Archiwum

Thundercat

Thundercat: Zaklinacz dźwięków

Wirtuoz sześciostrunowego basu, mistrz soulu i artysta, który z łączy jazzową improwizację z emocjonalną wrażliwością. Muzyk, który tworzy jeden z najbardziej unikalnych języków we współczesnej muzyce alternatywnej.

 


The Golden Age of Apocalypse

2011

Brainfeeder

The Golden Age of Apocalypse to pierwszy solowy projekt Stephena „Thundercata” Brunera. Album jest początkiem zmian w karierze Brunera, przejścia z bycia muzykiem sesyjnym do pełnoprawnej kariery. Z tego powodu album jest przepełniony duchem improwizacji, a dzięki producenckiej dyscyplinie Flying Lotusa, zyskuje konkretne ramy. 

Drunk

2017

Brainfeeder

Drunk przypieczętował jego status jako ikony współczesnej muzyki alternatywnej. Thundercat pozostaje przy swoim stylu ” uporządkowanego chaosu”. Na płycie możemy usłyszeć legendę soft – rocka Kennego Logginsa jak i Kendricka Lamara. Pośród 23 utworów  znajdujemy wiele krótkich aranżacji, które są esencją postaci Brunena. Wirtuozeria i talent muzyczny artysty został przeszyty humorem i żartami. Dzięki temu, ten skomplikowany muzycznie projekt jest przyswajalny dla każdego obiorcy. Dla wielu z nich Drunk to opus magnum Thundercata, zawierające jego największy hit „Them Changes”.

It Is What It Is

2020

Brainfeeder

It Is What It Is, został wydany w szczególnym momencie kariery Stephena. Płyta porusza tematy związane ze stratą (w dużej mierze Bruner przepracowuje ból po śmierci Mac Millera). Album pokazuje nam dojrzałego artystę, w pełni osadzonego na scenie współczesnego fusion. Jest to projekt pełen kontrastów. Humorystyczna postać Thundercata przechodząca między trudnymi tematami o miłości i śmierci a znanym humorystycznym stylem Brunena. Wraz ze słuchaniem tego albumu odkrywamy pełen obraz Stephena. Surowe emocje, strach i próbę utrzymania swojego obrazu „Kociego Basisty”. Jego muzyka dotyka duszy słuchacza, powoli ściąga maski, które nałożyliśmy na siebie i skłania do refleksji nad życiem.

Distracted

2026

Brainfeeder

Distracted to album wielowymiarowy i, w odróżnieniu od projektów z przeszłości, dopracowany produkcyjnie. Pomimo ugruntowanego już stylu, na najnowszej płycie basista, współpracując z uznanym producentem Gregiem Kurstinem i wieloletnim przyjacielem Flying Lotusem, eksploruje bardziej skoncentrowane brzmienie. Inspirując się soulem po znajdowanie pomysłów w nowoczesnej elektronice. Album jest dowodem na ciągłą ewolucję twórcy. Kompozycje takie jak I Did This To Myself z gościnnym występem Lil Yachti’ego, czy intrygujące Walking On The Moon to świetne przykłady z tego wielobarwnego dzieła. Dopracowane aranżacje pozwalają podkreślić zarówno basową wirtuozerię Thundercata jak i rozpoznawalny, łagodny wokal Brunera. Utworami takimi jak Funny Friends czy ThunderWave, basista udowadnia, że pomimo 6 letniej przerwy, pozostaje jedną z najbardziej fascynujących postaci w świecie muzyki.

 

Wiktor Wichliński

Niechęć

zespół niechęć z albumem 2025

Grupa Niechęć od ponad 15 lat lawiruje gdzieś między jazzem a rockiem. Ich muzyka – ponura i ekspresyjna – jest najczęściej klasyfikowana jako jazz-rock lub jazz fusion. Nadchodzący album, 2025, będzie szóstym wydawnictwem zespołu, a równocześnie drugim po wydanym w 2018 Live At Jazz Club Hipnoza albumem nagranym w całości podczas koncertu.

 


Śmierć w Miękkim Futerku

2012

Zaskakującym jest, że debiutancka płyta może być tak dojrzała jak Śmierć w Miękkim Futerku. Słychać, że muzycy świetnie zdają sobie sprawę dokąd zmierza ich improwizacja. Nad kompozycjami zdaje się krążyć specyficzne widmo, które sprawia, że nawet w najbardziej intensywnych fragmentach, których bynajmniej nie brakuje, da się odczuć wszechogarniający spokój. Może nie bez powodu jeden z otworów nosi nazwę Niespokojny Relaks.

Mimo, że to najbardziej przestrzenny album w dyskografi Niechęci, pojawiają się na nim gęste, charakterystyczne dla grupy momenty, w których sekcja dęta brzmi jak lament, a perkusja biegnie jak na zatracenie. Album zdecydowanie nie napawa optymizmem, stąd, obok podobnego brzmieniem Ciśnienia, można wymienić Krztę jako zespół niosący podobny ładunek emocjonalny, choć za pomocą innego medium.

 

Niechęć

2016

Drugi album Niechęci, wydany cztery lata po debiucie, konstytuuje zespół. Gdybym miał wybrać projekt, który najlepiej oddaje ogólny charakter grupy, to byłby właśnie ten. Wspaniale balansuje między ekspresyjnymi solówkami, a powtarzalnymi maniakalnymi motywami, często jednostajnymi dla większości danego utworu. Przykładem takiego zabiegu jest metanol, który za sprawą tytułu nie tylko przenosi nas w podejrzane okolice torów kolejowych, a w ataku który orbitując dookoła jednego motywu działa prawdziwie oczyszczająco, dając ujście ukrytym głęboko w nas, często nieuświadomionym emocjom.

Mimo dekadenckiego klimatu w którym utrzymane jest omawiane wydawnictwo, podobnie zresztą jak Śmierć w miękkim futerku, Niechęć znakomicie sprawdzi się jako wprowadzenie do jazzowego świata, z tym że raczej nie do tego, który możemy usłyszeć w przysłowiowej windzie.

