Danny L Harle to świetny producent muzyczny. Przez lata związany z wytwórnią PC music, tworzył utwory między innymi dla Caroline Polachek, 100 gecs, CharliXCX, czy Clairo. Sam wyznaje, ze lubi konkrety. Po jego muzyce możemy więc oczekiwać albo krótkich i szalenie tanecznych propozycji, albo długich, ambientowych zestawień. Tych drugich, jak zdradził ostatnio, ma teraz w planach więcej. Nie widać tego jednak po jego najświeższym kawałku.
Utwór Starlight to czysta i intensywna ekstaza dźwiękowa. Do elektronicznej ferii brzmień swój delikatny głos dograła Pink Pantheress, o której od kilku lat jest coraz głośniej, szczególnie po jej majowej EPce w klimacie przełomu lat 90 i 00. W efekcie, jak to często u Danny’ego bywa, otrzymujemy transową kompozycję z bubblegumową wkładką wokalną, przyprawioną o dość gorzki tekst. Te aspekty w teorii stoją na przeciwko siebie, lecz to nie znaczy, że są w opozycji. W końcu czy na parkiecie nie można wytańczyć swych przemyśleń i złamanych serc?
Baxter Dury z klasą zaszczyca nas kolejnym singlem, który zapowiada album Allbarone, zaplanowany na 12 września. Artysta przyznaje, że inspiracją do stworzenia nowej płyty była Charli XCX i jej zeszłoroczny BRAT. Rzeczywiście – jest mocniej i bardziej elektronicznie niż bywało, chociaż dalej w baxterowym, synthpopowym stylu. Anglik obiera w zdecydowany sposób ten interesujący kierunek, stawiając na bardzo taneczne kompozycje. Schadenfreunde kontynuuje stylistykę poprzednich singli. Znajdziemy tu chwytliwe riffy, lekko noirowe synthy, damskie, eteryczne wokale i melorecytowane przez Baxtera opowieści.
Dury wcześnie wybrał ścieżkę kariery i dość szybko rzucił szkołę. Widać, że nie próżnował, Jego umiejętność retrospektywnego snucia opowieści, a także zwinne ruchy sceniczne to esencja jego osobliwej persony. Podobnie jak marynarki oraz kolorowe koszule!
Schadenfreunde to termin opisujący czerpanie przyjemności z cudzego nieszczęścia. Rzeczywiście, utwór przeszyty jest podobną nutą goryczy co singiel Allbarone. Są rozterki, rozstania, rozjazdy, porzucenia i niechęci, a to wszystko zabarwione nocnym smakiem wieczornego nieba, imprez i innych przyjemności, współtowarzyszących takim okolicznościom. Nie będziemy jednak ujawniać dalszych szczegółów. Baxter Dury zrobi to lepiej. Wrzućcie na uszy słuchawki, na plecy marynarkę i ruszcie w noc na spacer z naszym Mocograjem.
Jazz i rap to gatunki nierozerwalnie ze sobą związane. Poczynając od legendarnych albumów formacji A Tribe Called Quest, a kończąc na współczesnym arcydziele w postaci To Pimp A Butterfly Kendricka Lamara, połączenie lirycznej maestrii oraz bitów o synkopowanym zabarwieniu wielokrotnie wydało już piękny muzyczny plon. Warto jednak w tym miejscu podkreślić jedną rzecz. W dziełach artystów (przynajmniej z założenia) hip-hopowych, ciężar gatunkowy zdecydowanie częściej przechyla się na stronę rapu, traktując jazz jedynie jako towarzysza. McKinley Dixon na swym najnowszym albumie Magic, Alive! obrał jednak inną drogę.
Pochodzący z Richmond muzyk to jedna z najbardziej intrygujących postaci na współczesnej scenie hip-hopowej. Od początku kariery jego twórczość nierozerwalnie związana jest z jazzem. Słychać to choćby na wydanym dwa lata temu albumie, o wiele mówiącym tytule Beloved! Paradise! Jazz!?. Jednak znakomite aranżacje tego projektu to jedynie przedsmak tego, co dzieje się na Magic, Alive! Projekt ten, moim zdaniem, ciężko sklasyfikować bowiem jako “tylko” jazz-rap. To nowoczesne, jazzowe utwory, w których głos Dixona stanowi kolejny, wiodący instrument. Wykrzyknik w tytule płyty nie jest przypadkowy – od pierwszych minut zachwyca zarówno intensywnością, jak i rzucającym się od razu w uszy niezwykłym dopracowaniem każdej warstwy dźwiękowej.
