Archiwum

Jane Remover

Artystka, która bezproblemowo łączy wiele stylów i gatunków, od szalonej elektroniki poprzez melancholijne gitary oraz jest nazwana głosem młodego pokolenia i ich kreatywności. Dwudziestego października ukazał się nowy album Jane Remover i z tego powodu została ona Artystką Tygodnia w Radiu LUZ.

Jane urodziła się we wrześniu 2003 roku i od młodego wieku (8 lat!) interesowała się produkcją muzyki. Dominował wtedy głośny EDM i dubstep, więc naturalnie, jak każda młoda osoba z dostępem do wielu poradników internetowych mówiących o tych gatunkach, taką muzykę zaczęła tworzyć. Jej inspiracje Skrillexem i Porterem Robinsonem szybko przeszły w stronę trapu, gdzie zaczęła udzielać się w różnych, soundcloudowych microlabelach. 

Jej pierwszy hit, wydane w 2019 roku what’s my age again? zbiegło się perfekcyjnie z modą na hyperpop. Pędzące, erratyczne melodie i towarzyszący temu wysoki wokal bardzo spodobały się fanom, dzięki czemu piosenka szybko zdobywała kolejne odtworzenia. Nawet wtedy, w szczycie popularności tego internetowego gatunku muzyki, twórczość Jane wydawała się inna. Można było wyczuć bijącą z utworów melancholię, coraz bardziej rozpoznawalną z każdym kolejnym dziełem.

Wydane w 2021 roku Teen Week i Frailty perfekcyjnie to pokazują. Pierwszy z tych albumów, krótka EPka, której obecna tracklista jest bardzo mocno skrócona w porównaniu do oryginalnego wydania, jest jedną z najlepiej ocenianych i lubianych płyt w środowisku hyperpopowo-digicore’owym. Ma wszystko, co w tych gatunkach jest najlepsze – zabawę formą, wpadające w ucho melodie, mocne przestery i emocjonalny wokal.

Frailty natomiast, pomimo wydania tylko pół roku później, jest całkowicie inne. Ciężko w nim szukać elementów szalonej, hyperpopowej zabawy. Wszystko jest o wiele bardziej melancholijne, wręcz po prostu smutne. Otwierające album goldfish perfekcyjnie nastawia słuchacza na to, co będzie później – wokalowi towarzyszy tylko gitara akustyczna. 

Z kolejnymi utworami pojawiają się bardziej standardowe” znaki elektronicznej produkcji Jane, ale atmosfera rodem z muzyki emo nigdzie się nie wybiera. Tworzy to niesamowite połączenie, które jest w stanie w moment przejść z melancholii do szczęścia i z powrotem w tym samym utworze. Słychać tu wszystkie wymienione wcześniej inspiracje muzyczne artystki: EDM spotyka się z trapem, emo, niszowymi gatunkami elektroniki i muzyką z 16-bitowych gier JRPG. Album ten został przyjęty bardzo ciepło, znajdując się nawet na liście najlepszych 50 płyt 2021 roku według Pitchfork, co dla 18-letniej osoby tworzącej muzykę w swojej sypialni jest niesamowitym osiągnięciem.

Biorąc pod uwagę sukces Frailty, wiele osób mogłoby stwierdzić, że z następnymi albumami Jane Remover nie będzie zmieniać swojego stylu. Po co przecież naprawiać coś, co działa. Jednakże podobnie jak szybko ewoluujące internetowe trendy muzyczne, artystka ewoluowała w takim samym tempie. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że była jedną z osób, co te zmiany napędzała. 

Pomiędzy albumami wydała dwa utwory, melancholijne rockowe Royal Blue Walls i Cage Girl. Obydwa z nich traktują o zmianie osobistej, odnowieniu samej siebie we wrogim, negatywnie nastawionym świecie. Towarzyszyła im duża zmiana, ponieważ artystka wtedy ujawniła się jako osoba transpłciowa.

“(…) żeby wszyscy byli na bieżąco i żebym nie musiała się powtarzać: nazywam się Jane, od teraz tworzę muzykę jako Jane Remover i to wszystko na ten temat.”

Stream Jane Remover music | Listen to songs, albums, playlists for free on SoundCloud

Pierwsze single zapowiadające nowy album, Lips oraz Census Designated, brzmiały całkowicie inaczej niż to, do czego zdążyła przyzwyczaić słuchaczy. W porównaniu do utworów z Frailty są o wiele bardziej akustyczne, brak w nich nawet śladów hyperpopowej twórczości Jane. Powracającej gitarze akustycznej towarzyszą shoegaze’owe wręcz ściany dźwięku połączone z krzykami w tle. Całe, wydane 20 października, Census Designated podąża tą ścieżką. Spokojne, atmosferyczne ballady indie zmieniają się w przerażający hałas, po czym znowu się wyciszają, jakby artystka przepraszała za swoje wybuchy emocji. Zmieniając studio nagraniowe z sypialni w domu rodziców na własne mieszkanie i profesjonalny sprzęt, Jane Remover dostała możliwość porzucenia internetowych trendów i wykonania najbardziej dorosłego, emocjonalnego albumu w swoim dorobku już w wieku 20 lat.

Maciej Respondek

Lost Girls: Jenny Hval, Håvard Volden

Ich muzyka migocze gdzieś pomiędzy klubowymi bitami a improwizacjami na gitarze. Między słowem mówionym a melodyjnym wokalem, niczym wyrwanym ze snu. Lost Girls w składzie z Jenny Hval i Håvardem Voldenem to nazwa zespołu z Norwegii, któremu tym razem poświęcamy pasmo Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Lost Girls (Jenny Hval Håvard Volden), fot. Signe Fuglesteg Luksengard

To muzyka, której najlepiej się słucha wieczorem we własnym pokoju lub u przyjaciela czy przyjaciółki na chacie, siedząc na dywanie i głaszcząc psa. Jenny Hval i jej długoletni muzyczny kompan, Håvard Volden tworzą muzykę w długich ciągach improwizacji, często wyrywani pomysłem ze snu. Praca Hval rozpoczyna się półsennym, luźnym wokalem do czegoś – jak sama nazwała – dziwnego, co wysłał jej Volden. „Oboje nagrywamy zanim wiemy, co tak naprawdę robimy”.
W efekcie powstają utwory przesiąknięte liryką, feminizmem i zmysłowością, zapraszające słuchaczy do ukrytego pokoju, w którym Lost Girls meandruje w procesie artystycznym. Niedokończony i surowy klimat ich muzyki jest doskonały.

With the other hand to tytuł ich nowego singla, który zapowiada drugi album Lost Girls wydany przez niezależną wytwórnię z Oslo, Smalltown Supersound. Selvutsletter ukaże się już 20 października. Zespół zapowiedział ich najnowsze wydawnictwo jako „znikanie w doświadczeniach”. „Znikanie” pojawia się także w tytule albumu, otóż Selvutsletter jest wymyślonym norweskim słowem, neologizmem, którego dosłowne tłumaczenie to „samowymazywacz”. Jest to ktoś, kto sam siebie usuwa z drogi, zaciera. Płyta połączy w sobie intuicyjną i senną atmosferę starszych utworów duetu z eksperymentem i muzyką rockową jako bazą. 

Współpraca Jenny Hval i Håvarda Voldena, tworzących Lost Girls sięga ponad dekady wstecz. W 2012 roku wydali oni swój pierwszy, akustyczny album pod pseudonimem Nude on Sand. Zamiast wskrzeszać poprzedni zespół, zdecydowali się na nowy początek dla swojej EP-ki Feeling z 2018 roku. Ich pierwszy długogrający krążek Menneskekollektivet sprzed dwóch lat, został uznany za jedno z najlepszych wydawnictw roku przez Pitchfork, The FADER, Brooklyn Vegan, czy wiele innych magazynów muzycznych.

Na Menneskekollektivet teksty zajmują szczególne miejsce, jak zresztą we wszystkich dziełach z udziałem Hval. Tym razem artystka czuła, że nie jest w stanie napisać dla tej muzyki niczego, co naprawdę miałoby znaczenie i postanowiła nie zamykać się na śpiew. Na płycie czasem po prostu mówi do mikrofonu, czasem znajduje rymy lub frazy muzyczne, a czasem brzmi niczym oprogramowany bot. Możliwe, że w swojej praktyce artystycznej Jenny Hval wciąż eksploruje muzyczne rejony, które tworzy, jednak nigdy nie brzmi jakby była w nich zagubioną dziewczyną. Wręcz odwrotnie, jej praca sprawia, że wszystkie lost girls czują się widziane.

