Archiwum

Roy Ayers

4 marca 2025 roku w wieku 84 lat odeszła w  jedna z największych legend amerykańskiego jazzu – Roy Ayers. 60 lat na scenie zaowocowało 33 wydawnictwami, które poza rozwijaniem fuzji jazzu oraz funku dały podwaliny pod największe hity hip-hopu. Dźwięki jego wibrafonu stanowiły jeden z najważniejszych głosów jazz-funkowego szaleństwa lat 70. gdy nagrywał on swoje najważniejsze projekty z zespołem Ubiquity. Przez lata stał się jednym z najczęściej samplowanych artystów w historii hip-hopu, stanowiąc esencję twórczości między innymi tak legendarnych grup jak A Tribe Called Quest. Aby upamiętnić twórczość mistrza w tym tygodniu w ramach pasma Artysta Tygodnia przedstawiamy Wam jego najważniejsze dzieła i przybliżamy wpływ na innych wielkich twórców.

 


He’s Coming

1972

Polydor Records

Początek lat 70. stanowił zwrot w twórczości Roya Ayersa. Po post-bopowo zorientowanej poprzedniej dekadzie. nastał czas na połączenie jazzowych brzmień z ciągle rosnącym w popularność funkiem. W tym celu powołał do życia formację Ubiquity, której nazwę można przetłumaczyć jako wszechobecność. Do wibrafonu i innych analogowych instrumentów dołączyły również te elektroniczne, otwierając przed muzykiem zupełnie nowe spektrum możliwości. Widać to szczególnie wyraźnie na znakomitym albumie He’s Coming z 1972 roku. Liryczna eksploracja duchowości i walki o prawa społeczne opakowana jest w kompozycje, które brzmieniowo wywodzą się z jazzu, lecz wymieszanego już z soulem, funkiem i pewną dozą psychodelii. Ain’t Got Time brzmi jak stadium przejściowe między śpiewana poezją Gila Scotta-Herona, a soulową perfekcją Marvina Gaya. Na I Don’t Know How To Love Him przepięknie lśni z kolej wibrafon lidera grupy. Największa perłą jest jednak spektakularne We Live In Brooklyn, Baby, wykorzystane później między innymi przez Kendricka Lamara i Mos Defa. Ciężko się dziwić, skoro dynamiczna perkusja stanowi esencję idealnego hip hopowego bitu. Ostre, niepokojące skrzypce fantastycznie korespondują z kłapiącym basem i stanowią niezwykły podkład dla równie nastrojowego wokalu Ayersa.


Roy Ayers dead: L.A.-born jazz-soul vibraphonist was 84 - Los Angeles Times


Everybody Loves The Sunshine

1976

Polydor Records

Motywem przewodnim w całej twórczości Ayersa jest wszechobecne ciepło. Nie bez powodu również jego najpopularniejszy album bezpośrednio nawiązuje do promieni słonecznych. Płyta Everybody Loves The Sunshine do dziś jest sztandarem stylistyki tak namiętnie celebrowanej przez Ayersa. Mowa tutaj oczywiście o harmonijnym łączeniu jazzowej instrumentacji z funkową intensywnością, której na tym projekcie jak najbardziej nie brakuje. Aura wszechobecnego entuzjazmu i pozytywności płynąca z tego krążka potrafi perfekcyjnie odwzorować wiosenne uczucie wyzwolenia spod zimowej opresji. Idealny balans pomiędzy psychodelicznym dryfem, a abstrakcyjną myślą Ayers zachowuje poprzez przeplatanie zróżnicowanych w brzmieniu utworów. Przejście ze spokojnego i jakże hipnotyzującego The Third Eye w rozpalone It Ain’t Your Sign It’s Your Mind w idealny sposób obrazuje perfekcyjny dualizm albumu. Nie można również zapomnieć o tytułowym utworze, który zsamplowano w UWAGA w 188 utworach. Dr. Dre, Mos Def, Common, Joey Bada$$ czy Larry June to tylko ułamek z kilkudziesięciu znanych współcześnie ksywek, którym Ayers użyczył ścieżek ze swojej legendarnej kompozycji. Jedno jest pewne – nie znajdziecie lepszego podkładu do ubóstwiania wiosennej bryzy w kwietniowe weekendy, kiedy słońce zachodzi już nieco później. 


Music Of Many Colors

1979

Phonodisk

Jednym z najbardziej wyróżniających się dzieł w dyskografii Ayersa jest nagrany wspólnie z Felą Kuti i jego legendarnym składem Africa 70 album Music Of Many Colors. Powstał on jako zwieńczenie kilkutygodniowej trasy koncertowej po Nigerii w 1979 roku, w trakcie której Ayers supportował lokalnego herosa. Dla Nigeryjczyków był to czas przepełniony nadzieją po upadku reżimu wojskowego, przeciwko któremu protestował Kuti przez poprzednią dekadę. Duch afrocentryzmu i odnowionej wiary w idee panafrykanizmu przeniósł się na dwie rozległe, fantastyczne kompozycje. Pierwsza z nich, 2000 Blacks Got To Be Free odwołuje się do panującego w tym czasie sentymentu o początku nowego milenium jako czasie wielkich zmian. W tym przypadku Ayers z ogromem nadziei i pasji w głosie wyśpiewuje wizję wolnej, potężnej i zjednoczonej Afryki, która nastanie przed początkiem roku 2000. Drugi utwór, Africa Center Of The World to manifest Kutiego, w którym umiejscawia on Afrykę jako oś świata, najcenniejsze terytorium, o które ciągle toczą się wojny. Skoro zaś jest to miejsce tak wyjątkowe, to jego mieszkańcy muszą też tacy być. Te wzniosłe wizje jak to zwykle w przypadku projektów ojca afrobeatu ubrane są w niepowtarzalny, niepowstrzymany groove, w którym głos i instrumenty nieustannie napędzają się wzajemnie z każdą kolejną minutą. W połączeniu z pięknymi wibrafonowymi solówkami Ayersa, Music Of Many Colors pozostaje wyjątkowym zapisem chwili nadziei na lepsze jutro dla całego kontynentu. Nawet jeśli ostatecznie niespełnionej.


Hip-hopowe dziedzictwo

 

Sampling w hip-hopie to nie tylko muzyczne zapożyczenia i recykling starych treści. Jest to przede wszystkim czerpanie inspiracji, szukanie niedocenionych wcześniej dźwięków i celebracja historii. Brzmienia z kompozycji Roya Ayersa znajdziemy w utworach A Tribe Called Quest, 2Paca czy Tylera, The Creatora. Mistrz udzielił się również na legendarnym albumie Guru Jazzmatazz Vol. 1 czy dołożył swojego geniuszu w ramach projektu Jazz Is Dead Adriana Younge i Aliego Shaheeda Muhammada. Jest jednak jeden utwór, w którym zaobserwować możemy spotkanie dwóch arcymistrzów, a mowa tutaj o utworze Little Brother od duetu Black Star. Poprzez nagranie poszczególnych partii perkusyjnych z utworu I Ain’t Got Time, J Dilla stworzył zupełnie nowy, wijący się rytm. Do genialnego podkładu dodajemy duet fantastycznych MC w składzie Mos Def/Talib Kweli i w efekcie otrzymujemy jedną z najbardziej imponujących produkcji w dziejach hip-hopu – gatunku, którego Roy Ayers do dziś jest nierozłączną częścią.

Dla świata zakochanego w produkcjach lat 70., śmierć Ayersa jest wielką stratą. Jedno pozostaje niezmienne – jego ponadczasowa twórczość w dalszym ciągu może cieszyć uszy pokoleń przyszłych muzyków.

LONG LIVE ROY AYERS

Jędrzej Śmiałowski, Jakub Bergański, Michał Lach, Filip Juszczak

Artystki Tygodnia

Z okazji Dnia Kobiet, kolejny rok z rzędu, wyróżniamy wyjątkowe artystki!

Muzyka byłaby zupełnie inna, gdyby nie kobiety, które odważyły się iść pod prąd. Ich twórczość, charyzma i odwaga inspirują, przełamują stereotypy i zmieniają oblicza muzyki. Z okazji Dnia Kobiet prezentujemy nietuzinkowe Artystki Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Jun Togawa

Włączając citypopowe nostalgiczne playlisty ociekające blichtrem Japonii lat 80., wcale nie tak łatwo natrafić na Jun Togawę. Może dlatego, że była jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtejszej sceny alternatywnej. Konwencjonalne normy dotyczące ról płciowych, kobiecości i relacji społecznych podważała w typowo japoński sposób – rzadko otwarcie deklarowała polityczne intencje swoich działań, ale jej teksty i wizerunek sceniczny mówiły same za siebie.

Przykładem jest Suki Suki Daisuki – piosenka, która na pierwszy rzut oka brzmi jak cukierkowe wyznanie miłości, lecz z czasem odsłania niepokojący, wręcz psychotyczny wymiar obsesji i podporządkowania. W ten sposób Togawa dekonstruowała stereotypowy obraz kobiety w japońskiej kulturze – grzecznej, uległej i pasywnej. Z kolei jej działalność w zespole Guernica eksplorowała dystopijne i totalitarne wizje świata, często nawiązujące do wojennej i powojennej historii Japonii, podkreślając lęk przed mechanizacją i kontrolą społeczną.

Jej groteskowy, buntowniczy styl stanowił radykalne przeciwieństwo kształtującej się wówczas kultury idol, gdzie kobiety miały być urocze, uległe i nieskazitelne. Togawa wywracała ten wzorzec na opak – śpiewając o obsesyjnej miłości, transformacji ciała i społecznej opresji, podważała konserwatywne normy dotyczące ról płciowych i indywidualizmu. Choć nie była aktywistką w tradycyjnym sensie, jej artystyczny przekaz miał wyraźnie krytyczny charakter i torował drogę przyszłym artystkom wyłamującym się z narzuconych schematów. Tym samym stała się jedną z kluczowych postaci anti-idol movement oraz japońskiej alternatywnej sceny muzycznej.

Jeśli w muzyce szukacie zaskakujących brzmień i nietuzinkowych postaci niczym Japończycy rzadkich figurek z automatów gashapon, to Jun Togawa jest limitowaną edycją – ukrytą gdzieś w bocznej uliczce Akihabary, czekającą na tych, którzy wiedzą, gdzie szukać.

Julia Karska


Soyeon

Jeon So-yeon na pewno znana jest fanom k-popu! To liderka jednego z najpopularniejszych koreańskich girls bandów – (G)I-DLE oraz wszechstronnie utalentowana idolka. Początki jej kariery nie należały do najłatwiejszych. Soyeon rzuciła się na głęboką wodę, chcąc rapować wyłącznie w swoim stylu. Łączyło się to z wieloma niepowodzeniami podczas przesłuchań wokalnych, jednak po dziesiątkach prób, udało się. Na początku działała sama, tworzyła piosenki i skrupulatnie dążyła do swojego celu: bycia w zespole. Dokonała tego w (G)I-DLE i, wydawać się może, że już wszystko szło po jej myśli, ale grupa wciąż nie mogła zadebiutować. Brakowało im jednego: piosenki. Soyeon wzięła to na swoje barki. Miała już doświadczenie z komponowaniem, jednak wcześniej nie planowała tego robić dla zespołu. Tym samym została także główną twórczynią tekstów (G)I-DLE. I to właśnie w ten sposób, poprzez wersy, mówi o tematach, które w Korei wciąż są obiektem zażartych dyskusji. Równość płci, a także feminizm nie zawsze spotykają się z pozytywnym odbiorem wśród koreańskiego społeczeństwa, przez co dochodzi do skrajności poglądów obu stron konfliktu. Soyeon jednak wybiera pokojową ścieżkę na rozwiązanie sporu: tworzy piosenki, sprzeciwiając się panującym obecnie w Korei standardom.

