Archiwum

JPEGMAFIA – it’s dark and hell is hot

Co najlepszego może się wydarzyć, gdy beatowy czarodziej odwiedzi Brazylię? Odpowiedź jest prosta i wręcz przypomina rachunek matematyczny. Proszę tylko spojrzeć: 

JPEGMAFIA + brazylijski funk = It’s dark and hell is hot

Spoglądając na te obliczenia, należy przyznać, że wszystko się zgadza. Nawet nie tyle, co zgadza, lecz gra! Gra i to jak wspaniale! Peggy samplując Upa Upa Pocotó autorstwa DJ RaMeMes, udowodnił swoją nieprzewidywalność i kreatywność, którą charakteryzuje się zarówno sam twórca, jak i jego najnowsze wydanie I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU

Choć pierwsze zetknięcie z twórczością JPEG’a może przyjąć formę pewnego wyzwania – gry, której mistrzem, ale i jednocześnie przewodnikiem jawi się sam artysta, to gwarantuję, że ta rozgrywka jest warta świeczki. Wszak my, jako graczo-słuchacze, otrzymujemy sporą dawkę świeżości i zaskoczenia, które nie zawodzi. 

Tak też można opisać cały album I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU, bowiem obfituje on w unikalne brzmienia. Nie dość, że można się tam doszukać brazylijskiego funku, to da się tam również znaleźć inspiracje metalem czy sludge rockiem. Zdecydowanie jest to gratka dla fanów muzyki. Dobrej muzyki.

Paulina Madej

Seweryn – chłodniejsze noce

Mamy już sierpień. Wciąż trwa to skwarne lato i każde wyjście z domu równa się, niemalże dosłownemu, usmażeniu się. Na szczęście na pomoc przychodzi niezastąpiony Seweryn i serwując swój najnowszy singiel chłodniejsze noce, daje nadzieję na to, że nadejdą pogodowe rewolucje. 

Jak natomiast przygotować się na te meteorologiczne zawirowania? Sam Seweryn ma na to prosty przepis, ponieważ w chłodniejszych nocach śpiewa, że nie pozna ten, kto nie próbuje. Idąc tym tokiem myślenia, należy po prostu oddać się w objęcia nadchodzących zmian. 

Wszak rzeczywiście chłodniejsze noce to utwór o swego rodzaju metamorfozie, jednak warto postawić pytanie: Czy na pewno chodzi tu o zmianę pogody? A może kryje się za tym coś więcej? Choć Seweryn (w piosence zakaz palenia) obiecywał nie dorastać, to wydając chłodniejsze noce, zaprezentował swoją dojrzałość, bowiem ten singiel symbolizuje pewne rozstanie. Mowa tu o zerwaniu z alkoholem, który był jednym z czynników stojących człowiekowi na drodze do bycia szczęśliwym z samym sobą. Ze swoim jestestwem. Chłodniejsze noce w pewien sposób równają się decyzji o zmianie swojej codzienności na lepszą. Na taką bez romantyzowania cierpienia.

I w ten sposób, znane z Mamny, “dzisiaj nie zasnę, igłą pogłaszczę cię” zmieniło się w “śpij spokojnie…”. Jeśli tak ma wyglądać dorastanie, to chyba dobrze, bo bardzo ładnie się to prezentuje.

Paulina Madej

Michael Kiwanuka – Floating Parade


Odtwarzając utwory Michael’a Kiwanuki, słuchacz wypełniany jest niespotykanym ciepłem. Z klimatem ogrzewającego ognia dobiegającego prosto z domowego kominka nie rozstajemy się również i w najnowszym singlu Floating Parade. 

Zanurzając się w komforcie oceanu dźwięków, słuchacz przez niespełna cztery minuty dryfuje w produkcyjnej kompozycji Inflo oraz (o dziwo) Danger Mouse’a, z którym Kiwanuka miał już okazję współpracować na genialnym albumie Cheat Codes. Wszechobecna lekkość podkładu, w którym znajdziemy smyczki, gitarę czy pianino akompaniuje sentymentalnej głębokości wokalu Kiwanuki, która na zmianę z subtelnymi chórkami pozwala słuchaczowi odpłynąć z upalnej rzeczywistości do oazy dziecinnej nostalgii. Zamknięty w paru dźwiękach bas dopełnia perkusję, o lekko egzotycznym zabarwieniu. Ten rytmiczny minimalizm w bardzo sprytny sposób przenosi uwagę słuchacza na bardziej melodyczne aspekty utworu, które marzycielsko płyną, jednocześnie podkreślając organiczny wydźwięk całości. 

