Audiologiczny nektar – gęsty, słodki i satysfakcjonujący dla wymagających uszu. Dżungla to kompozycja, w której pierwszorzędny chaos jest nie tylko istotny, ale też bezbłędnie przeprowadzony. Poprzez brawurową fuzję brzmień, SHAUVVIA kreuje dynamiczną, pełną napięć podróż, świadomie igrając z kontrastami. To dopiero trzeci singiel na mapie ich twórczości – (nie)śmiały rozkwit, który zapowiada prawdziwą burzę. Swoje ślady zostawili już w takich przestrzeniach jak Teatr BARAKAH, instytucji znanej z konsekwentnego wspierania debiutantów i poszukiwania nowego języka, a także na Festiwalu Rockhouse, dedykowanym zespołom u progu kariery.
Duby smalone… ale właściwie dlaczego jamajskie wynalazki tak dobrze przyjęły się w śnieżno-deszczowych rejonach północnej Europy? Słuchając nowych, zdubowanych przy pomocy analogowych pogłosów od soundsystemu Trensum Tribe wersji numerów z ostatniego albumu LUZ / Quest for fire (fajna pierwsza część tytułu) Szweda Axela Bomana, który już i tak brzmiał jak zza woalki, można odnieść wrażenie, że dub to wprost idealny gatunek na zimę: ciepły, lekko rozkminkowy i pokryty kojącą basową otulinką niczym göteborski blok styropianem.
Do Mocograjów trafia zatem Hold On, w którym śpiewa Baba Stiltz, naczelny zamulacz labelu Studio Barnhus. Idealny soundtrack do pełnego nadziei, ale nie spieszącego się nigdzie czasu noworocznego przełomu. Na sylwestra natomiast polecamy odpalić coś z wcześniejszych dokonań Bomana: czy to będzie jego najsłynniejszy, brzmiący jak nawiedzone Disclosure singiel Purple Drank, czy może coś nowszego (np. ubiegłoroczne, skrajnie skwaszone Forever Latino) – każdy z nich ładnie siądzie na domówkowym, kameralnym parkiecie.
Od rapu o furach lepsza jest cała płyta o furze – jednej. Ostatni kanciasty (pierwsza rejestracja w 1985 r.) Eldorado w topowym trimie Biarritz to łabędzi śpiew motoryzacji z USA: dziecko ponurych czasów, kiedy wszyscy już wiedzieli, że produkty Wielkiej Trójki z Detroit będą już tylko doganiać jakość importowanych bryk, a nie samodzielnie wyznaczać trendy, nawet w najbardziej amerykańskim z amerykańskich segmencie personal luxury. „Kiedyś to było”, mawiają motokonserwatyści i na przekór elektromobilności motają stare klasyki, ciesząc uszy dźwiękiem V-ósemki bez turbo. Low’n’slow, tako rzeczą chicanos.
Jednym z takich wariatów jest Big K.R.I.T., g-funkowy El Veterano, który nie raz i nie dwa dawał wyraz swojemu uwielbieniu dla ciężkiego żelastwa na szprychowych dwudziestkachdwójkach, a teraz zrobił to ponownie: tytuł nowego LP Dedicated to Cadalee Biarritz mówi sam za siebie. Z niego wybraliśmy Elevated, w którym bragga „I’m nothing like the latest” brzmi jak manifest oldschoolowca z dowolnej branży. Prawdziwy muthaphukkin G w jakiejś tesli wyglądałby niepoważnie, ale akurat do tego tłuściocha można się bujać nawet podczas przejażdżki malczanem (mówię to jako wieloletni kierowca Fiata Seicento).
Crystallise My Tears to trzeci singiel zapowiadający nadchodzący album Danny’ego L Harle’a, Cerulean. Wcześniej artysta zaprezentował utwór Starlight z udziałem PinkPantheress oraz Azimuth, w którym usłyszeć mogliśmy często współpracującą z nim Caroline Polachek.