 

2025

2026

Nadchodzący album mimo cukierkowej okładki serwuje słuchaczowi spory łomot. Zawiera w większości utwory z ich ostatniego wydawnictwa, Reckless Things, co nie oznacza bynajmniej, że nie pojawiają się tutaj utwory nigdy wcześniej nie publikowane. Jak sam zespół pisze;

..Materiał zawarty na płycie to zapis niesamowitej energii, z której Niechęć słynie od lat. W 2025 roku grupa zagrała aż 25 (w większości wyprzedanych) koncertów promujących „Reckless Things”. (…) Punktem kulminacyjnym był występ zarejestrowany w formie audio i video w warszawskim klubie Mechanik. To właśnie ten materiał świetnie oddający sceniczną formę obecnego składu grupy, trafi 24 kwietnia 2026 r. w ręce słuchaczy. Na albumie „2025” usłyszymy utwory z „Reckless Things” w rozbudowanych, koncertowych aranżacjach oraz dwie zupełnie nowe, niepublikowane wcześniej kompozycje. Za brzmienie odpowiada Arek Kopera, współpracujący m.in. z Sanah i Dawidem Podsiadło.

Wśród utworów nigdy wcześniej niepublikowanych, możemy znaleźć ostatni singiel promujący nadchodzący album, mianowicie Rozstrojenie, które to według autorów;

(…) można odczytywać jako mocną, artystyczną reakcję na współczesną niepewność, zmienność otaczającej nas rzeczywistości oraz wszechobecne społeczne lęki o przyszłość. Muzycy zrezygnowali jednak z dosłowności. Zamiast tego pozwalają, by to dysonanse, niedopowiedzenia i tytułowe emocjonalne „niedostrojenie” wprost rezonowały ze słuchaczem, stając się językiem opowiadającym o poczuciu zagubienia w dzisiejszym świecie.

Utwory znajdujące się na wydawnictwie są, jak to zwykle bywa przy wersjach live, bardziej rozciągnięte w czasie od swoich pierwowzorów nagrywanych w studio. Są też bardziej ekspresyjne i ,,głośniejsze”, co sprawia że podczas odsłuchu można na chwilę zwątpić, czy to jeszcze jazz (tak jakby miało to mieć znaczenie). O tym, że zespołem metalowym Niechęć, przynajmniej póki co, nie jest, przypomina nam 8 minutowy utwór znajdujący się gdzieś w środku albumu. Jest on klawiszowym rozwinięciem utworu ,,Ślady Intro” i pozwala złapać na moment oddech.

 

Jan Gawroński

A. G. Cook

Jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów współczesnego popu powraca – tym razem ze swoją pierwszą ścieżką dźwiękową do filmu. Wydanie The Moment (The Score) to przełomowy punkt w karierze artysty, a zarazem doskonała okazja by przyjrzeć się całokształtowi jego dyskografii. A. G. Cook zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


7G

2020

7G to pierwszy długogrający krążek artysty, jednak A. G. Cook swoje pierwsze utwory zaczął wydawać już w 2013 roku, wraz z założeniem wytwórni PC Music. Do najbardziej znanych kawałków z tego okresu należą pochodzący z kompilacji PC Music Vol. 1 Beautiful oraz Superstar, który na 7G znalazł się w wersji na żywo.

Na zapoznanie się z tym albumem warto zarezerwować sobie całe popołudnie – 7G trwa pokaźne 2 godziny i 40 minut – jednak dzięki specyficznej strukturze płyty trudno odczuć znużenie czy przesyt podczas odsłuchu. Krążek podzielony jest na 7 części, a każda z nich składa się z 7 utworów. Każdy z segmentów albumu ma za zadanie przedstawić konkretny instrument bądź środek wyrazu. Na 7G usłyszymy fragmenty po kolei poświęcone perkusji, gitarze, supersaw, fortepianowi, syntezatorowi Nord, słowu mówionemu oraz ekstremalnym wokalom. Wszystkie części zawierają również po jednym coverze, dzięki czemu mamy okazję posłuchać zaskakujących reinterpretacji utworów artystów takich jak The Strokes, Blur, czy nawet Taylor Swift. Pomiędzy skocznymi i chwytliwymi kawałkami (jak na przykład Show Me What z udziałem Cecile Believe) na albumie możemy natknąć się na prawdziwe rarytasy dla miłośników wszystkiego co dziwne i niekonwencjonalne. Utwory takie jak Chandelier czy Waldhammer mogą wprawić słuchacza w niemałe osłupienie, ale przede wszystkim są świadectwem tego, że wyobraźnia i kreatywność producenta są prawdziwie nieposkromione.


Britpop

2024

Pierwszy album producenta wydany po zamknięciu działalności PC Music, wypuszczony przez świeżo założoną wytwórnię New Alias. Podobnie jak 7G, również jest podzielony na części. Tym razem jest ich trzy, a każda z nich reprezentuje kolejno przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dlatego w pierwszej z nich możemy usłyszeć najbardziej typowe i klasyczne dla PC Music brzmienia – tytułowy utwór, Britpop, jest tego bardzo dobrym przykładem. W drugiej części artysta przedstawia nam bardziej akustyczne i spokojne kawałki, a za to trzecia reprezentuje to co najbardziej dwuznaczne i nieznane. Mimo że album jest daleki od britpopu jako gatunkowi, to jednak jego tytuł nie jest przypadkowy. Producent wspomina, że jego główną inspiracją podczas tworzenia płyty było osobliwe uczucie jakiego doświadczył podczas pandemii w 2020 roku. A. G. przebywał wtedy w kwarantannie wraz ze swoją partnerką Alaską Reid w jej rodzinnej Montanie, gdzie był jedynym brytyjczykiem w zasięgu wielu mil. Skłoniło go to do przemyśleń na temat brytyjskiej kultury oraz tego jak może ona rezonować z amerykańską publicznością. Okładka płyty perfekcyjnie reprezentuje tą tematykę – przedstawia ona stylizowaną flagę Zjednoczonego Królestwa w żywych barwach zieleni, różu oraz bieli.


The Moment (The Score)

2026

The Moment to kontynuacja, a bardziej zakończenie projektu jakim był BRAT od Charli xcx. Zatem nic dziwnego, że za ścieżkę dźwiękową filmu w reżyserii Aidana Zamiriego był odpowiedzialny właśnie A. G. Cook, główny producent legendarnego zielonego albumu. W The Moment obraz i dźwięk funkcjonują jak narządy w jednym organizmie – jeden nie ma prawa istnieć bez drugiego. Wraz z utworem otwierającym album, Residue, zostajemy natychmiast wchłonięci w chaotyczny świat Charli. Kompozycja perfekcyjnie oddaje szalony klimat otwierającej sceny, hipnotyzując słuchacza szybkim tempem oraz acidowym basslinem. Wraz z kolejnymi minutami filmu soundtrack nieco jednak zwalnia, wchodząc w bardziej klimatyczny, nokturnalny ambient. Jednym z bardziej atmosferycznych, lecz przygnębiających utworów jest Dread , będący reinterpretacją ponadczasowego hitu Charli xcx oraz duetu Icona Pop, I Love It. Fani Charli mogą rozpoznać go z prawdziwej trasy BRAT– to właśnie ten utwór zamykał każdy z jej koncertów, pozostawiając tłum w zadumie i melancholii.