Ogłoszenie trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych wskazuje na to, że grono wydawnictw roku 2024 zaszczyci również i nowy krążek Michaela Kiwanuki. Patrząc na dotychczasowy dorobek artystyczny brytyjskiego wokalisty, wieść o potencjalnym nowym materiale uważam zdecydowanie za powód do świętowania. Póki co jednak, brak oficjalnej zapowiedzi pozostawia mój optymistyczny entuzjazm w sferze hipotez. Floating Parade może być otwarciem najpiękniejszego rozdziału w karierze Kiwanuki, lecz czy tak faktycznie będzie? Odpowiedź na to pytanie z biegiem czasu ukaże się sama. 

Jędrzej Śmiałowski

Sampha ft. Little Simz – Satellite Business 2.0


Dualizm twórczości Samphy widoczny jest gołym okiem. Choć artysta na swoim koncie ma zaledwie dwa krążki, są to wydawnictwa nadzwyczaj istotne. Z absolutną pewnością stwierdzić, że o ile tempo pracy preferowane przez brytyjskiego wokalistę nie zalicza się do najszybszych, o tyle czas oczekiwania nadrabiany wielowarstwowością oraz dokładnym zadbaniem, nawet o najmniejsze detale. Zeszłoroczny album Lahai był w mojej opinii projektem roku i tytuł ten wygrał z dosyć solidną przewagą. Najnowszy singiel po raz kolejny zaznacza zmianę tonu, z jakim kojarzymy muzykę Samphy.

Pierwsza wersja utworu, czyli krótki interlude wciśnięty gdzieś pomiędzy wyczerpujące emocjonalnie świetnie sprawdzał się jako chwila oddechu (którego niejednokrotnie brakowało w trakcie odsłuchu całej płyty). Słuchacz odpływał na około 40 sekund, dryfując w kosmicznych strukturach nowego świata odkrytego przez Samphę. W przypadku sequelu, poczucie niedosytu (być może) pozostawione po oryginale, zostaje zaspokojone i to z konkretną nadwyżką. Satellite Business 2.0 to klimatyczny jam, w którym soniczny dryf zastępuje szybkość, precyzja oraz wyrazistość. Metaforyczne teksty wykonane są z tak potężnym ładunkiem szczerości i wiary, że aż ciężko powstrzymać oczy przed uronieniem łezki. Grający na perkusji Blake Cascoe tworzy show, którego nie powstydziłby się Yussuf Dayes, jednocześnie prowadząc słuchacza przez ciągle zmieniającą się rzeczywistość kreowaną przez cudowny wokal Samphy. Gościnny występ Little Simz to wisienka na torcie, która nie tylko dodaje piosence aspektu nieprzewidywalnej dynamiki, ale również pięknie dopełnia kompozycję, dodając jej głębi oraz charakteru.

Kiedy po raz pierwszy miałem okazję usłyszeć “ulepszoną wersję” Satellite Business w jednym z berlińskich teatrów, zrozumiałem wartości, jakie artystycznie Sampha chce teraz reprezentować w swojej muzyce. Pozytywny wydźwięk ma za zadanie podnieść słuchacza z kolan codziennej walki z rzeczywistością i oddać go w ramiona nadziei. Nadziei, z którą ta codzienna potyczka staje się łatwiejsza, a samo życie nabiera kolorytu.

Jędrzej Śmiałowski

JPEGMAFIA – SIN MIEDO

SIN MIEDO, co  po przetłumaczeniu z hiszpańskiego, znaczy “bez strachu” to drugi singiel zapowiadający nadchodzącą płytę JPEGMAFIA. Tytuł kawałka idealnie odzwierciedla to, czym jest SIN MIEDO – mieszanką wybuchową. Peggy zapewne zdaje sobie z tego sprawę, dlatego też nazywał ów utwór nieustraszonym. Radio LUZ również się nie lęka i hardo prezentuje jednego z pięciu przedstawicieli mocograjów w tym tygodniu – JPEGMAFIA i SIN MIEDO.

W SIN MIEDO dzieje się dużo. I to „dużo” to trochę za mało powiedziane. Jest dynamicznie, jest krzykliwie i w dodatku… tanecznie! Choć dudniące, ciężkie riffy gitarowe mogłyby na tę taneczność nie wskazywać, to, proszę mi uwierzyć, ta iście metalowa kreacja sprawia, że kawałek zapętla się w głowie, nie chcąc z niej wyjść (i dobrze!). 

