Archiwum

Lido Pimienta

Eksperymentalność. Ekspresja. Bezkompromisowość. Honorowanie korzeni i tradycji. Sztuki wizualne. Wykraczanie poza wszelkie ramy. W czasach, w których wydawałoby się, że w muzyce wydarzyło się już wszystko, dostajemy osobistą definicję piękna w postaci albumu La Belleza. Jest on połączeniem kolumbijskiej cumbii z… orkiestrą. Jego twórczyni, Lido Pimienta, zostaje Artystką Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Kolumibjsko-kanadyjska muzyczka i producentka już od trzech dekad tworzy sztukę, która zderza tradycję z eksperymentalnością, poezję z gniewem, a elektronikę z duszą. Jej twórczość to nie tylko płyty – to wyzwania rzucone światu. Kanadyjski dziennik The Globe and Mail określił Pimientę jako „odważną, zuchwałą i polaryzującą” osobowość, nieustannie konfrontującą się z władzą. Jej głos jest jak zjawisko pogodowe – z jednej strony miękki i eteryczny, z drugiej niespodziewanie potężny. Jej sztuce przewodzi konkretna misja: autentyczność i transformacja. To zarówno jej osobista podróż, jak i kolektywne wezwanie do refleksji i zmiany.


Color EP
2010

 

Pierwszy album Pimienty to z jednej strony pamiętnik z czasów formowania się tożsamości a z drugiej,
w efekcie, manifest niezależności – choć wtedy jeszcze szeptany, nie krzyczany.
Nagrany w domowych warunkach, z pomocą męża-producenta, Color to, w szerszym kontekście, dźwiękowa mapa pierwszych prób oswojenia nowej rzeczywistości imigrantki w Kanadzie. Muzycznie zaś – lo-fi elektronika z eksperymentalnymi strukturami, często przypominającymi dziennik snów.

No soy de aquí, no soy de allá / soy de la esquina rota de mi identidad
Nie jestem stąd, nie jestem stamtąd / jestem z pękniętego rogu mojej tożsamości

To płyta o byciu pomiędzy – językami, kontynentami, emocjami. Choć brakuje tu jeszcze klarowności znanej z późniejszych prac, to właśnie ta niepewność sprawia, że Color brzmi tak autentycznie. To pierwszy rozdział historii kobiety, która dopiero uczy się nazywać swoje traumy i swoje marzenia. Narodziny artystki, która jeszcze nie wie, że lada moment stanie się jedną z najoryginalniejszych postaci latynoamerykańskiej sceny.



La Papessa
2016

 

Lido wychodzi z cienia na La Papessa – i to dosłownie. Po latach toksycznej relacji, która ograniczała jej niezależność, przejmuje pełną kontrolę nad procesem twórczym. Sama komponuje, produkuje, miksuje. W efekcie tworzy album nie tylko spójny, ale także silnie osobisty. Duchowy, a zarazem cielesny. Waśnie ta płyta sprawiła, że zaczęło być o niej głośno.

Tytułowa „papieżyca” to symbol buntu wobec systemu, w którym władza (duchowa i polityczna) zarezerwowana jest dla mężczyzn. Lido buduje własną świątynię, której duchowość pulsuje w syntezatorach, a mistycyzm płynie z tradycyjnych rytmów bullerengue, mapalé i champeta, splecionych z ambientem i glitch-popem. To płyta kontemplacyjna, ale nie mdła – bardziej rytualna niż rozrywkowa.

Mi voz no pide permiso / mi cuerpo no debe nada
Mój głos nie prosi o pozwolenie / moje ciało niczego nie jest wam winne

Te słowa nie tylko wyznaczają kierunek albumu, ale też całej późniejszej twórczości Lido. La Papessa to album o sprawczości – głęboko osobisty, a zarazem uniwersalny. Artystka otrzymała za niego prestiżową kanadyjską nagrodę Polaris – jako pierwsza artystka śpiewająca głównie po hiszpańsku.

 



Miss Colombia
2020

Inspiracją dla tytułu był konkurs Miss Universe 2015.  W jego trakcie omyłkowo wręczono koronę kolumbijskiej kandydatce , a po chwili ją odebrano i przekazano kandydatce z Filipin. Miss Colombia jest symbolicznym odzyskaniem przez Pimientę kontroli w branży przesiąkniętej rasizmem i mizoginią. Lido bierze tu na warsztat wszystko, co ją boli: kolonializm, dyskryminację, toksyczny patriotyzm. To płyta o rozdarciu – między dumą z ojczyzny a świadomością jej brutalnej historii.

Muzycznie jest najbardziej „kolumbijskim” albumem artystki, choć zrobionym na własnych zasadach. Tradycyjne rytmy cumbia i porro przeplatają się z elektroniką oraz chórkami dziecięcymi i podane są w bardzo eksperymentalnych formach.

Najmocniejszym momentem na płycie jest utwór Nada. Pimienta prowadzi w nim wokalny dialog z Li Saumet z Bomba Estéreo. Choć pełno w nim bólu, nie jest użalaniem się. Lido przedstawia cierpienie jako źródła siły.

Yo te soy sincero / Si es que mañana muero / No le tengo miedo / Pues soy mujer y llevo / El dolor adentroBędę z Tobą szczera / Jeśli jutro mam umrzeć / Nie boję się tego / Jestem kobietą / I noszę ból w sobie

Co więcej, Lido napisała ten utwór kilka dni po narodzinach swojej córki, co opisuje jako szok i traumę dla ciała.

Po porodzie moje ciało miało dziurę. Czułam się pusta, a jednocześnie ciężka.
Ten rodzaj bólu (…) trudno opisać. To przenikliwy ból, w twoim wnętrzu. To skłoniło mnie do refleksji nad bólami menstruacyjnymi, kiedy byłam jeszcze nastolatką i nie rozumiałam, dlaczego „bycie kobietą” oznacza krwawienie i ból, a mimo to jesteśmy „słabszą płcią”. (…) Czuję, jakby moja córka podarowała mi tę piosenkę, aby ją chronić i powiedzieć jej: Nie bój się śmierci, to najmniejsze z twoich zmartwień, jesteś kobietą na świecie. Jeśli śmierć zapuka do twoich drzwi, nie będzie to najgorsza rzecz, jaka może ci się przydarzyć.

Ten ból słychać w jej głosie – wyraźnie, niemal dotkliwie. Wokal  Pimienty, tak jak jej muzyka, zmieniał się z każdym przesunięciem granicy, z każdą raną i przebudzeniem. Niezmienna pozostaje ekspresja – głos i ciało poruszają się w absolutnej symbiozie. Trudno powiedzieć, co prowadzi – dźwięk czy gest. Jedno jest pewne: Pimienta śpiewa w sposób hipnotyzujący.

Niecały rok po premierze Miss Colombia Lido Pimienta zapisała się w historii jako pierwsza czarnoskóra kobieta, która skomponowała utwór dla New York City Ballet. Stworzony w 2021 roku Sky to Hold przemycał na scenę baletową brzmienia takie jak dembow czy vallenato, wynosząc ludowe gatunki do rangi sztuki wyższej.


 

La Belleza
2025

 

Piękno nie jest dekoracją. Piękno to prawda. A prawda boli.

 

Tak mówiła w jednym z wywiadów Lido. I rzeczywiście, na płycie La Bellezza piękno nie ma w sobie nic z estetycznego blichtru. Tętni, czasem boli, ale dzięki temu otwiera przestrzeń dla prawdziwego spotkania – z drugim człowiekiem, z samą sobą, z przeszłością.

Po latach intensywnego dialogu z elektroniką i tradycją, Lido Pimienta otwiera nowy rozdział – bardziej akustyczny, ale równie radykalny. We współpracy z Montreal Symphony Orchestra eksperymentuje z aranżacją i dynamiką, ale nie rezygnuje z tego, co zawsze było jej siłą: emocjonalności i autentyczności. W tle pobrzmiewają echa cumbii, bullerengue, vallenato w zupełnie nowym, orkiestrowym wydaniu. Jednocześnie słychać tu wpływy tak odległe jak gregoriański śpiew, muzyka filmowa czy XVI-wieczna muzyka sakralna. Lido sięga m.in. po twórczość czeskiego kompozytora Luboša Fišera oraz atmosferę czeskich filmów eksperymentalnych z lat 70., która – jak mówi – łączyła surowość z poetyckością. Choć panuje tu brzmieniowy minimalizm, nie oznacza to, że artystka tonuje ekspresję. Jej głos nadal prowadzi. Zmienny, pełen cienia i światła, emocjonalny, ale zawsze precyzyjny. Surowszy o kolejne pięć lat doświadczeń.

W Busca la Luz słyszymy cichy lament przechodzący w afirmację – poszukiwanie światła to przecież poszukiwanie sensu, nadziei, godności. Tytułowy wers staje się tu mantrą, a głos Lido brzmi jak echo matczynego wołania przez pokolenia.

La Belleza nie jest próbą przeskoczenia samej siebie, nie ma tu kalkulacji ani próby powtórzenia sukcesu. To płyta zrobiona z miejsca, gdzie najważniejsze jest odczuwanie. Lido nie próbuje już mówić za innych – mówi za siebie. I może właśnie dlatego to jej najbardziej uniwersalna płyta do tej pory.

Twórczość Lido Pimienty to ciągła praktyka przynależności – do siebie, do swoich przodkiń, do dźwięków, które niosą opowieści. Nie chodzi o to, by odnaleźć jedną tożsamość. Chodzi o to, by dać sobie przestrzeń na wiele. La Belleza to nie zamknięcie rozdziału, ale jego otwarcie. To zaproszenie – do słuchania, do czucia, do bycia obecnym.

