Archiwum

Jerskin Fendrix


Jerskin Fendrix nieprzerwanie zachwyca wizją tego jak może brzmieć muzyka. Nieszablonowy kompozytor i autor za pomocą atonalności ujmuje surowość uczuć. Nominowany do Oscara za muzykę do filmu Biedne Istoty i blisko związany z kultową sceną małego londyńskiego baru Windmill wraca do rodzinnego domu, na angielską farmę w Shropshire, aby nagrać album Once Upon A Time… In Shropshire i uhonorować nim swojego zmarłego ojca – swojego najlepszego przyjaciela. Z okazji premiery Jerskin Fendrix zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

   

Winterreise

Zdaniem niektórych słuchaczy, Jerskin Fendrix to ojciec chrzestny tzw. „windmillowej sceny”. Opierający swoją twórczość przede wszystkim na współpracach z Black Country, New Road oraz Black Midi, 17 kwietnia 2020 roku udowodnił, że w wielkim stylu potrafi wypuścić także solowy materiał.

Winterreise to nietuzinkowy projekt. Niczym hydra Jerskin pokazuje różne ze swoich twarzy, wypływa na głębokie wody samoświadomości, gdzie atomy tlenu i wodoru zaczynają być coraz cięższe, a woda porywa na sam dół. Niski i wysoki głos, ciężkie syntezatory, sekcje skrzypiec, szybkie leady i wylewający się z tekstów postmodernizm to tylko niektóre elementy malowniczego projektu o czułym mężczyźnie z Shropshire.

Nazwa albumu, Winterreise, jest subtelnym nawiązaniem do dzieła Franza Schuberta z 1828 roku. Ze względu na ich znaczenie oraz niełatwy proces twórczy Winterreise to, słowami samego autora,  cykl „naprawdę tragicznych utworów”. Trudno więc nie dostrzec podobieństwa. Wspomniana twórczość Schuberta to cykl 24 pieśni, oryginalnie napisanych przez Wilhelma Müllera. Przedstawiają historię mężczyzny, który wyrusza w miejsce ogarnięte ciężką zimą, aby uciec od bolesnych wspomnień złamanego serca – ślubu ukochanej z innym mężczyzną. O podobnych wydarzeniach Jerskin Fendrix śpiewa w Oh God, piosence zamykającej album:

I can’t sing like your husband

I can’t sing like your cuckold

I can’t sing Winterreise

Ironicznie, wbrew motywowi przewodniemu, Jerskin nie jest w stanie zapomnieć. Ulega swoim myślom, przybierając postać tragicznego bohatera historii romantycznej. Album Winterreise zawiera utwory, w których Jerskin wspomina „stare, dobre czasy” jak w piosence Manhattan czy Onigiri. Zadaje sobie wiele trudnych pytań dotyczących wspominanej relacji, jak w Last Night in New York – piosence, której atmosfera jest tak napięta i gęsta, że bezsilność artysty jest dla nas wręcz namacalna. Nie brakuje także motywu idealnego życia, o którym marzenie nigdy nie zostanie spełnione, jak w I’ll Clean Your Sheets lub A’ll wait for out. Cały album prowadzi jednak do spójnego zakończenia, Oh God, w którym Jerskin uświadamia sobie, co się wydarzyło.

Podczas odsłuchu Winterreise można odczuć nieopuszczającą tego album nerwowość, która zmienia formę z każdą kolejną piosenką. Czasami jest to wynik niskich wokali i ciężkiego basu, innym razem superszybkich, wzburzonych syntezatorów, które atakują nas znienacka. Nie brakuje jednak momentów czułych, przepełnionych partiami skrzypiec oraz pianina. To wspaniały album, który brzmi jak wielki eksperyment. W rzeczywistości jest wzorem, który pozwala zrozumieć motywacje oraz emocjonalność autora.


           

Kompozytor

 

Po premierze debiutanckiego albumu Jerskin zniknął z czujnych uszu słuchaczy. Nie było w tym nic szokującego, ponieważ na podobnie długą nieobecność muzyk zdecydował się podczas tworzenia Winterreise. Cisza sprawiła jednak, że wiadomość o angażu w proces tworzenia muzyki do wielkiego hollywoodzkiego filmu wbiła w fotel nawet największych krytyków.

Propozycja nagrania ścieżki dźwiękowej była decyzją reżysera, Yorghosa Lanthimosa, który po odsłuchu album Winterreise niezwłocznie skontaktował się z Jerskinem. Artysta otrzymał scenariusz na początku 2023 roku. Przeglądając gigabajtowe pliki ze zdjęciami, szkicami i ogółem pomysłu na film wchłonął świat przedstawiony. Muzyka do filmu jest pełna niesamowitych zabiegów muzycznych, m.in. atonalnych dźwięków, które kolidują ze sobą w idealnej harmonii. Twórcom niezaprzeczalnie udało się osiągnąć wysoki poziom oryginalnej estetyki samego Wesa Andersona.

Praca Jerskina nie obyła się bez echa. To wybrzmiało w postaci nominacji w kategorii Najlepszej Ścieżki Dźwiękowej roku. Choć ostatecznie nie wygrał, artysta skradł serce Yorghosa Lanthmosa. Ich współpraca objęła Rodzaje życzliwości oraz Bugonię. Premiera drugiego z wymienionych została zaplanowana na koniec października tego roku. Relacja nie jest jednostronna, gdyż wraz z Emmą Stone (kolejną bliską współpracownicą Yorghosa) reżyser miał udział w stworzeniu teledysków do najnowszego albumu Jerskina. Nazwanie tego teledyskami to tylko fachowe określenie. Tak naprawdę są to zapierające dech w piersiach krótkometrażowe filmy.


Once Upon A Time…In Shropshire

 

Najnowsze dzieło Jerskina Fendrixa, Once Upon A Time… In Shropshire, to znacznie więcej niż tylko album – to głęboko nostalgiczna i osobista opowieść o młodzieńczych latach spędzonych w angielskim hrabstwie. Powstanie płyty zostało naznaczone serią bolesnych strat, w tym nagłą śmiercią przyjaciela i ojca artysty, co nadaje muzyce wymiar intymnej żałoby i autorefleksji. Fendrix, choć czerpie z dźwiękowego krajobrazu wiejskiej Anglii, daleki jest od jego idealizacji. Zamiast sielankowej idylli, ukazuje Shropshire jako miejsce pełne napięć, osobliwości i wewnętrznych sprzeczności.

Artysta w niezwykły sposób wykorzystuje swój głos, który staje się głównym narzędziem tej opowieści. Jego szeroka skala – od głębokiego, stabilnego barytonu po pełne emocji, kruche falcety – doskonale oddaje emocjonalną huśtawkę i wielowymiarowość wspomnień. Podobnie zróżnicowana jest warstwa muzyczna albumu, która zderza ze sobą różne style i estetyki. Fendrix swobodnie płynie między barokowymi popowymi melodiami, awangardowymi eksperymentami dźwiękowymi a kameralnymi, surowymi balladami przy akompaniamencie fortepianu i smyczków.

Utwory często porzucają konwencjonalne schematy na rzecz bardziej organicznego, nieprzewidywalnego przepływu, niczym ulotne i chaotyczne strumienie wspomnień. Ta struktura sprawia, że Once Upon A Time… In Shropshire nie jest muzyką zapewniającą wygodne, bierne słuchanie. Wymaga od odbiorcy pełnego zaangażowania i poddania się jej własnej, wewnętrznej logice. Ostateczny przekaz jest niezwykle intymny: słuchacz ma wrażenie, jakby podsłuchiwał czyjeś wewnętrzne monologi i nieuporządkowane myśli, tworząc razem z Fendrixem poruszający portret miejsca i czasu, który choć utracony, wciąż żyje w pamięci – ze wszystkimi swoimi blaskami i cieniami.

 

Autorzy: Karol Tomczyk i Łucja Krzywoń

zdjęcie: Tim Gutt

D’Angelo

14 października 2025 pożegnaliśmy D’Angelo pioniera neo-soulu o kaszmirowym głosie. Jego krótka, lecz legendarna dyskografia oraz członkostwo w grupie Soulquarians sprawiły, że nie tylko podbił mainstream, ale też rozkochał w muzyce nawet najbardziej wymagających słuchaczy. W paśmie Artysty Tygodnia Akademickiego Radia Luz wspominamy D’Angelo – tajemniczego szamana wokalnych aksamitów, który przez lata swojej działalności zainspirował tysiące muzyków na całym świecie.