Agnieszka Cieślak

James Blake

Między kruchą emocjonalnością a eksperymentem z dźwiękiem porusza się James Blake – brytyjski producent, wokalista i kompozytor z Londynu. Jego muzyka od początku kariery wymyka się prostym kategoriom: potrafi brzmieć jak minimalistyczna ballada przy pianinie, by chwilę później zamienić się w klubowy eksperyment z basem i pociętym wokalem. Blake przez lata udowadniał, że elektronika może być równie intymna jak folk czy soul. Właśnie za tę wyjątkową zdolność łączenia emocjonalnej wrażliwości z produkcyjną odwagą zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Overgrown

2013


Album of the week: James Blake - Overgrown | Nialler9

Album Overgrown z 2013 roku pokazał Blake’a w momencie wyraźnego artystycznego rozwoju. Jeśli na jego debiucie dominowała atmosfera intymnego, niemal sypialnianego studia nagrań, tutaj brzmienie jest bardziej przestrzenne i pełniejsze. W centrum wciąż pozostaje charakterystyczny, lekko drżący wokal artysty, jednak całość ma bardziej „żywy” charakter. Płyta nadal opiera się na elektronicznych strukturach, ale produkcja jest mniej ascetyczna, a kompozycje przypominają już raczej pełnoprawne piosenki niż eksperymentalne szkice.

Krążek łączy w sobie wiele stylistycznych inspiracji, od soulu i R&B po dubstepowe basy, gospelową atmosferę czy eksperymentalną elektronikę. W utworze Digital Lion pojawia się legenda muzyki ambientowej Brian Eno, co sygnalizuje zainteresowanie Blake’a bardziej kompozytorską, eksperymentalną stroną muzyki. Z kolei w Take a Fall for Me gościnnie rapuje RZA, współtwórca Wu-Tang Clan, pokazując, że Blake równie chętnie sięga po inspiracje hip-hopowe. Ta różnorodność sprawia, że album nie podąża jedną, oczywistą ścieżką – i właśnie to czyni go tak interesującym.

Na płycie znajdują się również momenty bardziej dynamiczne. Utwór Voyeur wyróżnia się potężnymi akordami i klubową energią, Digital Lion napędzany jest motorycznym basem, a Life Round Here rozwija się dzięki pulsującym syntezatorom. Jednocześnie sednem albumu pozostają spokojniejsze, introspektywne kompozycje. Tytułowy Overgrown przywołuje skojarzenia z mroczną elektroniką Massive Attack, natomiast Retrograde zachwyca bezpośredniością i soulową ekspresją wokalną Blake’a. W przeciwieństwie do wcześniejszych nagrań, gdzie słowa często przypominały powtarzane mantry, tutaj teksty odgrywają znacznie większą rolę i nadają płycie wyraźniejszą osobowość.

Choć przy pierwszym kontakcie Overgrown może wydawać się nieco niejednorodne i subtelne, z czasem ujawnia swoją głębię. To album, który najlepiej działa w skupieniu – z dobrymi słuchawkami i uwagą skierowaną na detale produkcyjne. Właśnie wtedy słychać, jak Blake łączy wszystkie elementy swojej dotychczasowej twórczości: elektronikę, soul, dub, gospel i singer-songwriting. Powstaje z tego spójna, a jednocześnie trudna do zaszufladkowania całość. Płyta przyniosła mu ogromne uznanie krytyków i nagrodę Mercury Prize, potwierdzając jego pozycję jednego z najciekawszych artystów brytyjskiej sceny.

     

 

Playing Robots Into Heaven

2000

James Blake annonce l’album « Playing Robots Into Heaven » et partage ...

Po kilku bardziej introspekcyjnych i piosenkowych albumach James Blake postanowił ponownie zwrócić się w stronę swoich klubowych korzeni. Playing Robots Into Heaven to jego szósty studyjny album i jednocześnie wyraźny ukłon w stronę brzmień, od których zaczynał karierę na londyńskiej scenie elektronicznej. Artysta wraca tu do pulsujących beatów i dubowych basów, jednak robi to z doświadczeniem zdobytym przez lata pracy nad bardziej piosenkowymi projektami. Dzięki temu płyta łączy klubową energię z charakterystyczną dla Blake’a melancholią.

Album opiera się na rytmie – elektroniczne struktury są miękkie, hipnotyczne i mocno zakorzenione w estetyce UK bass. Jednocześnie produkcja pozostaje przestrzenna i nastrojowa. Wokale Blake’a unoszą się nad syntetycznymi teksturami i tworzą kontrast między tanecznym pulsem a introspekcyjną atmosferą. Tytuł płyty może sugerować technologiczną obsesję czy fascynację sztuczną inteligencją, jednak w rzeczywistości album brzmi zaskakująco organicznie. Zamiast chłodnej cyfrowej perfekcji Blake stawia na bardziej surowe, niemal domowe brzmienie.

Choć całość utrzymuje spójny klimat, na płycie pojawiają się momenty wyraźnie wyróżniające się energią. Singiel Big Hammer to jeden z najbardziej klubowych fragmentów albumu, charakteryzuje się  swoją dynamiką wykorzystujący sample duetu Ragga Twins. Z drugiej strony Fire the Editor pokazuje zupełnie inną twarz Blake’a. To kompozycja znacznie bardziej minimalistyczna, oparta na powtarzalnych strukturach syntezatorowych, które przywołują skojarzenia z estetyką kompozytorską Philip Glass.

Mimo wyraźniejszego klubowego charakteru album nie traci emocjonalnej głębi typowej dla twórczości Blake’a. Utwory balansują między nocną refleksją a taneczną energią, tworząc atmosferę, która sprawdza się zarówno na parkiecie, jak i w bardziej intymnym odsłuchu. Playing Robots Into Heaven można więc potraktować jako powrót do muzycznych początków artysty, przedstawiony z perspektywy dojrzałego twórcy, który wciąż potrafi znaleźć nowe brzmienia w dobrze znanych inspiracjach.

     

Ouça | James Blake: "Trying Times" - Música Instantânea

Po latach współpracy z największymi nazwiskami współczesnej muzyki – od Beyoncé i Kendrick Lamar po Travis Scott czy RosalíaJames Blake wraca z jednym ze swoich najbardziej osobistych projektów. Trying Times to jego siódmy album i jednocześnie pierwsze wydawnictwo stworzone już poza dużymi wytwórniami. W przeciwieństwie do klubowego charakteru Playing Robots Into Heaven, tutaj Blake ponownie stawia na kameralność i emocjonalną szczerość.