Utwór nxde traktuje o byciu zgodnym z samym sobą, a także o kobiecej sile, jednocześnie jest manifestem przeciwko seksualizacji kobiet. Nie chodzi również o bycie nagim w dosłownym znaczeniu, lecz metaforycznie gołym. Bez udawania kogoś, kim się nie jest. Nxde jednak nie spotkało tyle kontrowersji, jak inny kawałek: Wife. Po premierze tego singla (G)I-DLE oraz Soyeon dotknęła mocna krytyka. Tekst tej piosenki został błędnie zinterpretowany, a retoryczna narracja wywołała odwrotny efekt, niż było planowane. Wife bowiem to swego rodzaju pamflet, satyra wyśmiewająca kobiecą rolę typowej pani domu. To buntowniczy zew wymierzony we wciąż znormalizowane w Korei poglądy.

Jednakże Soyeon nie jest jednostronna. Zależy jej na równości, a nie dominacji jednego ogniwa. W wywiadach, a także przez swoją twórczość podkreśla, że WSZYSTKIE stereotypy muszą zostać zniszczone. Czy to te związane z wiekiem, czy też te ograniczające koreańskie idolki. Stanowisko Soyeon jest jasne: Muzyka nie ma płci.

Paulina Madej


Marina Herlop

Marina Herlop to katalońska artystka – kompozytorka, wokalistka i producentka – która wyróżnia się nietypowym podejściem do muzyki. Łączy klasyczne wykształcenie pianistyczne z nowatorskimi eksperymentami elektronicznymi, tworząc brzmienia pełne zarówno technicznej precyzji, jak i silnych emocji. Czerpie inspiracje z muzyki klasycznej oraz karnatyckiej tradycji wokalnej z południowych Indii. Jednym z wyróżników jej muzyki jest sposób, w jaki bawi się dźwiękiem i językiem. Często używa wokaliz bez konkretnego znaczenia, które zamiast słów przekazują emocje i budują wyjątkowy nastrój utworów.

Herlop zadebiutowała albumem Nanook (2016), a następnie wydała Babasha (2018), oba oparte na fortepianie i głosie. Przełomem w jej karierze było Pripyat (2022) – pierwszy album wyprodukowanym na komputerze, który otworzył jej muzyce nowe, elektroniczne brzmienia. Pełne melancholii i skomplikowanych harmonii kompozycje, takie jak miu czy kaddisch, ukazały jej talent do budowania złożonych, wielowarstwowych kompozycji dźwiękowych. Z kolei Nekkuja (2024) jest jej najbardziej świetlistym i pozytywnym albumem.

W 2024 mówiła o niewielkiej reprezentacji kobiet wśród producentów muzycznych. Statystyki są alarmujące – kobiety stanowią tylko 3,9% producentów i 12,7% autorów piosenek na najpopularniejszych listach. Herlop podkreśla, że obecność kobiet w produkcji muzycznej nie jest tylko kwestią liczbową, ale ma wpływ na całą branżę. Ich perspektywa i wrażliwość mogą wnosić nowe jakości dźwiękowe i narracyjne, które rzadko są słyszane w zdominowanym przez mężczyzn świecie produkcji.

Poprzez swoje działania i obecność w rozmowach o równości, Marina Herlop inspiruje kobiety do przejmowania kontroli nad własną twórczością i eksplorowania świata produkcji muzycznej na własnych warunkach nie poddając się oczekiwaniom ze strony branży czy odbiorców.

Julia Kuźnik


Rose McDowall

Zaczęło się od natapirowanych włosów, bladotrupiego makijażu i lekko zgrzytliwego, sennego brzmienia syntezatorów. Gotowy materiał na hit, kontrakt z 4AD i z miejsca single na szczytach list przebojów. Kariera Strawberry Switchblades była jedną z wielu synthpopowych karier z lat 80. i pewnie wspominalibyśmy dziś duet jako zespół jednego przeboju, trochę zakurzoną ciekawostkę, gdyby nie Rose McDowall oraz jej ucieczka do artystycznego podziemia.

Wokalistka coraz głębiej wchodziła w kolejne kręgi wokół Throbbing Gristle, poprzez które przewijali się w zasadzie wszyscy późniejsi twórcy postindustrialu i neofolku. McDowall jednak bardzo konsekwentnie zachowywała swoją osobność i niezależność, nie wiążąc się z żadnym konkretnym zespołem ani kolektywem. W środowisku zdominowanym przez facetów poubieranych w mundurowe sorty lub rytualne szaty, wokalistka w stroju czarownicy zdecydowanie wyróżniała się już w warstwie wizualnej.

Błędem byłoby jednak traktować McDowall tylko i wyłącznie w ten sposób, nie podkreślając ogromnego wpływu, jaki na muzykę wielu artystów (Coil, Death in June, Current 93, Sol Invictus, Nature and Organisation czy Boyd Rice) swoją eteryczną, lekko rozmytą manierą wokalną, kontrastującą z szorstkimi, marszowymi partiami gitar akustycznych. W ten oto sposób artystka, uciekając z mainstreamu do undergroundu, zapewniła sobie nieśmiertelność.

My z kolei, słuchając jej muzyki, tylko tę nieśmiertelność przedłużamy.

Maciek Tomasiewicz

 


Molly Nilsson

Molly Nilsson zadebiutowała w 2008 roku jako artystka całkowicie niezależna. Ze Sztokholmu przeprowadziła się do Berlina, miasta artystów, by spróbować swoich sił w sztukach wizualnych. Prędko jednak okazało się, że to muzyka będzie dziedziną, w której spełni się młoda szwedka. Swój pierwszy album These Things Take Time nagrała i wyprodukowała samodzielnie.

Od tego czasu pod szyldem własnej wytwórni Dark Skies Association Molly Nilsson wydała już dziesięć albumów. Brak zobowiązań i zupełna niezależność sprawiają, że jej praca jest bezkompromisowa na każdym etapie procesu twórczego i wydawniczego. Molly sama bookuje koncerty, decyduje o swojej prezencji na scenie i wybiera sklepy, w których będą sprzedawane jej płyty.

Zajmuje się również oprawą graficzną swoich albumów – czarno-białe, minimalistyczne okładki stały się znakiem rozpoznawczym artystki. Molly zerwała jednak z tym stylem wraz ze swoim ostatnim albumem Un-American Activities z 2024 roku. Okładka wyróżnia się czerwonym kolorem, jest to też pierwsze wydanie, na którym możemy zobaczyć twarz artystki. Jak sama uważa, jest to najbardziej polityczny z jej albumów:

W przypadku tego albumu czułam, że nie muszę przyciągać ludzi – po prostu nazwę go Un-American Activities, będę miała piosenkę zatytułowaną The Communist Party. To całkiem jasne i otwarte – nie muszę niczego ukrywać.

Maja Dachtera

 


The Raincoats

Po tym jak Gina Birch i Ana de Silva poszły na koncert The Slits zdały sobie sprawę, że muzyka może być kobieca. Był to pierwszy impuls do stworzenia punkowego zespołu The Raincoats. Oprócz ich dwójki reszta składu zespołu zmieniała się wielokrotnie na przestrzeni lat. Największy jednak wpływ na ich brzmienie wywarły Vicky Aspinall, grająca na skrzypcach w dwóch pierwszych albumach i Palmolive, perkusistka grająca również dla The Slits, która do nich dołączyła podczas debiutanckiej płyty The Raincoats z 1979.

Zanim natomiast płyta powstała, Vicky i Gina nie miały specjalnie dużo doświadczenia związanego z tworzeniem muzyki. Przez wiele lat mieszkały na skłocie i żyły za grosze. Komponowaniem, chociaż było to praktycznie ich jedynym zajęciem, zajmowały się jedynie amatorsko. Po latach, w wywiadach, śmieją się, że ich sposób życia oddawał idealnie ducha punku. Do kwestii feminizmu, czy po prostu nazywania się feministkami, niekoniecznie się wtedy jeszcze dumnie przyznawały. Związane było to z dużą stygmatyzacją tego określenia.

Wtedy myślało się o tym słowie, jako o czymś nieprzyjemnym. To nienawidzące mężczyzn, owłosione, śmierdzące, okropne lesbijki. Zawsze uważałam, że to spisek mediów. Nie chcieli, żeby kobiety miały własne zdanie. Nie chcieli, żeby kobiety mogły rządzić, więc sprawiono, że słowo feminizm stało się wstrętne. Ta etykieta nie była zbyt łatwa. To nie było takie, że „Hej, tak, jesteśmy feministkami i jest wspaniale.” Było bardziej „Tak, jesteśmy. Ale nie jesteśmy tylko tym.”

Chociaż poruszały problemy kobiet w niektórych utworach, nie były to ich główne tematy. Skupiały się na subtelniejszej emancypacji, która nawet nie musiała być celowa. Jednym z głównych faktur sprawiających, że ich twórczość jest ponadczasowa, jest przede wszystkim zabawa i brak wstydu związanego ze swoją innością. To dzięki temu stały się inspiracjami dla zespołów kolejnych pokoleń i to też dlatego stały się symbolami wolności dla wielu kobiet, które dzięki ich muzyce dopiero poczuły się zrozumiane. Stanowiły ważną reprezentację w bardzo męskim zawodzie.

Olga Mrozek


TOKiMONSTA

Scena beatowa Los Angeles stała się fenomenem na skalę światową. Kosmiczne brzmienia, nierzadko połamane rytmy, otulone powolnymi, parnymi syntezatorami, samplami i uderzeniami w struny basu – a to wszystko w obrębie jednej, zżytej społeczności. Producentka i DJ-ka Jennifer Lee, czyli TOKiMONSTA, jest jednak osobą wyjątkową, nawet w skali światowej stolicy kina.

W L.A. nietrudno przesiąknąć kulturą hip-hopową. Odwieczny dyskurs zachodnie kontra wschodnie wybrzeże jedynie potęgował rosnący w siłę blichtr kalifornijskiego rapu. TOKi sama przyznaje, że to dość absurdalne – drobna azjatycka dziewczynka w piątej klasie zasłuchana w Dr. Dre czy N.W.A. Niemniej swoją artystyczną wrażliwość, wraz z inspiracją czerpaną z klasyki West Coastu, przekuła w unikalną, inspirującą całość.

Jako reprezentantka drugiego pokolenia koreańskich imigrantów w Stanach Jennifer wychowała się w duchu rygorystycznego tiger parentingu. Sprzeciwiła się jednak nierealnym wymaganiom narzuconym przez rodziców i porzuciła konwencjonalną karierę, decydując, że spróbuje wyżyć z muzyki. Jak się okazało, nie tylko Kalifornia, ale i cały świat był spragniony jej występów.

