Świetny tekściarz, multiinstrumentalista i wokalista. Człowiek o wielkim sercu i anielskim usposobieniu. Wraz z wydaniem nowej płyty The AscensionSufjan Stevens to Artysta Tygodnia Radia LUZ.
Urodził się w 1975 roku w Detroit, Michigan. W wieku 9 lat wraz z rodziną przeniósł się do Petoskey, w północnej części Dolnego Półwyspu Michigan. Miejsce urodzenia nie pozostaje bez znaczenia, bo rodzinne strony mocno ukształtowały muzykę Sufjana. Pierwszy, ważny w karierze longplay nazwany został właśnie na cześć stanu, w którym się wychował. Muzyk od młodości interesował się sztuką i ukończył chrześcijańską szkołę, co bezsprzecznie wpłynęło na jego łagodne usposobienie.
Dosyć niecodzienne imię pochodzi z historii muzułmańskiej. Sufjan został tak nazwany przez wspólnotę ponadreligijną Subud, do której należeli jego rodzice. Imię “Sufjan” oznacza “tego, który przychodzi z mieczem”, co może dla niektórych brzmieć zabawnie w połączeniu z muzyką tworzoną przez Amerykanina.
Muzyka Stevensa jest prosta, ale tylko pozornie. Artysta zręcznie miesza różne gatunki i style, wplata poważne teksty, a także używa bogatego instrumentarium. To coś pomiędzy indie rockiem, bedroom popem, a delikatną muzyką elektroniczną. Kunszt kompozytorski Sufjana można podziwiać nie tylko w kilkuminutorwych piosenkach, ale przede wszystkim daje się poznać w rozbudowanych propozycjach takich jak Impossible Soul. Ta 25-minutowa kompozycja świetnie pokazuje wahlarz umiejętności muzyka.
Sufjan Stevens powinien być postacią dobrze znaną słuchaczom Radia LUZ. 5 lat temu świat ujrzał krążek Carrie & Lowell w całości poświęcony rodzicom muzyka. To raczej jedna z bardziej melancholijnych i smutnych propozycji Stevensa, niemniej album ten został okrzyknięty płytą roku 2015 przez redakcję muzyczną, a także znalazł się na liście Stu Sztosów Dekady, zaprezentowanej na początku tego roku.
W tym roku mieliśmy okazję usłyszeć aż dwa nowe albumy Sufjana Stevensa. Pierwszy z nich to Aporia – nagrany wraz z Lowellem Bramsem, ojczymem Sufjana i współwłaścicielem wytwórni Asthmatic Kitty, której załozycielem jest nasz Artysta Tygodnia – oraz The Ascension – czyli pierwsze, pełnoprawne solowe wydawnictwo muzyka od 2015. Więcej o Sufjanie Stevensie i jego nowej płycie usłyszycie w paśmie Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.
Na polu klubowej muzyki mieszającej tradycyjne brzmienia z nowoczesnymi aranżacjami jedną z największych bohaterek tego roku jest Nathy Peluso. W paśmie Artysta Tygodnia przybliżamy hipnotyzującą twórczość Argentynki. Nathy Peluso Artystką Tygodnia w akademickim Radiu LUZ.
Argentyńska piosenkarka i tancerka Nathy Peluso jest w tym tygodniu bohaterką pasma Artysta Tygodnia z paru przyczyn, a wśród nich jest przede wszystkim jej najnowsze, pierwsze długogrające wydawnictwo o tytule Calambre, czyli skurcz lub porażenie (w domyśle – prądem). Ciekawość względem Calambre narastała wśród jej publiki stopniowo odkąd tyko ukazał się jej debiut. Od 2017 roku artystka uraczyła fanów dwiema epkami – beztroską Dafne i trochę poważniejszą, podejmującą trudniejsze tematy La Sandunguerą. Na początku tego miesiąca zachwyciła po raz kolejny. Doceniono w szczególności konsekwentnie wypracowany styl Peluso. Sama określa go mieszanką słońca, kwiatów i kolorów z niegrzecznym hip-hopem oraz tą bardziej agresywną i prowokacyjną wersją estetyki żywcem z lat ’90. Pełen przekrój twórczości Nathy Peluso usłyszycie w tym tygodniu w Radiu LUZ.
Pierwszą piosenką promującą nową płytę Nathy było BUENOS AIRES, czyli miejsce w którym obecnie dwudziestopięciolatka spędziła swoje dzieciństwo. Mimo, że piosenkarka mieszka teraz w Hiszpanii, urodziła się w Argentynie, i właśnie o tych najwcześniejszych latach śpiewa we wspomnianym singlu. Mimo to, tekst dotyczy nie tylko życia dziecka, czyli momentów raczej beztroskich, ale odnosi się do nostalgii wobec jakiejkolwiek przeszłości, niekoniecznie tak wczesnej lub tak dobrze zapamiętanej. Sama piosenkarka mówi, że zdobycie się na napisanie o czymś tak naturalnym jak melancholia wymagało od niej uruchomienia wszystkich swoich pokładów szczerości. Raczej się opłaciło, bo utwór otrzymał nominację do nagrody Latin Grammy w kategorii najlepsza piosenka alternatywna.
Peluso jest nie tylko piosenkarką, ale i tancerką. Występuje we własnych teledyskach, tańczy na scenie, i… na Instagramie, bo jej konto stało się rozpoznawalne odkąd zaczęła umieszczać na nim krótkie filmiki w których pokazuje swoje umiejętności. Nie jest to przypadek, bo w przeszłości zajmowała się gimnastyką artystyczną oraz uczęszczała do szkoły teatralnej. W międzyczasie studiowała jeszcze komunikację wizualną, była poetką uliczną, kelnerką i śpiewała w hotelach, aż w końcu światło dzienne ujrzało wydawnictwo ESMERALDA, punkt zwrotny w karierze wówczas dwudziestodwuletniej artystki.