Proces twórczy Jenny Hval w duecie z Voldenem jest bardzo zaskakujący, ponieważ solowo ta artystka jest brutalnie krytyczna wobec własnej twórczości i edytuje ją jak szalony rzeźnik… Połowa duetu Lost Girls, to wokalistka, której cały artystyczny wyraz jest niezwykle złożony. W swojej twórczości splata muzykę, literaturę oraz sztuki performatywne i wizualne. Jest prawdziwą norweską awangardzistką, a jej teksty to poetyckie dzieła. Hval wydała aż osiem albumów solowych, dwa pod pseudonimem Rockettothesky i sześć pod własnym nazwiskiem. Konsekwentnie poszerza granice samej siebie, a jej ciekawość świata pozostaje nieograniczona, od anarchizmu i porno po religię i komedie romantyczne.

Zgubione Dziewczyny to także gitarzysta eksperymentalny, poruszający się pomiędzy swobodną improwizacją, sztuką dźwięku i muzyką rockową – Håvard Volden. Ten 43-letni gitarzysta współpracuje z Hval od 2008 roku, jest także w składzie instrumentalnego noise-rock-jazzowego zespołu Moon Relay. Ma również kilka innych działających projektów, takich jak szwedzko-norweskie trio elektroakustyczne Muddersten i duet z włoskim perkusistą Carlo Costą. Wydał dwa solowe albumy.

Pierwszy singiel, zapowiadający nowe wydawnictwo Lost Girls to With the other hand, który zaczyna się jak medytacja z przewodniczką. Gdy Hval hipnotyzuje nas, byśmy skoncentrowali się na nieznanym świetle i dźwięku, nagłe klaskanie w dłonie przekształca piosenkę z powolnego utworu w taneczny. Najnowszy singiel Ruins zwiększa apetyt na nadchodzącą premierę. Powstawanie utworu Jenny Hval opowiedziała w wywiadzie:

Håvard wysłał mi tę długą, cudowną i kalejdoskopową linię basu i perkusji i nie miałam pojęcia co z tym zrobić. Czułem, że to zbyt trudny materiał, by próbować się z nim zmierzyć i jakoś z nim oswoić. Zaczęłam improwizować głosem do tej muzyki, nieco modyfikując jej części, a utwór zaczął przypominać zagubienie w mieście nocą lub na cmentarzu. Chodzenie w kółko, może bieganie, może ukrywanie się… Po chwili improwizacji zdałam sobie sprawę, że śpiewam o tym rodzaju ruchu (zespołowego), który w latach 90-tych towarzyszył mi, gdy po raz pierwszy zaczęłam grać z innymi ludźmi. Ruins jest o praktyce odkrywania, byciu młodym i zagubionym oraz poczuciu, że jest się blisko czegoś pierwotnego i magicznego.

Żaneta Wańczyk

Devendra Banhart

Devendra Banhart, wenezuelczyk o duszy melancholika, 22 września wydał swój jedenasty album dowodząc, że eklektyczność w muzyce jest niezwykle istotna. Flying Wig to album oniryczny, istna puszka pandory, która po odsłuchaniu wywołuje niesamowite poczucie tęsknoty za nieistniejącym. Jest w tym albumie nuta modernistycznego podejścia do muzyki, co sugeruje niebiesko-metaliczna okładka nie ukazująca twarzy artysty. Banhart nie wyzbywa się jednak swojej folkowej natury, natomiast przeobraża ją w gładki, miejski indie pop/folk eksperymentując z gitarowymi brzmieniami i syntezatorami. Przede wszystkim Flying Wig to owoc przyjaźni z multiinstrumentalistką Cate Le Bon, która dzieli z artystą nie tylko wspólną wizję, ale także tytuł albumu Oh Me, Oh My, z 2002 i w jej przypadku 2009 roku. 

Sami artyści mówią o tym albumie jako wydawnictwie traktującym o wdzięczności, przekształcaniu zranień w piękno przeżywania i doświadczania. Według Banharta smutek ma za zadanie przekształcić rozpacz w piękno sztuki, a sama rozpacz ubrana jest w najpiękniejszy strój. 

Devendra Banhart artystą tygodnia w Radiu Luz na 91,6 fm.

Devendra Obi Banhart, artysta o wenezuelskich korzeniach urodzony w Teksasie, przekracza granice gatunków. Łącząc akustyczny folk i psychodelę oraz tworząc teksty oparte o strumień świadomości. Banhart spędził większość swojego dzieciństwa w rodzinnym Caracas. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych studiował przez pewien czas w San Francisco Art Institute, zanim ostatecznie skupił się na karierze muzycznej. Pierwszym albumem, który przyniósł Banhartowi szeroką uwagę, był Oh Me Oh My… (2002). Jego elastyczne podejście do pisania piosenek, w połączeniu z zamiłowaniem do niezwykłości i surrealizmu, zyskało przychylność krytyków muzycznych przyglądających się jego karierze. Wraz ze wzrostem popularności, albumy Banharta w tym Niño Rojo i Rejoicing in the Hands (oba z 2004 roku), Cripple Crow (2005) i Smokey Rolls down Thunder Canyon (2007) stały się bardziej rozbudowane. Następnie wydał What Will We Be (2009), Mala (2013), Ape in Pink Marble (2016) i Ma (2019). Poprzez okazjonalne użycie języka hiszpańskiego oraz stylistyki Tropicálii ujawnia się jego latynoski sznyt.  Oprócz stosowania różnych stylów muzycznych, zapożyczał z różnych form sztuki literackiej i wizualnej. Te ostatnie były szczególnie interesujące dla Banharta, który był także artystą wizualnym. Zbiór jego rysunków, obrazów, fotografii i prac mieszanych, I Left My Noodle on Ramen Street, został opublikowany w 2015 roku.

Miejska melancholia

Flying Wig jest niezwykle ezoterycznym wydawnictwem. Nagrany w studiu otoczonym sekwojami przywodzi na myśl medytację w ciemnym lesie lub też spoglądanie na oddaloną przestrzeń miejską i powolne jej kontemplowanie. Płyta wyprodukowana przez walijską wielbicielkę art-rocka Cate Le Bon nabrała temperamentu Benharta przybierając kolory niebieskiego, tęsknego folku w zupełnie nietradycyjnym znaczeniu. 

Dziesięć utworów na Flying Wig tematycznie oscyluje wokół kwestii złamanego serca, przebaczenia i przeobrażenia cierpienia w coś szlachetniejszego. Czerpiąc inspiracje z poematu japońskiego mistrza haiku Kobayashiego Issa pt “This Dewdrop World” artysta przeobraża przygnębiającą tematykę w przeżycie duchowe. Są to piosenki używające zaskakujących historii, przeobrażonych na współczesną modłę, bo pojawiają się w nich zgubione ładowarki od telefonów, czy uciekające zakonnice. Devendra Banhart uwspółcześnia odwieczne ludzkie zagubienie i nie stroni od wtrąceń ponadczasowych. 

Flying Wig rzeczywiście podnosi na duchu, a wręcz wznosi słuchacza gdzieś ponad kłęby chmur w iskrzącą od dźwięków kontemplację rzeczywistości. Król freak folku nie pozostawia z klasycznym pojmowaniem ballad i muzyki, jako wartko płynącej historii. Unikając akustycznego instrumentarium Banhart operuje ezoteryką, sennością syntezatora podszytym rockowym pomrukiem. Skupienie się na elektronice sprawia, że senność tego wydawnictwa jest urzekająca i brak w niej marazmu. Delikatny wokal uwodzi i opowiada historie warte wysłuchania. 

Devendra Banhart operuje też estetyką queerową ubierając do okładki niebieską suknię Issey Miyake i perły. Kreację prezentował także w ostatnich występach na żywo m. in. na festiwalu Cusica w Caracas, w Wenezueli. Tłumaczy, że nie chodzi o jego tożsamość seksualną, ale połączenie z kobiecą stroną doświadczania, tak jak kiedy w dzieciństwie ubierał suknie matki. Banhart znany jest z bycia zwolennikiem androgenicznego ruchu  Haight-Ashbury z lat sześćdziesiątych XX wieku, który osadzał piosenki w dzielnicy Castro w San Francisco. Zabawa gatunkiem, tożsamością, otwartością na różne rodzaje ekspresji wyróżniają go jako artystę. 

Dziwność i zagadkowość – Flying Wig jest przekonującym albumem pełnym transcendencji z automatycznej perkusji w oniryczną stronę muzyki kojarzącej się z niektórymi wydawnictwami Beach House, czy Slowdive. W utworze tytułowym podmiot liryczny przyjmuje perspektywę peruki zwisającej ze statywu mikrofonu. Czy można dziwniej i  zabawniej opisać samotność przeżywania?

