Archiwum

Fontaines D.C. – In the Modern World

Co tu kryć – w Akademickim Radiu LUZ bardzo, ale to bardzo lubimy Fontaines D.C. Na nowym, wydanym w ubiegłym tygodniu albumie Romance chmurni Irlandczycy trochę mniej czadują, trochę więcej balladują, i to na modłę bardziej stadionową niż punkową, co zresztą sygnalizowali w leżących w pół drogi między, hmmm, Interpolem a The Cure singlach poprzedzających premierę.

Ostatnim z nich jest In the Modern World, który spodobał nam się chyba dlatego, że standardowa neuroza ekipy dowodzonej przez Griana Chattena ustępuje tu (ale tylko nieco) totalnemu znieczuleniu na troski współczesnego świata; podobno pomogła w tym pewna Charlene. „I don’t feel anything in the modern world” – to bardziej dobrze czy źle? Ostatnio podobny typ uczuć – lub raczej ich brak – coraz częściej dopada także i mnie samego, więc uznajmy, że raczej to drugie. Albo po prostu z wiekiem naturalnie twardnieje skóra, zwłaszcza ta millenialska.

Sebastian Rogalski

KARD – SPIN

Nie da się ukryć, że rok 2024 nie jest łaskawy dla fanów k-popu. Pośród masowo wypuszczanych piosenek oraz licznie debiutujących, często niewyróżniających się, zespołów trudno jest znaleźć coś, co przyciągnie do siebie słuchacza na dłużej. Na szczęście, mimo tego całego muzycznego przepychu, nie zapomina się o grupach, które spędziły już dobre kilka lat na scenie i wciąż utrzymują wysoki poziom. KARD oraz ich siódmy minialbum Where To Now? zdecydowanie to potwierdza, czego dowodem jest SPIN, czyli utwór, który został jednym z pięciu mocograjów Radia LUZ. To naprawdę gorrrąca premiera, której nie można przespać! 

SPIN to istna fuzja, łącząca ze sobą najbardziej egzotyczne elementy, o jakich można tylko pomyśleć – koreański pop, za który odpowiada słodki głos Somin i Jiwoo, elementy rapu wprowadzane przez BM’a i J.Steph’a oraz rytmiczne latynoskie dźwięki idealnie wzbogacające kawałek. Na piśmie brzmi to tak, jakby mogło nie wyjść.. ale proszę się nie zniechęcać, bo SPIN to świetna propozycja, której słuchanie pozwoli na dłużej zatrzymać się w wakacyjnym, a w dodatku gorącym, klimacie.

Wytwórnia DSP Media pozwalając na debiut KARD, podjęła się ogromnego ryzyka, ponieważ koreańskie zespoły raczej słyną z tego, że są albo girlsbandem, albo boysbandem. Stąd decyzja o tym, aby utworzyć KARD mogła się okazać zupełnym niepowodzeniem. Jednak, jak widać i słychać, KARD ma się dobrze i cyklicznie powraca z nowymi albumami. 

Choć nie są najbardziej doceniani w Korei, to poza Azją cieszą się naprawdę sporą popularnością. Lubiani są zwłaszcza w Ameryce Południowej i ten ślad da się usłyszeć w wielu ich utworach, a kawałek SPIN jest tego wzorowym przykładem.

Paulina Madej

George Daniel – Screen Cleaner

george daniel screen cleaner

Impuls. Dalej. Prawo. Lewo. Mniej więcej takie (w luźnym tłumaczeniu) sentencje wymawia Tove Lo w swoim rodzimym, szwedzkim języku. Ów statement możemy usłyszeć w nowym mocograju, klubowym bangerze Screen Cleaner. Stoi za nim nikt inny, jak George Daniel – perkusista i główny producent The 1975, którego debiutancki solowy utwór wytycza nowy kierunek artystycznej drogi. Stanowczo odcina się od romantycznego brzmienia macierzystej formacji: jest brudniej, ciężej i co najważniejsze – piekielnie gorąco.

Wydanie stanowi kulminację najnowszych poczynań artysty. Przez ostatnie miesiące George nie próżnował. Dotrzymywał kroku swojej narzeczonej i naszej królowej mocograjów Charli xcx w jej dzikich rozróbach pod hasłem PARTYGIRL. Dorzucał także produkcyjne trzy grosze do wielu krążków, w tym m.in. legendarnego już Brat. Jeśli to jednak nie wystarcza, to uwaga – założył własny label. No, prawie własny.