Mówiąc o Nathy Peluso, nie można nie wspomnieć o jej wyjątkowej charyzmie z jaką zdobywa listy przebojów na całym świecie. Jej charakterystyczny styl, zachowanie i sposób bycia to zdecydowanie składowe jej sukcesu. W procesie tworzenia korzysta z wyjątkowo szerokiego wachlarza przeróżnych gatunków muzycznych. Jej muzyka to fuzja między innymi R’N’B, latynoskiego funku, soulu, jazzu, reaggetonu, salsy, hip-hopu i trapu w różnych proporcjach. Gdyby jednak spróbować określić, co najbardziej definiuje ją jako piosenkarkę, byłyby to jej dwie największe inspiracje. Z jednej strony lata dziewiędziesiąte i gangsterski rap, do którego odą jest na przykład piosenka Natikillah, z drugiej – tradycyjne brzmienie prosto z krajów Ameryki Łacińskiej. To ta niecodzienna mieszanka w dużym stopniu przyczyniła się do jej międzynarodowego sukcesu, oraz, co ważniejsze, ukształtowała charakterystyczny styl artystki, który powoli staje się już dobrze rozpoznawalną marką.
Zawieszona pomiędzy brzmieniem które raz przypomina hiszpańską Rosalíę, raz kojarzy się z artystami z zupełnie innej, bardziej popowej bajki (J Balvin, Bad Bunny) przewodzi w kategorii najlepszy nowy artysta wśród nominacji do Latin Grammy Awards które 29 września ogłosiła Latin Recording Academy. Artystka przyznaje, że dowiedziała się o nominacji u kosmetyczki, w trakcie robienia paznokci. Świętowała długie dnie i noce, dzieląc się swoją celebracją oczywiście za pośrednictwem Instagrama.
Trio The Chicks, znane kiedyś jako Dixie Chicks, tego lata po 14 latach przerwy powróciło z nową płytą pod okiem Jacka Antonoffa. W tym tygodniu w Radiu LUZ opowiadamy burzliwą historię ich kariery.
Trio country znane kiedyś jako Dixie Chicks wydało w połowie lipca piątą studyjną płytę i pierwszą od 14 lat. W międzyczasie wiele się zmieniło — generyczny trap wyparł z amerykańskiego radia melodyjne refreny, na całym świecie jako pokłosie rozczarowania dotychczasowymi elitami do władzy zaczęli dochodzić prawicowi populiści, rośnie społeczny opór wobec rasizmu, przemocy wobec kobiet, dewastacji klimatu, wreszcie pierwotny termin premiery krążka przesunięto ze względu na pandemię covid-19. A to wszystko dla muzyki grupy jest wcale nie obojętne. Po tym jak w 2003 roku wokalistka Natalie Maines podczas londyńskiego koncertu skrytykowała ówczesnego prezydenta USA George’a W. Busha za wojnę w Iraku, twórczość zespołu miała zostać upolityczniona już na zawsze.
Dixie Chicks powstały jako kwartet jeszcze w 1989 roku, jednak sukces komercyjny osiągnęły dopiero dziesięć lat później płytą Wide Open Spaces, gdy siostry Martie Maguire i Emily Strayer nawiązały kreatywne porozumienie z nową wokalistką — Natalie Maines. Pierwsze dwie płyty grupy w nowym składzie były dość prostolinijne — wyobraźcie sobie akustycznie zaaranżowany 90sowy radiowy pop z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów — banjo, dobro, mandoliny czy bluegrassowych skrzypiec. Trzeba jednak oddać dziewczynom, że śpiewały w dużej mierze dobre piosenki — nawet jeśli z początku większość ich repertuaru wyszła spod pióra innych autorów (trudno zresztą zbłądzić, śpiewając numery Bonnie Raitt czy Patty Griffin). Przełomem stylistycznym był krążek Home z 2002 roku, na którym grupa świadomie wymsknęła się z radiowego schematu w stronę bluegrassowych korzeni gatunku i neo-tradycyjnej koncepcji brzmienia. Krążek nagrodzono czterema Grammy, a zespół ruszył w trasę koncertową po świecie — Top of the World Tour, zatytułowaną tak po jednym z utworów na płycie (autorstwa wspomnianej Griffin zresztą). I wtedy wydarzył się londyński incydent, który na zawsze zmienił karierę i życie pań.
Słowa Maines, że „nie chcą wojny w Iraku i wstydzą się, że prezydent Bush pochodzi z Teksasu” publiczność przyjęła entuzjastycznie, ale gdy wiadomość podchwyciły amerykańskie media, zaczęło się grillowanie. Piosenki Dixie Chicks zostały zdjęte z anteny tysięcy stacji radiowych grających country, gatunek tradycyjnie utożsamiany z amerykańską prowincją i republikanami — ich cover „Landslide” Fleetwood Mac w ciągu jednego tygodnia spadł na łeb, na szyję z 10 na 43 miejsce listy Billboard Hot 100. Ludzie zwracali bilety na koncerty, w Luizjanie zainicjowano akcję publicznego niszczenia płyt grupy buldożerem, muzyczki trzeba było objąć szczególną ochroną, bo listownie grożono im śmiercią. Całą sprawę pokazano w filmie dokumentalnym Shut Up and Sing. Jak się okazało, Dixie Chicks stały się jednymi z pierwszych ofiar cancel culture, jeszcze zanim media społecznościowe zawładnęły masową wyobraźnią, tworząc platformę do urządzania wirtualnych samosądów.
W 2006 roku The Chicks wróciły z kolejnym krążkiem Taking the Long Way pod skrzydłami producenckimi Ricka Rubina i tym razem miały wiele do przekazania. Nie schowały głów w piasek, nie posypały ich popiołem, wydoroślały, wyostrzyły brzmienie i wspólnie napisały wszystkie piosenki na nowy album (wraz z Danem Wilsonem, Gary Lourisem z The Jayhawks, Sheryl Crow czy Lindą Perry). W głośnym singlu „Not Ready to Make Nice” śpiewają szczerze: „I’m not ready to make nice, I’m not ready to back down, I’m still mad as hell”. Krążek pełen jest słodko-gorzkich historii, które na błędy przeszłości patrzą raczej ze zrozumieniem niż z żalem. W jednym z najlepszych momentów płyty „Bitter End” panie wznoszą toast za gorzki koniec, żegnając starych przyjaciół, którzy kiedyś byli u naszego boku, ale teraz musimy wyobrażenie o tej przyjaźni pochować. W quasi-tytułowym „The Long Way Around” szczerze rozróżniają prowadzącą przez życiowe wyboje niepokorność od zwyczajnego konformizmu i skrótowego oportunizmu („My friends from high school married their high school boyfriends, moved into houses in the same ZIP codes where their parents live, but I could never follow”). Nie obwiniają nikogo, przyjmują i opisują świat takim, jaki jest, wiedzą, że każda decyzja ma swoje konsekwencje. Jedną z nich było zasypanie grupy w 2017 roku pięcioma statuetkami Grammy — w tym tą najważniejszą — dla najlepszej płyty. Ja odkryłem tę płytę wraz z całą jej historią w połowie 2008 roku, gdy przypadkiem trafiłem na nią na wyprzedaży w supermarkecie i zwróciła moją uwagę okładką. Dzisiaj znam ją na pamięć — bardziej niż lekcją metastylistycznej ogłady stała się dla mnie mimowolnym przewodnikiem akceptacji i empatii. I myślę, że to nawet bardziej niż na wskroś amerykańskie brzmienie krążka (które swego czasu było dla mnie wyznacznikiem muzycznej jakości) sprawiło, że krążek przetrwał dla mnie próbę czasu, choć o jego oryginalnym kontekście wszyscy zdążyli już dawno zapomnieć. Mimo wszystko nie wierzyłem w nowy album, dopóki nie usłyszałem pierwszego singla.
