Wśród najbardziej charakterystycznych reprezentantek londyńskiego indie popu ta gwiazda przyciąga wybitnie ciemną siłą. Nowy album My Method Actor tylko potwierdza jej pozycję. Nilüfer Yanya Artystką Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.
Nasza selekcja:
In Your Head
2019
ATO
Na pytanie „Co chcesz zaprezentować na debiucie?”, Nilüfer Yanya odpowiedziała „Tak.” Miss Universe, czyli wspomniany długogrający debiut otwierany hitowym In Your Head, wprost skrzy się od dobrych pomysłów. To prawdziwe songwriterskie tour de force 24-letniej wtedy artystki. Lekki punk – check, balearic downtempo – siup, bossa nova – zium; są nawet skity w formie „infolinii” dla psychicznie stroskanych. Przede wszystkim jednak to najbardziej przystępne wydawnictwo, na którym Nilüfer bardzo, ale to bardzo chce przekonać, że jest straszliwie utalentowana i okrutnie głodna sukcesu. Guess what – udało się.
Chase Me
2022
ATO
Nilüfer Yanya swoją karierę katapultowała dwa lata temu, wraz z premierą albumu PAINLESS – drugiego LP w jej katalogu. W kontraście do debiutu luz odłożono tu na bok: wkroczyliśmy bowiem w strefę ciężkich do zniesienia emocji, których szczytowym punktem jest ulokowane w połowie playlisty Chase Me. Emocje te podane są jednak w zastanawiająco chwytliwy sposób – to zasługa talentu twórczyni do tworzenia wkrętliwych melodii. Niezwykle spójną – i to kolejna różnica względem debiutu – całość wieńczy tytułowa katartyczna, lecz wyblakła „bezbolesność”. Sofomor Nilüfer okazał się na tyle mocarny, że zdobył również nasze wyróżnienie, lądując na 5. miejscu najlepszych wydawnictw 2022 r. według redakcji muzycznej Radia LUZ.
Like I Say (I runaway)
2024
Ninja Tune
Wydany dwa tygodnie temu My Method Actor to pierwsze wydawnictwo Nilüfer Yanyi w naprawdę dużym labelu. Kuratela Ninja Tune przełożyła się na dużo większą przystępność w porównaniu do poprzedniego, przełomowego dla niej (i prywatnie mojego ulubionego) PAINLESS. O ile tam byliśmy na deszczowej ulicy, teraz pozostajemy w ciepełku sypialni. Nilüfer na mapie współczesnego Londynu jest jednak na tyle charakterystyczną postacią, że pomimo zasadnych obaw o „rozpłynięcie” jej brzmienia otrzymaliśmy ściśle autorski materiał, którego nie wstyd pokazać zarówno wybrednym ziomalom, jak i nie mniej wybrednym rodzicom. Najlepszym potwierdzeniem będzie singiel Like I Say (I runaway).
Artyści kiedyś się kończą. Przekonała się o tym ostatnio bardzo boleśnie Katy Perry, zdumiona tym, że jej wielki comeback nie okazał się z marszu sukcesem. Artysta debiutuje, trafia w gusta słuchaczy; teraz powiedzielibyśmy, że trenduje; wydaje jedną, dwie, może i trzy płyty, a po jakimś czasie w bardzo naturalny sposób odchodzi w zapomnienie, dając o sobie znać odgrzewanymi Największymi przebojami, ale jednak szeroka widownia woli coś nowszego, świeższego. To naturalny cykl i tylko bardzo nielicznym jednostkom możemy przypisać więcej niż dziesięć lat uznania na scenie.
A trzy dekady? To rzadki wynik, któremu warto się przyjrzeć. Ale spodziewany, wszak czego innego oczekiwać po twórcy, który o sobie melorecytuje: W 1994 roku ni stąd ni zowąd na polskiej scenie muzyki tanecznej pojawił się wykonawca wszech czasów i taki pozostanie do końca. Czy to przesadna arogancja, czy bardziej testament swoich czasów: dzikich i kwaśnych lat 90. kraju nad Wisłą. Czy to ironia? Czy to odklejka? Internetowy żart, który poszedł za daleko; czy przemyślana kreacja, celnie i nihilistycznie ośmieszająca intelektualne płycizny muzyki głównego nurtu? Czy to polski Kanye West? Czy może bardziej Marek Grechuta na meskalinie? W tym tygodniu w Radiu LUZ przyglądamy się sylwetce celebrującego 30 lat pracy scenicznej Jacka Stachurskiego, kładąc szczególny nacisk na jego klubową stronę.
Trudno go zaszufladkować w obrębie pojedynczego nurtu, gatunku czy brzmienia; niekiedy nawet na tym samym albumie. Sam zresztą określał się jako miłośnik muzyki i słuchał bardzo różnych rzeczy: od Foreigner po Modern Talking, co znajdowało odzwierciedlenie w jego późniejszej twórczości. Zaczynał jako wokalista zespołu glam (?) rockowego Eve (przemianowanego później na Eve Boys). Chociaż nie odniósł on przesadnego sukcesu, to co lepsze ze swoich kompozycji Łaszczok przerabiał na dance’owy aranż i wypuszczał na swoich solowych płytach. Gdy była taka potrzeba: romansował z popem, balladowym rockiem o miłości, niekiedy też uduchowioną poezją śpiewaną, ale zawsze, jak bumerang wracał do korzeni: do dominowania na polskich dyskotekach i eksplorowania brzmień napędzanych polską pompą.
Nasza selekcja:
Taki Jestem
1994
Laser Sounds
Na początku Stachursky złożony był z trzech osób. Nie chodzi tu o hipostazę i boskie wcielenia – to w twórczości Jacka Łaszczoka przyjdzie później. Zespół Stachursky poza frontmanem uzupełniony był także o Michała Rejniaka i Łukasza Szczerbę, tancerzy, którzy swoimi podobiznami zdobili okładki wczesnych płyt. Taka była wtedy moda w przemyśle polskiej muzyki dyskotekowej. Debiutancki album Stachursky’ego wydany w 1994 roku to całkiem niezły kamień węgielny wmurowany w fundamenty tworzącego się nad Wisłą nowego nurtu muzycznego: power dance’u. Zostaje w pamięci na długo, ale jeszcze dłużej w nogach, odzwierciedlając swoje czasy: szybkie tempo i radosne efekty przykrywają niejednokrotnie mroczny i przygnębiający przekaz wszechogarniającej bylejakości epoki. Robota, dom, uczelnia, praca, dom – cholera, skąd wziąć siłę aby wreszcie przerwać to? – to mantra powtarzana przez cały krążek. Może nie była to najlepiej sprzedająca się płyta w swoim roku, to jednak obecnie (jak wiele innych polskich wydań muzyki elektronicznej tamtego okresu) zyskała status białego kruka, a posiadacze jej fizycznych wydań mogą żądać bajońskich kwot od kolekcjonerów.