Również lirycznie Magic, Alive! kontynuuje ścieżkę, wytyczoną przez Beloved! Paradise! Jazz!?. Sztandarowym utworem z tamtego wydawnictwa jest przepiękne Run, Run, Run, zestawiające ze sobą niewinne zabawy dzieciństwa z brutalnością środowiska, w którym wychowywał się Dixon. Ta wizja zostaje rozciągnięta na najnowszy album. Oscyluje on wokół historii grupki chłopców, którym za pomocą magii udaje się przywrócić do życia tragicznie zmarłego przyjaciela. Niestety, zmartwychwstały kompan okazuje się nie być tą samą, dobrą osobą, co wcześniej.
Nasz Mocograj, Run, Run, Run Pt. II, po nieśpiesznym, marszowym początku, zabiera nas we frenetyczną podróż. Celem jest desperackie utrzymanie się na wściekle bujającej się pod stopami linie życia. Błyskawicznie wyrzucane przez rapera, poetyckie wersy zlewają się ze spektakularnym instrumentarium w całość, która perfekcyjnie oddaje sens opowiadanej historii. O życiu szalonym i intensywnym, lecz kończącym się zbyt szybko. To wyjątkowe, magiczne wręcz dzieło. Tak samo jak cały album Magic, Alive!
Leon Bridges to dla mnie artysta ambiwalentny. Z jednej strony potrafi tworzyć utwory, których czar przykuwa je do moich słuchawek na długie miesiące, a nawet lata. Z drugiej jednak jego niewątpliwy talent kompozytorski często nie jest w stanie udźwignąć długości pełnego longplaya, przez co do większości z jego albumów wracam jedynie dla pojedynczych perełek. Na szczęście w przypadku gościnnych występów najczęściej pokazuje swoją lepszą stronę. Najlepszym tego przykładem jest kapitalny singiel Elegantly Wasted, nagrany wspólnie z braćmi Gutiérrez.
Szwajcarskie-ekwadorskie duo instrumentalistów po raz pierwszy zdecydowało się na stworzenie anglojęzycznego utworu. Bridges jest znakomitym kompanem, by wykonać ten duży krok. Jego emocjonalny, lecz jednocześnie pełen luzu głos perfekcyjnie odnajduję się na soulowej, delikatnie latynosko zabarwionej piosence. Ciasno upakowane instrumentarium, płynność prowadzącej gitary oraz delikatna modulacja wokalu sprawiają, że świat, niczym po kilku kieliszkach, z łatwością może zawirować dookoła nas. Co jednak ważne – niezmiennie z elegancją.
Najnowszy projekt Tylera, The Creatora, Don’t Tap The Glass, to gwałtowne odejście od introspektywnej natury jego ostatniego albumu, Chromakopia. Widać tu podobny schemat do dwóch ostatnich albumów Kendricka Lamara, gdzie po muzycznym zapisie terapii w formie Mr Morale & The Big Steppers, nadeszło przepełnione westcoastową duszą GNX. W przypadku K-Dota zapalnikiem dla zmiany stylistyki był ogromny szum, wokół jego lirycznej potyczki z Drakiem, a szczególnie gigantyczny sukces utworu Not Like Us. Don’t Tap The Glass powstało z nieco innych pobudek.
Okonma od kilku miesięcy jest w trasie koncertowej, promującej wspomnianą Chromakopię. Mimo ogromnej energii i zaangażowania, które wkłada w swoje występy, wielu widzów spędza je wpatrzone w ekrany telefonów. To skłoniło artystę do stworzenia płyty, przeznaczonej do spontanicznego wprawiania ciała w rytmiczne, szalone podrygi. Instrukcje są więc jasne. Usłyszeć je można w pierwszych sekundach, otwierającego tracklistę Big Poe:
Welcome
Number one, body movement (Funky)
No sitting still (Dance, bro)
Number two, only speak in glory
Leave your baggage at home (None of that deep sh*t)
Number three: Don’t. Tap. The Glass.