Na Gaslighterze trio wciąż jest niepokorne i wciąż dokonuje doskonałych wyborów na płaszczyźnie stricte muzycznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę wpisaną w stereotyp zaściankowość stylistyki country. Półtorej dekady po tym, jak Rick Rubin pomógł im wejść ze swoim gniewem w szeroko rozumiany rockandrollowy paradygmat, teraz na folkpopową stronę mocy przeprowadził je Jack Antonoff. Płyty pewnie by nie było, bo grupa planowała wyplątać się z problematycznego kontraktu z Columbią zestawem coverów, ale w międzyczasie w gruzach legło toksyczne małżeństwo Maines z aktorem Adrianem Pasdarem i piosenkarka zdecydowała się dać upust swoim emocjom w dwunastu nowym utworach.
Z premierą krążka zbiegły się w czasie protesty ruchu Black Lives Matter przeciwko przemocy policji wobec czarnoskórych obywateli, które objęły całe Stany Zjednoczone. W obliczu tych wydarzeń, w akcie solidarności grupa postanowiła zmienić nazwę na The Chicks, pozbywając się przymiotnika Dixie oznaczającego tradycyjnie stany znajdujące się poniżej linii Masona-Dixona — historycznej granicy kulturowej między Północą a Południem, ale naznaczonego rasistowskimi konotacjami (to zresztą wpisuje się w szerszą dyskusję o rasizmie w muzyce country w ogóle, co w zeszłym miesiącu opisano w artykule w magazynie Vulture). Decyzja oczywiście wzbudziła kontrowersje — bliźniaczo podobne zresztą do niedawnej dyskusji w Polsce nad etymologią i obraźliwością słowa „Murzyn”. Wszystko to stworzyło dość wybuchową mieszankę jeszcze przed premierą płyty, ale jak najbardziej pozostało w normie — The Chicks, podobnie jak Beyoncé na Lemonade (z którą zresztą wspólnie wykonywały singlową wersję „Daddy Lessons”), konsekwentnie łączą muzykę z polityką i sprawami osobistymi. Jestem zresztą przekonany, że zmiana nazwy zespołu, jakkolwiek byśmy ocenili jej zasadność i estetykę, wpisała się idealnie we wszystko to, co The Chicks i ich muzyka sobą reprezentują.
Gaslighter jest płytą w dużej mierze terapeutyczną — począwszy od tytułu krążka i otwierającego ją utworu odnoszącego się do gaslightingu, formy psychologicznej manipulacji polegającej na destabilizacji psychicznej ofiary tak, by sama zaczęła kwestionować swoją poczytalność. „Gaslighter, you broke me, you’re sorry, but where’s my apology?” — pyta retorycznie Maines w refrenie. To czy zwraca się do byłego męża, czy do obecnego prezydenta USA, Donalda Trumpa, pozostaje kwestią interpretacji. Bo choć tematyczna oś albumu oscyluje wokół nieudanej relacji, wiele piosenek można czytać szerzej. Wyciszone „Julianna Calm Down” to uosobienie siostrzeństwa, rada udzielona własnym córkom, ich koleżankom i wszystkim tym kobietom, które czują, że zostały skrzywdzone lub wykorzystane i nadszedł czas, by przerwać toksyczną relację. Jednocześnie to szczególna medytacja z powtarzanym jak mantra „put on”, podnosząca na duchu przed trudną emocjonalnie konfrontacją. Organowe podszycie podkreślone dynamicznym, ale minimalistycznym bitem, rozwijające się naturalnie w coraz to nowe formy z każdym kolejnym refrenem nie tylko znakomicie współgra z konfesyjnym charakterem utworu, ale odważnie wprowadza The Chicks do świata wielkoformatowego popu. Fascynujące jest zwłaszcza to, że efekt ten Antonoff osiągnął przy użyciu organicznego instrumentarium. Miłośnicy bluegrassowej przeszłości grupy będą zawiedzeni, że wiejskie skrzypki Maguire zamieniła na bardziej klasyczne skrzypce, a banjo Strayer, choć pojawia się w większości utworów, jest raczej akcentem niż dominantą.
Ale upopowienie i ugładzenie brzmienia w żaden sposób nie odbierają dziewczynom poczucia sprawczości. To w dużej mierze fascynujące, ale podobnie jak na Taking the Long Way The Chicks udało się stworzyć płytę spod znaku rape and revenge, którą jednocześnie wypełnia empatia. Nawet gdy Maines atakuje męża w refrenie „How Do You Sleep”, główną narrację buduje dobro ich dorastających synów. Ratowanie rozpadającego związku dla dobra dziecka to także główny motyw w emocjonalnym „For Her” budującym historię zarówno dzięki wokalom Maines, co kunsztownej pracy Wurlitzera. Zdecydowanym centerpiece’m krążka jest jednak singlowe „March March” — bezpośredni komentarz do narastającej niesprawiedliwości społecznej w Stanach Zjednoczonych — przemocy wobec czarnoskórych, szkolnych strzelanin czy katastrofy klimatycznej. Po raz kolejny Antonoff decyduje się tutaj na subtelne podkreślenie głosu Maines — wydatnym post-hiphopowym bitem z jednej strony i chmurnymi countrującymi gitarowymi riffami z drugiej. Katharsis są banjo i skrzypce nabudowujące i rozładowujące napięcie w drugiej części utworu. I choć żadne współczesnego country, które słyszałem, nie brzmiało tak, jak ten utwór — nie dorównywało mu metagatunkową odwagą — jestem przekonany, że tak właśnie powinno brzmieć w drugiej dekadzie XXI wieku, o ile tylko w międzyczasie dyrektorzy wielkich wytwórni i rozgłośni radiowych nie zamieniliby formatu w sieczkę. Katharsis jest na płycie przynajmniej jeszcze jedno — w przedostatnim „Hope It’s Something Good” The Chicks zamieniają złość i rozgoryczenie w nadzieję, podobnie jak zrobiły to przed 14 laty w „I Hope”. Kończą płytę koncyliacyjnie, ale nie ustępują.
