Archiwum

slowthai

Tutaj nie ma miejsca na ściemę. Szczerze o przywarach i wadach systemu, rozważania na temat psychiki i emocji. A to wszystko zapodane przy pomocy szaleńczego punku i rapu. Z okazji wydania ostatniego albumu UGLY, slowthai Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu Luz!

 

Trzeci album wydaje się być dopełnieniem obrazu slowthaia. Sam wspomina w licznych wypowiedziach, że pierwszy album był opowieścią o jego korzeniach, dawnym ja. Drugi to dychotomiczny obraz psychiki rapera. Mniej tu komentowania polityki, jednak nadal możemy w nim odnaleźć skrajne emocje – od wściekłości do depresyjnych wyznań. Mimo, że dostaliśmy brakujący element w tej układance w postaci UGLY, to nadal warto kierować wzrok ku artyście, bo niewątpliwie ma jeszcze dużo do powiedzenia.

Więc co możemy odnaleźć na najnowszym krążku? Warto na początku rozkodować tytuł albumu. UGLY, czyli U Gotta Love Yourself. I ten rebus idealnie odzwierciedla klimat zawartości. Więcej w nim akceptacji samego siebie. Świadomość swoich wad i porażek nie powinna przyćmiewać miłośći do siebie samego, nieidealnego. Widzimy w nim slowthaia bardziej dojrzałego jako artystę. Nie boi się eksperymentować stylami, urządzeniami czy nowymi dźwiękami. Każdy utwór jest nasycony treściowo, a do tego muzycznie – dostajemy istny kalejdoskop klimatów. Slowthai daje wybrzmieć swojej punkowej naturze najmocniej od czasu Doorman. Dlatego też nie ma co się dziwić, że za produkcję odpowiadał Dan Carey, który wcześniej współpracował z takimi ekipami jak Squid, Fontaines D.C., czy Foals.

Selfish, który zapowiedział nam album UGLY to hołd dla samolubności. Głównym przesłaniem jest stawianie siebie na pierwszym miejscu, ponieważ nikt nie zadba o nas jak my sami. Przy tworzeniu teledysku raper zamknął się w szklanym pomieszczeniu. Przez kilka godzin został pozostawiony z własnymi myślami, a wszystko było streamowane. Efekt tego został uwieczniony w wizualnym wyrazie artystycznym. Utwór, który również rzuca się w oczy to Feel Good. Pozornie pozytywny klimat piosenki jest tylko przykrywką dla potoku myśli dotyczących zdrowia psychicznego i dobrego samopoczucia. Tutaj również spotykamy się z ciekawą inicjatywą dotyczącą klipu wideo, w którym wystąpili fani rapera.
Album porusza trudne tematy, oswaja z nimi, krytykuje i ocenia.

The most beautiful people do the ugliest things.

Drugi album slowthaia, Tyron bez wątpienia przeskakuje debiut. Raper wyznaje, że zbliżająca się premiera płyty nie dawała mu spać po nocach. Środowisko oczekiwało, że nie zejdzie z tonu po Nothing Great About Britain. I sprostał tym oczekiwaniom. Płytę możemy podzielić na dwie części. Po bardziej personalnej i refleksyjnej stronie znajdziemy utwory przepełnione trudnymi emocjami, które trzeba zaakceptować – przykładowo i tired lub chillowy feel away. Druga strona jest agresywniejsza, wibrująca i brudniejsza. Tam z kolei znajdujemy MAZZA w ulicznym klimacie w kolaboracji z A$AP Rockym. Intensywny utwór nagrany ze Skeptą, który należy słuchać tylko i wyłącznie bardzo głośno, czyli CANCELLED. Jest to ostry komentarz wymierzony w hejterów i cancelling, którego ofiarą padł slowthai. Wszystko z powodu wystąpienia na rozdaniu nagród NME, w trakcie którego artysta trzymał replikę głowy ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii – Borisa Johnsona. To pokazuje, że slowthai nie boi się ostro komentować ciemnej strony polityki. Obnaża społeczeństwo Wielkiej Brytanii wykrzykując jego wady i przywary. Najwięcej tego typu treści znajdziemy w jego debiutanckim albumie wydanym w 2019 roku, czyli Nothing Great About Britian. Utwór o tym samym tytule to kopniak, którym wywarzył drzwi do świata muzyki. Zapodaje w nim, że społeczeństwo brytyjskie ma potencjał do bycia lepszym, jednak nie wykorzystuje go w pełni, a jego wspaniałość gaśnie w oczach. Pierwszy album jest również swoistym powrotem slowthaia do jego korzeni. Northampton’s Child czyli opowieści o prostym chłopaku z Northampton, który pokochał muzykę. Nie zapominajmy też o Doorman, czyli utworze pełnego brudnego, groźnego basu pokazującego rockowe oblicze rapera.

Na koncie slowthaia znajduje się też wiele ciekawych współprac. W swoich wypowiedziach podkreśla, że uwielbia współprace z różnymi artystami, jednak co jest do tego niezbędne, to dobre relacje i wspólny vibe z muzykami. I tak na przykład możemy usłyszeć go w Momentary Bliss od Gorillaz, czy w Zatoichi z Danzelem Currym. Na swoje albumy slowthai zapraszał między innymi Mura Mase, Skeptę, czy wcześniej już wspomnianego A$AP Rocky’ego. To właśnie eksponuje otwartość Brytyjczyka na poszerzanie własnych horyzontów i udowadnia, że muzyka jest idealną zajawką do jednoczenia ludzi.

Można w końcu zadać pytanie. Co tak naprawdę wyróżnia slowthaia na obecnej scenie muzycznej? Przecież nie brak artystów ze świetnymi tekstami czy wyróżniającą się stylistyką. Kwintesencją slowthaia jest jednak autentyczność. To co nam pokazuje to nie pomysł na siebie, lecz on sam. Ma w sobie coś co sprawia, że czujemy jakbyśmy mieli przed sobą chłopaka z osiedla, który mimo występowania u boku największych, nadal jest tym szczerym ziomkiem, a nie gwiazdą poza naszym zasięgiem. Dzięki temu jego estetyka trafia do szerszego grona odbiorców. W tym kontekście można rozważać czy jest on rapującym punkiem, czy może raperem grającym punka. Nie będzie błędem odpowiedź, że jednocześnie jednym i drugim. Do tego warstwa muzyczna okraszona syntezatorami, gęstymi basami i ciemnym brzmieniem elektroniki. To sprawia, że każdy zapowiedziany projekt pokręconego Brytyjczyka jest wyczekiwany z utęsknieniem.

Ugly to bez wątpienia jedna z mocniejszych pozycji wydanych w bieżącym roku. Nie pozostaje nam nic innego jak trzymać kciuki za to, aby w najbliższym czasie nadarzyła się okazja do wysłuchania artysty na żywo w Polsce.

Sylwia Szydełko

Health

„Jesteśmy Health i jesteśmy z Los Angeles z Kalifornii” – te słowa mogłyby zapowiadać bardzo dużo zespołów, ale jednak obecny artysta tygodnia jest w porównaniu do nich wyjątkowy.