 


Brown Sugar

1995

Virgin Records

W roku 1995 hip-hop rządził mainstreamem. Spoglądając na rankingi sprzedaży w kategorii R&B, ujrzymy głównie ksywki raperów, którzy w poszukiwaniu radiowego hitu okazjonalnie współpracowali z utalentowanymi wokalistami. Za kulisami sławy i wielkich pieniędzy  rodził się jednak neo-soul, czyli nowa odsłona dobrze znanego już, gęstego wokalnie brzmienia.

Cofnijmy się do lat. 70 kiedy dzięki Marvin’owi Gaye’owi, Stevie’mu Wonder’owi czy Smokey’mu Robinson’owi soul był na szczycie,  Wszechobecnie znana wówczas marka Motown Records absolutnie zredefiniowała muzykę popularną, znajdując nieoszlifowane diamenty i dając im miejsce oraz pieniądze na rozwój.

Lata 80. nie były już tak łaskawe dla soulowców. W radiach królowało disco gatunek zakorzeniony w swoim poprzedniku, lecz znacząco prostszy i mniej wykwintny. Na renesans rozognionych wokalistów poczekać musieliśmy aż do połowy lat 90.. Wtedy ukazała się premierowa płyta 21-letniego wówczas D’Angelo, czyli Brown Sugar.

Na swoim debiucie D. uderza w słodkie tony przeszłości z małym twistem, dorzucając od siebie uliczną chropowatość. Jest to muzyka niezwykle dojrzała, zważając na ówczesny wiek D’Angelo, lecz jeszcze nie do końca opierzona profesjonalizmem aranżacji. Nieco vintage’owa otoczka ciepłego kolorytu po czasie rozkochała w sobie odbiorców, co z pewnością była katalizatorem dla tak szybkiego wzrostu popularności neo-soulu. Maxwell, czyli postać nieco bardziej trzymająca się wokalnych tradycji lat 70., w jednym z wywiadów stwierdził, że bez Brown Sugar nie udałoby mu się wydać debiutanckiego krążka. Preludium Voodoo to pozycja obowiązkowa w pełnym zrozumieniu nowej koncepcji soulu, w którą D’Angelo zdecydowanie włożył całe serce oraz geniusz.


Voodoo

2000

Virgin Records

Debiutancki album D’Angelo był tylko namiastką skali jego ponadczasowego talentu. W roku 2000 miała premierę płyta, która okazała się być sztandarową reprezentacją brzmienia neo-soulu. Voodoo, czyli drugi krążek D’Angelo, to dźwiękowa uczta, podczas której mistyczne instrumentale rozświetlają nakryty obrusem intymności stół. Magia Electric Lady Studio, gdzie D. godzinami jamował z bandem, zaowocowała materiałem kondensującym geniusz muzyków uczestniczących w sesjach. Mowa tutaj o arcymistrzach poszczególnych instrumentów, bo wraz z D’Angelo w studiu grali i pomieszkiwali Questlove, Pino Palladino czy James Poyser.

Voodoo posiada niespotykaną dotąd w soulu głębię. Każdy akord, nuta czy uderzenie werbla to czysta przyjemność dla ucha. Tutaj swój udział niewątpliwie miał Russel Elevado inżynier dźwięku oraz wieloletni realizator D. W celu odwzorowania brzmienia zagubionego wraz z produkcyjną digitalizacją, Elevado powrócił do nagrywania na taśmę. W wywiadzie dla Red Bull Music Academy podkreślał, jak ważnym elementem Voodoo była organiczność na wzór Funkadelic czy Stevie’go Wonder’a, co przejawia się w cieple poszczególnych ścieżek. D’Angelo był produkcyjnym perfekcjonistą, przez co niejednokrotnie podwajał czy nawet potrajał niektóre dźwięki. W ten sposób zapewniał gęstą lekkość spokojnie płynących podkładów i tworzył wielowarstwowe kompozycje.

Równie ważną składową Voodoo byli artyści, w których zakochany był cały band D’AngeloElectric Lady Studio nieustannie przepełniały dźwięki Purple Rain Prince’a czy Sex Machine James’a Brown’a. Są to albumy, które stały się podwalinami monumentu, jakim dzisiaj jest Voodoo.

Komercyjny sukces płyty tak genialnie wyrażającej miłość do przeszłych mistrzów był oczywistością. Już w pierwszym tygodniu sprzedano 320000 egzemplarzy. Album otrzymał też dwie statuetki Grammy w kategoriach najlepsza płyta R&B oraz najlepszy występ R&B za singiel Untitled (How Does It Feel). Dzięki Voodoo D’Angelo, dzierżąc w dłoni soulową pochodnię rozpaloną dekady temu,, dołączył do grona artystów inspirujących następne pokolenia.


Black Messiah

2014

RCA Records

Trzeci i ostatni album D’Angelo ukazał się niespodziewanie wcześniej niż było to zapowiadane, w 2014 roku. W odpowiedzi na toczące się ówcześnie protesty przeciwko przemocy policji wobec czarnoskórych, muzyk postanowił przyspieszyć finalizację i wydanie albumu. Black Messiah bowiem jest głosem niezgody na systemowe nierówności, przemoc i frustrację społeczności afroamerykańskiej. Jest to płyta zaangażowana politycznie,  co wybrzmiewa szczególnie w takich utworach jak The Charade czy 1000 Deaths, które zawiera fragment audio związany z morderstwem Freda Hamptona. W tekstach muzyk nie pozwala odwrócić wzroku od doświadczeń strachu i śmierci wykluczonych społecznie mniejszości.

Muzycznie Black Messiah okazał się być najbardziej eksperymentalnym krążkiem D’Angelo. Choć sam artysta określał swoją twórczość gatunkiem black music, do fuzji funku, R&B i neo-soulu, z której jest znany, dołożył elementy rocka, cięższego groove’u i surowego brzmienia, co jeszcze mocniej podkreśla wagę poruszanych na płycie tematów. Organiczność podkładów zawdzięczamy taśmie analogowej, na której, podobnie jak na Voodoo zarejestrowano praktycznie cały album.

Wśród twórców biorących udział w nagraniach wyróżnić należy Questlove’a  czy muzyków z The Vanguard, którzy po latach współpracy z D’Angelo intuicyjnie znaleźli odchodzącą od przeszłych projektów gęstość brzmienia. Szczególną uwagę przykuwa bogactwo instrumentów dętych i orkiestrowych, które we wszystkich aranżacjach zaciągają nutami chropowatego gospelu. Album zdobył nagrodę Grammy za najlepszy album R&B, a singiel Really Love wyróżniono jako najlepszą piosenkę R&B. Black Messiah to duchowy manifest, nie odnoszący się do jednostki, a do zbiorowej siły, uczucia jak twierdził autor drzemiącego w każdym z nas.

tekst: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk

magazynki: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk, Sebastian Rogalski

Redakcja: Michał Lach

Call Super

To jeden z tych artystów, którego po pierwszym przesłuchanym utworze nie da się zlekcewarzyć. Jest absolutnie nadzwyczajny, jedyny w swojej unikatowości, porywający i uwodzący, wrażliwy i bezkompromisowo odważny. Call Super, czyli Joseph Richmond Seaton to nie tylko muzyk, a jak dowiecie się z dalszej części tego tekstu — artysta totalny. Dał się poznać szerokiej publiczności jako londyński producent, kompozytor i DJ. Tworzy także pod aliasem Ondo Fudd. Przynajmniej o tych dwóch pseudonimach wiemy na pewno. Od 2010 roku wydaje muzykę, która wykracza daleko poza ściśle określone style klubowe. W ambientowych i eksperymentalnych albumach Seatona wyraźnie słychać jego jazzowe korzenie, a każda płyta charakteryzuje się skrupulatnym podejściem do kompozycji, produkcji i warstwy wizualnej, odzwierciedlając indywidualną wizję i niebywałą wszechstronność artysty. Jego najnowsze wydawnictwo A Rythm Protects One przywraca do życia ginącą sztukę tworzenia płyt kompilacyjnych w świecie zalewanym przez internetowe transmisje DJ-skie.

 


Nasza selekcja:

Suzi Ecto

2014

Houndstooth

Debiut jaki można sobie wymarzyć. Pierwszy album Call Supera odchodzi od typowej funkcji parkietowej i kieruje się bardziej ku „głowie”, choć wciąż pozostaje „muzyką ciała” przy odpowiednim natężeniu dźwięku. Suzi Ecto ma spójną estetykę pomimo zmienności brzmień — artysta żągluje pomiędzy ambientem, eksperymentalnymi teksturami i subtelnymi rytmami. Pojawiają się tu instrumenty akustyczne jak obój, czy klarnet, które staną się później znakiem rozpoznawczym wydawnictw Josepha Seatona. W premierowym albumie często rezygnuje z typowych beatów klubowych na rzecz precyzyjnie rzeźbionych struktur dźwiękowych. Album został opisany przez Pitchfork jako jeden z „najbardziej sugestywnych światów dźwiękowych, jakie kiedykolwiek pojawiły się w tym gatunku”.

