Archiwum

Saint Etienne

Saint Etienne, czyli indie dance w pigułce

Już od niemal trzydziestu pięciu lat angielski zespół Saint Etienne zachwyca swoimi eksperymentami z dźwiękiem. Odważne połączenia to ich specjalność i to właśnie one tak słuchaczy przyciągają. Będziemy się mogli o tym przekonać – z okazji zbliżającej się dwudziestej drugiej rocznicy wydania albumu Tiger Bay wyróżniamy ich tytułem Artysty Tygodnia w Radiu Luz.


Foxbase Alpha

1991

Heavenly Recordings

To jest jeden z tych debiutów, który zaskakuje swoją pełnością. W kompozycjach nie słychać zagubienia, tylko śmiałość. Pete Wiggs wraz z Bobem Stanleyem dążą do celu, który dopiero tworzą – kreują swoje miejsce w muzyce. Kolosalne znaczenie w zdefiniowaniu swojego brzmienia będzie miało znalezienie wokalistki. Delikatny głos Sary Cracknell stanie się wizytówką grupy.

Płytę otwiera fragment francuskiego programu sportowego – intro zapowiadające eklektyzm, z jakim przyjdzie nam obcować przez resztę kariery zespołu. Po intrze cover piosenki Neila YoungaOnly Love Can Break Your Heart. Utwór zostaje przyspieszony, a melancholijny duet pianina i gitary zostaje zamieniony na mocniejszy bas i elektroniczny beat. Jest to absolutny strzał w dziesiątkę –  idealny przykład dojrzałego podejścia do muzyki, jaki charakteryzuje członków Saint Etienne. Lecz album oferuje więcej – Nothing Can Stop Us Now i Spring to piosenki, które po trzydziestu pięciu latach nadal będą wizytówkami grupy.

Debiutancki materiał wciągnął słuchaczy i zainteresował nieznanym. Płyta Foxbase Alpha zrobiła więcej, niż ktokolwiek oczekiwał – zdefiniowała moment słowami, z których wcześniej nie korzystano.


Nasza selekcja:

 


Tiger Bay

1994

Heavenly Recordings

Trzeci album studyjny grupy Saint Etienne udowadnia, że jej członkowie są muzycznymi kameleonami. Zespół nie zwalnia na nim tempa – zachwyca słuchaczy połączeniem folkowych melodii z gatunkami takimi jak techno i dub. Dźwięki harfy, smyczków, czy też fletu przeplatają się z brzmieniami syntezatorów i automatów perkusyjnych. Wszystko to zostaje dopełnione delikatnym głosem Cracknell, który płynie przez płytę nieregularnie – czasem znika, by zostawić pole do popisu hipnotyzującym i elektryzującym kompozycjom.

Tym albumem Saint Etienne udowadniają, że są w stanie stworzyć melancholijną i wrażliwą historię, ale nadać jej klimatu transowego i klubowego. Tradycyjne brzmienia łączą się z nowoczesnymi, wrażliwość spleciona jest z elektrycznością. Niewiele na tej płycie dźwięków surowych – piosenki przepełnione są duszą i zaangażowaniem.

Folk ubrany w nowoczesną aranżację zachwycił. Tiger Bay jest płytą, która pokazuje, że jej twórcy nie tylko sprawnie obserwują rzeczywistości, ale też potrafią opowiedzieć o niej w emocjonalny sposób. Wielkimi krokami zbliża się dwudziesta druga rocznica wydania krążka. On jednak nie traci na wartości – dzieje się nawet coś odwrotnego. Materiał na nim zawarty nadal intryguje, nadal jest inspiracją dla eksperymentujących. 
Dowodem na imponujące pole rażenia tej płyty jest fakt, że w 2001 roku pewna łódzka grupa muzyczna szukając nazwy sięgnęła po tytuł piosenki właśnie z tego albumu. Mowa tu o zespole Cool Kids of Death, który mimo około rockowych orientacji nie bał się czerpać z alternatywnej muzyki dance’owej.


Nasza selekcja:

 


Good Humor

1998

Creation Records

Wydanie albumu Good Humor w 1998 roku było znakiem zmiany w twórczości grupy. Utwory działają na nim jak głęboki oddech. Stanowią nowy początek. Twórczość Saint Etienne wcześniej konsekwentnie czerpiąca z elektroniki i dance’u tym razem zanurzona została w morzu akustycznych brzmień. Płytę wyprodukował Tore Johannson, który pracował przy takich projektach jak The Cardigans, i to właśnie jego zaangażowanie mogło znacząco wpłynąć na kierunek obrany podczas tworzenia albumu.

Po latach intensywnego tworzenia muzyki skupionej na eksperymentach i hipnotyzowaniu grupa Saint Etienne pozwala sobie na zachłyśnięcie popową lekkością. W kadrze pojawiają się instrumenty dęte, gitara, perkusja. Pete Wiggs i Bob Stanley nadal stoją za syntezatorami, ale nie korzystają z nich już tak często, jak na poprzednich krążkach.

Efekty tej zmiany słychać. Utwory takie jak Lose That Girl, czy Goodnight Jack pełne są elementów indie-popowych, a czasem nawet czerpią z rocka. Największym hitem z płyty okazała się być jednak piosenka Wood Cabin, która do podsumowania wydawnictwa nada się idealnie. Czuć w niej charakterystyczne dla Saint Etienne połączenie rytmiczności ze słodko śpiewającym głosem Cracknell, ale nie zabrakło miejsca dla płynącego w tle pianina i regularnie odzywającego się basu.

Album Good Humor był dla zespołu odejściem od korzeni, a może też wyjściem ze strefy komfortu. Jednak popłynięcie w stronę szwedzkiego indie popu pozwoliło grupie na rozwój, a także po raz kolejny udowodniło, że muzycy z  Saint Etienne sami ustalają, gdzie znajdują się granice ich twórczości.


Nasza selekcja:

 

Maria Głowacka

Michał Urbaniak

Wizjoner, wiecznie młody i podekscytowany wszelkimi muzycznymi trendami. W jego utworach zawierała się polska tradycja ludowa, jazzowa ekspresja oraz współczesne trendy hip-hopowe.  Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w wieku 82 lat, odszedł Michał Urbaniak. By uczcić jego pamięć, w ramach pasma Artysta Tygodnia, przybliżamy jego wybrane dzieła oraz wpływ na kolejne pokolenia artystów.

Michał Urbaniak Constellation – In Concert

1973

Polskie Nagrania Muza

W 1971 roku kariera Michała Urbaniaka zyskała międzynarodowego rozgłosu za sprawą festiwalu jazzowego w szwajcarskim Montreux. Wraz ze swoim kwintetem zachwycił zgromadzoną tam publiczność oraz jury, zdobywając tytuł najlepszego solisty tej prestiżowej imprezy. Co warte podkreślenia, Urbaniak zaprezentował swój kunszt zarówno na skrzypcach, jak i saksofonie. W efekcie wymarzona przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych i podbój stolicy jazzu, Nowego Jorku, stanęły przed nim otworem.