I nie da się jej słuchać w tle. Lido Pimienta żąda naszej uwagi – i absolutnie na nią zasługuje.

Justyna Kalbarczyk

Slot Art Festiwal 2025

fot. Ola Zawada
Wielkimi krokami zbliżamy się do jednego z największych festiwali kultury alternatywnej na skalę międzynarodową – Slot Art Festiwal. Uczestnictwo Radia LUZ w tym wydarzeniu to już mała tradycja, bowiem trzeci rok z rzędu przyczyniliśmy się do organizacji całego wydarzenia. Co więcej, LUZowiczów będzie można zobaczyć także na scenie. A to nie koniec niespodzianek!

 

8–12 lipca 2025 | Lubiąż | Opactwo Cystersów
Motyw przewodni: POŁĄCZENIA

 

Kilkanaście dni temu w Audiostarterze Zuzanna Pawlak i Żaneta Wańczyk opowiedziały o kulisach festiwalu, a także zapowiedziały naszą scenę klubową, stoisko i warsztaty dj-skie. Dwóch szczęśliwców mogło także otrzymać wejściówki na Slot Art Festiwal. Na antenie odbyła się również rozmowa z Olą Zając – współodpowiadającą za program festiwalu:

 

O samym festiwalu

No dobrze, ale czym w ogóle jest ten Slot Art Festival? W gigantycznym skrócie – to miejsce i czas pozwalający na ucieczkę od pędu codzienności oraz odnalezienie nowych, lub pogłębienie starych pasji i zainteresowań. W oszałamiająco pięknym otoczeniu klasztoru w Lubiążu od 8 do 12 lipca odbędzie się niezliczona wręcz ilość koncertów, wydarzeń artystycznych, spotkań i wszelkich działań, służących zarówno prostej rozrywce, jak i dowiedzeniu się czegoś więcej o samych sobie.

Przykłady? Proszę bardzo. Pilates, nauka szycia chirurgicznego, szkoły tańców, rycerstwo, warsztaty skutecznej komunikacji, spotkania z artystami, psychologami, pasmo wydarzeń Odsłuchy w ciemności, podczas których zgromadzeni w skupieniu będą mogli posłuchać albumów od początku do końca – moglibyśmy tak wymieniać jeszcze bardzo długo. Slot Art to bowiem przede wszystkim miejsce na natknięcie się na aktywności i ludzi, których w normalnych warunkach nie mielibyśmy okazji doświadczyć. A o tym, jak silnie może wpłynąć na nas te kilka festiwalowych dni, znamy przykłady i z naszych LUZowych szeregów:

„Dwa lata temu na slocie podjęłam decyzję o rekrutacji do radia, rok temu miałam prowadzić audycję (…), a w tym roku otworzę scenę klubową powered by Radio Luz… Już się nie mogę doczekać grania, ale przede wszystkim pląsania do muzy przygotowanej przez osoby, z którymi dzielę line up” – pisała Maja Michalik. Jak widać, dla nas uczestnictwo w tak dużym festiwalu to także przeogromna radość.

Teren festiwalu

W tym miejscu oddamy głos osobom najlepiej poinformowanym o tym, w jak wyjątkowej lokacji ma miejsce lipcowa impreza:

„Slot Art odbywa się na terenie jednego z największych w Europie kompleksów pałacowo-klasztornych w Lubiążu k/Wrocławia. Cały obiekt jest dwa i pół raza większy od krakowskiego Wawelu i mieści w sobie aż 300 pomieszczeń! Monumentalność i architektura Pałacu budują niesamowity, idealny na potrzebę naszego wydarzenia klimat” – informują o lokalizacji organizatorzy.

A jeśli potrzeba Wam dodatkowej zachęty wizualnej – proszę bardzo.

Koncerty i nie tylko

Choć Slot Art Festival to nie tylko występy i wydarzenia muzyczne, to zdecydowanie na nich skupia się największa uwaga. W ciągu pięciu dni imprezy uczestnicy będą mogli przeżyć całą gamę koncertowych ekscytacji na 10 zróżnicowanych, wyjątkowych scenach.

HOSHII / SUPPORT PRZED BADBADNOTGOOD - Malta Festival 2025

Największa uwaga z pewnością skupiona będzie na Scenie Dużej, gdzie zaprezentują się między innymi Błażej Król oraz hoshii. Warto jednak poświęcić uwagę też innym muzycznym wydarzeniom, chociażby szalonym eksploratorom Sceny Doświadczalnej oraz wyjątkowemu projektowi Slot Art Orchestra, którzy będzie w tym roku świętował swoje 10-lecie. A poza tym na Slocie czeka na nas między innymi: nowoczesna kumbia, polsko-ukraiński folk, rap, punk, solo akty i wszelkiego rodzaju muzyczne performensy – każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Czego możecie oczekiwać od Radia LUZ

 

Jeśli zaś szukacie zakwasów w każdym możliwym mięśniu i tanecznej zadyszki do wczesnych godzin porannych – to Scena Klubowa, którą od czwartku do soboty władać będzie ekipa najznamienitszych osób djskich Radia LUZ będzie miejscem specjalnie dla Was. Łącznie 11 utalentowanych DJ-ów i DJ-ek rozgrzeje parkiet klasztornych podziemi szerokim spektrum najświeższych klubowych i basowych brzmień – od bassu i jungle, poprzez połamaną, eksperymentalną elektronikę, po techno, house i garage.

 

 

Może być grafiką przedstawiającą 3 osoby i tekst „Bassa Nova Slot Art Festival 08-12 lipca 2025 S 155”

 

Dodatkowo warsztaty dj-skie przeprowadzą Sebastian Rogalski i Maja Michalik. Marzysz o karierze dj-a, ale nie wiesz, jak zacząć? Pragniesz rozkręcać imprezy dzięki swojej niepowtarzalnej selekcji? Chciałbyś, by ludzie tańczyli tak, jak im zagrasz? W takim razie te warsztaty są dla Ciebie! Więcej dowiesz się TUTAJ.

Cały festiwal będziemy dla was relacjonować prosto z miejsca akcji! Bądźcie z nami na radioluz.pl oraz 91,6 FM!

Redakcja Muzyczna Akademickiego Radio LUZ

Pulp

O pamięci, przemijaniu i pożegnaniach

More to triumfalny powrót Pulp: emocjonalnie bogaty, stylistycznie przemyślany i mocno osadzony w ich klasycznej tożsamości. Album zgłębia tematy starzenia się, seksualności i refleksji nad życiem – wszystko okraszone ironicznym humorem i nostalgicznym urokiem. To nie tylko prezent dla fanów, ale także dowód, że zespół – mimo 24 lat przerwy – wciąż potrafi przedstawić nam coś świeżego.

 

I’d like to buy the world some time, some time, some time
And a choice

Tymi słowami kończy się More, najnowszy album Pulp. To nie tylko pożegnanie z basistą zespołu i dobrym przyjacielem, Steve’em Mackeyem – to także zamknięcie kręgu, który rozpoczął się w latach 80., kiedy młoda grupa muzyków z Sheffield poszukiwała swojego brzmienia; tego, czym miał być Pulp. Między tymi dwoma momentami – oddalonymi o ponad czterdzieści lat – mieści się jedna z najbardziej złożonych historii ewolucji artystycznej w brytyjskiej muzyce popularnej.

Pulp to nie tylko zespół britpopowy (sami zresztą nigdy nie lubili się tak określać). Lawirując pomiędzy seksownym glam rockiem, tanecznym manifestem, a niewinnymi balladami tworzą własną wartość. To formacja, która przeszła przez niemal wszystkie fazy emocjonalne i estetyczne dorosłości – od niepewnej młodości, przez bunt, naukę kochania i niebezpieczną sławę, aż po melancholię przemijania. Każdy ich album to etap, każde brzmienie – lustro czasu, w którym się odbijali.


It

1983

Mimo że pierwsze albumy Pulp nie odbiły się dużym echem, wciąż są dziełami, które kształtują całokształt muzyki brytyjskiej lat 80. i 90. It do teraz plasuje się jako jeden z ciekawszych debiutów w tym nurcie. I choć ówczesny skład zespołu zdecydowanie różnił się od tego, który zdobył sławę dekadę później, jedno pozostało niezmienne – Jarvis Cocker. Jeszcze wówczas nastoletni, rozczochrany, z ogromnymi okularami i jeszcze większymi aspiracjami, by na zawsze zmienić oblicze brytyjskiej muzyki. Inspirowany Nickiem Drake’em, Jonathanem Richmanem i Donovanem wypełnia album odami do miłości, melancholii, młodości i niewinności. Cocker komentuje uważnie obserwowaną przez siebie rzeczywistość, ukazując intymną wrażliwość i poetycki dystans.

It to cichy debiut, który dzisiaj brzmi jak zapis prywatnej rozmowy młodego artysty z samym sobą. To muzyczny szkicownik, który pokazuje, że nawet najwięksi zaczynali od rzeczy małych, subtelnych, czasem naiwnych.


Different Class

1995

Kiedy w 1994 roku nadeszło His ‘n’ Hers, Pulp rozkwitli. Wreszcie znaleźli brzmienie, w którym czuli się najpewniej: surowy glam-pop z ironicznymi tekstami o ciele, pragnieniu i brytyjskiej, szarej codzienności. Momentami patetyczny, ciągle ironiczny i poetycki. Przeplatany błyszczącą nitką disco, której kierunek ściegu wyznaczał Steve Mackey na basie.

