Archiwum

Mietze Conte

Mietze Conte — figlarna elektronika, klubowy eskapizm i oniryczne światy

 

Mietze Conte, czyli Matthias Oldofredi, to muzyk który schował swój radiowy szyld filous głęboko do kieszeni, aby pod nowym pseudonimem eksperymentować z dźwiękiem. Bąbelkowa mieszanka euro-dance’u i hyperpopu, której Mietze jest mistrzem udowadnia, że elektronika wcale nie musi być śmiertelnie poważna. Jako że ten wiedeński wizjoner już 6 listopada przejmie scenę w warszawskim klubie Mechanik, nie było innej opcji – Mietze Conte zostaje naszym Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rozpoczynając karierę od hitu bunnybunnybunny oraz EP-ką Nervous pokazał, że ma niesamowity talent do tworzenia krótkich, niezwykle chwytliwych numerów. Mimo debiutu zaledwie kilka lat temu, z pewnością sprowokował już niejedną dyskusję o przyszłości muzyki elektronicznej. Oldofredi bawi się dźwiękiem, co słychać na każdym kroku – od tanecznego Mietzee po ambientowe, wyciszone ee oo. Dodatkowo, spójność muzyki z oprawą graficzną znacznie ułatwia zanurzenie się w wykreowanym przez artystę świecie i świetnie dopełnia jego brzmienie. Oniryczne, bajkowe, a czasem nieco dziecinne lub karykaturalne obrazy Matthias przekuwa w produkcyjną zabawę efektami i wokalem. Wydany w marcu tego roku album wufwufwuf to kolejny dowód na to, że Mietze Conte jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na elektronicznej scenie, a jego pierwszego występu w Polsce po prostu nie wypada przegapić.

 

Nasza selekcja:

Mietzee

2024

sumoclic

Album Mietzee bardziej niż spójną historią jest zbiorem baśni, dwuminutowych opowiadań z różnych wymiarów. Przypomina dziennik podróżnika, który przemierza światy – raz senne i rozmyte, a kiedy indziej imprezowe i taneczne – w wyjątkowy sposób dokumentując towarzyszące mu emocje. To doskonałe wprowadzenie w twórczość austriackiego muzyka, w której każdy utwór wydaje się nieprzewidywalny i dziwnie żywy. Polecamy fanom takich twórców jak meat computer, Oli XL czy Loukeman.

Warto sprawdzić: Secret, soooooo clean 202, If i wan te d to o o o ^o, 2000.

 


ee oo

2024

OOPS Records

Jeżeli Mietzee było podróżą przez rozmaite wszechświaty, to ee oo jest bardzo długą drzemką po tej wyprawie. W drugim longplay’u artysta poświęca więcej uwagi pojedynczym brzmieniom i stawia na subtelniejszą produkcję. Spokojnym syntezatorom czasem towarzyszą ciągnące się w nieskończoność echo i szumy, a niekiedy przerywają je wyrywające z letargu glitche i noise. Całość przypomina niekończący się sen, trzymający słuchacza w napięciu, aż zamieni się w przebłyski czegoś zupełnie niepojętego. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ambientu, krajobrazów dźwiękowych Oklou i znawców wingdingowych projektów Four Teta.

Warto sprawdzić: whereis oooo, propo, so oo ee, ooee 2 or 1.

 


wufwufwuf

2026

Common Knowledge

Najnowszy album wufwufwuf, niczym tytułowa onomatopeja, niezbyt subtelnie wybudza słuchacza z uprzedniego rozmarzenia słowami wake up baby, it’s time to wake up. Po chwili dołącza do nich indiesleaze’owy syntezator, który już na dobre uniemożliwia drzemkę. Dziesięć utworów zawartych w 21 minutach to tym razem bardzo szybka i pełna wrażeń przejażdżka. To najbardziej imprezowy krążek od czasów debiutanckiej EP-ki, który nieustannie oscyluje między emocjonalną wrażliwością a klubową euforią i basem zachęcającym do tańca. Idealnie sprawdzi się na imprezowy pregame, kiedy mood jest trochę silly, dla miłośników starych i zapomnianych dzwonków do telefonu, oraz wszystkich, których guilty pleasure to dobre 4 na 4 na parkiecie.

Warto sprawdzić: wakeup, allee, are you real?, makeit.

 


Jednym z najważniejszych czynników, które sprawiają, że twórczość Mietze Conte jest tak fascynująca, jest jego wszechobecna bezkompromisowość i konsekwentne podążanie własną ścieżką. Utwory są szybkie, chaotyczne i figlarne w sposób, który dopasować można tylko do jego pseudonimu. Tę spójność artysta buduje nie tylko w brzmieniu i wizerunku, ale także wokół swojej społeczności. Wspólnie z nią tworzy wizualne i muzyczne krajobrazy, przy tym niejednokrotnie głośno mówiąc o tematach politycznych i społecznych. Pomimo poszukiwania w twórczości krajobrazów z innych światów, pokazuje równocześnie jak ważne w dzisiejszych czasach jest ugruntowanie w realnych wartościach.

Pozwólcie wciągnąć się w baśniowe wymiary i sprawdźcie ten oniryczny, elektroniczny krajobraz słuchając twórczości naszego Artysty Tygodnia przez najbliższe dni na 91.6 FM.

Mikołaj Domalewski, Łucja Krzywoń

Bad Bunny

Bad Bunny, jako jeden z najpopularniejszych raperów na świecie, rok temu wydał krążek DeBÍ TiRAR MáS FOToS, a już w ten wtorek wystąpi na Narodowym. To była premiera, obok której Akademickie Radio LUZ nie mogło przejść obojętnie. Z okazji wizyty Portorykańczyka w Polsce Bad Bunny ponownie zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Artykuł pierwotnie ukazał się w lutym 2025 roku.

Reggaeton w prawdziwie portorykańskim wydaniu, dodatkowo przyprawiony salsą, pleną, bombą i jibará. Tak właśnie brzmi album Bad Bunny’ego: pełen energii i tanecznych rytmów, których dźwięki idealnie komponują się z hiszpańskim językiem. Jednak co tak naprawdę kryje się pod tą kolorową maską? DeBÍ TiRAR MáS FOToS to nie tylko kawałki, przy których można się dobrze bawić, choć rzeczywiście brzmienie jest istotną zaletą, to jednak ów krążek jest przede wszystkim lekcją historii. Po brzegi wypełnia się nostalgią, a nawet żalem i zrozumieniem własnych błędów. To hołd dla Portoryko – szczere, godne wieszcza wyznanie miłości dla ojczyzny. Bad Bunny pokazuje, że jest nie tylko artystą, ale także i kronikarzem swojego kraju, który chce, aby jego obywatele nie zapomnieli o swojej tożsamości. Krążek ten to równocześnie buntowniczy zew wymierzony w USA, a także patriotyczne natchnienie dla Portorykańczyków.

Bad Bunny łączy elementy tradycyjnej kultury portorykańskiej z nowoczesnym brzmieniem, tworząc most między przeszłością a przyszłością. Jego muzyka staje się wehikułem czasu, który zabiera słuchaczy zarówno w przeszłość pełną dumy i walki, jak i w przyszłość pełną nadziei, ale i niepewności. DeBÍ TiRAR MáS FOToS to zderzenie dwóch rzeczywistości – Portoryko, które wciąż boryka się z problemami ekonomicznymi oraz portorykańskiej diaspory rozproszonej po USA, ale wciąż tęskniącej za domem. 

Bad Bunny na albumie DeBÍ TiRAR MáS FOToS pokazuje, jak bardzo przejmuje się przyszłością swojego kraju. Przybiera postawę przypominającą niemalże męża ojczyzny. Śpiewa: Powinienem był robić więcej zdjęć, kiedy Cię miałem, powinienem był częściej Cię całować i przytulać, kiedy tylko mogłem. Przedstawia tym samym postawę pełną pokory i przejęcia, przyrównując Portoryko do kochanki. To symboliczne wyznanie, w którym Bad Bunny zachęca Portorykańczyków do docenienia swojej ojczyzny zanim będzie za późno. Zaledwie ten jeden, bardzo emocjonalny, cytat zarysowuje obraz płyty. DeBÍ TiRAR MáS FOToS, niczym epopeja, ma uczyć i głosić pomyślność ojczyzny Bad Bunny’ego. Tym samym płyta staje się przepełniona tęsknotą za czymś, co kiedyś wydawało się bliskie, ale zaczyna oddalać się w nieznane. W swoich tekstach artysta zadaje pytania: Czy Portoryko kiedykolwiek będzie w pełni niezależne? Czy jego mieszkańcy zawsze będą skazani na podporządkowanie wielkiemu bratu – Stanom Zjednoczonym?