Na przestrzeni lat ewoluowała muzycznie. Dzięki – niestety już zamkniętemu – klubowi The Airliner, a szczególnie wydarzeniom z cyklu Low End Theory, które pomogły stworzyć bardzo blisko współpracującą społeczność zbiorczo określaną jako bitowa scena L.A., miała okazję współpracować z takimi producentami jak Flying Lotus, Dibia$e czy Samiyam. To tam jej styl zaczął oddalać się od samplowanych, przykurzonych brzmień w stronę poglitchowanej elektroniki i tanecznego EDM-u. L.A. Beat Scene można opisać jako niekończącą się serię eksperymentów na pograniczu formy i gatunku. Za wybitny album Lune Rouge, który stworzyła mimo ciężkiego stanu po bardzo poważnych operacjach mózgu, którym musiała się poddać po zdiagnozowaniu u niej choroby moyamoya, otrzymała nominacje do nagrody Grammy, stając się tym samym pierwsza amerykanką azjatyckiego pochodzenia z takim wyróżnieniem.

TOKi, pamiętając o trudnościach, z którymi musiała się mierzyć, stawiając pierwsze kroki i próbując przebić się wyżej, wielokrotnie wypowiada się na temat nierówności płciowych w branży muzycznej oraz traktowania młodych artystek. Aktywnie uczestniczy w wydarzeniach tworzących przestrzeń dla kobiet w muzyce, takich jak pandemiczna inicjatywa Every Woman czy coroczne eventy celebrujące kobiecość w branży. Wzięła także udział w dokumencie Underplayed z 2020 roku, gdzie dzieli się swoimi doświadczeniami i inspiruje młode artystki do sięgania po swoje. Dzień Kobiet jest dla niej szczególnie ważny – jak sama mówi:

Międzynarodowy Dzień Kobiet to coś więcej niż tylko świętowanie naszych wspólnych sukcesów i osiągnięć. (…) Możemy dostrzegać sukcesy kobiet w krajach uprzemysłowionych i zachodnich kulturach, ale wciąż istnieje ogromna nierówność i kontrola wobec kobiet w wielu innych częściach świata. Powinniśmy stworzyć ruch, który pomoże tym kobietom, które najbardziej tego potrzebują.

Świętujmy więc kobiecość razem z TOKiMONSTA, która z tej okazji, w przeddzień Dnia Kobiet, wypuszcza długo wyczekiwany album Eternal Reverie, z którego mogliśmy już usłyszeć m.in. singiel On Sum z Andersonem .Paakiem czy skoczne Lucky U z Gavin Turek.

Filip Juszczak


Arca

Na początku swojej artystycznej ścieżki, w 2012 roku, albumami Strech 1 i Stretch 2 rozciągnęła się miedzy hip hopem a elektroniką i zajęła swoje miejsce pośród najbardziej rozchwytywanych osób producenckich nowego pokolenia. Współprace z bardzo docenianymi artystami, kolejne świetne projekty, wszystko to mocowało Arcę coraz mocniej w branży muzycznej. Ona jednak zawsze była sobą, nie bała się mówić tego, co uważa, zarówno w tekstach, jak i social mediach. Seria albumów KICK pokazała, jak świetnym połączeniem jest reggaeton, techno oraz hip-hop. Rozciąganie, łączenie, transformacja – to motyw przewodni w jej muzyce. Muzyce która, tak jak sama artystka, burzy nasze dotychczasowe założenia i zmusza do refleksji nad swoim stosunkiem do świata i do sztuki.

W 2018 roku ogłosiła swoim fanom, że identyfikuje się jako osoba niebinarna, a w 2019 rozpoczęła tranzycję. Była na ten temat otwarta, w tekstach i wizualizacjach przewijały się motywy rekonstrukcji, odnowy, szukania siebie na nowo. Oczywiście, będąc tak otwartą na ten temat, spotykała się z masą hejtu oraz cenzury. Wenezuelskie media ze względu na „kontrowersję”, w żadnym stopniu nie promują jednej ze swoich największych artystek. Internet jednak zadziałał i można już spokojnie powiedzieć, że Arca jest ikoną elektronicznej awangardy.

Our society hates femininity, It punishes all people who want to express their own femininity. That is the nature of the patriarchal world we live in. – pisała na tweeterze

Zawsze korzysta ze swojej platformy, aby walczyć o równość, otwartość, sprawiedliwość, queerowość i destrukcję patriarchatu. Mieszkając w Hiszpanii, nie zapomina o swoim domu, w trakcie protestów przeciwko sfałszowanym wyborom i kolejnej reelekcji Nicolasa Maduro była bardzo wokalna i korzystając ze social mediów, dbała o to, żeby świat tego nie przemilczał. Aktywnie próbuje zmieniać ludzkie uprzedzenia w walce o lepsze jutro.

Grzesiek Dukaczewski


Sarah Hennies

W świecie akademickiej muzyki współczesnej Sarah Hennies jawi się jako postać o nietuzinkowej wizji. Stwierdzenie, że jej utwory są ekstremalnie powtarzalne jest prawdą, ale nie wyczerpuje ono tematu. Repetytywny rdzeń jej kompozycji często pozwala nam dostrzec złożoność w ramach pojedynczego dźwięku, a innym razem podbudowuje polirytmiczną plątaninę perkusyjnych elementów.

Zjawiska psychoakustyczne, granice wytrzymałości wykonawców i napięcie pomiędzy partyturą a jej realizacją to wątki, jakie przewijają się w jej twórczości, zarówno na solowe instrumenty jak i różnej maści obsady kameralne. Na zeszłorocznym albumie Motor Tapes uświadczymy wielu rozciągniętych w czasie procesów sprzyjających głębokiemu słuchaniu.

W pędzącej rzeczywistości, w której wszystko walczy o naszą uwagę, taka organizacja materiału może być dla naszych uszu zbawienna.

Michał Sember


identyfikację wizualną przygotowała Ela Kmiecik

nagranie i montaż materiałów zrealizowali Szymon Lazar i Jędrzej Budzianowski

głosu do materiałów antenowych użyczyli Justyna Kalbarczyk, Olga Mrozek, Filip Juszczak i Antek Winiarski

Cymande

Nierozpoznani pionierzy gatunku, który dziś rozumiemy jako funk. Pulsujące rytmy, wyrazista linia basu i duch niepowtarzalnej energii. Znasz ich piosenki, ale możesz nie wiedzieć jak brzmią w oryginale. Uformowali zespół, nagrali trzy albumy, odbyli trasę koncertową w Stanach u boku Al’a Green’a i rozeszli się w ciągu pierwszej połowy lat 70. Teraz, po 50.(!!) latach powracają z nową płytą i zasiadają na miejscu Artysty Tygodnia w akademickim radiu LUZ. 

 


 

Music is the most beautiful way to share love.

Wszyscy pochodzili z Karaibów, z tego samego regionu. Emigrowali do Wielkiej Brytanii jako mali chłopcy. Miał być to kraj płynący złotem. Lepsza przyszłość, możliwości, dobra edukacja i awans zawodowy rodziców, którzy byli wykształceni, z konkretnymi profesjami w rękach. 

Dotarcie na miejsce opisują jako doświadczenie traumatyczne. Anglia ukazała im się jako ciemna, ponura i nieszczęśliwa. Zimna. Zamglona do tego stopnia, że nie widać własnych dłoni. Nie wiadomo dokąd iść. A do tego z kompletnym brakiem akceptacji co do odmiennego koloru skóry. Spotkała ich skrajna dyskryminacją rasowa. W mediach pojawiały się wypowiedzi ludzi, którzy byli obrzydzeni i zdruzgotani, że otaczają ich osoby “nie ich gatunku”. Dojrzewali obserwując jak ich rodzice są poniżani, gasną, tracą chęć do życia. W takich okolicznościach mogli liczyć wyłącznie na siebie; ludzi pochodzących z tego samego regionu, mierzących się z tą samą trudnością życia codziennego. Mieszkali blisko siebie. Czerpali siłę od siebie nawzajem.


Zespół uformował się organicznie. W kwestii instrumentów wszyscy są samoukami, co zdecydowanie zapewnia im oryginalność w sposobie gry i brzmieniu. Grali z intencją, by instrumenty mówiły za nich. Motywowani do tworzenia przez nieopuszczającą ich złość i poczucie niesprawiedliwości. Muzyka była wyrażaniem się, wolnością, zapomnieniem, terapią. Elementem duchowości.

 

 

 




Cymande
1972

Ich celem było mieszanie gatunków. W tamtym czasie reggae nie było jeszcze rozpopularyzowane, ale w ich otoczeniu byli rastafarianie. Stąd pojawiła się inspiracja, by włączyć do ich muzyki rasta perkusjonalia, przyśpiewki i hymny. Rasta drums, funk i jazzowe inspiracje uformowały to czym stał się zespół Cymande. Choć gatunkowo ciężko zmieścić ich w jakichkolwiek ramach, próbowano zrobić to używając zwrotów jak: „nyah-rock”, “afro-rock” czy nawet “calypso-rock”.

Nazwa zespołu pochodzi z refrenu jednego z popularnych utworów calypso. Zależało im, by była unikalna, a jednocześnie by sama przez siebie wyrażała skąd pochodzą i co reprezentują. Oznacza gołębia, który symboliką wyraża miłość, pokój, jedność i harmonię.

 

W Wielkiej Brytanii początek lat 70. był politycznie gorącym okresem. Państwo chciało pozbyć się imigrantów. A Cymande chciało być zespołem, który coś reprezentuje. Mieli w sobie dużo do powiedzenia i chcieli, by ta wiadomość została usłyszana.

Spotykali jednak na swojej drodze wiele przeszkód. Nikt w Wielkiej Brytanii nie chciał “czarnej muzyki”. Zrządzeniem losu na ich drodze pojawił się John Schroeder, który znalazł się w jednym z klubów, by przesłuchać zupełnie inny zespół. Ten, który miał być przesłuchany, się nie pojawił, ale Cymande byli wystarczająco unikalni, by przykuć jego uwagę. Zostali zaproszeni do pracy w studiu.

John chciał, by płyta brzmiała dokładnie tak, jak to, co przypadkiem usłyszał podczas ich pierwszego spotkania.
Dzięki temu wszystko na płycie grane jest na setkę, a panowie wprost bawią się dźwiękami. John nagraną kasetę wysłał do zaprzyjaźnionego przedstawiciela wytwórni Janus w Stanach. I tak właśnie została wydana pierwsza płyta zatytułowana Cymande, która stała się najszybciej sprzedającą się płytą w wytwórni Chess/Janus Record Label.

The Message poniosło się dużym echem po Ameryce. Z solidną popularnością i bardzo pochlebnymi opiniami amerykańskiej prasy muzycznej, zespół wkrótce osiągnął rzadkie wyróżnienie w postaci notowań na wszystkich trzech kluczowych amerykańskich listach przebojów- Jazz, R&B i Pop. W październiku 1972 r. ruszyła ich pierwsza trasa koncertowa.