Tym razem Danny L Harle przedstawia efekty swojej współpracy z Oklou oraz MNEK, serwując taneczną, a jednocześnie niezwykle subtelną kompozycję. Charakterystyczny, delikatny wokal Oklou doskonale współgra z energetycznymi kickami, tworząc eteryczną i rozmarzoną atmosferę. Współkompozytorem utworu jest Nate Campany – autor hitów artystek takich jak Rina Sawayama, Chappell Roan czy Sabrina Carpenter.
Debiutancki album Danny’ego L Harle’a, Cerulean, ukaże się już 13 lutego 2026 roku. Pozostaje nam czekać na ten krążek z niecierpliwością.
2025, było minęło, wiesz jak jest (…) Trójkąt Warszawski dwa Krytyka miesza go z błotem W sumie to owszem Mogłem odpuścić plot twist, w którym się Piotrek okazał robotem
Jak powiedział w 2018 roku, tak teraz zrobił. W nocy z czwartku na piątek, 19 grudnia 2025 roku, Taco Hemingway wypuścił nowy album. Jest to kontynuacja historii z debiutanckiego, wydanego równo 11 lat wcześniej Trójkąta Warszawskiego. Jak to ma w zwyczaju, raper nie pokusił się o właściwie żadną promocję krążka. Nie przeszkodziło to w zdominowaniu wszystkich serwisów streamingowych oraz wykręceniu liczb nieosiągalnych dla praktycznie żadnego innego artysty w tym kraju. Czy krytyka faktycznie jednak powinna zmieszać z błotem Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły?
Zacznijmy od negatywów – nie jest to w żaden sposób przełomowa płyta w twórczości Filipa Szcześniaka. Zarówno podzielenie opowieści na kilka rozdziałów, jak i dobór bitów, flow oraz sposób opisywania rzeczywistości to elementy, które, w tej, lub podobnej formie, były już znane jego słuchaczom. Również bohaterowie oryginalnego Trójkąta, do których losów wracamy po ponad dekadzie, nie są nam obcy. Jeśli ktoś oczekuje totalnej świeżości, czeka go więc rozczarowanie.
Moim zdaniem największą siłą Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły jest pokazanie opowiedzianej już raz historii z zupełnie nowej perspektywy. Głównym bohaterem debiutu Taco nie była bowiem opisywana w nim trójka ludzi, lecz otaczające ich miasto, w którym raper perfekcyjnie wynajdywał i opisywał na pozór zwyczajne fragmenty rzeczywistości. Na najnowszym LP sytuacja się odwróciła. Warszawa staje się bezdusznym, przytłaczającym tłem, podkreślającym jedynie zagubienie narratora.
Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły to historia człowieka zatraconego w przeszłości, który obwinia świat za swoje niepowodzenia. Piotra-Łotra za odbicie mu przed laty tej jedynej, wymarzonej dziewczyny. Miasto i świat za brak perspektyw. W losy protagonisty, lamentującego nad utraconą młodością i szansami, Szcześniak bardzo zgrabnie wplata obraz socjoekonomiczny pokolenia wielkomiejskich millenialsów. Niby zarabiających dobrze, ale ciągle za mało w stosunku do pędzącej inflacji. Niby pchających życie i karierę do przodu, ale coraz bardziej zatracających marzenia w cieniu szarego życia.
Metropolitalny nastrój podkreślają starannie dobrane bity, czasem spoglądające w przeszłość, czasem idące w stronę newschoolu. Te pierwsze, które swoimi skreczami wzbogacił duet The Returners, przeważają w pierwszej części płyty. Choć brak im surowości i świeżości muzyki z Trójkąta Warszawskiego, to bardzo sprawnie wykorzystują chociażby liczne cuty największych ulicznych poetów stolicy. Te drugie z kolej pokazują ciągle rosnącą swobodę Szcześniaka na nowoczesnych podkładach. Pomimo narastającej od połowy albumu atmosfery duszącej paranoi trafiają się też lżejsze, natychmiast wpadające w ucho utwory. Wyróżnić można tutaj Fotomodelki z cudownymi, high-pitched samplami wokalnymi, czy Zakochałem się pod apteką.
Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły to album idealnie pokazujący przemianę w twórczości Taco Hemingwaya od czasów Trójkąta Warszawskiego. Nie jest on już obserwatorem ludzkich drobnostek, splecionych ciasno z wielkomiejskim gwarem. Obecnie bardziej skupia się na pojedynczych ludziach – czy to na sobie, czy wykreowanych przez siebie bohaterach i za ich pomocą opisuje szersze zjawiska społeczne. Przede wszystkim jednak jest w stanie stworzyć niezwykle spójny projekt, w którym każdy element, jak znakomite gościnki Livki, ma precyzyjnie zaplanowane miejsce we wciągającej, dystopijnej historii.
PS: Cieszę się, że Taco jednak nie odpuścił plot twistu, w którym się Piotrek okazał robotem.
Judeline powraca z najnowszą EP-ką, która w połowie grudnia przenosi nas w świat nostalgii za latem. VERANO SAUDADE (hiszp. „letnia tęsknota”) to pięć utworów, dzięki którym możemy poczuć promienie słoneczne i przypomnieć sobie lekkość wakacyjnych dni.
Utwór mi breve juventud opowiada o młodości, która jest ulotna. Artystka śpiewa o świadomym jej przeżywaniu, które sprowadza się do tak prostych rzeczy, jak pragnienie obserwacji wschodu słońca czy spacer nad morzem. Bit pulsuje w rytmie delikatnej elektroniki, w połączeniu z nienachalnym afrobeatem, a subtelny wokal Judeline nas otula i nadaje słodyczy całości. Kontrast stanowi zwrotka gościnnie pojawiającego się Pa Salieu, którego głos wprowadza do nagrania dodatkową dynamikę i szorstkość.
Utwór zostawia nas z poczuciem akceptacji przemijania oraz przypomina, że powinniśmy w pełni przeżywać każdą chwilę.
Choć czołowy członek grupy Drain Gang — Bladee, nie wydał w tym roku żadnego długogrającego albumu, nie pozostawił on swoich fanów z niczym. Cloud-rapowy artysta wydał potrójny singiel Ste The Beutiful Martyr 1st Attempt, który stał się pretekstem do ogłoszenia trasy koncertowej. Podobnie, pojawiły się kolejne owoce regularnej współpracy artysty z Yung Leanem, ale również wydane zostało wiele utworów, na których Bladee udziela się gościnnie. Wśród tego wszystkiego pojawiło się też miejsce na głęboko poruszającą opowieść, w której Bladee jest jedynym artystą udzielającym się lirycznie. Mowa o Ingen hör, który zostaje mocograjem Akademickiego Radia LUZ!