Szczególnie kluczowy jest powtarzany wielokrotnie w trakcie 28-minutowego projektu apel: Nie dotykaj ekranu. Odłóż telefon. Tańcz. Gdy ma się taki podkład, jak Big Poe, z gościnnym udziałem Pharella Williamsa (ukrytego pod pseudoniem Sk8brd), faktycznie ciężko usiedzieć na miejscu.
Jorja Smith powraca do grona Mocograjów, dzięki najnowszemu singlowi With You . Za pomocą swojego głębokiego głosu melodyjnie prowadzi nas po kolejnych etapach miłosnego szczęścia. W przeciwieństwie do większości utworów z jej poprzednich albumów, podkładem nie jest jednak atmosferyczny soul, lecz silnie brytyjsko zabarwiona elektronika. To kontynuacja trendu, który zapoczątkował jej pierwszy tegoroczny singiel – znakomite The Way I Love You. Wygląda więc na to, że następny album Brytyjki okaże się raczej klubowym bangerem, niż melancholijnym zamyśleniem. Z czego bardzo się cieszę, bo Smith na With You brzmi znakomicie. Tak, jak powinna zakochana osoba.
Są piosenki, które nie zapadają w pamięć a prosto w krwioobieg. rdza, nasz nowy Mocograj, nie obchodzi się z nami delikatnie. To utwór, który drażni nerwy i pieści zmysły w tym samym momencie. Podczas słuchania tekstu orientujesz się, że coś ściska Cię w klatce. A potem czujesz dreszcze. Od karku do kręgosłupa.
Dostajemy poezją prosto w twarz- taką bez filtra, za to brutalnie szczerą. Każdy wers odkrywa kolejne warstwy strachu i bólu, który zaczynasz czuć w ciele.
korozyjny ból mnie trawi, umieram na brak odwagi
Trudno nie poczuć tego gdzieś głęboko pod skórą. Nagle przestajemy być słuchaczami, a stajemy się uczestnikami tego, co boli. Bo kto nigdy nie umarł z braku odwagi?
Autentyczność wyśpiewywanych fraz zwilża oczy. To wszystko mogłoby się źle skończyć gdyby nie głos irys- zwinny, pełen kolorów, lecz słodko-gorzki. Momentami serwuje dźwięki powietrzne, zwiewne, tylko po to, by za moment uderzyła nas fala pełnego spektrum jej głosu. Jest zjawiskowa i nie mam wątpliwości, że to początek czegoś dużego.
Napięcie między subtelnością a brutalnością działa doskonale. Gładka, melodyjna linia wokalna kontrastuje z ostrymi słowami, a całość pięknie dopełnia metaliczny saksofon, który momentami sam wydaje się brzmieć jak zardzewiały. Kompozycja nie stoi w miejscu ani przez chwilę, oddycha razem z tekstem dzięki pulsującej sekcji rytmicznej. I zostaje w środku jeszcze długo po ostatnim dźwięku.
Premiera Mountain Dew była długo wyczekiwana przez sympatyków twórczości Stanka i ih8uparo. Pierwsze wersje singla wybrzmiewały we wrocławskich klubach już od kwietnia, czy to grane przez samych twórców, czy przez zaprzyjaźnionych z nimi DJ-ów. Apetyt rósł w miarę upływającego czasu, ale chyba nie mogło być lepszego momentu, aby utwór w końcu ujrzał światło dzienne. W tym letnim upale Mountain Dew daje upragnioną ochłodę.