Płyta skupia się przede wszystkim na temacie rozpadających się relacji i momentów, w których miłość zaczyna tracić swoją pewność. W utworze Death of Love artysta zastanawia się nad sensem zaangażowania, używając sugestywnego obrazu pszczół wracających z plastikowych kwiatów jest to symbol wysiłku włożonego w coś, co od początku było pozorne. Podobnie w Didn’t Come to Argue, gdzie Blake zestawia swoją introspekcyjną narrację z bardziej zdystansowanym refrenem Monica Martin, pokazując dwie różne reakcje na rozpad relacji.

Jednym z najmocniejszych momentów albumu jest Make Something Up, w którym Blake otwarcie mówi o doświadczeniu depresji i wewnętrznych sprzecznościach towarzyszących kryzysowi psychicznemu. Zupełnie inną energię wnosi natomiast Doesn’t Just Happen, gdzie gościnnie pojawia się brytyjski raper Dave, dodając utworowi ciężaru autobiograficzną, refleksyjną zwrotką.

Choć większość materiału koncentruje się na osobistych doświadczeniach, momentami Blake wychodzi poza prywatną perspektywę. W Just a Little Higher zwraca uwagę na społeczne podziały i chaos informacyjny współczesnego świata. Trying Times pozostaje jednak przede wszystkim intymnym zapisem emocji – oszczędnym w formie, ale bardzo bezpośrednim w treści.

     

Liczne współprace

 

Równie ważną częścią kariery Blake’a są jego współprace z artystami reprezentującymi różne gatunki muzyczne. Jednym z najgłośniejszych przykładów jest jego relacja twórcza z raperem Kendrick Lamar, z którym pracował zarówno jako producent, jak i wokalista.

Blake wielokrotnie współpracował także z Bon Iver. Justin Vernon i brytyjski producent dzielą podobną wrażliwość muzyczną – zamiłowanie do eksperymentów z wokalem i przestrzennych aranżacji. Ich wspólne nagrania łączą elementy elektroniki, alternatywnego folku i ambientu.

Artysta brał również udział w pracach nad albumem Lemonade artystki Beyoncé, jednym z najważniejszych popowych wydawnictw ostatniej dekady. Wśród innych twórców, z którymi współpracował, znajdują się między innymi Frank Ocean, Rosalía, Travis Scott czy producent Metro Boomin.

Tak szerokie spektrum współprac pokazuje, jak uniwersalny jest język muzyczny Jamesa Blake’a. Potrafi odnaleźć się zarówno w alternatywnej elektronice, jak i w hip-hopie czy mainstreamowym popie, pozostając przy tym jednym z najbardziej charakterystycznych producentów swojego pokolenia.

Bartosz Repczyński

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła

Danny L Harle

Na styku rave’owej energii i renesansowej powagi działa Danny L Harle – brytyjski producent, kompozytor i DJ wychowany w Cumbrii, a artystycznie ukształtowany w Londynie jako współtwórca kolektywu PC Music. Artysta od lat buduje swój własny, specyficzny język muzyczny. Jego najnowszy album Cerulean łączy trance, ambient, inspiracje muzyką dawną i popową melodyjność, tworząc jedną, wielką, a przede wszystkim spójną opowieść. To właśnie za konsekwencję artystycznej wizji i umiejętność łączenia skrajności Danny L Harle otrzymuje tytuł Artysty Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Harlecore

2021

.

Cerulean

2026

Debiut czy nie debiut? Oto jest pytanie… no właśnie – jak to jest z tym Cerulean? Odpowiedź jest prosta: zależy, kogo zapytamy… Jeśli jednak chcemy podążać za artystą, to musimy przyjąć narrację, że ów krążek rzeczywiście tym debiutem jest. I faktycznie można znaleźć sporo argumentów, które za tym przemawiają: ot, choćby liczba głośnych współprac. Do Danny’ego dołączyły między innymi Dua Lipa, Caroline Polachek, PinkPantheress, Clairo i, oczywiście, Kacha współtworząca duet Coals. Każdy z tych pseudonimów to solidna marka znana na całym świecie, co znacząco dodaje płycie brytyjskiego producenta pazura. Krążek sam w sobie nie jest ostry, lecz głęboki. Danny łączy na nim to, co kocha najbardziej i szczerze otwiera się przed słuchaczem. Pośród radosnych pop-trance’owych dźwięków i szybkich eurodance’owych brzmień, Harle wprowadza coś zaskakującego – inspirację renesansem. Decorum w tym krążku nie istnieje, jednak czy to źle? Zupełnie nie! Cerulean to także żywioł rozumiany na dwóch płaszczyznach: dosłownie i w przenośni. Album kryje w sobie także autorskie nagrania fal oraz rozmach Danny’ego. Artysta tym wydaniem przekazuje osobistą i jakże serdeczną wiadomość: chcę tworzyć swoją ulubioną muzykę! My podążamy razem z DLH i cieszymy się, że poprzez Cerulean dąży do spełniania swoich największych marzeń. Tym samym można pójść jeszcze o krok i pokusić się na kolejną symboliczną interpretację: 13 lutego, a więc piątek, 2026 roku wcale nie był pechowy, wręcz przeciwnie – był naprawdę szczęśliwy. 

Premierze krążka towarzyszył także film, za którego reżyserię odpowiedzialna była Lilian Hardouineau. Główną rolę gra Danny i, oczywiście, muzyka pochodząca z Cerulean. Akcja dzieje się nad morzem (bo gdzie indziej? hehe), a wokół unosi się postapokaliptyczna aura.


Liczne współprace

 

Danny L Harle jest znany ze swoich licznych współprac, zarówno z postaciami ze świata popu, jak i elektroniki. Jedną z najbardziej znanych gwiazd z którą miał okazję działać jest Dua Lipa. Na Cerulean owocem ich pracy jest utwór Two Hearts – niezwykle taneczny i melodyjny kawałek. Nie była to jednak ich pierwsza współpraca. W 2024 roku Dua Lipa wydała swój trzeci album – Radical Optimism. Pojawiają się na nim powszechnie znane hity: Houdini, Illusion czy Training Season. To właśnie na tym wydaniu Danny starannie współtworzył beaty i przy okazji zachwycał się głosem wokalistki. O samej możliwości działania z artystką mówił jako o przywileju. Podkreślał, że słuchanie jej głosu jest jak podziwianie jednego z cudów świata. 