Nie jest to rzecz jasna ani żadna płyta roku, ani idealny krążek pop, ani wywrócenie tego, jak grać i rozumieć country do góry nogami. Koniec końców The Chicks na każdym z krążków mają jakiś słabszy moment, który nie pozwala dać się przeoczyć. To wszystko jest jednak zupełnie wtórne w kontekście i brzmienia, i treści, i melodyki, i, wreszcie, emocjonalnego ładunku tej muzyki. The Chicks nie są już co prawda DCX, ale pomimo wielu zmian i upływu lat konsekwentnie robią swoje.
W tym tygodniu, w ramach audycji Artysta Tygodnia, zabieramy was do Gandawy – miasta w Belgii. Dlaczego tam? Otóż w Gandawie mieści się – oprócz tak oczywistych atrakcji, jak Zamek Gravensteen czy plac Vrijdagmarkt – studio muzyczne dwóch niesamowicie pracowitych i zakręconych na punkcie muzyki braci. O kogo chodzi? O Davida oraz Stephena Dewaele – artystów odpowiedzialnych za takie projekty muzyczne jak Soulwax, 2ManyDJs, Die Verboten czy wytwórnia DEEWEE. Przyjrzymy się ich najnowszemu albumowi – DEEWEE Sessions, Vol. 01 – a także historii, w której rockowa grupa przerodziła się w projekt didżejsko-producencki. Brzmi intrygująco? Zaczynajmy!
Początki
Jest rok 1996. Na scenach wciąż panuje jeszcze moda na rock alternatywny i britpop. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiły się takie ikoniczne albumy jak The Bends Radiohead, What’s The Story (Morning Glory) Oasis, Washing Machine Sonic Youth czy Different Class grupy Pulp. Na scenie klubowej gitary również mają swój udział, choć w bardziej odjechanej wersji – debiutancki longplay The Chemical Brothers już zdążył wypracować sobie reputację, podobnie jak dwa pierwsze krążki The Prodigy.
Właśnie w takim okresie wytwórnia PIAS publikuje debiutancki album wschodzącej, belgijskiej grupy Soulwax. Leave The Story Untold nie ma zbyt wielkich szans na sukces, ale trzeba przyznać, że skutecznie łączy mniej i bardziej podkręcone gitarowe dźwięki w oryginalne, rockowe piosenki. Album ginie w tłumie, ale kontrakt z nabierającą rozpędu wytwórnią motywuje do pracy.
Mamy rok 1998. Po dwóch latach dużo trudniej zdefiniować, co na scenie alternatywnego rocka jest aktualnie na czasie. Druga płyta Soulwax, Much Against Everyone’s Advice próbuje wpisać się w nurt, który nakreślił debiut grupy. W związku z tym, niektóre kawałki kojarzą się z hitowym Song 2 zespołu Blur, podczas gdy inne – bardziej melancholijne – eksperymentują ze spokojną elektroniką. Z perspektywy czasu okazuje się, że sama płyta dla braci Dewaele ma znikome znaczenie w stosunku do tego, co było po niej. A co było po niej?
2ManyDJs
Jak to najczęściej bywa w branży muzycznej, po wydaniu nowego longplaya grupa wybiera się w trasę koncertową mającą na celu jego wypromowanie. W przypadku Soulwax, tu również nie było odstępstw od typowej konwencji. Tylko jeden szczegół odróżnił tę trasę od poprzednich tras koncertowych grupy: Stephenowi i Davidowi wciąż było mało muzykowania… Więc po zagranych koncertach, zdecydowali się odwiedzać miejscowe kluby i występować jeszcze w nich – ale nie jako rockmani, tylko DJe. Tak właśnie powstał jeden z ich najbardziej wpływowych projektów muzycznych: 2ManyDJs, początkowo znany pod nazwą The Flying Dewaele Brothers.
Latający Bracia Dewaele już w roku 1999 mieli dobrą reputację – m.in. wystąpili jako headlinerzy drugiej sceny na festiwalu Rock Wretcher, a stacja radiowa Studio Brussel zaprosiła ich do prowadzenia audycji Hang the DJs. To właśnie tam bracia Dewaele nabrali wprawy w tworzeniu mash-up’ów, czyli łączenia kilku piosenek w jedną.
Najbardziej ikonicznym momentem w historii braci Dewaele było wydanie pod szyldem 2ManyDJs składanki As Heard On Radio Soulwax Pt.2. Płyta stała się numerem 1 na liście popowych wydań The New York Times na rok 2002, a także otrzymała wysokie noty w innych – lokalnych oraz globalnych – rankingach muzycznych. Magia składanki polegała na tym, że w 60 minutach zawierała aż 45 zmiksowanych ze sobą utworów, często-gęsto w formie mash-upów. Jeśli nie słyszeliście jeszcze mieszanki No Fun The Stooges z Push It Salt ‘n Pepa – pora nadrobić zaległości! Jako ciekawostkę warto dodać fakt, że As Heard On Radio Soulwax Pt.2 było pierwszym albumem w gatunku mash-up, który został wydany w pełni legalnie, nie jako bootleg. Wyobrażacie sobie, ile czasu mogło zająć dopinanie kwestii praw autorskich dla elementów ponad 100 piosenek? Odpowiem krótko i lakonicznie: niemało.
Remiksy i inne projekty
Dalsze lata w karierze Soulwax stanowiły coraz mocniejszy nacisk na muzykę elektroniczną. Wydany przez nich w 2004 rockowy krążek Any Minute Now już rok później doczekał się swojego drugiego, bardziej klubowego wcielenia, zatytułowanego Nite Versions. Chyba nie muszę dodawać, że wersja klubowa była o wiele większym hitem?