Zanim rozpoczął się amerykański sen artysty, pożegnał się on na kilkanaście lat z Polską w wielkim stylu. Po kilkunastu miesiącach europejskich wojaży Urbaniak oraz Urszula Dudziak (wokal), Wojciech Karolak (organy), Adam Makowicz (klawisze) oraz Czesław Bartkowiak (perkusja) zawitali do Filharmonii Narodowej w Warszawie. Tam zarejestrowano występ, który następnie stał się 36 wydaniem polskiej serii płytowej Polish Jazz.

In Concert to album będący niejako koncertowym wydaniem pierwszej płyty Urbaniaka wydanej w amerykańskiej wytwórni Columbia – Fusion. Zamiast ułożonych, zaplanowanych kompozycji, tutaj muzyka przybiera często w zaskakujący i nieoczywisty kierunek. Szczególnie niezwykły jest otwierająca album, mistyczna kompozycje Bengal. To modelowy przykład jazz-fusion początku lat 70. wzbogacony o rzadko obecne w tym gatunku skrzypce lidera oraz niesamowite wokalizy Dudziak w drugiej części występu.


Atma

1974

Columbia

Mimo że Michał Urbaniak od początku swojej kariery był pod silnym wpływem klasycznego amerykańskiego jazzu, miał pociąg do nieustannych poszukiwań. Jednym z ciekawszych eksperymentów była synteza jazzu z polską tradycją ludową. Koronnym przykładem jest album Atma. Jego nazwa pochodzi od domu w Zakopanem, w którym w latach 30. mieszkał i tworzył Karol Szymanowski.

W wielu kompozycjach Urbaniaka słyszymy, jak subtelnie przeplatają się elementy jazzowej improwizacji z rytmiczną swobodą i frywolnością, zaczerpniętymi z polskiego folkloru. Ich połączenie nadało utworom unikalny charakter – powstało coś, co choć zakorzenione w zwyczajach, było na wskroś nowoczesne. Co więcej, perfekcyjnie wpasowało się w coraz popularniejszą na początku lat 70. tendencję do łączenia muzyki jazzowej z wpływami ludowymi. Do tej pory królowały inspiracje kulturą latynoską oraz hinduską, Dzięki albumowi Atma do muzyki improwizowanej zawitała też polska kultura.


Ecstasy

1978

Marlin

Urbaniak przez całe swoje życie podążał za trendami. Gdy w połowie lat 70. zetknął się z siłą nabierającego popularności funku, zapragnął stworzyć muzykę opartą na równie intensywnym groovie. Najpierw powołał do życia projekt Funk Factory, doceniony niestety dopiero po latach. Kilka lat później spróbował ponownie, celując w nieco bardziej radiowego odbiorcę.

Album Ecstasy pełen jest kandydatów na hitowy singiel. Otwierające płytę, obeezwładniająco chwytliwe Body Rub, bujające Free, czy romantyczne Want’s To Make You Feel Good w teorii wszystkie elementy do zawojowana list przebojów były na odpowiednim miejscu. Niestety, spodziewany sukces sprzedażowy nigdy nie nadszedł.

Jeden z utworów z tego LP, A Day In The Park, zawojował świat dopiero kilkadziesiąt lat po swojej premierze. Delikatność kompozycji oraz głosu Urszuli Dudziak zauroczyła producenckie ucha Madliba oraz Expo 2000. Ich dzieła stanowiły następnie podkład dla nawijek odpowiednio Tylera, The Creatora oraz Belmondawga w utworach WHAT A DAY i Fresh Air.


Jazz polega na rytmie

Młodzież i tu, i tam jest wspaniała. Nareszcie rytm wrócił do jazzu, szczególnie do jazzu europejskiego. Eksperymenty eksperymentami, ale jazz i hip-hop… hip-hop w ogóle uratował jazz. Prawdziwy jazz. Jazz polega na rytmie. Powstał w domach publicznych jako muzyka do tańca. Jestem pewien, że niedługo znowu będziemy tańczyć do jazzu

Te słowa padły z ust Michała Urbaniaka w 2018 roku. Pod koniec zaś ukazała się świąteczna serenada z udziałem Donguralesko. Przytoczony cytat został wcielony w życie przez jazzmana w wielu kolaboracjach z raperami. Fresh Air z Belmondziakiem to tylko jeden z przykładów. Z kolej w rozmowie z Markiem Niedźwiedzkim w 2017 roku Urbanator stwierdził:


Tyle lat byłem samplowany przez hip-hopowców i nie tylko, że na najnowszej płycie postanowiłem samplować samego siebie

Wielkość Michała Urbaniaka, mimo wspaniałych umiejętności, nie objawia się w jego technice, a w zrozumieniu relacji między dawnymi i współczesnymi brzmieniami.  Na fali popularności hip hopu w latach 90. nasz Artysta Tygodnia stał się liderem projektu Urbanator – dźwiękowej przestrzeni, w której sprawnie połączył nurt instrumentalnego hip-hopu z wirtuozerią wielu światowej klasy jazzmanów, takich jak Herbie Hancock czy Marcus Miller. Te albumy były zalążkiem dla rosnących dziś jak grzyby po deszczu polskich (i nie tylko) składów jazzowych, zafascynowanych hip-hopem.

Niesamowita otwartość na brzmienie, gatunki i wszelkie muzyczne novum to niepodważalny dowód na światowość i ponadczasowość postaci Urbaniaka. Wyjście w stronę młodszych artystów sprawiło, że z jego brzmienia korzystali choćby Royce Da 5’9, J. Cole, Dj Paul, Eminem, Eldo, GrammatikTyler, The Creator, Beastie Boys, Q-Tip, Busta Rhymes, Fatboy Slim, Leh, Projet Pat. Mógłbym tak wymieniać dalej, ale mam nadzieję, że pokazuje to w jaki sposób jego muzyka trafiała do młodych i jak dużym szacunkiem środowisko go darzyło.

Marcin Szusty, prowadzący cykl Historia MuzykiI, w sierpniu bieżącego roku zrealizował wywiad z Michałem Urbaniakiem. Poniższy, ostatni już, cytat pochodzi z jego wpisu wspominkowego z 21 grudnia: 

Po próbie, koło 16:00 wszedłem do pokoju, gdzie przebywał pan Michał z małżonką i menadżerką –  panią Dorotą. Przedstawiłem się i wpadając w nerwowy słowotok, zacząłem mówić czym się zajmuję: że prowadzę wykłady z soulu, funku, jazzu, rocka, techno, house’u…
I wtedy pan Michał mi przerwał, patrząc badawczym spojrzeniem:
–  A czy hip-hop jest?