 

Jake Duzsik, John Famiglietti, BJ Miller oraz Jupiter Keyes zaczęli działalność jako Health w 2005 roku. Skąd taka prosta nazwa? Członkowie zespołu stwierdzili, że ma to być słowo używane na co dzień i akurat to nie było jeszcze zajęte. Swoją karierę zaczęli z grubej rury – ich pierwszy singiel to Crimewave, którego remiks Crystal Castles jak wiadomo, zdobył wielką popularność. Jednakże oryginał w przeciwieństwie do elektronicznej wersji znanej wielu, jest o wiele bardziej surowy i industrialny.

To brzmienie towarzyszyło zespołowi przez pierwsze lata działalności. Wręcz eteryczne wokale towarzyszyły ścianom gitarowo-elektronicznego dźwięku. Ich pierwszy album, zatytułowany po prostu Health został wydany w 2007 roku i spotkał się z pozytywnym odbiorem słuchaczy i mediów, dzięki czemu ekipa była w stanie zagrać jako support Nine Inch Nails na trasie koncertowej Lights in the Sky. Krytycy określili jednak ich brzmienie jako bardzo podobne do innych projektów noise rockowych – na szczęście Health nie zaprzestali na robieniu tego samego albumu do końca kariery.

Druga płyta zespołu Get Color wyszła prawie równo dwa lata po pierwszej – 8 września 2009 roku. Przed jej premierą miał miejsce konkurs, w którym jednymi z nagród były włosy artystów albo plakaty podpisane przez nich własną krwią. Ta estetyka towarzyszy też albumowi – promujący go singiel Die Slow zarówno nawiązuje do niej w swoim tekście („market yourself for blood”), jak i w towarzyszącym teledysku. Można by było pomyśleć, że w związku z tym album będzie mocniejszy, ale wręcz przeciwnie. Zespół postawił większy nacisk na elektronikę, tworząc dzieło „bardziej dostępne, ale wciąż szalone”. Jest to jednak zwiastun tego, co miało nadejść w przyszłości.

Kolejna zmiana stylu nadeszła razem z premierą gry Max Payne 3, do której zespół skomponował całą ścieżkę dźwiękową. Według reżysera muzycznego gry głównym konceptem soundtracku miało być otoczenie głównego bohatera bardzo łatwo identyfikowalnym i unikatowym brzmieniem, a usłyszenie Health podczas występu na żywo utwierdziło go, że jest to właśnie ten zespół, który podoła zadaniu. Grupa połączyła brzmienie kojarzone przez fanów z poprzednich dwóch albumów z syntezatorami przywołującymi wspomnienia z lat 80. i zyskującej na popularności muzyki synthwave.
Zarówno cała ścieżka dźwiękowa jak i pochodząca z niej piosenka Tears zostały nominowane do odpowiednich kategorii podczas Spike Video Game Awards w 2012 roku. Od tego czasu zespół regularnie tworzy piosenki do gier tego studia. Kompozycje amerykańskiej ekipy możemy usłyszeć przykładowo w dodatku Arena War do gry GTA Online, jak i innych seriach takich jak Need for Speed, a ostatnio Cyberpunk 2077, jak i towarzyszącej mu serii anime Cyberpunk: Edgerunners.

Gdyby postawić obok siebie debiut oraz trzeci album zespołu, czyli wydane w 2015 Death Magic, jedyne co byłoby w miarę podobne to branding i ogólna estetyka wizualna. Dźwiękowo ktoś mógłby stwierdzić, że są to diametralnie różne zespoły – razem ze zmianą labelu z Lovepump United na Loma Vista przyszła kolejna zmiana stylu. Health w końcu poszli w kierunku muzyki pop, która pomimo ich początkowego stylu, zawsze była inspiracją. Objawiło się to chociażby ich pierwszym hitem opisanym na początku artykułu. Nie był to jednak obrót o pełne 180 stopni. Clash Music w swojej recenzji opisało album jako „walkę pomiędzy melodią a hałasem” oraz „najbardziej przerażający album popowy 2015 roku”. Krótko po jego wydaniu gitarzysta Jupiter Keyes opuścił zespół, który od tego czasu działa jako grupa trzyosobowa. W 2019 electro-industrialny tercet wydał płytę Vol 4: Slaves of Fear, utrzymaną w podobnej stylistyce, chociaż tym razem wracającą do metalowo-industrialnych dźwięków.

Health nie jest jednak samotne, ponieważ w przerwach pomiędzy głównymi albumami wydaje też krążki z serii Disco. Oryginalnie były one po prostu albumami remiksowymi, ale w porównaniu do innych artystów wypuszczających tego typu płyty, Health z czasem podeszli do tego tematu inaczej, zmieniając skupienie z remiksów tworzonych przez gościnnych artystów na pełnoprawne kolaboracje, których wynikiem są całkowicie nowe piosenki. W największym i najnowszym dziele z tej serii – dwuczęściowym DISCO4, którego pierwsza część została wydana w 2020 roku, a druga dwa lata później – można usłyszeć wielu artystów, których obecności raczej nie można było się spodziewać. Grające od razu po sobie kolaboracje z Poppy i Nine Inch Nails mogłyby w ogóle do siebie nie pasować, ale Health swoim stylem działa jako swoisty klej łączący zarówno gotycki pop, industrial, jak i wiele innych podgatunków metalu, elektroniki, a nawet i rapu w spójną całość.

Jedna z największych kolaboracji zespołu została jednak podjęta z innym artystą, a mianowicie z francuskim popularyzatorem mrocznego synthwave’u Jamesem Kentem, znanym jako Perturbator. Pojawił się na obydwu częściach DISCO4 w piosenkach BODY//PRISON i EXCESS, a tak samo nazywający się jego utwór z płyty Lustful Sacraments miał osobną kolekcję coverów, z czego jeden został nagrany przez Health. Nie jest to koniec ich współpracy razem, ponieważ w drugiej połowie zeszłego roku wyruszyli razem z nim i amerykańskim artystą Tristanem Shone’em, znanym jako Author & Punisher w trasę koncertową po Europie nazwaną tak samo, jak dzieła obydwu opisywanych wcześniej artystów – Excess. Oryginalnie zaplanowana na 2021 rok, przez pandemię musiała zostać przeniesiona na następny rok, ale ostatecznie na jednej zmianie terminu się zatrzymało. Finalnie Author & Punisher, Perturbatora, jak i właśnie Health mogliśmy zobaczyć na żywo we Wrocławskich Zaklętych Rewirach i Warszawskiej Progresji odpowiednio 26 i 27 października ubiegłego roku. Mam wielką nadzieję, że nie były to ostatnie koncerty tego zespołu w Polsce.

Maciej Respondek

Röyksopp

Nazwę tego norweskiego duetu można dosłownie przetłumaczyć jako grzyb dymny. Röyksopp to zespół, który liczy sobie już 24 lata istnienia. W listopadzie, po niespełna ośmiu latach od wydania ich ostatniej płyty, powrócili z albumem, który opisują jako największe przedsięwzięcie w karierze zespołu. Röyksopp Artystą Tygodnia w Radiu LUZ oraz headlinerem festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice 2023.