 Suzi Ecto by Call Super

fot. Melanie Lehmann


Arpo

2017

Houndstooth

Po wspaniale przyjętym debiucie Suzi Ecto, Call Super powraca z drugim albumem — równie porywającym Arpo. To kolejny świat artysty, hipnotyzujący pięknem, które jest niespokojne — które odmawia podporządkowania się czemukolwiek poza własną wizją Seatona. Słyszymy tu jeszcze więcej ambientu, eklektycznej, jazzującej elektroniki, a także klarnetu i oboju, na których gra ojciec Josepha, David Seaton. Arpo zachwyca i wzrusza, hipnotyzuje i zostawia z niedosytem.

Album of the Year 2017 – DJ Mag
Outstanding after-hours techno –
Guardian Newspaper 

Arpo by Call Super

fot. Melanie Lehmann


Eulo Cramps

2023

Can You Feel The Sun

Eulo Cramps to nie tylko album muzyczny. To część większego projektu artystycznego zatytułowanego Tell Me I Didn’t Choose This, który łączy muzykę, poezję, malarstwo i pisanie autobiograficzne. Seaton w czasie pandemii od 2019 roku do ukończenia albumu Eulo Cramps w 2022 tworzył autobiograficzne teksty poetyckie, szkice i obrazy, które pomagały mu zrozumieć różne warstwy własnej tożsamości. W efekcie powstała solowa wystawa prac artysty i czwarty album studyjny wydany w labelu Can You Feel The Sun, który Call Super współprowadzi z Parris. Gatunkowo album porusza się na pograniczu elektronicznej awangardy, improwizacji, jazzu oraz eksperymentalnych brzmień. Pojawiają się gościnne głosy: Eden Samara (Sapling), Julia Holter (Illumina) i Elke Wardlaw (Goldwood).

Eulo Cramps by Call Super

A Rhythm Protects One

2025

Dekmantel Records

W świecie zalewanym przez internetowe transmisje DJ-skie, Call Super przywraca do życia zagrożoną sztukę tworzenia kompilacji. Nowa płyta A Rhythm Protects One z wytwórni Dekmantel to godzina, która zachwyca pomysłowością. Album wydany 3 października ma na celu nawiązanie do złotej ery fizycznych płyt CD z miksami. Każdy utwór jest jak chwila, pełna motywów i pętli, które delikatnie narzucają swoją obecność na nieustannie zmieniającą się, misternie utkaną mozaikę psychodelii parkietowej (nie mylić z żadnym gatunkiem muzycznym zawierającym w nazwie termin „psy”!). Na płycie obok dwóch aliasów Supera znalazło się imponujące grono wschodzących artystów, podzielających jego wizję twórczą, ciekawi mnie jednak czy pod którymś z tych pseudonimów nie chowa się także Joseph Seaton.

A Rhythm Protects One by Call Super

Żaneta Wańczyk

 

Joanne Robertson

W krainie szumu, pomiędzy snem a jawą, rodzi się muzyka Joanne Robertson – prawdziwej malarki dźwięków. Jej najnowszy album Blurrr, to czysty przejaw artystycznej wrażliwości. Właśnie za tę unikalną wizję nadajemy jej tytuł Artystki Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Nasza selekcja:

The Lighter

2008

Już od swojego debiutanckiego albumu – The Lighter Joanne Robertson w sposób niezwykle świadomy i dojrzały określiła esencję swojego stylu artystycznego.

W jej świecie muzycznym króluje minimalizm i lo-fi, gdzie centralnym filarem jest delikatna ale surowa gitara oraz ulotny, szepczący wokal. Robertson świadomie rezygnuje z przesadzonej produkcji, ponieważ właśnie to brzmienie, które z pozoru wydaje się proste i nieskomplikowane, pod powierzchnią odkrywa bogatą, emocjonalną głębie.

Kompozycje Robertson nie potrzebują skomplikowanych konstrukcji i bogatych aranżacji by tworzyć nastrój i przenosić słuchacza w określone stany. To właśnie w tej oszczędności i tym umiarze tkwi siła jej twórczości – im mniej, tym więcej.


Backstage Raver

2024

Backstage Raver to kunsztowny strumień, który wypływa z wieloletniej współpracy między Joanne Robertson a londyńskim muzykiem Deanem Bluntem. Ich kooperacja na tym albumie osiąga nowy wymiar intymności – to nie tylko wspólne nagrywanie, ale prawdziwe zespolenie dwóch pokrewnych duszy artystycznych

Utwory na tym krążku są świadomie skonstruowane tak, by sprawiać wrażenie niedokończonych, co stanowi wyraz artystycznej szczerości i odrzucenia konwencji perfekcyjnie wykończonego brzmienia. Ta celowa niedoskonałość staje się nową formą doskonałości – bardziej ludzką i autentyczną. Nagłe urywanie się melodii, pozorne niedopowiedzenia i swobodna struktura kompozycji tworzą wrażenie, jakbyśmy podglądali proces twórczy w jego najczystszej formie.

Ta nacechowana artyzmem postawa nie jest oderwana od reszty działalności Robertson. Joanne, oprócz działalności muzycznej, rozwija również swoją pasję do malarstwa, co znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w jej twórczości dźwiękowej. Podchodzi do obu dziedzin w analogiczny sposób – traktując je jako przestrzeń do ekspresji i eksperymentu.


Blurrr

2025

Blurrr od Joanne Robertson to twórcza asceza i skupienie na esencji dźwięku. Album oferuje słuchaczowi ukojenie dla duszy i przestrzeń do kontemplacji. Jest to zdecydowanie muzyka, która wymaga czasu– nie jest przeznaczona do szybkiego odsłuchu, lecz do powolnego odkrywania wszystkiego warstwa po warstwie.

Krążek potwierdza pozycję Robertson jako artystki konsekwentnie realizującej własną wizję, niepodlegającą komercyjnym trendom. W świecie, w którym dominują produkcje przesycone bodźcami i hałasem, takie dzieło stanowi sporą przeciwwagę. Blurrr nie tylko zapada w pamięć, ale także uzmysławia, że piękno może się kryć w najmniejszych i najdelikatniejszych detalach.

Łucja Krzywoń

 

Geese

Poznajcie Geese – piątkę przyjaciół z Brooklynu, którzy postawili na autentyczność i bezkompromisowość, a dzięki temu ich garażowe początki przeistoczyły się w status jednego z najważniejszych głosów współczesnego nurtu alternatywnego. Młodzi, zbuntowani i nieprzewidywalni już w ten piątek zaprezentują nowy album, a my wyróżniamy ich tytułem Artystów Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Niepokorny debiut

Jesień 2021 roku. Fani gitarowej alternatywy stali się świadkami jednego z najbardziej zaskakujących debiutów – mowa o albumie Projector od nowojorskiego kwintetu Geese. Już od pierwszych taktów płyta głosiła nadejście nowej, jakże niepokornej i obłędnej siły w muzyce alternatywnej. Geese stworzyli unikalne, idealnie wyważone połączenie krnąbrnej energii post-punku z rockowym impetem. Młodzi artyści, wówczas jeszcze nastolatkowie, od razu udowodnili, że nie boją się skomplikowanych struktur i nagłych zwrotów akcji. Otwierający album utwór Rain Dance, gęsty od emocji, to niemała zapowiedź artystycznej wizji, która już od pierwszych dźwięków demontuje konwencjonalne oczekiwania. Z kolei tytułowy Projector to podobna do snu podróż przez labirynt, w którym towarzyszy nam Winterowski, lekko chropowaty wokal. Na płycie nie brakuje także delikatniejszych, melodyjnych brzmień. Podczas gdy większa część albumu Projector zdecydowanie nie stroni od agresywnej energii, czy skomplikowanych struktur, utwór First World Warrior jest zgoła balladą, w której brak nagłych zwrotów akcji i dysonansów – czysta oaza.

Psychodeliczni kowboje

3D Country to niezwykle odważny album, który jednocześnie zaskakuje i prowokuje. Geese podjęli ryzyko i za pomocą kosmicznego, psychodelicznego bluesa wyznaczyli nowe kierunki w indie rocku. Zamiast bezpiecznego kopiowania sprawdzonych wzorców, Geese zaproponowali podróż, która nie prowadzi do miejsc, których się spodziewamy. To album o rozpadzie tożsamości i poszukiwaniu nowej perspektywy – zarówno w tekście, jak i w dźwięku. W ten sposób Geese wpisują się w tradycję zespołów, które nie tylko odtwarzają rockową historię, ale próbują ją na nowo ukierunkować. 3D Country to dość osobliwa opowieść o napiętym kowboju, który wędruje przez pustynię pod wpływem substancji psychodelicznych. Obserwuje proces rozpadu świata, który go otacza, a w tym własnych wyobrażeń na jego temat. To historia o tożsamości, alienacji, introspekcji, percepcji zmienionej przez używanie narkotyków, a także pytanie o miejsce jednostki w chaosie świata. Kowboj to figura wolności, ale też osamotnienia — w 3D Country jawi się jako bohater zagubiony między kulturą a własną percepcją.