Ale to Different Class z 1995 roku uczynił z nich legendę. Album po brzegi wypełniony hymnami klasy średniej, która próbowała być kimś innym, niż pozwalała jej metryka społeczna. Jarvis Cocker stał się kimś więcej niż tekściarzem i frontmanem zespołu. Został głosem pokolenia, ale zamiast triumfu – była ironia. A sława podszyta była świadomością jej fałszu.

To właśnie był moment przełomowy dla zespołu. Od tamtej pory byli jedną z najbardziej znanych brytyjskich formacji, jednak gdy britpop często flirtował z narodową dumą i stylistyką retro, Pulp pytał, prowokował i obnażał hipokryzję.


This Is Hardcore

1998

Po sukcesie Different Class Pulp nie poszli drogą kolejnych hitów. Wydany w 1998 roku album This Is Hardcore był zaskoczeniem – ciemniejszy, poważniejszy i bardziej intymny. Jarvis Cocker śpiewał o wypaleniu, starzeniu się, o tym, co dzieje się po imprezie. Zamiast euforii – niepokój, zamiast przebojów – piosenki z ciężarem emocjonalnym. Choć w momencie premiery wzbudził mieszane reakcje, dziś uważany jest za jedną z najdojrzalszych płyt zespołu.

To zdecydowanie najcięższy i najbardziej wyrafinowany album grupy. Taneczny pop się skończył, a Pulp rozbierali jego resztki na części pierwsze. Muzycznie – noir-pop, cyniczne ballady, echo trip-hopu. Lirycznie – erotyka, przemijanie, starzejące się ciało, bezsilność. This Is Hardcore stanowił najbardziej bezlitosny autoportret zespołu, który już nie wierzył w pop jako wybawienie. A mimo to stworzył sztukę, która była jego najwyższą formą.


We Love Life

2001

Pulp wracają w 2001 roku z płytą We Love Life – spokojniejszą, cieplejszą, ale nadal pełną treści. To album, na którym zespół wyraźnie oddycha głębiej. Pojawiają się tematy natury, relacji, pogodzenia się z przemijaniem. Nie ma tu już britpopowej zadziorności – jest za to refleksyjna dojrzałość.

We Love Life jest subtelny, piękny, z ukrytym napięciem skrytym pod powierzchnią. Nie próbował robić hałasu, zamiast tego wszedł cicho, rozgościł się i zostawił coś, co z czasem działa mocniej niż wielkie finały – spokój, pewność, dojrzałość. To płyta, która nie musi krzyczeć, żeby powiedzieć coś ważnego. Może właśnie dlatego dziś tak dobrze się jej słucha. Jakby Pulp chcieli nam powiedzieć: „Hej, życie może być dziwne, trudne, ale też całkiem piękne – jeśli tylko przestaniesz pędzić i zaczniesz słuchać”.


More

2025

Album More nie próbuje być kopią dawnych sukcesów. To dojrzała, dobrze przemyślana płyta, w której słychać doświadczenie, dystans i nadal bardzo żywy styl zespołu. Tematyka skupia się na starzeniu się, intymności i ucieczce od schematów. Jarvis Cocker nadal pisze teksty, które łączą humor z obserwacją rzeczywistości. More nie jest tylko prezentem dla fanów – to znak, że Pulp wciąż mają coś ważnego do powiedzenia.

Zespół wraca nie po to, by powrócić, lecz by pogodzić się z tym, co było. To album o żałobie po Steve’ie Mackeyu, ale też o pamięci, która nie przemija, nawet jeśli ciało znika; dźwiękowa przestrzeń dla Cockera, w której może mówić nie jako komentator społeczny, ale jako człowiek, który tęskni, wspomina, rozumie i próbuje się z tym wszystkim pogodzić.

Bo Steve Mackey nie był tylko basistą zespołu Pulp. Był jego pulsującym sercem – tym, który nadawał rytm, głębię i taneczny wymiar piosenkom o alienacji, pożądaniu i egzystencjalnym niepokoju. Jego śmierć 2 marca 2023 roku zakończyła jeden z rozdziałów w historii brytyjskjej muzyki, ale jego wpływ – zarówno jako muzyka, jak i producenta – nadal rezonuje. More to album dedykowany Steve’owi. To nie tylko hołd dla wspaniałego muzyka, ale też pożegnanie z przyjacielem.

Czym jest tytułowe More? Nazwa najnowszego albumu może wydawać się przewrotna. W świecie, w którym każdy chce więcej, od samych siebie wymagamy coraz większego rozwoju, większych sukcesów, Pulp proponuje nam coś zupełnie innego. Więcej ciszy, więcej miłości, więcej refleksji… i mniej spektakularności.

A to zdecydowanie więcej niż można było się spodziewać.

Zuzanna Kopij i Julia Prus

Habibi Funk

Od funku i jazzu, przez reggae, aż po rock’n’rolla. Zakurzone i zapomniane perełki z lat 70. i 80., a także świeże wydania. Już od ponad 10 lat berlińska wytwórnia odkrywa przed nami dźwięki Bliskiego Wschodu, nieznane wcześniej na europejskim rynku. Przedstawiamy label Habibi Funk, wyróżniając go w ramach pasma Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Pomysł na wytwórnię narodził się podczas pobytu przyszłego szefa Jannisa Stürtza w Maroku. W małym sklepie z płytami trafił on wtedy na krążek Fadoula i postanowił wydać jego reedycję. Przez kolejne dwa lata Jannis próbował odnaleźć artystę, niestety już wtedy zmarłego. Udało mu się jednak skontaktować z rodziną muzyka i uzyskać prawa do wydania jego albumu.

Odnajdywanie twórców – często niemal całkowicie zapomnianych – to istotny element działalności Habibi Funk. Jednym z kluczowych założeń wytwórni jest pozyskiwanie licencji bezpośrednio od artystów lub ich bliskich. To właśnie im przysługuje połowa zysków ze sprzedaży muzyki. Założyciel labelu podkreśla, jak ważna jest świadomość postkolonialnego kontekstu, zwłaszcza w przypadku wydawania arabskiej muzyki przez europejską wytwórnię. Chodzi przede wszystkim o to, by unikać powielania dawnych schematów – zarówno tych związanych z ekonomiczną eksploatacją, jak i z kulturowym zawłaszczeniem.

Choć wytwórnia pierwotnie zajmowała się przede wszystkim wydawaniem  zapomnianych albumów z lat 60., 70. i 80., pod egidą Habibi Funk zostało wydanych również wiele eklektycznych składanek. Kompilacje te nie opierają się nigdy na zbiorze spiętym poprzez miejsce czy region. Utwory do nich wyselekcjonowane są tworzone i nagrywane w przeróżnych okolicznościach – od czasów pokoju, po wygnanie czy wojnę. Właściciele wytwórni opierają swoje wybory na odczuciu subiektywnego wspólnego klimatu utworów. Fascynują ich przedsięwzięcia muzyczne, w których artyści ze świata arabskiego mieszają lokalne wpływy z zainteresowaniami muzycznymi spoza regionu.


 

Zohra- Badala Zamana

Zohra Aïssaoui, znana też jako Dihya, to algiersko-francuska artystka, która zaskoczyła świat arabskim disco. Jej utwór Badala Zamana, nagrany w 1977 roku we Francji, łączy pulsujący rytm, funkowy bas i smyczkowe aranżacje. Tytuł można przetłumaczyć jako „Czasy się zmieniły”. Śpiewa w języku berberyjskim – mowie rdzennych mieszkańców Afryki Północnej. To kultura obecna m.in. w Algierii i Maroku, która przez dekady była marginalizowana, a jednak przetrwała, także dzięki muzyce.


 

Ibrahim Hesnawi – Watany Al Kabir

Mogłoby się wydawać, że rządzona twardą ręką przez pułkownika Kaddafiego Libia będzie dla reggae najmniej odpowiednim miejscem na Ziemi. Ibrahim Hesnawi pokazał jednak, że pustynne piaski mogą być nie mniej rozbujane niż jamajska dżungla. Wydana pod szyldem labelu Habibi Funk retrospektywna składanka The Father of Libyan Reggae świadczy o tym aż zbyt dobitnie, ciesząc ucho zróżnicowaną selekcją, w której broni się właściwie każdy numer. Niedostatek sekcji dętej Hesnawi zrównoważył syntezatorami, nadając libijskiemu reggae elektryczny, niemal bluesowy feeling.


Hamid Al Shaeri – Ayonha

Jednym z popularniejszych wydawnictw od Habibi Funk jest The Slam! Years – kompilacja utworów Hamida Al Shaerego z lat 80, czyli z okresu poprzedzającego komercyjny sukces, który muzyk odniósł w Egipcie. Jego fascynacja synth-popem i syntezatorami rozpoczęła się podczas studiów w Wielkiej Brytanii. W pierwszych latach swojej twórczości Al Shaeri łączył funk, disco i elektronikę z lokalnym brzmieniem, tworząc barwny miks kultury muzycznej Zachodu i świata arabskiego – w czasach, gdy w Libii zachodnie instrumenty były publicznie palone. Brzmienie The Slam! Years jest słodko-gorzkie – beztroska miesza się z nostalgią, czego najlepszym przykładem jest utwór Ayonha.