Ingen hör to opowieść z wnętrza, spod warstw, które na co dzień człowiek na siebie ubiera. To utwór wychodzący z głębi serca artysty, niosący ze sobą silne emocje, wobec których ciężko pozostać obojętnym. Niepewność, rozpacz, pragnienie zyskania jeszcze jednej szansy — o tym śpiewa Bladee. Co więcej, śpiewa w swoim ojczystym języku — po szwedzku — co w całej jego obfitej dyskografii nie zdarza się tak często. Rezygnacja z języka angielskiego, czyli tego, który większość jego fanów by zrozumiała, potęguje wrażenie o osobistym charakterze singla. To nie słuchacze rapera mają zrozumieć przekaz, nie do nich ma on trafić. Adresatem jest absolut. Ingen hör to osobliwy rodzaj modlitwy — słowa skierowane do Boga, będące jednocześnie wyrazem zwątpienia w Jego istnienie — czy jest ktokolwiek, kto słucha słów wypowiadanych przez Bladee’a? W powtarzającej się frazie, która otwiera i zamyka tę liturgiczną opowieść, znajdujemy niezbyt optymistyczną odpowiedź:
Ingen här som hör (szw. nikt tutaj nie słucha)
Uważam, że przy tego typu projekcie — wypływającym z wnętrza i będącym wyrazem ukrytych emocji, nie łatwo dobrać osoby, z którymi się będzie współpracowało. Pojawia się kwestia zaufania — komu powierzyć pracę nad melodią do tak osobistego tekstu. Bladee wybrał jednak nieomylnie — producenckie trio, które przyczyniło się do powstania utworu to Yung Sherman, Woesum i Felix Lee. Artyści stworzyli melodię, która oddaje charakter połączenia ze sferą sacrum i dodatkowo potęguje podniosłość tekstu. Ingen hör to projekt, który jest spójny z dotychczasowym dorobkiem tych artystów, a równocześnie jest czymś zupełnie nowym.
DZIONSUO zapowiada nowy album i już wiemy, że będą tam Złote przeboje. Wesołe pianinko w nostalgicznej harmonii, transujący rytm, a nawet okładka singla zabierają nas na spacer prosto do ostatnich lat ubiegłego wieku.
Refren zaśpiewany jakby od niechcenia, świetnie działa z retro klimatem. A potem- zupełnie jak raper w teledysku- chodzi po głowie przez resztę dnia. Bit na chwilę zamienia się w mglistą chmurę dźwięków, by przygotować nas na niepodrabialne flow błyskotliwych i zgrabnych wersów. Sam artysta nazywa ten utwór spacerówką, a podczas słuchania chodzić zaczyna nawet głowa. DZIONSUO pokazuje nam się z tej bardziej romantycznej strony, ale odsłania też kilka swoich wad, które to właśnie stanowią jego Złote Przeboje.
Trans. To słowo które nasuwa się na język po przesłuchaniu nowego albumu Return of the Sufi Dub Brothers, z którego pochodzi nasz Mocograj. Dubowi bracia to w rzeczywistości duet łączący stare z nowym – Ashraf Sharif Khan gra na tradycyjnym arabskim instrumencie sitar a Victor Mark jest odpowiedzialny za wszystko co elektroniczne.
Utwór Dumba opiera się na powtarzających się frazach i rytmicznych, czasem wykrzyczanych słowach a gościnny wokal Patricka Kabré dodaje temu utworowi kolejny wymiar. Kultury przenikają się tu naturalnie od Pakistanu po Afrykę Zachodnią, a dokładnie Burkinie Faso, gdzie urodził się wokalista. Wszystko wraca, zapętla się, prowadzi nas dalej. Gdzie? Zajrzycie tutaj.
Kondukta, czyli Michał Różycki, niezmiennie pozostaje jedną z najciekawszych osób niezwykle różnorodnego rapowego undergroundu.
Muzyka Michała jest jak powiew ciepłego, letniego wiatru, nawet w grudniu. Zadziorna bezkompromisowość wylewająca się z tekstów utwierdza w czasem niewygodnych uczuciach. Zrozumienie uwypuklane jest ciekawymi instrumentalami, które za każdym razem zaskakują. I z każdym odsłuchem odsłaniają kolejne warstwy.
XOXO to pierwszy singiel wydany po zeszłorocznym czułym albumie PRZYJACIOŁOM. Wybrzmiewają w nim echa tego wydawnictwa, ale jednocześnie jest świeży, jak bryza. Słychać w nim „konduktową” asertywność, frywolność słowa i wielowarstwowość przy jednoczesnym dbaniu o każdy najmniejszy szczegół.
I co mnie zdziwiło w nim najbardziej — od tego singla bije jakiś nieopisany optymizm. Optymizm, z którego każdy teraz chętnie skorzysta.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.