W głowie filmy

W momencie premiery filmu Mój Rower, pomimo moich najszczerszych chęci, nie czaiłem jazzu, ale podskórnie czułem, że artyści tacy jak choćby Michał Urbaniak, są osobami wyjątkowymi i godnymi szacunku. Z hip-hopem sytuacja miała się zgoła odmiennie, jako aspirujący fan death metalu, raperów postrzegałem w najlepszym wypadku z pewnym rozbawieniem i pogardą. Zatem wydawać by się mogło, że mój nastoletni dogmatyzm skutecznie odetnie mnie od postaci Michała Urbaniaka. Tak jednak się nie stało. Film Piotra Trzaskalskiego od początku urzekł mnie zarówno dość prostą historią o trzech pokoleniach mężczyzn, jak i bardzo naturalną chemią między głównymi bohaterami. Tym większe było moje zdziwienie, że filmowe portfolio naszego Artysty Tygodnia jest stosunkowo ubogie w porównaniu do jego pozostałych aktywności artystycznych.

Mówiąc o filmografii jazzmana, mam na myśli raczej wywołujące każdorazowo uśmiech na ustach widza występy gościnne, aniżeli pierwsze skrzypce w danej produkcji. Najbardziej naturalnie wypadał rzecz jasna w rolach muzyków jak choćby w Pan T, Pożegnanie Jesieni czy nawet w Świecie według Kiepskich. Tym bardziej rola niespecjalnie muzykalnego nestora rodu Starnowskich w filmie Mój Rower zasługuje na uwagę; dla mnie jako widza, Michał Urbaniak wypadł tak naturalnie, jakby aktorem był od zawsze.

Żeby dopełnić ten brzmieniowo-filmowy krajobraz, podejmijmy trop muzyki filmowej. Tutaj również dzieje się bardzo dużo; dokumentalne produkcje o jazzie i Urszuli Dudziak nie zdziwią raczej nikogo, ale polsko-amerykańska kostiumowa koprodukcja Szuler z Jerzym Kryszakiem i debiutem filmowym Philipa Seymoura Hoffmana? To już większe zaskoczenie. Nie mogę też nie wspomnieć o jednym z moich ulubionych polskich filmów, czyli o Długu w reżyserii Krzysztofa Krauzego. Ta mroczna historia oparta na faktach spotęgowana została bardzo nastrojowymi kompozycjami Michała Urbaniaka, podbijającymi dramaturgię poszczególnych scen i rosnącą nerwowość bohaterów. Muzyka została od razu doceniona przez krytyków i nagrodzona na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Bo Michała Urbaniaka nie dało się nie lubić.

Materiały: Zuzanna Kopij, Michał Lach, Filip Juszczak, Maciej Tomasiewicz, Marcin Masło

Redakcja: Magda Szlachta

 

Rozzma

Między kairskim trapem a mistyczną kontemplacją. Rozzma pokazuje, że futuryzm rodzi się z dekonstrukcji egipskiej tradycji i powrotu do korzeni.

 

Rozzma to bez wątpienia jedna z najciekawszych postaci na mapie współczesnej sceny elektronicznej i rapowej Afryki Północnej. Jego twórczość od lat konsekwentnie przesuwa granice, redefiniując tożsamość dzisiejszego Egiptu. Artysta udowadnia, że jest głosem wyprzedzającym swoją epokę, nieustannie testując wytrzymałość gatunkowych ram.


Donya Fakka

2017

W 2017 roku Rozzma zadebiutował EP-ką Donya Fakka, sygnalizując, że nie jest kolejnym producentem powielającym bezpieczne klubowe formuły ani zachodnie standardy trapowe. To właśnie wtedy narodził się jego manifest maski Tutanchamona – symbolu dawnej wielkości, sprowadzonego w dzisiejszych czasach do roli taniej monety. Artysta traktuje ją jak odzyskany artefakt, za którym ukrywa twarz, ponieważ, jak sam twierdzi:


Bycie w ukryciu jest łatwiejsze! Nikt przecież nie pamięta nazwiska człowieka, który wymyślił Batmana.

Rozzma już wtedy postawił trafną diagnozę współczesności: uznał ją za powierzchowną, wypraną z autentyczności i pozbawioną duchowego kręgosłupa. Donya Fakka zapowiadała nadejście twórcy, którego nie da się łatwo zaszufladkować, ani w lokalnym Egipcie, ani na arenie globalnej alternatywy.


 

Khatar Sayeb

2020

Kolejnym ważnym rozdziałem w jego karierze była wydana w 2020 roku przez prestiżową brytyjską wytwórnię XL Recordings EP-ka Khatar Sayeb. Trzy lata po debiucie artysta powrócił, by ponownie eksperymentować z dźwiękiem i formą, zwracając się ku bardziej industrialnej i klubowej stylistyce. Zawarte na niej cztery utwory balansują na granicy tego, co taneczne, i tego, co pozostaje surową, bezkompromisową alternatywą. Materiał emanuje pewnością siebie i brzmi niczym rave na pustyni – hipnotyczny i bez żadnych znanych punktów odniesienia. To muzyka, która nie oferuje ukojenia, lecz prowadzi słuchacza prosto w sam środek kontrolowanego chaosu.


Khamsa Haqeeka

2025

W listopadzie 2025 roku Rozzma wydał swój najnowszy, debiutancki album Khamsa Haqeeka. Jest to 10-utworowy materiał, który otwiera bardziej osobisty rozdział w karierze artysty. Rozzma pozwala nam zajrzeć nieco głębiej, dając się poznać jako skupiony obserwator własnych wewnętrznych rozterek. Brzmieniowo jest to zdecydowanie najbardziej uporządkowane wydanie w dorobku artysty. To wciąż futurystyczny krajobraz, ale zamiast agresywnego autotune’a, Rozzma ściąga maskę i serwuje nam dźwiękowy realizm.

W utworze Asbab padają kluczowe pytania:

لو مشيت من هنا دلوقتي يفضلي إيه؟ نتكلم عليه؟ نتحاسب عليه؟

Gdybym teraz stąd odszedł, co po mnie zostanie? O czym będziemy rozmawiać? Z czego zostanę rozliczony?

Artysta pokazuje, że potrafi balansować między rave’ową energią a głęboką refleksją nad własnym dziedzictwem. „Swag”, którym emanował na poprzednich wydaniach, ustępuje miejsca konfrontacji z samym sobą i własnymi wartościami. Postawa ta znajduje swoją kontynuację w słowach:

دغري دغري دغري لا شمال ولا يمين ولا مابنثقش في أي حد ما بيتكلمش عن فلسطي

Prosto, prosto, prosto / Ani w lewo, ani w prawo / I nie ufamy nikomu, kto nie mówi o Palestynie.

W świecie tych, którzy pozostają w bezpiecznym milczeniu, Rozzma głośno manifestuje solidarność z Palestyną. Artysta deklaruje jasno, że w obliczu tragedii nie powinniśmy pozostawać neutralni.

Rozzma udowadnia, że współczesna muzyka elektroniczna z Egiptu może być nie tylko niezwykle innowacyjna, ale także głęboko zakorzeniona w lokalnych brzmieniach. Jego brzmienie to zarówno  klubowa energia, jak również głęboki  ukłon w stronę sfery wewnętrznej słuchacza.