 

Duet Torbjørna Brundtlanda i Sveina Berge’a poznałam niespełna 13 lat temu, kiedy zaczęłam się muzycznie kształtować, a na żywo miałam okazję posłuchać ich DJ seta podczas pierwszej edycji warszawskiego On Air Festival w 2022 roku. Dorastali w Tromsø i poznali się przez wspólnego znajomego, gdy byli nastolatkami. Wspólna miłość do muzyki elektronicznej skłoniła dwójkę Norwegów do rozpoczęcia nagrywania na początku lat 90. We wczesnych latach kluczowej epoki w historii norweskiej muzyki elektronicznej, pionierzy Berge i Brundtland zanurzyli się w scenie eksperymentalnej w Tromsø. Pierwszą EPkę o tytule Traveler’s Dreams wydali we współpracy z dwoma innymi muzykami jako zespół Aedena Cycle. Brundtland i Berge utworzyli Röyksopp w 1998 roku i podpisali kontrakt z niezależną, brytyjską wytwórnią Wall of Sound.
Wybili się do mainstreamu w złotym okresie norweskiej sceny elektronicznej, nazywanym Bergen Wave i stali się jednym z najtrwalszych zespołów elektronicznych swoich czasów.

Baaardzo dobry start

Dobry początek to rzecz, za którą zdecydowanie można cenić Röyksopp. Albumem Melody A.M. z 2001 roku osiągnęli przełomowy sukces. W całym debiutanckim krążku, połączyli house, R&B i atmosferę IDM w bardziej tradycyjne, downbeatowe dźwięki. Jednym z pierwszych zaproszonych przez zespół wokalistów jest Erlend Øye z King of Convenience, którego głos można usłyszeć w utworze Poor Leno, a singiel Eple znalazł się na liście najlepszych utworów dekady Pitchforka.

Melody A.M. od początku do końca wypełniony jest płynącym i chillującym dobrem, a do top utworów dorzucić muszę także In space, który brzmi jak podkład do przepięknego, szczęśliwego snu; ciepły Sparks z udziałem norweskiej wokalistki Anneli Drecker, namiętny She’s So, Remind me oraz So Easy, które dźwiękowo może zabierać słuchacza do krainy röyksoppowych, dymnych grzybów.
Debiutancki album zespołu to zdecydowanie jedna z tych płyt, którą taka cyfrowa melomanka jak ja musi mieć w wersji analogowej, aby była gotowa do słuchania przez całe dalsze życie. Nic więc dziwnego, że znalazła się na liście „1001 albumów, które musisz usłyszeć przed śmiercią”. Macie też takie płyty, których jesteście pewni, że zawsze będą Wam się podobać? Jeśli odpowiedź brzmi “tak”, to zachęcam do podsyłania!
Ilość zapraszanych wokalistów i wokalistek jeszcze bardziej zwiększyła ich wszechstronność i popularność. W ich drugim albumie The Understanding pojawia się gościnnie Karin Dreijer Andersson (Fever Ray), wtedy znana z The Knife, a teraz wyczekiwana w Warszawie. Koncert Fever Ray w Warszawie odbędzie się 30 marca.

Röyksopp wzbili się na szczyty elektronicznego mainstreamu po wypełnionemu gośćmi albumowi Junior z 2009 roku i jego introspektywnemu, instrumentalnemu odpowiednikowi, Seniorowi z 2010 roku. Taneczny, downbeatowy The Drug wpletli pomiędzy utwory, które brzmieniowo podróżują w strony pustynnego Teksasu. Mowa o Senior Living i Forsaken Cowboy.

Nieuchronny koniec? Ktoś chyba coś źle zrozumiał

W listopadzie 2014 zespół wydał swój piąty album The Inevitable End, który został ogłoszony jako ostatni wydany w tradycyjnej formie. Na płycie gościnnie pojawia się szwedka Robyn<ahref=”https://open.spotify.com/artist/1kq2ZvBA7AX9mdZTk9SkpU”>Jamie Irrepressible oraz norweżka Susanne Sundfør, z którą zespół stworzył już całkiem pokaźną ilość singli. Polecam Save me z udziałem Sundfør oraz – chyba kultowe już – Something in My Heart. Część osób, w tym dziennikarzy i krytyków muzycznych mylnie zrozumiała zapowiedziany koniec z tradycyjnym wydawaniem płyt wraz z wydaniem The Inevitable End. Tytułowy “Nieuchronny Koniec” nie zapowiadał pożegnania się z Röyksopp, a nowy, nieprzewidywalny rozdział wydawniczy tego zespołu. Ogłoszenie duetu Norwegów o zakończeniu pewnego rozdziału brzmiało obiecująco, ambitnie i warto było czekać.
Po roku 2014 nowe wydawnictwa zespołu pojawiały się formie singli, miksów i kolekcji, takich jak Lost Tapes z 2019 roku.

Album-trylogia

Jesienią 2022 roku zespół Röyksopp wydał ambitną i wybitną, trzytomową serię Profound Mysteries I, II i III, co znacznie przekroczyło ramy definicji „albumu”. Całość jest niezwykle nowoczesna i zachwycająca. Wśród gości mi.in. Alison Goldfrapp, Pixx, Susanne Sundfør, Astrid S i Karen Harding.
Mówiąc o ostatniej płycie z tej serii, Svein Berge & Torbjørn Brundtland powiedzieli: Z Profound Mysteries III kończymy nasze potrójne przedsięwzięcie albumowe. Pod jego złotym, mieniącym się połyskiem, kryją się poziomy niejednoznaczności i kontrastu; słodkie i wstrząsające, wspaniałe i złe. Poza tym, twórcy opisali swoje najnowsze wydawnictwo jako największe przedsięwzięcie w karierze Röyksopp, a to jak rozwinęło się ich brzmienie, wypracowali sobie przez dekady. Albumem składają hołd artystkom, gatunkom i ruchom muzycznym, które ich zainspirowały na samym początku kariery.
Piotr Stelmach z Radia 357 po ukazaniu się Profound Mysteries pięknie napisał, że album nasycony jest chwytającymi za przedsionki melodiami, w których subtelność pełni rolę cichego producenta. Że słuchając tej płyty, myśli o… radiu. A konkretnie o nowocześnie brzmiącej, a przy tym wysmakowanej pod względem muzycznym antenie.

Minęła już chwila od premiery trzeciego albumu z tej muzycznej trylogii, ale tak jak czekam na muzyczne nowości, tak też w przypadku tej publikacji trzeba mi było polubić się z cierpliwością. Tymczasem czekam na koncert Röyksopp, którzy z całym zespołem przyjeżdżają do Katowic w dniach 8-11.06 na festiwal Tauron Nowa Muzyka! Jak zapowiadają organizatorzy, koncert Röyksopp będzie z pewnością największym wydarzeniem 18. edycji festiwalu.
Artykułem Röyksopp Artystą Tygodnia witam się z redakcją muzyczną Radia LUZ i na pewno jeszcze usłyszycie lub przeczytacie ode mnie coś o muzyce ze Skandynawii 🙂

Last but not least…
Miłośnikom i miłośniczkom wizualizacji polecam sprawdzić jak każdy dźwięk z serii Profound Mysteries wygląda na ruchomym obrazku. Total sztos!

Żaneta Wańczyk

 

Röyksopp, fot. Stian Andersen

 

James Brown

Soulbrother #1, The Godfather of Soul, Mr. Dynamite, The Hardest Working Man in Show Business — te przydomki nie wzięły się znikąd, jednak pomimo miejsca zaraz obok nazwisk takich jak Elvis Presley czy Michael Jackson, prawdziwy wpływ Jamesa Browna na świat muzyki oraz droga jaką przebył, niekoniecznie są wiedzą powszechną.