 

Najib Alhoush – Ya Aen Daly

Ya Aen Daly to cover kultowego Superstition Steviego Wondera, ale z zupełnie innej planety. Najib Al Housh, pionier nowoczesnej libijskiej muzyki, współzałożyciel zespołu Free Music, w latach 70. postanowił połączyć zachodni funk z lokalnymi brzmieniami. Efekt? Utwór, który zaraża rytmem, ale też ma w sobie subtelną melancholię i ducha epoki, w której arabscy artyści dalej mówiąc swoim językiem śmiało sięgali po wszystko, co nowe.

Dzięki Habibi Funk ten numer wraca do nas po dekadach zapomnienia, wydobyty z niszy, legalnie licencjonowany od rodziny artysty i przywrócony światu z pełnym szacunkiem. Ya Aen Daly to nie tylko piosenka – to dźwięk z miejsca, które przez lata było muzycznie niewidzialne, a teraz błyszczy jak nigdy.

 

Katarzyna Golec, Jagoda Lazar, Sebastian Rogalski, Maja Dachtera

 

Natalia Lafourcade

banter
Bez wątpienia Natalia Lafourcade jest jedną z najważniejszych postaci współczesnej, latynoamerykańskiej sceny muzycznej. W swojej twórczości z ogromną miłością przepuszcza bogactwo folkloru i historii regionu przez własną emocjonalność i język artystyczny. Na najnowszym projekcie pomaga jej w tym tytułowa Cancioneraalter ego dumnie reprezentujące nieprzerwany proces eksploracji głębin swojej osobowości. Z okazji premiery albumu Artystką Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ zostaje Natalia Lafourcade
Cancionera

2025

Sony Music Entertainment México S.A. de C.V.



Cancionera, najnowszy album Natali Lafourcade nie został stworzony przez nią. A przynajmniej nie przez tę samą artystkę, którą znaliśmy do tej pory. Choć jego tytuł można przetłumaczyć jako “śpiewnik” i rozumieć jako zbiór przepięknych, ciepłych utworów, to ma on też głębsze znaczenie. Cancionera jest bowiem przede wszystkim alter ego Meksykanki – Śpiewaczką, która poprowadziła ją za rękę do najgłębszych części jej duchowości i artystycznej wrażliwości. Skłoniła ją do poznania siebie na nowo przez malarstwo i ruch w tańcu, by uwolnić w pełni jej kreatywność i pokazać, jak bardzo może przemienić się w kogoś innego w trakcie tworzenia muzyki. Tak wyjątkowe podejście w pisaniu utworów wymagało równie unikalnego jak na dzisiejsze czasy sposobu ich zarejestrowania. Adán Jodorowsky, obecny również w trakcie nagrywania De Todas Las Flores utrwalał kompozycje Śpiewaczki i towarzyszących jej muzyków na analogowych taśmach w ciągłych, niepoprawianych później wersjach. W efekcie stworzyli oni album, z którego promieniuje nierzeczywiste, magiczne ciepło, podobne do wysłużonej płyty winylowej, granej w ukochanym salonie w miękkim świetle starej lampy. 

Od pierwszych dźwięków Apertura Cancionera Lafourcade przenosi nas do swojego baśniowego snu. Do rodzinnego Veracruz, starych filmów i tradycyjnej muzyki meksykańskiej, połączonych harmonijnie ze współczesną, pełną kontrastów i surrealistycznego piękna stroną swej ojczyzny. Magia tego albumu lśni równie czysto zarówno w tanecznych Cocos en la Playa oraz El Palomo y La Negra, jak i w tradycyjnej balladzie La Bruja, czy w rozdzierającym serce Luna Creciente. W nim, przy akompaniamencie mistycznych gitar duetu Hermanos Gutiérrez, artystka śpiewa do nieobecnego na nocnym niebie księżyca i wszystkiego, co razem z nim utraciła. Szczególnie druga połowa Cancionery oszałamia głębią swej emocjonalności, zamkniętą w wyrafinowanych i perfekcyjnie dopracowanych aranżacjach. To wybitne dzieło, wymagające od słuchacza chwili zatrzymania i ciszy. Tylko wtedy podarowane nam przez Śpiewaczkę ulotne i delikatne marzenia senne nie rozpłyną się samoistnie w oparach rzeczywistości.


De Todas Las Flores

2022

Sony Music Entertainment México, S.A. De C.V.



Po siedmiu latach, wypełnionych mieniącymi się od barwnego folkloru Ameryki Łacińskiej projektami, Natalia Lafourcade postanowiła otworzyć metaforyczne bramy swojego wewnętrznego ogrodu i zaprezentowała już dziesiąty album studyjny, noszący tytuł De Todas Las Flores. Oprowadzanie ścieżkami przeżyć artystki trwa trzynaście utworów, a właściwie godzinę oraz sześć minut. Okazały krajobraz jest bujny od kwiatów – dojrzałych, kwitnących oraz tych, które usychają, by za chwilę zrobić miejsce dla nowych. De Todas Las Flores to kino kontrastu, z nałożonym filtrem czerni i bieli, który doskonale współgra z eksponowaną niczym na srebrnym ekranie emocjonalnością.

Album De Todas Las Flores został wyprodukowany wspólnie z Adanem Jodorowskym, a kompozycje instrumentalne nie ustępują miejsca poetyckim. Fuzja jazzu z tradycyjnymi, rytmicznymi stylami, jak bossa nova czy samba w María la Curandera, a nawet czerpanie z muzyki klasycznej, jak w przypominającym Claire de Lune intrze do Llévame Viento, poruszają zarówno ciało, jak i umysł. To nie projekt ponury, a podkreślający, że dopiero akceptacja straty pozwala w pełni docenić życie. Projekt Natalii Lafourcade jest wyrafinowaną, subtelną opowieścią o osiąganiu dojrzałości poprzez poznawanie oraz akceptowanie siebie, nie zapominając przy tym o sile miłości. Meksykanka zadedykowała utwór Caminar Bonito swojemu partnerowi, intonując wdzięczność za dom, do którego zawsze wraca. Z kolei Mi Manera De Querer jest odą do uczucia, w którym nie ma znaczenia płeć, ponieważ łączone są dwie istoty światła. Do końca trwania De Todas Las Flores pozostajemy w czule wspominanym przez autorkę ogrodzie, w Veracruz, gdzie otoczona naturą artystka znalazła inspirację i ukojenie. Miejscu, które obrazuje piękno procesu odrodzenia, zupełnie jak zima, która cyklicznie stwarza przestrzeń dla wiosny i niesionego przez nią, rozkwitającego życia.


Musas

Musas to dwuczęściowy projekt muzyczny Natalii Lafourcade, którego pierwszy tom ukazał się w 2017 roku. To właśnie wtedy artystka weszła na nową ścieżkę kariery – poszukiwania swojej latynoamerykańskiej tożsamości poprzez muzykę. Chociaż urodziła się w Mieście Meksyk, a dorastała w artystycznym domu w Veracruz, to często podkreśla, że czuje się Latynoamerykanką, dumnie nawiązując do chilijskich korzeni ojca. Owocem tych poszukiwań jest projekt Musas, którego pełna nazwa to Un Homenaje al Folclore Latinoamericano en Manos de Los Macorinos (Hołd folklorowi latynoamerykańskiemu w rękach Los Macorinos). Współpraca z legendarnym meksykańskim duetem Los Macorinos pomogła artystce oddać autentyczność emocji i brzmień, które chciała przekazać słuchaczom.

Pierwszy tom zawiera 12 utworów, wśród których wyróżniają się własne kompozycje Lafourcade, takie jak Tú sí sabes quererme, Soledad y el mar (stworzona wspólnie z El Davidem Aguilarem) czy Mi tierra veracruzana – nostalgiczny obraz codzienności w jej ukochanym Veracruz. Album obejmuje także nowe interpretacje klasyków, jak Te vi pasar Agustína Lary czy Qué he sacado con quererte Violety Parry – chilijskiej pieśniarki, zwanej „Matką latynoamerykańskiego folkloru”, której misja ocalenia tradycyjnych pieśni w latach 50. stała się dla Natalii ogromną inspiracją.

Wśród gości na albumie znalazła się także kubańska wokalistka Omara Portuondo, która zaśpiewała w utworze Tú me acostumbraste. Znana m.in. z projektu Buena Vista Social Club, wnosi do Musas głębię i autentyczność wielopokoleniowej tradycji.



Drugi tom Musas, wydany w 2018 roku, kontynuuje eksplorację latynoamerykańskiego folkloru. Natalia prezentuje kolejne autorskie utwory, jak Danza de gardenias, Hoy mi día uno czy protest-song Un derecho de nacimiento, a także nowe wersje klasyków, takich jak Alma mía Marii Grever, La llorona, Eclipse Margarity Lecuony oraz tradycyjną kołysankę Duerme negrito. Ponownie na albumie pojawiają się Omara Portuondo oraz meksykańska artystka Eugenia León.

Oba tomy Musas zostały entuzjastycznie przyjęte przez krytyków, którzy chwalili mistrzowską produkcję, intymne podejście oraz szacunek dla tradycji. Zarówno pierwszy, jak i drugi tom zdobyły Latin Grammy oraz nominacje do Grammy. Projekt stał się dla Lafourcade nie tylko artystyczną podróżą w głąb własnych korzeni, ale także sposobem na ocalenie klasyki i stworzenia źródła wiedzy oraz inspiracji dla kolejnych pokoleń.