 

 



Second time round
1973

 

Z lotniska odebrano ich limuzyną. Pierwszy koncert zagrali jako support przed Al’em Green’em, który w tym czasie był w swojej pełnej świetności. Grali stadiony dla 40.000 osób. Wspominają to jako doświadczenie otwierające oczy. Miejsca były głośne, a ludzie odważni i nieskrępowani w wyrażaniu siebie, w sposób jaki nie był im znany w UK. Wskakiwali na stoły i radośnie uderzali we wszystkie przedmioty które dawały dźwięk, powtarzając grane przez zespół rytmy. Reagowali, a to było dla zespołu wręcz szokujące.

Jako pierwsi pochodzący z Wielkiej Brytanii zagrali na Harlemie, w legendarnym teatrze Apollo razem z Jerrym Butlerem, który po koncercie czekał by uścisnąć im dłonie.

Po trasie koncertowej powstał drugi album “Second time round”, a zaraz po nim kolejna trasa koncertowa, tym razem z Cymande na czele. To o czym wcześniej słyszeli o innych artystach właśnie im się wydarzało. Żyli swoim marzeniem.

 

 



Promised Heights
1974

Podczas trasy koncertowej z singlem będącym kontynuacją „The Message”, zatytułowanym „Bra”, poruszającym się po listach przebojów, narodził się pomysł stworzenia trzeciego albumu. “Promised Heights” zostało nagrane w Chicago w Chess/Janus Studios, gdzie wcześniej nagrywali tacy artyści jak Muddy Waters, Chuck Berry i Rolling Stones.

Chociaż zespół skorzystał z okazji i cieszył się widokami oraz dźwiękami Chicago, szalone tempo ich błyskawicznego wzrostu w USA w końcu ich dogoniło. Muzycznie magia pozostała, ale zaczęły pojawiać się charakterystyczne oznaki zmęczenia, zrzędliwości i przebywania z dala od domu przez długi czas. Po takim sukcesie, po latach w których Ameryka doceniła ich twórczość w każdy możliwy sposób, powrócili do domu.

Rzeczywistość brutalnie uderzyła ich w twarze. Mimo, że grali u boku potężnego wtedy Al’a Green’a, w UK nadal nikt nie chciał dać im szansy. Ani w postaci koncertu, ani w radiu, ani w żadnej telewizji. Poczucie niesprawiedliwości i wykluczenia dotknęło ich po raz kolejny. Choć reprezentowali dużą część populacji, nie byli w stanie przebić się przez ten mur. Czuli się pokonani przez system. Ból był nie do opisania, nie do zniesienia. Włożyli bardzo dużo pracy w rozwój zespołu, niestety bez finansowego pokrycia. Każdy artysta czułby się sfrustrowany. Grasz dobrą muzykę, ale Twoje przeznaczenie jest niespełnione. Nie byli w stanie żyć dłużej w taki sposób. Padła decyzja o zawieszeniu działalności. Wierzyli, że wrócą i będą realizować się “później”.

W 1975r. zespół się rozszedł. Każdy w swoją stronę. Założyli rodziny, dla których byli gotowi poświęcić wszystko, by zapewnić im inną drogę w życiu, niż tą, którą sami poznali. Nie chcieli po skończonej trasie żyć z zasiłku więc znaleźli inny sposób by mieć realny wkład w życie swojej społeczności. Gitarzysta i basista zostali prawnikami. Saksofonista założył firmę powiązaną z elektryką i zupełnie odłożył instrument. Jedynie perkusista i flecista pozostali w branży muzycznej, dołączając do innych zespołów i odnosząc w tej materii sukces.  



Hip-hop i era disco

 

Muzyka Cymande jest prawdziwa, kreatywna i głęboka. Bardziej się ją czuje niż słyszy. Prowokuje, wywołuje reakcje, stawia wyzwania. Łatwa do słuchania, łatwa do tańczenia, a jednocześnie pełna emocji i znaczenia. Muzyka którą chcesz się dzielić. Nie da się ich zamknąć w żadnej kategorii gatunkowej i ludzie ich za to kochają. 

Wszyscy DJ-e lat 70., którzy rozkręcali erę disco grali Cymande. Czasem z dwóch mikserów jednocześnie by wydłużać czas trwania utworu nawet do 15 min. Kategoryzowano ich jako taneczny funk, taneczne R&B. Poruszało nogi. Poruszało dusze. Słysząc linie basu, ludzie mieli tylko jedno pytanie: “Kto to jest?!”

Piosenki jak “Bra” były esencją początku hip-hopu, który w swojej wstępnej fazie był po prostu jammowaniem. Kręcił się wokół DJa i tego jak bawił się muzyką. The Fugees, De La Soul, Wu-Tang Clan, Mc Solaar to tylko kilku z ponad 150. przykładów użycia Cymande jako sampla. I nie tylko w hip-hopie. House, jungle, drum&bass. Jeśli spojrzeć na DNA tych gatunków, Cymande tam jest.

Braznalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu Spike’a LeeCrooklyn”, a “Dove”, kolejny klasyk Cymande, pojawił się w filmie Lee25 godzina”.

 

Give people a chance and they will tell you what they want.

Muzyka Cymande jest pełna życia. Wystarczająco silna, by nie umrzeć. W dobie algorytmów i dostępności jaką mamy; droga od sampli do oryginału jest bardzo krótka. Nie trzeba już godzinami polować na winyle w sklepie oddalonym kilometry od miejsca w którym żyjesz. Za pomocą jednego kliknięcia możesz podzielić się tym z innymi. Dzięki temu, Cymande w końcu, po wielu latach bycia w niezasłużonym cieniu, zostało wysunięte na powierzchnię wielomilionowymi wyświetleniami. Pojawiły się covery, ich utwory były użyte jako tło w filmach skaterów, tancerze dzielili się choreografiami stworzonymi do ich rytmów. Któregoś dnia syn perkusisty wrócił do domu z imprezy oznajmiając, że “Bra” było hitem wieczoru. Do członków zespołu zaczyna docierać informacja, że pojawia się nowe zainteresowanie. Globalne. Powstał fan base. Za tym przyszły również pieniądze.

Fakt, że zespół zaprzestał działalności w latach 70. pozostawił w nich poczucie, że ich misja, ich przeznaczenie nie zostało zakończone. Pojawił się w nich nowy duch, nowa energia która popchnęła ich do tego samego pomysłu- czas wskrzesić zespół, póki jeszcze mamy na to witalną siłę. Na początku saksofonista jednak nie był tak chętny do tego pomysłu. Po rozpadzie zespołu odłożył instrument i nie grał przez 40 lat. Musiał nauczyć się grania od nowa. Choć jazdy na rowerze ponoć nigdy się nie zapomina, to ciężko nie pominąć tutaj fizycznego aspektu. Po tylu latach opanowanie instrumentu, szczególnie dętego, wiąże się ze sporym wysiłkiem. Po jednej z prób jego twarz kompletnie opuchła. Na szczęście absolutnie go to nie powstrzymało.

 

W 2014 roku zespół ponownie stanął na scenie w swoim oryginalnym składzie. Sala wypełniona była po brzegi młodymi ludźmi którzy znali ich muzykę bardzo dobrze. Duma, radość, szczęście. Umysły wręcz eksplodowały. Chyba nikt nie sądził, że kiedykolwiek znajdą się jeszcze w takiej sytuacji. Odbyli trasę. Po raz pierwszy koncertując również na terenie Wielkiej Brytanii. 

Ludzie pozwolili im uwierzyć, że ich muzyka nie została zapomniana; że była i nadal jest ważna. Zespół został zasilony przez nowych członków. Pojawili się kolei instrumentaliści dęci oraz wokalista, który pochodził z Brixton. Z tej samej dzielnicy w której Cymande odbywało swoje próby, a on jako dziecko ukradkiem ich słuchał z zachwytem, bo byli tak unikalni. Ta trasa doprowadziła do pracy nad kolejnym albumem.



Renascense
2025

 

Nie mogłam uwierzyć kiedy po otwarciu swojej aplikacji streamingowej zobaczyłam nowy singiel od Cymande. “Chasing an Empty Dream” pojawiło się w październiku zeszłego roku zupełnie znikąd. POWRACAJĄ. Tańcząc do niepodrabialnego, jedynego w swoim rodzaju groovu rozpoczęłam odliczanie do stycznia.

Nowa płyta delikatnie różni się od pierwszych wydań zespołu. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo czas który je dzieli jest prawdziwą rozwojową przepaścią. Nie tylko samej muzyki ale również funkcjonowania całego świata. Myślę że Panowie odnaleźli się w nowej rzeczywistości bardzo dobrze, pamiętając i nawiązując do swoich korzeni, ale wpuszczając głos współczesnego życia.

Świetnym przykładem może być utwór “Only One Way” z gościnnym udziałem Celeste. Piękna odsłona soulu, z niesamowicie przeszywającym wokalem na froncie. Zaczyna się z delikatnie towarzyszącym pianinem, by po chwili dołączyć ponadczasowy groove Cymande. Do tego otulające smyczki i mamy przepis na wspaniały, rozgrzewający utwór. 

Innym, wyróżniającym się utworem jest “Coltrane”, z dużą dozą harmonicznego jazzu. Niewątpliwie jest to hołd wobec postaci z historii muzyki tego gatunku, będących inspiracją członków zespołu. Ponownie zaprasza nas do tej historii linia basu, którą już po pierwszych taktach jesteśmy w stanie zanucić. Wspaniałe zagrywki trąbki tylko uzupełniają kontekst utworu, nawiązujący do filozofii, która towarzyszyła Cymande już na samym początku. Muzyka to część duchowości. Dar, przesłanie idące od samego Twórcy. 

Justyna Kalbarczyk

 

 

FKA Twigs

EUSEXUA to stan bytu. Uczucie chwilowej transcendencji, często wywoływane przez sztukę, muzykę, seks i jedność. EUSEXUA może wiązać się z przypływem błogości i uczucia nieograniczonych możliwości. Używane również w odniesieniu do szczytu ludzkiego doświadczenia.”

– Tak tytuł swojego najnowszego albumu tłumaczy FKA Twigs – Artystka Tygodnia w Radiu LUZ

FKA Twigs, a właściwie Tahliah Debrett Barnett, urodzona 16 stycznia 1988 roku. Od najmłodszych lat była zajawiona tańcem – głównie baletem. Ciężko się temu dziwić, jej mama – Angielka z hiszpańskimi korzeniami, była tancerka i nauczycielka salsy oraz krawcowa, inspirowała małą Tahliah’e Dorastała w Cheltenham, dość małym mieście, blisko granicy z Walią.  Zawsze czuła się trochę inna, trochę niepasująca do reszty rówieśników. Była jedyną niebiałą osobą w swojej szkole i jak niestety większość osób odmiennych etnicznie od ogółu, doświadczała wykluczenia.

Miłość do baletu przerodziła się w ogólne zapatrzenie w sztukę. Mając 16 lat, zaczęła tworzyć muzykę w jednej z młodzieżowych organizacji artystycznych. A już rok później, nie ukończywszy nawet 18 roku życia, w celu poszerzenia swoich horyzontów, wyprowadziła się samodzielnie do Londynu.