Aleksandra Antoszczuk

The Murlocs

Minęło już piętnaście lat od powstania jednego z najbardziej ekscytujących zespołów na australijskiej scenie muzycznej. The Murlocs, bo o nich mowa, zachwycają nas swoją twórczością łączącą garage rock, blues oraz psychodelię. My z okazji jubileuszu życzymy zespołowi wszystkiego najlepszego, a Was – słuchaczy – zachęcamy do zapoznania się z ich dyskografią. The Murlocs zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Young Blindness

2016

Jedno z pierwszych wydań zespołu, które prawdopodobnie najtrafniej prezentuje charakterystyczny styl The Murlocs. Chwytliwe harmonijkowe riffy, połączenie bluesa z psychodelią oraz przesterowany, androgyniczny wokal. Jak sam tytuł wskazuje, tematyka tego albumu skupia się wokół młodości, a zwłaszcza na jej negatywnych stronach. Motyw ten będzie często przewijał się  na późniejszych krążkach zespołu, na przykład w Bittersweet Demons czy Rapscallion. Young Blindness zawiera jeden z najbardziej znanych singli The Murlocs – Rolling On. Jest to melancholijny utwór, w którym podmiot liryczny zabiera nas w „podróż do źródeł” swoich problemów, próbując je zrozumieć. Jednak niezależnie od skutków swojego przedsięwzięcia będzie on nadal kontynuował tę wyprawę, o czym mówi nam refren. Sentymentalny, a zarazem pokrzepiający charakter piosenki sprawia, że jest często wykonywana jako utwór zamykający występy zespołu na żywo.


Manic Candid Episode

2019

To pierwszy album nagrany w profesjonalnym studiu. Słuchając tego wydania, nietrudno o skojarzenia z psychodelią z lat sześćdziesiątych. Zapytany o szczegóły pracy nad tym projektem, Ambrose Kenny-Smith, lider zespołu, przyznał, że na charakterystyczny styl grupy składają się przede wszystkim dwa główne elementy: pisane przez niego teksty oraz melodie, których autorem zazwyczaj jest gitarzysta Callum Shortal. Dodał jednak, że tym razem starał się zaangażować wszystkich członków The Murlocs w tworzenie piosenek. Wiele utworów na Manic Candid Episode to niezwykle energiczne, wręcz taneczne kawałki – jak single What If czy Withstand. Kontrastuje z nimi spokojniejsza, bardziej pesymistyczna oraz introspektywna ballada Comfort Zone. Oprócz nastroju, piosenkę odróżnia również warstwa instrumentalna – dominująca partia klawiszy nadaje jej personalny, intymny charakter.


Bittersweet Demons

2021

Prawdopodobnie najbardziej osobistym albumem w dyskografii The Murlocs jest Bittersweet Demons. W kontraście z poprzednimi wydaniami jest mocniej zróżnicowany. Po pewnego rodzaju eksperymencie, jakim była Comfort Zone z poprzedniego albumu, zespół decyduje się na wydanie dwóch kolejnych ballad: Skewiff oraz No Self Control. Tytułowy utwór, Bittersweet Demons, również charakteryzuje się posępnym klimatem. Na spokojniejszy charakter tego krążka miały wpływ nie tylko prywatne doświadczenia Ambrose’a z tamtego czasu, ale też fakt, że podczas pracy nad albumem uczestniczył w trasie King Gizzard & The Lizard Wizard promującą Infest The Rats’ Nest – bardzo energiczną, trash-metalową płytę. Po tak intensywnym okresie koncertowania wokalista zdecydował, że w następnym albumie The Murlocs zamiast gitarowych brzmień będzie przeważał delikatniejszy fortepian. Jednak nawet na Bittersweet Demons znajdzie się coś dla fanów typowego garage rocka – otwierający płytę utwór Francesca to kolejny taneczny singiel, który zdecydowanie bardziej przypomina ich wcześniejszą twórczość.


Calm Ya Farm

2023

Można powiedzieć, że Calm Ya Farm, najnowszy album zespołu, jest również tym najdojrzalszym. Tutaj blues-rockowe korzenie The Murlocs grają główną rolę, odstawiając bardziej psychodeliczne elementy na dalszy plan. Być może właśnie dzięki temu większość utworów jest tak chwytliwa oraz pozytywna, przynajmniej jeśli chodzi o warstwę muzyczną. Wiele tekstów zostało zainspirowanych obserwacjami z codziennego, prozaicznego życia. Na szczególną uwagę zasługuje singiel Queen Pinky – jedna z niewielu prawdziwie miłosnych piosenek The Murlocs.

Agnieszka Cieślak

Oneohtrix Point Never

Oneothrix Point Never - fotografia artysty

Oneohtrix Point Never, czyli Daniel Lopatin, to postać, której nie da się zaszufladkować w jednym gatunku. Jego twórczość to nieustanny eksperyment rozpięty między surrealistycznym ambientem a glitchowym hałasem, napędzany unikalną filozofią »archeologa popkultury«. Lopatin przekopuje się przez odrzuty masowej produkcji – dźwięki z gier wideo czy kiczowatych reklam, by znaleźć w nich ludzką duszę oraz ukrytą za sterylną fasadą autentyczną emocję. Z okazji premiery albumu Tranquilizer, Oneohtrix Point Never zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Rifts

2009

Wczesne wydania – Betrayed in the Octagon, Zones Without People i Russian Mind zebrane w 2009 roku w kompilację Rifts wykazały, że ambient w wydaniu Daniela Lopatina to nie tło do relaksu, ale nośnik niepokojącej narracji sci-fi. Artysta dokonał tu redefinicji estetyki syntezatorowej – w brzmienia kojarzone z muzyką New Age wstrzyknął napięcie, tym samym pozbawiając je typowej dla gatunku słodyczy. Lopatin nie ukrywał, że inspiruje go kino i marzy o tworzeniu prawdziwych ścieżek dźwiękowych do filmów.


Replica

2011

Ewolucja brzmienia Lopatina przybrała nieoczekiwanego obrotu na albumie Replica. Wszystko zaczęło się od fascynacji samplowaniem i przypadkowym rozpoczęciem fenomenu określanego mianem „Vaporwave” w ramach pobocznego projektu Chuck Person’s Eccojams z 2010 roku, polegającego na spowolnianiu oraz zapętlaniu hitów z lat 80. Było to główną inspiracją dla Repliki, na której Lopatin połączył swoją ambientową wrażliwość z obsesyjnym grzebaniem w archiwum reklam telewizyjnych z okresu ostatnich dwóch dekad minionego wieku. Dla przykładu, w utworze Sleep Dealer zamiast tradycyjnych instrumentów słyszymy pociętą reklamę gumy Wrigley’s.


Film i Mainstream

Good Time / Uncut Gems

Unikalna umiejętność budowania gęstej narracyjnej atmosfery otworzyła Lopatinowi drzwi do wymarzonego świata filmu. Jego współpraca z braćmi Safdie nad świetnymi Good Time (2017) oraz Uncut Gems (2019) to dowód na to jak doskonale jego „niepokojąca” estetyka sprawdza się w podkreślaniu emocji, a także budowaniu napięcia na ekranie. Sukces w kinie niezależnym stał się przepustką do mainstreamu, owocując współpracą z takimi gigantami jak The WeekndLopatin pełnił m.in. funkcję dyrektora muzycznego podczas przygotowań do występu gwiazdy popu podczas Super Bowl.