Pola Sosin, Zuzanna Pajorska i Michał Lach

Djrum

 

Felix Manuel, znany jako Djrum, to jeden z najbardziej intrygujących producentów na brytyjskiej scenie elektronicznej. Jego twórczość, balansująca na granicy ambientu, techno i jungle, wyróżnia się niezwykle emocjonalną atmosferą. Djrum od zawsze łączył różne gatunki muzyczne, ale nigdy na zasadzie przypadkowego miksu – jego utwory to kompleksowe kompozycje. W tym roku powraca z nowym albumem – Under Tangled Silence. Z tej okazji zostaje on Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 


Mountains EP

2011

Djrum

Mountains to wyraźny dowód na eklektyczne inspiracje Djruma – hip-hop, dubstep i techno splatają się tu w jedną całość. EP-kę otwiera nastrojowy Undercoat, który szybko przechodzi w mocniejszy bas i zapętlony wokal, budując napięcie, które uwalnia się w momentach z orkiestrowymi wstawkami. Kończy się on melancholijnym pytaniem: „Tell me what you want from me”. Sercem tego wydawnictwa jest trzyczęściowy utwór tytułowy.
W Pt. 1 pulsujące 4/4 stopniowo zatapia się w hipnotycznych dźwiękach, tworząc ponownie atmosferę rosnącego napięcia. W Pt. 2 & 3 artysta bawi się tempem i dynamiką, prowadząc słuchacza do emocjonalnego finału. Największą niespodzianką okazuje się Turiya – ciepły, parkietowy utwór, który z wdziękiem domyka cały materiał. Mountains to nie tylko techniczna precyzja, ale też świadectwo artystycznej dojrzałości. Każdy drobny szczegół wpływa na spójność i euforyczną atmosferę, która otacza ten album, nadając mu harmonijną i autentyczną tożsamość.


Seven Lies

2013

Djrum

Seven Lies to debiutancki album Djruma. Wczesne wydawnictwo, które pokazuje fascynację brzmieniami dub techno i rytmiką UK bass. Wyróżniają się tu głębokie, przestrzenne kompozycje i nieoczywista struktura utworów. Album ukazuje wszechstronność Djruma jako producenta, zdolnego do płynnego łączenia różnych gatunków i tworzenia spójnych, emocjonalnych kompozycji.


Portrait With Firewood

2018

Djrum

Album Portrait With Firewood to wyraźne odejście od dotychczasowego stylu artysty. Tym razem sięgnął on po swój pierwszy instrument – fortepian.  Choć album pełen jest kontrastów – od energetycznych bitów po subtelne, klasyczne brzmienia – to wprowadzenie fortepianu, wiolonczeli i wokali nadaje jego muzyce zupełnie nową głębię.  Wiolonczelistka Zosia Jagodzińska i wokalistka Lola Empire odegrały istotną rolę w powstaniu tego materiału.  Portrait With Firewood nie boi się emocji – łączy różnorodne style, tworząc spójne, pełne uczucia dzieło, które balansuje na granicy euforii i smutku. Tytuł jest nawiązaniem do jednej z prac Mariny Abramović.


Meaning’s Edge

2024

Djrum

Meaning’s Edge to powrót Djruma po kilkuletniej przerwie w wielkim stylu. Jest to jego pierwsze solowe wydawnictwo od 2019 roku, stanowiące znaczący krok w jego muzycznej ewolucji. Artysta wprowadził nowe elementy do swojej twórczości, w tym własną grę na flecie. Warto również zauważyć, że Meaning’s Edge znalazło się w zestawieniu najlepszej muzyki elektronicznej 2024 roku według Pitchforka.


Under Tangled Silence

2025

Djrum

Już sam tytuł – Under Tangled Silence – zdradza, że mamy do czynienia z albumem nieoczywistym. Proces jego tworzenia rozpoczął się w 2020 roku podczas pandemii, jednak awaria twardego dysku spowodowała utratę większości materiału, co zmusiło Djruma do rozpoczęcia pracy od nowa. Inspiracją do odbudowy projektu było zdanie Patti Smith:

„We go through life. We shed our skins. We become ourselves.”

Under Tangled Silence to nie album, który leci w tle. To płyta, którą się chłonie, słucha się jej z zamkniętymi oczami, pozwalając, by prowadziła przez swój labirynt emocji.

 

Marcelina Machacz

Black Country, New Road

Na zawsze, od teraz, jak długo?

Black Country, New Road to zespół, który w ciągu zaledwie kilku lat zdobył kultowy status w alternatywnym rocku, stając się jednym z najważniejszych głosów młodego pokolenia. Ich muzyka to mieszanka post-rocka, art-popu, eksperymentalnego jazzu, chamber popu i poetyckich tekstów – odważna, emocjonalna i często głęboko osobista. Z okazji premiery ich trzeciego albumu Forever Howlong przyglądamy się dokładniej sylwetce zespołu. Black Country, New Road Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


Po raz pierwszy…

Black Country, New Road swoją działalność rozpoczął w roku 2018, czarując scenę londyńskiego baru Windmill. Dwa następne lata grupa z Cambridge poświęciła na tworzenie albumu, który światło dzienne ujrzał na początku 2021 roku. Premiera For The First Time rozniosła się po Wyspach ogromnym echem. Był to świeżo wyciągnięty z pieca chleb, którego każdy chciał spróbować. Pierwszy gryz zawsze smakuje najlepiej, ale w tym przypadku każdy kęs był trochę inny i równie pyszny. Nie była to próba wpasowania się w utartą konwencję, lecz coś zupełnie nowego. Coś, czego do tej pory się nie słyszało.

Przybrane dziecko zespołu Slint przemówiło w sposób unikalny. For The First Time to rollercoaster z opaską na oczach. Bez chwili przygotowania zespół zabiera nas na ekstremalną przejażdżkę, oscylującą między emocjonalnym katharsis a wbijającymi w fotel zwolnieniami. Motto tego albumu brzmi: „zanim zabrzmi bas, najpierw pojawia się gitara, a potem wokal”. Isaac Wood, wokalista zespołu, swoim słowem maluje świat młodzieńczej arogancji, mechanizmów obronnych i zaburzeń seksualnych. Towarzyszą mu przy tym nerwowo lamentujące skrzypce, łagodzący napięcie saksofon i przeszywające ciało dźwięki syntezatora. Siedmioosobowy skład grupy, niczym szaleni naukowcy, opanowuje deterministyczny chaos dźwięków i porządkuje go w jedno równanie.

To nie jest płyta łatwa, próbująca zaistnieć samowolnie, oddająca się na tacy. To muzyka, która wymaga otwartości na dźwięki nieoczywiste. A jednocześnie nagradza słuchacza paletą emocji i doświadczeń. Czasem boli. Czasem koi. Ale zawsze zostawia ślad.


Rdzeń

Istnieje żart, że aby brzmieć jak BCNR, wystarczy wziąć gitarę, zagrać w kółko trzy nuty na krzyż i zebrać sześciu wirtuozów muzycznych, którzy zrobią resztę. Jest w tym ziarno prawdy, bo choć członkowie zespołu są wybitnymi muzykami (i każdy zasługuje na osobny segment), nie sposób przejść obojętnie obok koła napędowego tego projektu, Isaaca Wooda. Ten z pozoru cichy i bardzo nieśmiały wokalista, często porównywany do Iana Curtisa wniósł do muzyki unikalną oryginalność. Jego abstrakcyjne teksty, pełne odniesień do popkultury, krążą wokół genialnych, nieoczywistych metafor i skojarzeń, które pozwalają mu poruszać wiele tematów naraz. Równie istotny co tekst jest głos Isaaca. Jego teatralne i intensywne słowo mówione kontroluje narrację, nadając brzmieniu szczególną nerwowo-spokojną atmosferę. Ekshibicjonistyczny w swoich emocjach, szczery do bólu i pełen niespokojnej wrażliwości. Bardziej niż adekwatny, pokoleniowy geniusz.

Co czyni album niepowtarzalnym? Niesamowita aranżacja, która wypływa na wody dotąd jeszcze nieodkryte i tworzy nowe szlaki dla przyszłych podróżników? A może jest to przemyślana koncepcja tematyczna, która swoją głębią i treścią polaryzuje nasze przekonania? Takich i podobnych sugestii można wysnuć wiele i każda rzuci nowe światło na to pytanie bez odpowiedzi. Jednakże wspólnym mianownikiem każdego magnum opus jest danie słuchaczowi możliwości na wyjście poza sferę dźwięków i zgłębienie uczuć i myśli artysty. Patrząc w ten sposób, Ants From Up There, czyli drugi studyjny album BCNR, niepowtarzalny jak najbardziej jest.

Wielkie pożegnanie

Rok po ukazaniu się debiutu, BCNR wydał swój drugi studyjny album. Nie był to już, rozszalały jak pies na łańcuchu, chaos z For The First Time, a bardzo czuły i słodko-gorzki dramat pełen przejmujących momentów i melodii. Isaac Wood obnaża swoją duszę przed słuchaczem, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Bolesne wspomnienia, które zazwyczaj znajdują swoje ujście na kartkach osobistego dziennika, są tutaj wykrzykiwane najgłośniej jak się da.

Ten bagaż emocjonalny emanuje dzięki genialnej oprawie muzycznej ze strony całego zespołu. Tak jak na pierwszym albumie skrzypce i saksofon mocno się wyklinały, tutaj budują bardzo komfortową atmosferę, jakby było się częścią intymnej rozmowy na osobności. Kto by się spodziewał, że pomimo tak melancholijnego nastroju pojawią się też bardzo energiczne i raczej wesołe piosenki jak Chaos Space Marine czy Concorde, które idealnie łączą się z resztą materiału.