W stolicy UK udało jej się rozkręcić karierę tancerki do tego stopnia, że jej stawka była nieraz dwukrotnie wyższa niż stawki reszty tancerek pracujących przy danym projekcie. Współpracowała między innymi z Kylie Minouge, Jessie J i Ed’em Sheeran’em. Podczas tej przygody Tahliah zdobyła swój przydomek – TWIGS. Ze względu na to, że jej stawy podczas kontorsji strzelały niczym suche gałęzie.

Jednak taniec, mimo że Twigs była w nim zatracona do reszty, nie dawał jej artystycznego spełnienia. Rozpoczęła pisanie tekstów i współpracę z poznanymi już producentami. Pierwszą epkę – EP1 wydała niezależnie w 2012 roku, świetny, odważny debiut. Bardzo intymna, ale jednocześnie trochę eksperymentalna – dała jej head start w świat popowej awangardy.

Drugi projekt – EP2, wydany został pół roku po pierwszym. Tym razem za całość produkcji odpowiadała experimental diva we własnej osobie – Arca. 2013 rok był dla wenezuelskiej producentki przełomowy. Najpierw angaż w produkcji kultowego YEEZUS Kanye’go Westa, któremu nadała eksperymentalnego pazura, a później niewpasowany w żadne wcześniej utarte schematy, futurystyczny album &&&&&.  Twigs i Arca pięknie się dopasowały i stworzyły idealne EP, które na stałe zapisały wokalistkę w zbiorowej świadomości jako artystkę niebojącą się dekonstrukcji, zarówno muzycznej jak i emocjonalnej. Trafiła nawet na listę 14 artystów do śledzenia w 2014 roku, magazynu Billboard.

Warto było w tamtym czasie śledzić jej działalność, w czerwcu wypuściła razem z klipem, jej największy ówczesny hit – Two Weeks, zapowiadający jej pierwszy pełen studyjny album – LP1. Album zadebiutował na 16 miejscu zestawienia albumów z UK. The Time bardzo pozytywnie odebrał album i napisał, że wykonała jeden z najbardziej fascynujących i złożonych aktów w R&B.

W tym samym roku rozpoczęła pracę nad kolejnym EP. Tym razem współpracując z producentem stojącym między innymi za największymi hitami BeyoncéBOOTS. M3LL155X – ukazała się w sierpniu 2015 roku, razem z 16-minutowym filmem. Twigs w tym konceptualnym audiowizualnym dziele opowiada, o mierzeniu się z byciem kobietą. Warto zobaczyć.

Po tych sukcesach nastąpiła jednak stagnacja, zarówno w jej życiu prywatnym jak i artystycznym. Diagnoza i operacja usunięcia nowotworu oraz rozstanie z wieloletnim partnerem, bardzo popularnym aktorem Robertem Pattinsonem były bardzo ciężkimi doświadczeniami. Twigs pracując przez 3 lata nad albumem MAGDALENE, włożyła w niego całe swoje złamane serce. Z okazji wydania tego projektu została nawet w 2019 roku Artystką Tygodnia w Radiu LUZ, więcej o nim możecie przeczytać w artykule autorstwa Anny Lalki.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jednak, jak dobrze MAGDALENE będzie odebrane. Album otrzymał świetne recenzje, a teledysk do cellophane został nawet nominowany do Grammy.

Po każdej żałobie musi nastąpić akceptacja. Po dewastującym smutku przeżywanym w MAGDALENE akceptacją było CAPRISONGS. Obszerny mixtape wydany 14 stycznia 2022 roku. Projekt dużo lżejszy i zabawowy, nie odchodzi jednak od zmysłowości, do której Twigs przyzwyczaiła już swoich odbiorców. Realia 2020 roku – pandemia i lockdown, sprawiły, że prace nad CAPRISONGS odbywały się zdalnie, przez FaceTime. Lista współtwórców jest dzięki temu bardzo bogata – Koreless, El Guincho, Cirkut, MIKE DEAN, The Weeknd, Arca, Shygirl, Dystopia, Rema, Daniel Caesar, Jorja Smith oraz Unknown T.

Mimo luźniejszej warstwy muzycznej, tekstowo jest nadal głęboko. Twigs pośrednio opowiada, o jak sama to wspomina – najbardziej traumatycznym okresie w swoim życiu. W 2018 na planie filmu Honey Boy poznała Shia’e LaBeouf. Przez rok, do połowy 2019 byli parą. Aktor był w tym czasie bardzo przemocowy, sprawił, że życie Twigs zamieniło się w koszmar. W 2020 złożyła oskarżenia związane z napaścią seksualną, pobiciem i „bezlitosnym wykorzystywaniem” emocjonalnym. Proces nadal się nie zakończył, a najbliższa rozprawa odbędzie się dopiero w połowie 2025 roku. Artystka sama w odniesieniu do sytuacji, w wywiadzie dla CBS powiedziała na koniec – „To cud, że uszłam z tego z życiem”

W styczniu 2024 Twigs napisała na swoim Instagramie „W tym roku robiłam mój album w taksówkach w Berlinie, chatach w Big Sur, jaskiniach na Ibizie, ulicach Hackney, napisałam teksty nad praskimi jeziorami  i w toaletach rave’ów, długopisem na dłoni”. To była zapowiedź ostatniego wydawnictwa, w zeszły piątek 24 stycznia EUSEXUA ujrzała światło dzienne. Artystka jakiś czas wcześniej przeprowadziła się do Pragi, w celu nagrywania filmu The Crow. Tam doświadczyła praskiej kultury alternatywnej, tej, która nie zdążyła jeszcze dotrzeć w rejony pretensjonalności. W wywiadzie z RuPaul’em opowiedziała, że uczęszczanie na rave’y w stolicy Czech sprawiły, że zakochała się w techno i otaczającą je kulturą. Sam album, mimo, że nie zawiera tego gatunku, jest jej listem miłosnym dla całej właśnie kultury alternatywnej.

„Eusexua przejmuje kontrolę nad tym, kim jesteś. Mieniące się płatki róż na mojej skórze. Wszystko wydaje się idealne, Jakbyś w końcu dotarł do celu. Eusexua to zaufanie do swojego ciała. Wyrażanie siebie lepiej, tworzenie czegoś bez używania ogólnie dostępnego języka. Eusexua to tlen, to coś, co sprawia, że czuję, że żyję. Po prostu nigdy nie wiedziałem, jak to wyrazić” – wybrzmiewa materiał promujący najnowsze wydawnictwo FKA TwigsEUSEXUA.

Grzegorz Dukaczewski

Marc Rebillet

 

Streamer, komik i muzyk. Niesamowita osobowość, która porwała za sobą tłumy na YouTubie i Twitchu. Łączy elektronikę z elementami funku. Jego teksty to często przypadkowe słowa okraszone odpowiednią dawką wulgarności. Niezła mieszanka? Dodajcie do tego jeszcze dildo postawione na biurku, kontroler midi i szlafrok. Tak zwany Loop Daddy, Marc Rebillet artystą tygodnia w Radiu Luz.

 

Tworzy muzykę używając klawiatury, loopera, laptopa i swojego głosu. Wszystko przetwarza i powiela – od początku do końca sam. Stałym elementem jest spontaniczność – jego koncerty i streamy są w pełni improwizowane. Stawia na żart, interakcje z publicznością i po prostu zabawę. Jak sam mówi –

Tu chodzi o rozrywkę, konwencje i improwizację.

Na swoim koncie ma współpracę z takimi muzykami jak Erykah Badu, Reggie Watts czy Flying Lotus. Zawsze trudno mi było odpowiedzieć na pytanie jaką muzykę gra Marc Rebillet – to po prostu trzeba zobaczyć, nie tylko usłyszeć.

 


                                                        Od Call Center po Coachelle

Wszystko zaczęło się od tego, że na pierwszym roku rzucił studia. Kupił podstawowy zestaw do tworzenia muzyki w domu i próbował sprzedawać swoje podkłady, ale bez powodzenia. W międzyczasie miał różne, dorywcze prace od kelnera po call center. Ten okres trwał przez parę lat do jego 28 roku życia, kiedy zwolniono go z pracy.

Raczej beznadziejna wizja życia, prawda? Dostał dwa miesiące wypowiedzenia i stwierdził, że teraz albo nigdy. Jeśli mu nie wyjdzie to rezygnuje z muzycznych marzeń, staje się poważnym mężczyzną i znajduję „normalną” pracę. Na szczęście wszystko potoczyło się dobrze. Jego pierwszy występ odbył się w barze, w którym wcześniej roznosił jedzenie. Zaczął występować w restauracjach i streamować z domu. Jego popularność rosła i tak ma już na swoim koncie kilka tras koncertowych i dwa występy na Coachelli – w 2023 i 2024 roku.


How to Funk

 How to funk in 2 minutes – film, który zdobył dużą popularność na youtubie, świętuje swoje 5 urodziny. Jest to krótki instruktaż jak zrobić dobrą piosenkę samemu, używając między innymi loopera.

To jedno z nagrań, dzięki któremu Marc Rebillet wybił się w Internecie i zyskał więcej słuchaczy. Na pierwszy rzut oka tworzenie tego utworu wydaje się to bardzo proste i intuicyjne jednak kryją się za tym lata praktyki. Artysta od 4 roku życia uczył się grać na fortepianie, później przez prawie 10 lat eksperymentował z kontrolerem midi. Filmik uczy, bawi i pozytywnie nastraja. Czego chcieć więcej?

 


Pandemia

Podczas gdy w 2020 roku na całym świecie muzycy borykali się z kryzysem finansowym, Marc Rebillet miał się całkiem dobrze. A wszystko za sprawą jego cotygodniowych streamingów z domu. To wtedy artyście odwołano trasę koncertową i stworzył serię We inside. Udostępniał filmy na YouTubie i Twitchu(!). Dość ciekawy pomysł, który był strzałem w dziesiątkę.

Jego filmy wzbudzały niesamowite poczucie wspólnoty, która w tamtym okresie była bardzo ważna. Dla mnie jego streamy stały się ważnym elementem pandemicznego zamknięcia. Emanowały energią i dodawały otuchy.


Mistrz Performansu

Muzyka to jedno a jak się ją zaprezentuje to zupełnie inny temat. Marc Rebillet okazał się w tym niesamowicie dobry. Umie świetnie wyczuć tłum i połączyć muzykę z pomysłami podrzuconymi przez ludzi. Publiczność jest zawsze integralną częścią jego występu- często zaprasza osoby na scenę i improwizuje z nimi.

Przyznaje, że podczas koncertów niektóre utwory mu nie wychodzą. Wtedy po prostu przerywa i zaczyna od nowa. Zauważył, że ludzie lubią być w procesie tworzenia muzyki, nawet jeśli nie jest ona idealna. Jedno jest pewne – nie da się przejść obojętnie obok jego występów. Marc Rebillet poza muzyką robi dobre, wciągające show.

 


Czy Marc Rebillet  może nas czymś jeszcze zaskoczyć?

Czy jego charyzma w końcu mi się znudzi? Oby nie. 

Jednak myślę, że będzie musiał zmienić trochę formę swoich występów. Pomimo tego, że są improwizowane to słychać patterny, którymi się posługuje. Powoli jego muzyka staje się przewidywalna. W wywiadach artysta sam przyznaje, że też boi się przemijającej passy.