Od czasu Nite Versions, na kolejny album grupy fani musieli czekać bardzo długo, bo aż do roku 2017. Jednak w tym czasie bracia Dewaele nie próżnowali. Wydawali raz po raz kolejne remiksy piosenek zespołów ze sceny alternatywnej takich jak MGMT, Justice, Hot Chip czy Tame Impala. Zostali zaangażowani w przygotowanie stacji radiowej na potrzeby hitowej produkcji studia Rockstar, czyli GTA V. Na potrzeby filmu Belgica, stworzyli kilkanaście fikcyjnych zespołów składających się na ścieżkę dźwiękową produkcji. Udało im się skomponować krautrockowy krążek, działając pod pseudonimem Die Verboten, a także urządzili sobie w Gandawie kompleks budowlany obejmujący studio nagraniowe i bibliotekę winyli. A to i tak nie wszystko!
Współcześnie
Najnowsze albumy wydane przez Soulwax pokazywały coraz bardziej eksperymentalne podejście Belgów do muzyki. Wydany w 2017 roku From Deewee był krążkiem powstałym we współpracy z trzema perkusistami. Essentials, wydany w 2018 roku, jest hipnotyzującym concept albumem, którego główną osią obrotu jest wyraz essential. Z kolei najnowszy album grupy, Deewee Sessions, Vol. 01, jest absolutnym ukłonem w stronę niesamowicie rzadkiego syntezatora EMS Synthi 100, który bracia Dewaele zdołali dostać tylko fartem – i tylko na limitowany okres czasu – więc postanowili wykorzystać sprzęt i możliwości na 100%. Więcej na ten temat możecie dowiedzieć się w paśmie Artysta Tygodnia – codziennie o 14:00 oraz o północy.
Jeszcze kilkanaście lat temu Soulwax można było sklasyfikować jako grupę rockową. Aktualnie, jakakolwiek klasyfikacja nie ma tu większego sensu. Bracia Dewaele stale wymykają się konwencjom które sami tworzą, wciąż eksperymentują z muzyką i niejednokrotnie potrafią zaskoczyć swoimi nowymi projektami. Nowinki w mediach na ich temat często pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili, ponieważ rzadko zdarza im się mówić o tym, nad czym aktualnie pracują – nie licząc oczywiście zapowiedzi albumów nagrywanych w ciągu kilku tygodni oraz kolekcjonowania oldskulowych syntezatorów analogowych. Zatem, jeśli zdarzy się, że na przestrzeni tego tygodnia pojawi się jakiś ich nowy album: wybaczcie, to było nie do przewidzenia!
Trzynasta edycja festiwalu Avant Art już niedługo we Wrocławiu! We Wrocławiu Festiwal odbędzie się między 23.09 i 28.09. Na scenie Impartu 23.09 zaprezentują się BNNT, Lotto i Dynasonic, natomiast dzień później w tym samym miejscu słuchaczy czeka wieczór specjalny będący wynikiem współpracy z Bocian Records, a wystąpią na nim Joanna John + Artur Rumiński, Jerzy Mazoll & Jerzy Przeździecki, oraz Mike Majkowski. 25.09 stanie pod znakiem występu znanego między innymi z duetu SYNY, 1988,a ponadto TONFY, Jesieni i związanego z kolektywem glamour, Julka Ploskiego w Czasoprzestrzeni. Z kolei w sobotę w Starym Klasztorze, obok VTSS zaprezentuje się także duet Enchanted Hunters, oraz NAKED i Open Call. Weekend zakończą odbywające się w Imparcie koncerty duetu CEL, Polonki i powiązanego z WIDT, Mentos Gulgendo. 28.09 to ostatni dzień wrocławskiej odsłony Avant Art Festival, który zostanie zamknięty koncertami Diabelskich Skrzypiec, Nutmeg Trio i wykładem Sebastiana Cichockiego.
Artyści spotkają się w przyszłym tygodniu w trzech miejscach – w instytucji kultury Impart, w Centrum Kultury Akademickiej i Inicjatyw Lokalnych Czasoprzestrzeń oraz w klubie Stary Klasztor. Dodatkowo, każdy występ będzie można obejrzeć na specjalnie dedykowanej do tego stronie, ponieważ obrobione nagrania udostępnione zostaną tak, aby każdy mógł uczestniczyć w festiwalu, mimo, że przewiduje się ograniczenia w liczbie gości. Jest to wynik nowej rzeczywistości, w którą zostali wtłoczeni organizatorzy, którzy chcą przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo i komfort artystów, kuratorów i uczestników. Między innymi tę kwestię poruszy Kostas Georgakopulos, dyrektor artystyczny wydarzenia, który w ten piątek będzie gościem programu Audiostarter w Radiu LUZ. W paśmie Artysta Tygodnia przez cały sezon festiwalowy redaktorzy Radia LUZ regularnie zapraszali na rozmaite eventy, w tym roku, z powodu specyfiki dwatysiace dwudziestego roku, pozostało nam zachęcić do uczestnictwa na żywo tylko w Avant Arcie. Tym bardziej warto skorzystać z wydarzenia, oczywiście z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. W takim razie – do zobaczenia pod sceną!
Zuzanna Pawlak, Magdalena Sikorska, Julia Karska, Maciek Tomasiewicz, Jan Chrzan
Dziko, ekscytująco i innowacyjnie. Właśnie tak brzmiała perkusja kiedy siadał za nią Elvin Jones – człowiek, który za każdym razem wprowadzał do rytmu coś zupełnie nowego, niesłyszanego nigdy wcześniej. Człowiek który wspierał i napędzał takie legendy jazzowego świata jak Wayne Shorter, Miles Davis i John Coltrane. 9 września obchodziłby 93 urodziny.
Detroit – inkubator jazzowych talentów.
Miastem, które zasłynęło jako miejsce jazzowych innowacji jest zdecydowanie Nowy Jork. Warto jednak zauważyć, że większość muzyków, którzy pojawili się na tamtejszej scenie pochodziło z miejsc czasami oddalonych nawet o setki kilometrów. Jednym z takich miejsc było właśnie Detroit. To tam urodził się i wychował Elvin Jones. Łoskot samochodowych fabryk, który towarzyszył mu od urodzenia, na stałe przeniknął do sposobu w jaki Jones grał na perkusji. Intensywnie, mocno i „maszynowo”.