Mówiąc o twórczości Danny’ego trudno też nie wspomnieć o jego współpracy z Caroline Polachek. Podczas gdy ich współpraca zaczęła się singlem Ashes of Love w 2016 roku, to za największy sukces muzyków można uznać dwa albumy CarolinePang oraz Desire, I Want Into You, gdzie Danny wcielił się w rolę kompozytora oraz producenta. To właśnie za pracę nad drugim z tych krążków producent został nominowany do nagrody Grammy. Ich współpraca nie skończyła się jednak na tym – głos Caroline możemy usłyszeć na zarówno na Cerulean, jak i na Harlecore, gdzie artystka występuje pod pseudonimem DJ Ocean. Na najnowszym albumie Danny’ego pojawia się za to już pod swoim nazwiskiem na dwóch utworach – Azimuth oraz On & On. Kunszt wokalny Caroline powoduje, że odnajduje się ona świetnie właśnie w takich kawałkach – podniosłych oraz emocjonalnych.

Warto również wspomnieć o współpracy producenta z Oklou, która podobnie jak Dua Lipa oraz Caroline również pojawia się na Cerulean. Podobnie jak w przypadku wcześniej wspomnianych artystek nie była również to jej pierwsza współpraca z Dannym. Przyczynił się on bowiem do powstania debiutanckiego albumu Oklou, choke enough z 2025 roku, gdzie pracował nad utworami endless, take me by the hand, harvest sky oraz want to wanna come back

Trudno wspomnieć o wszystkich artystach z którymi współpracował Danny L Harle, ponieważ ich liczba jest wyjątkowo duża. Oprócz wcześniej wspomnianych wykonawczyń do najbardziej znanych z nich należą yeule, Charli xcx, Olly Alexander, PinkPantheress, Shygirl, Flume, Vegyn, Hudson Mohawke czy nawet Skrillex


Łucja Krzywoń & Paulina Madej & Katarzyna Golec & Agnieszka Cieślak

Obywatel G.C.

Obywatel G.C. – Grzegorz Ciechowski między Republikami.

 

Obywatel G.C to projekt rozpoczęty w 1986 roku przez Grzegorza Ciechowskiego po rozpadzie zespołu Republika. We współpracy z czołowymi polskimi muzykami stworzył cztery albumy, w tym dwie ścieżki dźwiękowe. Wszystkie stanowią wybitne odrębne dzieła, oferując przenikliwe doświadczenia, a także ukazując wielki talent Ciechowskiego oraz towarzyszących mu instrumentalistów (takich jak: Jan Borysewicz, Wojciech Karolak, Krzysztof Ścierański i José Torres). Z okazji czterdziestolecia debiutu Obywatela G.C. postanowiliśmy zgłębić ten etap życia mistrza Grzegorza Ciechowskiego, wyróżniają go jako Artystę Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Obywatel G.C.

1986

MTJ

Pierwszy album wydany w ramach projektu Obywatel G.C. został stworzony przez Ciechowskiego jeszcze z myślą o trzeciej płycie Republiki. Przed rozpadem utwory były nawet wykonywane przez zespół na żywo, m.in. podczas koncertu, który odbył się w lutym 1986 roku, w Ursusie, i z którego nagrania nie tylko zachowały się do dziś, a są ogólnodostępne.

Do produkcji materiału Grzegorz Ciechowski zaangażował jednych z najwybitniejszych polskich muzyków i to słychać, jako że każda partia instrumentalna to w zasadzie własne dzieło sztuki. W nagraniach brali udział m. in.: Jan Borysewicz (znany z Lady Pank), Krzysztof Ścierański (uznany basista jazz-rockowy), Janusz Skowron (nagradzany pianista), czy José Torres (prominentny kubańsko-polski perkusista), a nawet Michał Urbaniak (wybitny muzyk jazzowy).

Nasza selekcja:

 


Tak! Tak!

1988

ZPR Media

Nadszedł wielki komercyjny sukces projektu, w tym dwa największe przeboje Obywatela G.C. czyli: Tak… Tak… To ja oraz Nie pytaj o Polskę, z których artysta jest najbardziej znany. Album sprzedał się w ponad dwustu tysiącach egzemplarzy.

Zespół powiększył się względem tego z pierwszej płyty o kolejne wybitne jednostki świata polskiej muzyki: Tomasza Stańko (znany trębacz jazzowy), Marka Surzyna (perkusista/kompozytor rockowo-jazzowy), Adama Wendta (nagradzany saksofonista), czy Johna Portera (członek początkowego składu grupy Maanam).

Brzmienie zostało zaś wzbogacone o instrumenty elektroniczne, za których programowanie odpowiadał Rafał Paczkowski.


Nasza selekcja:

 


Stan Strachu

1989

Polskie Nagrania „Muza”

Stan Strachu, trzeci album Obywatela G.C., stanowi ścieżkę dźwiękową do filmu w reżyserii Janusza Kijowskiego o tym samym tytule, obrazującego realia stanu wojennego w Polsce. Film, choć niełatwy w odbiorze, jest chwalony przede wszystkim za muzykę i dobre oddanie klimatu tamtego czasu. W główną rolę wcielił się młody Wojciech Malajkat

Sam album, natomiast, Grzegorz Ciechowski wyprodukował przy mniejszym wsparciu niż poprzednie. Oprócz niego, kluczową rolę w procesie tworzenia ścieżki dźwiękowej odegrał też polski gitarzysta i kompozytor Sławomir Piwowar, a do dwóch utworów (Ja Kain Ty Abel i Ani ja, ani ty) swojej gitary użyczył Stanisław Zybowski (gitarzysta rockowy, mąż i kompozytor Urszuli).  

Emocje, które towarzyszą słuchaniu Stanu Strachu to – budowane przez ambient, poucinane fragmenty dialogów i głosy Małgorzaty Potockiej oraz Urszuli – lęk i niepokój. 

Nasza selekcja:


Obywatel Świata

1992

Arston

Druga ścieżka dźwiękowa i zarazem ostatnia płyta którą Grzegorz Ciechowski wyprodukował w ramach projektu Obywatel G.C. Film obyczajowy na podstawie noweli Ciechowskiego wyreżyserował Roland Rowiński, a premierę miał w roku 1991. Chwalony za muzykę i klimat, a także wyróżniany za obsadę (rolę główną zagrał Jan Frycz), z upływem czasu zaczął być traktowany traktowany raczej jako gratka dla fanów artysty, niżeli dzieło godne polecenia. Recenzenci zarzucają produkcji kulawy montaż, a całość określają jako dziwną. Film opowiada o spotkaniu po latach niegdyś jednej klasy, a dziś różnych ludzi, porównujących swoje życia, czemu głębi dodaje kontekst transformacji ustrojowej.