1996
1995
Snake’s Music
Umiarkowany sukces debiutu wystarczył, aby zainwestować w Stachursky’ego poważne pieniądze. Nie minął nawet rok i nakładem Snake’s Music w 1995 roku ukazał się kolejny album, nazwany dla zmylenia potomnych 1996. Większy budżet wyłożony na produkcję słychać z każdej strony. Druga płyta, nagrywana za granicą, bo w Mediolanie, rzekomej stolicy europejskiego dance’u, to przede wszystkim większy rozmach i delikatny ukłon w stronę masowego odbiorcy. Mrok poprzedniego krążka został zastąpiony przystępniejszą, kolorową barwą. Jest pogodniej, może nawet i kwaśniej, ale też właściwie dla swojej epoki: jest przaśnie. Jest też nawet coś po angielsku, tak na wszelki wypadek, gdyby sukces zespołu miał wyjść poza granice rozrysowane na konferencji poczdamskiej. Tutaj znajduje się najpopularniejsza iteracja debiutanckiego singla Stachursky’ego: Taki Jestem (Cobra Mix), a obok niej sympatyczny hymn o sile przyjaźni Przyjaciele, utwór wymykający się cenzuralnym ramom purystycznej Polski czyli Simona (Drunk Mix) oraz introspektywny i podnoszący na duchu Pa Pa Bra Pa Pa Pa.
1999
1999
Snake’s Music
Przy okazji czwartej płyty Stachursky z rytmicznego zespołu do potupania nóżką, staje się teatrem jednego aktora. Wystarczy spojrzeć na te ręce rozłożone w trakcie wniebowstąpienia, które zdobią okładkę 1999. Utwór otwierający oparty na mantrowym powtarzaniu w oczekiwaniu na drop przez pięć minut frazy: Stachursky sygnalizuje powolne pożegnanie z klubową konwencją. Charakterystyczny, zachrypnięty wokal na miarę Axl Rose’a zostaje wykorzystany w stu procentach w utworach, których Guns N’Roses późnego stadium nie powstydziłoby się nagrać (z drugiej strony czy są utwory, których późne Guns N’Roses by się wstydziło?) To na tym krążku znajdziemy tak chętnie wyśpiewywane na zakrapianych imprezach Zostańmy razem czy melodyjne covery uznanych piosenek z Zachodu. I wreszcie: to tutaj znajdziemy jeden z najpopularniejszych klubowych utworów Stachursky’ego. Chłosta, która już samym swoim tytułem przykuwa uwagę słuchaczy i wprowadza w rytmiczny trans oparty o wypluwanie z siebie pozornie przypadkowych fraz: w ogóle, centralnie, kamieniem go bez kitu czy chłosta, sianie, Viagra, jaranie. 1999 wieńczy niebywale kwiecistą dekadę w historii polskiej muzyki i wyznacza kierunek, który przyniosą lata zerowe, ze wszystkimi ich blaskami i cieniami.
2009
2009
Universal Music Polska
Platynowe płyty, Bursztynowe Słowiki, regularne występy w Sopocie i w Opolu – tak Stachursky’emu przebiegał początek millennium. Ale w pewnym momencie ta miękka, przyjazna radiowo formuła zaczęła się wyczerpywać. Po dziesięciu latach od legendarnej Chłosty Stachursky odkurzył personę wszechmogącego klubowych parkietów. Sprawdzony schemat powtarzania nieregularnych fraz, tworzący ping-pongową wymianę z publicznością to niemalże dyskotekowe wyznanie wiary, istny wiksiarski psałterz. Tak można opisać dziewiąty album Stachursky’ego zatytułowany 2009. Najbardziej dosłowne Vademecum DJ’azwiastuje czystą, nieskrępowaną zabawę, jakby miało nie być jutra. Bardziej symboliczne Jam jest 444cytuje wspomnienia mickiewiczowskiego Konrada podczas Wielkiej Improwizacji, pełne nadziei i moralizatorskiego zacięcia amerykańskiego pastora jest Nadejdzie Taki Dzień czy wreszcie najbardziej poetyckie Dosko uderzające od pierwszych taktów potężną pompą oraz dziewięciowyrazowym hasłem, które do tej pory nie śniło się filozofom: potężna wichura, łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze. Dla młodego pokolenia znającego Stachursky’ego wyłącznie z tej miękkiej, radiowo-telewizyjnej formuły, 2009 było jak otworzenie okna w zatęchłym pokoju, które zupełnym przypadkiem zamiast przeciągu gwarantuje przeniesienie w zupełnie nowy wymiar melanżu.
2k19
2019
Universal Music Polska
Trzecia część neowiksiarsko-transowego tryptykulat zakończonych dziewiątką. W pewnym momencie, trudno było rozróżnić czy internetowe drugie życie albumu 2009 ma wymiar memiczno-ironiczny, czy bardziej postironiczny, ale wokalne grono domagało się kontynuacji dzikiej fazy obiecanej w Dosko. Pięćdziesięciotrzyletni wtedy Jacek Stachursky doskonale odnalazł się w erze świadomego krindżu, odrzucającej poczucie winy z pustosłownego guilty pleasure, pozostawiając przyjemność w najczystszej postaci. Ale 2k19 to nie tylko cybersymfoniczna Doskozzza. Stachursky ponownie przenosi zagraniczne style muzyczne opakowując je w rodowity, polski anturaż. Skacząc między różnorodnymi gatunkami, otrzymujemy album, który można bez nacechowań kolonialnych określić słowem egzotycznym i to nie tylko przez dubstep przemieszany z tzw. muzyką ethno. Jest tutaj mogący się kojarzyć z Davidem Guettą stadionowy Zaginaay, czy zapożyczający frazy od Wisławy Szymborskiej i stylistykę od The Weeknd Gdy Nie Ma Ciebie. I tak jak przez większość swojej kariery Stachursky mierzył się, ze stygmatyzującą łatką balansowania na granicy discopolo, tutaj bierze na klatę tę szufladkę, ten klasowy konstrukt społeczny podziału muzyki tworząc iście biało-czerwone disco nowej generacji.
Chłód wrześniowego powietrza i zgaszone barwy otoczenia przypominają o zmienności pór roku. Poza tym, stwarzają scenerię sprzyjającą słuchaniu muzyki przeszywającej jak kompozycje trip-hopowego trio Portishead. W sierpniu minęło 30 lat od ich debiutanckiej płyty Dummy. Jednego z kluczowych dzieł gatunku. Z tej okazji przypominamy twórczość zespołu Portishead – Artysty Tygodnia w Radiu LUZ!
Rok 1991 jest znaczącą datą na trip-hopowej osi czasu. To wtedy grupa Massive Attack wydała album Blue Lines, który przyjmuje się za inspirację dla definicji gatunku. Wtedy też wokalistka Beth Gibbons oraz multiinstrumentalista i producent Geoff Barrow uformowali Portishead, nazwę zapożyczając od miasta leżącego nieopodal Bristolu. Kiedy do duetu dołączył gitarzysta Adrian Utley, ich wyjątkowa estetyka nabrała głębi, a trip-hopowy kanon został wzbogacony i ostatecznie ukształtowany.