Intrygująca jest również historia w utworach Charger oraz Nun. Smutek przełamywany jest tu poprzez zabawę z tekstem, w którym Banhart przedstawia historię zagubionej ładowarki, czy uciekającej zakonnicy za pomocą haiku. Czerpiąc z japońskiej duchowości Banhart pozostawia swoją muzyczną narrację w duchu ezoterycznym korzystając z nietypowych rozwiązań muzycznych. Skupienie się na syntezatorach skutkuje ciepłym i wszechobecnym szumem, unoszącą się fantazją, która grozi niskim szeptem, że w każdej chwili może uciec. Wprowadza słuchacza w niezwykły stan uniesienia, momentu transcendencji do innej rzeczywistości. Wydane 22 września Flying Wig pełne jest mistycznego charakteru z miejskim pomrukiem. Dziesięć niesamowitych utworów tworzy spójną całość. Prostota haiku przeplata się z próbą eksperymentu z gitarą, perkusją, czy nawet wstawkami chóralnymi.

Devendra Banhart to artysta wielowymiarowy. Swoją muzyką stara się opowiedzieć jak najwięcej historii, wyróżnić jak najwięcej perspektyw, jakie można przyjąć względem relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie pozostaje nudny, wciąż poszukuje i eksperymentuje ze swoją muzyką zachowując niepowtarzalny styl, podkreślając swoje wenezuelskie korzenie. Jego muzyka to przede wszystkim zabawa dźwiękiem i nieustanne poszukiwania nowych inspiracji w kulturze i folku, który stał się kiedyś jego główną ścieżką tworzenia muzyki i budowaniu na nim swojego wizerunku artystycznego.

Julia Prus

Nation of Language

Elementy charakterystyczne dla lat 80. spójnie łączą ze współczesnymi brzmieniami, tworząc mieszankę nie tylko interesującą, ale i porywającą do tańca. Wraz z wydaniem swojego trzeciego albumu zatytułowanego Strange Disciple zespół Nation of Language po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z ciekawszych reprezentantów współczesnej sceny synth popowej. Z tej okazji w tym tygodniu dokładniej przyjrzymy się sylwetce grupy. Nation of Language Artystą Tygodnia w Radiu LUZ na 91.6 FM.

 

Historia grupy zaczyna się od, można powiedzieć, błahostki – od małej iskierki, która rozpaliła wielki ogień. Ian Devaney, przyszły wokalista i główny kompozytor grupy, jechał samochodem swojego ojca. Do odtwarzacza włożył składankę, której często słuchali razem, gdy był mały. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat ponownie usłyszał Electricity formacji Orchestral Manoeuvres in the Dark (znanej jako OMD). Nostalgia, którą odczuł przez pryzmat współczesności, sprawiła, że coś się w nim obudziło. Jeszcze nie wiedział, że był to początek jego obsesji. Obsesji na punkcie osiągnięcia doskonałej syntezatorowej prostoty, którą nie pogardziłoby samo OMD.

Było to w 2014 roku, niedługo po tym, jak zespół, do którego należał wcześniej – indie rockowy The Static Jacks – rozwiązał się. Razem z Michaelem Sue-Poi (basistą wcześniej wspomnianej grupy) oraz Aidan Noell postanowili założyć zespół. Co ciekawe, Aidan nie do tej pory nie grała na żadnym instrumencie. Podekscytowana pomysłem Iana, zdeterminowana i wytrwała w postanowieniu nauczyła się gry na keyboardzie. Tak oto narodziło się Nation of Language.

Ian Devaney od początku istnienia grupy starał się odtworzyć uczucie, które wywołała w nim pamiętna przejażdżka samochodem ojca. Nostalgia odczuwana przez pryzmat współczesności – właśnie tak w założeniu miała brzmieć muzyka Nation of Language. Niczym synth-popowo-nowofalowy wehikuł czasu. W 2016 roku wydali swój pierwszy singiel zatytułowany What Does the Normal Man Feel? – utwór czuły, osobisty i wrażliwy lirycznie oraz wyraźny, dynamiczny i odważny muzycznie.

W latach 2016-2019 wydali kilka singli i coverów, ale dopiero 22 maja 2020 roku ukazał się ich debiutancki album – Introduction, Presence. To debiut niesamowicie odważny, którym zespół zagwarantował sobie mocną pozycję na scenie synth popowej i nowofalowej. Krążek został ciepło przyjęty nie tylko przez fanów, ale także krytyków i dziennikarzy muzycznych.

Introduction, Presence momentami jest wręcz surowo analogiczny, czasami aż mroczny. Słyszalne są w nim współgrające kontrasty. Każdy element składający się na całość jest niemalże indywidualny. Przypomina to trochę wypatrywanie gwiazd – kiedy znajdziemy jedną, ukaże nam się dziesięć kolejnych. Podobnie kiedy skupimy się na jednej linii melodycznej syntezatora, szybko wyłapiemy następną, później bas, a w tle jeszcze kolejne syntezatory. Do tego idealnie akompaniuje statyczna, oldschoolowa perkusja, a po gwiazdozbiorze prowadzi nas pogłosowy wokal.

Wydanie debiutu było dla tego zespołu momentem przełomowym. Właśnie wtedy zdobyli oni jeszcze więcej odwagi, czuli się pewniej i zaczęli więcej eksperymentować.

Swoim drugim albumem zatytułowanym A Way Forward, wydanym zaledwie rok po debiucie, udowodnili, że stać ich na jeszcze więcej. Złożone i skomplikowane kompozycje syntezatorowe połączone ze zdecydowanie odważniejszym stylem wokalnym i bardziej wyrazistym basem dają niesamowitą kontynuację tego, co rozpoczęli wcześniej.

Z racji, że pierwsze dwa albumy wydali w czasach lockdownu, dopiero pod koniec 2021 roku zespół wyruszył na międzynarodową trasę promującą oba. Niestety, w trakcie trasy z powodów osobistych z grupy odszedł Michael Sue-Poi. Na szczęście, na jego miejscu szybko pojawił się równie utalentowany Alex MacKay.

Przy kwestii występów na żywo nie można nie wspomnieć o niesamowitej charyzmie i energii, jaką Nation of Language prezentuje na scenie. Nie tylko dobrze się ich słucha, ale także chce się na nich patrzeć – muzycy tańczą, śmieją się, są radośni. Co więcej, dużo żartują, mają kontakt z fanami. Po prostu widać po nich, że dobrze się bawią, a to udziela się publiczności. Tego wszystkiego można było doświadczyć podczas tegorocznej edycji OFF Festival w Katowicach.

Po powrocie z trasy pod koniec 2022 roku zespół nie osiadł na laurach, bardzo szybko zaczęli pracę nad kolejnym albumem. I kiedy można było przypuszczać, że Nation of Language już nie zdoła nas niczym zaskoczyć, oni wydają Strange Disciple. Udowodnili tym, że potrafią jeszcze bardziej rozszerzyć teren swojej muzycznej krainy. Ponadto, mogą to robić, wciąż trzymając się swoich korzeni, budując swoje brzmienie na wylanym wcześniej fundamencie.

Pierwszym singlem z nowego albumu było Sole Obsession, wydane 8 marca 2023 roku. Utwór ten opowiada o utracie ukochanej osoby, którą tak usilnie próbujemy przy sobie zatrzymać, że staje się to naszą tytułową jedyną obsesją. Ian Devaney wielokrotnie określał Strange Disciple jako ścieżkę dźwiękową popadania w obsesję. Nie tylko taką na punkcie miłości, ale także osiągnięcia doskonałości, technologii czy social mediów.

W swojej muzyce Nation of Language otwarcie opowiada o swoich przeżyciach i przemyśleniach. W utworze Too Much, Enough poruszony zostaje temat przesytu informacji dookoła nas i kontroli, jaką mają nad nami internet i social media. Tego, jak frustrująca jest niemożność oderwania się od ekranów, mimo świadomości, że nasze wpatrywanie się w nie przez tyle godzin jest bezmyślne i nie daje nam wiele. Do utworu został również stworzony idealnie pasujący teledysk w reżyserii Roberta Kolodnego.

Lirycznie jest to raczej pesymistyczny album. Opowiada o poczuciu małości, trudnych emocjach i byciu kontrolowanym przez nieopisane siły. Teksty wydają się dojrzalsze, jeszcze wrażliwsze i bardziej osobiste. Na przestrzeni utworów przy tanecznym akompaniamencie zastanawiamy się, kim tak naprawdę jesteśmy, jak uciec od wszechobecnego chaosu i osiągnąć harmonię, jak uczyć się na błędach.

Niestety, konkluzja Strange Disciple jest taka, że podmiot nigdy się tego nie nauczy. Utwór zamykający album – I Will Never Learn (będący również naszym mocograjem!) – nie tylko idealnie scala całość muzycznie, ale także lirycznie.