Artysta już od lat używa swojej muzyki jako platformy do wyrażania opinii na tematy sytuacji społeczno-polityczne w Portoryko. Nie boi się krytykować władz, nierówności społecznych oraz kolonialnego dziedzictwa swojego kraju. Przez ostatnie lata Bad Bunny stał się nie tylko ikoną muzyki, ale i symbolem oporu wobec niesprawiedliwości. Brał udział w protestach przeciwko rządowi, wykorzystywał swoje platformy do nagłaśniania problemów społecznych i politycznych, a teraz w swoim albumie robi kolejny krok w stronę aktywizmu.

Jednak nie zapomina też o tym, co kocha najbardziej – o muzyce. Mimo głębokiego przesłania, ten album to wciąż uczta dla fanów reggaetonu. Bad Bunny zręcznie żongluje rytmami, eksperymentuje z dźwiękami i dostarcza kawałki rozgrzewające niejedną imprezę.

Po przesłuchaniu jego najnowszego albumu można mieć w głowie pewną wątpliwość: Czy w 2025 roku Bad Bunny stanie się największym portorykańskim… politykiem? Może to brzmieć jak żart, ale jego popularność, charyzma i zaangażowanie społeczne sprawiają, że taka przyszłość wcale nie jest tak nieprawdopodobna… W końcu wielu artystów wykorzystuje swój głos, aby coś zmienić, ale niewielu robi to tak odważnie i bezkompromisowo jak Bad Bunny. Jego wpływ na młode pokolenie jest ogromny – nie tylko w Portoryko, ale i na całym świecie. 

Zuzanna Pajorska, Łucja Krzywoń i Paulina Madej

Audioriver 2026

Audioriver 2026 – 20 lat historii zapisanej muzyką

WSTĘP

Radio LUZ ponownie melduje się na Audioriverze! Tegoroczna edycja będzie jednak wyjątkowa: festiwal świętuje swoje 20-lecie. Od 10 do 12 lipca Łódzkie Błonia ponownie zamienią się w ogromny parkiet taneczny, na którym spotkają się legendy muzyki elektronicznej, najgorętsze nazwiska ostatnich lat i artyści, o których dopiero za chwilę będzie mówił cały glob. 

Przez trzy dni Łódź wypełni się dźwiękami house’u, techno, drum & bassu, trance’u, UK garage czy afro house’u. Jak co roku nie zabraknie widowiskowych scen, instalacji artystycznych i ludzi, których łączy jedno – miłość do muzyki elektronicznej. 

W najbliższych dniach w ramach pasma Artysta Tygodnia spróbujemy przybliżyć Wam ideę festiwalu Audioriver. Opowiemy o najciekawszych wykonawcach i pokażemy, dlaczego jubileuszowa edycja zapowiada się jako jedna z najmocniejszych w historii festiwalu. 

HISTORIA

Historia Audioriver rozpoczęła się w 2006 roku w Płocku. Niewielka impreza szybko przerodziła się w jeden z najważniejszych festiwali muzyki elektronicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Przez siedemnaście edycji Płock był jego domem, aż w 2024 roku wydarzenie przeniosło się do na Łódzkie Błonia. 

Od samego początku organizatorzy chcieli stworzyć coś więcej niż festiwal. Audioriver miał być miejscem spotkania muzyki elektronicznej, sztuki i miejskiej przestrzeni. Dlatego obok koncertów od lat pojawiają się wystawy, warsztaty, instalacje artystyczne czy działania organizacji społecznych. 

Pomysłodawca festiwalu, Piotr Orlicz-Rabiega, od lat podkreśla, że Audioriver ma być przestrzenią otwartą – zarówno na nowych artystów, jak i nowe inicjatywy. Jubileuszowa edycja wydaje się doskonałym podsumowaniem tej idei. Line-up łączy legendy elektroniki z twórcami, którzy dopiero wyznaczają kierunek rozwoju współczesnej sceny klubowej. 

KTO WYSTĄPI?

Program tegorocznego Audioriver to przekrój dwóch dekad muzyki elektronicznej. Obok artystów doskonale znanych fanom festiwalu pojawi się także nowe pokolenie producentów i DJ-ów. 

The Prodigy

To jeden z tych zespołów, których przedstawiać właściwie nie trzeba. Brytyjska legenda od ponad trzydziestu lat udowadnia, że muzyka elektroniczna może mieć energię koncertu rockowego. Ich występy słyną z ogromnej intensywności, a jubileuszowy Audioriver będzie pierwszą okazją, by zobaczyć ich na tym festiwalu. 

Disclosure

Bracia Guy i Howard Lawrence sprawili, że house ponownie trafił na światowe listy przebojów. W Łodzi zagrają w formule DJ setu, dzięki czemu będzie można usłyszeć ich bardziej klubową odsłonę i muzyczne inspiracje wykraczające daleko poza ich największe hity. 

Ben Klock

Jedna z najważniejszych postaci współczesnego techno i wieloletni rezydent legendarnego berlińskiego Berghain. Hipnotyczne, głębokie sety sprawiły, że od lat pozostaje jednym z najbardziej cenionych DJ-ów na świecie. 

Marlon Hoffstadt

Jeszcze kilka lat temu był kojarzony głównie z house’em. Dziś jest jednym z liderów powrotu trance’u i rave’owych brzmień, a jego sety wyprzedają największe europejskie kluby. To jedno z najgorętszych nazwisk całego line-upu. 

I Hate Models

Francuski producent od lat udowadnia, że techno nie musi zamykać się w jednym gatunku. W jego setach spotykają się industrial, trance, hard techno i euforia rodem z dawnych rave’ów, a także nie straszne mu łączenie metalu, metalcore’u ani innych odjechanych gatunków muzycznych z jego ciężkim techno. Widowiskowe występy sprawiły, że stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów współczesnej sceny elektronicznej.

Shimza

Jedyny reprezentant Republiki Południowej Afryki w dotychczas ogłoszonym line-upie. Od kilku lat jest jednym z najważniejszych ambasadorów afro house’u, a jego występy regularnie goszczą na największych festiwalach świata.

Apashe

Elektronika połączona z orkiestrą dętą? Brzmi nietypowo, ale właśnie z tego słynie Apashe. Jego koncerty z Brass Orchestrą należą dziś do najbardziej widowiskowych live actów na światowej scenie elektronicznej.

POLSKA REPREZENTACJA

Jak co roku Audioriver mocno stawia na rodzimych artystów. Obok uznanych nazwisk pojawi się wielu producentów, którzy coraz śmielej zaznaczają swoją obecność na europejskiej scenie. Jednym z najciekawszych polskich wykonawców będzie Deas, a więc producent regularnie wydający w zagranicznych wytwórniach i coraz częściej pojawiający się w line-upach największych europejskich klubów. W Łodzi zagra wspólnie z Septem, reprezentującym nowe pokolenie groove’owego techno. Nie zabraknie również Błażeja Malinowskiego, którego hipnotyczne, minimalistyczne sety od lat cieszą się uznaniem fanów undergroundowej elektroniki. Miłośnicy szybszych brzmień powinni zwrócić uwagę na Lukhera, który łączy nowoczesne techno z wpływami trance’u i rave’u, a także na MKO, pojawiającego się na scenie wspólnie z Ignezem. Na festiwalu usłyszymy także Leonię Jacewską, poruszającą się pomiędzy melodyjnym techno, EBM-em i synthwave’em, oraz Kitty Sarcasm, której energetyczne sety czerpią z hard dance’u, trance’u i współczesnego rave’u. Nie zabraknie również klasyki polskiej sceny house. Catz 'n Dogz od kilkunastu lat pozostają jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich duetów za granicą, to już nie jest ich pierwsze rodeo na Audioriverze 😉 

To jednak tylko część rodzimej reprezentacji. W line-upie znajdziemy jeszcze wielu producentów i DJ-ów pokazujących, jak różnorodna stała się polska scena elektroniczna. 

MUZYKA Z CAŁEGO ŚWIATA

Jubileuszowy line-up pokazuje, jak międzynarodowym wydarzeniem stał się Audioriver. Do Łodzi przyjadą artyści z niemal całego świata.  Najliczniej reprezentowane są Polska, technem stojące Niemcy oraz garażująca Wielka Brytania. Usłyszymy również wykonawców z Francji, których na elektronicznym festiwalu zabraknąć nie może, a także innych topowych elektryzujących krajów: Holandii, Włoch, Irlandii, Australii, Stanów Zjednoczonych czy Republiki Południowej Afryki. 

Tak szeroki przekrój sprawia, że przez trzy festiwalowe dni będzie można usłyszeć niemal wszystkie najważniejsze nurty współczesnej elektroniki: od klasycznego house’u i techno, przez UK garage i drum & bass aż po afro house, hard groove czy powracający do łask trance. 

 

OUTRO

Dwudzieste urodziny Audioriver zapowiadają się naprawdę wyjątkowo. Legendarne zespoły, nowe twarze światowej elektroniki, mocna reprezentacja polskich artystów i trzy dni muzyki płynącej z kilku scen – trudno o lepszy sposób na rozpoczęcie festiwalowego lata. 