Dummy
1994
Go! Beat
Album Dummyzostał wydany 22 sierpnia 1994 roku. Jego okładkę zdobi kadr, pochodzący z krótkiego filmu To Kill a Dead Man, autorstwa zespołu Portishead oraz reżysera Alexandra Hemminga. Ta czarno-biała, inspirowana szpiegowskim kinem noir, produkcja jest doskonałym odzwierciedleniem klimatu, jaki kreuje muzyka grupy. Pełnego niepokoju i chłodu, z których oczekiwanie na obecność ostatniego słusznie zapowiada już sam niebieski, nałożony na okładkowe ujęcie filtr. Fragmenty To Kill a Dead Mean wykorzystano także w teledysku do piosenki Sour Times.
Portishead osiągnęli brzmienie debiutanckiej płyty dzięki zapożyczonym z hip-hopu technikom, takim jak samplowanie, zapętlanie oraz skreczowanie. Poza zaczerpniętymi od innych artystów dźwiękami, tworzyli własne, nagrywane na płyty winylowe, które następnie niszczyli w celu osiągnięcia efektu vintage. Plonami tych starannych zabiegów są osobliwe, rytmiczne utwory. Całość jest iście filmowa, ale nie jest to przyjemny seans, a melodramatyczne widowisko. Umiejętnie kierowany wokal Beth Gibbons łagodnie spływa pośród dusznych aranżacji Dummy, momentami ostro przecinając ich krawędzie. by dać wyraz głębokości wyrażanych emocji. Singlami promującymi krążek były odpowiednio: Numb, Sour Times, a także Glory Box – jedna z najpopularniejszych piosenek Portishead. Choć od wydania płyty minęło już 30 lat, Dummywciąż zachwyca innowacyjnością i niepowtarzalnym klimatem.
Portishead
1997
Go!
Brzmienie muzyki Portishead jest na tyle charakterystyczne, że stało się ich znakiem rozpoznawczym. Fakt zatytułowania drugiego albumu studyjnego nazwą zespołu wydaje się więc symboliczny. Okładkę do krążka Portishead, wydanego 29 września 1997 roku, a więc trzy lata po debiucie, zdobi ujęcie z teledysku do jazzująco-industrialnego singla All Mine, który promował album obok Over oraz Only You. Klip do piosenki został wystylizowany na włoski program muzyczny z lat 60 i sugeruje tak samo nostalgiczny charakter muzyki jak w przypadku Dummy. Kolejne dzieło grupy jest jednak bardziej mroczne od poprzednika, przez co wszelkie ciepło instrumentów jest konsekwentnie tłumione. Utwory albumu Portisheadto ścieżka dźwiękowa horroru, który buduje napięcie drżącym brzmieniem smyczków, gęstymi gitarami i atmosferą tajemnicy. Wokal Beth Gibbons wciąż tańczy na skali emocji i natężenia. Trio jednak świadomie wzmocniło swoją surowość i podarowało sobie przestrzeń na jej spójne ujęcie.
Third
2008
Island Records
Dotychczasową dyskografię Portishead można nazwać trylogią. Pomiędzy drugim, a trzecim i jednocześnie ostatnim do tej pory, studyjnym albumem Thirdzostała wydana jedynie płyta z nagraniem koncertowym Roseland NYC Live – rok temu zremasterowana. Wydarzenie, które odbyło się rok po premierze Portishead było zresztą niezwykłe, ponieważ wzięła w nim udział orkiestra symfoniczna, która za pomocą dźwięków żywych instrumentów wzbogaciła wykonania wybranych piosenek. Zaraz po tym zespół zawiesił działalność na kilka lat, by wrócić do studia z pokładami inspiracji i podzielić się nowymi wynikami pracy dopiero 28 kwietnia 2008 roku.
Portishead chcieli zachować swoją charakterystyczną, muzyczną tożsamość, jednocześnie unikając powtarzania utartych schematów. Wprowadzili innowacje, takie jak zastąpienie sampli żywą perkusją, co można wyraźnie usłyszeć m.in. w utworze Nylon Smile, używali analogowych syntezatorów, a w celu dopełnienia folkowo-elektronicznej ballady The Rip, wykorzystali zabawkową gitarę. Thirdto nie album wyraźnie trip-hopowy, a zabarwiony inspiracjami zaczerpniętymi z podgatunków rocka. Jednocześnie odważny i nie mniej fascynujący. Jeśli faktycznie ostatni – godny bycia w finale.
Jeff Buckley był amerykańskim wokalistą, autorem tekstów i multiinstrumentalistą, którego niezaprzeczalny talent i emocjonalna głębia uczyniły go postacią wyjątkową w świecie muzyki lat 90. Jego twórczość to połączenie rocka alternatywnego, folku i bluesa, pełne bogatych brzmień i przekonującej wrażliwości. Buckley słynął z przejmującego, płaczliwego wokalu, oryginalnej interpretacji i finezyjności przekazu. Pozostawił po sobie muzyczny testament, który wciąż zachwyca nowe pokolenia słuchaczy. W tym roku świętujemy jego 30-lecie.
Jeff Buckley artystą tygodnia Radia LUZ na 91,6 FM.
Nieśmiertelna spuścizna niespełnionego geniuszu
Trzy dekady temu światło dzienne ujrzał album, który na zawsze zmienił oblicze muzyki, a było toGraceJeffa Buckleya. Wydany w 1994 roku, debiut ten szybko stał się kamieniem milowym w historii rocka alternatywnego nadającego mu nowy kształt, a Buckley, choć za życia zdążył wydać tylko tę jedną płytę, pozostawił po sobie niezaprzeczalny ślad estetyczny i emocjonalny w muzyce lat 90. Jego ciepły głos, połączony z boleśnie pięknymi tekstami, wciąż odnajduje swoich wiernych słuchaczy, a Grace pozostało symbolem artystycznej autentyczności i emocjonalnej głębi, wciąż poszukującej w muzyce pierwiastka wieczności w subtelności.
Nieśmiertelne Hallelujah
Jednym z najbardziej znanych utworów na Grace jest Hallelujah, oryginalnie skomponowane przez Leonarda Cohena. Jeff Buckley nadał tej piosence nowy wymiar, wprowadzając do niej bolesną sensualność i autentyczność, która uczyniła jego wersję jedną z najbardziej emocjonalnych interpretacji w historii muzyki. Dzięki BuckleyowiHallelujah stało się czymś więcej niż tylko balladą – to hymn dla zagubionych dusz, wyrażający tragizm i cierpienie w sposób, który porusza do głębi. Trudno jest zmienić tak dominujący w pop-kulturze klasyk na własną modłę, aby zachować przy tym sens alegoryczny piosenki. Jemu zdecydowanie się udało.
Łaska, która trwa
Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Buckleya, Grace, to nie tylko pierwszy singiel promujący płytę, ale także esencja przesłania, które artysta starał się przekazać w swojej twórczości. Miłość, przedstawiona jako siła dająca „łaskę”, jest tu ukazana jako coś, co powstrzymuje przed upadkiem i otwiera na głębsze zrozumienie życia i dotarcie do jego akceptacji. Sam Buckley mawiał, że łaska jest tym, co naprawdę się liczy – zarówno w życiu, jak i w ludziach, i to właśnie ten motyw przewija się przez cały album, nadając mu unikalny nastrój, który wprawia go w ruch przy każdym odsłuchu.