Czerpiąc inspiracje od takich zespołów jak Kraftwerk, Depeche Mode, Human League czy Talking Heads, nietrudno wpaść w pułapkę powtarzalności i nieoryginalności. Jednak Nation of Language harmonijnie balansuje pomiędzy tym, co znane, a tym, co zupełnie nowe. Elementom charakterystycznym dla muzyki lat 80. nadają świeżości, sprawiając, że ich utwory brzmią zarówno nostalgicznie, jak i współcześnie. I mimo że powroty do przeszłości są coraz częstszą taktyką wykorzystywaną przez artystów, Nation of Language pozostaje jedyne w swoim rodzaju.

Zuzanna Kopij

Smash Mouth

Smash Mouth to jedna z tych grup muzycznych, które weszły do historii jako symbol ery lat 90. i wczesnych 2000. Dzięki przebojowi All Star oraz wielu innym hitom zespół zyskał ogromną popularność na całym świecie. Ale historia tej ikonicznej grupy to nie tylko chwile świetności, to także wiele wyzwań i zwrotów akcji. 4 września świat pożegnał założyciela i wieloletniego frontmana zespołu – Stevena Harwella. Z tego powodu uczcijmy Smash Mouth jako Artystów Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Historia Smash Mouth sięga lat 90. i ma swoje korzenie w San Jose, Kalifornia. Grupa została założona przez Steve’a Harwella, Grega Campa, Paula DeLisle’a i Kevina Colemana. Początkowo zespół grał w miejscowych klubach, wykonując muzykę z gatunku garage rock. Ich niekonwencjonalny styl przyciągał uwagę, ale prawdziwa przełomowa chwila nadeszła, gdy zespół podpisał kontrakt z Interscope Records.

W 1997 roku Smash Mouth wydał swój debiutancki album, Fush Yu Mang. Album ten zawierał przebojową piosenkę Walking on the Sun, która stała się hitem i wprowadziła zespół na scenę międzynarodową. Ich mieszanka rocka, popu i ska była oryginalna i przyjemna dla słuchaczy, co przyczyniło się do sukcesu albumu.

Największą chyba chwilą w karierze Smash Mouth było wydanie piosenki All Star w 1999 roku. Piosenka ta stała się prawdziwym hymnem tamtej epoki i zdobyła ogromną popularność. All Star stała się też nieodłączną częścią kultury masowej, pojawiając się w wielu filmach, reklamach i grach wideo. Czy trzeba przypominać o zielonym ogrze? Charakterystyczny refren utworu „Hey now, you’re an all star, get your game on, go play” stał się niezapomniany. Już nawet nie wspominając o alternatywnym życiu tych wersów w kulturze memów.

Po ogromnym sukcesie All Star Smash Mouth zmagał się z trudnościami. Kolejne albumy nie odnosiły już takich sukcesów, a zespół zaczął tracić na popularności. Krytycy zarzucali im powtarzalność i brak innowacji w muzyce. Mimo to Smash Mouth nadal trwał i tworzył nową muzykę.

W latach 2010-2011 zespół znalazł się w centrum uwagi mediów, gdy doszło do konfliktu między wokalistą Steve’em Harwellem a publicznością podczas koncertu. Wybuchowa natura Harwella i kontrowersyjne zachowanie na scenie przyciągnęły uwagę mediów społecznościowych. Mimo to, zespół odnalazł drogę do przywrócenia swojej popularności dzięki koncertom i występom na festiwalach.

Smash Mouth może i nie osiągnęło już takiego sukcesu jak w latach 90., ale ich muzyka pozostaje ważnym elementem historii muzyki pop-rockowej. Przez wiele lat zespół dostarczał ludziom przeboje, które do dziś pozostają w pamięci wielu słuchaczy. All Star czy cover I’m A Believer to niewątpliwe dziedzictwo, na które nie zasługujemy, ale z godnością je pielęgnujemy i lekko ckliwie wspominamy.

Historia Smash Mouth to historia przekształceń, sukcesów i trudności. Od małego zespołu grającego w lokalnych klubach do międzynarodowej sławy, Smash Mouth przeszło wiele etapów. Ich przeboje wciąż żyją w świadomości słuchaczy, a All Star pozostaje niezapomnianym hymnem lat 90.
Pomimo licznych przekształceń składu, duch pozostawał, niewątpliwy duch Steve’a Harwella. Gdzie uplasuje się zespół pod wodzą Zacha Goode’a? Czas pokaże.

Kacper Kociuba

Jungle

W 2006 roku dwaj nastolatkowie wybrali się na koncert The Strokes w londyńskim Shepherd’s Bush Empire. To wydarzenie zainspirowało ich do podzielenia się ze światem nagrywaną w domowym zaciszu muzyką. Uwierzyli, że i dla nich znajdzie się miejsce w branży. Dziś Josh Lloyd-Watson i Tom McFarland znani są jako Jungle, a 11 sierpnia miał premierę ich czwarty album, Volcano. To właśnie oni królują w tym tygodniu na antenie Radia Luz.

 

Jungle są trochę jak Gorillaz – na początku kariery ukrywali swój wizerunek przed światem, chcąc by skupił się wyłącznie na ich twórczości.
Jungle są trochę jak elektroniczne duety Daft Punk i Chemical Brothers.
Jungle są trochę jak wczesny Kasabian, jak francuski zespół Justice i jak grupy disco wyśpiewujące falsetem swe przeboje.
Przede wszystkim to jednak po prostu artyści, którzy z różnorodnych inspiracji wypracowali własny, wyjątkowy styl. Ich muzyka brzmi świeżo i nowocześnie, a zarazem wyraźnie nawiązuje do ponadczasowych gatunków takich jak soul i funk.

McFarland w wywiadzie dla British GQ powiedział, że od zawsze dążą do tego, by w ich utworach można było się zanurzyć, by całkowicie pochłaniały słuchacza. Z pewnością nie były to puste słowa –  ta sztuka udała im się wielokrotnie na przestrzeni dziesięciu lat działalności. Już ich debiutancki album z 2014 roku podbił wiele serc i przyniósł im nominację do nagrody Mercury. Z perspektywy czasu Lloyd-Watson uznał go za dość naiwny, jednak utwory takie The Heat, czy Time wciąż cieszą się sporą popularnością. Busy Earnin’ pozostaje z kolei jednym z największych przebojów w dorobku Jungle.

Po wydaniu pierwszej płyty McFarland i Lloyd-Watson zniknęli na cztery lata. Tak zwana presja drugiego albumu oraz zawirowania w życiu osobistym utrudniały im proces twórczy. W tym okresie po raz pierwszy zaprosili do współpracy producenta Deana Josiah Covera (pseudonim Inflo), znanego między innymi ze współpracy z Michaelem Kiwanuką czy Little Simz. Zyskali dzięki temu nową perspektywę i tym samym udało im się zmienić ból w paliwo dla sztuki. W swojej muzyce z tamtego okresu dali ujście trudnym emocjom, czego doskonałym przykładem jest wyraźnie podszyty smutkiem utwór House in LA.

Album For Ever został przyjęty nieco chłodniej niż debiut – być może publika za bardzo przyzwyczaiła się do energicznej odsłony Jungle. Właściwie potwierdził to trzeci album, który jest wyrazem odrodzenia, pewności siebie i duchowego rozwoju. Loving in Stereo szybko okazał się strzałem w dziesiątkę. Był to pierwszy krążek wydany nakładem własnej wytwórni Caiola.

Podczas powstawania tego wydawnictwa ponownie skrzyżowały się drogi Jungle i Inflo. McFarland i Lloyd-Watson najwyraźniej są zwolennikami długotrwałych relacji w muzycznym światku – na stałe współpracują z multiinstrumentalistką i producentką, Lydią Kitto, a w ich teledyskach wielokrotnie występują ci sami tancerze. Są to na przykład Mette Linturi, Will West i Che Jones.

Przedstawienie tancerzy występujących w teledyskach Jungle.
 

Loving in Stereo (swoją drogą to także tytuł pierwszej piosenki, jaką kiedykolwiek razem napisali) Jungle promowali w trasie koncertowej, która trwała ponad rok. W międzyczasie zajmowali się już pisaniem i nagrywaniem kolejnych utworów. Proces rozpoczął się w Los Angeles, a miał swój finał w ulubionym studiu artystów w londyńskim Metropolis Studios. W maju zeszłego roku McFarland i Lloyd-Watson wypuścili utwory Problemz i Good Times. Ostatecznie tylko ten pierwszy trafił na płytę Volcano. Muzycy przyznali, że w pewnym momencie Good Times zaczęło brzmieć bardziej jak wersja beta niż dopracowany utwór i tym samym przestało pasować do tracklisty. Na oficjalny pierwszy singiel wybrali natomiast Candle Flame nagrany we współpracy z Erickiem the Architectem. Mówili o nim tak:

Candle Flame reprezentuje wszystko to, co dla nas najważniejsze – kreatywność, pasję, tworzenie muzyki, która porusza serca i umysły fanów. Naszym celem było nagranie utworu, który jest osobisty, ale z którym jednocześnie słuchacze mogą się utożsamić; który w poetycki, ale i autentyczny sposób eksploruje temat tych pięknych i tych trudnych momentów w relacjach międzyludzkich.

