soca, a do obu tych elementów doskonale pasuje nawijka od MC Monsieur Le D, który stara się przekonać nas do wylania siódmych potów podczas kręcenia odwłokiem. Momentami pojawia się też jungle’owa perkusja. Francja, Dominika, Anglia, Trynidad i Tobago – to mógłby być skład grupy na piłkarskich mistrzostwach świata, ale świetnie sprawdza się też jako lista muzycznych inspiracji, które na przestrzeni nieco ponad 200 sekund upychają King Doudou i anyoneID.
Maj i jego deszczowo-duszna aura chyba sprzyjają gitarowym zespołom. W ostatnich tygodniach dostaliśmy bowiem zapowiedzi nowych wydawnictw od Turnover oraz Citizen, a także (co chyba najbardziej zaskakujące, ale jednocześnie najwspanialsze) powrót Basement po aż ośmiu latach od ich ostatniej płyty!
Fani Brytyjczyków muszą być niezwykle zadowoleni, ponieważ krążek WIRED ukazuje Basement w świetnej formie. Płyta, choć nosi w sobie brzmienia przeszłości, wynosi je na zupełnie inny poziom. Jest zdecydowanie dojrzalsza i dynamiczniejsza, jednak nie odbiega od stylu znanego z poprzednich wydań – wciąż słychać tu mnóstwo emocji, zapętlające się w głowie refreny – no i oczywiście – te charakterne gitary! To jest Basement, które kocha się jeszcze bardziej niż wcześniej!
Utwór Pick Up The Pieces, a więc Mocograj, idealnie przedstawia WIRED. Już od pierwszej sekundy słychać, że jest niezwykle energiczny, ostry i poszarpany, gdy trzeba – staje się głośny, a gdy należy zwolnić, robi to. Świetnie obrazuje całość płyty, która bazuje właśnie wokół takich kontrastów.
Dolnośląska artystka The Sinner powraca z drugim singlem wydanym w tym roku. Zapadam się to utwór o wyjątkowo ciężkim ładunku emocjonalnym, którego napięcie i dynamika narastają z każdą kolejną sekundą. To kompozycja trafiająca w te momenty, gdy człowiek zostaje sam ze swoimi myślami i zaczyna powoli zanurzać się w tym, od czego wcześniej próbował uciec.
Nowy singiel – podobnie jak poprzednie wydawnictwo artystki, jest czymś więcej niż tylko pojedynczą premierą. To kolejna zapowiedź nadchodzącego albumu i jednocześnie wyraźny sygnał kierunku, w którym zmierza artystka.
Zapadam się brzmi jak nocna podróż pustymi ulicami miasta, kiedy wszystko zwalnia, a w głowie pozostają jedynie niewygodne myśli. Hipnotyzująca atmosfera utworu przeplata się z surowym brzmieniem gitar, które ani na moment nie pozwala stłumić emocji ukrytych pod powierzchnią.
Istnieją pewne dźwięki, które dopiero w pozornej głuszy wychodzą na pierwszy plan. To, co słyszy się gdy „nic nie słychać” — najczęściej przeciągłe, ociężałe huczenie, czasem odbijające się echem, stłumione uderzenia. Dźwięki ścierania się, hałasy tego co oddalone, zapomniane. Odgłosy tła, pomijane przez ludzką świadomość, bo są tak powszechne, że aż… nieobecne.
Właśnie z takiego pejzażu dźwiękowego wyłania się ’YO saksofonisty i producenta muzycznego Marcela Mandel, skrywającego się za pseudonimem mansky. Album, który wyrasta z ciszy i łączy w sobie wiele światów muzycznych — czerpie z dubu, ambientu, jazzu i IDMu. Przedstawia mglisty i niewyraźny krajobraz, nakreślając kształty tylko umownie, niczym impresjonistyczni malarze.
Fatale to jedyny wokalny utwór na albumie. Swojego głosu do tej produkcji użyczyła Wiktoria Hawrot — artystka pochodząca z Wrocławia, zafascynowana eksperymentalnym podejściem do śpiewu. Jej głos nie wybija się ponad warstwę instrumentalną utworu – zdaje się być z nią zlepiony, zaplątany w poszczególne dźwięki. Tylko raz po raz wychodzi na wierzch, niczym promienie słońca przebijające się przez gęste korony drzew w lesie.
Sześć lat – dokładnie tyle należało czekać na nową muzykę od Turnover. Amerykański zespół postanowił przerwać milczenie i tuż na początku maja zapowiedział nie tylko nowy album, lecz od razu wypuścił dwa single: Nightjar oraz I See You And Realize, który został naszym Mocograjem. Premierze płyty Down On Earth towarzyszy wiele ekscytacji i nie mówię tu wyłącznie o tej, stojącej po stronie fanów – nadchodzące wydanie będzie pierwszym, które Turnover wypuści niezależnie. Stanowi to znaczącą zmianę, ponieważ poprzednie pięć krążków powstało we współpracy z wytwórnią Run For Covers Records.