Grace: Legacy Edition – sentymentalne powroty i nowe odkrycia
W 2004 roku, w dziesiątą rocznicę wydania Grace, ukazała się specjalna edycja albumu – Grace: Legacy Edition. W tym roku, obchodzimy jej 30-lecie. To dwupłytowe wydawnictwo nie tylko odświeżyło oryginalne nagrania, ale również zaoferowało fanom wyjątkowy wgląd w kulisy powstawania tej płyty. Na pierwszym krążku znajdują się zremasterowane utwory z Grace, a drugi dysk zawiera alternatywne wersje, dema oraz covery piosenek folkowych, bluesowych i R&B, które Buckley nagrał w 1993 roku. Wśród dodatkowych utworów znajdziemy m.in. demo Forget Her oraz cover Kanga Roo zespołu Big Star, które nigdy wcześniej nie były publikowane.
Wydanie Grace: Legacy Edition to nie tylko hołd dla jednej z najważniejszych płyt lat 90., ale również dowód na to, jak trwała jest spuścizna Jeffa Buckleya. Dzięki tej edycji nowe pokolenia słuchaczy może odkryć jego talent, a starzy fani mogą zgłębić niepublikowane wcześniej materiały, które odsłaniają jeszcze więcej z artystycznego świata Buckleya.
So real
Buckley miał niezwykłą zdolność do tworzenia muzyki, która była tak osobista, że słuchacz czuł, jakby miał możliwość dotarcia swoim głosem w najgłębsze zakamarki ludzkiego ducha. Jego utwory, takie jak So Real czy Lover, You Should’ve Come Over, eksplorują złożoność emocji związanych z miłością, lękiem i samotnością. Teksty pełne surrealistycznych obrazów i intensywnych uczuć są dowodem jego zdolności do przekazywania najgłębszych emocji w sposób niezwykle autentyczny i poruszający. Głos Jeffa Buckleya to niezwykłe narzędzie ekspresji, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Charakteryzował się niespotykaną elastycznością i zdolnością do wyrażania całego spektrum emocji – od szeptu pełnego czułości po potężne, niemal operowe frazy. Jego wokal miał w sobie coś hipnotyzującego, łącząc delikatność oddechu z surową intensywnością krzyku. Buckley z łatwością przechodził między różnymi rejestrami, dzięki czemu jego śpiew zawsze był pełen głębi i autentyczności poruszający słuchaczy. To właśnie głos Buckleya sprawiał, że jego muzyka stawała się tak intymna, jakby każdy dźwięk i każda fraza były odbiciem jego najskrytszych emocji.
Sketches for My Sweetheart the Drunk – niedokończony testament artysty
W 1996 roku Buckley rozpoczął pracę nad swoim drugim albumem, który miał być zupełnie inny, bardziej eksperymentalny. Niestety, jego nagła śmierć w 1997 roku przerwała ten proces. Pośmiertnie wydany album Sketches for My Sweetheart the Drunk ukazuje pełnię możliwości wokalnych Buckleya – od aksamitnych, niemal soulowych brzmień w Everybody Here Wants You, po surowe i ekspresyjne momenty w The Sky Is a Landfill. Słuchając tej płyty, można poczuć pewną surowość i autentyczność, które wynikają z faktu, że wiele utworów nie doczekało się finalnych wersji. To sprawia, że głos Buckleya na tym albumie jest jeszcze bardziej poruszający, pełen niedopowiedzianych słów i przerwanych myśli.
Album Grace, stał się ponadczasowym arcydziełem, które inspiruje kolejne pokolenia artystów i słuchaczy. Grace: Legacy Edition to nie tylko przypomnienie o niezwykłym potencjale Buckleya, ale także dowód na to, że jego muzyka żyje dalej, mimo że jego życie zostało przerwane zbyt wcześnie. To album, który wciąż porusza serca i umysły, oferując podróż przez emocje, które są tak samo aktualne dziś, jak były 30 lat temu.
W Lover, You Should’ve Come Over Buckley śpiewa o niespełnionej miłości, żalu za przegapioną okazją, oraz bólu wynikającym z niepokojącej samotności. Słowa It’s never over, my kingdom for a kiss upon her shoulder wyrażają gorzkie pragnienie czegoś, co już minęło, a jednocześnie wskazują na pełne poczucie odpowiedzalności za uczucie, które się traci. Jest to utwór pełen żalu za tym, co mogło się wydarzyć, ale z różnych powodów nie doszło do skutku.
W kontekście życia Buckleya, te słowa zyskują dodatkowy wymiar. Muzyk, znany ze swojej intensywnej i emocjonalnej natury, miał skomplikowane relacje miłosne, co znajduje odzwierciedlenie w jego muzyce. Piosenka mogła być dla niego swego rodzaju katharsis – wyrażeniem tego, co czuł w związku z własnym życiem uczuciowym.
Jeff Buckley zmarł tragicznie w wieku zaledwie 30 lat, topiąc się w rzece Missisipi w 1997 roku. Jego śmierć miała charakter przypadkowy, a zarazem tragiczny – był w trakcie nagrywania drugiego albumu, który nigdy nie został ukończony w formie, jaką zaplanował. Śmierć Buckleya przerwała jego karierę i sprawiła, że to, co mógł jeszcze osiągnąć, pozostanie na zawsze w sferze domysłów. W tym kontekście utwór Lover, You Should’ve Come Over może być postrzegany jako lament nie tylko za utraconą miłością, ale także za niewykorzystanymi możliwościami i przerwaną obiecującą karierą.
Bando Stone & The New World to album, który jak zawsze w przypadku produkcji Donalda Glovera jest wybitnie interesujący pod wieloma aspektami.
Przede wszystkim jest to dzieło, które nie tylko kończy etap twórczości Donalda pod pseudonimem Childish Gambino, ale również nakłada dość niespotykaną, bo bardzo nieoczywistą klamrę na całokształt jego twórczości. Odwołuje się w szczególności do najbardziej dzikiego i chaotycznego etapu swojej twórczości, czyli samych początków. MC DJ jak raczył się wtedy nazywać, był zarówno przestrzenią jak i etapem rozwoju, który jest ciekawy nie tylko z perspektywy tego, jaką osobą jest Donald Glover, ale również, w jaki sposób pozostając w zgodzie z sobą czerpał laicką radość ze swojej twórczości nawet gdy znajdował się na jej pozornym szczycie. Efekty możemy usłyszeć w jego finałowym dziele, w które zgodnie ze swoją filozofią z beztroską radością, jednak w pełni świadomie w zdumiewająco agresywny sposób łączy brzmienia i gatunki, które wypowiedziane w jednym zdaniu wydałyby się czymś nie do pomyślenia.
Różnorodność Bando Stone & The New World jest w swojej wyjątkowości tym bardziej interesujący, że podtrzymywać będzie ciężar problematyki, którą Donald Glover zamierza nam przybliżyć w Filmie, który współdzieli tytuł jego najnowszego albumu. Fragmenty filmu możemy usłyszeć na intrach i outrach niektórych utworów. Te wyciągnięte z kontekstu kawałki rozmów mają bardzo niepokojący i nieprzyjemnie znajomy klimat. Uczucie to potęgują niesamowicie emocjonalne i pełne skrajnych emocji i brzmień utwory będące ścieżką dźwiękową całego projektu. Tematyka zarówno utworów jak i krótkich dialogów z filmu, zapowiada, że film, co w przypadku Donalda Glovera nie jest żadnym zaskoczeniem, będzie traktował między innymi o trudach odpowiedzialności bycia potrzebnym i urzeczywistniał codzienne frustracje związane z byciem mimowolną częścią społeczeństwa.