Heavy Metal?

W opozycji do brzmienia poprzednich albumów Geese widnieje projekt solowy wokalisty grupy, Camerona Wintera. Chociaż tytuł Heavy Metal sugeruje ciężkie, energiczne, gitarowe brzmienia, większość utworów utrzymana jest w konwencji delikatnej, romantycznej, ale i szorstkiej. Akompaniament bywa okrojony, z gitarą lub pianinem na czele. Choć może wydawać się prosty, uważny odsłuch ukazuje niestandardowe rytmy i rzadko spotykane w muzyce rozrywkowej sekwencje akordów. Na pierwszy plan wybija się jednak wokal Camerona. Każda z jego niedoskonałości eksponuje szeroką gamę emocji przekazywanych w tekstach. Dzięki pozornie wybrakowanej technice, nikt inny nie potrafiłby wykonać jego utworów na podobnym poziomie artyzmu. Warta uwagi jest też warstwa liryczna – zaskakujące połączenie wyznań miłosnych z przedziwnymi, abstrakcyjnymi metaforami i nawiązaniami do popkultury.

Nadciągający sztorm

Nadchodzący album zespołu Geese zatytułowany Getting Killed zapowiada się jako dzieło pełne kontrastów – „chaotyczna komedia o epickich proporcjach”. Nie powinno w niej zabraknąć refleksji, melancholii, złości oraz czułości. Dodatkowo, przy nagrywaniu albumu wybór padł na nietypowego dla muzyki około rockowej producenta. Kenny Beats z pewnością zafundował zarówno zespołowi, jak i sobie porządną dawkę kreatywnego eksperymentu, co słychać w singlach promocyjnych. Już w ten piątek poznamy najświeższe oblicze zespołu Geese. Choć mamy swoje przypuszczenia wobec nowego kierunku naszych Artystów Tygodnia, znając historię możemy zakładać, że pod pewnymi względami zostaniemy zaskoczeni. Nieustanne wywoływanie zachwytów, zaprzeczanie przewidywaniom i burzenie konwencji — to właśnie specjalność tych zwariowanych gęsi.

Łucja Krzywoń, Olga Mrozek, Zuzanna Kopij

Artystka Tygodnia: Amaarae

Po premierze dwóch poprzednich albumów, pochodząca z Ghany raperka, piosenkarka i artystka wizualna Amaarae odwiedziła nocne sceny Miami, Los Angeles i São Paulo, gdzie zgłębiła chicagowski house i detroicki ghettotech, a także wniknęła głębiej w ghańskie regionalne mikrogatunki. Niezwiązany z żadnym miejscem, wydany w ubiegłym miesiącu Black Star tworzy własne suwerenne terytorium na parkiecie; nazwijmy je „CzechSlovakAtlanta”, jak zadeklarowała Bree Runway w samym środku laserowej kanonady w Starkilla. Ambicja Amaarae – przegląd diaspory afrykańskiej – współgra, a może nawet przewyższa tę, która stoi za Renaissance Beyoncé, choć ze znacznie mniej dydaktycznym podejściem. Zawarte w singlu Girlie-Pop!, łączącym jersey club i highlife, credo brzmi prosto:

switching genres till we make it pop!


Nasza selekcja:

SAD GIRLZ LUV MONEY Remix

2021

Golden Child

Przełomowym momentem w karierze Amaarae był wydany w 2020 roku album THE ANGEL YOU DON’T KNOW. Jego częścią był utwór SAD GIRLZ LUV MONEY, który za sprawą późniejszego remixu z Kali Uchis odtworzono kilkaset milionów razy na serwisach streamingowych. Wtedy szersze grono odbiorców po raz pierwszy usłyszało charakterystyczny dla artystki nastrojowy mix R&B i afrobeatsów. Prawdziwy manifest wielkości Ghanki miał jednak dopiero nadejść.


Fountain Baby

2023

Golden Child Entertainment

Fountain Baby to dzieło, które w 2023 roku znalazło się w większości końcoworocznych podsumowań najlepszych albumów poprzednich dwunastu miesięcy (w tym i naszym) . Amaarae skupiła się na dopracowaniu formuły z THE ANGEL YOU DON’T KNOW, tworząc płytę, która łączy w sobie spójność stylistyczną i dopracowanie każdego detalu z niezwykłą chwytliwością kompozycji.

Artystka płynnie balansuje pomiędzy atmosferycznym, chłodnym R&B, a ciepłymi dźwiękami gatunku afrobeats. Wystarczy jeden odsłuch, by utwory takie jak Big Steppa, Co-Star, czy Reckless & Sweet na dłużej zagościły w głowie, niekoniecznie chcąc ją potem tak łatwo opuścić. W trakcie tworzenia Amaarae nie bała się również eksperymentować. Przykładem jest chociażby Sex, Money, Violence, gdzie po delikatnym początku rozkręca szaloną, punkową jazdę.

Ogromną siłą Fountain Baby jest też sposób, w jaki artystka wykorzystuje swój wysoki, bardzo charakterystyczny wokal. W otoczeniu morza syntezatorów często odbiera się go bardziej jako kolejny, perfekcyjnie spleciony z muzyką efekt dźwiękowy. Co istotne, same teksty również mają niebagatelne znaczenie. Większość z nich zawiera bowiem mniej, lub bardziej dosadne deklaracje przynależności Amaarae do grona osób LGBT+. Relacje nieheteroseksualne są zaś w Ghanie nielegalne. W ten sposób drugi studyjny album Amy Serwah Genfi okazuje się przede wszystkim płytą seksualnego wyzwolenia i stanowczym głosem kobiety, która używa swojego ciała jak, kiedy i z kim chce.


Black Star

2025

Golden Child Entertainment

Black Star to niewątpliwie nowy rozdział w twórczości Amaarae. Po znakomicie przyjętym Fountain Baby przyszedł czas na zmianę formuły. Choć na najnowszym albumie Ghanki można trafić na utwory równie gładkie, co na długogrającym poprzedniku, to większość kompozycji jest zdecydowanie bardziej agresywna i klubowo zorientowana. By iść artystycznie do przodu, artystka zdecydowała się spojrzeć wstecz, mocno inspirując się wywodzącym się z rodzimego kraju gatunkiem, zwanym highlife.

Efekty słychać już od pierwszych sekund otwierającego album utworu Stuck Up. Tam, gdzie Fountain Baby stawiało na płynne, kołyszące dźwięki, Black Star atakuje całą gamą świdrujących, przytłaczających zmysły bangerów. Przykładami są chociażby rewelacyjny singiel S.M.O , czy agresywne Starkilla.

To płyta, nie tylko metaforycznie, narkotyczna. Ciągłe wzmianki o kolejnych substancjach odurzających podkręcają nastrój nieustannego, niezaspokojonego pożądania, tym bardziej podniecającego, że zupełnie nierzeczywistego. Groteskowość i zagubienie w tych odczuciach perfekcyjnie oddaje refren utworu She Is My Drug, “coverujący” legendarne Believe Cher.

Do you believe in love off the drugs?
I can feel the rush and I lean into you
I really don’t think you’re strong enough, oh

Amaarae najsilniej pokazuje nową twarz w otoczeniu artystów, kojarzonych z gatunkami dotychczas jej obcymi. Świetnym przykładem jest klubowo-cukierkowe Kiss Me Thru The Phone Pt.2 z Pink Panthress, płynnie integrujące ich pozornie przeciwstawne sposoby artystycznej ekspresji.

Prawdziwą perełka aranżacyjną jest utwór Dream Scenario. W pierwszej części zaskakiwani jesteśmy całą gamą organicznych i komputerowych dźwięków. Harmonijka, harfa, luksusowe skrzypce i cała gama syntezatorów wspierają mocno zmodulowany głos Amaarae w przejściu do drugiej, ascetycznej połowy kompozycji. Tutaj delikatne klawisze i śliczny chór pozwalają w pełni wybrzmieć popisowemu występowi Charliego Wilsona.

Black Star to album, który dosadnie pokazuje, że Amaarae ma szansę stać się jedną z największych gwiazd światowej muzyki pop. W swojej twórczości w znakomity sposób łączy dziedzictwo afrykańskiej muzyki rozrywkowej ze współczesnymi trendami, wykorzystując je do swobodnej ekspresji własnej seksualności i emocjonalności. Przy pomocy Naomi Campbell w utworze ms60, jasno deklaruje: I am the black star. Nie da się z nią nie zgodzić.