Do stworzenia finalnego albumu przyłożyło się najwięcej rąk w historii Obywatela G.C., w tym talenty byłych członków zespołu Republika. Tego samego roku grupa wydała bowiem album kompilacyjny 1991, zapowiadający wznowienie działalności. Artyści niewymienieni wcześniej, a zasługujący na wyróżnienie, to m.in. Leszek Biolik, który współpracował z Grzegorzem Ciechowskim także przy następnych projektach, zastępując przy tym Pawła Kuczyńskiego w roli nowego basisty Republiki.

Najbardziej znanym, ujmujący utworem na płycie jest zamykające Tobie wybaczam. Na naszej antenie możecie usłyszeć również Piosenkę dla Weroniki, Witajcie w zoo oraz piosenkę tytułową. Każda z tych kompozycji gwarantuje przejmujące doznania, nawet w oderwaniu od obrazu, czy reszty ścieżki dźwiękowej.

Proces reaktywacji Republiki toczył się w zasadzie równolegle z tworzeniem tego albumu, a już rok później ukazała się Siódma Pieczęć, czyli pierwsza od powrotu właściwa płyta grupy, tym samym przypieczętowując koniec Grzegorza Ciechowskiego jako Obywatela G.C.

Nasza selekcja:

Autor: Sebastian Kornecki

Big L

26 lat temu straciliśmy  Big L’a.

Był jednym z najważniejszych, choć niedocenionych na szeroką skalę twórców w historii hip-hopu. Jego umiejętności free stylu, writingu i talent do skomplikowanych rymów zapewniły mu dziedzictwo, które inspiruje kolejne pokolenia hiphop-headów.

 


 

Z Harlemu na scenę rapu

 

Big L, a dokładnie Lamont Coleman, urodził się 30 maja 1974 roku w Harlemie – miejscu stanowiącym kolebkę hip-hopowej kultury. Już jako młody chłopak wyróżniał się umiejętnościami rymowania i rzucania punchlinów. Jego freestylowe występy na lokalnych imprezach oraz w radiu zapewniły mu reputację rapera, którego wersy trudno przewidzieć, a jeszcze trudniej ignorować.

Jego muzyczna podróż rozpoczęła się, gdy został zabrany na koncert RUN DMC. To tam narodziła się jego miłość do rapu. Po latach free-stylowania postanowił spisywać rymy, a niedługo po tym założył grupę Three the Hard Way. Niestety trio nie wydało żadnego projektu i ostatecznie zakończyli działalność. Punktem zwrotnym w karierze Big L było dołączenie do grupy Diggin’ in The Crates Crew w 1991 roku. To tam poznał m.in. Lord’a Finesse’a, O.C’a oraz Fat Joego. Nowi koledzy z D.I.T.C wsparli młodego rapera i wyprodukowali jego pierwszy album. 2 lata później Big L postanowił wysłać kasetę z 4 utworami do Columbia Records, dzięki czemu w 1993 został włączony do rodziny wytwórni.

Tak wszedł na hiphopową ścieżkę — brutalną, intensywną i krótką…


Lifestylez ov da Poor & Dangerous

1995

Columbia Records

W 1995 roku Big L wydał swój debiutancki album Lifestylez ov da Poor & Dangerous. Choć nie zdobył on ogromnej popularności, w środowisku hip-hopowym zyskał miano kultowego. Do sierpnia 2000 roku album sprzedał się w liczbie 200 000 kopii. Utwory takie jak Put It On, M.V.P. czy Da Graveyard stanowią dowód niesamowitej techniki rymowania i pewności siebie, z którą L poruszał się po bitach. Na stałe zapisały się na kartach historii nie tylko nowojorskiego rapu, ale całego hiphopu.


Kariera przerwana zbyt szybko

Big L został zastrzelony w Harlemie w wieku 24 lat. Jego śmierć była ogromną stratą dla hip-hopowej społeczności. Pomimo niewielkiej dyskografii utalentowany raper pozostawił po sobie dziedzictwo wciąż chętnie wspominane przez fanów.


The Big Picture

2000

Rawkus Records

The Big Picture to drugi studyjny album L’a. Za jego produkcję odpowiadali m.in. DJ Premier i Pete rock. Pokazuje nam to, że raper z Harlemu w pełni ugruntował swoją pozycję na zachodniej scenie muzycznej. Album był nagrywany w latach 1997 – 1998, w okrytym sławą D&D studio, położonym w sercu Nowego Jorku. Początkowo jego premiera miała odbyć się w 1999 roku, ale z powodu śmierci rapera została przesunięta na 2000 rok. Album zebrał mieszane opinie. Magazyn Rollin Stones wystawił mu notę 3.5 na 5 możliwych gwiazdek. Mimo tego krążek był najlepiej sprzedającym się wydawnictwem Big L’a, a zdaniem wielu słuchaczy stanowi jeden z najmniej docenionych projektów w historii gatunku. Płyta tworzy most pomiędzy epokami – kończy erę surowych ulicznych tekstów i rozpoczyna okres popowych brzmień lat 2000.


Pośmiertnie wydane projekty

Po wydaniu The Big Picture legenda rapera z Harlemu rosła w siłę. Dzięki kolegom z D.I.T.C oraz innym, szanującym go twórcom, muzyka Big L’a zyskiwała uzasadniony rozgłos.

W 2010 roku pojawił się pierwszy pośmiertny album Lamont’a, 139 & Lenox. Zawiera niepublikowane wcześniej utwory rapera. Pomysłodawcą projektu był Rich King z label’u Flamboyant Entertainment, menadżer Big L’a. W tym samym roku otrzymaliśmy także album Return of the Devil’s Son. Inicjatorem i osobą odpowiedzialną za zebranie materiałów był brat rapera, Donald Phinazee. Poza niewykorzystanymi w poprzednich projektach utworami, na płyta zawiera kilka remixów oraz free stylów. Rok później ukazał się trzeci pośmiertny album artysty, The Danger Zone. Za produkcję znów odpowiedzialny był Phinazee, a na trackliście zawitali tacy raperzy jak duet Gang Starr, Lord Finesse oraz O.C. Godzinny materiał spotkał się z pozytywnym odbiorem zarówno fanów jak i krytyków.