Dh2, którego George Daniel został głową, to w rzeczywistości stricte taneczno-elektroniczny odłam Dirty Hit, niezależnej wytwórni i domu dla takich nazwisk jak Been Stellar, Lava La Rue czy ww. The 1975. Pod jego skrzydła zdążyła już trafić m.in. Kelly Lee Owens, której nowa era oficjalnie zapoczątkowała katalog dh2. Owocny ciąg wydarzeń, prawda? Screen Cleaner wydaje się zatem być idealnym punktem zwrotnym tej obfitej w niespodzianki ścieżki. Zastanawia jednak pytanie, co dalej?

Odkąd w samym środku pandemii ukazał się Notes On A Conditional Form, czwarty album The 1975, wiele znaków na niebie wskazywało, że ów debiut to tylko kwestia czasu. Utwory takie jak Having No Head, Yeah I Know czy Shiny Collarbone ukazały emocjonalne podejście artysty do groovy, elektronicznych połączeń dających poczucie wewnętrznego spokoju i równowagi. Zupełnie niczym medytacja. Jak się okazuje, była to zaledwie cisza przed burzą, która miała dopiero nadejść. Czy mamy do czynienia z jednym bądź kilkoma osobnymi utworami? Może całą płytą? Jedno jest pewne: nie możemy się doczekać. A teraz wracamy na parkiet.

Antek Winiarski

Adrienne Lenker – Once A Bunch

Once a Bunch to utwór, który doskonale rozwija to, co Adrienne Lenker, nie tylko solowa artystka, ale również wokalistka grupy Big Thief, zaprezentowała na swoim najowszym albumie Bright Future. Frywolność polnej przejażdżki pickupem, akustyczne brzmienia kojarzące się z letnimi ogniskami i introspektywne teksty, które wywołują śmiech i łzy. Singiel Once a Bunch kontynuuje tę estetykę, ale jednocześnie wydaje się jeszcze bardziej wyrafinowany, jakby Lenker znalazła głębsze warstwy swojej muzycznej tożsamości w prostej estetyce folk-country.

Podobnie jak w Bright Future, gdzie dominowały motywy natury i osobistego doświadczenia, w nowym singlu również znajdziemy ten wysublimowany balans. Jesto tutaj dużo gitary akustycznej i sielskości skrzypiec. Lenker, choć pozostaje wierna swoim korzeniom, pokazuje, że potrafi rozwijać brzmienie utworów i wprowadzać nowe, subtelne elementy, które sprawiają, że jej muzyka pozostaje świeża i angażująca.

To utwór, który wciąga w intymny świat emocji, pozostawiając słuchacza z poczuciem, że uczestniczy w czymś wyjątkowym i głęboko osobistym.

Julia Prus

 

 

Villager – Sósia

Egzotyczne eksperymenty prosto z Waszyngtonu. Najnowszy singiel amerykańskiego producenta Alexandra Younga tworzącego pod pseudonimem Villager ma wyłącznie jedno zadanie – i jest nim rozgrzać słuchaczy Akademickiego Radia LUZ do czerwoności! 

Poza paroma flirtami z brzmieniami zahaczającymi o garage czy dubstep, większość wcześniejszych projektów Villager’a celebrowała subtelność pierwszych wydawnictw Four Tet’a. Utwór Sósia można określić swego rodzaju próbą badawczą, w której to Young sprawdza się na nieznanych dla siebie sonicznych wodach. Efektem tego ambitnego testu staje się dzika fuzja baile funku oraz garage’u, w której nie brakuje agresji oraz zabawy dynamiką. Tłusty bas, który prowadzi całą kompozycję atakuje słuchacza przez cały czas nie dając nawet chwili wytchnienia. Intensywność całości dopełnia żywiołowa sekcja rytmiczna, która stanowczo podkreśla abstrakcję niskich tonów. 

Zdobywając uznanie producentów klasy Flying Lotusa czy Bonobo, producencka kariera Alexa Younga powoli zaczyna nabierać rozpędu. Wszechstronność, jaką Villager aktualnie reprezentuje z pewnością stawia go w pozycji jednej z najbardziej intrygujących postaci na aktualnej scenie amerykańskiej elektroniki. 

Jędrzej Śmiałowski

Xiu Xiu – Veneficium

Miniony tydzień fani Xiu Xiu na pewno mogą zaliczyć do udanych, bowiem ich ulubieńcy, jeszcze przed premierą płyty, wydali podwójny singiel – Arp Omni i Veneficium. Również Radio LUZ nie mogło przejść obok tego obojętnie! Dlatego też kawałek Veneficium zostaje wyróżniony i melduje się na liście mocograjów! 