 

James Brown urodził się w 1933 roku w małej drewnianej chatce we wsi Elko, która do dziś liczy ok. 150 mieszkańców. Jego matka Susie née Behling w momencie porodu miała zaledwie 16 lat, zaś ojciec (Joseph G. Brown) 21. Jego dzieciństwo od samego początku naznaczone było trudem i ogromną biedą. Przez pierwsze parę lat życia jego rodzina żywiła się głównie tym, co byli w stanie znaleźć w lesie, a opiekę nad nim sprawowała głównie matka, w trakcie gdy ojciec zarabiał zbierając i sprzedając żywicę. Po 4 latach życia w ten sposób matka Jamesa nie wytrzymała i uciekła, zostawiając go z ojcem. Po krótkim czasie Joseph G. Brown również postanowił opuścić wieś i pojechać z synem do miasta w poszukiwaniu lepszych perspektyw. W ten sposób, w wieku 6 lat James Brown zamieszkał z ojcem w Auguście, w stanie Georgia. Jak się okazało, przeprowadzka do miasta nie pozwoliła im jednak uciec od biedy i problemów. Pieniędzy nadal było mało, lub nie było ich wcale i niejednokrotnie zdarzało się, że odsyłano Jamesa ze szkoły za brak wystarczającego odzienia. W swojej autobiografii opowiada, że przez większość jego dzieciństwa za parę majtek służyły mu worki po mące.

W Auguście akomodacje zapewniała im jego ciotka, w jednym ze swoich przybytków płatnej miłości, gdzie Brown na co dzień ścierał się z prostytucją oraz przestępczością i zdaje się, że muzyka w tym czasie była dla niego główną drogą ucieczki od trudów życia. Stopniowo zaczął brać udział w lokalnych przeglądach talentów i w wieku 10 lat wygrał pierwszy konkurs wokalny. Ten mały-wielki sukces był dla niego pierwszą poważną motywacją i skłonił go do szukania dalszych możliwości do występów. Podczas pierwszych lat II wojny światowej James Brown zaczął więc stepować za przysłowiowe drobniaki zabawiając przejeżdżających przez Augustę żołnierzy armii amerykańskiej, zarabiając w ten sposób na opłacenie mieszkania dla siebie i ojca (5$ tygodniowo). W trakcie jego przydrożnych występów po raz pierwszy usłyszał również legendę bluesa Howlin’ Wolfa, który momentalnie stał się dla niego inspiracją i skłonił do nauki gry na gitarze, pianinie oraz harmonijce.

W międzyczasie bieda i codzienna styczność z przestępstwem zaczęła jednak odciskać na nim swoje piętno i w wieku 16 lat w 1949 roku został zatrzymany przez policję za kradzież i skazany na 8 lat więzienia. Wydawałoby się, że to sytuacja która skutecznie powstrzymałaby działania artystyczne większości ludzi, ale nie mówimy o większości, tylko o Jamesie Brownie. Niestrudzony wyrokiem, wykorzystał nowe znajomości w więzieniu i założył wraz z kolegami z celi wokalną grupę gospelową. Wkrótce zaczęto mówić o nim the guy called Music Box i jego muzyczna reputacja w więzieniu zaczęła rosnąć. Podczas jednej z rozgrywek baseball’u odbywających się poza zakładem karnym poznał niejakiego Bobby’ego Byrda. Między dwójką szybko wywiązała się przyjaźń, która trwać miała do końca życia Browna. Bobby, zafascynowany reputacją i głosem Music Boxa, wraz ze swoją rodziną pomógł zapewnić jego wcześniejsze wyjście z więzienia. Ubiegając się o wcześniejsze wypuszczenie Brown podobno obiecał sądowi, że po wyjściu będzie śpiewał dla Pana. Nie kłamał.

W 1952 roku został wypuszczony na wolność i po dwóch latach pracy i członkostwa w paru grupach gospelowych dołączył do grupy wokalnej Bobby’ego Byrda, która ostatecznie przerodziła się w The Famous Flames. Z uwagi na dopracowane układy taneczne, zespół szybko zaczął zdobywać rozgłos jako grupa, którą warto zobaczyć na żywo. Początkowo James Brown był równoprawnym wokalistą grupy, jednak jego naturalna siła przebicia, charyzma i zmysł do biznesu sprawiły, że prędko stał się główną postacią zespołu. W 1956 roku grupa wydała pierwszy singiel zatytułowany Please, Please, Please, który od razu stał się przebojem i sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Zaledwie rok później James przejął rolę managera grupy, która chwilowo rozpadła się, po tym jak nazwa została zmieniona na James Brown and his Famous Flames… Po rozpadzie zespołu wypuścił solowo balladę Try Me, która szybko trafiła na listę przebojów R&B i chwilę po tym, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, oryginalny skład The Famous Flames powrócił i od 1960 roku znów grali razem z Brownem.

Kolejnym kamieniem milowym w jego karierze był wydany w 1963 roku album Live At The Apollo, który sfinansowany i wyprodukowany został przez samego Browna. Właściciel wytwórni King Records, która wydawała w tamtym czasie Jamesa Browna uważał bowiem wypuszczanie albumu za zły pomysł, twierdząc, że nikt nie będzie chciał słuchać albumu w wersji live. Ku zdziwieniu wszystkich poza samym Brownem album sprzedał ponad milion kopii i pozostał na liście przebojów przez 14 miesięcy.

Na tym etapie trzydziestoletni James Brown, był już w pełni uformowanym muzykiem, wokalistą, performerem oraz biznesmenem gotów na to, by w pełni zrewolucjonizować świat muzyki popularnej i ostatecznie przypieczętować swoje dziedzictwo. W 1964 roku światło dzienne ujrzał kolejny album  zatytułowany Out of Sight. Czerpiący z bluesa tytułowy utwór z płyty stał się kolejnym hitem grupy i pozwolił im zdobyć szeroki rozgłos. Szczególnie przełomowym momentem był ich słynny wykon tego utworu w programie telewizyjnym The T.A.M.I. Show, który na chwilę wstrząsnął całą Ameryką. Brown i The Flames mieli być główną gwiazdą wieczoru, kiedy w ostatniej chwili otrzymali wiadomość, że za decyzją prowadzących headlinerem będzie jednak młody, zdobywający rozgłos zespół z Anglii — The Rolling Stones. Złość Browna spowodowana tą wiadomością okazała się być siłą, która popchnęła go do chwały. The Furious Flames u boku Jamesa Browna dali historyczny popis wokalno-taneczny, który bez dwóch zdań przyćmił tamtej nocy The Rolling Stones. Wiele doniesień z tego wydarzenia mówi o tym jak młody Mick Jagger nerwowo palił za kulisami papierosy, obserwując dopracowane do perfekcji ruchy grupy i zwierzęcą wręcz energię i charyzmę Browna. Na dostępnych nagraniach można zaobserwować na twarzy Jaggera lekkie zakłopotanie oraz jego nieudolne próby dorównania Brownowi w trakcie występu The Rolling Stones. Legenda głosi, że to wydarzenie popchnęło później Jaggera do eksplorowania swojego motorycznego ekscentryzmu.