W międzyczasie dłuższe wydania były przeplatane pojedynczymi singlami czy remixami. Aż do roku 2025, kiedy do sprzedaży trafił album zatytułowany Harlem’s Finest: Return of the King. Krążek jest częścią serii Legend Has It…, łącznie 7 albumów autorstwa raperów związanych z Mass Appeal Records, m.in. De La Soul i Slick Ricka. Harlem’s Finest zebrał mieszne opinie, a jednym z powodów był fakt użycia już znanych nagrań Big L’a oraz uwzględnienie Maca Millera. Projekt stanowił więc dowód na kończące się zasoby archiwalnych nagrań oraz rozgrzał dyskusję o monetyzacji muzyki zmarłych artystów.

Wiktor Wichliński

Trans Am

zdjęcie zespołu Trans Am

Ich muzyka to mariaż gitarowej tradycji z elektronicznymi i nowofalowymi fascynacjami. Nigdy nie osiągnęli szerokiej rozpoznawalności, jednak krytycy i inni artyści doceniali ich innowacyjność i odwagę w łączeniu pozornie odległych stylów. Właśnie minęło trzydzieści lat od premiery ich debiutanckiego albumu – z tej okazji Trans Am zostają Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

W zależności od kontekstu pojęcie „szkoła chicagowska” może oznaczać wpływowe nurty w ekonomii, socjologii, czy architekturze; jeśli jednak usłyszymy je w rozmowie o muzyce, to prawdopodobnie będzie ono odnosić się do aktywnej w latach 90. lokalnej sceny z Wietrznego Miasta, która tworzyła pierwszą falę post-rocka. Jedną z jej centralnych postaci był John McEntire, perkusista grupy Tortoise, który pewnego razu natknął się na demo zespołu Trans Am.

Trio spod Waszyngtonu mogło być mu odległe geograficznie, ale bardzo bliskie artystycznie: Trans Am grali instrumentalną muzykę opartą z grubsza na rocku, ale dodawali do niej dźwięki syntezatorów oraz rozwiązania kompozycyjne zaczerpnięte od takich zespołów, jak Can, New Order czy Yes. McEntire od razu zaproponował im wyprodukowanie debiutanckiego albumu, wydanie go w zaprzyjaźnionej wytwórni Thrill Jockey oraz wspólną trasę koncertową z Tortoise. Trans Am nie zawiedli tego zaufania i szybko okazali się jednym z najciekawszych zespołów, które pojawiły się w ostatniej dekadzie XX wieku na amerykańskiej scenie alternatywnej.


Trans Am

1996

Thrill Jockey

Album Trans Am szybko został okrzyknięty sztandarowym przykładem post-rocka, jednak z perspektywy czasu widać, że styl zespołu dopiero zaczynał się na nim kształtować. Uwagę przykuwają przede wszystkim Ballbados czy Orlando, utwory bardziej powtarzające sprawdzone math-rockowe schematy od Slint i Don Caballero, niż poszukujące nowych rozwiązań. Warto jednak docenić też ostatni numer na płycie, American Kooter – prawie dziewięciominutową suitę z początku opierającą się o syntezatory rodem z soundtracków do starych filmów sci-fi, które z czasem ustępują miejsca podniosłym dźwiękom przesterowanej gitary. Pomimo niedoskonałości, Trans Am to pół godziny porządnego i ciekawego grania, które napędziło karierę zespołu i dało mu komfortowe możliwości do rozwoju własnego brzmienia.


Futureworld

1999

Thrill Jockey

Elektronika była obecna w muzyce Trans Am od samego początku, jednak dopiero na Futureworld, swojej czwartej płycie, zespół uczynił z syntetycznych dźwięków fundament swojej muzyki. Wśród swoich inspiracji członkowie grupy wymieniali Aphex Twina, Autechre, czy Kraftwerk — szczególnie wpływy tego ostatniego zespołu zaczęły być mocno słyszalne na rzeczonym albumie.

Trans Am po raz pierwszy wykorzystali wokale w swojej muzyce, przepuścili je jednak przez wokoder, co pomogło uzyskać retrofuturystyczny klimat wydawnictwa. Robotycznie śpiewane lub deklamowane teksty stały się od tej pory jedną z cech charakterystycznych twórczości zespołu. Nowością było też pojawienie się w kilku utworach automatu perkusyjnego. Taki ruch mógł zaskakiwać u formacji, która mocno polegała na gęstej i żywiołowej pracy perkusji Sebastiana Thomsona, ale każde ryzyko, które podjęto przy produkcji Futureworld, opłaciło się.


TA

2002

Thrill Jockey

Jaka jest najbardziej buntownicza i odważna rzecz, którą może zrobić zespół kojarzony z muzyką alternatywną? Nagranie płyty popowej, przystępnej, inspirowanej przebojami z lat 80. Tym właśnie było TA, najciekawszy i najbardziej polaryzujący album w dyskografii Trans Am. Dwa lata po eksperymentalnym Red Line zespół wydał krążek wypełniony lekkimi piosenkami czerpiącymi z synth-popu, electro, disco i post-punku. Taka wolta stylistyczna została dość negatywnie przyjęta przez krytyków, którzy odebrali nowy styl zespołu jako przesadzony i ironiczny. Intencje muzyków były jednak zupełnie inne, co po latach tłumaczył perkusista Sebastian Thomson w rozmowie z portalem The Skinny:

To była reakcja na post-rock. Ten cały post-rock był bardzo drętwy – bardzo mało zdjęć muzyków, wszystko bardzo poważne, przeintelektualizowane… a my się temu przeciwstawialiśmy. Myśleliśmy: dlaczego nie można tworzyć interesującej, innowacyjnej muzyki i wciąż się przy tym trochę pobawić? (…) Myślę jednak, że ludzie źle to interpretują – w naszej muzyce nic nie jest dla żartu.

Trans Am naprawdę uwielbiali nową falę oraz taneczną elektronikę. Byli świadomi tego, że nie wszyscy to zrozumieją, ale oni po prostu cieszyli się, że w końcu robią taką muzykę, jaka płynie im we krwi.

Jan Rostek

David Bowie

David Bowie w sesji wykonanej przez Masayoshi Sukita

10 stycznia 2026 mija 10 lat odkąd świat obiegła wstrząsająca informacja o śmierci Davida Bowiego. Jego płodna kariera trwała przez ponad 50 lat i pokazywała, że jej jedyną stałą jest nieustająca zmiana. W tym tygodniu David Bowie powróci do nas jako artysta tygodnia Akademickiego Radia LUZ. 