Veneficium to piosenka, która jak najbardziej ma w sobie coś z muzycznej psychodelii. Wpływa na to sama kompozycja utworu, łącząca brzmienie ciężkich gitar z organowymi wstawkami i elektronicznymi elementami. Całość wieńczy błagalny głos Jamiego, dodając tym samym, ogólnie obecnej w piosence, dramaturgii.

Jednak, by rzeczywiście mieć komplet składników, należy także wspomnieć o solidnej dawce absurdu. Wszak teledysk do Veneficium został nagrany tosterem… Bynajmniej nie chodzi tu o jakość nagrania! I trzeba to zdanie potraktować poważnie (o ile da się tak w ogóle myśleć o absurdzie). W każdym razie toster, jak i sam tost, odgrywają znaczącą rolę na klatkach filmowych. Xiu Xiu natomiast na tym nie poprzestają i rzucają kolejnym mocnym zagraniem – otóż tost-kamera służy protagoniście teledysku do produkcji własnych wideo… wideo o pociągach. Reszta bohaterów także nadaje nowe właściwości kawałkom chleba, co chyba już zupełnie pokazuje, jak reżyser bawi się z odbiorcami. Ta pułapka pozostawiona dla nas, słuchaczy, to tak naprawdę wskazówka do przemyślenia tego, jak trywialna potrafi być nasza codzienność. 

Niezwykły kontrast oraz pięknie zarysowany absurdyzm to przepis na udany kawałek, czego dowiedli Xiu Xiu. Prowadząc nas na peron, abyśmy i my mogli wsiąść do pociągu, a następnie wyskoczyć przez toster, wprawiają nas w stan oniemienia, za który wszyscy tak bardzo uwielbiamy ten zespół. 

Paulina Madej

Mateusz Tomczak – Usta i ręce

mateusz tomczak usta i ręce

Jak zagrać koncert otwierający festiwal? Zapytajcie Mateusza Tomczaka. W ubiegły piątek to właśnie on zapoczątkował pełen muzycznych doznań katowicki OFF Festival. Było krótko, lecz intensywnie. W ciągu nieco ponad pół godziny usłyszeliśmy materiał z zeszłorocznego debiutu Ekshibicjonizm oraz niemałą garść numerów z nadchodzącego krążka. Ten ukaże się już na początku września, o tytule Niektóre sekrety powinny pozostać marzeniem. My jednak w rzekomym sekrecie nie potrafimy utrzymać pięknych doświadczeń wyniesionych z OFFowego koncertu.

Niesiony olbrzymią dawką ekspresji Tomczak miotał się po scenie, rzucał statywem czy owijał sobie szyję kablem od mikrofonu, zupełnie niczym Matty Healy na koncertach The 1975. Jedną z licznych wisienek na torcie było pogo w trakcie Usta i ręce – singla zwiastującego drugi album i nowego mocograja na 91.6 FM. Artysta określił go jako “ten utwór, gdzie jak ktoś chce wskoczyć w moshpit, to teraz jest moment”. Cóż, nie ma się co zastanawiać. Z elektronicznego bangera przerodził się w emo hymn, do którego nie sposób jakkolwiek stać w miejscu.

Antek Winiarski

Fontaines D.C. – Here’s The Thing

Do premiery Romance zostało już naprawdę niewiele czasu, jednak mimo to Fontaines D.C. rozpieszczają swoich fanów, wydając Here’s The Thing – trzeci singiel promujący nadchodzącą płytę.

Najnowszy utwór przyprawia o dreszcze. I, bynajmniej, nie chodzi tu wyłącznie o stronę muzyczną! Teledysk idealnie współgra z piosenką, zważywszy na to, że klatki doskonale oddają klimat niepokojących i powodujących gęsią skórkę produkcji filmowych. Dodatkowo na tę napiętą atmosferę wpływają ciężkie brzmienia gitar, które brzmią zupełnie tak, jakby pochodziły z grunge’owego albumu. Żeby tego było mało, to całość dopełniają elektroniczne elementy i sprawiają one tym samym, że Here’s The Thing staje się kosmiczną (w dobrym tego słowa znaczeniu) kompozycją.