JPEG tym singlem, po raz kolejny zresztą, udowadnia to, jak bardzo jest utalentowany. Genialne beaty, które zawsze wyróżniają się kreatywnością rapera, są zaskakujące. To naprawdę niesamowite, że Peggy potrafi stworzyć utwór w klimatach glitch hopu, drum n bassu, hip-hopu albo w stylu czegoś zupełnie innego – sludge rocka. JPEG się nie ogranicza. I całe szczęście! Jego produkcje obfitują w nietuzinkowe brzmienia, będące czymś zupełnie odświeżającym, co jeszcze bardziej zachęca do wyczekiwania na nowe kawałki tworzone pod pseudonimem JPEGMAFIA. Natomiast po przesłuchaniu SIN MIEDO myślę, że nie tylko ja będę nieustannie sprawdzać, czy przypadkiem nie ominęła mnie premiera nowego albumu.

Paulina Madej

Cassandra Jenkins – Clams Casino

Cassandra Jenkins, znana ze swoich introspektywnych tekstów i tworzenia unikalnych krajobrazów dźwiękowych, powraca z nowym albumem. My Light, My Destroyer to przełom w dyskografii artystki, manifest większej pewności siebie. To album niezwykle różnorodny. Jest to coś, co wyróżnia go na tle dwóch poprzednich płyt Jenkins (debiutanckiego Play Till You Win przepełnionego slowcore’ową americaną, jak i późniejszego An Overview on Phenomenal Nature, będącego eksperymentem w łączeniu błyszczącego art popu z ambientem i odgłosami natury).

Choć, według mnie, ta płyta może być postrzegana także jako odważna i zintensyfikowana synteza dotychczasowego dorobku Jenkins. Łączy on w sobie zarówno folk, rock, jazz czy chamber pop. Pozostaje przy tym pełnym emocji, intymności, jak i obserwacji otaczającego świata. Artystka buduje niezwykle atmosferyczne przestrzenie, gdzie samotność przeciwstawia kosmicznemu cudowi.

My Light, My Destroyer przepełnione jest smutkiem i odosobnieniem, jednak charakter tekstów Jenkins niekoniecznie znajduje odzwierciedlenie w napotykanych przez nas brzmieniach. Momentami przebija się nawet… beztroska, czysta słodycz. Pierwszym dużym zaskoczeniem dla mnie podczas słuchania był właśnie jeden z naszych mocograjów – Clams Casino (a nasze wyróżnienie świadczy o tym, że zaskoczenie to było naprawdę duże). Już na samym początku brudne, surowe gitary zachęcają do żywego kiwania głową. Potem dołącza do nich Cassandra wraz ze swoim aksamitnym, miękkim, słodko-słonym głosem. Gitarowe solo. Szybki rytm. Fajny, radosny utwór!

Tylko że nie do końca. To piosenka o przytłaczającej samotności i nieustannym marzycielstwie, które odrywa całkowicie od rzeczywistości. O wynikającym z tego braku kontaktu z samym sobą i innymi. Samotności prowadzącej do rozmarzenia, które prowadzi do samotności… chwila, błędne koło? Wow, to dość pesymistyczne i całkiem dołujące (radosne gitary rozbrzmiewają w tle).

I niech tak słodko-gorzko rozbrzmiewają na antenie Radia LUZ jako jeden z mocograjów. Niech stanie się on dla Was zachętą do wsłuchania się w My Light, My Destroyer w całości!

Zuzanna Kopij


LISA – ROCKSTAR

Po trzech latach od solowego debiutu LISA wraca z nową muzyką! I w dodatku robi to w niesamowitym stylu, dokładnie tak, jak przystało na gwiazdę rocka. Członkini najpopularniejszego koreańskiego girls bandu, BLACKPINK, pokazując swoją dominację i tzw. szacun na dzielni, jaki ma w Bangkoku (i poza nim), razem z utworem ROCKSTAR została mocograjem w Radio LUZ!

Utwór ROCKSTAR można uznać za synonim pewności siebie oraz świadomości swoich talentów. Tę zależność widać nie tylko w tekście, ale i w teledysku. Klip stworzono w miejscu, które dla LISY jest najważniejsze na świecie – w Tajlandii, a więc tam, skąd pochodzi raperka. Należy dostrzec to, jak wielkie poczucie dumy bije od LISY, gdy pokazuje swoje korzenie. Co więcej, wspomina przecież o tym, że każde miasto, w którym się zjawia, należy do niej, jednak tylko Bangkok bezpośrednio wymienia w piosence. 

Sceneria rodem z Cyberpunka idealnie komponuje się z elektronicznym brzmieniem utworu, a dodanie azjatyckich dźwięków tylko potęguje to, jak nowoczesny, ale i nietuzinkowy jest ten kawałek. Zdecydowanie poprzednie piosenki LISYMONEY i LALISA mogą stracić pozycję największych hitów członkini BLACKPINK. Wszak ROCKSTAR to nie tylko popis umiejętności raperskich czy tanecznych, ale i samoświadomość swojego sukcesu.