Na kolejne lata kariery Browna przypada krystalizowanie się jego nowego, niepowtarzalnego stylu, który jawnie przebijał się już przez bluesową stylistykę utworu Out of Sight. W 1965 roku Brown wydał kolejno 3 single — Papa’s Got a Brand New Bag, I Got You oraz It’s a Man’s Man’s World, które nie tylko znalazły się na szczycie list przebojów R&B i Popu, ale znane dobrze są wszystkim do dziś, blisko 70 lat po ich wydaniu. Dwa lata później osobisty styl Jamesa Browna oficjalnie stał się nowym gatunkiem i otrzymał miano f​unku. W tym samym roku światło dzienne ujrzał również singiel zatytułowany Cold Sweat, który przez wielu krytyków uważany jest za pierwszy prawdziwie funkowy utwór w historii.

Niebywały sukces Browna opierał się nie tylko na jego zdolnościach taneczno-wokalnych, czy nawet biznesowych. Ojciec soulu odmienił wśród słuchaczy czucie i rozumienie muzyki. Myślał bowiem nie przez pryzmat melodii, a rytmu i konsekwentnie szukał nowych rozwiązań rytmicznych, które mogłyby nadać utworom energii i porwać do tańca nie tylko jego, ale i każdą z osób na widowni. Początkowo zaprowadziło go to do wykorzystywania synkop, czyli przesunięcia akcentu w takcie względem stałego schematu wynikającego z metrum, co przy odpowiednim użyciu tworzy coś, co przeciętny słuchacz rozumie jako groove. Kluczem i finalną pieczęcią na akcie stworzenia funku było jednak całkowite zminimalizowanie melodyki i rozebranie wszystkich instrumentów do ich rytmicznych kości. James Brown zaczął traktować sekcję dętą jako sekcję rytmiczną, która zamiast wypełniać melodyczną pustkę, okazjonalnie pojawiała się w określonym momencie taktu, dodając rytmu i energii. Brown postawił również na silne akcentowanie pierwszego uderzenia w takcie, co pozwalało słuchaczowi nie tylko lepiej odnaleźć się w rytmice całości utworu, ale stanowiło swego rodzaju mikro-zastrzyk energii, powracający cyklicznie wraz z każdym kolejnym taktem. Brownowi nie zależało na wirtuozerii, jego celem było porwanie mas do tańca.

Był nie tylko nowatorem. Przydomek The Hardest Working Man in Show Business był bezapelacyjnie trafny. W całej karierze wydał bowiem blisko 70 albumów i 145 singli, co przekłada się łącznie na ok 1900 pojedynczych utworów. Z tego aż 110 znalazło się na oficjalnych listach przebojów R&B i pop. W samym okresie 1965-1975 James Brown wydał aż 43 krążki, które trafiły na wspomniane listy przebojów.

Wpływ Jamesa Browna wychodzi jednak daleko poza funk i soul. Bezpośrednio z funku wywodzi się bowiem disco, a z obu tych gatunków — hip hop. Wiele osób uważa Jamesa Browna nie tylko za ojca funku i soulu, ale właśnie i hip hopu. Schematy rytmiczne stworzone przez Browna są bowiem fundamentami hip hopu. James Brown jest najczęściej samplowanym artystą w historii i to na jego samplach w dużej mierze powstawały pierwsze hip hopowe utwory. Styl wokalny jakim jest rap również częściowo można przypisać Brownowi, bo pomimo iż nie sam raczej używał typowo rymującej się i rytmicznej formy przekazu lirycznego, rozpowszechnił wywodzący się z bluesa styl call and response (czyt. wołanie i odpowiedź), który do dnia dzisiejszego można usłyszeć w rapowych refrenach. Jungle jest kolejnym gatunkiem, który wielokrotnie używał drum-breaków oraz charakterystycznych okrzyków Browna i częściowo zawdzięcza mu swoje brzmienie. Pop, czyli muzyka popularna, na pewno nie byłaby tym samym bez jego wpływu. James stał się archetypem tańczącej, śpiewającej i dobrze wyglądającej gwiazdy i to na jego barkach stoją tacy giganci jak Michael Jackson czy Prince, którzy otwarcie mówili o tym, że to właśnie on utorował im drogę oraz był ogromną inspiracją. Podczas jednego z pierwszych przesłuchań The Jackson 5, młody Michael imitował zresztą ruchy Jamesa Browna, coverując z braćmi jego utwór I Got The Feelin.

Po długiej i bujnej karierze James Brown zmarł w 2006 roku w Atlancie w wieku 73 z powodu zawału serca. Pomimo szwankującego już zdrowia zdawał się całkowicie oddawać się muzyce, a jego legendarna energia nigdy nie przeminęła. Jedna z członkiń jego zespołu opowiadała, że kiedy grali wspólnie jeden z ostatnich koncertów, James był w kiepskim stanie fizycznym, jednak nalegał, że musi zagrać choćby świat miał się walić. Lekarz założył mu więc cewnik, dał pobudzający zastrzyk, po czym 73 letni James Brown zagrał półtoragodzinny koncert, na koniec którego w przypływie euforii scenicznej skoczył do znajdującego się obok sceny basenu, z którego wyławiać go później musiał jego zespół.

Czego by o nim nie powiedzieć, James Brown wpłynął na kształt dzisiejszej muzyki jak mało który artysta i stał się nieśmiertelny dzięki swojemu dziedzictwu. Udowodnił całemu światu, że przy odpowiedniej dawce samozaparcia, dyscypliny i konsekwencji w dążeniu do celów można osiągnąć  literalnie wszystko. Nie ważne skąd się zaczyna.

Oskar Pągowski

Voo Voo

Voo Voo
Nabroiło się. W ten sposób artyści z zespołu Voo Voo (nawiązując do jednego ze swoich utworów) postanowili nazwać zeszłoroczną składankę, ukazaną światu w 35-lecie pierwszego albumu grupy. Nie wydają się oni jednak specjalnie zawstydzeni swoim zachowaniem. Kilka tygodni temu zaprezentowali bowiem kolejne wydawnictwo o bardzo wymownym tytule Premiera. Z tej okazji Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ zostaje grupa Voo Voo.

 

Voo Voo jest zespołem legendarnym. Voo Voo jest zespołem większym niż życie, jak ładnie mógłby to określić mój anglojęzyczny odpowiednik. Choć ciężko o banalniej brzmiące zdania, to jednocześnie nie sposób się z nimi kłócić. Mnogość projektów, utworów i dźwięków, które pomogły kształtować muzyczny krajobraz polskiej rzeczywistości przez prawie cztery ostatnie dekady stawiają ich w ścisłej czołówce najbardziej znamienitych i wpływowych polskich wykonawców.

Jak zaczęła się jednak cała ta afera zwana Voo Voo? Trop nieomylnie prowadzi nas do człowieka o zadziwiająco podobnie brzmiących inicjałach, jeśli czytać by je zgodnie z angielską fonetyką. Wojciech Waglewski, bo oczywiście o nim mowa na przełomie lat 70. i 80. swoją muzyczną drogę związał z zespołem Osjan. Był to twór eksperymentalny, szalony, czerpiący garściami z muzyki etnicznej. Jego największą siłą i znakiem rozpoznawczym były koncerty. Tam też Wagiel musiał się nauczyć jak radzić sobie z graniem 10-minutowego gitarowego solo bez pomocy żadnego z kolegów, czy nawet nagłośnienia. Jedynie on i akustyczna gitara. Szkoła życia i szkoła grania w jednym. Doświadczenia te oraz płynąca z nich chęć nieskrępowanej koncertowej ekspresji rzutują po dziś dzień na jego postrzeganie muzyki i sposób, w jaki kolejne albumy Voo Voo przyjmują swoje kształty.