Nadal jest to jednak BCNR z Isaacem Woodem i również te kawałki niosą ze sobą pewną ważną dla wokalisty wiadomość. Im głębiej w album, tym coraz bardziej kruszy się skorupa, w której skrywa się frontman zespołu. Decyzja o spowolnieniu reszty piosenek okazała się strzałem w dziesiątkę. Instrumenty już nie tylko akompaniowały, a same zaczęły śpiewać. Często mówi się, że Jeff Beck potrafił zagrać na gitarze, tak żeby śpiewała. BCNR dodaje do tego saksofon, skrzypce i pianino, które są fundamentem całego albumu.

Trzy ostatnie piosenki to najmocniejsze utwory na tym projekcie. To moment, w którym Isaac klęczy już na kolanach, a cała historia zbiega do tragicznego końca. Teksty pełne są rozpaczy, rezygnacji i złości oraz idącej za tym wszystkim samorealizacji o tym co się wydarzyło. Wypowiadane na końcu Basketball Shoes słowa (piosenki oryginalnie napisanej po tym jak Isaac Wood miał sen o Charli xcx):

Oh, in my bedsheets, now wet
Of Charlie, I pray to forget
All I’ve been forms the drone, we sing the rest
Oh, your generous loan to me, your crippling interest!

 

to finalne katharsis, które wylewa na zewnątrz wszystko to, co wcześniej niewypowiedziane i tłumione. Jest to zarazem ostatni muzyczny statement Isaaca Wooda, który końcem stycznia 2022 roku ogłosił odejście z zespołu w celu skupienia się na swoim zdrowiu psychicznym. Przyjaźń między siódemką wirtuozów z BCNR trwa do dzisiaj, ale jak ujął to sam Professor Skye, który od lat zajmuje się analizą albumów, „Nie chcemy mieć kolejnego Kurta Cobaina”.


Na zawsze, to jak długo?

Forever Howlong to nie album o utracie Isaaca Wooda. To album powstały dzięki tej stracie – i dzięki kolektywowi, który przetrwał, by opowiedzieć kolejne, nowe historie. Zamiast próbować odtworzyć przeszłość zespół świadomie wycofuje się z post-punkowej ekspresji i emocjonalnego przesytu Ants From Up There. Ich nowe kompozycje są bardziej rozproszone, ale i bardziej intymne. Zniknęła jedna dominująca narracja – w zamian otrzymaliśmy mozaikę głosów, zmienność perspektyw i baśniowy, rustykalny krajobraz, po którym poruszamy się bez przewodnika.

Trudno w jednym zdaniu opisać brzmienie tej płyty. Przypomina ono czasem senną operę, dziecięcą opowieść, a czasem muzykę do filmu, którego nigdy nie zobaczymy. To jakbyśmy spacerowali poprzez wnętrze starego domu – niektóre pokoje są wypełnione promieniami słonecznymi, inne mają kolorowe meble i wzorzyste dywany, jeszcze inne są zaś dziwnie puste.

Ten album to świadoma transformacja nie tylko emocjonalna, ale też stylistyczna, czego najbardziej słyszalnym dowodem jest instrumentarium wykorzystane przez zespół: mandolina, banjo, akordeon, fisharmonia czy rozbrzmiewający już w pierwszych sekundach utworu otwierającego klawesyn. To odważny krok. Muzycy potęgują rolę instrumentów, które nie są dopełnieniem, a swoistym narratorem.

Teksty utworów stały się bardziej abstrakcyjne i symboliczne. Isaac pisał jak autor postmodernistycznej powieści, Forever Howlong to książka z mitami, przypowieściami i bajkowymi opowiadaniami. A pod fantastyką i alegoriami skrywają się wielowarstwowe refleksje nad sensem, przemianą i pamięcią. W porównaniu do wcześniejszych albumów ten jest bardziej efemeryczny. Utwory często przypominają listy, modlitwy czy krótkie wpisy w dzienniku. Tak jakby nic nie zostało wypowiedziane do końca. Słowa wyparowują. Pozostaje tylko światło i smutek.

A może to pytanie bez odpowiedzi? Coś, co się rozciąga – w czasie, uczuciu, wspomnieniu. Forever Howlong nie stara się być manifestem. To raczej intymne, niepewne pytanie o to, co się dzieje z nami, kiedy nie ma już tego, co nas definiowało. W tym sensie ten album to deklaracja przetrwania, ale taka bez fanfar. Jest niczym łagodna afirmacja, mówiąca, że warto coś budować od nowa, nawet jeśli nie wiadomo, jak długo to potrwa.

Forever Howlong to album, który nie chce (i nie musi) niczego udowadniać. Jest cichy, nie dlatego, że boi się krzyczeć, ale dlatego, że woli słuchać. I to jest jego siła. W czasach głośnych rewolucji Black Country, New Road pokazuje, że najgłębsza zmiana dzieje się w ciszy. 


Zuzanna Kopij i Karol Tomczyk

Crack Rock

Crack Rock

Pod tą nazwą słuchacze zostali oczarowani dosyć niecodzienną współpracą na linii polsko-amerykańskiej. Niezwykle utalentowany polski klawiszowiec oraz sympatyk gry na syntezatorach, jakim jest Marek “Latarnik” Pędziwiatr, połączył siły z amerykańskim muzykiem Anthonym Millsem. Nowo powstały duet zaserwował nam kreatywny album, który co najważniejsze zapada w pamięci słuchaczy.

                                                                                                                                                                                                                                                                         Crack Rock | Crack Rock Zanim jednak przejdziemy do samego albumu, warto pokrótce omówić sylwetki obydwu artystów. Oczywiście jeżeli ich nie znacie! Zacznijmy od Marka Pędziwiatra, który od 2022 roku działa również pod pseudonimem Latarnik.  Jest to jego drugi album pod tą nazwą, gdyż wcześniej, jako Latarnik, wydał solową płytę Marianna, która była hołdem dla jego zmarłej prababci. Marek Pędziwiatr swoją rozpoznawalność wypracował dzięki długoletniej działalności we wrocławskim kwartecie jazzowym, jakim jest EABS, oraz innym projektom, jak chociażby Błoto. W tym miejscu warto także napomknąć, że nie jest to jego pierwsza międzynarodowa współpraca. Marek Pędziwiatr swoją grą na pianie wspierał chociażby pakistański zespół Jaubi.

Druga część duetu Crack Rock – Anthony Mills, również nie jest debiutantem. Podobnie jak Marek Pędziwiatr, Mills wydawał albumy solowe oraz współpracował z innymi artystami. Jego ostatni solowy album, Drankin’ Songs of the Midwest, miał premierę w 2020 roku, jednak przeszedł bez większego echa. Prawdziwa siła Anthony’ego Millsa tkwi w jego współpracach. To właśnie okres działalności w duecie Wildcookie oraz wydanie albumu Cookie Dough w 2011 roku przyniosły mu szerszy rozgłos i uznanie wśród słuchaczy. Obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją, ponieważ w połączeniu sił z Markiem Pędziwiatrem, Amerykanin pokazuje, jak ogromne są jego możliwości. 

Przejdźmy teraz do omówienia głównego dania, jakim jest sam Crack Rock. Jego autorzy zaczęli stopniowo odsłaniać karty z początkiem roku. Już w pierwszych dniach stycznia otrzymaliśmy pierwszy singiel zapowiadający płytę, którym był Crack. Następnie, w lutym, dostaliśmy od panów dwa kolejne utwory – Neck oraz Candy Apple Red. Z kolei 7 marca zakończyliśmy oczekiwania i ujrzeliśmy cały projekt.  Album – jak określiłby go pewien ceniony w internecie recenzent jedzenia – „robi wrażenie”.

Więc czym właściwie jest Crack Rock? Naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na to w jednym zdaniu. Panowie zabierają nas w pewnego rodzaju podróż pomiędzy gatunkami muzycznymi. Podczas odsłuchu na pierwszy plan przebijają się bardzo wyczuwalne inspiracje. Definitywnie głównym pomysłem na album było wykorzystanie yacht rocka. Dziś jest nieco zapomniany przez słuchaczy, a – jak pokazuje ten album – niepotrzebnie. Sami sprawcy całego zamieszania przyznają, że właśnie ten gatunek był ich główną inspiracją. Jednak w mojej opinii twórcy tego albumu są nad wyraz skromni, gdyż nie samym yacht rockiem ten album stoi. W niektórych momentach możemy zauważyć jawną inspirację funkowym, a także hip-hopowym brzmieniem. Ta różnorodność gatunków cieszy, ponieważ autorzy genialnie odnajdują się w tej, na pierwszy rzut oka, nietypowej mieszance. Crack Rock (Latarnik & Anthony Mills) - Crack Rock LP / ASTIGMATIC RECORDS AR030- Vinyl

Od strony produkcyjnej album jest na ekstremalnie wysokim poziomie. Marek Pędziwiatr dołożył wszelkich starań, aby wyciągnąć ze swoich inspiracji to, co najlepsze, i powiedzieć, że udało mu się to zrobić, to jak nic nie powiedzieć! Skomponował przepiękne melodie, które swoim pięknem uzależniają słuchacza niczym tytułowy crack.