Been Stellar – I Have The Answer

been stellar scream from new york ny

Naszych mocograjowych debiutantów poznałem w dość intrygujących okolicznościach m.in. w roli supportu na tegorocznej zimowej trasie koncertowej The 1975. Jako że lubię mieć tę niespodziankę, nie sprawdzałem wówczas dokonań kwintetu. Miło się dzięki temu zaskoczyłem. Nim przyszedł czas na headlinera, Been Stellar zaserwowali na rozgrzewkę zestaw wyśmienitych indie-rockowych numerów, zaostrzających apetyt jeden po drugim.

Jeden z nich zaczął się podejrzanie spokojnie: delikatne szarpnięcia strun powoli zmieniały się w ścianę przesterów, by za chwilę zupełnie puścić hamulce. Niespieszne tempo i melancholijny wokal skradły mnie od pierwszych słów, uderzając w refrenie ze zdwojoną siłą. Emocje wylewały się jedna za drugą. Publiczność także dołożyła swoją cegiełkę do tego magicznego momentu. Niedługo wszyscy machali z włączonymi latarkami w telefonach, kierując światło w stronę sceny.

Jak na ironię, przypomniałem sobie o tej pięknej chwili dopiero niedawno, za sprawą premiery debiutanckiego krążka Been StellarScream From New York, NY. Albumu o dorastaniu w mieście, które nigdy nie śpi i realiach życia jako Nowojorski zespół. Włączam play i, podobnie jak na koncercie, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zmierzając w stronę końca, już pełen zachwytu, docieram do ostatniej piosenki. Uszom nie wierzę – kropki połączone. Tutaj w zasadzie mógłby pójść cały drugi akapit tego wywodu. I Have The Answer przypomniało mi o tamtej magicznej chwili, gdy całkowicie zatraciłem się w wykonaniu utworu na żywo. Tym razem nigdy tego nie zapomnę.

Antek Winiarski

Xiu Xiu – Common Loon

Do listy najgorętszych premier 2024 roku na pewno należy dopisać powrót Xiu Xiu! Amerykański zespół znów eksperymentuje, wydając Common Loon jako zapowiedź nadchodzącej płyty. Częściową inspiracją dla stworzenia tego albumu była przeprowadzka Xiu Xiu z Los Angeles do Berlina. Natomiast sam utwór, jak twierdzi frontman – Jamie Stewart, został napisany z dedykacją dla queerowej społeczności.

Xiu Xiu, jak zwykle, rozczula słuchacza delikatną, lecz mimo wszystko, zadziorną melodią. Pięknie brzmiąca gitara odpowiada za dozę szaleństwa płynącą z utworu, a wokal Stewarta sprawia, że można się rozpłynąć do reszty. Nie wiem, jak oni to robią, ale zawsze ich produkcje rozkładają na łopatki i pozostawiają człowieka w ogromnym niedowierzaniu. A w przypadku Common Loon taki też był zamysł – cichy, w porównaniu do muzyki, śpiew miał zmierzyć się ze ścianą ciężkiej i głośnej gitary, tworząc tajemniczą atmosferę. Jednakże wsłuchując się w utwór, każdy znak i motyw staje się dostępny na wyciągnięcie ręki. Wystarczy słuchać.

Paulina Madej

Patrick The Pan – Po świetle (wiem, że znów jest 4:00)

Patrick The Pan, jak zwykle, kroczy własnymi ścieżkami i w momencie, w którym większość artystów wydaje tzw. letniaczki, on zdecydował się na zapodanie smutniaczka. Rzeczywiście jest to pewna inkoherencja względem pogody za oknem, jednak proszę nie skreślać Patricka! Po świetle (wiem, że znów jest 4:00), mimo ponurego tekstu, zachwyca swoim niepowtarzalnym brzmieniem.

To zdecydowanie nowa twarz polskiego artysty, w której wygląda naprawdę dobrze. Po świetle (wiem, że znów jest 4:00) zupełnie różni się od pozostałych singli, które również są zapowiedzią kolejnej płyty muzyka. Poprzednie kawałki – O bzdurach, tatuażach i miłości oraz Ty wiesz (Nie ma co trzymać najlepszych talerzy dla gości) były utrzymane w spokojnym klimacie. Grające w nich główną rolę relaksujące dźwięki pianina, nie miały towarzystwa elektronicznych smaczków, które tak dobrze rozbrzmiewają w utworze Po świetle (wiem, że znów jest 4:00).

Po radosnym, jak na Patricka, albumie Miło wszystko chyba nikt nie będzie zły, że najprawdopodobniej czeka nas powrót do tekstowych korzeni artysty. Ja nie mam nic przeciwko. Nie będę narzekać ani marudzić, zwłaszcza jeśli reszta utworów na nowej płycie również będzie utrzymana w klimatach tego letniaczka-smutniaczka.

Paulina Madej