Po odejściu z grupy Osjan i przejściowym okresie działalności w grupie Morawski Waglewski Nowicki Hołdys nadszedł czas na stworzenie czegoś własnego. Pierwotny skład Voo Voo tworzyli: Wojciech Waglewski, Andrzej Nowicki (gitara basowa), Wojciech Morawski (perkusja) i Milo Kurtis (instrumenty perkusyjne i trąbka). Ekipa nie przetrwała zbyt długo, można ją jednak usłyszeć na debiucie grupy zatytułowanym Voo Voo. Płyta bardzo trafnie  charakteryzuje pierwsze lata działalności formacji – brzmienie było zdominowane przez rock o niepokojącym, horrorowym wręcz sznycie. Teksty lidera grupy w tamtym czasie cechowały się surrealizmem, lecz i pewną baśniowością oraz oniryzmem.

Pod koniec lat 80. miał też miejsce wielce ciekawy incydent w dyskografii Voo Voo. Wspólnie z grupą dzieci nagrali płytę Małe Wu Wu. Absolutnie wspaniały w tej pozycji jest sposób podejścia do jej nagrywania przez Waglewskiego. Nie potraktował on bowiem małych artystów zgodnie z ich wiekiem. Potraktował ich jak dorosłych, dając im podkłady godne ,,dorosłego” albumu. Rock, elementy muzyki afrykańskiej i azjatyckiej, a nawet (w 1988 roku!) rap, upodabniający tytułowy utwór do czegoś wprost wyjętego z Licensed To Ill. Zamiast jednak o sprawach istotnych dla nastolatków i młodych dorosłych, teksty traktują o zagadnieniach ważnych dla osób ponad dwa razy młodszych od nowojorskiego pierwowzoru.

A skoro mowa już o zaskoczeniach – Karnawał. Zapewne każdy w naszym kraju zna, a wręcz bez problemu potrafi zanucić melodię co roku pojawiającą się w polskich mediach wraz z początkiem stycznia, gdy coraz bardziej wyczekujemy finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jaki procent jednak jest świadomych tego, że twórcą kultowej melodii jest właśnie nasz Artysta Tygodnia? Obecna wersja powstała dzięki połączeniu utworu Voo Voo oraz grupy Jafia Namuel – Pozytywne Myślenie. Jak mówi o oryginale sam Jurek Owsiak – muzyka ta idealnie oddaje podstawowe założenia Orkiestry, czyli czynienie rzeczy dobrych przez radość, miłość i zabawę.

Początek lat 90. to dla Voo Voo również czas znaczącej artystycznej reorientacji, za której symbol zazwyczaj uznaje się album Łobi Jabi. Stanowi on odejście od tematów i stylistyki pierwszych lat działalności zespołu, przenosząc go w okres folkowy, pełen zapożyczeń i nawiązań do muzyki innych kultur. Na tym albumie szczególnie silnie zaznacza się obecność Alima Qasimova, azerskiego wokalisty, którego baśniowe zaśpiewy przenoszą słuchacza w malownicze, a tak mało znane w naszej kulturze regiony kaukaskiej sztuki. Wydawnictwo to było również silnym zaznaczeniem swej obecności w kształtowaniu muzyki grupy dla Mateusza Pośpieszalskiego. Odpowiada on bowiem za aranżacje smyczkowe oraz tytułowy utwór tego porywającego albumu.

Łobi Jabi zawiera też prawdopodobnie najbardziej znaną wersję jednego z dwóch kluczowych dzieł formacji – Floty zjednoczonych sił. Utwór ten, razem z  Nim Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic Nie Było – przeszedł przez lata dziesiątki wcieleń i metamorfoz. Obie pieśni są właściwie jedynym stałym punktem koncertów. Po części jest to ukłon w stronę miłośników grupy, po części manifestacja filozofii Voo Voo. Potrzeba bliskości drugiego człowieka oraz wiara w lepsze jutro, nawet jeśli dzisiaj jawi się w katastroficznym świetle. To właśnie pcha muzyków, a wraz z nimi publikę, ku tym wyczekiwanym lepszym chwilom. A to, że jak zdradza sam Waglewski, dzieła te zostały specjalnie skomponowane w ten sposób, by można je było zagrać na sto tysięcy sposobów to tylko dodatkowy plus…

Nie sposób wymienić wszystkich znaczących albumów, dokonań i projektów grupy. Inaczej artykuł ten miałby prawdopodobnie długość dość obszernej książki. Kilka z nich wybija się jednak usilnie z tłumu (elitarnego, trzeba od razu sprecyzować). Pierwszym wartym wyróżnienia krążkiem jest Flota Zjednoczonych Sił, na którym panowie akompaniowali do własnych dzieł swoim znamienitym gościom, wśrod których warto wymienić chociażby Macieja Maleńczuka, Grzegorza Turnaua, Stanisława Sojkę, czy Kasię Nosowską. Następnym istotnym wydaniem jest  21, gdzie razem z Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy na nowo zaaranżowane zostały utwory z dotychczasowej (już wtedy 20-letniej) działalności grupy. No i wciąż świeża Anawa 2020, gdzie tym razem artyści postanowili oddać hołd 50-letniemu kamieniowi milowemu polskiej muzyki autorstwa Marka Grechuty.

Na osobny akapit zasługuje wydawnictwo Placówka ‘44, na którym ponownie zespół wsparli – tym razem młodzi – muzycy, między innymi Justyna Święs. Tym razem teksty nie powstały pod piórem Waglewskiego, lecz młodych warszawiaków biorących udział w konkursie poezji. Nie byłoby w tym nic niezwykłgo, gdyby nie fakt, że dzieła te pochodzą z sierpnia 1944 roku, czyli czasów anihilacji stolicy i apokalipsy dziejącej się na każdej ulicy. Zdaniem frontmana grupy ów zbiór poezji jest prawdziwym triumfem człowieka. Nie wiem, czy po przesłuchaniu Dziś Idę Walczyć, Mamo jestem w stanie dodać cokolwiek więcej do tych słów.

Nie sposób też nie wspomnieć o innym wydarzeniu, zakorzenionym bardzo głęboko w corocznym letnim krajobrazie koncertowym. Mowa tu oczywiście o Męskim Graniu, które swój początek miało w 2010 roku, a pierwszym dyrektorem artystycznym został Wojciech Waglewski. Hymn ówczesnej edycji, Wszyscy Muzycy To Wojownicy, w którym Voo Voo towarzyszyli Abradab i Maciej Maleńczuk jest triumfalną manifestacją potrzeby tworzenia sztuki. Nawet, jeśli świat dookoła nie zawsze ją docenia. Choć w późniejszych latach trasa skręciła w znacznie bardziej mainstreamową stronę, to właśnie sukces pierwszej edycji stał się podwaliną pod tytana, jakim jest ta impreza obecnie. Było to możliwe właśnie dzięki batucie lidera Artysty Tygodnia.