W 1960 roku John Coltrane skompletował kwartet nazwany później „Coltrane’s classic quartet”. Na kontrabasie grał wówczas Jimmy Garrison, na fortepianie McCoy Tyner, a za perkusja zasiadł Elvin Jones. W tej grupie związek pomiędzy saksofonem a perkusją był dominujący, fortepian miał dodawać fundamenty dla harmonii, a kontrabas wypełniać pustą przestrzeń w niskim rejestrze. Elvin był dla Coltrane’a najlepszym numerem 2. Niejednokrotnie udawało mu się dodać saksofoniście potęgi i energii, a ich liczne duety improwizowane na każdym koncercie i w studiu nie pozostawiały na słuchaczach suchej nitki. Przez brak harmonicznej podstawy pianina i niskich rejestrów basu, brzmienie ich duetów było bardzo surowe i wypełnione po brzegi ekspresją. Coltrane zdawał się naśladować ludzki głos, a Jones wspierał go grając kilka rytmów jednocześnie. W taki sposób niejednokrotnie muzycy zdawali się rezonować z prymitywną naturą człowieka, w której jedynymi instrumentami są właśnie głos i rytm.
Perkusista, lider, mentor.
Po rozstaniu się z grupą Johna Coltrane’a w 1966 roku Jones stworzył własne trio wraz z Jimmym Garrisonem na kontrabasie i Joe Farrellem na saksofonie. W tej grupie udało mu się wprowadzić powiew świeżości do bluesowych form w muzyce jazzowej poprzez zastosowanie koncepcji wywodzących się z free jazzu. Jones podobnie jak inni jazzowi weterani nie stronił od eksperymentów z muzyką soul i funk, a zastosowne w tych kontekstach konwencjonalne instrumentarium zaowocowało brzmieniem idącym dziarskim krokiem naprzód, a jednocześnie nawiązującym do tradycji.
Z czasem trio powiększało się o inne instrumenty takie jak elektryczne pianino lub elektryczna gitara. Jones postanowił zacząć działać pod szyldem Elvin Jones Jazz Machine, a zainspirowany grupą innego wielkiego perkusisty Arta Blakey’a, postawił na sprowadzanie do zespołu głównie młodych i nieznanych talentów. Elvin Jones do końca życia kontynuował pracę z Jazz Machine, a pod swoimi skrzydłami miał takich muzyków jak Michael Brecker czy syn Johna Coltrane’a Ravi. Obok bycia mentorem w Jazz Machine, Jones udzielał się również akademicko, często prowadząc wykłady i występując kompletnie za darmo. Za jego zasługi doceniło go konserwatorium Berklee, od którego otrzymał w 2001 roku honorowy doktorat.
Malowanie dźwiękiem.
Elvin Jones postrzegał perkusję jako coś więcej niż tylko rytmiczne narzędzie. Dla Jonesa dźwięki poszczególnych części zestawu perkusyjnego odpowiadały innym kolorom. Bębny miały dla niego odcienie bliższe kolorom, ziemistym a talerze bliższe czerwieni lub zieleni. Zgodnie z tą logiką zadania Jonesa były bliskie pracy malarza: umieszczenie odpowiedniego koloru lub mieszanki kolorów we właściwym miejscu i czasie, tworząc jedną całość. Jeśli spróbować przełożyć solo perkusyjne Elvina Jonesa na malarstwo mielibyśmy do czynienia z niesamowicie abstrakcyjnymi formami, z niemal nieskończoną kombinacją kolorów.
Elvin Jones przez niemal 60 lat wspierał każdego muzyka z jakim współpracował. Jego energia pozwalała wszystkim rozwijać skrzydła. Jones myślał kreatywnie i grał kreatywnie. Jego rytm potrafił w każdym wzbudzić naturalny instynkt. Elvin Jones był uosobieniem zarówno industrialnego brzmienia Detroit jak i brzmienia natury. Legendarny perkusista i inspiracja dla Jonesa, Louis Bellson zwykł mawiać o nim: „Elvin sounds like mother earth coming alive with syncopation”. Trudno jest się z nim nie zgodzić. Elvin rzeczywiście brzmi jak głos matki ziemi.
Wskrzesiciele house’u, których każdy rozpozna w radiu, choć już niekoniecznie na ulicy. Oto bracia Lawrence, czyli Disclosure.
Twórcy klubowych hitów drugiej dekady XXI wieku , właściciele undergroundowej wytwórni White Method, organizatorzy Wild Life Festival, przyjaciele tak najciekawszych młodych debiutów jak i ikon muzyki dance’owej, propagatorzy ekologicznego przemysłu muzycznego.
A przede wszystkim dwie głowy pełne niekończących się pomysłów.
Poznajmy bliżej Guy’a i Howarda Lawrence – artystów tygodnia w Radiu Luz.
Dom jako szkoła muzyczna
Dwóch małych rudzielców wygodnie rozsiadło się w głębokim, jeszcze bardziej pomarańczowym niż ich włosy fotelu. Ten wychylający się łobuzersko za poręcz to Howard, a ten, który się elegancko podpiera to starszy z chłopców – Guy. Kadr ze szczęśliwego dzieciństwa braci Lawrence, znanych jako Disclosure, jest jednocześnie okładką ich debiutanckiego albumu Settle.
Ich ojciec – niespełniony prog-rockowiec i matka – sesyjna wokalistka, której głos był znany z wielu radiowych jingli, od najmłodszych lat zapoznawali chłopców z historią muzyki i podstawami harmonii. W tle zawsze coś grało, po domu porozrzucane były instrumenty, na których bracia mogli w każdej chwili próbować swoich sił. Guy’a pociągała perkusja, a spokojniejszego Howarda pianino i bass.
Brytyjski sen
W okresie dorastania bracia z Disclosure potwierdzili popularną tezę, że przed fascynacją elektroniką musi najpierw minąć okres uwielbienia dla wszelakiej muzyki gitarowej.
16-letni Howard zapętlał twórczość songwriterów z akustycznymi gitarami, a Guy uwalniał nastoletni bunt jako perkusista indie-rockowego zespołu. Dopiero gdy starszy z braci osiągnął pełnoletniość, a lokalne kluby goszczące m.in Floating Points czy Joy’a Orbisona stanęły przed nim otworem, elektronika zaczęła coraz częściej grać w słuchawkach braci.
Potem wszystko potoczyło się szybko: pierwsze eksperymenty w pokoju nad domem aukcyjnym ojca, pierwsze demo na MySpace, pierwszy menadżer, pierwszy kontrakt, pierwsze hity, a po dwóch latach pierwszy album –Settle pokryty platyną. Po prostu british dream.
Energia…
5 lat – tyle musieliśmy czekać na kolejny, najnowszy album Disclosure. Dla braci był to czas ciągłego tworzenia, poszukiwania odpowiednich gości i bycia wciąż nie do końca zadowolonymi z końcowego efektu.