To produkcja, w której dźwięki są tak ostre, że z łatwością przeszywają na wylot. Forma jest raczej oszczędna, ale określenie bitu minimalistycznym to nadużycie. Każdy dźwięk jest barwny, starannie dopracowany, i ma swoje określone zadanie – czy to nieść się echem, czy przesterem wprawiać w chwilowy dyskomfort. Surowość produkcji ih8uparo opiera się na budowaniu wolnej przestrzeni między częściami melodii. Te „przerwy” to idealne miejsce na ciasno zbite wersy Stanka. Wokal staje się spoiwem nie tylko między poszczególnymi dźwiękami, ale też dwiema częściami utworu. Nie ma tu refrenu. To nie jest konkretna opowieść, lecz zarysowanie scenerii, oddanie klimatu – zarówno w słowach jak i brzmieniu. Gdy słucham Mountain Dew, widzę oczami wyobraźni opustoszałe przestrzenie, w których jedynymi śladami obecności człowieka są grafficiarskie wrzuty na ścianach i puste puszki po farbie. To miejsca na uboczu. Muszą takie być, przecież Stanek sam przyznaje, że omija centrum.
Co jakiś czas lubię sprawdzać listę najlepszych albumów danego roku, ułożoną według ocen użytkowników portalu Rate Your Music. Tak, wiem. Każdy ma swój gust, po co mi więc wiedza o tym, jaka muzyka podoba się najbardziej innym ludziom? Już tłumaczę. Te podsumowania dają szansę na poznanie nieznanych mi wcześniej wykonawców. Czasem ich projekty z miejsca stają się i moimi ulubieńcami ostatnich miesięcy. Tak właśnie stało się w przypadku najnowszej płyty japońskiej grupy betcover!!
Tytuł najnowszego albumu zespołu, 勇気 (Yuki), można przetłumaczyć jako Odwaga. Zdecydowanie nie brakuje jej w siedmiu kompozycjach, tworzących projekt. Jego pierwsza połowa, na czele z naszym Mocograjem ミー子のコンサート (Koncert Miko) , ma w sobie nieodpartą, musicalową wręcz energię. Przesiąknięte jazzem kompozycję w niektórych momentach skręcają w stronę brzmień podobnych do ostatniego albumu Geordiego GrippaThe New Sound, w innych zaś przywodzą na myśl czołówkę ekstrawaganckiego anime w stylu Cowboya Bebopa. W drugiej połowie tracklisty tempo zwalnia. Jej art-rockowe zabarwienie daje więcej przestrzeni na głos lidera grupy, Jiro Yanase, zwłaszcza w przepięknej, emocjonalnie naładowanej kompozycji サマーランド.
Album 勇気 (Yuki) to znakomity przykład na to, jak wyjątkowa potrafi być japońska muzyka. Jej cechą charakterystyczną jest dla mnie przepuszczanie zachodnich wzorców gatunkowych przez tamtejszą kulturę i wrażliwość. Na najnowszym albumie betcover!! zjawisko to objawia się dwojako. Z jednej strony wolniejsze kompozycje drugiej połowy płyty przepełnione są wzruszającą, poetycką melancholią. Z drugiej zaś, pierwsza połowa serwuje dalekowschodnią wizję jazz-rocka, pełną szaleństwa i saksofonu. Choć w tekście ミー子のコンサー zrozumiałe jest dla mnie tylko jedno słowo, to idealnie sprawdzi się jako wyraz wdzięczności dla japońskiej grupy za 38 minut znakomitej muzyki. Arigato betcover!!!
Na myśl o VTSS od razu do głowy przychodzi nie tyle, co brak zasad, ale przełamywanie ich i tworzenie czegoś zupełnie nowego i zjawiskowego. Dzięki temu artystka cieszy się popularnością w rodzimej Polsce oraz poza jej granicami. Zawsze dowozi eksplodującą energię, bezkompromisowość i najlepsze klubowe brzmienia. Can’t Catch Me idealnie wpisuje się w tę definicję. To kawałek mocno mechaniczny, rodem z fabryki, przy czym porywający myśli na parkiet. Stylistycznie łączy takie gatunki jak electroclash, EBM i industrial techno. Jest surowy i pulsujący. Od pierwszych sekund uderza z niepowtarzalną i typową dla VTSS mocą.
Can’t Catch Me to także głos w ważnej sprawie. Utwór został stworzony po to, aby szerzyć świadomość na temat panowania nad własną tożsamością w Internecie, a także, by przestrzec przed niepokojącą popularnością cyfrowych sobowtórów.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.