Zagłębiając się z powrotem w główny nurt historii Voo Voo można by zadać sobie pytanie – skąd tak ogromna różnorodność w ich twórczości? W jaki sposób z albumu na album są oni w stanie przejść od bluesowego i mocno etnicznego Dobry Wieczór, do jazzowego i wirtuozerskiego 7? Odpowiedzi ponownie udziela główny zainteresowany. W formie bardzo skróconej stwierdza on wprost, że członkowie zespołu nie lubią się powtarzać. Nieco bardziej zaś rozwijając temat, Waglewski mówi tak…

W momencie, gdy czujemy, że się mechanizujemy, powtarzamy – musimy natychmiast to zerwać… Każda z płyt Voo Voo jest elementem poszukiwań. Niekiedy płyta zamyka pewien etap, po czym zajmujemy się już odmienną, czasem krańcowo odmienną materią dźwiękową.

 

Ta niemożność twórczego ,,usiedzenia na miejscu” sprawiła, że w 2017 roku formacja wydała album wyjątkowy, nawet jak na swoje wygórowane standardy. Ciężko stwierdzić, jak na jego kształt wpłynęły słowa jednego z synów-muzyków Waglewskiego, gdy ten siadał on do pisania swojego kolejnego dzieła.

Już nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nagraj coś, czego nikt nie kupi.

 

Nestor poszedł za tą radą. Już na wstępie jednak mogę uprzedzić, że przepowiednia nie wypaliła, gdyż album osiągnął status złotej płyty. Pod względem muzycznym jest to natomiat intymna, pozornie przyziemna podróż przez siedem dni tygodnia, od których utwory wzięły swoje nazwy. Czasem mocno prozaicznie cieszymy się Piątkiem, siedząc ładnie ubrani przy stole razem z Waglewskim. Innym razem rozkoszujemy się słodyczą wczesnego niedzielnego poranka, czując ulgę, iż niepokój, że zaczyna się coś, co brzydko cuchnie podczas sobotniej nocy już ustąpił. Środkiem wyrazu dla tego zbioru nadziei, obaw, wspomnień i radości jest głównie jazz. Czasem bardziej mistyczny i ciężki od nadmiaru wina, innym razem lekki i pogodny niczym piękny niedzielny świt.

No i wreszcie nadszedł czas Premiery. Gdzie tym razem zabierają nas Wojciech Waglewski, Mateusz Pośpieszalski, Karim Martusiewicz i Michał Bryndal? Ponownie jest to zbiór myśli, dźwięków i przeżyć uchwyconych w trakcie koncertu, które w studiu przybrały formę ,,dorosłego” dzieła. Trochę obserwacji, a czasem uwag do ludzi dookoła, do ich przywar i wad. Na pierwszy plan wybija się szczególnie fenomenalna Ochota, nagrana wspólnie z Hanią Rani. Lider grupy mocno ironicznie reklamował ten album: podobnie jak w przypadku wszystkich dzieł Voo Voo trzeba będzie usiąść, otworzyć sobie tę butelkę wina i wytrzymać. Ale jak to się skończy, to będzie taka radość, że wreszcie się skończyło, że dla tej radości warto to kupić.

Nie myślałem, że kiedyś to powiem, ale muszę się z Panem, Panie Wojciechu, bardzo uprzejmie nie zgodzić.

Michał Lach

Goat

zdjęcie zespołu Goat - slider
Sielska wieś położona wśród malowniczych, porośniętych świerkiem wzgórz. Przylegające do wsi jezioro, krystalicznie czyste i nieskażone wytycza swoim brzegiem drogi, których pobocza pokolorowane są fioletem wrzosów niczym impresjonistyczny obraz. Niewielkie, czerwone, drewniane domki o białych oknach nie mają wokół siebie żadnych płotów, a przydomowe wiaty i garaże z pewnością przechowują łódki i wędki, a przede wszystkim sprzęt przydatny na zimę. Łańcuchy na koła, raki i narty biegowe są tu koniecznością, gdyż zimy są długie i mroźne, a przez kilka tygodni na przełomie stycznia i grudnia słońce właściwie nie wschodzi ponad widnokrąg. Czy to wstęp do pewnego horroru produkcji A24 wydanego w 2019 roku? Bardzo możliwe. Na scenę z nowym albumem Oh Death powraca żyjąca legenda sceny rocka psychodelicznego. Artystą Tygodnia zostaje szwedzkie Goat!

 

No dobrze, skoro wyobraziliśmy sobie już pejzaż Korpilombolo, przejdźmy do konkretów. Szwedzki psychodeliczno-eksperymentalny zespół (a może raczej kolektyw, ale o tym później) utrzymuje, że to właśnie stamtąd pochodzi. Kraina ta ciągnie za sobą kawał rzekomej historii. W dawnych czasach do wsi miał przybyć szaman, który praktykował voodoo. Owe praktyki nie spodobały się jednak chrześcijańskim misjonarzom, którzy bezceremonialnie zniszczyli osadę. Ocalali mieszkańcy uciekli i rzucili klątwę na terytorium, które niegdyś było ich domem. To całkiem ładna historyjka, jednak podobnie jak wspomniany we wstępie horror, niewiele wspólnego ma z prawdą. Z pewnością dodaje ona jednak tajemniczości i elektryzującego mistycyzmu wizerunkowi Goat. Wizerunkowi — trzeba dodać — skrzętnie przez muzyków ukrywanemu. Występują oni zawsze w pełni zamaskowani, a ich stroje stanowią najczęściej długie szaty okrywające większość powierzchni ciała.

Niesamowite historie o początkach i obecnym życiu członków grupy nie kończą się jednak na przykładzie krwawego nawracania mieczem. W jednym z niewielu udzielonych wywiadów muzycy wyznali, że zaczęli ze sobą grać jeszcze w latach dziecięcych jako część lokalnej, społecznej tradycji. Mają być jedną z kolejnych inkarnacji Goat, które nagrywało przez ostatnie 30 lub 40 lat.

To, co mocno osadzone jest w świecie realnym to filozoficzne podstawy, na których opierają się ich teksty. Wyraźnie inspirowani podstawami buddyzmu artyści dokładają do warstwy lirycznej swoje własne cegiełki, tworząc coś na kształt religii. Nie zabrakło też inspiracji bardziej rodzimych, bo dużym niedopowiedzeniem byłoby pominięcie wpływu szwedzkiego ruchu muzycznego progg. Podobnie do beatników (bardziej popularnych odpowiedników z USA) proggersi (sic!) odrzucali pogoń za dobrami materialnymi, ceniąc nonkonformizm i wolność. Podstawą grup społecznych miały być niewielkie komuny dzielące wspólne wartości. Szwedzka grupa funkcjonuje właśnie według wspomnianego etosu, bo ile wierzyć słowom udzielanym w tych kilku istniejących wywiadach, wszystkim czego potrzeba, aby być członkiem Goat to jakiś instrument i maska.

zdjęcie zespołu Goat

Historia i podstawy ideologiczne to jedynie wstęp do całej intrygi. Sedno Goat leży bowiem w muzyce czerpiącej pełnymi garściami z wielu kultur i tradycji. Dominują inspiracje afrykańskim afrobeatem, znajdziemy jednak również dźwięki bliższe zachodniemu słuchaczowi. Dynamiczne, transowe wręcz rytmy skontrowane są ostro przesterowanymi gitarami i przenikającym duszę, wysokim, kobiecym wokalem.

Debiutanckim albumem World Music z 2012 roku grupa z miejsca zdobyła międzynarodową uwagę, a dobra sprzedaż i pochlebne recenzje zapewniły muzykom pewny start. Już kilka miesięcy później przedstawiali swój materiał szerokiej publiczności podczas tournée po Stanach Zjednoczonych, zaliczając też występ na brytyjskim festiwalu Glastonbury.