Tranquilizer

2025

Najnowszy album Oneohtrix Point Never łączy artefakty przeszłości, reprezentowane przez dźwięki „uratowane” z tanich, komercyjnych kompilacji sampli z lat 90., dalej łączonych z surrealistyczną atmosferą syntezatorowej wirtuozerii. Tytuł płyty jest wyjątkowo przewrotny. Inspiracją były bowiem kasetony sufitowe z gabinetu dentystycznego – udają błękitne niebo, by uspokoić pacjenta podczas zabiegu. Muzyka na krążku działa identycznie. Dźwięki balansują między żałobnym ambientem a dudniącymi sygnałami z niezrealizowanej utopii. Z jednej strony mają uspokajać. Z drugiej wywołują podskórny niepokój. To ścieżka dźwiękowa dla współczesnego, przesyconego bodźcami świata.

 

Autor: Marcin Olszyna

Lou Reed

Człowiek, który potrafił jedną stopą stać w punku i glamie, drugą w rocku i popie, a jednocześnie odkrywać mroczne zaułki metalu. Ikona, inspiracja, żywa legenda nowojorskiej bohemy – Lou Reed. To właśnie on zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ. Z tej okazji skupiamy się na jednym z jego najbardziej niezwykłych projektów: koncertowym wydaniu albumu Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse. Końcem tego roku mija 17 lat od premiery oraz 19 od czasu jego nagrania.

 


Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse to jeden z najbardziej niezwykłych powrotów w historii rocka. Lou Reed nigdy nie tworzył pod rynek i nigdy tego nie zamierzał. Jego muzyka jest zapisem świata widzianego bez filtrów. Piosenki są kronikami, nie opowieściami. Dlatego też Berlin, po premierze w 1973 roku, był dla wielu słuchaczy zbyt bolesny, zbyt mroczny i zbyt prawdziwy.

Dopiero po latach zaczęto rozumieć znaczenie tego albumu. W 2006 roku Reed wrócił do niego na żywo, w St. Ann’s Warehouse. To nie był zwykły koncert. Bardziej przypominał odwiedziny miejsca zbrodni niż sentymentalną wycieczkę. Reed wykonywał materiał, który przeżył razem z bohaterami. Grał historię, którą napisał niczym dokumentalista podziemnego życia Nowego Jorku.



Zespół, który zmienił historię muzyki, zanim świat to zauważył

Aby zrozumieć wagę albumu Berlin, trzeba cofnąć się do czasów w których Lou Reed współtworzył The Velvet Underground. W połowie lat 60. byli absolutnym przeciwieństwem wszystkiego, co kojarzyło się z „kolorową” Ameryką epoki pop-artu czy hipisowskiej kontrkultury. Grali muzykę brudną, surową i brutalnie prawdziwą. To były dźwięki ludzi żyjących w cieniu wielkiego miasta.

Paradoks polegał na tym, że The Velvet Underground był projektem Andy’ego Warhola, człowieka którego można uznać za definicję popularności. Mimo, iż do składu należała Nico – modelka, piosenkarka, ikona stylu – pierwotnie grupa nie odniosła wielkiego sukcesu. Ich muzyka była zbyt prawdziwa, by stać się przebojem. Dopiero kilka dekad później okazało się, że ich wpływ na alternatywny rock, punk, a także noise i indie był fundamentalny.

Na temat debiutanckiej płyty The Velvet Underground & Nico Brian Eno powiedział:

Pierwszy album Velvet Underground sprzedał się tylko w liczbie 10000 wydań, ale każdy kto go kupił założył zespół.

Myślę, że nic lepiej nie podsumowuje olbrzymiego wpływu na świat muzyki, jaki mieli The Velvet Underground, w tym Lou Reed.

 



Muzyka jako dokument

Lou Reed w tamtych latach pisał teksty, które brzmiały jak reporterskie zapiski w stylistyce beatnikowskiej, jednocześnie budząc zachwyt i odrazę. Jego umiejętności tekściarskie wywołują skrajne, głębokie emocje.

W Heroin śpiewał:

I don’t know just where I’m going
But I’m gonna try for the kingdom, if I can
’Cause it makes me feel like I’m a man
When I put a spike into my vein
And I’ll tell ya, things aren’t quite the same
When I’m rushing on my run
And I feel just like Jesus’ son
And I guess that I just don’t know
And I guess that I just don’t know

 

W Caroline Says II jego słowa brzmią tak, jakby sam nie był pewien granicy między współczuciem a brutalnym dystansem. Śpiewając przejmuje rolę obserwatora dramatu, którego doświadcza tytułowa Caroline i mimo wielkiego ciężaru treści wypowiada ją chłodno, jakby bez emocji.

Caroline says
as she gets up off the floor
Why is it that you beat me
it isn’t any fun

Po wydaniu album Berlin dla opinii publicznej i krytyków był po prostu „zbyt” – zbyt smutny, zbyt prawdziwy, zbyt niewygodny. Dlatego choć dziś wiadomo, że to jedna z najważniejszych rockowych opowieści tamtych czasów, wtedy niezrozumiany trafił na półkę, na której obrósł kurzem.



Powrót po trzydziestu trzech latach

Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse z 2006 roku to późna rehabilitacja albumu, który wtedy nie odniósł sukcesu. Reed wykonuje materiał z pełnym zespołem, orkiestrą i chórem. Brzmi dojrzalej, niż mógł zabrzmieć w 1973 roku – mniej gniewnie, a bardziej świadomie. Jego wokal ma w sobie chropowatość i zmęczenie, które dodają całości głębi.

To wykonanie nie stara się ulepszać materiału. Nie wygładza go. Raczej podkreśla ciężar i dramatyzm opowieści a jednocześnie ubiera go w wyjątkowo piękne szaty muzyki, która czasami zdaje się nie pasować do tekstów utworów.



Znaczenie albumu dziś

Dopiero z perspektywy czasu widać, jak duże znaczenie miał Berlin. To płyta, która nie oferuje ukojenia, nie daje przebojów, a zmusza do słuchania historii, które najchętniej omija się w muzyce. Dlatego jej koncertowa wersja jest tak wyjątkowa – pozwala zobaczyć, że Reed nie tylko ją stworzył, ale też przeżył.

Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse to hołd dla artysty, który opisywał świat bez upiększania, a także dowód na to, że autentyczność czasem potrzebuje czasu, by zostać doceniona.

Piotr Sekuła

ROSALÍA

Nic co boskie nie jest jej obce

W świecie muzyki popularnej 2025 roku, której blisko do wtórności i kanciastości tworów sztucznej inteligencji, Rosalía Vila Tobella stworzyła album (jak sama mówi) w pełni ludzki. Bez sztucznie wygenerowanych dźwięków i linii melodycznych naszpikowanych gładką i lekkostrawną nieprzypadkowością. Już nie pierwszy raz na antenie Radia LUZ jest naszą Artystką Tygodnia.