Michał Lach

 

Earl Sweatshirt

Przewodowe słuchawki, stare niemarkowe mp-3’ki, przytłumione głosy skejterów, przełamywane przez stukot desek zza okna blokowiska. Tak – w mojej głowie –  brzmią przełomowe dla współczesnej sceny hip-hopowej czasy rozkwitu grupy Odd Future. Buntowniczej, zrywnej ekipy młodych chłopaków z Los Angeles, zmierzających wbrew głównym nurtom.  Co więcej, byli członkowie nieistniejącego już składu dalej definiują brzmienie o wiele bardziej przystępnego hip-hopu (i nie tylko!) tej dekady (patrz Tyler The Creator, Frank Ocean, The Internet).

O należącym do kolektywu Earlu Sweatshircie mówiono ,,złote dziecko” kalifornijskiej gry. Już w wieku 16 lat wydał, nazwany od ksywki, mixtape Earl. To był swoisty początek legendy kalifornijskiego rapera. Wówczas w świadomości słuchaczy zapisał się jako artysta o niebagatelnym zasobie rymów i ponadprzeciętnym flow.

Na przestrzeni lat muzyka Earla pokonała długą drogę. Od nieco horrorcorowego Doris, przez mroczne I Don’t Like Shit I Don’t Go Outside, dalej moje ukochane Some Rap Songs – album abstrakcyjny, dziwaczny, zakrawający o stylistykę kalifornijskiej sceny LA Beat, po pandemiczne Sick! – showcase trapujących eksperymentów, przekomarzających się z, charakterystycznym już, nietypowym flow artysty, wykraczającym poza standardową rytmikę.

Wszystkie te albumy mają jednak wspólną stylistykę i rodzaj przekazywanej wrażliwości. Earl Sweatshirt to raper zazwyczaj kojarzony z ciężkimi tekstami. Uzewnętrznia się w swojej muzyce, w której mówi o porażkach i silnych przeżyciach, w tym o trudnej relacji ze swoim ojcem, która mocno go ukształtowała

Jako wielcy fani jego talentu,  jesteśmy niezwykle uradowani tym, co proponuje Sweatshirt w najnowszym wydaniu. Z końcem sierpnia ukazał się piąty studyjny album rapera, zatytułowany, nieco na przekór, Live, Laugh, Love. Tu słyszymy Earla dojrzałego, oszlifowanego, i chyba… szczęśliwego?

Z tej okazji Artystą Tygodnia w Radiu Luz zostaje Earl Sweatshirt.

Pokusiliśmy się o recenzje owego krążka:


Live, Laugh, Love

2025

Tan Cressida Records

Live, Laugh, Love jest swego rodzaju laurką, posłanaą klasyce z Los Angeles. To jedna wielka machina, składająca się z pojedynczych zębatek. Te zębatki-utwory pracują razem stabilnym tempem, jedna za drugą, przez co album sprawia wrażenie niekończącej się, płynącej w nieznane fali. Live, Laugh, Love słucha się wielce jednolicie. Dla niektórych może być to sporą wadą, gdyż utwory zlewają się jedną całość, co momentami brzmi powtarzalnie. To raczej produkcja dla koneserów muzyki opartej na loopach o klasycznym J Dillowym / Madlibowym sznycie. Za produkcje na większości utworów odpowiada Theravada, który dowiózł bardzo spójny sonicznie całokształt. Listę współtwórców uzupełnia producent Black Noi$e (Live, Static) i własny produkcyjny wkład rapera na zamykającym krążek Exhaust.

Mimo, że nowy album odbiega brzmieniowo od eksperymentalnego Some Rap Songs, a produkcyjnie znajduje się nawet na przeciwnym  spektrum, to lirycznie są blisko spokrewnione. Przycięte na na wymiar instrumentale są bombardowane pokrzywionym flow rapera. Live, Laugh, Love to mozaika złożona z drobnych wycinków rozmów, inside-joke’ów, czy nawiązań do świata koszykówki. Jest niczym nieograniczonym strumieniem świadomości, otulonym ciepłem, dowiezionym przez producentów.

Nazwa zdaje się nawiązywać do milenialskich, nieco obciachowych haseł z obrazków rodem ze sklepu z meblami. To swego rodzaju gra z odbiorcą, któremu Earl ironicznie daje znać, że znalazł się w nieco innym momencie swojego życia, niż w swoich smutnych autobiografiach z przeszłości. Słychać tu jednak zarówno szesnastoletniego Earla, bawiącego się muzyką, posępiałego Sweatshirta z czasów IDLSIDGO, jak i świeży sznyt, który do albumu wprowadza ta dojrzała wersja rapera. Całość jest bardzo skondensowana, ale nie da się jej opisać lepszym zwrotem niż easy-listening. Po prostu chce się słuchać więcej.

LLL to zdecydownie nie jest mój ulubiony projekt Earla Sweatshirta. Nie jest to też projekt jakkolwiek rewolucyjny. Ma natomiast wielkie znaczenie dla fanów rapera, którzy pragną śledzić życiowy rozwój twórcy. Ta sentymentalno-emocjonalna wartość niesie za sobą fenomenalnie solidną warstwę muzyczną, która wciąga, niemal hipnotyzuje. Niestety, bitom brakuje nieco wariactwa, przez co Live, Laugh, Love muzycznie jest zbyt grzeczne, jak na to, do czego przyzwyczaił nas kalifornijczyk. Jest jednak świadectwem swoistej dojrzałości muzycznej, pewnym kamieniem milowym, z którego osiągnięcia, fani Sweatshirta powinni się jedynie cieszyć.

Ulubione utwory: CRISCO, TOURMALINE, gsw vs sac

Filip Juszczak


Pierwsze skojarzenie, jakie przychodziło mi dotychczas do głowy, kiedy myślałem o twórczości Earla Sweatshirt’a, to niewątpliwie smutek. Jednak ósma płyta Earl’a, Live Laugh Love, to argument potwierdzający tezę, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Że każda studnia bez dna ma wystającą cegłówkę, za którą czasami musimy się kurczowo chwycić i utrzymać ciężar własnych tragedii, czy porażek, aby ostatecznie wrócić na powierzchnię.  

Album Live Laugh Love to kolejna z krypto=terapeutycznych sesji, do jakich przyzwyczaił nas już raper swoimi wcześniejszymi wydawnictwami. Tym razem, mamy jednak do czynienia z czasem dobrym, oswojonym i przepracowanym. LLL to płyta będącą celebracją ciągłego rozwoju i odwrócenia losu, który dla Earl’a nie zawsze był łaskawy. 

Cofnijmy się 10 lat wstecz, do roku 2015, kiedy to na kanale youtubowym Earl’a ukazała się EP-ka Solace. Róż okładki stwarza pozór przyjemności, który bardzo szybko raper równa z ziemią, zderzając słuchacza z absolutną apatią, stanami lękowymi, czy depresją. Trafne oddanie tak personalnych i subiektywnych uczuć to sztuka sama w sobie, nie wspominając, że Earl wrzucił ten projekt bez żadnej zapowiedzi. Po fakcie po prostu dał o tym znać na swoim Twitterze. 

Pewne rzeczy się nie zmieniają, bo o premierze LLL, Earl również poinformował za pośrednictwem mediów społecznościowych niecałe 5 dni przed premierą. O nowym projekcie Sweatshirt’a mówiło się od dawna, tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej do sieci wyciekły informacje o tajnej imprezie” w Nowym Jorku, gdzie raper po raz pierwszy zaprezentował nowy materiał.  

Po wcześniejszych eksperymentach z trapem (jak na przykład na 2010 z albumu SICK!, czy bliskiej współpracy z artystami labelu 10k Records pokroju Niontay’a oraz MIKE’a) byłem przekonany, że LLL będzie nową wersją Sweatshirt’a. Wersją nieco futurystyczną, która nie pomija aspektów lirycznych na rzecz rozpruwającego basu. Coś w stylu projektów Pinball autorstwa wcześniej wspomnianego MIKE’a oraz producenta Tonego Seltzer’a. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zderzyłem się z falą dźwięku bardziej nostalgicznego, niż bezprecedensowego. Live Laugh Love przywodzi na myśl niezrozumiałe dźwięki Some Rap Songs, tym razem w wydaniu nieco gładszym i bardziej przystępnym.

