Archiwum

Jordan Rakei, Nubya Garcia- Monsters

Niecałe dwa tygodnie dzielą nas od EP-ki Between Us, która będzie pamiętnikiem pełnym jednodniowych sesji nagraniowych Jordana Rakei z zaproszonymi gośćmi. W trzecim i ostatnim singlu artysta podejmuje walkę z potworami a pomaga mu w tym saksofonistka, Nubya Garcia. I choć znają i wzajemnie cenią się od dekady, po raz pierwszy spotkali się w studio. Za to od razu w ikonicznym Abbey Road Studios, gdzie realizowane jest całe nadchodzące wydanie.

A Monsters choć rozpoczyna się długimi, alarmującymi dźwiękami saksofonu to ostetcznie wybrzmiewa przyjemnie lekko.
Sprzyja temu miękki groove, aksamitny głos Jordana, pełne jazzu progresje oraz malowniczość fraz Nubyi.
Oboje muzycy wspominają pracę nad utworem jako przyjemną i organiczną, co absolutnie słychać od pierwszych sekund naszego nowego Mocograja.

Justyna Kalbarczyk

 

 

 

 

Lulu Suicide – Waterfall

Waterfall od Lulu Suicide to dźwiękowa ucieczka tam, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna hipnotyczny sen. Premierowy singiel z nadchodzącego albumu Fiber Optic Lovers zabiera słuchacza nad krawędź delikatnych emocji, nieodwołalnie.

To połączenie eterycznych melodii, shoegazowej mgły i niepokojącego szeptu, który każe zadać sobie pytanie: czy naprawdę chcemy wracać?

Bartosz Repczyński

girl_irl & Danny Brown – magic

Rok 2026 jest obfity w ciekawe kolaboracje, a ta jest jedną z bardziej intrygujących – trochę MAGICzna (hehe), ale nie w oczywisty sposób. Pozornie dwie, totalnie różne wrażliwości –  girl_irl i jej rozmyta, senna estetyka spotykają się z poszarpaną, nerwową energią Danny’ego Browna. Z tej pozornej kraksy powstał dudniący, niepokojąco hipnotyczny kawałek, który sam w sobie domaga się uwagi.

Łucja Krzywoń

Thundercat ft. A$AP Rocky – Funny Friends

W przeciwieństwie do Belmondziarza w Radiu LUZ czasem słuchamy A$AP Rocky, zwłaszcza gdy pojawia się na płycie tak znamienitego Artysty (przez duże „A”!), jakim jest Thundercat. Sześć długich lat kazał Steven Bruner czekać na pełnowymiarową płytę, więc tym bardziej cieszy, że oczekiwania zostały spełnione. Każdy, kto w 2017 r. bujał się do Drunk, przy Distracted poczuje się jak w domu: bogate aranże, cornucopia (uwielbiam to słowo) akordów, plejada pierwszoligowych gości, wśród których m.in. Tame Impala, Channel Tres, Lil Yachty i ś.p. Mac Miller, a nade wszystko introwertyczna i „cloudy”, ale raz po raz puszczająca oczko do słuchacza atmosfera, w której basowe popisy el maestro wcale nie grają pierwszych skrzypiec: trochę melancholijne, ale przecież przepełnione nadzieją Funny Friends przykładem.

Sebastian Rogalski

Lao – Tábano

Lao - Tábano

Czy w ostatnich piętnastu latach mieliśmy na globalnej scenie klubowej i w jej okolicach zjawisko ważniejsze niż meksykański label N.A.A.F.I? Jeśli tak, to dajcie mi proszę o nim znać, bo ja o takim nie słyszałem. Za to, że obecnie w klubach i na festiwalach co rusz słyszymy wpływy muzyki latynoamerykańskiej, w dużej mierze odpowiedzialna jest grupka outsiderów z CDMX, którzy postanowili wsłuchać się w rytmy swojej ojczyzny i jej okolic. Nie tylko zainspirowali zachodnie elektroniczne podziemie (kto pamięta ich showcase w kuchni Hotelu Forum na Unsoundzie 2016?), ale też przetarli szlaki dla wielu innych wytwórni z Ameryki Środkowej i Południowej, takich jak TraTraTrax, Muakk czy WVWV.