Rosalía, znana ze swojej śmiałości w przekraczaniu i zacieraniu granic gatunkowych, po takich wydawnictwach jak El Mal Querer i Motomami, wydała 7 listopada kolejny album zatytułowany LUX. Jej najnowsze dzieło jest bezpośrednim ukłonem w stronę klasycznego wykształcenia artystki (śpiew flamenco zaczerpnięty z kultury andaluzyjsko-muzułmańskiej), a zarazem manifestem głodu tego, co wyłącznie ludzkie i nieidealne — dramatyczne, pompatyczne, a co najistotniejsze emocjonalnie nieoszlifowane. Rosalía tworzy własną wizję przy akompaniamencie London Symphony Orchestra i z użyciem elektronicznych akcentów. Jest to muzyka, która wymaga od słuchacza niemal tyle samo, ile wymagała od niej w trakcie procesu tworzenia. Album inspirowany jest żywotami świętych kobiet i mistyką z różnych zakątków świata. Powstał w trzynastu językach (według części źródeł nawet czternastu), co tylko podkreśla jego monumentalny, ponadkulturowy charakter. Ogrom tych inspiracji nie oznacza zaniechania wymiaru indywidualnego, ale jest to linia ruchoma, która nigdy do końca się nie ujawnia.

Sexo, Violencia y Llantas

Track 1

Primero amaré el mundo/ Y luego amaré a Dios. Intro fortepianowe z utworu otwierającego LUX brzmi jak szkic pozostawiony w szufladzie, a jednak to właśnie w tych drobnych niedoskonałościach, w mikrodrżeniach strun głosowych, Rosalía znajduje prawdę — im więcej szczelin, tym więcej światła. Sama powołuje się na Cohena i jego słynne „there is a crack in everything”, jakby te pęknięcia były dla niej drogowskazem: miejscem, gdzie zaczyna się sens.

Reliquia

Track 2

W Reliquia Rosalía śpiewa o tym, co czyni ją sobą i jednocześnie rozprasza w świat. Fragmenty jej życia pozostają w każdym miejscu, w którym była: Paryż, Mediolan, LA, Barcelona. Język, czas, oddech, uśmiech, ślady obecności stają się relikwiami, które nosi ze sobą i pozostawia w różnych miejscach. Utwór inspirowany jest świętą Rozą z Limy, a przez metaforę relikwii bada pojęcia poświęcenia i pamięci. Klasyczne smyczki w utworze są energiczne i lekkie, a syntezatory przekształcają się w pulsujący bas, dzięki któremu mamy wrażenie niekończącej się projekcji wspomnień.


Mio Cristo Piange Diamanti

Track 5

Imperfetti agenti del caos („niedoskonali agenci chaosu”) — śpiewa artystka o sobie i o tej drugiej stronie, która razem z nią splata losy, równocześnie rozsypując i budując na nowo. Ten motyw wzajemnej dezintegracji i odrodzenia staje się symboliczną podróżą przez współzależność i miłość. W jednym z wywiadów Rosalía wspomniała, że ten utwór kojarzy się jej z babcią, wielką fanką Pavarottiego. I rzeczywiście nie brak tu dramatyzmu wielkiego śpiewaka.

La Yugular

Track 11

Inspirując się mistyczną postacią Rābiʿi al‑ʿAdawiyya, Rosalía wplata arabskie frazy i tradycje muzyczne, tak że różne kultury i światy przenikają się w obrębie jednej opowieści. Każdy człowiek istnieje w ramach najmniejszych cząsteczek, a wszechświat istnieje w ramach funkcjonowania niewidocznych procesów, które przenikają się nawzajem, tylko na pozór istniejąc osobno. Poetyckie pytania o wagę duszy z głosem Patti Smith w tle nadają utworowi rytm, w którym świat stapia się w cudowną i wytłumaczalną jedność.

Magnolias

Track 15

Horacjański przekaz utworu, zdający się wołać Non omnis moriar — Nie wszystek umrę, mówi o śmierci jako o ważnej części życia. Magnolie są kwiatami wieczności — samowystarczalne, rosły już w czasach prehistorycznych w takiej samej formie, w jakiej istnieją obecnie. To sprawia, że ich symbolika w utworze jest pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Śmierć i strata traktują nas tak samo bez względu na to, kim jesteśmy, Rosalía przedstawia swoją osobistą wizję pogrzebu. Nie jest ona typowa, bo raczej szczęśliwa i niezwykła — pełna wina, śmiechu, cygar i czekolady.

Y lo que no hice en vida, lo hacéis en mi muerte.

Zamykając album, Magnolias nie kończy, lecz otwiera przestrzeń, a mantrowy rytm i obecne w tle dzwony stają się mostem między tym, co widzialne, a tym co transcendentalne.

Aby w pełni przeżyć LUX wbrew pozorom niepotrzebne są konteksty lub znajomość języków, choć ten album jest nimi naszpikowany. Czysta i niezdławiona emocja zostaje zakomunikowana w niezaprzeczalnie ludzki i uniwersalny sposób, nie rywalizując ze sferą artystycznego przesłania. 

Album LUX to wgląd w sztukę absolutną. Taką, której głównym celem jest dotarcie do najczulszych punktów. Przenika, prześwietla, kontrastuje i zmienia. Przypomina próbę odwzorowania nieuchwytnego momentu wewnętrznego przebudzenia i zmiany tonacji, bo z każdym przesłuchaniem stajemy się kimś nieco innym. 

Julia Prus

Headache

Headache – czyli Vegyn i tajemniczy poeta powracają z podziękowaniami za… „prawie wszystko”

Headache to projekt, który od samego początku owiany jest nutą tajemnicy. Za jego powstaniem stoi brytyjski producent Joseph „Vegyn” Thornalley – artysta dobrze znany w elektronicznym świecie – oraz enigmatyczny poeta Francis Hornsby Clark. Do tego dochodzi… głos AI, który snuje historie o uczuciach, lękach i codziennym chaosie. Po debiutanckim albumie, w październiku 2025 roku ukazał się drugi krążek: Thank You For Almost Everything.

Już od pierwszego singla — Miss Understood — Headache zabiera słuchacza w klimat, w którym granice między rzeczywistością a wyobraźnią się zacierają. W opowieściach pojawiają się motywy miłości, utraty zmysłów, jakby bohater balansował między tym, co ziemskie, a tym, co niematerialne. Tu nawet odniesienia literackie wkradają się w tekst — od Behemota z Mistrza i Małgorzaty po poetykę Emily Dickinson, która sugeruje, że miłość może być wszystkim, co naprawdę znamy.

Projekt Headache to w gruncie rzeczy trójka “osób”, choć nie wszystkie są takie, jak się wydają. Vegyn jako producent, Francis Hornsby Clark jako autor tekstów — i wreszcie “wokalista”, który tak naprawdę nie jest człowiekiem, lecz syntetycznym głosem AI. To właśnie ten “robotyczny” narrator recytuje emocje, pauzy, westchnięcia i rozterki – co paradoksalnie sprawia, że każda wypowiedziana fraza brzmi bardzo ludzko.