Jeżeli jeszcze zastanawiacie się nad wyjazdem, odpowiedź wydaje się prosta. Pakujcie wygodne buty i dobry humor, a resztą atmosfery zajmie się Audioriver.

My oczywiście również będziemy na miejscu. Do zobaczenia pod sceną!

 

Earth Trax

14 nowych utworów oplecionych tytułem Everlasting Flame – czyli najnowszy album Earth Traxa, który ustanawia go Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Dekada Earth Traxa- ewolucja projektu

 

Nowy album Bartosza Kruczyńskiego, Everlasting Flame, to także okazja do świętowania dziesięciolecia działań Bartka pod aliasem Earth Trax. Bartek szybko zaczął się interesować muzyką. Młodociana fascynacja zaczęła ewoluować w trwałą pasję i tak od lat dziesiątych Kruczyński regularnie tworzy muzykę pod różnymi aliasami.

Duo Ptaki, stworzone z Jaromirem Kamińskim, projekt Pejzaż czy wydawnictwa, które ukazały się pod jego własnym imieniem i nazwiskiem. Wybór wielu osobnych pseudonimów artystycznych i tworzenie pod nimi muzyki pozostawia mu wolność artystyczną.

Rozkochany w samplowaniu nie omieszkał zająć się rozwijaniem nostalgicznego (jak na bałtycką wersję balearic beatu przystało) baltic beatu.

Twórczości Bartka niezależnie od aliasu łączą pewne wspólne mianowniki – czułość i nostalgia. Earth Trax jest jego najbardziej klubowym projektem, ale nosi w sobie również spore znamiona tejże właśnie nostalgii i emocjonalności. Nie obfituje tak intensywnie w sample, jak Pejzaż, ale wciąż na nie sobie pozwala.

Przez lata wyklarował się jego styl i z czasem zaczął kroczyć w mniej samplującą stronę. Najpierw było bardziej intensywnie, LP1 i LP2 posiadają w sobie sporo mocnych tonów. The Sensual World i Closer Now wyznaczają nam dalszy naturalny rozwój ścieżki muzycznej projektu Earth Trax. Można by powiedzieć, że jest co raz bardziej migocząco. Ambientalnie.

Everlasting Flame – ambient z rytmem oczami nostalgii

 

Everlasting Flame wyszło w czerwcu 2026 roku na Lapsus Records – 14 kawałków, ponad godzina grania. W porównaniu do poprzedniej płyty brzmi mniej jak coś robione pod parkiet, a bardziej jak coś do słuchania samemu, w skupieniu. Mniej tu prostych, klubowych strukturalnych numerów, więcej takiego dryfowania – ambient miesza się tu z rytmem, ale rytm nie zawsze jest najważniejszy.

 

Najnowszy krążek jest jednak pełen kontrastów jednej strony chłodne, rozmyte tła i głuchy, jakby „podwodny” bas, z drugiej nagle wyskakują ostre wysokie tony, jakieś strzępki wokali w tle albo momenty mocno zniekształconego, surowego brzmienia. Odnajdujemy w nim sporo melancholijnych padów, rozproszonych bitów zestawionych z przenikliwymi high-endami, odległymi wokalami, pobłyskami surowej intensywności.  Szumiący Everlasting Flame nie gubi jednak nigdy rytmu i struktury. Jest misternie poukładaną kompilacją dźwięków i uczuć.

Słuchanie tego krążka jest jak dotykanie tafli wody, pod którą rozgrywa się cały niedostrzegalny, ukryty świat. To jak dotknięcie czaszki nie mogąc uchwycić całego świata neuronów znajdującego się pod nią.

Everlasting Flame pozostawia nas w uczuciu bliskości do niesamowitego mikrokosmosu, który zdaje się być ukryty, nie w pełni dostrzegalny, niemożliwy do złapania i poznania w pełni, który jednocześnie przyciąga tą niesamowitą rządzą poznania.

Całość trzyma w sobie jakiś smutek, ale nie jest depresyjne – bardziej jak nostalgiczne, trochę zimne, wciągające granie.

Katarzyna Golec, Julia Kuźnik

Jill Scott

Od marzeń o byciu nauczycielką angielskiego, przez slamy poetyckie, współpracę z The Roots aż do ikony neo-soulu. To droga Jill Scott, naszej Artystki Tygodnia, która po ponad 10. latach przerwy powróciła z nowym albumem.

 


 

Urodzona i wychowana w Filadelfii, Jill Scott od zawsze pasjonowała się przede wszystkim słowem. Pisała poezję i planowała jedynie zostać nauczycielką angielskiego w szkole średniej. Podjęła studia pedagogiczne na Uniwersytecie Temple, które jednak bez zastanowienia przerwała, by dołączyć do lokalnej grupy teatralnej. Ostatecznie otrzymała rolę w kanadyjskiej inscenizacji musicalu Rent, co prawdopodobnie przesądziło o jej artystycznym kierunku kariery.

You Got Me

1999

MCA Records

Po powrocie do rodzinnego miasta Jill Scott weszła głęboko w świat spoken word, co niewątpliwie stanowi rdzeń jej muzycznego stylu do dziś. Podczas jednego ze slamów poetyckich w October Gallery, na które uczęszczała regularnie, zwróciła swoją uwagę obecnego tam Questlova. Zapytana przez perkusistę czy pisze piosenki- skłamała, że tak.
W efekcie razem z The Roots stworzyła utwór You got me, który stał się mainstreamowym hitem. Pierwotnie, Scott miała również ten utwór zaśpiewać, jednak wytwórnia MCA Records nalegała, by singiel promujący album został wykonany przez artystkę (wtedy) bardziej rozpoznawalną. Dlatego dziś znamy ten utwór śpiewany głosem Eryki Badu.
You Got Me w wykonaniu Jill Scott zostało zarejestrowane podczas trasy koncertowej zespołu i pojawiło się na albumie The Roots Come Alive wydanym w tym samym roku.
A ta pierwotna, studyjna wersja utworu została wypuszczona dopiero w 2005 roku na krążku Home Grown! The Begginer’s Guide To Understanding The Roots (Vol. 1).
Utwór zdobył nagrodę Grammy- była to jednak kategoria Rap Performance, przez co nagroda nigdy nie trafiła do Jill.

Who is Jill Scott?: Words and Sounds, Vol. 1

2000

Hidden Beaches Recordings

Debiutancki materiał Jill Scott jest nie tylko odpowiedzią na zadane w tytule pytanie. Z dzisiejszej perspektywy, 5 albumów studyjnych później, okazuje się że jest po prostu artystyczną definicją- Jill Scott jako artystki, ale również nowego gatunku który tworzyła razem z Eryką Badu czy D’Angelo. Łączenie spoken word z elementami R&B i jazzu okazało się być bardzo smacznym pomysłem. Mieszanką bardzo zmysłową, spójną i porywającą, przede wszystkim za sprawą aksamitnego głosu. Jill Scott bezbłędnie lawiruje pomiędzy mocnym wokalem, a delikatną mową. Jako jedyna potrafi śpiewać o jajecznicy w tak zwiewny i emocjonalny sposób. Udowadnia tym, że Jilly from Philly jest prawdziwą mistrzynią słowa, przekazu i ekspresji.
Porusza tematy miłości i odkrywania siebie, często budując wizerunek kobiety zgoła odmienny od tego co na przełomie milenium było popularne. Opowiada o związkach, oczekiwaniach społecznych, o miłości własnej- w sposób bezkompromisowo szczery i bardzo, baaaaardzo wdzięczny.
Brzmienie płyty jest bogate w struktury. Składają się na to żywe instrumenty, pełne duszy harmonie i subtelna elektronika. Za przełamywanie tych gatunkowych granic odpowiadali producenci Dre & Vidal i Keith Pelzer, co w efekcie sprawiło że Words & Sounds Vol.1 stało się albumem brzmiącym bardzo współcześnie jak i ponadczasowo.
Album spowodował 4 nominacje Grammy m.in. w kategorii Najlepszy Album R&B, czy Najlepszy Nowy Artysta. W roku wydania płyta uzyskała status złotej, a w 2004r. pokryła się podwójną platyną.

Beautifully Human: Words and Sounds, Vol. 2

2004

Hidden Beaches Recordings

Po takim mocnym, wyrafinowanym debiucie Jill Scott na drugim albumie powróciła w sposób bardziej swobodny, słodki i słoneczny. Nadal mocnym centrum jest jej wokalna ekspresja, błyskawicznie przemieszczająca się od kołysankowego nucenia do mocnych jazzowych zaśpiewów. Choć tych drugich jest na tym krążku wyraźnie mniej.
Jill Scott skupia jednak uwagę słuchaczy swoim lirycznym kunsztem. Jej teksty bywają kontrowersyjne, zabawne i reporterskie. Czasem brutalnie ale zawsze szczere i angażujące.
Brzmieniowo album pozostaje mocno zakorzeniony w soulu, jazzie i R&B, ale produkcja jest bardziej subtelna i przestrzenna niż na debiucie. Dużo tu żywych instrumentów, miękkich groove’ów i charakterystycznej dla Jill Scott swobody wokalnej. To muzyka, która przypomina szczerą rozmowę wieczorem.
Singiel Cross My Mind przyniósł artystce pierwszą nagrodę Grammy, a utwór Golden– choć jedyny tak energetyczny na krążku- do dziś plasuje się jako złoty przebój w całym dorobku Scott i traktowany jest jak hymn wolności, niezależności i najlepsza afirmacja życia.