Koniec postaci Childisha Gambino Donald Glover zapowiadał od dawna. Narzekał na to, że branża muzyczna jest nudna i brakuje mu zabawy. Życie Childisha przedłużała jednak niestłumiona pasja do muzyki Donalda. Nie zakładałbym więc, że Bando Stone & The New World to koniec kariery muzycznej Donalda Glovera, a jedynie kolejny etap rozwoju, dla którego należało uśmiercić stare „Ja”.
JPEGMAFIA, właściwie Barrington DeVaughn Hendricks, urodził się 22 października 1989 roku w Nowym Jorku. Jego rodzina przeniosła się do Alabamy, gdy był jeszcze dzieckiem, a następnie spędził część swojego młodzieńczego życia w różnych miejscach, w tym w Baton Rouge w Luizjanie i Baltimore w Maryland. JPEGMAFIA jest także weteranem wojskowym – służył w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych, co wpłynęło na jego późniejsze podejście do muzyki i stylu życia.
I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU to tytuł najnowszego albumu JPEGMAFII i dlatego przyglądamy się jego sylwetce w cyklu Artysta Tygodnia w Radiu LUZ na 91,6 FM.
Kariera jako Devon Hendryx
Przed tworzeniem jako JPEGMAFIA, Barrington Hendricks używał pseudonimu Devon Hendryx. Częściej wtedy swoim brzmieniem nawiązywał do gatunków takich jak cloud rap, ambient czy pop. Jako że nazywa się bardziej producentem niż raperem, wypuścił też parę projektów wyłącznie instrumentalnych. Sam mówi, że zaczął rapować, ponieważ nikt inny nie chciał rapować na jego beatach. Tekstowo zazwyczaj polegał na prowokacji i specjalnie pisał i nazywał utwory w sposób kontrowersyjny. Zdarzały się jednak i takie utwory, w których bywał faktycznie szczery i intymny.
Albumem z tego okresu, który dorobił się największej liczby fanów, jest The Ghost~Pop Tape. Został wydany w 2013 roku, podczas jego pobytu w Japonii. W nim Peggy bezpośrednio odnosi się do swojej depresji, uzależnienia od pornografii i trudności z nawiązaniem relacji w czasach, w których można poczuć bliskość z człowiekiem, nawet go nigdy nie widząc na żywo. Muzycznie jest wyjątkowo delikatny i melancholijny. Jego beaty nie są hip-hopowe a bardziej ambientowe. Jest to płyta, która prawdopodobnie najbardziej się wyróżnia i odstaje od reszty w jego dyskografii. Pod koniec 2023 roku doczekała się również remastera, który, mimo że bardzo przez fanów wyczekiwany, nie został przyjęty zbyt dobrze. Jego słuchacze uważają, że to właśnie surowość i słaba jakość nagrań tego projektu sprawiają, że jest tak wyjątkowy, mocniej oddając zatracenie przekazywane w tekstach.
Początki jako JPEGMAFIA
Razem z przeprowadzką do Baltimore w 2015, zmienia się również jego pseudonim artystyczny. Pierwszym projektem wydanym jako JPEGMAFIA jest mixtape zawierający 22 utwory Communist Slow Jams. Wypełniony kontrowersyjnymi i politycznymi tekstami, oprawiony w spokojne beaty wprowadza mocny kontrast pomiędzy brzmieniem a tekstem. Już rok później, wydaje swój pierwszy album Black Ben Carson. Sam twierdzi, że jest to połączenie wszystkich poprzednich jego projektów. Zawiera zarówno te agresywne i noise’owe brzmienia jak i te spokojniejsze. Dzieli go na dwie części. Pierwsza pokazuje jego wściekłą, głośną stronę. Porusza też głębiej tematykę rasizmu. W drugiej części nie rezygnuje z wątków politycznych, jednak zmienia się ich oprawa. Reprezentuje w niej swoje przemyślenia i sytuacje, z którymi się spotkał po przyjeździe do Baltimore.
Veteran
W 2018 wydaje album, który całkowicie odmienia jego karierę. To dzięki płycie Veteran uzyskuje większą rozpoznawalność na scenie hip-hopowej. Sama nazwa ma dwa znaczenia, ponieważ Peggy nie tylko jest faktycznym weteranem wojennym, ale też muzycznym, jako że tworzy muzykę od 14 roku życia, czyli w momencie wydania płyty dokładnie połowę swojego życia ogólnie. Album jest zabawą formą w najczystszej postaci. Nie boi się na niej eksperymentować z przedziwnymi samplami. Teksty za to w większości są polityczne i kontrowersyjne. Uzyskuje przez to reputację osoby, która mówi to, czego reszta boi się powiedzieć.
Nie uważam, że raperzy mają taką odpowiedzialność, ale dla mnie, muszę coś powiedzieć. Nie mogę patrzeć na niesprawiedliwość i być cicho. Dla mnie to nie jest chwyt marketingowy. Przeżyłem tyle traum, że jeśli coś widzę, muszę o tym powiedzieć. Nie uważam, że raperzy mają taką odpowiedzialność, ale jeśli nic nie powiesz albo jesteś cicho, albo to omijasz, to pokazuje twój prawdziwy charakter światu. To jest tak, że jeśli nikt nie chce rapować o gentryfikacji, to ja wypełnię tę pustkę!
All My Heroes Are Cornballs
All My Heroes Are Cornballs to trzeci album studyjny JPEGMAFIA, wydany w 2019 roku. Album ten kontynuuje eksperymentalne podejście artysty do muzyki, łącząc różnorodne gatunki i stylowe wpływy. Tytuł albumu jest komentarzem na temat autorytetów i idoli, których JPEGMAFIA uważa za „cornballs”.
Album jest pełen nietypowych produkcji, złożonych tekstów i zaskakujących zwrotów akcji. JPEGMAFIA gra na swoich własnych zasadach, ignorując konwencje gatunkowe i tworząc unikalną dźwiękową tożsamość. Utwory takie jak Jesus Forgive Me, I Am a Thot i Grimy Waifu pokazują zarówno jego techniczne umiejętności, jak i zdolność do tworzenia prowokacyjnych, ale przemyślanych treści.
LP!
Płyta LP! wydana w 2021 została bardzo dobrze przyjęta przez fanów i krytyków. Zadziwiające jest więc to, że powstała praktycznie z resztek. Jak mówi sam Peggy, wszystkie utwory oprócz pierwszych pięciu, zostały nagrane dawno temu. Album właściwie ukazał się po to, żeby rozwiązać kontrakt z wytwórnią. Artysta przyznaje, że ciężko mu było pisać nową muzykę po All My Heroes Are Cornballs ze względu na złe samopoczucie. Mówi też o tym, że przez dwa lata bez przerwy słuchał praktycznie samego mainstreamowego popu i ta płyta miała być jego podejściem do nagrania pop rapowego projektu. Chociaż album jest trochę spokojniejszy niż większość wcześniejszych dalej daleko mu do tego gatunku, jako że jego teksty ciągle są agresywne a beaty eksperymentalne. W sporze z wytwórnią nie pomogło mu też to, że przez użyte sample, nie potrafił uzyskać praw do niektórych z jego piosenek (wymienia HAZARD DUTY PAY! jako przykład), co spowodowało wypuszczenie dwóch wersji albumu.