Koncertowe zdjęcie zespołu Goat

Kolejne albumy studyjne — Commune i Requiem — ukazywały się w dwuletnich interwałach. Utrzymywały one jakość debiutu, poszerzając jeszcze bardziej horyzonty brzmień. Po 2016 roku fani musieli jednak uzbroić się w cierpliwość. Między wydaniami Requiem a tegorocznym Oh Death minęło aż 6 lat.

Oh Death ukazało się 21 października, a premierę poprzedziły dwa single — Under No Nation i Do The Dance. Album wydany jest we współpracy z brytyjskim Rocket Recordings, z którym szwedzka kapela związana jest od samego początku swojej kariery. Powracają ostro nafuzzowane gitary i wiedźmi śpiew. Nie zabrakło też bębna djembe i transowych groovów, od których chce się rozpalić wielkie ognisko, choćby na środku salonu, wszak nie tańczyć do tych dźwięków jest grzechem. Wyraźnie słychać też inspiracje jazzem i funkiem. Warstwa liryczna również nie odbiega tematycznie od poprzednich projektów. W refrenie pierwszego singla usłyszymy „No trasnportation, no complications, no killing fields, under no nation”. Jedyny nieanglojęzyczny utwór na albumie nosi tytuł Chukua Pesa i jak podpowiada niezastąpiony tłumacz Google, w języku suahili oznacza to „weź pieniądze”.

Można by odnieść wrażenie, że Goat znajduje się w stanie stagnacji. Nic bardziej mylnego, spektrum brzmień jest na tyle eklektyczne i inkluzyjne, że cztery studyjne longplaye to zdecydowanie za mało, aby wyczerpać tę formułę. Zresztą, moje opisy mogłyby być jeszcze bardziej wymyślne i grafomańskie, a nie oddałyby nawet części złożonej sonicznie twórczości Szwedów. Zachęcam zatem serdecznie do zapoznania się z nimi i słuchania bloku Artysta Tygodnia na 91.6 FM.

Piotr Kaźmierczak

Paolo Nutini

Każdy z jego albumów zadebiutował na szczycie UK Albums Chart – również ten najnowszy. Nic dziwnego, bo Last Night in the Bittersweet to najambitniejsze przedsięwzięcie artysty. Przez prawie dekadę pozostawał w cieniu, ale teraz pora na światła reflektorów. Ten tydzień w Radiu Luz należy do Paola Nutiniego.

 

Nutini wywodzi się z muzykalnej rodziny, która pokazała mu folk, operę, r&b, czy jazz. Początkowo w planach było wprawdzie przyjęcie przez niego rodzinnego biznesu, ale szybko okazało się, że nie tędy droga. Miłość do muzyki zaszczepił w nim przede wszystkim dziadek, który później zachęcał go do podążania za pasją, podobnie z resztą jak jedna ze szkolnych nauczycielek i nauczycielka śpiewu, Avril McCusker. Gdy miał 16 lat, Paolo rzucił szkołę i wyjechał w trasę koncertową ze szkocką grupą Speedway. Sprzedawał koszulki z logo zespołu, ale i występował z nim, a także solowo. Przy okazji naturalnie uczył się jak działa show business.

W 2003 roku młody artysta wybrał się na koncert Davida Sneddona w rodzinnym Paisley, w Szkocji. Ten dzień okazał się dla niego przełomowy. Jako, że Paisley spóźniał się na występ, organizatorzy zgodzili się, by Paolo Nutini, który wygrał spontaniczny pop quiz, zagrał kilka piosenek. Publiczność była zachwycona, a obecny na widowni Brendan Moon zaproponował, że zostanie jego menadżerem. Paolo wykorzystał i tę okazję, i przeniósł się do Londynu. Tam regularnie występował w pubie Bedford. Zagrał też w Hard Rock Cafe i zaczął pojawiać się w stacjach radiowych, na przykład Radio London, oraz grać jako support – zaprezentował się, między innymi, przed KT Tunstall, Amy Winehouse i The Rolling Stones.

Trzy lata później został wydany pierwszy album Paola Nutiniego, These Streets. Od razu zyskał wielu fanów, a szczególnie pokochali go Brytyjczycy. W tamtym czasie artysta sporo koncertował – zagrał, między innymi, na Wireless Festival, Montreux Jazz Festival i T in the Park. Przyjął także zaproszenie do programu telewizyjnego Later… with Jools Holland. Długie trasy stały się stałym punktem w jego karierze – również po wydaniu drugiej płyty, Sunny Side Up oraz trzeciej, Caustic Love, zagrał wiele koncertów. Co ciekawe, bardzo często wszystkie utwory wyśpiewywał z zamkniętymi oczami.

Oddanie się muzyce wymaga później odpoczynku – po promowaniu Sunny Side Up Nutini zaszył się w rodzinnym mieście, gdzie regenerował się przy okazji po rozstaniu z partnerką Teri Brogan. Para w przeciągu w sumie ośmiu lat kilka razy wracała do siebie i rozstawała się. Burzliwa relacja przyniosła Nutiniemu inspirację do tworzenia – wiele jego piosenek opowiada o Teri. Wśród nich są, na przykład, Last Request, Rewind, czy Fashion nagrany z Janelle Monae.

Kolejna, tym razem już dłuższa, przerwa w karierze Paola nastąpiła w 2014 roku, po wydaniu i promocji albumu Caustic Love. Wprawdzie czasem pojawiał się publicznie, na przykład wystąpił na imprezie noworocznej w Edynburgu w 2016 roku, ale nie wypuszczał żadnej nowej muzyki. Aż do teraz. Gdy fani zdążyli już nieco o nim zapomnieć, ten zaskoczył ich nową muzyką. Zaskoczył, bo Last Night in the Bittersweet właściwie nie było promowane; ze świecą można by szukać wywiadów na jego temat. Szkoda – po pierwsze dlatego, że album powstał po wielu (małych i dużych) podróżach, a po drugie dlatego, że słyszymy na nim nowe inspiracje: mamy tu klasyczny rock, elementy krautrocka, post punku, nieco nowej fali. Przykładowo Petrified in Love budzi skojarzenia z Talking Heads, czy Elvisem Costello, a Lose It to ukłon w stronę wspomnianego krautrocka. Z kolei Shine a Light brzmi jak utwór, który mógłby zamykać film o dojrzewaniu z lat 80-tych.

Osiem lat to całkiem długo. Warto jednak było tyle czekać na nowy album Paola Nutiniego. W 72 minutach artysta zawarł niezwykle dojrzałe, dopracowane i intrygujące brzmienia. Ciekawa jest kolejność utworów – właściwie nie wiadomo czy za chwilę usłyszy się emocjonalną balladę, czy rozbudowany, epicki utwór. I, jakby się zastanowić, trudno teraz przewidzieć jaki będzie kolejny krok artysty. Na szczęście w Last Night in the Bittersweet można się wsłuchiwać godzinami, dostrzegając w międzyczasie kolejne muzyczne nawiązania; to z pewnością umili oczekiwanie na nowy materiał.

Chcecie dowiedzieć się więcej o naszym Artyście Tygodnia? Słuchajcie Radia Luz od poniedziałku do piątku o północy i o 13:00, a także w niedzielę o 13:00.

Marta Łobażewicz

 

fot: Shamil Tanna