Sam wokalista Fontaines D.C. o utworze mówił tak:

To niespokojna melodia, która w wwierca się , balansując między bólem a odrętwieniem

Po wybuchowym Starburster i potulnym Favourite zespół wychodzi z naprawdę wykręconą piosenką – Here’s The Thing. To zadziwiające, jak bardzo różnią się od siebie te kawałki, ale i jednocześnie, jak dobrze do siebie pasują. To tylko podwyższa oczekiwania wobec tego, jaki będzie Romance. Jednakże po tym, co zostało zaprezentowane, chyba nie trzeba się martwić o jakość krążka – Fontaines D.C. zawsze pokazują poziom i tak pewnie stanie się też w najbliższej przyszłości.

Paulina Madej

Thee Sacred Souls – Live For You

Często wydaje nam się, że wczesna muzyka rozrywkowa, klasyczny jazz czy soul są nie do odwzorowania. Często myślimy też, że już nikt nie jest w stanie tworzyć muzyki, jaka rozbrzmiewała w latach 60-tych, 70-tych czy 80-tych. Najdoskonalszym przykładem na obalenie tych teorii jest zespół Thee Sacred Souls.

Czerpią wyraźnie z klasycznego soulu i takich legend jak Marvin Gaye czy Curtis Mayfield. Chwytają słodycz soulu, sensualność melodii R&B i beztroskę dzieci kwiatów. Tworzą utwory lekkie, rozkoszne, rozpływające się w eterze. Oscylują wokół tematów miłości i piękna, podanych w ciepłym, oldschoolowym brzmieniu, które wydaje się zarówno nostalgiczne, jak i ponadczasowe.

Live For You to oda do życia. Zachęta do znalezienia w sobie tej miłości, którą dajemy innym. Afirmacja codzienności. Wezwanie do otwarcia głowy i przeżycia najmniejszych rzeczy w pełni. I idealnie rozbrzmiewa w słoneczne, letnie dni (choć jestem pewna, że nie tylko wtedy).

Zuzanna Kopij


Jack White – It’s Rough On Rats (If You’re Asking)

Jack White zaskoczył.

Cofnijmy się do 19 lipca 2024 roku, niecały miesiąc temu. W sklepach z płytami wytwórni White’a, Third Man Records, przez ten jeden, radosny dzień, do każdego zakupu dorzucano tajemniczą płytę winylową. Była ona zupełnie nieoznakowana, poza napisem NO NAME wytłoczonym na białym środku winyla zapakowanego w typowy biały rękaw. Kilku szczęściarzy, którzy dostali tajemniczy dodatek, szybko zorientowali się, że jest to niewydany materiał Jacka White’a.

Dlaczego w ten sposób White zapowiedział swój album? Możemy tylko zgadywać, ale od razu przyszło mi na myśl to, jak rozprowadzał swoje single, kiedy pracował jako tapicer. Chował 7-calowe płyty w meblach. Dość ryzykowne i niezbyt bezpieczne. Najwyraźniej White jest fanem nieoczywistych sposobów promocji i dystrybucji. Ale swój cel osiągnął. W internecie zrobiło się głośno na temat tego, że Jack White coś kombinuje, a nowa muzyka jest tuż za rogiem.

Wróćmy więc do bliższej przeszłości. 2 sierpnia – ukazuje się album No Name. Album napędzany bluesem, surowością i ciężarem. Album, w którym słyszę dużo The White Stripes, szczególnie z ich początków. Czasami miałam wrażenie, że na perkusji gra sama Meg White – poetycko wyznaczająca rytm, z akcentem na mocnej części taktu (nie współpracowała ona jednak przy tym albumie).

No Name ocieka dynamicznymi, surowymi riffami, jak i słodkimi slajdami. Momentami komiczny, momentami śmiertelnie poważny. Luźny i jednocześnie przygniatający. Porusza najróżniejsze tematy od głośnych sprzeciwów wobec instytucji katolickich (Archibishop Harold Holmes), poprzez krytykę współczesności (What’s The Rumpus? z fantastyczną linijką „w tych czasach prawda stała się opinią”) aż do złożonych rozważań na temat narcyzmu (Bless Yourself). Tytułem mocograja wyróżniamy natomiast It’s Rough On Rats (If You’re Asking). Jest on poniekąd złotym środkiem – surowy, bluesowy, zdecydowany i ukazuje niezwykłe możliwości, zarówno wokalne, jak i gitarowe, Jacka White’a. Niech będzie on dla Was zachętą do przesłuchania całego albumu!

Bo White po kilku latach spektakularnych eksperymentów powraca do istoty swojej sztuki.  I choć te wycieczki przyniosły wiele wspaniałej muzyki, to w tych odkrytych na nowo fundamentach rock’n’rolla tkwi jego prawdziwy geniusz.

Zuzanna Kopij