Są to utwory zaskakująco spójne, głównie z uwagi na jednostajny, lecz nienużący wokal Earl’a. Ten hipnotyczny stan, jakiego doświadczamy przez 26 minut trwania całego LLL, utwierdza w przekonaniu o immersyjnym drygu Sweatshirt’a, ale również udowadnia, że jest to dla Earl’a czas samoświadomego spokoju. Przełom? Niekoniecznie. Live Laugh Love jest bardziej jak renesans, w którym artysta zdejmuje z twarzy smutek na rzecz dojrzałej odpowiedzialności za swój los. Jako wierny fan Earl’a, niezmiernie cieszy mnie jego powrót, ale przede wszystkim jasna barwa wszystkich myśli, jakie prezentuje na LLL.  Tak trzymać Wujku!

Jędrzej Śmiałowski

Avant Art Festival 2025

Festiwal Avant Art to multidyscyplinarny przegląd sztuk — muzycznych, filmowych, wizualnych i performatywnych, który po raz osiemnasty zagości we Wrocławiu i po raz dziewiąty w Warszawie. Od 4 do 14 września serce Dolnego Śląska stanie się miejscem dźwiękowych eksperymentów, stanowiących punkt wyjścia do dalszych refleksji – nad tematami tożsamości, migracji i dziedzictwa kolonialnego. Jednym z tematów przewodnich tegorocznej edycji Avant Artu jest relacja człowieka i technologii — napięcia, inspiracje i pytania, które rodzą się na styku natury i syntetyczności. W ramach pasma Artysta Tygodnia prezentujemy sylwetki twórców, którzy pojawią się na festiwalu — muzyków, performerów i artystów wizualnych, dla których eksperyment staje się narzędziem przekraczania granic sztuki.

 

To nie tylko muzyka


Avant Art to nie tylko koncerty, czy DJ sety. Festiwal współpracuje z kultowym wrocławskim kinem Nowe Horyzonty, w którym równolegle do występów muzycznych odbędą się projekcje filmów dokumentalnych. Tym, co łączy wszystkie tytuły tegorocznej odsłony Avant Art Film, są poszukiwania wolności twórczej, motywy eksperymentu czy bunt. W repertuarze znajdują się między innymi Naked and Famous: Tricky, wyreżyserowany przez Marka Fidela, In the Court of the Crimson King: King Crimson at 50 autorstwa Toby’ego Amiesaczy White Riot reżyserki Rubiki Shah.

Richie Culver, muzyk i artysta wizualny, otworzy wrocławską odsłonę festiwalu swoim występem live actowym i solową wystawą. Prace Brytyjczyka cechują się surowością i oszczędnością formy — tworzy wizualne lo-fi. Niska jakość staje się środkiem stylistycznym, postaci ludzkie przedstawiane na obrazach zatracają tożsamość, a maszyny dla kontrastu zyskują empatię. Culver czerpie inspiracje z ruchów podziemia — estetyki industrialu, ulicznych graffiti i muzyki noise. Podczas Avant Art festiwalu zaprezentowana zostanie wystawa YUPPIE, która podobnie jak poprzednie w dorobku artysty, będzie stanowiła podstawę do analizy resztek marzeń i ambicji, charakterystycznych dla czasów późnego kapitalizmu.

Thomas Mahmoud

Lista formacji, które tworzy reprezentant berlińskiej sceny, jest długa. Wraz z Evą Kruijssen uformował eksperymentalno-trip-hopowy duet Black Swan’s End Cake, grając w rytmie noise rocka występował w grupie SFX. Należał też, razem z Geraldem Mandlem i Cemem Oralem, do indie-rockowego zespołu Von Spar, a teraz jest członkiem projektu Tannhäuser Sterben & das Tod. Tworzy on eksperymentalną elektronikę, połączoną z ciężkim gitarowym brzmieniem.

Swoim imieniem i nazwiskiem podpisuje również solowe projekty sound designowe, w których wykorzystuje nagrania terenowe i sprzęt analogowy. Tworzy muzykę celowo nieprawidłową, skupiającą się na tych elementach, które zazwyczaj muzycy odrzucają. W miejsce konwencjonalnych instrumentów podstawia dźwiękowe odpadki — przestery, szumy i trzaski, otrzymując przy ich użyciu kompozycje niezwykle przestrzenne i teksturalne. Przykładem może być wydany przez Mahmounda w 2018 album Univorm. Składa się on z dwóch kilkunastominutowych utworów, które brzmią jak nagrania muzyki, puszczanej w pomieszczeniu z dużym pogłosem. To nie przypadek, że przywodzi na myśl nawiązania do przestrzennego rozkładu dźwięku, bo w twórczości muzyka pojawiały się już projekty, badające relację pomiędzy dźwiękiem a architekturą. W 2010 roku opracował i wykonał na żywo ośmiogodzinny kolaż dźwiękowy Musik als Architektur.

W ramach festiwalu Avant Art we Wrocławiu zaprezentuj swój najnowszy projekt — NYX NYX. Według zapowiedzi wydaje się być zupełnie nową odsłoną artysty — bardziej taneczną i funkową, ale wciąż utrzymaną w jego stylistyce.

Univorm by Thomas Mahmoud

Grischa Lichtenberger & Qba Janicki

Opustoszałe przestrzenie, rozpraszające dźwięki dławiących się maszyn, chropowate tekstury przypominające obdrapane ściany leciwego budynku i zaskakująco żywy groove – tak można by spróbować uchwycić brzmienie Lichtenbergera.

Grischa Lichtenberger to artysta interdyscyplinarny, który swoją myśl przekazuje poprzez dźwięk, obraz i tekst. Artysta zdaje się nie faworyzować żadnej formy przekazu i nie wynosi jednej ponad drugą. Wręcz przeciwnie – żeby złapać sens któregokolwiek z cyklów jego prac należy widzieć, słyszeć, poczuć i doświadczyć. Jego dzieła często nawiązują do konkretnych miejsc i ich dynamiki. Są pewnego rodzaju pejzażami, które przefiltrowane przez wrażliwość Lichtenbergera, przyjmują postać. Myśli uchwycone w konkretnym czasie i miejscu zawsze wydają się być doinformowane o historię, okoliczności i personalną relacje artysty i jego najbliższego otoczenia. Na przykład And IV (Inertia) powstało na skutek próby odnalezienia się artysty w Berlinie. Topografia miasta i jego metaforyczna struktura stały się inspiracją do stworzenia albumu, który brzmi nerwowo, mechanicznie i chropowato. Wszystko pracuje tu w sposób złożony i zoptymalizowany. Wydajność i mechaniczność tego albumu obnażają chłód i gwałtowność, które stoją w sprzeczności z pragnieniem spokoju i ciepła.

And IV (Inertia) by Grischa Lichtenberger

Qba Janicki jest perkusistą związanym z bydgoskim klubem Mózg, który skupia muzyków sceny yassowej. Współpracował m.in. z Peterem Brötzmannem, Jerzym Mazzollem i Toshinorim Kondo. W swojej twórczości łączy techniczną wirtuozerię gry na perkusji z instrumentami własnej konstrukcji. Jego album Intuitive Mathematics to połączenie improwizowanej gry na perkusji z resztkami brzmień perkusyjnych wzmacnianych piezoelektrycznie.

Intuitive Mathematics by Qba Janicki

Muzycy wystąpią wspólnie na tegorocznej edycji Avant Artu. Ich koncert będzie eksploracją miejsca, w którym ludzka improwizacja spotyka się z cyfrową precyzją.

Aja Ireland

Aja Ireland to queerowa reprezentantka brytyjskiej sceny eksperymentalno-klubowej. Współpracowała z artystką Joеy Holder przy instalacjach pokazywanych m.in. na Biennale w Atenach i British Art Show, tworzyła multimedialne performanse wraz z projektantką LULALOOP, a w ramach Queer Noise Club redefiniuje przestrzeń klubową jako miejsce budowania wspólnoty i oporu przed dyskryminacją. W swoich solowych projektach łączy industrial, noise i deconstructed club z cielesnym performansem i silną queerową tożsamością. Jej dyskografia obejmuje wydany przez Opal Tapes album SLUG (2021), który znalazł się na listach podsumowujących rok w Creative Review oraz świeży materiał ze stycznia tego roku – Cryptid (2025, Infinite Machine). Jest to intymne, pełne sprzeczności soniczne archiwum, w którym Aja mierzy się z żałobą, wypaleniem i potrzebą przetrwania. Krytycy określają go jako „poetycki kolaż noise’u, future trapu i eksperymentalnego bassu”.

Podczas tegorocznej edycji Avant Art Festival Aja Ireland zaprezentuje Cryptid w formie performatywnego live actu, w którym dźwięk, ciało i obraz tworzą organiczną całość. To będzie jedno z najbardziej konfrontacyjnych, ale i oczyszczających doświadczeń festiwalu – muzyka o sile rytuału, powstała na styku sztuki, aktywizmu i klubowej ekspresji.