Dlatego jego nowy projekt  napawa mnie optymizmem. Jako, że ostatnio na jego występach to dzieci najchętniej wychodzą na scenę, artysta chciałby z nimi współpracować. Mówi że młodzi lubią improwizować, mają niesamowite pomysły a przy tym dobrze się bawią. Jest to  bardzo ciekawy i odświeżający koncept. A nawet jeśli fenomen Loop Daddiego przeminie to i tak na zawsze pozostanie w moim serduszku. 

Mam nadzieje, że waszym też. 

Jadwiga Lazar

 

 

Xeno & Oaklander

Xeno & Oaklander: legenda minimal wave powraca z nowym albumem

Liz Wendelbo i Sean McBride poznali się na koncercie na początku lat dwutysięcznych i już rok później rozpoczęli prace nad swoim pierwszym albumem jako Xeno & Oaklander. Od tamtej pory duet nieustannie odkrywa nowe dźwięki i bada kolejne muzyczne przestrzenie.

Zaczynając od zimnej fali, eksplorowali takie gatunki jak minimal wave, synth pop czy dark wave. Współpracowali z wieloma wydawnictwami, by ostatecznie trafić pod skrzydła kultowego Dais Records. To właśnie pod szyldem tej wytwórni ukazał się ich ósmy album, Via Negativa (in the doorway light). Z tej okazji na falach 91.6 FM przyjrzymy się twórczości zespołu. Xeno & Oaklander artystą tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Via Negativa (in the doorway light)

2024

Nowy album Xeno & Oaklander opiera się na dwuznacznościach i przeciwieństwach. Muzycy celowo wykorzystują w nim nietypowe elementy, a kierunki, w których rozwijają się akordy i melodie, często zaskakują.

Jedną z inspiracji podczas pracy nad albumem była idea teatru Jerzego Grotowskiego, polskiego reżysera. Grotowski zachęcał swoich aktorów do wychodzenia ze strefy komfortu poprzez eksplorowanie tego, czego nie należy robić. Tym właśnie dla Xeno & Oaklander jest Via Negativa – studium tego, czego nie należy robić.

Duet posiada niezwykłą zdolność kreowania historii i własnych mitologii, które stanowią konceptualny rdzeń ich albumów – taka właśnie jest Via Negativa. Tytułowy utwór otwierający album wprowadza nas w narrację pełną muz i mitów, przypominająca tragedię wystawianą na scenie antycznego teatru. Mercury MindMagic of the Manifold  roztaczają przed słuchaczem wizję jaskini Merkurego, gdzie w trudzie wydobywane są cenne metale. Każdy utwór to kolejna opowieść, kolejny element stworzonego przez Xeno & Oaklander świata.

Via Negativa jest także projektem pozamuzycznym. Liz Wendelbo, oprócz pracy w zespole, zajmuje się sztuką konceptualną. Stworzyła instalację artystyczną powiązaną z nowym albumem grupy. Składają się na nią perfumy oraz krótkie, zapętlone wideo. Można więc stwierdzić, że Via Negativa to projekt, który dotyka wszystkich zmysłów.


Vi/deo

2021

Vi/Deo to album, nad którym artyści pracowali podczas pandemii. Nowa rzeczywistość, w jakiej się znaleźli, przede wszystkim jako muzycy i wykonawcy, stała się punktem wyjścia do stworzenia płyty.

Tytuł albumu odnosi się do teledysków, które muzycy kręcili podczas lockdownu. Stały się one wówczas jedyną formą komunikacji z publicznością. Vi/deo jest więc studium izolacji i dystansu, który zastąpił bliskość i rzeczywisty kontakt. Wieczna nostalgia, cybernetyczne piosenki o miłości – tak najtrafniej można określić album z 2021 roku.

Tytuł płyty ma również drugie znaczenie. Video” po łacinie oznacza: widzę. Zdaniem członków Xeno & Oaklander, muzyka powinna sprawiać, że widzimy i doświadczamy nowych rzeczy. Podobnie więc jak w przypadku najnowszego albumu duetu, celem Vi/deo jest odwołanie się do wszystkich zmysłów.


Hypnos

2019

Tematem stale obecnym w twórczości Xeno & Oaklander jest starożytna Grecja. Stała się ona motywem przewodnim już na pierwszych albumach duetu: Vigils i Sentinelle, których okładki przedstawiają antyczne budowle. 

Inspiracje te powróciły na wydanym w 2019 roku albumie Hypnos. Jego tematem jest tytułowy bóg snu, rezydujący w świecie podziemnym. Album bada granice między jawą i snem. Zgłębia tajemnice ludzkiej podświadomości i historii, które w niej skrywamy. 

Każdy album Xeno & Oaklander stanowi konceptualną całość, obejmującą nie tylko muzykę i tematykę tekstów, ale również oprawę graficzną. Okładka Hypnos została zaprojektowana i wykonana przez członkinię duetu, Liz Wendelbo. Poprzez nałożenie na siebie warstw klisz z namalowanymi paskami,  wywołała ona efekt moiré: hipnotyzujący i surrealistyczny.

Maja Dachtera

Quincy Jones

Do 11. roku życia marzył, żeby zostać gangsterem. W 14. już był trębaczem w orkiestrze. Niesamowity talent, który czego się nie dotknął, zamieniał w groove. Jako pierwszy połączył gatunki i zrobił to z mistrzowskim, oryginalnym sznytem, zapewniając sobie wygodne miejsce na szczycie. Z początkiem listopada, w wieku 91 lat, zmarł. Ponad 300 albumów stworzonych z jego udziałem, ponad 40 filmów z jego muzyką, 28 nagród Grammy, w tym Grammy Legend Award (1992) za całokształt kariery. Pamięć o takich twórcach i dziełach w akademickim radiu LUZ chcemy pielęgnować, dlatego Quincy Jones zostaje Artystą Tygodnia.

Golden boy

1965

Wszystko zaczęło się na południu Chicago, gdzie wychowywał się razem z bratem- jak wspomina- na ulicy. Matka ze schizofrenią została na jego oczach ubrana w kaftan bezpieczeństwa i wyprowadzona z domu kiedy miał 7 lat. Ojciec, oddany głównie pracy, był nieobecny. Czasem zostawał pod opieką babci, która w przeszłości była niewolnicą. Zbyt dobrze poznał czym jest głód, ubóstwo czy wstyd. Myślał wtedy, że kiedy dorośnie, zostanie gangsterem. Aż pewnego dnia włamał się do zbrojowni gdzie stało stare pianino. I kiedy bardziej dla zabawy uderzył w nie kilka razy, poczuł wewnętrznie, że będzie to robił przez resztę swojego życia.

Kiedy zobaczyłem że czarnoskóry mężczyzna
może być dystyngowany i dumny,
zrozumiałem, że taki właśnie chcę być.

Muzykę dzielił tylko na dwa rodzaje: dobrą i złą, dlatego nie bał się wychodzić poza ramy gatunków. Jako pierwszy połączył obce sobie światy jazzu, soulu i funku z rdzennymi, afroamerykańskim rytmami. Jedną z podstawowych cech jego kompozycji jest to, że nim się człowiek obejrzy, już tupie nogą.

Uczył się wielu instrumentów jednak to grania na trąbce nigdy nie miał dosyć. Oddał się całkowicie zgłębianiu jazzu podpatrując za kulisami najlepszych i dręcząc ich pytaniami. W efekcie już jako czternastolatek zasilił szeregi orkiestry. Zapał czerpał z wolności jaką dawała mu muzyka.

Jestem Quincy Jones, gram na trąbce i chcę pisać muzykę.

Takimi słowami przedstawił się 14-letni Quincy 16-letniemu Rayowi Charlsowi, na początku lat 50. To jedno zdanie wystarczyło, by panowie zostali przyjaciółmi przez całe życie. Jones uczył się od Raya wszystkiego, nawet aranżacji alfabetem Braille’a. Byli dla siebie jak bracia, a to naturalnie wpłynęło na ich bliską współpracę. Wspólnie aranżowali utwory Raya, jako pierwsi łącząc ze sobą bluesowe progresje, jazzowe pianino i gospelowe krzyki. Wszystkie działania zaowocowały wydobyciem tak charakterystycznego brzmienia, że stało się ono początkiem muzyki R&B oraz przełomem w życiu muzyki soul.

Swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał u boku jazzowego wibrafonisty Lionela Hamptona, grając w jego orkiestrze. W wieku 18 lat dołączył do grupy muzyków, z którymi zagrał 70 koncertów, pracując bez przerwy, każdego dnia. Po skończonej trasie był już totalnie zakochany w bebopie i zamarzył o zawodowej aranżacji i kompozycji. By marzenie mogło się spełnić wyjechał do Nowego Jorku i tam grał z legendą gatunku- Dizzym Gillespiem a także komponował dla Counta Basiego, tworząc innowacyjne brzmienia big-bandowe zbudowane na fuzji jazzu, bluesa i swingu. Muzyka ta była z jednej strony stylowa i elegancka, a z drugiej pełna werwy i energii, co świetnie współgrało ze stylem Basiego.

 

Nieustępliwość w działaniach sprawiła, że o Quincym dowiedział się Frank Sinatra. Któregoś razu po prostu do niego zadzwonił i zaproponował pracę aranżera przy kolejnym albumie. “It might as well be swing”- wydany w 1964r., łączył ze sobą niepowtarzalny głos Franka The Voice, swingującą orkiestrę Basiego i kunszt Jonesa, który po raz kolejny uzyskał wyróżniające się brzmienie. Współpraca z wokalistą wyraźnie zaznaczyła jego pozycję w branży. A legendarna już wersja “Fly me to the moon” towarzyszyła astronautom podczas misji Apollo 11 i jest symbolicznie uznana za pierwszy utwór puszczony na księżycu.

Z uwagi na historię swoich przodków Quincy Jones od małego wiedział, że chce kruszyć podziały tworzone na podstawie koloru skóry. Wielokrotnie na szczeblach kariery pojawiał się jako pierwszy afroamerykanin, przecierając szlaki innym czarnoskórym twórcom czy to stając obok białych jazzmanów, czy obejmując stanowisko dyrektora wytwórni Mercury Records.

Kiedy zauważył, że w napisach końcowych wszystkich filmów nie pojawia się żadne nazwisko afroamerykanina, pojechał do Los Angeles by to zmienić. Ponownie łącząc obce sobie wcześniej gatunki, stworzył soundtrack do filmu „In cold blood” i tym samym został jako pierwszy afroamerykanin nominowy do Oscara za Najlepszą Muzykę Oryginalną.

W muzyce filmowej Quincy Jones pozostawił po sobie ślad tworząc również ikoniczny motyw przewodni serialu „Ironside„, który był nowoczesnym, jazzowo-funkowym utworem z charakterystycznym, ostrym brzmieniem syntezatora Mooga, co wyróżniało go na tle innych ścieżek dźwiękowych z tamtego okresu. „Ironside Theme” był później samplowany w utworach hip-hopowych, na przykład przez Wu-Tang Clan w piosence „Gravel Pit”.