 

The Real Thing: Words and Sounds, Vol. 3

2007

Hidden Beaches Recordings

Trzeci album pojawił się w momencie, gdy neo-soul powoli znikał z głównego nurtu, wypierany przez bardziej cyfrowe i klubowe brzmienia. Jill Scott nie próbowała jednak dopasowywać się do trendów — zamiast tego, bardzo wyraźnie postanowiła udowodnić swoją autentyczność oraz to, że ostatnia część Words & Sounds to The real Thing.
To wciąż ten sam świat ciepłych soulowych aranżacji, jazzu, spoken wordu i organicznego groove’u, ale tym razem Scott mocniej stawia na energię, cielesność i emocjonalną intensywność. W tekstach jest wyraźnie bardziej bezpośrednia, a brzmienie za tym podąża- choćby w postaci niemal rockowej gitary w tytułowym utworze, czy bogatej sekcji dętej na całej płycie.
Mocnym akcentem jest też singiel Hate On Me, dedykowany hejterom. Jilly zachowuje w nim charakterystyczną dla siebie elegancję i humor — zamiast diss tracku dostajemy raczej spokojną demonstrację pewności siebie.

W tym miejscu jednak Jill Scott postanowiła zrobić sobie muzyczną przerwę i zaangażowała się dużo bardziej w rozwój swojej aktorskiej kariery. Zagrała role aktorskie w filmach Tylera Perry’ego Why Did I Get Married? i Hounddog, a także zagrała główną rolę w serialu telewizyjnym The No. 1 Ladies’ Detective Agency. 
Jej życie prywatne wywróciło się do góry nogami poprzez rozwód, nowy związek, narodziny dziecka i niestety ponowne rozstanie.
Zakończyła również współpracę z Hidden Beach Recordings, za co została później pozwana.
W 2010r. podpisała jednak kontrakt z Warner Bros i kolejny album wydała z ramienia jej własnego imprintu Blue Babe Records.

The Light of the Sun

2011

Blue Babe Records

 

To bardziej surowa muzyka, bo jestem silniejsza niż wcześniej.

Ten burzliwy czas i radykalne zmiany sprawiły jednak, że Scott zyskała dużo więcej wolności. A trudne doświadczenia przeobraziły się w artystyczne błogosławieństwo. Sama Jill zdaje się w ten sposób traktować ten czas, bo 4. studyjny album, a 1.  na swoich warunkach rozpoczyna singlem Blessed, po raz kolejny wyrażając swoją wdzięczność. Utwór często był nazywany duchowym bratem Golden, właśnie ze względu na te celebrującą życie energię. Scott nie próbuje jednak na tej płycie tworzyć historii o idealnym szczęściu. Opowiada o odbudowywaniu siebie i odnajdywaniu spokoju pomimo chaosu.
Brzmieniowo The Light of the Sun rozwija wszystko to, z czego Jill Scott była już znana, tym razem jednak muzyka jest bardziej surowa. Można odnieść wrażenie, że album brzmi niemal koncertowo — dużo tu żywych instrumentów, improwizacji i swobody wykonania. Część materiału była nagrywana podczas spontanicznych jam sessions, dzięki czemu płyta zachowuje naturalność i emocjonalną autentyczność. W kontrze do trendów wczesnych lat 2000., do sterylności i perfekcyjnego brzmienia R&B, EDM tutaj dostajemy niedoskonałości, niewycięte oddechy czy spontaniczne reakcje.
Pierwszy raz pojawiają się też na płycie goście. So in Love z Anthonym Hamiltonem zabiera nas w old scholową odsłonę R&B, natomiast Shame w duecie z Eve to kolejny utwór-manifest.
I mimo, że pozycja Scott w tym czasie zdawała się być już legendarna w neosoulowym wszechświecie, to jednak dopiero ten album zdobył pierwsze miejsce Billboard 200, co było sporym zaskoczeniem dla branży.

Woman

2015

Blue Babe Records

Woman jest o wszystkich aspektach kobiecości

Po emocjonalnym i introspektywnym The Light of the Sun artystka wraca w 2015 roku z płytą bardziej nowoczesną, rytmiczną i wyraźnie skoncentrowaną wokół kobiecości — nie jako jednego doświadczenia, ale całego spektrum emocji, relacji i życiowych ról. Brzmieniowo album pozostaje zakorzeniony w soulu, ale wyraźnie słychać tu bardziej współczesne R&B. Produkcja jest momentami cięższa, bardziej rytmiczna i nowoczesna niż na wcześniejszych płytach, choć Jill Scott nadal unika chłodnej, elektronicznej jałowości. Zdaje się to być jej supermocą- nawet zbliżając się do mainstreamowego brzmienia, nadal pozostaje w pełni sobą. Album ma momenty bardzo ciepłe, zmysłowe i groove’owe. I był kolejnym krążkiem na 1. miejscu listy Billboard 200.

To Whom This May Concern

2026

Blue Babe Records

I do dope sh*t

Taką obietnicą Jill Scott otwiera swój album po ponad 10 latach przerwy. I nie są to słowa rzucone na wiatr. Powraca i choć wcale nie musi- udowadnia, że… jest jedyna w swoim rodzaju; od zawsze na zawsze ulepiona ze spoken word, jazzu, soulu, hip-hopu, prawdy i mądrości. To niesamowite jak z tych samych elementów Jill wciąż potrafi tworzyć różnorodne utwory, bawiąc się absolutnie wszystkimi możliwymi gatunkami. Płyta zawiera 19 utworów, których najlepiej jest słuchać od początku do końca. Można wtedy dostrzec całe spektrum jej talentu i to jak szerokie ma artystyczne horyzonty.
Brzmienie albumu opiera się na organicznym, bogatym instrumentarium.
Znajdziemy tu głęboki, plastyczny bas, klasyczne sekcje dęte, jazzowe improwizacje oraz ciepłe, winylowe lo-fi bity. Pomimo mocno ugruntowanego soulowego brzmienia, na płycie wyraźnie czuć surowy, hip-hopowy sznyt starej szkoły. To zasługa m.in. boom-bapowych produkcji, które spajają cały album w eklektyczną, ale spójną całość.
Teksty piosenek poruszają tematy odporności psychicznej w trudnych czasach, wolności oraz kobiecej seksualności oglądanej z perspektywy dojrzałej, świadomej siebie kobiety. Ciekawym smaczkiem jest też utwór Ode to Nikki, stanowiący bezpośredni, muzyczny hołd dla legendarnej poetki i aktywistki Nikki Giovanni. Ale to nie jedyny utwór poświęcony kobietom. W Offdaback również pojawiają się nazwiska kobiet, którym Scott dziękuje: Marian Anderson, Nina Simone, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughan, Tina Turner, Billie Holiday– jako żywym powodom jej twórczej działalności.
Album wydaje się być zapisem refleksji osoby, która nauczyła się akceptować upływ czasu i własne doświadczenia.
Jest bardzo intymny, wciągający… i warto było na niego czekać.

Justyna Kalbarczyk

 

Boards of Canada

Psychodeliczna laurka dla dzieciństwa, które już nie wróci

Co można powiedzieć o Boards of Canada, co nie zostało jeszcze powiedziane? Duet braci ze Szkocji podbił świat muzyki elektronicznej już od pierwszego albumu i przez ponad dwadzieścia lat stanowił wyznacznik i inspirację dla innych artystów. Po dziś dzień ich twórczość jest wymieniana jako jedne z najlepszych w świecie ambientu, downtempo i IDMu. Po trzynastu latach ciszy od ostatniego albumu nowy krążek Boards of Canada trafił w ręce słuchaczy i z tego powodu zostają oni Artystami Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Nasza selekcja:

Music Has the Right to Children

1998

Warp Records

Stoi przede mną monolit. Music Has the Right to Children nie bez powodu nazywany jest jednym z najważniejszych albumów muzyki elektronicznej, jak i muzyki ogółem. Inspirowani artystami takimi jak Aphex Twin, Autechre albo Brian Eno bracia Michael Sandison i Marcus Eoin stworzyli kolaż dźwiękowy, który wychodzi poza ramy gatunkowe od pierwszej nuty. Choć zastosowane w nim techniki nie są innowacyjne same w sobie, to sposób, w jaki są wykorzystywane, tworzy piękny, niespotykany wcześniej klimat. Melodie balansują na granicy pomiędzy powtarzalnymi a hipnotyzującymi, tekstury dźwięku miło masują uszy, a wszechobecne sample z programów edukacyjnych lat 70 XX wieku tworzą atmosferę obserwowania momentu, który już nie wróci. Pomimo tego, że moje dzieciństwo było zupełnie inne, niż te, które Boards of Canada pokazuje, i tak czuję się, jakbym przeżyła to samo. Może to jest ta wiadomość, którą duet chciał przekazać przez album i jego tytuł? Twórcy zawsze byli kryptyczni, jeśli chodzi o nazywanie swoich dzieł. Music Has the Right to Children to według nich „oświadczenie zamiaru”, by wpłynąć na słuchaczy, używając dźwięku. Cel na pewno został osiągnięty, bo od pierwszego usłyszenia kilkanaście lat temu, album ten na dobre zadomowił się w mojej głowie i wracam do niego regularnie.