Panowie wyznali, że Volcano jest ich najszczerszym jak dotąd wydawnictwem. Co istotne, artyści odrzucili oczekiwania, które w przeszłości sami sobie stawiali. Tym razem nie próbowali w żaden sposób ujarzmić swojej artystycznej energii i nie poddali się perfekcjonizmowi, a zamiast tego zaufali intuicji. To też radzą wszystkim aspirującym muzykom.

Na Volcano słychać wiele dobrze fanom znanych elementów, ale jest w nim także coś nowego. To album bardziej różnorodny wokalnie niż starsze dokonania Jungle – falsety Lloyda-Watsona i McFarlanda często schodzą na dalszy plan, centrum uwagi oddając na przykład gościom. Poza wspomnianym wcześniej Erickiem the Architectem, są wśród nich JNR Williams, Roots Manuva, Channel Tres, Mood Talk, Bas i 33.3. Jungle nie od dziś często nazywani są kolektywem, a najnowszy krążek świetnie pasuje do tego określenia.

Pierwszy odsłuch może nie wystarczyć, by zakochać się w nowej muzyce Jungle, warto jednak dać tym utworom drugą, a w razie konieczności i trzecią szansę. To taki zestaw, który zyskuje z każdym kolejnym odsłuchem. Odnoszę również wrażenie, że ugruntował pozycję grupy na rynku muzycznym i mam nadzieję, że dał im siłę i inspirację do dalszego tworzenia.

Więcej o Artyście Tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy, w audycji Audiostarter (9:00-11:00) oraz o 13:00.

Oficjalna strona zespołu

Marta Łobażewicz

 

serpentwithfeet

Wychowany przez pobożnych rodziców, dumny reprezentant społeczności LGBTQ+. Poza słowem bożym w Kościele odkrył uwielbienie do dramaturgii i przepychu. Pięć lat temu opowiedział o tym na debiutanckim albumie Soil – z tej okazji serpentwithfeet dołącza do grona Artystów Tygodnia w Radiu LUZ.

 

W wieku 11 lat serpentwithfeet, a właściwie Josiah Wise został siłą zaciągnięty przez matkę do chóru chłopięcego w jego rodzinnym Baltimore i chwała jej za to. Właśnie tam artysta odkrył swoją wielką miłość do śpiewu i to tam po raz pierwszy dostrzegł brak różnorodności w śpiewie klasycznym. Josiah twierdzi, że w chórze nie było zbyt wiele miejsca dla czarnych głosów.

My music has always talked about being a gay black man.

Gadzie kąsanie.

W roku 2016 serpent po raz pierwszy zaprosił świat do odwiedzenia jego muzycznego uniwersum. Nasączonego intensywnymi perfumami i wypełnionego teatralną wręcz grą. Ukazał się Blisters EP, które krytycy przyjęli świetnie i zgromadził wokół artysty pierwszą partię zagorzałych fanów. Wśród nich znalazła się islandzka ikona – Björk, która niejednokrotnie przecięła się muzycznie z Wisem. Powstał między innymi remix do Blissing me, który został również  wspólnie odegrany w 2019 roku podczas trasy koncertowej Björk Cornucopia.

Gruntowanie.

W 2018 roku ukazał się wcześniej już wspomniany Soil – pełnoprawny album studyjny. Eksploracja najgłębszych odmętów ludzkiego serca i to dosłownie najgłębszych. Najmroczniejsze zakamarki wnętrzności, bowiem to materiał traktujący przede wszystkim o miłości, ale w sposób nietuzinkowy, mroczny i trwożny. Tym opisom bliżej do starotestamentowej retoryki; surowości i bezwzględności, aniżeli wygrywaniu hymnów o pszczółkach i motylkach w brzuchu. Eksperymentalne łączenie minimalistycznych podkładów elektronicznych z klasycznym śpiewem operowym lub chóralnym zaciągiem. Przepych, patos, w żadnym wypadku pastisz. Sam album nie umknął krytykom. Ponownie przyjęli go w swe błogosławione ramiona i znalazł się w rocznych podsumowaniach muzycznych między innymi New York Times, New Yorker czy Billboard.

DEACON, czyli drugi longplay serpentwithfeet to zdecydowane odejście od formy wcześniejszych wydawnictw. Album tak jak poprzednicy wypełniony imponującym wokalem, jednak w zdecydowanie bardziej harmonijnej formie. Ta nowa forma to zapewne udział nowego spojrzeniu na miłość. Miłość dużo bardziej trwałą, już nie ma w niej tyle pożądania (wyjątek – Wood Boy). Może teraz zdarzają się w niej jakieś rozterki, ale to przede wszystkim nauka podejmowania decyzji i dbałości. Można to odebrać jako truizm. Lepiej stale dokładać drewna do regularnego ogniska, niż wzniecić wielki pożar, który równie szybko jak został rozpalony zdoła sam się wypalić, jednak nie jest on wcale wymuszony. To kolejna lekcja, którą przyjął serpent i chcę się nią podzielić ze światem.

Od czasu drugiej płyty artysta niewiele razy pojawił się na radarze. Co prawda powstało The Hands do filmu The Inspection (2022), a także kolaboracja z Mobym w postaci On air. Poza tym dwa single I’m Pressed oraz Gonna go. Wciąż nie wiadomo czy to samodzielne utwory, czy zwiastun czegoś większego. Pewne jest jedno, serpentwithfeet jeszcze nie raz zamiesza w naszych sercach i nie raz zagości na falach Akademickiego Radia LUZ!

Kacper Kociuba

Jamiroquai

Zazwyczaj gdy dzieło po kilkudziesięciu latach od wydania pozostaje aktualne, jest to wielki powód do dumy dla jego twórców. Czy tak jednak czują się członkowie zespołu Jamiroquai, gdy patrzą na dzisiejszy świat i widzą, że po 30 latach od premiery ich debiutanckiego albumu Emergency On Planet Earth ludzkość dalej zmierza w złym kierunku? Tego nie wiem. Wiem jednak, że Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ jest Jamiroquai.

 

Historia grupy zaczyna się na początku lat 90. Jay Kay ma nieco ponad 20 lat. W jego sercu królują wykonawcy tacy jak Earth, Wind & Fire, The Isley Brothers, Roy Ayers, czy Herbie Hancock. Ima się mniej, lub bardziej legalnych źródeł zarobku, marzy jednak o karierze muzycznej. O własnym zespole łączącym jazz, funk i wszystko co tylko zagra mu w duszy. Podejmuje w końcu decyzję. Poświęci się w pełni swojemu marzeniu, nawet jeśli zabraknie mu pieniędzy, a głód zajrzy czasem w oczy. Sześć tygodni później ma już podpisany kontrakt z wytwórnią Acid Jazz, która wydaje pierwszy singiel JamiroquaiWhen You Gonna Learn?

Od jego pierwszych sekund wiadomo jedno. To nie jest typowy przedstawiciel brytyjskiego popu, który królował na Wyspach przez większość lat 90. Niepokojące, brzęczące w naszych uszach niskie tony to dźwięki wydobywające się z didgeridoo – tradycyjnego instrumentu Aborygenów. Będzie on przewijać się przez pierwszą dekadę działalności formacji. Chwilę później palmę pierwszeństwa przejmują skrzypce, po których reszta zespołu wkracza do akcji. Zanim skończymy zawieszać uszy na funky linii basowej, czy odzywającym się co chwila ciepłym saksofonie powoli zaczyna do nas docierać, jakie przesłanie niesie za sobą pełen pasji głos lidera grupy.

Yeah, yeah, have you heard the news today?
Money’s on the menu in my favourite restaurant
Well don’t talk about quantity
'Cause there’s no fish left in the sea
Greedy men been killing all the life there ever was
And you’d better play it nature’s way
Or she will take it all away

W tamtym czasie Kay był pod znaczącym wpływem kultury tak zwanych Indian kanadyjskich. Szczególnie trafiła do niego jedna z maksym grupy zwanej Kri.

Dopiero gdy zginie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta, a ostatnia ryba złapana wtedy zrozumiemy, że nie da się jeść pieniędzy.