 

Arlo Parks

The dude

1981

Z podróży na południe Afryki Quincy Jones przywiózł rzeźbę Fanizaniego Akudy zatytułowaną „The Dude”. Artysta wspomina, że rzeźba najpierw wołała żeby zabrał ją do domu kiedy zwiedzał muzeum. Później, już z domowego zacisza krzyczała, że chce być melodią. Quincy opisuje to jako duchowe doświadczenie, którego nie mógł zignorować. W 1981r. „The Dude” stał się płytą. I to taką, która była ukoronowaniem dotychczasowych działań kompozytora i producenta. Album ukazał w pełnej krasie jego gatunkową wszechstronność oraz płynność w poruszaniu się między światem jazzu, funku, soulu i popu. Jones wyznaczył standardy dla lat 80. wykorzystując nowatorskie techniki produkcji oraz elektronikę, syntezatory i aranżacje orkiestrowe. Płyta została doceniona przez słuchaczy i krytyków, a Quincy stał się bogatszy o 3 nagrody Grammy.

Arlo Parks

Thriller

1982

Prawdziwą rewolucję w świecie produkcji Quincy Jones zrobił, zachęcony odbiorem swojego solowego albumu, w 1982r. tworząc z Michelem Jacksonem album „Thriller”. Zdefiniował nową erę stosując nowatorskie rozwiązania aranżacyjne, produkcyjne i inżynieryjne nadając jednocześnie płycie futurystyczne brzmienie. Płyta odniosła niewyobrażalny sukces, który trwa do dziś. Jest najlepiej sprzedającym się albumem wszech czasów, w rekordowej ilości ponad 70. mln egzemplarzy i patrząc na obecną sytuację fonograficzną, nie prędko odda to miejsce. Płyta zdobyła, również rekordową na tamten moment ilość, 8. nagród Grammy, w tym za Album Roku. Dr. Dre nazwał ją „powodem, dla którego został producentem”. Teledysk do tytułowego „Thrillera” wyreżyserowany przez Johna Landisa, również odegrał znaczącą rolę w branży muzycznej. Był to pierwszy trwający 14 minut mini-horror, z wykorzystaniem muzyki i ruchu jako struktury storytellingu. Wideo przesunęło granice teledysków jako formy artystycznej i przyciągnęło na platformę MTV ogromną ilość widzów, czyniąc ją w efekcie globalną platformą dla muzyki.

 

We are the world

1985

W twórczości trzeba być pokornym
a sukces przyjmować  z wdzięcznością.

Z podróży na południe Afryki Quincy Jones przywiózł rzeźbę Fanizaniego Akudy zatytułowaną „The Dude”. Artysta wspomina, że rzeźba najpierw wołała żeby zabrał ją do domu kiedy zwiedzał muzeum. Później, już z domowego zacisza krzyczała, że chce być melodią. Quincy opisuje to jako duchowe doświadczenie, którego nie mógł zignorować. W 1981r. „The Dude” stał się płytą. I to taką, która była ukoronowaniem dotychczasowych działań kompozytora i producenta. Album ukazał w pełnej krasie jego gatunkową wszechstronność oraz płynność w poruszaniu się między światem jazzu, funku, soulu i popu. Jones wyznaczył standardy dla lat 80. wykorzystując nowatorskie techniki produkcji oraz elektronikę, syntezatory i aranżacje orkiestrowe. Płyta została doceniona przez słuchaczy i krytyków, a Quincy stał się bogatszy o 3 nagrody Grammy.

 

Arlo Parks

Back on the block

1989

Quincy Jones potrafił świetnie łączyć nie tylko gatunki, ale też pokolenia, co udowodnił tworząc album „Back on the block”. Dzięki temu, na tym samym krążku, możemy usłyszeć talenty ze świata soulu i jazzu: Raya Charlesa, Ellę Fitzgerald, Dizzego Gillespie i Milesa Davisa a także wschodzące gwiazdy początków hip-hopu oraz funku: Icego-T, Big Daddy Kane’a, Chakę Khan i Alego B. Sure!. Jest to hołd dla tradycji afroamerykańskiej muzyki, jak również krok naprzód w jej ewolucji, który prezentuje wizję Jonesa w zakresie łączenia przeszłości z przyszłością. Kedrick Lamar w rozmowie z Quincym wyznał, że ten album zainspirował go do łączenia hip-hopu z jazzem. Album zdobył 6 nagród Grammy, w tym za Album Roku.

 

 

The dude

W 1993r. we współpracy z Time Inc. Quincy Jones wypuszcza magazyn Vibe, który treści poświęcał w całości kulturze hip-hopu i R&B w sposób autentyczny i bezpośredni, co przyciągnęło szerokie grono czytelników. Publikował wywiady  z największymi gwiazdami muzyki, takimi jak Tupac Shakur, Notorious B.I.G., Nas, jak również artykuły o mniej znanych artystach, którzy mieli znaczący wpływ na muzykę i kulturę miejską. Przeprowadzano także głębokie analizy dotyczące tematów związanych z rasą, tożsamością, prawami obywatelskimi i sprawiedliwością społeczną. Obecnie Vibe funkcjonuje głównie jako platforma internetowa, która kontynuuje swoją misję dokumentowania kultury hip-hopu, R&B i pop.

 

 

 

 

Justyna Kalbarczyk

The Cure

Ojcowie chrzestni post-punka i protoplaści gotyckiego rocka. Podczas 45-letniej kariery wielokrotnie zachwycali, zaskakiwali i oczarowywali kolejne pokolenia słuchaczy. Legendarna formacja The Cure powraca po 16 latach z nowym albumem Songs of a Lost World zostając Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

The Cure , założony w 1976 roku w Crawley w Anglii, początkowo znany był pod nazwą Easy Cure . Na czele zespołu stanął wokalista, gitarzysta i autor tekstów Robert Smith . Pierwsze lata działalności grupy wyznaczały ich debiutancki album Three Imaginary Boys z 1979 roku, który zaprezentował światu unikalny styl zespołu.

Na początku The Cure wyraźnie oscylowali między post-punkiem a nową falą, ale ich brzmienie już wtedy zdradzało ponurą głębię, która wkrótce stała się ich znakiem rozpoznawczym.

Rok po wydaniu debiutanckiego albumu zespół wydał Seventeen Seconds. Był to przełomowy krążek, który wprowadził ich w bardziej mroczne rejony. Płyta ta, zawierająca między innymi utwór A Forest, szybko stała się jednym z kluczowych elementów sceny gotyckiej, która w tamtych czasach kształtowała się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii. Następnie, Faith (1981) i Pornography (1982) kontynuowały tę podróż ku mrocznej, introspektywnej atmosferze. Pornography szczególnie wyznaczyła punkt kulminacyjny w ich wczesnej twórczości — przepełniona była desperacją, bólem i nihilizmem, a Smith w swoich tekstach sięgał po najgłębsze pokłady emocji, co nadało albumowi brutalną szczerość i surowość.

Bójka pomiędzy Robertem Smithem, a Simonem Gallupem podczas jednego z koncertów na trasie promującej Pornography przesądziła o rozpadzie zespołu. Jednak po krótkiej przerwie muzycy powrócili do studia. Drogę na szczyt popularności zwiastował album The Top na którym eksperymentowano z psychodelicznymi i bardziej złożonymi brzmieniami, co początkowo spotkało się z mieszanymi opiniami wśród słuchaczy.

Punktem przełomowym miało być wydanie w 1985 roku płyty The Head on the Door, które przyczyniło się do drastycznego wzrostu popularności grupy na całym świecie. Zespół, który wcześniej kojarzony był z mrocznymi, gotyckimi brzmieniami, otworzył się na bardziej przystępne i melodyjne formy. Wypracowany na nim romantyczno-melancholijny styl utrzymywany był na kolejnych wydawnictwach The Cure. W 1987 roku ukazał się album Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, który okazał się ogromnym sukcesem, zwłaszcza na rynku amerykańskim, głównie za sprawą singla Just Like Heaven.

Po sukcesie bardziej popowych albumów, zbliżający się do trzydziestki lider zespołu The Cure, Robert Smith zaczął czuć potrzebę powrotu do mroczniejszych korzeni. Strach przed upływającym czasem był dla niego paraliżujący, ponieważ czuł, że wszystkie arcydzieła muzyczne zostały ukończone przed osiągnięciem przez artystów wieku 30 lat. W związku z tym Smith zaczął pisać muzykę bez udziału reszty zespołu. Album Disintegration z 1989 roku w niedługim czasie osiągnął kultowy status i do dziś uznawany jest przez większość fanów za opus magnum w twórczości The Cure.

Kulminacją popularności grupy było wkroczenie w lata 90. wraz z wydaniem albumu Wish, wydany w 1992 roku. Materiał ukazuje bardziej optymistyczne brzmienie, a singiel Friday, I’m in Love niemalże zdefiniował postrzeganie zespołu przez społeczeństwo. Podczas tworzenia utworu, Robert Smith nabrał przekonania, że niechcący ukradł skądś progresję akordów. Wkrótce zaczął dzwonić do znajomych muzyków, aby upewnić się, że melodia rzeczywiście jest jego.

„Zawsze było paradoksem, że ludziom wciskano do gardła, że ​​jesteśmy zespołem gotyckim. Ponieważ dla ogółu społeczeństwa nie jesteśmy. Dla taksówkarzy jestem facetem, który śpiewa Friday I’m in Love. Nie jestem facetem, który śpiewa Shake Dog Shake lub One Hundred Years.”

Kolejne wydawnictwa grupy nie cieszyły się już tak ogromnym entuzjazmem. Mimo iż albumy Wild Mood Swings, Bloodflowers, czy 4:13 Dream dorównywały dotychczasowym artystycznym ambicjom Roberta Smitha, to zawarte na nich utwory nie wpisały się w kanon rockowych przebojów. Po 16 latach The Cure powraca z nowym albumem. Songs of a Lost World to wielki powrót do mrocznego brzmienia znanego z Disintegration.

 

Julia Kuźnik, Gracjan Matysik

black midi

Chaos niekontrolowany.

Muzykę zespołu black midi ciężko jest zaszufladkować. Ich przebojowy styl bycia w połączeniu z nieustępliwym zacięciem do zaglądania tam, gdzie inni bali się zaglądać stworzył jeden z najbardziej ambitnych i unikatowych projektów ostatnich lat. Z okazji solowego debiutu Geordiego Greepa, ex-frontmana zespołu, brytyjska awangarda zaznacza swoją obecność w cyklu Artysty Tygodnia Akademickiego Radia Luz!

 


Schlagenheim

2019

Rough Trade

Debiutancki krążek black midi zaatakował odbiorców znienacka latem 2019 roku i od samego początku rozkochał w sobie krytyków. Zespół zabiera nas do obskurnego, postmodernistycznego klubu na 40-minutowy noisowo-progresywny koncert, na którym nie za bardzo wiemy, co się dzieje. Pospolita jest tu zabawa odbiorcą. Ciągłe obroty i stylistyczne piruety odkrywają rzeczywistości. Począwszy od środka spoconego moshpitu, poprzez otwarte przestrzenie świeżego powietrza, aż po krainy dziwne i niezrozumiałe dla ludzkiego rozumu.