 

Nabieranie rozpędu

Odkąd NASA rozsławiła utwór Space Oddity, używając go w materiałach z lądowania Apollo 11, kariera Davida Bowiego nabrała niesamowitego tempa. Do 1980 roku, w ciągu zaledwie 11 lat, wydał 13 albumów studyjnych — połowę z całego dorobku! Nie wspominając, że pisał w tym czasie utwory również dla innych muzyków, między innymi dla Lou Reeda czy Iggiego Popa. Dekadę skończył z przytupem, wydając Scary Monsters (And Super Creeps). Na albumie pojawia się utwór Ashes to Ashes, kontynuacja Space Oddity, w której Bowie opowiada dalszą historię swojej protopersony — Majora Toma.

 

Jedyną stałą nieustająca zmiana

Bowie doszedł do wniosku, że aby czuć się komfortowo na scenie, musi wykreować personę, która ochroni go przed dociekliwym światem.  Pierwszą postacią, dla której stworzył kompletną historię, był androgeniczny Ziggy Stardust — kosmita i gwiazda rocka w jednym. Ziggy przybył na Ziemię, by w obliczu nadchodzącej apokalipsy przynieść ludzkości nadzieję. Bowie powiedział, że tworząc to wcielenie, zależało mu tylko na jednym: na zdefiniowaniu archetypu rockowego mesjasza. The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars to koncepcyjna perełka, w której muzyka wiernie podąża za historią.

W 1972 roku, w trakcie trasy koncertowej Ziggy Stardust, Bowie pracował już nad materiałami do kolejnej płyty. Oprócz muzyki stworzył też nowe wcielenie —  tytułowego Alladina Sane’a (gra słowna „A Lad Insane”). Największą muzyczną zmianą było zaangażowanie pianisty jazzowego Mike’a Garsona. To on nadał płycie szalony charakter. Tytułowy utwór to wycieczka na tereny awangardowego jazzu, w trakcie której można usłyszeć obłędne solo fortepianowe. Utwory składające się na krążek zostały zainspirowane obserwacjami Bowiego na temat Stanów Zjednoczonych. Były jego brytyjskim spojrzeniem na Nowy Świat. Alladin Sane to Ziggy, który przybył  do Waszyngtonu. Niecały rok później, w trakcie nagrywania albumu Diamond Dogs, Bowie pojawił się w jeszcze innym wcieleniu — jako stylowy, wyluzowany Halloween Jack.  Tym razem inspiracją dla Davida do stworzenia tej persony była powieść George’a Orwella 1984.

 

Pod koniec 1974, Bowie zaczął eksplorować alter ego Thin White Duke’a, postać rozwiniętą w albumie Station to Station. Było to zdecydowanie jego najbardziej kontrowersyjne wcielenie. W trakcie wywiadów z tego okresu padły kontrowersyjne, profaszystowskie komentarze. Bowie tłumaczył swoje zachowanie personą Thin White Duke’a. Muzycznie Station to Station było ciekawą fuzją. Album składał się jedynie z 6 utworów, ale za to jak dopracowanych! Bowie rozwinął na nim funk i soul, który można było usłyszeć w Young Americans, łącząc to z zupełnie nowym kierunkiem — krautrockiem.  Niedługo później artysta zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i wrócić do Europy, by podratować swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Koniec lat 70. David spędził w Berlinie, tworząc swoją słynną trylogię.

Najprawdopodobniej najważniejszą inspiracją dla wczesnych person Bowiego był Lindsay Kemp — wybitny tancerz i mim, którego artysta poznał pod koniec lat 60. Kemp zaszczepił w Bowiem fascynację androgynicznością. Pokazał mu, że płeć na scenie może być płynna, a maska i kostium nie służą do ukrycia się, ale do wydobycia głębszej prawdy. To pod wpływem Kempa Bowie zaczął malować twarz na biało i eksperymentować z teatralnym makijażem. Kiedy Bowie tworzył trasę koncertową Ziggy Stardust, poprosił Kempa o pomoc w przygotowaniu choreografii. To dzięki Lindsayowi koncerty Bowiego przestały być zwykłymi występami rockowymi, a stały się spektaklami wizualnymi przypominającymi japoński teatr Kabuki. Kemp pomógł mu stworzyć postać, która była jednocześnie „bogiem rocka” i eteryczną istotą z innego świata.

Ikona popkultury

Po eksperymentalnej „Trylogii Berlińskiej” z końca lat 70., Bowie wszedł w nową dekadę z zamiarem zdobycia masowej popularności. W tym okresie David mniej korzystał z tworzenia person. Tym razem postawił na eleganckie garnitury w pastelowych kolorach, tlenione blond włosy i przede wszystkim koniec z mrokiem. Pracę nad nowymi utworami zaczął u boku nowego producenta Neila Rodgersa. Let’s Dance, Modern Love i China Girl zdominowały radio i rodzącą się stację MTV. W tym czasie powstała również współpraca z QueenUnder Pressure, dziś najczęściej streamowany utwór Bowiego.

Lata 80. to również intensywny rozwój kariery filmowej Bowiego. Artysta udowodnił niedowiarkom, że jest aktorem z prawdziwego zdarzenia. W Labiryncie stworzył kreację Jaretha, Króla Goblinów – mroczną, uwodzicielską i niesamowicie stylową.  Z kolei w Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence pokazał zupełnie inne oblicze — surowe i dramatyczne. Pod koniec życia Bowie stał się mistrzem drugiego planu, wybierając role krótkie, ale ikoniczne. Kto inny mógłby z taką klasą zagrać Andy’ego Warhola w filmie Basquiat, objawić się jako surrealistyczny agent w Twin Peaks u Davida Lyncha, czy wreszcie wcielić się w postać samego Nikoli Tesli w Prestiżu?

Pożegnanie

W trakcie trasy promującej album Reality, Bowie doznał zawału serca. Po tym wydarzeniu już nigdy nie wrócił do koncertowania. Wycofał się z życia publicznego i skupił się na nagrywaniu albumów studyjnych. Na dwa dni przed śmiercią, w dniu jego 69 urodzin, świat ujrzał Blackstar. David tworzył ten album, walcząc z chorobą nowotworową, o której wiedzieli nieliczni, jedynie rodzina i najbliżsi. Nawet muzycy nagrywający z nim płytę nie mieli pojęcia, w jak poważnym stanie znajduje się artysta. Bowie, wiedząc o terminalnej chorobie, zamienił własną śmierć w ostateczny, mroczny performance. Blackstar był jego artystycznym pożegnaniem, w którym nie było żadnych radiowych kompromisów. David zaczynał swoją przygodę z muzyką jako nastoletni saksofonista i to saksofon powraca na pierwszy plan w jego ostatnim albumie.

 

Wiktoria Żurek