Aja Ireland – Cryptid

Mopcut ft. MC dälek

Mopcut, międzynarodowe trio założone w 2018 roku przez Audrey Chen (wokal i analogowe syntezatory), Juliena Despreza (gitara elektryczna) i Lukasa Königa (perkusja i syntezatory), to jedna z najbardziej wyrazistych formacji współczesnej sceny eksperymentalnej. Łączą free jazzową improwizację, noise’owy chaos i punkową ekspresję w performansy, które są absolutnie immersyjnym doświadczeniem dzwiękowym. Ich najnowszy album RYOK, wydany 2 maja 2025 roku, jest manifestacją płynność stylów: od dekonstrukcji groove’ów i rockowych riffów, aż po eksplodujący hip-hopowy kawałek Where to Begin, z gościnnym udziałem MC dälek. Całość składa się z 9 intensywnych, pełnowymiarowych utworów, które kontestują nasze oczekiwania wobec struktury i percepcji dźwięku. Właśnie utwór Where To Begin pokazuje, jak bezbłędnie MC dälek (Will Brooks) odnajduje się w hałaśliwym, punkowym świecie Mopcut — jego rap stapia się z oscylacjami, szarpnięciami, pęknięciami i szorstkim wokalem Audrey Chen.

Na Avant Art Festiwalu Mopcut wystąpi ze swoim noise-jazzowo-punkowym arsenałem, a MC dälek dołączy jako gość, tworząc eksplozję mroczniejszej strony hip-hopu, zanurzonej w dysonansie i intensywności.

Mopcut – RYOK

IFS MA

Trio łączy melorecytacje z gęstymi, wijącymi się beatami, wywołującymi wrażenie bycia w wyjątkowo dziwnym śnie — takim, który deformuje to, co znajome i rzuca w zupełnie inny kontekst. Głos japońskiego rapera MA jest tu równie ważnym instrumentem, co elektroniczny sprzęt Mateusza Wysockiego (Fischerle) i Krzysztofa Ostrowskiego. W rytualny, niemal teatralny sposób dopełnia natarczywy hip-hopowo-footworkowy podkład, spinając wszystko w surrealistyczną całość. W lutym 2023 roku trio wydało swój pierwszy album REIFSMA we wrocławskim outlines, a 12 września tego roku ukażę się ich kolejne wspólne wydawnictwo, 波動 (HADOW). Zdecydowanie będzie to materiał odmienny od wcześniejszego. Już otwierający album utwór sugeruje zmianę kierunku: zespół zmierza ku spójniejszej, bardziej usystematyzowanej formie, w której abstrakcja ustępuje precyzji.

波動 (HADOW) by IFS meets MA

Maja Michalik, Dominik Lentas, Grzesiek Dukaczewski

TOPS

Taniec światła i cienia w wykonaniu zespołu TOPS

Ich muzyka łączy eteryczność dream popu z lekkością indie i synth popu, doprawioną funkowym rytmem i pełnymi barw partiami syntezatorów. TOPS to zespół z górnej półki. Nowe single, zapowiadające ich najnowszy album Bury the key, który ukaże się 22 sierpnia 2025 roku, (pierwszy od pięciu lat longplay) potwierdzają, że nazwa grupy to nie tylko obietnica pięknego brzmienia, ale jego gwarancja.

 

From the TOPS

Zespół z Montrealu uformował się w 2011 roku, kiedy Jane Penny, David Carriere (dawni członkowie grupy Silly Kissers) połączyli się z perkusistą Riley’im Fleckiem. Ich wspólna miłość do vintage brzmień z lat 70 i 80 zaowocowała powstaniem TOPS, który dość szybko zyskał uznanie na kanadyjskiej scenie indie popowej. Zespół od początku był dzieckiem wydawnictwa Arbutus Records, labelu, który zyskał rozgłos po wydaniu pierwszych albumów Grimes i kooperacji przy słynnym Visions z 2012 roku. W tym samym roku TOPS wydali swój pierwszy album zatytułowany Tender Opposites i już wtedy wyznaczyli drogowskaz gatunkowy w którym orbitują do dziś.

Picture you staring (2014) to drugi album zespołu, który przyniósł dojrzalsze niż debiut i bardziej określające brzmienia. Głównym motywem jest w nim dostrzeganie niedostrzegalnego — poruszanie się w niepewności, wśród domysłów i poprzez wyobraźnię. Nie jest to pop dla naiwnych, ale poszukiwaczy wrażliwości, próbujących zatrzymać czas w określonym momencie.

Is that the way that you are?/ I can picture you staring/ Out the window/ Not caring — wyłapanie tego wersu w, Way to be loved, które rozpoczyna album, sprawia słuchaczowi dużą satysfakcję, choć pojawia się odrobinę za wcześnie w kontekście pozostałych utworów. Na tle innych kompozycji szczególnie wyróżnia się Outside unoszący się na miękkich i długich syntezatorach. Przynosi na myśl nostalgię budowaną u Mazzy Star, lynchowski wymiar sennego wokalu połączonego z gitarą — w tym przypadku gitarą barytonową.

W 2017 roku, do TOPS dołączyła Marta Cikojevic jako klawiszowiec, wzbogacając grupę o nową warstwę brzmieniową. W tym samym roku powstał też ich trzeci studyjny album zatytułowany Sugar at the Gate.

W swoim trzecim albumie zespół TOPS z Montrealu dopracował swoje brzmienie i uściślił swoją estetykę. Te sprytnie wyprodukowane utwory soft rockowe charakteryzują się elegancką atmosferą i vintage’owym ciepłem.

Tak o albumie pisał Kevin Lozano z Pitchfork, oceniając go na zawrotną liczbę 7,4/10.  Kiedy TOPS przenieśli się z Montrealu do Los Angeles, wynajęli dom w Glendale, który wyglądał jak z pocztówki z lat 70. — duża willa z kolumnami, zielonym ogrodem i basenem. Nazywali to miejsce „Glamdale”. Właśnie tam powstał album Sugar at the Gate

To płyta, która oddycha. Słychać w niej echo pustych pokoi, w których mikrofony łapały nie tylko dźwięk, ale też kurz i atmosferę ukrytą między dźwiękami. Jest tu kalifornijska jasność, ale nie ta pocztówkowa z plażami i palmami. Bardziej ta z filmów Sofii Coppoli — trochę senna, trochę depresyjna. Lekkość podszyta refleksją. Album nie zatracił jednak swojej słoneczności, którą zespół emanuje muzycznie. Tonem i estetyką wpisuje się w klimat Zachodniego Wybrzeża – jasny, lekki, lecz nie stereotypowy. Zachowuje to, z czego TOPS słynęli do tej pory, doskonale operując nostalgią. Muzycy zgrabnie wykorzystali na albumie kasetową estetykę, przesterowanie, kicz i sentymentalny groove. Sugar at the Gate rozwija się powoli, pozwalając kolejnym detalom wybrzmieć z czasem w przestrzennych aranżacjach — to album wymagający uwagi.

Direct Sunlight to utwór otwierający kolejną podróż TOPS w stronę lat 70 i 80 35-minutową płytę I feel alive z 2020 roku. Bas i perkusja miękko niosą rytm, a ciepłe dźwięki Rhodesa i zwiewne frazy fletu poprzecznego w wykonaniu Jane Penny rozszerzają przestrzeń, jakby zespół nabierał głęboki wdech tuż przed skokiem do letniego basenu. Ten album wydaje się jeszcze jaśniejszy, niż dotychczasowy dorobek zespołu, zwłaszcza jeśli myślimy o brzmieniu i wymowie warstwy tekstowej. I feel alive jest opowieścią o odporności na bolesne doświadczenia życiowe i wynoszeniu z nich jak najwięcej mądrości. Nie ma na nim przesadnego optymizmu, a jest raczej taniec we łzach, w których smutek staje się oczyszczający i budujący. 

W Ballads & Sad movies wokal Jane Penny jest mocno nasycony emocjami gdy śpiewa:

My favorite ballads and sad movies/
Don’t do nothing for me now/
Unfamiliar ending and sound
.

Okazuje się że nostalgia bywa mieczem obosiecznym, ale sam przekaz krzyku I don’t know who I am anymore, łagodzi eteryczna warstwa muzyczna, przenosząc efekt ciężkości na drugą stronę płyty.

Dobre wrażenie robi też utwór Colder & Closer zbudowany na kontrastach i metalicznym brzmieniu perkusji. Lirycznie opowiada o grze w „ciepło-zimno” z drugą osobą. Chłód niekojarzący się z bliskością jest reakcją na niepewność uczuć. Niejednoznaczność tekstu sprawia, że piosenka brzmi, jak zapis sprzecznych sygnałów. Całość dopełnia teledysk, wykorzystujący termowizję jako metaforę uniku przed intymnością.