Z N.A.A.F.I od samego ich początku związany jest Lao, którego nowe produkcje zawsze są gwarancją świeżości i doskonale nadają się zarówno na parkiet, jak i do spokojnego odsłuchu w domowym zaciszu. Po wydanej w lutym EPce Siren Cycle, która była pełna organicznych dźwięków, Lauro Robles kontynuuje inspiracje naturą w nowym singlu Tábano. Słowo to w języku hiszpańskim oznacza gza, albo w bardziej przenośnym znaczeniu – osobę równie irytującą i natrętną, co ów owad. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że przed prostą basową melodię oraz perkusję, która wybija zagęszczony rytm dembow, wysuwają się wysokie dźwięki imitujące właśnie namolną muchę lub komara.

Nawet gdy już się nam wydaje, że przyzwyczailiśmy się do tych częstotliwości przypominających nam o letnich nocach spędzonych na uganianiu się za małymi krwiopijcami, producent zaczyna nimi manipulować tak, aby znowu zaczęły wzbudzać podskórny niepokój. House’owe sample wokalne brzmią wręcz absurdalnie normalnie, gdy kontrastują z tą owadzią muzyką. Brzmi okropnie? Nie chcielibyście tego słuchać z własnej woli? Mimo wszystko, dajcie Tábano szansę. Lao to zdolna bestia i potrafił ukręcić z tego świetny taneczny kawałek, który można długo puszczać na zapętleniu z niesłabnącą fascynacją. 

Jan Rostek

Flea ft. Nick Cave – Wichita Lineman

Możecie go znać z Red Hot Chilli Peppers, czy też z supergrupy Atoms for Peace. Dotychczas, uzbrojony w gitarę basową, podbijał świat rockiem i funkiem. Flea, bo o nim mowa, swoim solowym albumem Honora pokazuje jednak, że jeszcze nie znamy granic jego twórczości. Muzyk chwyta za trąbkę i rozpoczyna eksploracje świata jazzu.

Sam Flea opowiada o swojej nowej drodze twórczej w bardzo otwarty sposób. Nie ukrywa, że długo nie czuł się wystarczająco dobrym muzykiem, aby równać się z jazzowymi zawodowcami. Słuchając jednak jego najnowszego wydawnictwa nieprawdopodobne wydają się historie o kompleksach artysty. W kompozycjach z albumu nie znajdujemy do nich podstaw. Wręcz przeciwnie – trafiamy na moc kompletnych melodii ujętych w dojrzały i wrażliwy sposób.

Piosenka Wichita Lineman po raz pierwszy wybrzmiała w 1968 roku w wykonaniu Glena Cambella. Flea razem z Nickiem Cavem w ramach albumu Honora podejmują się reinterpretacji utworu. Słoneczne i optymistyczne brzmienia oryginału zamieniają sie na klimat tajemniczości i melancholii. Prostota i delikatność dźwięków, wyrazistość perkusji, no i ta pełna ekspresji trąbka łączą się z głębokim wokalem Cave’a tworząc mantryczną atmosferę. Sam wokalista przyznał, że jest to piosenka dla niego wyjątkowa. Twierdzi, że nie podjąłby się jej wykonania, gdyby nie zaproszenie Flea. Na szczęście dla nas do kolaboracji doszło, Wichita Lineman na płycie Honora ma swoje miejsce, a my możemy doświadczać jej unikatowości i piękna. Bo to właśnie te cechy sprawiły, że dzielimy się z Wami naszym zachwytem i nadajemy piosence status Mocograja Radia LUZ.

Marysia Głowacka

Fcukers – Butterflies

Nie zawsze poważni, lecz zawsze z klasą – duet Fcukers i ich debiutancki album: Ö! Nie będzie to kłamstwo, jeśli napiszę, że dość długo należało czekać na pierwszą płytę zespołu. Niemniej czas, który trzeba było odliczać, został umilony EP-ką czy też licznymi singlami zapowiadającymi wydanie. 

Finalnie przed Fcukers stanęło ogromne wyzwanie: zaserwować krążek, który sprosta wielkim oczekiwaniom. Czy im się to udało? I tak, i nie. Ö to album do zabawy i do tańca, momentalnie wprawia odbiorcę w ruch i nie przytłacza go narracyjnie. Posiada proste przesłanie – noc na mieście i ujmuje to za sprawą połączenia UK Garage, house’u oraz reggae. Co jednak działa na niekorzyść? Długość… płyta jest krótka i to właściwie wszystko, do czego można się przyczepić. 