Geogaddi

2002

Warp Records

Podążyć album tak monumentalny jak Music Has the Right to Children to nie lada wyzwanie, ale duetowi wyszło to śpiewająco. Geogaddi kontynuuje techniki i styl z debiutanckiej płyty duetu, idąc w kierunku mistycznym, a nie nostalgicznym. Jeszcze przed premierą Boards of Canada pokazali, że będzie to zupełnie inne doświadczenie. Pierwsze odsłuchy albumu miały miejsce w rozsianych po świecie kościołach, a sama jego treść i nazwy utworów wskazywały na inspiracje okultyzmem, numerologią i Biblią. Muzycznie jesteśmy skąpani w ciepłej atmosferze, która, choć przyjemna, wprowadza w lekką niepewność. Często używane sample wokalne powracają, ale w mroczniejszym stylu — zarówno jeśli chodzi o treść jak ich modulację. Momenty ciszy z Music Has the Right to Children zostały zamienione w ciągły szum, przeciągający Geogaddi coraz to bliżej w kierunku drone’owych produkcji. Ale te wszystkie zmiany nie były drastyczne. Druga płyta zespołu to ciągle podobna bestia do pierwszej, tylko zamiast na samej nostalgii, skupia się na tym, że te czasy już nie powrócą.


Tomorrow’s Harvest

2013

Warp Records

Piętnaście lat od premiery ich świetnie przyjętego debiutu oraz osiem lat po zostawiającym wiele do życzenia The Campfire Headphase pojawiły się plotki o nowej płycie Boards of Canada. Żeby otrzymać jakiekolwiek informacje, duet rzucił fanów w pogoń po kryptycznych wiadomościach i fragmentach kodu zawartych na nienazwanych płytach winylowych, audycjach radiowych, transmisjach telewizyjnych, filmach w internecie i wielu, wielu innych stronach. To, co powstało z tego szalonego ARG to data premiery czwartego krążka zespołu, Tomorrow’s Harvest. I cóż to są za zbiory! Bracia Sandison pokazują na nim, że pomimo minionych lat, ciągle potrafią robić to, co uczyniło ich popularnymi, ale też ewoluować to brzmienie w nowy, niespotykany wcześniej styl. Ciągle mamy do czynienia z nostalgicznymi melodiami i produkcją oraz z mistycznymi klimatami jak w przypadku ich wcześniejszych albumów, ale Tomorrow’s Harvest jest zdecydowanie najbardziej „filmowy” z nich. Siedemnaście utworów w trochę ponad godzinę trwania albumu tworzą piękny, praktycznie niemożliwy do podrobienia klimat. Przypomina mi trochę dorastanie — jest ciągle podobny do wcześniejszych, ale brakuje mu takiej naiwności, która szczególnie pokazywała się w pierwszych dwóch płytach duetu. Jest to zdecydowanie najbardziej poprawna ewolucja brzmienia Boards of Canada, wynik ponad piętnastu lat doskonalenia i rozwoju.


Inferno

2026

Warp Records

Tym sposobem wracamy do lat obecnych. Przerwa pomiędzy Tomorrow’s Harvest a Inferno była najdłuższą pomiędzy jakimikolwiek albumami wydanymi przez Boards of Canada, więc można byłoby spodziewać się wszystkiego od nowej płyty duetu. Dostaliśmy natomiast potwierdzenie tego, że oficjalnym motto BoC równie dobrze mogłoby być „powolna ewolucja, a nie całkowita zmiana”. Inferno to ciągle bardzo podobna do wcześniejszych płyt bestia. Pełna jest hipnotyzujących linii melodycznych i perkusji, a co ciekawe, wracają też grubo posypane sample wokalne. Już od drugiego utworu jest ich sporo, a ich użycie przypomina styl, w jakim były używane w Music Has the Right to Children. Tutaj zamiast do potęgowania uczucia nostalgii wykorzystywane są, by budować klimat niepewności i niepokoju — w końcu, jak sama nazwa albumu wskazuje, przechodzimy przez piekło. Moim personalnym faworytem w tym porównaniu jest Naraka — utwór nazwany od najniższego wymiaru piekielnego w buddyźmie, przez który przechodzą wszechobecne sample powtarzające „Hare Kryszna”. To tylko wierzchołek góry lodowej tego, na jakie towarzyszące wokale zdecydował się duet. Na słuchaczy czekają jeszcze rozmowy z osobami, które dołączyły do kultów, dokumenty o efektach substancji psychoaktywnych, cytaty Nostradamusa i Aleistera Crowleya. Całość tworzy niepowtarzalną, ciężką atmosferę, przez co może być nazwane sequelem Geogaddi. Tam, gdzie ten pierwszy wydany album trochę poruszał tematykę okultyzmu i mistycyzmu, to zdaje się, że Inferno skacze w najgłębsze części tego oceanu.

Julia Respondek

Burial

Są artyści, którzy definiują brzmienie klubów, i tacy, których twórczość najmocniej wybrzmiewa  o świcie, w drodze powrotnej do domu.

William Bevan, działający pod pseudonimem Burial, stworzył coś w rodzaju ścieżki dźwiękowej do samotności w mieście. Co ciekawe, ten specyficzny, nostalgiczny klimat brytyjskich klubów lat 90., którymi się inspirował, nie wynikał z jego własnych doświadczeń. Znał go jedynie z opowieści brata i starych kaset, dlatego jego muzyka brzmi jak zamazane wspomnienie o miejscach, w których nigdy się nie było. 18 maja 2026 roku minęło dokładnie dwadzieścia lat od premiery jego debiutanckiego albumu – płyty zwiastującej nadejście artysty, który z czasem zyska status ikony i zredefiniuje to, czym może być brytyjska elektronika.

Jestem raczej skrytą osobą i chcę tylko robić kawałki, nic więcej. Nazywam się Will Bevan, jestem z południowego Londynu, nie wychylam się i chciałbym dokończyć mój następny album

tym wpisem na MySpace z 5 sierpnia 2008 roku Burial ujawnił swoją tożsamość. Chciał, by his twórczości nie przypisywano konkretnej twarzy. Przede wszystkim zależało mu na prowadzeniu zwykłego życia z dala od rozgłosu i mediów. Po wydaniu Untrue utrzymanie anonimowości stało się coraz trudniejsze, stąd decyzja o podaniu swojego nazwiska. Mimo rezygnacji z pełnej anonimowości, Will Bevan wciąż uchodzi za jednego z najbardziej enigmatycznych artystów i konsekwentnie unika kontaktu z mediami.


South London Boroughs

2005

Już debiutancka EP-ka Buriala, South London Boroughs, emanuje surową, nostalgiczną aurą. Ukazała się w maju 2005 roku jako czwarty release raczkującej wówczas wytwórni Hyperdub i od samego początku ujawniała zacięcie artysty do przekształcania pozornie jasnych, funkowych i soulowych sampli w coś chłodnego i przejmującego. Przykładem jest zamykający EP-kę utwór Nite Train. Poza basowym turkotem przypominającym pociąg słychać w nim znacznie zmodyfikowany fragment Rock With You Michaela Jacksona, który zyskuje tu kompletnie nowy, mroczny i oziębły kontekst.


Burial

2006

 

Rok później, w 2006 roku, ukazał się debiutancki album Burial. Płyta była mocno zakorzeniona w estetyce klubowej, ale już wtedy pokazała, że artysta myśli o elektronice w inny sposób niż większość producentów działających na scenie dubstepowej.

Zamiast czystej energii tanecznej, Burial prezentował dźwiękowe opowieści, które poprzez wypełnienie utworów wszelkiego rodzaju trzaskami i szumami wprowadzały słuchaczy w świat nostalgii i tęsknoty za czymś, czego sami nie potrafili zdefiniować. To właśnie na tym wydawnictwie producent zaczął budować swój charakterystyczny styl oparty na emocjonalnym napięciu i atmosferze, która wprowadza słuchaczy w moment introspekcji.