Pierwsza, oficjalna i uznana przez wytwórnie wersja płyty ukazała się na wszystkich muzycznych platformach streamingowych. Druga natomiast, o nazwie Offline!, chociaż teraz też już dostępna wszędzie, początkowo udostępniona była jedynie na Bandcampie. Różni się paroma utworami i ich nazwami. To ona jest tą, którą JPEGMAFIA uznaje za wierną swojej wizji.
SCARING THE HOES
Scaring the Hoes to kolaboracyjny album JPEGMAFIA i Danny’ego Browna, wydany w marcu 2023 roku. Album jest znany z odważnych eksperymentów dźwiękowych, zróżnicowanych beatów i surowej energii. Tytuł Scaring the Hoes jest ironicznym odniesieniem do krytyków, którzy twierdzą, że muzyka tego typu odstrasza kobiety na imprezach.
Album składa się z utworów, które eksplorują różne style muzyczne, od industrialnego rapu po bardziej melodyjne kompozycje. JPEGMAFIA i Danny Brown łączą swoje unikalne style w sposób, który jest zarówno prowokacyjny, jak i innowacyjny. Teksty często zawierają sarkastyczne komentarze na temat współczesnej kultury, polityki i przemysłu muzycznego.
I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU
Swoją najnowszą płytę zapowiadał jeszcze na rok 2023, ale ukazała się dopiero 1 sierpnia 2024. Słychać na niej, że wszystko znajduje się we właściwym miejscu. Pierwsze 10 utworów jest utrzymane w typowej dla niego konwencji eksperymentalnego hip-hopu przeplatanego mocnymi i agresywnymi tekstami. Używa w nich też znacznie więcej rockowych sampli, które idealnie pasują do jego wściekłej persony. Ostatnie 4 piosenki natomiast pokazują jego spokojniejszą stronę. Daje nam w nich dostęp do swoich przemyśleń na temat jego kariery i zachowania sprzed paru ostatnich lat. Te utwory oprawione są w znacznie lżejsze beaty, które podbijają znaczenia jego słów. Znowu zaskakuje swoich fanów, odchodząc od tego, z czym jest kojarzony. Nie można było jednak oczekiwać mniej od artysty tak innowacyjnego jak JPEGMAFIA.
Niektórzy mogą powiedzieć, że EDM jako gatunek jest nudny i powtarzalny, a twórcy grają ciągle tę samą nutę. Na przekór antyfanom wychodzi Porter Robinson, który z każdym kolejnym albumem redefiniuje nie tylko brzmienie całej sceny, a także swoje, dziwiąc fanów i hejterów jednocześnie. Osoba, która uczyniła elektroniczną muzykę taneczną świeżą? Teza śmiała, ale bez problemów może się obronić. Poznajcie naszego Artystę Tygodnia, Portera Robinsona.
Worlds
(Astralwerks, 2014)
Pierwsze wydania Portera były bardzo standardowe jak na swój gatunek, ale to wystarczyło, aby złapać uwagę takich artystów jak Madeon czy Skrillex. To na labelu tego drugiego wydawane były jego pierwsze hity, które podbijały serwisy streamingowe, z którymi potem podróżował po Ameryce podczas swojego pierwszego tour. Brzmienie, z którego jest znany po dziś dzień, pokazał dopiero w 2014 roku, wydając pierwszy album długogrający, Worlds. Od razu słychać, że to nie będzie standardowy album EDM. Otwierające go Divinity definiuje nastrój, który potem będzie kontynuowany przez wszystkie 12 utworów: będzie nostalgicznie i melancholijnie. Nie oznacza to jednak, że album pogrążony jest w smutku, a wręcz przeciwnie — syntezatory grają melodie inspirowane ośmio i szesnastobitowymi grami, co razem z wokalem i resztą instrumentów tworzy zaraźliwie pozytywną atmosferę. Ciężko jest uświadomić sobie, że Worlds wyszło już dziesięć lat temu, ponieważ po dziś dzień pojawiają się podobnie brzmiące utwory i wiele twórców wymienia je jako inspirację.
Nurture
(Mom+Pop, 2021)
Po bardzo ciepło przyjętym Worlds, fani z niecierpliwością czekali na drugi album. Los jednak stwierdził, że minie aż siedem lat pomiędzy nim, a Nurture. W tym czasie Porter zmagał się z wieloma problemami, od blokad twórczych po walki z problemami psychicznymi. Na szczęście artysta tej walki nie przegrał, a w 2021 wrócił z niej jako zwycięzca. Tak jak Worlds jest po prostu optymistyczne, w Nurture to uczucie jest ciężko wywalczone — istnieje jako przypomnienie zarówno dla samego Portera, jak i fanów, że tak jak na końcu burzy zawsze będzie tęcza, tak i po ciężkich czasach nadejdą lepsze. Powracają dobrze znane ośmiobitowe syntezatory, ale tym razem oddają główną rolę pianinie, skrzypcom i na niektórych utworach wręcz shoegaze’owym, gitarowym ścian dźwięku. Całość tworzy kombinację pełną nadziei, która nam opowiada, że pomimo trudniejszych momentów w życiu i twórczości, nie warto jej tracić.
„Zdałem sobie sprawę, że nie powinienem pisać muzyki z oczekiwaniem, że produktywność lub osiągnięcia rozwiążą moje problemy, ale z nadzieją, że moja szczera ekspresja poruszy ludzi tak, jak muzyka porusza mnie. Więc kiedy naprawdę walczyłem z pisaniem i wydawało się to niemożliwe, zamiast myśleć: „Walczysz, bo jesteś oszustem, najwyraźniej nie jesteś do tego stworzony”, zacząłem sobie mówić: „Tak, to jest to, co poświęcasz””.
SMILE! : D
(Mom+Pop, 2024)
Trzy lata po premierze NurturePorter Robinson pokazał światu pierwszy singiel z nowego albumu i reakcje były podzielone. „Cheerleader jest mid”, „Cheerleader jest super” — przez długi czas w internecie można było trafić tylko na te dwie opinie, nic pomiędzy. Pozostałe single, jak i cały album SMILE : D zachowały ten sam vibe. Spokojniejsza, introspektywna atmosfera Nurture ustąpiła miejsca maksymalistycznej, miejscami nawet przypominającej pop-punk produkcji. Trzecia płyta zachowuje trend z poprzednich — brzmi zaraźliwie pozytywnie, z tekstami poruszającymi depresyjne tematy. Porter opowiada tutaj nie tylko o swoich problemach i wypaleniu, ale także o parasocjalnych relacjach jego fanów z nim (których, co ciekawe, nie potępia). Na albumie pojawił się też gościnnie hyperpopowy duet Frost Children, którzy też ostatnio pokazują swoją bardziej spokojną, introspektywną naturę.