Pozostając w tym temacie, należy wspomnieć o warstwie wokalnej, którą zapewnił nam Anthony Mills. Jego głos na całym albumie jest ciepły, barwny i zapadający w pamięć. Właśnie dlatego w pewnych momentach tego albumu nie wiedziałem, na czym się skupić – na wciągającej barwie głosu czy treści tekstów? Warstwa liryczna albumu potrafi być niezwykle zaskakująca, gdyż właśnie pod tą osłoną piękna, które kojarzy mi się ze słonecznym Los Angeles, czyhają na nas dosyć poważne i trudne tematy. Niekiedy są związane z niezwykle uzależniającym, tytułowym narkotykiem, który zalał Stany Zjednoczone pod koniec XX wieku. 

Kolaborację obydwu artystów uważam za coś niezwykle interesującego i wciągającego. Jest to zdecydowanie dzieło, przykuwające uwagę. Należy żywić nadzieję, że to dopiero początek współpracy pomiędzy panami. Ten album zwyczajnie się nie nudzi. Mieszanka gatunków, którymi inspirował się Marek Pędziwiatr, oraz aksamitny głos Anthony’ego Mills’a to połączenie uzupełniające się idealnie. Z ręką na sercu polecam zagłębić się w ten album, który idealnie komponuje się z wiosennymi zachodami słońca.

 

 

Maciej Trzop

The Prodigy

35 lat temu doszło do buntu sprawiającego, że granice gatunków muzycznych zaczęły się zacierać. The Prodigy zaczęło dyktować własne warunki. Warunki niemalże tak surowe, jak Kodeks Hammurabiego. Oko za oko i ząb za ząb. Właśnie w ten sposób można opisać grozę i brak litości w twórczości tej grupy. Muzyczne dziedzictwo ciężkiej i elektrycznej monarchii, która podstępnie wkradła się na scenę klubową. Czy wówczas zapanowała technokracja? Raczej raveolucja, a już najzupełniej: elektroniczny manifest zespołu The Prodigy, którego ślady w muzyce mamy do dziś.

 

The Prodigy są protoplastami Big Beatu, który ma swoje korzenie w latach 90, gdzie muzyka elektroniczna była jeszcze undergroundem. Swój trzon osadzili w raveowych, breakbeatowych brzmieniach, nie zapominając przy tym o elementach rocka, a później o dołączeniu wokaliz punkowych. The Prodigy stworzyło pomost między muzyka elektroniczną a rockową. Sama nazwa zespołu pochodzi od syntezatora Moog Prodigy, na którym pierwsze kawałki tworzył Howlett. Na jednej z imprez zapoznał tancerzy Flinta i Thornhilla, którym podarował kasetę ze swoją muzyką. To na niej wydrapał słowo „prodigy”. Oni dodali do melodii przez niego nagranych taneczne elementy. Tak ekipa wybrała nazwę. W tamtym czasie zapoznali jeszcze wokalistkę i tancerkę Sharky oraz rapera Maxima. Wspólnie stworzą zespół, którego skład będzie się lekko zmieniał, pozostawiając jednak trzon i charakterystykę brzmień ponadczasową.

Music For Jilted Generation

1994

W czasach, gdy rząd próbował zdusić wolność muzyczną poprzez surowe przepisy wymierzone w nielegalne imprezy, The Prodigy stworzyli dzieło, które stało się symbolem oporu. Każdy utwór tętnił surową energią i emocjonalnym ładunkiem, który jednoczył zbuntowaną młodzież, pragnącą odzyskać przestrzeń do wyrażania siebie poprzez muzykę i taniec. Wśród pulsujących rytmów i agresywnych beatów, które wylewały się z głośników w mrocznych magazynach i na otwartych polach, Voodoo People wyróżnia się niczym rytuał transu. Hipnotyzujące riffy i niepokojąca energia tego utworu tworzą dźwiękowy portal do świata, gdzie muzyka przestaje być tylko rozrywką – staje się bronią, wyzwoleniem i niepokorną modlitwą o wolność. Jednak potęga tego albumu wykracza daleko poza pojedyncze utwory. To dzieło pełne sprzeciwu wobec systemu, który próbował uciszyć młode pokolenie. The Prodigy przekuli bunt w dźwięk, wściekłość w rytm, a desperację w surowe, elektryczne brzmienie, które do dziś rezonuje w sercach tych, którzy nie godzą się na narzucone zasady.

Music for the Jilted Generation to więcej niż album – to świadectwo epoki, która domagała się wolności, a zarazem kamień milowy w historii muzyki elektronicznej. Jego brzmienie, niosące w sobie zarówno chaos, jak i euforię, pozostaje nieśmiertelnym symbolem muzycznego buntu. Dzięki niemu dźwięk przestał być jedynie melodią – stał się bronią w walce o przestrzeń dla niezależnej kultury, której nie da się uciszyć.


The Fat Of The Land

1997

O muzyczną oprawę albumu The Fat of the Land zadbał oczywiście Liam Howlett, wokali użyczyli stali członkowie: Maxim i Flint, a także Kool Keith, Shakin Bada i gościnnie kilku twórców. O oprawę gitarowa, tak istotna w późniejszej twórczości zespołu zadbał Jim Davies. Bez tego krążka nie można mówić o sukcesie absolutnym zespołu. To ich komercyjny szczyt z 1997 roku, najbardziej doceniony również przez krytyków.Jego wydanie poprzedziło kilka najsłynniejszych do dziś singli takich jak: Firestarter, który był pierwszym utworem zespołu z wiodącym wokalem. Dzięki temu, jak i charakterystycznemu, bijącym rekordy, teledyskowi wyniósł tancerza Flinta na frontmana zespołu. Drugim kawałkiem promującym album był Breathe. Single ugruntowały punkowy wygląd Flinta i równie punkowe wokalizy. Kontrowersje wokół zespołu – tekstów piosenek, wyglądu i stylu grupy, a także dźwięków były od tego czasu na porządku dziennym. Poza wymienionymi wcześniej utworami, które znalazły się na początkach list hitów, trzecim najpopularniejszym utworem pochodzącym z albumu był Smack my Bitch Up, ten wywołał kontrowersji najwięcej ze względu na wulgarny tekst, który wiele osób interpretowało niepoprawnie.

Artystom zarzucano wulgarność w tekstach stosowaną wobec kobiet. Krytyczne głosy opowiadały się za okrucieństwem tekstu do Firestartera, który w rzeczywistości był personalnym opisem uczuć towarzyszących na scenie artystom, pewnej ekstazie, sile, radości wyrazu. Podobnie było ze Smack my Bitch Up. Tu wulgarny tytuł pogorszył sprawę jeszcze bardziej. Choć na tym krążku wokale były nowością i nadały nowy obraz grupie, warto pamiętać o świetnych, wyłącznie instrumentalnych utworach stworzonych przez Howletta, które raz po raz podczas trwania krążka nawiązują do siebie muzycznie tworząc albumowa całość. Dźwięki krążą i wracają do nas precyzyjnie wyselekcjonowanymi zagrywkami muzycznymi. Same teksty na albumie były eksperymentem. Wcześniej Howlett planował w ich miejsce sample i sam nie był zbyt przekonany do szalonego pomysłu Flinta o dograniu jego tekstów do utworów. Wokal artysty na zawsze zmienił oblicze zespołu, jednak elektroniczne brzmienia wychodzące spod palców Howletta pozostają po wsze czasy ikonicznym znakiem The Prodigy.


The Day Is My Enemy

2015

2015 rok równał się dwudziestopięcioleciu rozpoczęcia działalności przez zespół The Prodigy. Choć to naprawdę dużo czasu spędzonego na scenie muzycznej, grupa nie miała zamiaru zwalniać tempa ani, tym bardziej, hamować na dobre. Taką okazję należało świętować hucznie. A jeśli ktoś wie, jak to zrobić z przytupem, to zdecydowanie oni. The Prodigy nie mieli zamiaru ściągać stopy z gazu i dowieźli najgłośniejszy, jednocześnie groźny i bezkompromisowy krążek The Day Is My Enemy. Płyta już od początku pokazuje, że będzie to jazda bez trzymanki. Tytułowy, a zarazem pierwszy kawałek buduje buntownicze, a nawet wrogo-agresywne napięcie. The Day Is My Enemy to rewolucyjny hymn, z którym musi zmierzyć się słuchacz. Decydując się na tę niebywale trudną i głośną podróż, trzeba się solidnie uzbroić. Uzbroić? A może lepiej się poddać, oddając się w pazury The Prodigy! Przecież podczas tej drapieżnej drogi można się naprawdę dobrze bawić. Nie stawiajmy oporu industrialno-hardcoreowym postulatom, tańczmy do utworów, z których kipi dzikość! Dajmy się ponieść perkusyjnym talerzom, które przecinają jakoby rozżarzone metalowe ostrza i riffom uderzającym z impetem niczym burzowe grzmoty.

Jednak gdyby muzyczna rewolucja odebrała nam tchu, możemy naładować siły na przystanku Beyond the Deathray. Jego mistyczna oprawa, mimo że dalej gnuśna, buduje apokaliptyczny krajobraz, którego dosadny wydźwięk wyłania się w utworze następującym po nim – Rythm Bomb. Nieco robotycznie, jak gdyby z gry komputerowej, wybrzmiewają szybkie i motywujące do działania sygnały. Czy to koniec świata? Czy to koniec muzyki? Nie! To grupa The Prodigy, zacierająca granice między kontynentami (gatunkami muzycznymi). Równocześnie, skoro to płyta-bunt nie mogło zabraknąć na niej elementów satyrycznych. Takowych można się doszukać w kawałku Ibiza, który groteskowo przedstawia wizerunek plastikowej i komercyjnej Ibizy. 