Nie tylko wołanie o zaprzestanie ciągłego wyzyskiwania zasobów planety trafiło na żyzny grunt. Puchate czapki nieschodzące właściwie w tym czasie z głowy Brytyjczyka, własnoręcznie stworzone logo zespołu, kolorowa kurtka zrobiona ze starego koca, czy indiańskie pióropusze dalej przewijające się na koncertach. Te wszystkie osobliwości inspirowane były kulturą Pierwotnych Narodów. Bufallo Man, czyli ludzka postać z bawolimi rogami widnieje na okładce debiutanckiego krążka i do dziś pozostaje elementem rozpoznawalnym zespołu . Również druga część nazwy grupy to przerobiona nazwa Iroquis. Pochodzi ona od jednego z plemion rdzennej ludności Kanady.

A pierwsza część? Cóż, przy takich inspiracjach muzycznych ciężko nie marzyć o własnym zespole, który na zawołanie będzie w stanie rozkręcić szalone JAM session. Kay miał szczęście i udało mu się trafić na odpowiednich ludzi do tego zadania. Drugi singiel, czyli Too Young To Die, przejmujący manifest antywojenny, napisany został już wspólnie z długoletnim pianistą grupy, Toby Smithem. Fenomenalnie groovy wypada tutaj młodziutki wówczas basista, Stuart Zender, tworząc idealną sekcję rytmiczną z Nickiem Van Gelderem (którego od następnego albumu zastąpił Derrick McKenzie). Na tej melodyjnej wspaniałości spoczywa głos Jaya. Skłaniał on niektórych dziennikarzy do pytań o to kim jest ta znakomita czarnoskóra wokalistka, tak przepięknie śpiewająca o konieczności zaprzestania kolejnych bezsensownych wojen.

Po pierwszych singlach album zaczął nabierać kształtów. Przed wydaniem Too Young To Die Kay miał już na stole kontrakt z wytwórnią Sony na osiem długogrających wydawnictw. Presja zaczęła więc rosnąć. Wielu w tym momencie zaczęło by myśleć o zatrudnieniu doświadczonych producentów, którzy skierowaliby nowy materiał na bardziej przyjazne dla przeciętnego słuchacza tory. Frontman nie zgodził się jednak na żadne kompromisy. Od początku wiedział bowiem, jakie brzmienie chce osiągnąć. Przy nagrywaniu When You Gonna Learn? w pewnym momencie ludzie wynajęci przez wytwórnię wycięli połowę kontrowersyjnego tekstu. Muzycznie zaś całość sprowadzono do poziomu mało ambitnego popu. Ich zdaniem tylko wtedy singiel miał szansę się sprzedać. Po długich walkach Jay postawił jednak na swoim, przywracając mu w pełni jego zamierzony blask.

Równie jasno świeci też centralny punkt debiutanckiego krążka, czyli utwór tytułowy – Emergency On Planet Earth. Tutaj spotkały się wszystkie idee, zarówno muzyczne, jak i liryczne, które wisiały w powietrzu w trakcie sesji nagraniowych. Bass-slapy Zendera, gitarowy riff brzmiący jak najlepsze melodie Nile’a Rodgersa, doskonałe skrzypce i dopełniające całości dęciaki – ten utwór to hymn z prawdziwego zdarzenia. Tekst trzyma poziom, a Kay w bardzo obrazowy sposób daje słuchaczom do zrozumienia, że wiele rzeczy na naszym kosmicznym kawałku skały wymaga pilnej zmiany.

The kids need education
And the streets are never clean
I’ve seen a certain disposition, prevailing in the wind,
Sweet change if anybody’s listening?
Emergency on planet earth
Is that life that I am witnessing
Or just another wasted birth

Temat ten zostaje podtrzymany na epickim, 10-minutowym Revolution 1993. Wojskowy rytm wybijany przez Van Geldera oraz agresywny, przesterowany bas stanowią podkład pod paramilitarne wręcz nawoływania lidera zespołu o potrzebie wzięcia swojego losu we własne ręce. Był to szczytowy moment jego złości na obojętność wielkich tego świata wobec biedy, przemocy i braku perspektyw na przyszłość dla najbardziej potrzebujących.

Na szczęście debiut Jamiroquai oferuje też wiele momentów wytchnienia od podobnej tematyki. Jako kontrast dla Revolution przed tym utworem w trackliście widnieje jeden z najczystszych przykładów radosnego jammowania muzyków – Blow Your Mind. Wyszło ono tak dobrze, że po czterech i pół minuty wspaniałości i chwilii wyciszenia Jay dał znać reszcie zespołu, by wznowili grę. Dzięki temu w wersji albumowej mamy możliwość doświadczyć absolutnie hipnotyzującego solo Smitha na klawiszach. If I Like, I Do It wtłacza z kolej w nasze uszy ogromną ilość muzycznego słońca. Podkreśla jednocześnie, jak istotne jest życie w zgodzie z własnymi przekonaniami i bycie prawdziwie wolnym od narzucanych przez świat wymagań. Latynosko zabarwiona jazzowa medytacja w formie Music Of The Mind daje nam czas i przestrzeń, by przetrawić przesłanie poprzedniej kompozycji. Wiele z tych utworów inspirowane było klasycznymi wydawnictwami z lat 70, w których zasłuchiwał się lider formacji. Whatever It Is, I Just Can’t Stop to próba odtworzenia nastroju fenomenalnego God Make Me Funky The Headhunters. Całkiem udana, moim zdaniem.

Publika przyjęła album bardzo ciepło. Emergency On Planet Earth zadebiutowało na pierwszym miejscu notowania UK Albums Chart i pozostało tam przez kolejne dwa tygodnie. Co było dalej? Fenomenalny, dopieszczony następca w formie The Return Of The Space Cowboy. Jest to mój osobisty faworyt z stojącej na niezwykle wysokim poziomie dyskografii Jamiroquai. Następnie przyszedł czas na Travelling Without Moving, pierwszą tak jawną manifestację miłości Jay Kaya do czterech kółek. Był to również moment stopniowego upraszczania brzmienia grupy, kierowania go w bardziej taneczną stronę. Jakość kompozycji absolutnie jednak na tym nie ucierpiała. Utwory takie jak Cosmic Girl, czy Alright są wciąż w stanie zawładnąć  każdym parkietem na zawołanie. Światem memów z kolej przez ostatnie miesiące niepodzielnie władał teledysk do największego hitu zespołu – niezapomnianego Virtual Insanity. Do dziś zresztą na widok jeżdzącej (na pozór) podłogi, a wraz z nią mebli pytanie nasuwa się samo – w jaki sposób to wideo powstało?

Przełom millenium to dalsze odbijanie w stronę czystego disco i funku. Z ogromnymi sukcesami. Canned Heat, Little L, czy You Give Me Something wywindowały Jamiroquai na kolejne wyżyny popularności swoimi nieodparcie chwytliwymi melodiami. Przez kolejne lata skład grupy uległ poważnym zmianom. Tylko Jay Kay “uchował się” od czasów Emergency On Planet Earth. Obok niego najdłużej w zespole grają Derrick McKenzie na perkusji i Sola Akingbola na bębnach (obaj dołączyli przy nagrywaniu drugiego albumu). Jedna rzecz pozostaje jednak niezmienna – poziom koncertów. Zapis jednego z nich, który odbył się w 2002 roku w Weronie daje namiastkę tego, czego można oczekiwać po takim przeżyciu.

Nic jednak nie było w stanie mnie przygotować na nieprzerwaną, 15-minutową taneczną hipnozę w postaci płynnego przejścia z Canned Heat w Love Foolosophy podczas krakowskiego koncertu grupy w 2019 roku. Usłyszeć swój ukochany zespół na żywo to jedno. Zostać przy okazji absolutnie oczarowanym to coś, o czym mogłem tylko marzyć. Choć Jay Kay przez lata stracił trochę ze swoich szalonych tanecznych ruchów, to jego wokale pozostaję tak czyste jak zawsze. Feria dźwięków uderzająca w nasze błony bębenkowe w każdej sekundzie niepowstrzymanego jam session daje dwie możliwości. Możemy próbować wyłapywać kolejną idealną linię basową, zachwycać się maestrią McKenziego, czy rozpływać się nad jeszcze jednym kosmicznie brzmiącym syntezatorem. W którymś momencie ciało jednak rozkazuje – wstawaj. Tańcz, śpiewaj. Zatrać się bezwiednie w chwili i nie myśl o niczym innym.