Na albumie czuć nieokrzesaną energię wczesnych płyt szwedzkiego REFUSED, a nawet abstrakcję w stylu legendarnego Franka Zappy. Schlagenheim to krzyk pokolenia młodych artystów mający dosyć wtórnego zamykania się w jednym gatunku. Artystów ciekawych i pewnych swojego, pokazujących, że da się inaczej i że muzyka ma jeszcze bardzo dużo do zaoferowania. Krążek w niektórych kręgach uważany za klasyk nowej fali eksperymentalnego grania prosto z Wielkiej Brytanii. Z małej podziemnej kapeli grających po obskurnych klubach, zespół trafił na festiwale, a nawet do telewizji BBC, grając na Mercury Price w 2019 roku. Dzięki Schlagenheim, black midi bez precedensu zajęło miejsce na piedestale muzycznych talentów młodego pokolenia, lecz dla Londyńskiej grupy był to dopiero zalążek tego, co miało nadejść.


Black Midi Wallpapers - Wallpaper Cave


Cavalcade

2021

Rough Trade

Po świetnie przyjętym debiucie na barkach black midi leżało naprawdę bardzo duże zadanie. Na przekór swojej pierwotnej formie, grupa zrezygnowała z kontynuacji klubowo-hardcorowego grania i postawiła na psychodeliczne teatralny spektakl.

Od otwierającego krążek John L opowiadającym o władzy, przez którą ślepo zapatrzony bohater traci wszystko w rytmie uzależniającej kakofonii, która na początku szokuje słuchacza, lecz go nie odstrasza, a bardziej intryguje oraz wciąga. Po imponująco zagrane Slow, które jest wyrzynam opanowania instrumentacji do perfekcji przez zespół niedłubiący się i zachowujący spójność. Utworem, który najpiękniej oddaje, teatralny klimat krążka jest Ascending Forth. Niesamowita przepiękna 10-minutowa CODA wypełniona jest narastającymi emocjami i czystą epiką. Dzieło przepiękne, które idealnie domyka drugi długogrający projekt black midi. Cavalcade miesza style i o ile debiut był noisowo punkowym statmentem, drugi krążek zespołu zdecydowanie bardziej przypomina długie soniczne pejzaże, rodem ze sztandarowych utworów King Crimson.

Drugi krążek zespołu to psychodeliczny rollercoaster, który jeszcze bardziej pokazał, na co stać nieziemsko utalentowanych chłopaków z Londynu.


black midi Announce New Album Cavalcade, Share Video for New Song: Watch | Pitchfork


Hellfire

2022

Rough Trade

Hellfire, czyli trzeci projekt black midi to punkt kulminacyjny dla działalności całego zespołu. Choć Londyńskie trio wypłynęło na szerokie wody już rok wcześniej przy premierze fenomenalnego Cavalcade, to właśnie na Hellfire trio młodziaków z Londynu certyfikuje swój status jednego z najbardziej kreatywnych zespołów aktualnego millenium.

Awangardowe kompozycje Hellfire to groteskowy pojedynek słuchacza z zespołem, gdzie serie precyzyjnych ciosów wymierzane są za pomocą uderzeń werbla. Tylko momentami mamy chwilę na wzięcie oddechu i podniesienie z powrotem gardy, która błyskawicznie przełamywana jest z nokautującą siłą. Jazz, rock, punk, a nawet country – zaszufladkowanie trzeciego projektu black midi to zadanie wręcz niemożliwe z uwagi na sztandarową niekonwencjonalność, która na Hellfire błyszczy jak nigdy dotąd.  

Nie można zapomnieć również o baśniowym story-tellingu w wykonaniu brytyjskich muzyków. Chcecie posłuchać o meczu bokserskim z 31 lutego 2163 roku, w którym dwóch 300-kilowych mężczyzn krzyżuje rękawice? A może wolicie przygodę dwóch przyjaciół, której akcja rozgrywa się w losowej kopalni? Wszystko to i nie tylko znajdziecie na Hellfire, gdzie sen i jawa miksują się w nową rzeczywistość kuriozalnej fikcji i surowych zasad.  

Wielka szkoda, że tegoroczne ogłoszenie o rozpadzie black midi uczyniła z Hellfire czarnego łabędzia w dyskografii zespołu. Z drugiej strony, sam Geordie Greep wspominał, że w muzyce jak ognia unika powtarzalności, co wiąże się z zespołowymi podziałami. Czy trio londyńskich artystów byłoby w stanie przeskoczyć poprzeczkę, jaką zawiesili sobie na Hellfire? Tego się już, niestety, w najbliższym czasie nie dowiemy. Pozostawione przez Greepa, Pictona oraz Simpsona dziedzictwo daje nam jednak wystarczającą ilość materiału do studiowania i inspiracji na najbliższe lata muzycznych odkrywek. 


bmbmbm


The New Sound

2024

Rough Trade

Wydany na początku października debiutancki album Geordiego Greepa to kolejne ogniwo w łańcuchu ewolucji brzmień świeżo emerytowanego black midi. Choć news o rozpadzie zespołu mógł być dla wielu szokiem, Greep niejednokrotnie wspominał, że zachowanie unikatowości często wiąże się z podejmowaniem brutalnych w skutkach decyzji.

I ​loved ​being ​in ​Black Midi, but these ​are ​songs ​that ​lend ​themselves ​to ​playing ​with ​different ​people. ​Also, ​I ​wanted ​to ​start ​doing ​something ​which ​was ​more ​under ​my ​own ​name ​and ​try ​something ​more ​versatile. ​I ​knew ​I ​wanted ​to do it ​eventually.

The New Sound to okraszony nowym szyldem stary dryg do eksperymentowania z gatunkowymi fuzjami. Jest to potężna dawka sonicznej ekstazy, w której swoista teatralność wokalu przeplata się z latynoamerykańskimi rytmami, momentami czerpiąc również z bardzo nietuzinkowych źródeł. Przykładem obrazującym niecodzienność muzycznych wpływów na debiutancki krążek Greepa jest sztandarowy utwór Holy, Holy, gdzie bez wątpienia czuć up-beatowy koloryt japońskiego rocka lat 80. Słysząc marzycielskie pociągnięcia strun gitary, na myśl od razu przychodzą legendarny Masayoshi Takanaka czy genialny zespół Casiopea. Zresztą, Japonia od zawsze towarzyszyła Greepowi, o czym sam artysta szerzej wypowiada się w rozmowie z Junnosuke Amaiem dla magazynu Tokion. 

Nie można również zapomnieć o warstwie lirycznej, której bazą stały się losowe historie barowych tubylców, jakich Geordie miał okazję spotkać podczas tourowania po świecie z black midi. Cudowną analizę tekstową przeprowadził Profesor Skye z kanału Professor’s Skye Record Review, w której to dowiadujemy się więcej o obszernym kontekście kulturowym całego materiału na The New Sound. Link dla ciekawskich zostawiam tutaj! 

Przeglądając rankingi topowych wydawnictw 2024 roku, nie sposób nie zaważyć powtarzalności pod względem wysokiego uplasowania solowego debiutu Greepa. W końcu ile albumów otrzymuje od Pitchforka tak błyskawiczną 10? Zapewnić was mogę, że niewiele, bo do roku 2021 było ich zaledwie 11. Podsumowując – The New Sound to must-listen dla ludzi, którzy po prostu kochają odkrywczą muzykę, która wykracza poza uznane przez większość szablony. 

Jędrzej Śmiałowski & Jakub Bergański

The Blue Nile

the blue nile AT

The Blue Nile: klejnot koronny lat 80

 

Każdej dekady pojawia się kilka albumów, o których nie tylko mówi się ponadczasowe, ale i doskonale oddające ducha swojej epoki. Wydany u progu lat 90 Hats stanowi pewnego rodzaju hołd romantyczno-popowym ejtisowym brzmieniom, domykając ten jakże legendarny okres. W najnowszym wydaniu Artysty Tygodnia przyglądamy się The Blue Nile – autorom owego krążka.

Pochodzący z Glasgow zespół pojawił się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii na początku lat 80, z miejsca przyciągając uwagę wszystkich romantyków. I choć nigdy nie osiągnęli statusu mega gwiazd czy wielkich sukcesów komercyjnych, nieprzerwanie utrzymują status kultowych o wiernym i oddanym gronie fanów. Z okazji 35 urodzin Hats oraz czterdziestolecia debiutu, The Blue Nile Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.


A Walk Across The Rooftops

1984

Linn

Gdyby określić jednym epitetem dorobek The Blue Nile, chyba najbardziej odpowiednim okazuje się być filmowy. Subtelna, lecz bogata mieszanka popu, jazzu, ambientu i elektroniki w zestawieniu z pełnym wrażliwości głosem Paula Buchanana powoduje, że odczuwane emocje uderzają z potrojoną siłą. Tym bardziej, jeśli teksty utworów traktują o samotności czy miłosnych rozterkach.

Taki właśnie jest A Walk Across The Rooftops – pierwszy album zespołu udowadniający, że w romantycznej muzyce pop istnieje miejsce dla form przestrzennych i progresywnych. The Blue Nile, mimo swojej subtelności, zadebiutowali z przytupem.


Hats

1989

Linn

O ile debiut The Blue Nile zawierać może w sobie namiastkę wczesno-jesiennej, młodzieńczej naiwności, tak pięć lat później, bogatsi o pewne doświadczenia, znajdujemy się pod gęstą warstwą deszczowych chmur. Wydany pod koniec 1989 roku Hats to album jedyny w swoim rodzaju, na którym główną rolę, obok przestrzennych instrumentariów i rozmarzonych tekstów, odgrywa atmosfera.

To jakby muzyczny odpowiednik obrazów Edwarda Hoppera – eleganckie postacie, w towarzystwie, lecz samotne, nocnymi godzinami przemierzające ulice wielkich miast skąpanych w deszczowej aurze. Samotnicy podróżujący od stacji do stacji w pełni świadomi tego, że każdy pociąg kiedyś odjeżdża, choćby na jego miejscu zjawił się kolejny. Tym razem deszcz pada o wiele silniej, a złamane serce – niczym pęknięte naczynie – przepuści każdą kroplę. The Blue Nile podają nam swoje jak na dłoni.


Peace At Last / High

1996 / 2004

Warner Bros / Sanctuary

Jak brzmi spokój i czy kiedykolwiek będziemy w stanie go zaznać? Po intensywnej trasie koncertowej i licznych kolaboracjach na fali sukcesu Hats The Blue Nile zaczęli szukać odpowiedzi na przytoczone pytanie. Ta okazała się kryć w żywych, akustycznych instrumentach, czego efektem jest Peace At Last – trzeci album formacji. Choć odrobinę bardziej optymistyczny, nadal stanowi szeroki wachlarz emocji, nierzadko ukazując pełnię możliwości w spokojniejszych kompozycjach.

Nie inaczej jest w przypadku High. Po kolejnej wieloletniej przerwie i w nowym dziesięcioleciu (a nawet już millennium) The Blue Nile ponownie zachwycają. Tym razem w postaci eklektycznej fuzji wszystkich zebranych dotychczas inspiracji – od ejtisowych przestworzy po akustyczne motywy z lat 90. To album, który w przepięknym stylu zamyka ikoniczną dyskografię, pozostając po dziś dzień finalnym przykładem wyśmienitej formy, do jakiej The Blue Nile przyzwyczaili nas w ciągu całej swojej kariery.

Antek Winiarski