Untrue

2007

W nieco ponad rok po premierze debiutanckiego, self-titled albumu, Burial zaprezentował światu Untrue – płytę, która na stałe wpisała się do panteonu szeroko pojętej elektroniki. Brzmienia zawieszone pomiędzy nocą a dniem, snem a rzeczywistością, stoją tu tuż obok wszelkich gatunkowych etykietek. To emocjonalna esencja, idealny soundtrack do samotnych wędrówek po nocnym mieście.

Płyta błyskawicznie zyskała status kultowej. Krytycy zachwalali Untrue za to, że Burial robił to, czego prawie nikt w elektronice wtedy nie robił – balansował pomiędzy klubową strukturą a niezwykle intymnym doświadczeniem słuchania. Szybko zaczęto mówić, że jest to jeden z najważniejszych albumów elektroniki XXI wieku. Stał się punktem odniesienia dla wielu przyszłych muzyków.

Oniryczny klimat muzyki Buriala opiera się w dużej mierze na odpowiednio dobranych i zmodyfikowanych samplach. Will Bevan często sięga po utwory z takich gatunków jak soul czy R&B, a rozciągając wokale czy manipulując wysokością dźwięku, diametralnie zmienia ich sens. Wokale w utworach Buriala brzmią jak echo przeszłości, rozmyte pocztówki z miejsc, które istnieją wyłącznie w wyobraźni.

Wiadomo także, że londyński artysta nie ogranicza się do samplowania innych utworów muzycznych. W Near Dark słyszymy chociażby dźwięk spadającej łuski naboju, zaczerpnięty z drugiej części gry Metal Gear Solid.

Antidawn

2022

Ci, którzy zakładali, że Burial na zawsze pozostanie wierny perkusji, mogli się zaskoczyć, gdy artysta wydał w 2022 roku blisko czterdziestominutową EP-kę Antidawn. Bevan niemalże całkowicie zrezygnował z sekcji rytmicznej na rzecz chłodnego ambientu, który – będąc zredukowanym niemal do samych szumów, trzasków i niepokojących soundscape’ów – malował jeszcze wyraźniejszy obraz samotności i tęsknoty.

Burial w wydaniu ambientowym przedstawia zapiski z całkowicie opuszczonego miasta, w którym pamięć o rave’owej scenie dawno zniknęła, zastąpiona postapokaliptyczną ciszą. To rozproszona materia dźwiękowa, która w chaotycznym świecie pozwala zajrzeć jeszcze głębiej w kwintesencję jego twórczości.

Wielu artystów i artystek otwarcie wymienia Buriala jako jedną ze swoich ważniejszych inspiracji. Prawdopodobnie bez wpływu Willa Bevana nie powstałyby takie albumy jak Immunity Jona Hopkinsa, debiut duetu Bicep (Bicep) czy kultowe Blonde Franka Oceana. Trzeba jednak pamiętać, że wpływ Buriala wykracza poza pojedyncze płyty – jego twórczość ukształtowała całe pokolenie artystów sceny elektronicznej.

Dwadzieścia lat po wydaniu debiutanckiego albumu, w świecie zdominowanym przez algorytmy i nieustanną walkę o uwagę, w którym każdy próbuje choć na chwilkę znaleźć się w świetle reflektorów, postawa Buriala wydaje się wręcz nierealna.Anonimowość Bevana sprawia, że jego dorobek nabiera jeszcze większej siły i autentyczności. Artysta stał się symbolem bezkompromisowej pasji. Odcinając się od sławy, paradoksalnie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych producentów muzyki elektronicznej.Scena muzyczna nieustannie zmienia kierunki w pogoni za nowością, ale to, co jest pewne, to fakt, że estetyka Buriala pozostaje zaskakująco odporna na czas.

Aleksandra Antoszczuk, Mikołaj Bensdorff

Spięty

Spięty – pomiędzy muzykiem a poetą

Na początku było Koli – hip-hopowe trio, które dorobiło się tylko jednej płyty. Album Szemrany teraz można już traktować jako zapowiedź unikatowej i błyskotliwej twórczości czekającej Huberta Dobaczewskiego, wokalistę, autora tekstów i kompozytora formacji. Później Koli, zamieniło się w Lao Che, które na zawsze zmieniło polską scenę alternatywną. Zespół stał się legendą jeszcze za swojego istnienia – proponował niepowtarzalne brzmienie, wyjątkowe podejście do słowa i imponującą odwagę w twórczości. Grał muzykę silnie osadzoną w sytuacji społecznej – tu warto wspomnieć o albumie Wiedza o społeczeństwie, historii – Powstanie Warszawskie, czy w religijnych dylematach – Gospel.

Lao Che zawiesiło działalność w 2019 roku, a Hubert Dobaczewski poświęcił się solowej karierze. Zaowocowało to tutyłami Black Mental, Heartcore, a także najświeższym, bo wydanym w 2026 roku, Full H.D. Mieliśmy czas tę płytę przesłuchać, zrozumieć ją i się w nią wkręcić. Teraz przanalizujemy ją, wraz z niezwykle interesującą sylwetką artysty w ramach cyklu Artysta Tygodnia Radia LUZ.


 

Antyszanty

2008

Antena Krzyku

Antyszanty są efektem odważnej decyzji artystycznej – sięgnięcia po gatunek niezbyt lubiany (w tym przypadku nawet przez samego Spiętego), czyli szanty. To nie przeszkodziło Dobaczewskiemu w wyprodukowaniu świetnej debiutanckiej płyty solowej, oddającej jego charakter i ukazującej kolejną odmianę jego talentu. Antyszanty nie bez powodu mają to „anty” w nazwie. Tematyka marinistyczna przeżywa na albumie przeobrażenia – zostaje poddana hiperbolizacji, ale też odarciu z klasycznych jej elementów. Autor w niektórych piosenkach rezygnuje z klasycznego w tym gatunku akordeonu, czy charakterystycznej gitary akustycznej. Wprowadza automat perkusyjny i syntezator. Czuć na tej płycie ukłon do klimatu morskich opowieści. Podmiot tęskni za kobietą, dużo pije, bywa wulgarny, a już na pewno rubaszny. Z szacunkiem dla pierwowzoru idzie jednak ramię w ramię chęć modernizacji i zabawy. Wchodząc w Antyszanty należy się spodziewać osobliwych dźwięków, ale też wywołującej porozumiewawczy uśmiech gry słów.


Nasza selekcja:


 

Erotyki

2016

Mystic Production

Nie jest to płyta solowa Spiętego, nie jest to również płyta Lao Che. Czym więc jest formacja Jazzombie? Już śpieszę z odpowiedzią – projekt powstał z połączenia zespołów Lao Che i Pink Freud. Ta artystyczna współpraca była efektem wielu zagranych wspólnie koncertów i spędzonej razem trasy. Muzycy stwierdzili, że czas przypieczętować obopólną sympatię nagraniem płyty. Tak powstały Erotyki – jedyne wydawnictwo tej polskiej supergrupy. I jest to album genialny.

Koncept jest w teorii bardzo prosty. Artyści podjęli się stworzenia aranżacji do erotyków autorstwa najsłynniejszych polskich poetów. Wybrali teksty Bolesława Leśmiana, Juliana Tuwima, Emila Zegadłowicza, Jana Brzechwy, czy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jednak forma, a mam tu na myśli piękną interpretację, jaką oferuje nam Spięty, a także minimalistyczną warstwę muzyczną, nie pozostawia wątpliwości. Projekt pokazuje naprawdę wielki kunszt muzyków wchodzących w skład Jazzombie. Erotyki są również przykładem wrażliwości, jaka charakteryzuje Huberta Dobaczewskiego. Zauważalne jest zamiłowanie wokalisty do poezji, którego odbicie widzimy później w jego autorskich tekstach.


Nasza selekcja:


Heartcore

2023

Mystic Production

Po latach zmagań z tematyką społeczną w swojej twórczości Spięty sięgnął po tematykę osobistą. Wcześniej, a szczególnie na drugiej płycie – Black Mental, artysta dokonywał szerokiego opisu aktualnej sytuacji w Polsce, eksplorował wpływ historii na dzisiejsze dyskursy i problemy. Jednak dopiero, gdy wszedł w sferę prywatną człowieka, dokonał tej najdonioślejszej płyty. Heartcore od chwili ukazania się miała charakter monumentalny – świetnie przyjęli ją fani, jak i krytycy. Wielu uważa ją za najlepszą polską płytę 2023 roku i za najlepszą płytę Spiętego. Ciekawym w wydawnictwie jest jego nieopisana unikatowość. Można próbować wyróżnić te kluczowe cechy, które sprawiają, że album jest tak dobry, ale niemożliwe jest całkowite wytłumaczenie tego sukcesu. Otacza go wyjątkowa aura intymności, a warstwa muzyczna wydaje się być tak niewymuszona, jak to tylko możliwe. Ma się wrażenie, że zajrzeliśmy do dziennika artysty, gdzie znajduje się prawda całkowicie obrana z przerysowań i teatru.