Ostatni do tej pory album grupy, Automaton, ukazał się w 2017 roku. W okolicy 2021 roku zaczęły pojawiać się plotki o powrocie Jamiroquai do studia nagraniowego, do tej pory jednak nie padła żadna deklaracja nowego singla, czy longplaya. Jay Kay w niedawnym wywiadzie z Zanem Lowem dał jednak jasno do zrozumienia, że w dalszym ciągu ma potrzebę tworzenia muzyki. Wymienił również kilka osobistości, z którymi chciałby kiedyś przeciąć swoje artystyczne drogi. Tyler, The Creator, Thundercat, czy Dua Lipa – na myśl o każdej z tych współprac moja wyobraźnia zaczyna bardzo intensywnie pracować. Mam nadzieję, że choć część z tych planów się ziści. Czas już najwyższy na kolejne rodeo z kosmicznym kowbojem.

Michał Lach

Seweryn

Seweryn Łyś, czyli 20-letni wokalista i multiinstrumentalista z Pucka stojący za enigmatycznie zatytułowanym projektem Seweryn, oraz równolegle egzystującą formacją Seweryn z zespołem. O każdym artyście można opowiadać godzinami, analizując jego historię i próbując określić ramy gatunkowe jego twórczości. Skupię się jednak na tym, żeby przybliżyć wam postać Seweryna i to jak rozkochał mnie w swojej muzyce. W związku z premierą drugiego długogrającego albumu Petrykora, Seweryn Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Trójmiejska scena niezależna przez ostatnie lata trzyma bardzo wysoki poziom. Seweryn nieśmiało wstąpił w jej szeregi w 2018 roku, wydając debiutancki singiel Obietnice. W tym miejscu rozpoczyna się historia zagubionego młodego poety, do której wspólnego przeżywania zaprasza nas sam artysta. Na tamten moment była to kwintesencja homerecordingu, z dźwiękami strun i klawiszy efektów gitarowych w tle. Na początku 2019 roku Seweryn wydaje Pętle. Pięć gitarowych instrumentali, które wstępnie naszkicowały kierunek, w którym jego twórczość podążyła dalej. Dostaliśmy nostalgiczne gitarowe riffy, odrobinę sampli i motywy, które wróciły później ze zdwojoną siłą. A ostatecznie był to dopiero przedsmak, przed tym co Seweryn miał do zaoferowania.

Historia rozwija się niedługo później za sprawą kolejnych premier. Po prawie dwóch latach światło dzienne ujrzał Portret, czyli singiel oficjalnie zapowiadający debiutancką płytę Kieszeń pełna niczego. Chwilę później Nie Wyjeżdżaj już na dobre połączyło Seweryna z Trójmiastem, do którego się wyprowadził. Morska bryza i huk SKM-ki w tle na długo stały się nieodzowną częścią jego twórczości i codziennych inspiracji.

 

Ostatnie kroki przed debiutem

 

Kieszeń pełna niczego to opowieść, w której artysta szuka sam siebie. Trochę zagubiony w otaczającej go przestrzeni i relacjach, trochę w niezgodzie z samym sobą, u progu dorosłości. Poza klimatycznym indie zahaczającymi momentami o lo-fi, na albumie wplecionych jest wiele wstawek, takich jak Kultura Rapu, czy jazzowy break w Nie Wyjeżdżaj. Co prawda czasem w tle możemy dosłuchać się dźwięku obijanych naczyń, jednak całokształt nabiera dzięki temu wyjątkowo intymnego charakteru. Seweryn wpuszcza słuchacza do swojego życia zamkniętego w 11 utworach. Sam artysta o Kieszeni pełnej niczego pisze tak:

Malarstwo wydawało mi się zawsze bardzo subtelną i precyzyjną formą utrwalania chwili. Pędzla jednak trzymać nie potrafię, a gitarę jako tako, więc obrazy w głowie przekładam na dźwięki. Ten zbiór utworów traktuję zatem jako, siłą rzeczy, muzyczny zbiór obrazów. O niepewnościach związanych z dorosłością, o za wysokich oczekiwaniach, o samotności, przewiercających głowę wspomnieniach, szukaniu indywidualności, zawodach na ludziach i samym sobie.

 

Co to za Portret?

 

Malarstwo samo w sobie nie zostało jednak zupełnie porzucone w ramach tego projektu. Okładka albumu to obraz autorstwa Stefana Głośnika inspirowany Kieszenią. Co ciekawe Stefana można odnaleźć w wielu creditsach pod klipami, koncertami, czy utworami Seweryna. Poza reżyserią, montażem i operatorką zajmuje się grafikami, projektowaniem merchu, czy graniem na perkusji w zespole Seweryn z zespołem.

O wszystkich osobach zaangażowanych można by pisać w nieskończoność, ale osobą, o której nie można nie wspomnieć jest Ajzeja. Właściwie Paweł Belina, czyli producent i realizator od początku zaangażowany w historię muzyczną Seweryna. W wersji studyjnej (lub domowej) Ajzeja dopełnia i realizuje kompozycje Seweryna, zarówno na Kieszeni i najnowszym albumie Petrykora. Myślę, że to kluczowa informacja dla wszystkich, którzy zastanawiali się kim jest osoba podpisana jako feat na większości wydań artysty.

fot. Ola Piotrowska

Seweryn, ale to zespół

 

Równolegle z premierą debiutanckiego albumu Seweryn uformował zespół Seweryn z zespołem. Oznaczało to, że nastał czas najwyższy, by odbiorcy mogli usłyszeć na żywo co Seweryn ma do zaoferowania w zupełnie nowym wymiarze. Zespół zadebiutował 30 lipca w Paszczy Lwa na gdańskiej Oliwie. Kim właściwie są członkowie formacji? Alfabetycznie znajdziemy tam: Adama Kiśla, Antoniego Diasa oraz Marcelego Mendyka (Stefan Głośnik). Adam uczący się w Akademii Muzycznej, zajmujący się na co dzień komponowaniem w zespole zasiada za instrumentami klawiszowymi. Antek podobno z przypadku (tylko on miał bas) został basistą formacji, a Marceli, tak jak wspominałem, zajął stołek perkusisty.

Seweryn z zespołem w Schronie. Fotografia: Wiktoria Maik

fot. Wiktoria Maik

Uformowanie zespołu miało znaczny wpływ na twórczość Seweryna. Grupowe aranżacje materiału z Kieszeni pełnej niczego nadały im zupełnie nowego życia. Z szeptanego lo-fi indie otrzymaliśmy nagle energetyczną mieszankę wzbogaconą o dźwięki pianina i syntezatorów. Zgodnie ze słowami samego artysty:

Redukcja samotności poprzez zaproszenie do wspólnego przeżywania. Seweryn z zespołem to indie-transowa mozaika podszyta zamiłowaniem do jazzu i nieoczywistej ewolucji struktury. Adam, Antek, Seweryn i Stefan, w komplecie wytwarzają energię, która unosi i zbliża melodią każdego, kto znajduje się w jej zasięgu.

Seweryn z zespołem x Mosty On Tour

 

Powyższy opis swoją największą próbę przeszedł, gdy Seweryn postanowił wyruszyć w trasę koncertową razem z poznańskim zespołem Mosty. Internetowe połączenie, bardzo sprawnie przerodziło się w ambitny plan odwiedzenia kilku największych polskich miast. Jesienią 2021 roku (i niedługo później, bo przyszłej wiosny) Seweryn z zespołem zawitali m.in. do Warszawy, czy Wrocławia. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat dzielili scenę m.in. z oysterboyem, Willą Kosmos, The Cassino, Febueder, Dianką, oraz Chair. Ostatni z nich wyruszyli w zeszły piątek na wspólny weekender razem z Sewerynem. Coraz nowsze pomysły, aranże i doświadczenia wyniesione z tras zaowocowały zakończeniem prac nad drugim albumem długogrającym Seweryna.

fot. Wiktoria Maik

A co w przerwach od muzyki?

 

Zanim doszło do długo zapowiadnej premiery materiału, Seweryn podzielił się ze słuchaczami insteumentalną EP Melodie 1. W zestawieniu z pierwszym EP nabrała ona ogłady zarówno jeśli chodzi o jakość nagrania i realizację. Cztery kompozycje wzbogacone automatem perkusyjnym były krokiem pośrednim w drodze do Petrykory. W międzyczasie Seweryn zaczął studiować realizację dźwięku we Wrocławiu.

Nim dotrzemy do najnowszego wydawnictwa, na chwilę uwagi zasługują poboczne działania Seweryna. W 2022 roku ukazał się album Pestki pt.: Z miłości. Seweryn (i właściwie cały skład jego zespołu) zaangażował się w niego jako instrumentalista. W wydaniu skrojonym pod lżejsze kompozycje Pestki mogliśmy usłyszeć Seweryna w roli gitarzysty. Wokalistę usłyszeć mogliśmy też w hiphopowym projekcie Małpa oraz gościnnie na projektach skinnypope’a czy Sparrowa.