Karnawał Sheeny Ringo na 25-lecie długogrającego debiutu
W 1999 z przytupem na scenie japońskiego rocka pojawiła się dziewczyna z gitarą, która na zawsze zmieniła oblicze tamtejszego popu. Jej muzyka nieodwołalnie objęła to, co hałaśliwe i dysonantyczne, a jednocześnie nie stroniła od harmonii i melodii, nawet jeśli niejednokrotnie połamanych po japońsku. Uczyniła własnymi jazzowy big band i orkiestrę symofniczną. Teraz, po raz kolejny zręcznie mieszając wszystkie swoje światy, wydała pierwszą od pięciu lat płytę Hōjōcha i otwiera swój kabaret. Poznajcie Sheenę Ringo!
Hōjōcha
2024
Universal
Choć gdy Ringo wydała w kwietniu nowy podwójny singiel Ningen toshite / Welcome to Tokio, można było spodziewać się zapowiedzi premiery kolejnej płyty, chyba nikt nie przypuszczał, że miesiąc później bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia album trafi po prostu na streamy — krążek zatytułowany Hōjōcha, co na angielski przetłumaczono jako Carnival jest zarówno celebracją 25-lecia kariery artystycznej Ringo, jak i świętem kobiecości. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty Sandokushi sprzed pięciu lat, gdzie Sheena śpiewała wspólnie ze starszymi mężczyznami, tutaj artystka zaprosiła do współpracy siedem japońskich wokalistek młodszej generacji, by, jak sama mówi, dać im odpowiednią platformę do wyrażenia samych siebie. Album jest przepełniony bardziej pozytywną energią niż jego raczej minorowy poprzednik, co znalazło odzwierciedlenie także na kosmicznej, kolorowej okładce w centrum której znalazł się japoński znak pomyślności — zapraszający kot maneki-neko z gitarą. Podobnie jak na kilku wcześniejszych płytach Sheena na okoliczność premiery pozbierała wydane na przestrzeni ostatnich kilku lat utwory i wciągnęła je w bieg krążka w nowych aranżacjach, w przeważającej mierze nagranej z towarzyszeniem jazzowego bandu. Podskórny kabaretowy vibe materiału koresponduje zresztą doskonale z informacją, wciąż jeszcze oficjalnie nieogłoszoną, ale przebijającą się od jakiegoś czasu w kuluarach, że artystka przed końcem roku zamierza na obrzeżach Tokio zamierza uruchomić swój własny kabaret z autorskim programem muzycznym. W tym właśnie anturażu zrealizowano ponoć teledyski do pięciu promujących krążek teledysków, które udostępniono w przededniu premiery krążka na kanale Youtube piosenkarki.
Nasza selekcja:
Jinsei wa yume darake
2017
Universal
Choć Sheena Ringo zaistniała przede wszystkim jako artystka sceniczna, od samego początku kariery była też siłą napędową własnej twórczości. Przy kolejnych płytach chętnie współpracowała z kolejnymi aranżerami, ale w większości sama odpowiadała za swój repertuar, a także podsyłała niepublikowane utwory własnego autorstwa innym wykonawcom. W 2014 roku zdecydowała się na, jak sama to określiła, re-import części tych piosenek do własnej dyskografii pod szyldem Gyaku-yunyū (pol. Ponowny import), by trzy lata później dodać do zestawu drugi wolumin. Właśnie na drugiej części zestawu znalazł się jeden z utworów bezsprzecznie definiujących muzykę Sheeny Ringo jako taką — współczesne arcydzieło wokalnego jazzu — Jinsei wa yume darake (pol. Życie jest pełne snów) z niedającą się opisać słowami charyzmą i przepełniającą każde słowo miłością do życia żeniące musicalową fantazję o życiu ze słodko-gorzką codziennością. Ringo przekonuje całą sobą, że chce pełnego doświadczenia, chce pić i jeść do woli, choćby miałoby kwaśno i gorzko, chce kochać naprawdę — kogokolwiek chce, ale też parafrazuje to, o czym przed laty śpiewał nasz własny Grechuta — nie chce, by okradano ją z jej własnego życia. Choć utworu oficjalnie nigdy nie wydano na singlem, zwieńczono go adekwatnym teledyskiem okraszonym francuskojęzycznym podtytułem Ma vie, mes rêves. Piosenka do dziś pozostaje jedną z najpopularniejszych w bogatej dyskografii artystki.
Yattsuke shigoto
2003
Universal
Ringo miała na koncie już dwa znakomite krążki, ale dopiero na wydanym w 2003 roku Kalk, samen, kuri no hana. rozwinęła w pełni swoje kreatywne skrzydła. by oddać istotę samsary — buddyjskiego cyklu życia i śmierci — ringo odważnie weszła tutaj w krąg artystycznego rocka i sięgnęła po jeszcze bardziej ekspresyjne środki wyrazu. To złożona płyta i jeśli się z tą ekspresją nie oswoi, trudno poradzić sobie z resztą — powykręcanymi, progresywnie popowymi aranżami niejednokrotnie zwieńczonymi jawnie hałaśliwymi elementami oraz specyficzną japońską melodyką, niezbyt często bliską tego, do czego przyzwyczaili nas amerykanie. Nawet jeden z najbardziej bezstresowo przebojowych fragmentów płyty — Yattsuke Shigoto (pol. Pospieszna robota) pierwotnie wydany w 2000 roku w prostolinijnie rockowej wersji na żywo. Sheena zepsuła tu po swojemu wspólnie z aranżerem Toshiyukim Morim. Numer w dziwaczny sposób łączy w sobie kolaż dźwiękowy nagrań terenowych (włącznie z odgłosami sprzątania), pogodne disco i barokowy pop z prominentną solówką klawesynu. Utwór osiąga jednocześnie szczyty artystycznego eklektyzmu i nieskrępowanej przebojowości — coś, co doskonale definiuje wszystko to, czym jest muzyka Sheeny Ringo.
Stoicism
2000
Universal
Jeśli Sheenę Ringo, bezsprzecznie jedną z największych gwiazd współczesnego japońskiego rocka, przedstawiać komuś zupełnie niemającemu o jej muzyce pojęcia, to z pewnością przy pomocy wydanej w 2000 roku drugiej płyty artystki — Shōso strip. To właśnie ten album okrzyknięto wówczas w Japonii rockową płytą roku i sprzedano w ponad dwóch milionach fizycznych kopii. Choć krążek w dużej mierze kontynuował zapoczątkowaną rok wcześniej stylistykę dziewczyny z gitarą, Sheena podjęła też trochę ryzykownych decyzji artystycznych — obok bardziej radiowych, singlowych numerów znalazły się tutaj również fragmenty jednoznacznie hałaśliwe czy nawet kakofoniczne — jednym z nich jest utwór paradoksalnie zatytułowany Stoicism, gdy w gruncie rzeczy bardziej adekwatną dla niego nazwą byłoby ADHD. W tej nawet nie dwuminutowej miniaturce Ringo prowadzi na raz kilka linii melodycznych i tekstowych, wyrażając w nich zupełnie sprzeczne myśli i emocje. Jest beztroska, lekko histeryczna, ale doskonale kontroluje wokale, które nigdy nie wchodzą w rejestry Jun Togawy z niesławnego Suki suki daisuki, które na pewnym poziomie wydaje się jednak całkiem paralelne zawadiackiemu i eksperymentalnemu sznytowi kompozycji Ringo.