Ostatecznie z 200-piosenkowego materiału udało się wyselekcjonować 11 utworów, które mają to ,,coś” – powstały szybko, nie odebrano im duszy poprawkami, a przede wszystkim idealnie wpisują się w słowo klucz – energię. A zaproszeni na płytę Aminé, slowthai, Fatoumata Diawara czy Syd z the Internet najlepiej wiedzą, jak ją podkręcić. Album Energy ukazał się 28 sierpnia tego roku.
…ale tylko odnawialna
Tytuł przywołuje na pewno wiele skojarzeń. Jednym z nich jest ekologia. Zagadnienie, któremu wiele czasu poświęcili podczas lockdownu bracia Lawrence, a szczególnie Howard mający własną eko-farmę.
Energy na fizycznym nośniku nie ma w sobie ani grama plastiku. Użyte farby i lakiery bazują na wodzie i warzywach, a okładki płyt są wykonane z przerobionej trzciny cukrowej. Ponadto jeśli trasa koncertowa będzie możliwa do odbycia, muzycy zobowiązują się do zminimalizowania śladu węglowego i rekompensaty w postaci sadzenia drzew.
A co z hałasem emitowanym podczas promującego płytę setu online w chorwackim parku narodowym? Żadne zwierzę nie ucierpiało, bo muzyka grała tylko w słuchawkach artystów.
Na początku kariery Disclosure, kiedy ich utwory były grane na okrągło zarówno w komercyjnych, jak i niezależnych stacjach radiowych, a sami artyści mieli po około 20 lat, można było podejrzewać, że są to gwiazdy jednego sezonu. Sukces debiutu ich przytłoczy, zachłysną się światem wielkich klubów, imprez na Ibizie i DJ-ów celebrytów.
Mamy jednak 2020 rok, a Guy i Lawrence wydają swoją trzecią, znów świetną płytę. Koncertują już 8 lat i deklarują z uśmiechem, że dalej koncertować będą. A brak weny, burn-out, chęć ucieczki od sławy i inne zmory supergwiazd trzymają się od nich na razie z daleka.
A na dodatek dalej wydają się być normalnym chłopakami, którzy nie zachłystują się popularnością, tylko rzetelnie pracują na kolejny sukces. Czekamy więc na niego jak zawsze z niecierpliwością.
Baśniowa idylla, w której zawsze kryje się trochę gotyckiego mroku. Kompromis między przyjemnością a dyskomfortem. Tegoroczny album siostrzanego duetu CocoRosie to dowód na to, że ich muzyczna koncepcja ani trochę nie zdążyła się zużyć podczas piętnastu lat działalności artystek.
Cocorosie brzmi jak nazwa cukierka. W środku słodkiego, kokosowo-różanego, ale na zewnątrz z kwaśną, strzelającą w buzi posypką. Osładza podniebienie i wykręca twarz równocześnie.
W dzieciństwie na Biankę mama wołała Coco, Sierrę nazywała Rosie. Siostry swoje wczesne lata spędziły na nieustannych przeprowadzkach. Hawaje, Arizona, Nowy Meksyk. Ich rodzice się rozwiedli i, już oddzielnie, w dość nietypowy sposób wychowywali swoje dzieci. Matka, artystka i uzdrowicielka syryjskiego pochodzenia, twierdziła, że córki jak najszybciej powinny się przekonać czym jest ,,prawdziwe życie’’, dlatego też żadna z dziewczyn nie skończyła liceum. Ojciec pracował na farmie, nauczał w szkole oraz interesował się spirytualizmem. W wakacje często zabierał dzieci na rytualne, szamańskie spotkania, podczas których na różne sposoby poszerzano stan świadomości.
Historia, mogłoby się wydawać, zupełnie zmyślona, brzmi jak treść wielu utworów CocoRosie. Ta jest jednak prawdziwa i takich autobiograficznych wątków jest mnóstwo w ich muzyce. Dlatego nie sposób pominąć okresu dzieciństwa Sierry i Bianki podczas mówienia o ich twórczości.
Zanim powstało CocoRosie, drogi sióstr rozchodzą się na prawie dziesięć lat. Sierra zamieszkuje we Francji, próbując kariery śpiewaczki operowej, Bianca studiuje lingwistykę i sztuki wizualne w Nowym Yorku. W 2003 roku Bianca niespodziewanie odwiedza siostrę. Wtedy zapada decyzja o założeniu wspólnego zespołu. Pierwsze muzyczne eksperymenty nagrywają w mieszkaniu Sierry w dzielnicy Montmartre. Studiem nagraniowym została najbardziej akustyczna… łazienka. Po długich godzinach spędzonych w wannie, w ciągu jednego roku powstaje pierwsze wydanie CocoRosie – La Maison de Mon Reve.
Nazwa albumu oznacza dom marzeń, czyli miejsce w które artystki często będą nas zabierać podczas swojej kariery. Przewodnimi instrumentami stają się dziecięce zabawki i różne przedmioty codziennego użytku, brzęczące w tle pianina czy hip-hopowego bitu. Kontrastowe są też wokale sióstr. Chóralne, wzniosłe tony to specjalność Sierry, Bianca czaruje rapowanymi frazami, które przypominają przyśpiewki kilkulatki. To wszystko w dużej mierze wyprodukowane w estetyce lo-fi, dzięki której utwory brzmią, jak gdyby były odtwarzane na starym magnetofonie lub, cofając się jeszcze bardziej, na staromodnym patefonie.
Celowa niska jakość nagrań to zabieg coraz częściej wykorzystywany dziś w muzyce elektronicznej, jednak nie zawsze jest to robione w przemyślany, kreatywny sposób. W przypadku wspomnieniowości i surrealistycznego klimatu muzyki duetu, lo-fi’owa mglistość to akurat doskonały wybór.
Analogowe brzmienie, szczególnie swoich trzech pierwszych albumów, CocoRosie zawdzięczają nie tylko plastikowym zabawkom czy obróbce dźwiękowej, ale też przestrzeniom, w których decydują się nagrywać. Jak już wiadomo, debiutancka płyta powstała w łazience Sierry. Prowizorycznym studiem trzeciego albumu, The Adventures of Ghosthorse and Stillborn, była natomiast stodoła w południowej Francji. Same dziwaczne pomysły. Ale trzeba przyznać, że wybieranie nietypowych miejsc do nagrywania muzyki przez siostry, nie jest pustą ekstrawagancją. Na albumie słychać jak drewniane ściany stodoły odbijają dźwięki akustycznych instrumentów, tworząc tym samym echa i pogłosy. Szmery otoczenia są tłem wyśpiewywanych historii.