 

Petrykora

 

Przyszła wiosna 2023 i Seweryn zapowiedział premierę Petrykory. Zapowiadany 3 singlami (Ad rem, Wzór na prędkość bicia serca, Firany) album ukazał się 21 kwietnia. Projekt wielowątkowy, pełniejszy i znacznie doroślejszy niż dotychczas. Może i Seweryn nadal nie odnalazł się w dorosłym życiu, ale możemy mieć nadzieję, że jest na dobrej drodze. Jego muzyka na pewno się rozwinęła. Zabawa formą, budowanie spójnego brzmienia mimo wielu różnych odchyłów muzycznych, ale przede wszystkim bardzo dużo otwartości i emocji. To kolejny etap starcia z życiem, który jak sam mówi “dla tych, którzy próbują pogodzić wierność ideom z kupowaniem pomidorów w osiedlowym sklepie”. Sam artysta konfrontuje swoje młodzieńcze ideały z rzeczywistością i nie boi się podzielić się swoimi doświadczeniami.

Cały album wizualnie dopełniają Kacper Gasiewicz, Kacper Antoszewski i ponownie Stefan Głośnik. Album jako opowieść dopełniają trzy wideoklipy oraz opublikowana przez Seweryna Odsłuchowa Posiadówa, na której razem z osobami zaangażowanymi w powstawanie albumu opowiedział więcej o historiach, które się za nim kryją. Do preorderu dodawany był też beattape Taśmy Słowackiego, który niestety nie jest dostępny w sieci.

Podsumowując. Seweryn właściwie dopiero wypływa na głębsze wody, ale robi to z imponującym doświadczeniem. Ciężko powiedzieć, co czeka go dalej, bo branża muzyczna nadal nie bierze jeńców. Wierzę, że szczerość bijąca z twórczości Seweryna, jego zaangażowanie i przede wszystkim świetna muzyka pozwolą na odnalezienie zasłużonego miejsca. Zarówno na scenie, playlistach i w świadomości słuchaczy. Niezależnie od tego, czy potraktujecie tę muzykę jako soundtrack do rozmytych podróży SKM-ką, czy intymne przeżycie w zaciszu swojego pokoju, mam nadzieje, że znajdziecie w niej coś dla siebie.

Fotografie w  artykule:
1,2 Ola Piotrowska (@pkropkaola)
3,4 Wiktoria Maik (@wiktoriamaik)

Dawid Sas

Natalie Merchant

Najpierw frontmanka 10 000 Maniacs, potem odnosząca sukcesy solistka. Matka, aktywistka, nauczycielka. Artystka czerpiąca inspiracje z wielu źródeł.

W tym tygodniu wyróżniamy Natalie Merchant, która 14 kwietnia oddała w nasze ręce album Keep Your Courage.

 

Merchant dorastała otoczona muzyką. W domu jej matki telewizja była praktycznie zakazana – zamiast tego rozbrzmiewały utwory Ala Greena, The Beatles, Petuli Clark, czy Arethy Franklin. Ann Merchant bliski był także jazz oraz muzyka klasyczna, toteż często zabierała dzieci do filharmonii. To wszystko z pewnością dało podwaliny pod karierę Natalie, jednak początkowo artystka rozważała podjęcie pracy w szkolnictwie specjalnym. Jej chęć niesienia pomocy nie osłabła (obecnie uczy w Nowym Jorku muzyki oraz rękodzieła dzieci z ubogich rodzin), jednak szybko stało się jasne, że jej drugim domem jest scena.

W 1980 roku podczas studiów na Jamestown Community College Natalie Merchant poznała Dennisa Drew i Steve’a Gustaffsona –  DJ-ów uczelnianej radiostacji, którzy niedługo potem założyli zespół Still Life. W jednym z wywiadów z udzielonych magazynowi People wspominała, że gdy przyszła na ich pierwszy koncert, muzycy namówili ją, by z nimi zaśpiewała. Sytuacja powtórzyła się na kolejnych pięciu występach i w końcu Natalie została pełnoprawną wokalistką grupy. Po dołączeniu gitarzysty Johna Lombardo zespół zmienił nazwę na tę aktualną do dziś czyli 10 000 Maniacs.

Wyróżniali się wśród lokalnych bandów, które nagrywały głównie covery popularnych wówczas przebojów. DJ-e radiowi często podrzucali im albumy importowane z Europy, czy Ameryki Południowej. Bliska była im na przykład muzyka Joy Division oraz The Mighty Diamonds, chętnie więc włączali do swojego repertuaru ich utwory. Z kolei ich autorski materiał to mieszanka popu, amerykańskiego i włoskiego folku oraz muzyki bluegrass.

10 000 Maniacs dość szybko zdobyli szerszą popularność – działają do dziś, jednak Natalie Merchant zdecydowała się rozstać z zespołem w pierwszej połowie lat 90. Ostatni studyjny album z jej udziałem to piąty w dyskografii grupy Our Time in Eden z 1992 roku, a ostatni w ogóle – koncertowy MTV Unplugged wydany w 1993 roku.

Po odejściu Natalie wytwórnia Elektra zerwała kontrakt z 10 000 Maniacs podpisany przed wydaniem ich drugiej płyty Wishing Chair, biorąc w zamian pod swoje skrzydła świeżo upieczoną solistkę. Merchant zebrała zespół składający się z byłej sekcji rytmicznej zespołu The Wallflowers, Petera Yanowitza i Barriego Maguire’a, oraz gitarzystki Jennifer Turner i przystąpiła do pracy nad debiutanckim albumem. Sama napisała wszystkie teksty i muzykę, była też jedyną producentką.

Tigerlily okazała się wymarzonym początkiem kariery solowej – wydawnictwo sprzedało się w ponad 5 milionach egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych. Wszystkie single (Carnival, Wonder i Jealousy) stały się przebojami, a utwór Beloved Wife wykorzystano w filmie List w butelce z Kevinem Costnerem i Robin Wright w rolach głównych.

Natalie Merchant nie osiadła na laurach po wydaniu pierwszej płyty – z każdą kolejną udowadniała, że jest artystką konsekwentną, wszechstronną i obdarzoną niezwykłą wrażliwością.

Ma na swoim koncie wiele utworów nawiązujących do sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych, zainspirowanych osobistą relacją (dokładnie związkiem z Michaelem Stipem z R.E.M.), a także opowiadające o macierzyństwie, prawach kobiet i ludzkich tragediach. Zaśpiewała tradycyjne folkowe ballady, czy piosenki dla dzieci z tekstami brytyjskich poetów epoki wiktoriańskiej oraz poetów amerykańskich XX wieku. Współpracowała z muzykami z wielu kręgów kulturowych, czerpiąc przy tym między innymi z muzyki cajun, klasycznej, gospel, jazzu. Jej twórczość dojrzewa wraz z nią i nieustannie intryguje. Najnowszy album artystki to potwierdzenie tej tezy.

Keep Your Courage zawiera dziewięć nowych utworów oraz cover Hunting the Wren Iana Lyncha z irlandzkiej grupy Lankum. Tworząc pierwszy od dziewięciu lat całkowicie premierowy materiał Merchant zaprosiła do współpracy Abeenę Koomson-Davis z Resistance Revival Chorus, wykonujący muzykę celtycką zespół Lúnasa, syryjskiego klarnecistę Kinana Azmeha, puzonistę Steve’a Davisa oraz siedmioro kompozytorów, w tym Gabriela Kahane’a oraz Colina Jacobsona. W efekcie powstał album eklektyczny, pełen nawiązań do mitycznych postaci; momentami ciężki, ale koniec końców pełen miłości.

Ta muzyka raczej nigdy nie dotrze na szczyty list przebojów, ale z pewnością poruszy niejedną wrażliwą duszę. To nie jest zbiór piosenek do słuchania przy wiosennych porządkach, nie sprawdzi się jako tło do spotkania towarzyskiego – to album idealny do słuchania w samotności.

Natalie Merchant wciąż tworzy muzykę prosto z serca i nie przestaje pozytywnie zaskakiwać. 59-letnia artystka często pozostaje poza światłem reflektorów (sama przyznała, że od zgiełku miast woli spokojne życie na wsi), jednak jej nowy album zasługuje jednak na oklaski, a nawet owację na stojąco. Z resztą cały dorobek artystyczny Merchant to naprawdę solidna i piękna kolekcja – muzyka, która pozostaje uniwersalna.

Więcej informacji o aktualnej artystce tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy oraz o 13:00.
Zachęcamy również do odwiedzenia oficjalnej strony Natalie Merchant.

 

Marta Łobażewicz

 

fot. główna: Shervin Lainez