Przez nowy album Justice lecimy tylko do góry.
Kosmicznie osadzona produkcja płynnie przechodzi z utworu na utwór, zaskakująco budując i burząc muzyczne przestrzenie, w których poznajemy Hyperdrama.
Mimo futurystycznego brzmienia poprzedni album Escapades opowiadał w moim odczuciu dużo bardziej ziemską historię, momentami wznosząc się, by zawsze pikować z powrotem. Wiele przejść między utworami jak na album Dj’i przystało, jest bardzo płynnych i subtelnie przeprowadza nas do kolejnej kompozycji. Sama okładka dokładnie zapowiada, z jakim tworem mamy do czynienia.
Nie zatrzymujący się cyber organizm zamknięty w ogromnym krzyżu – symbolu, który kojarzy się bardziej z tylko jedną osobą niż Gaspardem Auge i Xavierem de Rosnay.
Połowa albumu to utwory instrumentalne i co niezbyt częste dla Justice, wokalistów jest wielu i niemal każdy z woklanych performansów wynosił utwór na zupełnie inny poziom odsłuchu, jedynie Tame Impala, którego uwielbiam, tutaj delikatnie mnie zawiódł brakiem hipnotycznej aury.
Wyjątkowo wzruszyły mnie jednak utwory AfterImage ft. Rimon i The End ft. Thundercat, bo są esencją tego co czyni Hyperdrama tak dobrym albumem.
Zamieniają odsłuch w chaotyczną podróż, w której zanim zdążymy się odnaleźć jako część tego świata – kończy się, a każde kolejne odsłuchanie to odnajdywanie się w tym świecie niczym w grze RPG. Tak rozbudowany jest element przestrzeni, która jest źródłem całej imersji podczas odsłuchu.
Bardzo częsty opis produkcji Justice, który słyszę od pasjonatów ich muzyki to, że wszystko jest elementów składających się na pełne życia, przejrzystości brzmienie.
Jednak gdy zagłębiłem się w temat w jednym z wywiadów Gaspard i Xavier wyjaśniają, że wszystkie utwory na kultowym The Cross zmiksowane były tylko modelując ścieżki korekcją częstotliwości i balansem głośności. Kompresja pojawiała się tylko i wyłącznie na etapie masterowania, Gaspard zaznaczył, że to właśnie master chain ujarzmia utwory pełne wyszukanych sampli i przesterowanych syntezatorów.
Na charakterystyczne jednak momentami znajome Daft Punkowe przebłyski zapewne wpływ miał Pedro Winter, który, mimo że za produkcje jako menedżer Daft Punk nie odpowiadał, z pewnością nasiąknął ich podejściem do produkcji i podpatrzył przepis na tajny sos.
Charli xcx ma dobry rok. Wydany na początku czerwca krążek BRAT nie tylko przypadł do gustu fanom i krytykom, ale sprawił, że na krótką chwilę social media dosłownie zazieleniły się kolorem jej wiralowej okładki. Nowa płyta piosenkarki połączyła post-radiową melodykę, szerokie inspiracje post-internetem, post-milenialną emocjonalną dezynwolturę i absolutną produkcyjną nieskazitelność. xcx wespół w zespół ze swoim stałym współpracownikiem A.G. Cookiem osiągnęli tutaj wyższy poziom auto-ironii, w dalszym ciągu pozostając fun w zupełnie prostolinijny sposób. Charli jest na płycie cudownie otwarcie traszowa i robi to z dumą, ironią, świadomością i wyobraźnią jednocześnie. Oto więc jest — popowa dominanta anno domini 2024. Poniżej przypominamy najlepsze momenty królowej popowego andergrandu.
Nasza selekcja:
Vroom Vroom
2016
Vroom Vroom
W 2015 roku Charli xcx, drugoligowa, ale coraz bardziej rozpoznawalna i poważana za kreatywne podejście do popu w kręgach alternatywnych wokalistka wpada pod skrzydła specjalistki od połamanych bitów Sophie i wspólnie nagrywają ironiczną epkę Vroom Vroom, która dla Charli ma stanowić nowy początek i uformować twórczo jej brzmienie i kolejne lata jej kariery. Połamane wydawnictwo łączące trap, zdekonstruowaną elektronikę i mroczny elektropop zostaje początkowo przyjęte z niedowierzaniem. Zaraz potem piosenkarka nawiązuje kreatywne relacje z producenckim orężem PC Music, sztandarową oficyną nurtu bubblegum bass i wspólnie z tą nową świtą próbuje aż sześciokrotnie wydać hit, który mógłby stać się filarem jej wielkiego comebacku. Bezskutecznie. Pomimo doskonałych recenzji i entuzjastycznych reakcji fanów, aż do 2018 roku nie udaje jej się wspiąć zadowalająco wysoko na listach przebojów.
Track10
2017
Asylum
W marcu 2017 roku nieoczekiwanie Charli xcx wraca do tradycji nagrywania mikstejpów sięgającej jeszcze jej potyczek sprzed kontraktu z Warner Music. Sprzysiężona kreatywnie wraz z A. G. Cookiem, założycielem PC Music i jego ekipą, utalentowanymi producentami Sophie, Dannym L Harlem czy Easy FX piosenkarka początkowo bez pozwolenia własnej wytwórni nagrywa mikstejp Number 1 Angel. świeżo wyprodukowany krążek pełen znakomitych melodii bez wielkoformatowej promocji nie trafia szeroko pod strzechy, ale zdobywa uznanie krytyki i otwiera Charli wiele drzwi. Jeszcze w tym samym roku piosenkarka wypuszcza drugą odsłonę projektu zatytułowaną Pop2, na której jest nawet odważniejsza w swoich stylistycznych mariażach. Futurystyczna popowa awangarda to także pretekst, by na jednej płycie zebrać śmietankę alternatywnego popu — są więc duety z Carly Rae Jepsen, Caroline Polachek, Dorianem Electrą czy Tommy’m Cashem. Reszta to już historia.
Visions
2020
Asylum
W szczycie pandemicznej histerii, na wiosnę 2020 roku, Charli xcx udowodniła po raz kolejny, że jej najlepsze projekty to te wydawane bez wielkolabelowego powrozu na szyi. Jej czwarta płyta How I’m Feeling Now stworzona w przeciągu kilku tygodni na kwarantannie ze zdalnym udziałem fanów na kreatywnych łączach, nawiązywała do najlepszych tradycji w dorobku piosenkarki. Na albumie xcx bez skrępowania sięgnęła po cały wachlarz popowych rozwiązań, które z powodzeniem wykorzystywała wcześniej — na produkcjach A. G. Cooka, Danny’ego L Harle’a czy Dylana Brady’ego po raz kolejny zmieniła się w niezatrzymywalną królową elektropopowego undergroundu, która wyłoniła się niespodziewanie z czeluści internetowej muzycznej mazi, żeby ocalić popandemiczny pop od sztampy, nudy i radiowych formatów.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.