Nasz Mocograj, Butterflies, brzmi jak przygotowania do imprezy. Jest nieco delikatniejszy, ale przy tym niezmiernie intensywny. Umieszczenie go jako trzeciego na płycie świetnie wpasowuje się w obraną przez Fcukers narrację. Utwór zapowiada to, jak głośny okazuje się Ö po zmroku.

Paulina Madej

Slayyyter – OLD FLING$

“Wiecznie wschodząca” gwiazda muzyki popularnej, Slayyyter, ewidentnie ma dość lekceważenia swojego pseudonimu. I PRAWIDŁOWO!!! Jej trzeci album WOR$T GIRL IN AMERICA na dobre potwierdza jej popowy geniusz. To płyta bez hamulców, jest nieokiełznana, dzika i głośna. Słyszymy na niej wzloty i upadki narratorki, która żyje szybko i autodestrukcyjnie. Wszystko to pośród indie sleaze’owej estetyki oraz stereotypów z amerykańskich filmów, które stanowiły inspirację dla Slayyyter

Na całym krążku doświadczymy najskrajniejszych emocji (bo takie najlepiej oddaje mieszanka electropopu i rocka), w co idealnie wpisuje się kawałek OLD FLING$. Utwór jest mocno złośliwy i rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Właściwe można się pokusić o stwierdzenie, że to właśnie przeszłość i teraźniejszość odgrywają w nim główne role. Bohaterka utworu irytuje się, gdy dostrzega, jak na parkiecie do jej chłopaka chce podbić ex. Kawałek kąśliwie uderza w takie zachowania i jednocześnie ukazuje, kto teraz “rządzi”.

Paulina Madej

Avalon Emerson & the Charm – Happy Birthday

Avalon Emerson & the Charm - Happy Birthday

A cóż to za sympatyczny singielek na równie sympatycznie brzmiącym albumie od nie mniej sympatycznej osobistości? Po bardziej electroclashowym projekcie Perpetual Emotion Machine sprzed jakiegoś czasu Avalon Emerson wraca z materiałem czysto popowym, trochę dreamy, trochę melancholic (wers „You say you’re leaving the city, it’s worn a hole in your soul” jest totalnie o mnie – mimo że póki co nigdzie nie wyjeżdżam). Przy okazji parafrazuje Rynkowskiego, za co u mnie zawsze props („Too young to die, too old to break through” to przecież to samo, co „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, nieprawdaż?)

Współtworzony z Brytyjczykiem Bullionem projekt the Charm po raz pierwszy usłyszeliśmy w 2023 r., a teraz, wraz z premierą albumu Written into Changes dostaliśmy więcej podobnego, balearycznie-afterowego klimatu dla niebawem-czterdziestolatków, soundtracku towarzyszącego rozpadowi struktur, aliansów i komórek. Zodiakarska wstawka: album wyszedł 20 marca, dokładnie w wigilię otwarcia nowego astronomicznego cyklu. Wszystkiego dobrego, nie tylko rybom i baranom (FYI Avalon to skorpion).

Sebastian Rogalski

Coals – pierrot

pierrot to nowy singiel duetu Coals, zapowiadający nadchodzący album magia i jednocześnie wyraźny sygnał zmiany kierunku w ich brzmieniu. Zespół otwiera tu kolejny etap swojej twórczości: bardziej organiczny, oparty na żywych instrumentach i wyrazistej melodii, która staje się osią całej kompozycji.

Już od pierwszych sekund pierrot buduje świat dźwięków zakorzeniony w akustycznych inspiracjach i koncertowej energii, które towarzyszyły pierwszym muzycznym fascynacjom artystów. Naturalne brzmienia tworzą fundament, na którym Coals rozwijają swoją charakterystyczną elektro-akustyczną produkcję – subtelną, a jednocześnie pełną napięcia i eksperymentu.

To właśnie od pierrot rozpoczęła się praca nad albumem magia, co słychać w jego wielowarstwowej strukturze. Utwór niesie w sobie echo dream-popowych początków duetu – zwłaszcza w eterycznych, lekko „jodłujących” wokalach, prowadzi słuchacza w zupełnie nową przestrzeń. Zamiast mroku pojawia się gra kontrastów: słodycz przeplata się z melancholią, a całość dopełnia rozbudowana aranżacja.

Bartosz Repczyński