Już wielu uznało, że Heartcore musi być tym magnum opus artysty, że po prostu lepiej się nie da. Jest to odważny i moim zdaniem trochę zbyt pochopny osąd, ale nie zupełnie bezpodstawny. Płyta rzeczywiście pozostawia niewiele do dodania. Hubert Dobaczewski wprawia nas w wrażenie, że odkrył się do granic.


Nasza selekcja:


Full H.D.

2026

Mystic Production

Zaangażowani i szczególnie oddani fani Spiętego mogli bać się najnowszego wydawnictwa. Mógł pojawić się lekki niepokój związany z wysoką poprzeczką, jaką postawił sobie artysta albumem Heartcore. Tymczasem Hubert Dobaczewski słusznie odrzucił poszukiwanie klimatu z poprzedniej płyty, a poszedł w zupełnie inną stronę. Sam autor określił materiał tanecznym i nie można się z nim nie zgodzić. Czy jednak jest to płyta optymistyczna? Tego bym nie powiedziała. Ruch, zabawa, chwytanie chwili nie są na niej pierwotnym wyborem. Dynamika, którą wprowadza Spięty, jest reakcją na jakąś siędzącą głęboko melancholię. Ukazują to idealnie słowa z piosenki Stan Podgorączkowy Sobotniej Nocy:

Myślenie jest w cenie, lecz czasem nie warte zarazem. Bo przez myślenie te całe zamiast „być”, „bywałem”.

Muzycznie płyta również jest nieco inna niż poprzednie. Eksploruje różne brzmienia, jakie towarzyszyły artyście przez wiele lat twórczości, a także te, których z niej nie znamy. Piosenka Atrapa Łajdaka to walczyk rodem z ulic Paryża, Palipuenta może skojarzyć się z rapowymi ciągotami Dobaczewskiego, a Najstarszy Chłopczyk Świata to zabawa broadway’owym klimatem. Album przekazuje nam jasny sygnał – na razie klimat Heartcore zostaje gdzieś w tyle. Balladowość i delikatność poprzedniej płyty zostają zepchnięte na dalszy plan. Spięty wybiera rytmikę i czasem aż przesycone teksty, które niezmiennie zaskakują swoją pomysłowością.


Nasza selekcja:

Marysia Głowacka

American Football

Zdjęcie zespołu American Football

Z początku nie myśleli nawet o sobie jako o zespole. Rozpadli się jeszcze przed wydaniem debiutu. Przez 15 lat nie brali w ogóle pod uwagę tego, że ktoś może być zainteresowany ich powrotem do wspólnego grania. Wydawało się, że American Football, nasz Artysta Tygodnia w Radiu LUZ, bezpowrotnie rozpłynęli się gdzieś na południe od Chicago i że na zawsze jedyne co po nich pozostanie, to kultowy pierwszy album; tymczasem oni powrócili i właśnie wypuścili swoje LP4.

 

Najważniejsze nazwisko dla muzyki midwest emo? Niewątpliwie Kinsella. Zaczęło się od tego, że Tim Kinsella, licealista z przedmieść Chicago, spóźnił się na próbę swojego zespołu. Gdy w końcu się zjawił, odkrył, że koledzy już grają, a w roli gitarzysty zastąpił go jego młodszy brat Mike. Młody był na tyle dobry, że został na stałe, a gdy z zespołu wykruszył się bębniarz, Mike zaproponował, że nauczy się grać na perkusji. Cap’n Jazz, bo taką nazwę ostatecznie przybrała ta grupa, przeszli drogę od punkowego grania do bardziej kombinowanego brzmienia, charakterystycznego dla gatunku rodzącego się w ich rejonach geograficznych. Później bracia grali jeszcze wspólnie w Owls oraz Joan of Arc; z tym ostatnim zespołem współpracował również ich kuzyn Nate, który obecnie jest członkiem grupy założonej przez Mike’a jakiś czas po rozpadzie Cap’n Jazz. Grupą tą jest kultowe American Football.

Gdy Mike Kinsella rozpoczął studia na Uniwersytecie Illinois w Champaign, zamieszkał ze Stevem Holmesem, którego znał już z czasów licealnych. Czasem grywali razem, chociaż generalnie byli zaangażowani w inne zespoły. Kinsella dołączył do The One Up Downstairs, w którym na perkusji grał Steve Lamos – chłopak z porządnym wykształceniem muzycznym, chociaż wciąż uczący się swojego obecnego instrumentu. Po rozpadzie tego składu Lamos zaczął grywać z Holmesem, a po kilku tygodniach zaprosili do wspólnych prób Kinsellę. Tak narodził się skład, który miał stać się jednym z najważniejszych w historii wrażliwej muzyki gitarowej.


American Football

1999

Polyvinyl

Wyobraźcie sobie, że wyjechaliście na studia do niedużego miasta gdzieś na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jest końcówka XX wieku, więc jeszcze nie możecie spędzać całych dni na oglądaniu seriali na komputerze i obrażaniu ludzi w mediach społecznościowych. Pozostaje wam granie muzyki z kolegami. Co prawda nie macie nawet własnych instrumentów, ale radzicie sobie z tym, co akurat znajdziecie lub pożyczycie – w końcu nie planujecie grać żadnych większych tras koncertowych. Jest całkiem w porządku, ale wiecie, że studia zaraz się skończą i trzeba będzie zająć się czymś poważniejszym.

I jak, wyobraziliście sobie to? Jeśli tak, to znaczy że już wiecie jak to było w zespole American Football w ich pierwszym okresie działalności, w latach 1997-99. Kinsella, Holmes i Lamos nagrali trzyutworową EP-kę i grywali czasem koncerty w swojej okolicy; występy te jednak nie nastrajały ich pozytywnie. Granie na żywo nie było ich żywiołem, a gdy raz postanowili wyjechać na koncert do innego stanu, liczba osób na widowni podobno wynosiła okrągłe zero. Muzycy nie wiązali z zespołem żadnej przyszłości, ale jednak dalej spotykali się na wspólne próby, które ostatecznie zaowocowały tyloma napisanymi piosenkami, że po prostu wypadało zebrać je w formie albumu przed odebraniem dyplomów akademickich i rozejściem się w swoje strony. Poinformowali zaprzyjaźnioną wytwórnię Polyvinyl o swoich zamiarach, z zastrzeżeniem, że przekażą gotowy materiał, ale potem nie będą go promować ani koncertować z nim – po prostu nie bedą już istnieć jako grupa.

American Football – bo tak nazywało się to (jak i każde inne) wydawnictwo tercetu z Illinois – zaliczane jest do płyt definiujących brzmienie midwest emo, jednak wyraźnie różni się od wcześniejszych dokonań zespołów z tej sceny, takich jak Braid czy Cap’n Jazz. Mike Kinsella nie był zainteresowany muzyką hałaśliwą, zbuntowaną, czy – broń Boże – wesołą. Ciągnęło go do smutnych ballad i marzycielskich piosenek. Chociaż w czasach szkolnych był fanem Fugazi (jego mama raz zabrała go na ich koncert w Chicago, a na dodatek… upiekła ciasto dla członków ekipy Iana McKaye), to miał poczucie, że w muzyce wyrastającej z hardcore’u wszystko zostało już powiedziane i zagrane. Steve Holmes wniósł do tego zamiłowanie do zespołów z lat 60., a Steve Lamos dodał swoje jazzowe osłuchanie i wykształcenie oraz umiejętność gry na trąbce. Razem nagrali płytę, która łączy charakterystyczną dla emo wrażliwość (i, umówmy się, przeciętny wokal) z post-rockową powagą i math-rockowymi podziałami rytmicznymi.


American Football (LP2)

2016

Polyvinyl

W 2014 roku coś w Kinselli się zmieniło i wysłał do Lamosa oraz Holmesa maila z propozycją, żeby zagrać kilka koncertów jako American Football. Poza lokalnym festiwalem zaplanowali trzy występy w Nowym Jorku – wszystkie wyprzedały się na pniu. Artystycznie podobno nie były to wspaniałe widowiska, ale wśród widowni mało kto się tym przejmował. Dla ludzi ważne było to, że mogli w końcu usłyszeć na żywo piosenki, które tyle im dały, a które wydawały się już na zawsze być wyłącznie do odsłuchu w domach i na iPodach. To skłoniło zespół do tego, żeby bookować dalsze koncerty w kraju i za granicą, a także żeby pomyśleć o wydaniu drugiej płyty.

American Football, dla porządku nazywane LP2, zostało napisane i nagrane w pośpiechu, żeby wykorzystać swój moment. Zespół (do którego dołączył grający na basie Nate Kinsella) nie miał czasu na wypracowanie nowych pomysłów, czy na próby zmiany kierunku muzycznego. Drugi album był dość bezpieczny i zachowawczy: American Football kontynuowali kierunek obrany na debiucie, ale nowe piosenki nie porywały aż tak bardzo jak te nagrane 17 lat wcześniej. LP2 zebrało porządne recenzje, a fani byli zachwyceni tym, że w końcu nie muszą katować jednej płyty w kółko, chcąc posłuchać swojego ulubionego zespołu, ale można było jednak mieć po tym materiale pewien niedosyt.