Nowy album Headache’a to krok w kierunku większej otwartości i nostalgii. Produkcja dalej oscyluje wokół trip-hopu i elektroniki downtempo, ale brzmienie jest bardziej przestrzenne, cieplejsze, mniej surowe niż na debiucie z 2023 roku.

Tematycznie płyta krąży wokół codziennych obrazów: szkolnych stołówek, graffiti, spacerów po ulicach, restauracji i stadionów pamięci. To pamiętnik zwyczajności – ale opowiedziany przez niezwykłą postać, która z jednej strony próbuje zaakceptować swoje życie, a z drugiej wciąż zmaga się z poczuciem zagubienia.

Tytuł Thank You For Almost Everything niesie ze sobą ironię i czułość jednocześnie. To gest wdzięczności za życie, które jest pełne nieidealności – “prawie wszystkiego” – i za to, że mimo niejasności i chaosu, nadal można w nim dostrzec wartość. Headache wydaje się być kronikarzem smutków, radości, utajonych wspomnień i prostych scen, które razem tworzą archiwum emocji.

W porównaniu do pierwszego albumu, na którym narracja była mocno introspektywna i nieco kliniczna, Thank You For Almost Everything daje więcej przestrzeni na oddychanie – muzyka jest mniej stłamszona, a emocje mniej zagubione. Podmiot liryczny wydaje się być “mniej oszalały” niż kiedyś — nadal czuje chaos, ale potrafi do niego podejść z pewnym dystansem.

Sztuczny głos, użyty przez Vegyna, nie traci swojej siły — wręcz przeciwnie: dzięki niemu każdy najmniejszy niuans (pauza, westchnienie, załamanie) zyskuje ciężar. To nie jest zwykłe opowiadanie – to terapia, wyrażane półsłówkami, z dystansem, humorem i melancholią.

Joseph Thornalley, znany jako Vegyn, to postać, która sama w sobie ma wiele warstw. Jego tło jest artystyczne: jego ojciec, Phil Thornalley, jest związany z The Cure. Vegyn nie ogranicza się tylko do Headache’a – prowadzi własną wytwórnię PLZ Make It Ruins, przez którą wydaje swoje projekty. W przeszłości współpracował z takimi gwiazdami jak Frank Ocean, James Blake czy JPEGMafia, co świadczy o jego szerokiej perspektywie muzycznej.

Joe Thornalley

Nowy album zapowiada się również wizualnie – za grafikę odpowiada Cali Thornhill DeWitt, który już wcześniej współpracował z Headache’m. Nawiązuje do popularnego mema, który w humorystyczny sposób ujmuje zrywanie więzów i wolność od czegoś. Szczypta ironii pojawia się więc nawet w wizualnej części projektu.

Jesteśmy ciekawi, w którą stronę historia pójdzie dalej i jak nasz narrator będzie się czuł za kilka lat.

Autorzy: Katarzyna Golec, Zuzanna Kopij, Mikołaj Domalewski

Florence + The Machine

Najnowszy album Florence + The Machine, Everybody Scream, opowiada o życiu dedykowanym scenie. Niczym feniks Florence Welch nieprzerwanie odradza się na jej deskach, czerpiąc z energii publiczności niczym zapasowej pary płuc. Z okazji premiery szóstego studyjnego krążka grupa Florence + The Machine to Artysta Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Ceremonials

2011

Island Records

Studium anatomii Florence + The Machine nie kończy się na płucach. Sercem grupy jest wokalistka oraz autorka tekstów Florence Welch, a jej historie opływają w rozległe metafory, symbole oraz nawiązania do dzieł kultury. Mimo upływu czasu stylistyczne bogactwo na miarę barokowych standardów nie maleje, natomiast warstwa liryczna dojrzewa razem z twórczynią. Wraz z zespołem pozwala na zaszczyt doświadczenia swojego wewnętrznego świata uchylając do niego drzwi poprzez muzykę.

Drugi album grupy, Ceremonials, jest kontynuacją ucieczki w świat fantazji, jednak efekt końcowy jest daleki od naiwności debiutanckiego longplaya, Lungs. Tutaj mrok jest serwowany w maksymalistycznym wydaniu, a niegdyś urokliwe dźwięki harfy i tamburynu podkreślają niebezpieczeństwo derealizacji. To uczta ekscentryzmu, w której główne danie stanowi lwi wokal Florence. Natężenie wielowarstwowych ścieżek może przesycić, jednak grzechem byłoby choć raz nie skosztować widowiskowego, autentycznego brzmienia Florence + The Machine.

How Big, How Blue, How Beautiful

2015

Island Records

Tafla morza i niebo mogą być równie piękne, co niebezpieczne, i nie zawsze można znaleźć schronienie przed ich kaprysami. Wie o tym Florence Welch która w głęboko osobistych tekstach do utworów z albumu How Big, How Blue, How Beautiful częściej niż kiedykolwiek korzysta z motywu wody aby opowiedzieć historię burzliwej miłości – tsunami, po którym wszystko trzeba odbudowywać na nowo. Z pomocą producenta Markusa Dravsa (współpracował z m.in. Wolf Alice, Björk, Brianem Eno) Florence + The Machine rozpracowali dotychczasowy schemat budowy piosenek, przede wszystkim rozszerzając instrumentarium, a tym samym horyzont możliwości. Wokal unosi się i opada na dźwiękach smyczków, gitar i instrumentów dętych, podczas gdy Florence uczy się żyć i kochać już poza okiem cyklonu. Fantazje zachęcają do wskoczenia w ciemność ich głębin, ale nie zapewnią komfortu uczucia ciepła promieni słońca na twarzy zwróconej ku błękitowi nad nią, otulonej podmuchami wiatru.

Wraz z trzecim albumem Florence + The Machine ukazał się krótkometrażowy film The Odyssey w reżyserii Vincenta Haycocka. Podzielony na rozdziały – każdy stanowiący teledysk do odpowiedniego utworu z albumu – jest obrazem trudnej podróży wokalistki celem odnalezienia siebie.

Everybody Scream

2025

Polydor

Here, I don’t have to be quiet
Here, I don’t have to be kind
(…)
Here, I can take up the whole of the sky
Unfurling, becoming my full size
And look at me burst through the ceiling
Aren’t you so glad you came?
Breathless and begging and screaming my name

– śpiewa Florence Welch w tytułowym singlu z najnowszego albumu studyjnego, Everybody Scream. Z absolutną pewnością o jego retoryczności zadaje pytanie, u którego podstaw leży problematyka parasocjalnej zależności artystki oraz publiczności, zaś sugestywna gra słów poddaje w wątpliwość jej platoniczny charakter. Z muzyki, oklasków i krzyków wydobywa się odurzający, ekstatyczny „tlen”, dzięki któremu twórczyni może odwdzięczyć się nieziemskim doświadczeniem wspólnego przeżywania muzyki podczas koncertu. 31 października, dwa lata po ratującej życie operacji, wraz z zespołem wróciła, by udowodnić, że faktycznie jest jedną z najlepszych i z otwartymi ramionami powitać cokolwiek przyniesie dla niej los.

tekst & magazynki: Pola Sosin

Autechre

Tam gdzie muzyczny eksperyment zbiega się z wyrachowaniem brylują Sean Booth i Rob Brown. Duet z Manchesteru od ponad trzydziestu lat nieustannie rozszerza widnokrąg muzyki około IDM’owej.  Z racji upływu trzydziestu lat od wydania popisu prorytmicznej produkcji, albumu Tri Repetae, Autechre zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Incunabula cover

Incunabula

1993

Pierwsze długogrające wydanie spod szyldu duetu z Manchesteru, Incunabula, to swego rodzaju kapsuła czasu. Odkryta na nowo po ponad trzydziestu latach, w kontrze do najnowszych wydań przypomina słuchaczowi że Autechre to mimo wszystko wciąż projekt tworzony przez dwójkę ludzi (wciąż żywych!).