Jane Penny, David Carriere, Marta Cikojevic i Riley Fleck, dotąd mistrzowie bezbłędnych, groove’owych perełek, tym razem otwierają drzwi do mroczniejszego wymiaru swojej twórczości. Zespół nazywa ten okres swoją „złą erą TOPS”. Faktycznie, ich miękkie, pastelowe brzmienia zostały tu nasycone niepokojącym nastrojem i fatalistycznym dramatyzmem disco po zmroku. To wciąż dobrze znana, nieco taneczna, miejska nostalgia, ale ubrana w nieco inny koloryt, niż w przypadku poprzednich wydawnictw.

Single zapowiadające nowy album, zatytułowany Bury the Key pokazują, że zespół eksperymentuje z nową estetyką ich dotychczasowej muzycznej tożsamości. Annihilation pulsuje chłodnym syntezatorem i tajemnicą, Falling on My Sword charakteryzuje buntowniczość, a Chlorine wprowadza spokojniejszy, znany z wcześniejszej twórczości TOPS refleksyjny ton. Łączą się w przemyślaną, a zarazem wielobarwną strukturę, która każe z niecierpliwością wyczekiwać nowego albumu. 

Julia Prus

Błoto

Po serii konceptualnych albumów, które ugruntowały ich pozycję jako jednego z najciekawszych zjawisk na styku jazzu, elektroniki i eksperymentu, Błoto powraca z nowym materiałem. Grzyby to ich najnowsze wydanie. Z okazji premiery EPki, w tym tygodniu na antenie Radia LUZ zanurzymy się w dźwiękowy mikrokosmos Błota. Pełen narracji bez słów i brzmień zakorzenionych w naturze, mówiących więcej, niż niejeden manifest.

Zespół Błoto to wrocławski kwartet, który powstał w 2020 roku.  Prezentują muzykę otwartą, emocjonalną i głęboko zakorzenioną w tu i teraz. W jego skład wchodzą: Marek Pędziwiatr ,,Latarnik” (syntezatory, instrumenty klawiszowe), Marcin Rak (perkusja), Paweł Stachowiak ,,Wuja HZG” (gitara basowa) oraz Olaf Węgier (saksofony, syntezatory). Projekt narodził się spontanicznie, podczas wolnego dnia w trakcie trasy koncertowej EABS, kiedy muzycy postanowili na szybko znaleźć studio do jam session. Dźwięki, który wypełniły przestrzeń, przyszły im szybko i naturalnie, a były one brudne i  lepkie stąd też  nazwa ich projektu.

Błoto tworzy albumy jako silnie konceptualne narracje – oparte na naturze, napięciu i procesach społecznych. Zespół nie jest zainteresowany przypisywaniem swojej muzyki do konkretnego gatunku.  Traktuje ją jako środek ekspresji, a nie zamkniętą formę. Kompozycje nie tylko czerpią z przyrody one stają się jej dźwiękowym odpowiednikiem. Przeistaczają jak erozja, rozrastają jak grzybnia, przytłaczają barwami jak kwitnące pola cała dyskografia pozostaje grząska, ale i urodzajna.

Wyraźnym motywem w twórczości grupy jest operowanie kontrastem. Cofając się do początków dyskografii, łatwo dostrzec, że każdy album oparty jest na przeciwieństwach – grzyby lecznicze skonfrontowane są z trującymi, kwasy zderzają się z zasadami, a zniewolone w ogrodach kwiaty spoglądają z tęsknotą na te wolne, dziko rosnące. Debiut Błota, zapis spontanicznej sesji improwizacyjnej, czyli album Erozje, również zahacza o przeciwstawność. Zestawia ze sobą przekształcenia powierzchni Ziemi, wywołane przez naturę, z tymi, których sprawcą jest człowiek. Te przeciwstawności, które pojawiają się w koncepcjach albumów, znajdują odzwierciedlenie również w brzmieniu. Żywym, organicznym dźwiękom towarzyszą syntetyczne, przetworzone elektroniczne, a utwory, które następują po sobie w obrębie poszczególnych albumów, kontrastują dynamiką i tempem. I chociaż kontrast, to środek stylistyczny, który w założeniu zwraca uwagę na różnice, Błoto ma szczególną umiejętność do stawiania znaku równości między opozycjami. Okazuje się, że z połączenia nawet największych skrajności można otrzymać spójną całość. Najlepiej przekonać się o tym, słuchając całych albumów grupy,  zamiast tylko pojedynczych utworów.


Erozje, Kwiatostan

2020

Astigmatic Records

Erozje to album, który wydzielił nowy szlak w karierze muzyków i dał początek grupie. To płynąca muzyczna opowieść o mocnym charakterze, gdyż nie brak w niej takich emocji, jak złość, czy frustracja. Napięcie przeplata się z ulgą związaną z jego rozładowaniem, co zaciekawia i zachęca do dalszego słuchania, pozostawiając niedosyt, gdy ta muzyczna opowieść się kończy. Ochoty na więcej pracy w tym składzie nabrał też sam kwartet. Właśnie dlatego, jeszcze tego samego roku, Błoto wydało kolejnego longplay’a, zatytułowanego Kwiatostan. Drugie wydanie formacji nabiera tempa stopniowo, ale łączenie elektroniki z jazzem jest śmiałe od samego początku. Utwory, czerpiące nazwy od kwiatów ogrodowych, są spokojne i utrzymane w ładzie. Te zaś, których imiennikami są rośliny dzikie i wolne, rozrastają się w każdym możliwym kierunku, zahaczając o najróżniejsze gatunki muzyczne, daleko poza ramy wyznaczonymi przez pojęcie jazz.


Okładka albumu Kwasy i Zasady zespołu Błoto

Kwasy I Zasady

2021

Astigmatic Records

To album, po którym Błoto pozostawiło słuchaczy na kolejne trzy lata swojej przerwy. Ten chemiczny, naukowy tytuł należy tłumaczyć jako przywary i cnoty ludzkie –  złe cechy to kwasy, a dobre to zasady. Na krążku występują właśnie w takiej kolejności, co wyraźnie słychać. Dźwiękowe przedstawienia Ignorancji, Farmazonu czy Hipokryzji są ciężkie, zawiłe, czerpiące wiele z free jazzu. Z kolej utwory takie jak Pokora czy Autentyzm schodzą z tonu  wplatają zdecydowanie więcej elementów muzyki elektronicznej. Choć chciałoby się powiedzieć, że to cnoty są przyjemniejsze dla ucha, okazuje się, że zarówno Kwasy, jak i Zasady uwodzą słuchaczy. Trzeci album Błota sprawił też, że wszyscy ostatecznie zaakceptowali grupę jako odrębny zespół, a nie tylko poboczny projekt „okrojonego EABS-u„.


Okładka albumu Grzybnia od zespołu Błoto

Grzybnia

2024

Astigmatic Records

Tak jak jej naturalny odpowiednik, który znajdziemy pod ściółką leśną, tak też Grzybnia od zespołu Błoto jest żywa i połączona w spójną całość. Pojedyncze utwory-owocniki zaskakują nietuzinkowymi połączeniami elektroniki i nu-jazzu. Na najwięcej uwagi zasługuje jednak konstrukcja całości. Przypomina niemalże jeden długi utwór, którego, słuchając od początku do końca, nie da się podzielić na części. Większość twórczości zespołu jest wynikiem improwizowanych sesji, a podział na utwory odbywa się dopiero potem. Zmiany nastroju są obecne, jakby zależne od właściwości grzyba, od którego dany numer bierze nazwę – od wielobarwnej, halucynogennej Łysiczki, po śmiałą, ale trującą Podostromę.


Grzyby

2025

Astigmatic Records

EP Grzyby to najnowszy krok organicznej estetyki Błota. Tym razem zespół powraca do leśnych klimatów brzmień w hipnotycznej, cięższej i pełnej napięcia odsłonie. Płytę zdominowały głębokie, pulsujące basy, repetetywne struktury rytmiczne oraz surowe elektroniczne brzmienia, które tworzą nastrój powolnego rozkładu, ale i nieuniknionej przemiany. Szerokie spektrum dźwięków jest gęste, wilgotne, niemal namacalne. Doskonale oddaje tytułowy motyw Grzybów jako bytów, żyjących w cieniu, w procesie powolnej regeneracji i rozkładu.

 

Grzyby by Błoto

Jeśli chcecie poznać ich jeszcze bliżej, zajrzyjcie do naszego wywiadu, w którym opowiadają o swojej drodze, procesie twórczym oraz rzucają nowe światło na zespół.

Julia Kuźnik & Maja Michalik