Póki co trzeba powiedzieć, że “wyjście na swoje” naprawdę im się udaje. Single, z którymi zostaliśmy zapoznani wydają się nawet bardziej osobiste niż to, co do tej pory prezentowało Turnover. Co najważniejsze – zespół dalej brzmi tak, jak najlepsze czasy emo indie rocka. Niemniej jednak wyraźnie słychać świeżość oraz nowe pomysły na egzekwowanie wypracowanego przez nich stylu, łączącego w sobie także grunge i dream pop. Tym samym Down On Earth zapowiada się jako solidny krążek, który może okazać się najlepszym soundtrackiem do nadchodzącego lata.
Kto wie, może tegoroczne Turnover summer sprawi, że emo znów będzie cool?
Digitalism i utwór Sirens to kolejny krok w stronę premiery ich nowego albumu – Optimism. Muzycy, gdy udostępnili pierwszy numer, Space Invaders, który również promuje nadchodzące wydanie, przyznali jednogłośnie, że płyta powstała z naciskiem na kolor, melodyjność i kontrast. Jednakże właściwie dopiero teraz, po usłyszeniu Sirens, da się określić, jak będzie brzmiało to zróżnicowanie.
W porównaniu z poprzednimi kawałkami, ten najnowszy wydaje się mroczniejszy, może bardziej poważny, a nawet quasi-sielankowy. Na klimat utworu największy wpływ mają syntezatory, które z każdą sekundą budują coraz większe napięcie. Zupełnie tak, jakby Sirens było zaledwie wstępem do czegoś głośniejszego i jeszcze potężniejszego. Najlepsze jest jednak to, że Digitalism wciąż pozostają wierni house’owej duchowości. Numery tego duetu nadal budzą nostalgię, przywołując wspomnienia z czasów, gdy poznawało się ich muzykę w kultowej serii gry FIFA.
All Them Witches to zespół, który od ponad dekady konsekwentnie buduje swoją pozycję gdzieś pomiędzy psychodelią, bluesem i ciężarem stoner rocka. Wyrośli z Nashville – stolicy country, ale ich brzmienie nigdy nie było lokalne – raczej zakorzenione w klasyce rocka i jednocześnie stale ją podważające. Każdy kolejny album przesuwał akcenty: raz w stronę długich, hipnotycznych form, innym razem w bardziej zwarte – piosenkowe struktury.
Starting Line jest kolejnym krokiem w tej ewolucji – i jednocześnie jednym z bardziej bezpośrednich utworów w ich ostatnim repertuarze. Numer zaczyna się spokojnie, wręcz oszczędnie: gitara prowadzi prosty, lekko przygaszony motyw. Dość szybko pojawia się zmiana. Utwór nabiera ciężaru, ale nie robi tego w sposób agresywny – raczej jak nagłe podkręcenie temperatury niż eksplozja. Wchodzi więcej energii, pojawiają się charakterystyczne dla zespołu ciężkie stonerowe riffy i wyraźniejsze uderzenie sekcji rytmicznej. Całość jest dynamiczna, ale kontrolowana. To nie jest chaos – to dobrze wyważony ruch między spokojem a napięciem.
Struktura utworu pozostaje przy tym stosunkowo prosta. Zamiast rozbudowanych, wielominutowych jamów, które słusznie kojarzą się z brzmieniem zespołu, dostajemy bardziej kompaktową formę. I właśnie to może być dla części słuchaczy zaskoczeniem. Pojawiają się głosy, że to jeden z bardziej „przystępnych” numerów w ich katalogu – dla jednych świeży i energetyczny, dla innych zbyt zachowawczy jak na standardy zespołu.
Ale nawet w tej krótszej formie Starting Line zachowuje to, co w All Them Witches najważniejsze: umiejętność budowania napięcia bez oczywistych trików i balansowanie między groove’em a ciężarem.
Singiel zapowiada album House of Mirrors, który ukaże się 29 maja 2026 roku. To pierwsze studyjne wydawnictwo zespołu od 6 lat i – jak sugerują sami muzycy – efekt większej dojrzałości oraz jeszcze lepszej komunikacji wewnątrz składu.
Jeśli Starting Line jest wskazówką, w którą stronę zmierza ta płyta, można spodziewać się materiału bardziej zwartego, ale wciąż opartego na charakterystycznej dla zespołu pracy między instrumentami. Mniej rozciągania formy, więcej konkretu – bez rezygnowania z klimatu, który przez lata był ich znakiem rozpoznawczym.
Chyba wszystkich ucieszyła ostatnia informacja o tym, że JPEGMAFIA zapowiedział premierę kolejnego albumu. Jeszcze szersze uśmiechy pojawiają się, gdy tylko spojrzy się na tytuł nadchodzącego krążka – EXPERIMENTAL RAP. Natomiast prawdziwa eskalacja radości następuje po przesłuchaniu singla promującego płytę – babygirl.
Powiedzmy to głośno: Peggy, choć nie zaprezentował niczego, czego nie można było się po nim spodziewać, pokazał swój charakterystyczny, jednak piekielnie dobry styl. Utwór babygirl oscyluje gdzieś między rapem, elektroniką i metalem, a w dodatku jest surowy i agresywny. Mimo że takie zabiegi są typowe dla JPEGA, to wydaje się jakby singiel je uwypuklał. Nie robi tego w złym smaku, wręcz przeciwnie – idzie za ciosem maksymy znanej z tytułu zapowiedzianej płyty.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.