Zdaniem twórców Incunabula to bardziej składanka dotychczasowych dokonań niż album zaplanowany od A do Z. Za finalny kształt wydania podziękować możemy wytwórni Warp Records. Aby dopasować płytę do wówczas bardziej “easy-listeningowego” profilu zdecydowano o wycięciu utworów przeznaczonych na donośne parkiety angielskich klubów. Dostaliśmy więc materiał skrojony pod zadumę, pewną formę relaksacji, a przede wszystkim manifest antycypowanej wówczas przyszłości.

Zgodnie z ówczesnym etapem profesjonalizacji muzyki, płytę można uznać za masterclass tworzenia z absolutnego niczego. Powstał niemal wyłącznie przy użyciu pół-zabawkowego samplera Casio SK-1, czterościeżkowego rejestratora taśmowego oraz ikonicznego wśród fanów acid-techno automatu perkusyjnego Roland TR-606. Ostatni z wymienionych definiuje brzmienie krążka. Drobne perkusjonalia, uwięzione w cyklicznych, miarowych beatach, stanowią kręgosłup przemysłowej atmosfery Incunabuli.

Uwielbiam albumy wyrwane z oryginalnego kontekstu i przywodzące na myśl pełne zgiełku miejsca. W odróżnieniu od dorastających równolegle wolnobieżnych dzieł downtempo, kojarzących się jednoznacznie z opustoszałymi przestrzeniami codziennego użytku (dworce, lotniska, parkingi), debiut Autechre reprezentuje buchające chłodem, dzikie, liminalne przestrzenie miasta. Melodie kreślą pejzaż przemysłowych dzielnic po zmroku. Drobne hi-haty przypominają fabryki ze zgaszonymi światłami. Ciągnące się atmosferyczne syntezatory są niczym wielopasmowe autostrady wyłączone z użytku.

Jako ciekawostkę wyłamującą się z konceptu albumu warto przywołać utwór Lowride stworzony nie przy pomocy kwaśnego TR-606, lecz ulubieńca ulic Memphis Rolanda R8. Nie ma drugiego tak funkowego utworu w dorobku duetu z Manchesteru. Zamiast mroźnej IDMowej symulacji dostajemy powolną przewózkę po lekko rozświetlonych ulicach. To nadal kompozycja chłodna, jednak co jakiś czas przeszywana delikatnym ciepłem hotelowego lobby dzięki samplowi pianina, trochę jak w albumach Fila Brasilia, Tosca czy DJ Fooda.

Incunabula – Autechre

Album 2 cover

Tri Repetae

1995

Tegoroczny solenizant; album uwielbiany przez fanów. Okres powstawania Tri Repetae można uznać za początek procesu dehumanizacji duetu. Brzmienie przeszło wyraźną metamorfozę – stało się mechaniczne, syntetyczne. Melodyjność Incunabuli i Amber ustąpiła miejsca nieprzewidywalnym industrialnym stukotom kreślącym pejzaż niepokojącej przyszłości, pełnej mroku i stali. Zawodzące syntezatory w Eutow budzą skojarzenia z bezkresnym postapokaliptycznym pustkowiem, a powtarzalny, rytmiczny kręgosłup Rotar przypomina pracujący z zegarmistrzowską precyzją mechanizm. Z kolei mój faworyt, Clipper, podszyty jest basem ciągnącym się w czasie i przestrzeni, flirtującym z klasykami sci-fi oraz wizjami kosmicznej podróży, w której jedynym punktem odniesienia są przelotne obłoki gazu i międzygwiezdnego pyłu.

Tri Repetae to soniczna, igrająca z mechanizmem percepcji słuchacza przygoda. Wzmożona powtarzalność warstwy rytmicznej sprawia, że najmniejsza zmiana w płynącej w opozycji melodii wydaje się kilkukrotnie bardziej doniosła. Motywy znikają i powracają, a ruch i dynamika stają się fundamentami kompozycji. Rytmiczna oś utworu z czasem traci na znaczeniu tylko po to by przy zmianie kontekstu odzyskać pierwotny sens.

Tri Repetae – Autechre

Filip Juszczak
Low End Theory


Autechre - LP5

LP5

1998

Czy maszyny mogą płakać? Zawsze wyobrażałem sobie, że gdyby mogły, ich łzy brzmiałyby dokładnie tak jak ten album. Za każdym razem, kiedy słucham piątego LP zespołu, myślami wracam do tej samej hali produkcyjnej, którą zobaczyłem oczami wyobraźni lata temu, gdy po raz pierwszy zażyłem beżowego albumu. Setki odtworzeń później wciąż mam wrażenie, że zwiedzam to samo opuszczone miejsce przepełnione samoistnie pracującymi maszynami, które wskutek długotrwałej pracy i zużycia zaczynają upodabniać się do człowieka. Pracują mniej wydajnie, nie są dokładne, psują się. Wydają się wycieńczone, a mimo to nadal hałasują — jakby ostatnim tchem próbowały dokończyć swoje zadanie, nie wiedząc, czy robią to z obowiązku, czy z tęsknoty za sensem.

Każdy utwór zdaje się być wytworem innej, szczególnie osobliwej maszyny. 777 pracuje dysfunkcyjnie, jakby został zaprogramowany do wykonywania zadań ponad własne możliwości. Rae balansuje intensywność poprzedniego mechanizmu, pogrążając się w bezsilności i melancholii. Fold4,Wrap5 stosuje iluzoryczny Risset Rhythm, przez co brzmi, jakby nieustannie zwalniał, rozpadając się we własnym rytmie. A wreszcie Drane2, który ostatkiem sił i z wielkim trudem wyrywa z siebie dziewięć minut materiału, po czym zapada w czternastominutową ciszę — jakby pozwalał odbiorcy domknąć własną interpretację.

LP5 powstało w czasie prywatnych kryzysów, przez co stało się dziełem bardziej intymnym niż reszta dyskografii. To opowieść o odzyskiwaniu świadomości — o momencie, w którym orientujemy się, że coś, co niegdyś wykonywaliśmy z wielkim zapałem, dziś dzieje się siłą przyzwyczajenia. ___ staje się monotonne, mechaniczne, nie przynosi już satysfakcji, a my coraz wyraźniej czujemy się jak maszyna.

LP5 by Autechre

Dominik Lentas
mesh