American Football (LP3)

2019

Polyvinyl

Trzeci album American Football obrał już nieco odmienny kierunek od poprzednich dokonań grupy. Różnice można dostrzec jeszcze przed wyjęciem płyty z opakowania: na okładce nie pojawia się biały dom przy West High Street w mieście Urbana, w stanie Illinois, który był obecny na LP1 i LP2, a na liście utworów po raz pierwszy pojawiły się piosenki z gościnnym udziałem innych artystów. Pod kątem muzycznym zmiany również były słyszalne. Brzmienie albumu jest bardziej rozmyte niż wcześniej, klimat nieco eteryczny, a wpływy shoegaze’owe i post-rockowe są bardziej widoczne. LP3 już prawie wcale nie przypomina płyty nagranej przez zespół midwest emo; American Football w końcu skutecznie odeszli od stylu, z którym od samego początku nie chcieli być kojarzeni.

Chociaż LP3 zawiera piękne piosenki, to sam proces tworzenia płyty, a także to, co działo się później, nie wyglądały już tak dobrze. Mike Kinsella ciągle coś poprawiał po kolegach, umniejszając im i odbierając swobodę twórczą. Coraz intensywniejsze życie w zespole odbijało się na życiu rodzinnym muzyków. Kilka miesięcy po premierze albumu żona Kinselli dowiedziała się o jego zdradzie, co ostatecznie doprowadziło do rozwodu. Nadmierne spożycie alkoholu przez członków zespołu odbijało się na jakości koncertów. Pomimo nagrania bardzo dobrego albumu, wewnątrz American Football nie działo się najlepiej, co zakończyło się w 2020 roku drugim rozpadem zespołu. Steve Lamos miał już dość Kinselli i rzucił telefonem podczas zdalnej pracy nad nowymi piosenkami. Oficjalnie zostało to przedstawione jako odejście Lamosa ze względu na zmiany życiowe, ale w praktyce było końcem funkcjonowania grupy.


American Football (LP4)

2026

Polyvinyl

Całe szczęście, że Lamos nie mógł długo wytrzymać bez grania z kolegami i po dwóch latach wrócił do zespołu, który zabrał się za komponowanie nowego materiału. Ten został wydany w końcu 1 maja tego roku, jak zawsze przez wytwórnię Polyvinyl, jak zawsze pod nazwą American Football (tym razem z dopiskiem LP4). Muzyka jednak nie jest taka jak zawsze. Generalnie można uznać czwarty album grupy za kontynuację kierunku obranego na jego poprzedniku, jednak jest od niego mniej rozmarzony, a bardziej rozbuchany i miejscami również posępny. Wiele ścieżek instrumentów nachodzi na siebie i splata się na misternie przemyślane sposoby, gitary – poza typowymi dla American Football arpeggiami – grają również plamy i drony, a perkusja Lamosa gra jeszcze gęściej i bardziej kombinacyjnie niż kiedykolwiek.

LP4 to album różnorodny, pełen ciekawych zabiegów kompozycyjnych i decyzji brzmieniowych, a jednocześnie w pełni spójny, płynnie przechodzący między utworami, bez niepasujących momentów. Około 30 lat po rozpoczęciu wspólnego grania Kinsella, Holmes i Lamos (wspomagani przez drugiego Kinsellę a także przez kilku dodatkowych muzyków jeżdżących z American Football w trasy) są dojrzałym zespołem, który odnalazł nową tożsamość po okresie, w którym byli zakładnikiem kultowego debiutu. Obserwowanie ich późnego rozwoju daje nadzieje i oczekiwania wobec dalszej działalności grupy, jednak należy mieć na uwadze to, że po drodze czyha sporo zagrożeń dla jej stabilnego funkcjonowania. Mroczniejsze niż dotychczas teksty Kinselli, alkoholika zmagającego się z poczuciem porażki po rozwodzie, mogą wprowadzać w lekki niepokój; do tego dochodzą napięcia wewnątrz zespołu, które już raz przecież prawie go pogrążyły na amen, a i należy pamiętać, że nie każdy jest gotów żyć w trasie i studiu nagraniowym aż do starości. Spieszmy się zatem kochać American Football – nie wiemy jak szybko zejdą ze sceny.

Jan Rostek

Prince

Prince

 


Ikona popkultury kształtująca brzmienie swoich czasów, inspirująca całe pokolenie artystów.
Multiinstrumentalista, wokalista, kompozytor i producent muzyczny odważnie eksperymentował z wieloma gatunkami, w każdym się odnajdując, tworząc swój unikatowy styl. Uznawany za jeden z największych talentów świata muzyki – Prince odszedł równo dekadę temu, dlatego postanowiliśmy uczcić jego pamięć i uczynić go Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


For You

1978

NPG Records

Prince Rogers Nelson urodził się 7 kwietnia 1958 roku w Minneapolis i wcześnie zaczął przejawiać umiejętności muzyczne. W wieku 7 lat skomponował swój pierwszy utwór, w liceum grał w zespole a zanim skończył 20 lat miał już podpisany kontrakt z wytwórnią i nagrywał pierwszy album studyjny For You.

Debiut Prince’a ukazał się w 1978 roku i nie okazał się być wielkim hitem sprzedażowym. Przychylne recenzje wskazywały na potencjał i imponujące umiejętności wokalne młodego muzyka. Album został w całości wyprodukowany przez Prince’a. Skomponował i zaaranżował utwór oraz zagrał na wszystkich, ponad dwudziestu instrumentach i zaśpiewał partie wokalne. Singiel Soft and Wet stał się małym przebojem, ale to dopiero druga płyta przyniosła sukces na większą skale.


Nasza selekcja:


Prince

1979

NPG Records

Dopiero z drugą płytą Prince pokazał światu swój talent do tworzenia megahitów, wydając singiel
I wanna be your lover, który okrył się złotem za sprzedaż w ponad milionie egzemplarzy.

Podobnie jak przy debiucie, całość skomponował, zagrał i wyprodukował Prince.
Zaczęto szerzej dostrzegać jego potencjał. Chwalono nie tylko głos, ale też zabawne teksty i całą, kształtującą się jeszcze postać „Księcia Popu”.


Nasza selekcja:


Dirty Mind

1980

NPG Records

Dirty Mind to płyta oddzielająca wczesną twórczość Prince’a  od stylu, z którego ostatecznie będzie znany. Muzyk łączy funk, new-wave, synth-pop w surowej produkcji, nadającej całości punkowego tonu. Cięższe dźwięki, odważniejsze słowa nie speszyły recenzentów, którzy docenili brudne brzmienie. Mimo, że album nie przyniósł żadnego hitu na skale Prince’a to po czasie jest wspominany jako przełomowy i wpływowy, także dzięki kontrowersjom, które wzbudzał.

 


Nasza selekcja:


Controversy

1981

NPG Records

Zwrot Prince’a w stronę bardziej odważnych, sprośnych tekstów, jego androgeniczna uroda i niekiedy szokująca prezencja sceniczna wywoływały wiele kontrowersji, tym bardziej wśród publiki lat osiemdziesiątych. Komentarze i spekulacje wokół rosnącej po sukcesie Dirty Mind gwiazdy inspirowały muzyka do prac nad kolejną płytą – Controversy. Artysta nie wycofywał się ze swojej postawy, w tekstach nawiązując nie tylko do tematyki seksualności, ale też rasy czy płci.


Nasza selekcja:


1999

1982

NPG Records

1999 to kolejny przełomowy album w karierze Prince’a. Pierwszy, który nagrał wspólnie ze swoim zespołem the Revolution, co pozwoliło mu osiągnąć jeszcze większą spektakularność. Żywy, szalony, śmiało korzystający z syntezatorów, mieszając funk z synth-popem, tworząc brzmienie nazwane minneapolis sound. To z tego albumu pochodzą hity takie jak Delirious, Little Red Corvette, czy tytułowe 1999.

 


Nasza selekcja:


Purple Rain

1984

NPG Records

Purple Rain to zdecydowanie najbardziej znane i nagradzane dzieło Prince’a.
Album stanowiący jednocześnie ścieżkę dźwiękową do filmu o takim samym tytule, w którym muzyk zagrał też główną rolę. Oprócz olbrzymiego sukcesu komercyjnego obu dzieł, film otrzymał Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową, a sam album zdobył dwie nagrody Grammy. To dopiero tutaj zespół
the Revolution, z którym Prince pracował mógł oficjalnie się zaprezentować, zdobywając uznanie krytyków jak i słuchaczy.


Nasza selekcja:

Autor: Sebastian Kornecki