 Keith Flint – bunt, energia i głos RAVEolucji

 

Keith Flint, urodzony 17 września 1969 roku, był prawdziwą ikoną, której charyzma i niepowtarzalny styl rozświetlały brytyjską scenę muzyki elektronicznej. Jego droga od tancerza do wokalisty była niemal jak ewolucja. Jego ekstrawagancki wygląd, wyróżniający się kultową fryzurą, intensywnymi tatuażami i niebanalnymi strojami, stanowił żywy manifest przeciwko ustalonym normom, przyciągając tłumy na koncerty, gdzie energia i pasja przenikały każdą chwilę. Hity takie jak Firestarter czy Breathe nie tylko zdominowały listy przebojów, ale stały się hymnami epoki rave, rozpalając serca fanów na całym świecie. Te utwory, pełne agresywnego, pulsującego rytmu i rewolucyjnego przesłania, zdefiniowały nową erę muzyki, zapisując się złotymi literami w historii kultury alternatywnej. Keith, dzięki swojej autentyczności i artystycznej ekspresji, uczynił dźwięk nośnikiem rewolucji – manifestem niezależności i sprzeciwu wobec wszelkich form opresji. Jednak życie Flinta nie ograniczało się tylko do muzyki. Jego zamiłowanie do motocykli oraz nieokiełznany duch wolności przejawiały się również w pasjach poza sceną. Był symbolem życia pełnego ryzyka, intensywnych emocji i nieustannego poszukiwania nowych granic, co sprawiało, że jego postać na zawsze wpisała się w annale kultury popularnej. Tragiczna śmierć w 2019 roku przerwała tę płomienną podróż, ale spuścizna, którą pozostawił, nadal inspiruje kolejne pokolenia artystów i fanów muzyki elektronicznej. Jego niepowtarzalny wkład w rozwój sceny rave oraz nieustanny bunt przeciwko konwencjom uczyniły z niego postać niemal mityczną – symbol tego, jak dźwięk i obraz mogą stać się narzędziem wyzwolenia i artystycznej rewolucji.

In Memoriam: Keith Flint (17.09.1969 – 04.03.2019) – rageman.pl

Łucja Krzywoń & Paulina Madej & Katarzyna Golec

Men I Trust

Zdjęcie przedstawiające zespół Men I Trust

Potrzeba Wam nieco spokoju pośród tej zmiennej marcowej pogody? Albo czegoś komfortowego i okraszonego długo wyczekiwanym, wiosennym słońcem?
Mamy dla Was coś w sam raz, bo 19 marca kanadyjski zespół Men I Trust opublikował krążek Equus Asinus o takim zabarwieniu. Jest to świetna okazja, nie tylko do zachęcenia Was do tego albumu, ale również przedstawienia sylwetki trio w ramach pasma Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Men I Trust i Headroom

Jak to często bywa, historia Men I Trust sięga licealnych czasów Jessiego Carona i Dragosa Chiriaca. Właśnie w szkole średniej Jessie — gitarzysta i basista, poznał Dragosa, kolegę ze szkoły grającego na keybordzie. Można jednak powiedzieć, że początek ich wspólnej twórczości ma swoje miejsce kilka lat później, w 2014 roku. Ponad dekadę temu, połączyli swoje siły i zmysł do tworzenia przyjemnie i powoli płynących kompozycji, czego owocem był album Men I Trust. Chociaż już wtedy słyszalne były ciepłe i słodkie tendencje brzmieniowe grupy, trzeba przyznać, że album ten wyróżnia się na tle pozostałych krążków zespołu. Był to pierwszy krok na drodze w poznawaniu świata miękkich brzmień. Krok niewątpliwie milowy.

Okładka singla Men I Trust - Show Me How

Takim samym, a może nawet większym krokiem milowym osiągniętym przez Kanadyjczyków w czasie ich podróży do własnego, wyjątkowego, unikatowego stylu, było dołączenie do grupy gitarzystki i wokalistki Emmy Proulx. Nie zrozumcie nas źle, pierwszy album Jessiego i Dragosa był piękny, jednak zwiewność nowoprzybyłej, zmieniła oblicze zespołu. Jej delikatny głos, pojawił się na drugim studyjnym albumie — Headroom, tym samym stając się kropką nad Men I trust, -owym I. No i nazwa nabrała jakby więcej sensu, prawda?

Trzeba przyznać, Emma stała się zarówno muzycznym trade markiem grupy, jak i jej wizerunkiem. Postać piosenkarki, zawsze przyozdobiona łagodnym, kojącym uśmiechem i spokojem płynącym z jej oczu pojawiała się wielokrotnie na okładkach singli zespołu. Gdyby tak się przypatrzeć dłużej, podobny komfort i delikatność, znajdziemy też w rysunkowych postaciach z opraw wizualnych, chociażby albumu Oncle Jazz, czy singla You Deserve This. A to, co widzialne, znajduje odzwierciedlenie (a może w kontekście dźwięku warto by powiedzieć, że odbija się echem?) w brzmieniu Men I Trust.

Oncle Jazz, Untourable Album i wizyty w Polsce

Albumem, który przyniósł duży rozgłos grupie, utrwalając ich miejsce na bedroomowej scenie jest Oncle Jazz. Wydany w 2019 roku, ciepły w brzmieniach krążek to absolutna kwintesencja tego jak brzmi Men I Trust. Ten album pełen błyskotliwych kawałków, ogrzewających umysł zarówno tekstowo jak i muzycznie, spiął ze sobą sporo publikowanych wcześniej singli, co spotkało się z mieszanym odbiorem fanów. Wszyscy pragnęli jak najwięcej nowej twórczości, zafascynowani tym, czego do tej pory mogli już skosztować i w czym się rozkochać. Na większą dawkę nowości trzeba było poczekać dwa lata. Dwa lata, podczas których wszystko pozostało trochę w zawieszeniu. Powstały w czasie pandemii Untourable Album zaopiekował się uszami i duszami słuchaczy i początkowo nie wiązał się z żadnymi koncertami. Los chciał jednak inaczej i ostatecznie pod koniec 2021 roku grupa wyruszyła w trasę o przewrotnym tytule Untourable Tour.

Zespół Men I Trust na koncercie

Skoro o koncertowaniu mowa, Kanadyjczycy wpadali do Polski kilkukrotnie, wyprzedając całe sale. Na ostatnim z koncertów, granym w Polsce w 2022 roku, mimo przeziębienia wokalistki, zespół stworzył niepowtarzalną atmosferę, a lekka chrypka performerki, tylko ubarwiła warstwę wokalną. Sala wypełniła się wtedy ludźmi i czarującymi dźwiękami, które w swoich utworach serwuje Men I Trust. Trzeba im przyznać — mimo spokojnego klimatu, w jakim z założenia grają, ich energia na scenie jest szczera i wszechogarniająca.

Albumy Live

Men I Trust wydali dwa albumy live’owe. Jeden z nich w 2020 roku, drugi — lekko ponad miesiąc temu. Oba przyprawiają o uczucie, jakbyśmy rezydowali z zespołem w niewielkim, przytulnym pokoju, wytłumionym dywanami, słuchając ich muzyki i popijając jakiś ciepły napój. Jest komfortowo, jest miękko.

Forever Live Sessions Vol.2 to krążek długo wyczekiwany, fanów indie-popowych brzmień grupy nierzadko ogarniało zwątpienie, czy rzeczone wydawnictwo, w ogóle kiedykolwiek zostanie opublikowane. Jednak wraz ze swoim pojawieniem się, momentalnie zaskarbiło sobie serca słuchaczy, dla niektórych stając się zbiorem ulubionych wykonań już wcześniej i tak lubianych utworów. Forever Live Sessions Vol.2 nie powielają utworów z pierwszej części, wydanej 5 lat temu, więc jeśli komuś nie udało się doświadczyć tych uwiecznionych na albumie koncertów, śmiało może nadrobić to, słuchając obu wydań, zanim zabierze się za najnowszy album zespołu.

A jeśli już o najnowszym krążku mowa…

Equus Asinus

Czyli osiołek zwyczajny, kontynuuje bedroomowy styl grupy. Ale czuć w nim też powiewy świeżości.

Okładka albumu Men I Trus - Equus AsinusNiektóre niezależne single (takie jak Billy Tropy) zdawały się sugerować konkretniejszą zmianę stylu ekipy. Ta miała skierować się ku bardziej pospiesznym tonom, basem nieco sugerującym post-punkowe brzmienia. Tym razem jednak grupa poza wplataniem coraz większej ilości dream-popowych melodii, pokusiła się również o romantyczne rozwinięcia w klimacie balladowo-westernowym (I Come With Mud) czy może również nieco francusko nowofalowym? (Girl 2025). Otuleni w dźwięki spokojnej perkusji, łaskoczących gitar i delikatnego wokalu rozpływamy się w nostalgicznej zadumie. Słodko-gorzkie teksty, jak chociażby w utworach Bethlehem czy Purple Box mają melancholijny klimat, który jednak nie dołuje — nosi w sobie iskierkę nadziei na pozytywny rozwój zdarzeń. Albo, chociaż na zaakceptowanie tego, co minęło.

 

A gdyby jakoś zobrazować, jak brzmi ostatnie wydanie od Men I Trust, to nie trzeba daleko szukać. Najnowszy album roztacza wokół siebie dymny, gęsty, ale równocześnie nieprzytłaczający klimat relacji międzyludzkich — taki sam, jaki panuje w pokoju na zdjęciu z jego okładki.

Maja Michalik & Katarzyna Golec