Pewnych brzmień nie da się uzyskać w studiu nagraniowym. A i o swobodę twórczą niełatwo w każdej wytwórni. Dlatego w przypadku kilku pierwszych płyt, CocoRosie stawiają na Touch and Go – jeden z najważniejszych amerykańskich labelów. W nim artystki zachowują niezależność i jeszcze bardziej poszerzają granice swojej kreatywności.
W kolejnych albumach, siostry Casady sięgają po więcej elektronicznych efektów niż w poprzednich latach. Psychodeliczną atmosferę tworzą klawisze syntezatorów i mocniej zaakcentowany automat perkusyjny. Pojawia się też więcej utworów o ciemniejszych tonach. W tegorocznym, marcowym albumie, mocniej świeci to jaśniejsze światło. Put the Shine On.
Ukochane przez artystki dźwięki rozklekotanych zabawek, przypominają słuchaczom z kim mają do czynienia.
W 2020 roku, słuchając muzyki sióstr Casady wciąż jesteśmy w świecie dziecięcych marzeń i niepokojów. CocoRosie to mógłby być ten kokosowo-różany, słodko-kwaśny cukierek. Jednak po przesłuchaniu ich dyskografii w całości, przychodzi na myśl inne porównanie. CocoRosie to odpowiednik proustowskiej magdalenki, ciastka, które potrafi ożywiać wspomnienia z przeszłości.
Lianne La Havas – brytyjska piosenkarka, gitarzystka i autorka piosenek – 17 lipca wydała nową, imienną płytę. Jej trzeci krążek to nu-soulowa opowieść o miłości, rozstaniach, dojrzewaniu i przemianach.
Lianne La Havas, a właściwie Lianne Charlotte Barnes, to brytyjska piosenkarka o greckich i jamajskich korzeniach, a także gitarzystka i autorka piosenek. W swojej trzeciej płycie, zatytułowanej własnym nazwiskiem, La Havas pozostaje wierna swojemu wyjątkowemu stylowi, w którym miesza gitarę akustyczną z nu soulem, jazzem, rockiem, popem czy folkiem. Choć nie może wybrać się na trasę koncertową promująca ten krążek, jest bardzo aktywna w sieci – występuje na koncertach online, udziela wywiadów, a nawet samodzielnie nagrała w domu teledysk do jednego z singli Paper Thin.
Wśród 10 kompozycji znajduje się jej najbardziej osobisty utwór – Seven Times – który niewątpliwie jest kwintesencją całego krążka. Na uwagę zasługuje też cover Radiohead pod tytułem Weird Fishes, który artystka często miała w zwyczaju grać na swoich koncertach. Słychać również wyraźne inspiracje jej ulubionym brazylijskim muzycznym stylem tropicalia i muzyką Miltona Nacimiento, a także Joni Mitchell, Jaco’a Pastoriousa, Isaaca Hayesa czy Eryki Badu. Całość to fantastyczny, wielowymiarowy krążek idealny na letnie gorące wieczory przy otwartym oknie.
Muzyka była obecna w życiu Lianne la Havas od najmłodszych lat. Jako siedmiolatka zaczęła naukę śpiewu i gry na pianinie, kilka lat później napisała swoją pierwszą piosenkę. Gry na gitarze nauczyła się na YouTube’ie, a pierwsze kompozycje publikowała na Soundcloudzie. Wszystko to po to, by po kilku latać stanąć w chórku obok Palomy Faith i rozpocząć swoją karierę muzyczną. W wieku 20 lat nawiązała współpracę z wytwórnią Warner Bros, która w 2012 roku zaowocowała jej pierwszym albumem pod tytułem Is your love big enough?.
3 lata po debiucie, Lianne la Havas wydała swój drugi krążek – Blood – nawiązujący do jej pochodzenia. W artystce płynie jamajska i grecka krew. To właśnie zagłębienie się w historię jej korzeni stało się bezpośrednią inspiracją do stworzenia tego projektu. Początek komponowania tej płyty miał miejsce podczas jej podróży z matką na Jamajkę, gdzie La Havas w wolnych chwilach pisała utwory zafascynowana swoim miejscem pochodzenia. Obecność na wyspie pozwoliła jej zbliżyć się do siebie i lepiej poznać jamajską kulturę.
Lianne La Havas szybko została odkryta przez największe gwiazdy soulu, RnB i indie folku – supportowała między innymi takie gwiazdy jak: Alicia Keys, Bon Iver, czy Coldplay. Willy Mason z kolei wystąpił gościnnie w jej utworze, Steve Wonder zaś osobiście gratulował jej występu. Ciekawa historia wiąże z jej fanem numer jeden, którym stał się sam Prince. Zafascynowany jej twórczością zagrał nawet u niej w domu prywatny koncert połączony z konferencją prasową. Ona z kolei została przez niego zaproszona do aż czterech utworów na jego albumie ART OFFICIAL AGE z 2014 roku. Znajomość z Princem przerodziła się w przyjaźń, która miała mocne znaczenie dla jej twórczości i wrażliwości artystycznej. O Prince’ie La Havas mówi: “Nauczył mnie wierzyć w siebie i nie pozwolić komukolwiek, by mówił, że moja wizja jest zła. Nic co wychodzi od ciebie, nie może być złe”. Był jej prawdziwym mentorem.
Na trzeci album Lianne La Havas fani musieli czekać 5 lat. Artystka jednak nie stała w miejscu. W 2017 roku jej głos spotkał się ze sztukami wizualnymi. Wówczas na ekrany kin trafił malarski film animowany Twój Vincent, gdzie La Havas wykonała utwór Starry Starry Night. To kompozycja Dona McLeana poświęcona jednemu z najsławniejszych obrazów Vincenta Van Gogha – Gwieździsta noc.
Lianne La Havas to artystka samodzielna. Swoją pasją i ciężką pracą chce zarażać inne kobiety. Marzy jej się stworzenie szkoły, gdzie kobiety uczyłyby się wszystkiego na temat produkcji muzycznej. Wykorzystując swoje doświadczenie, chce otworzyć branżę muzyczną na więcej menadżerek, inżynierek dźwięku, kobiet od techniki. La Havas udowadnia, że jest to możliwe – sama zajęła się w całości produkcją swojego najnowszego imiennego albumu z jej własnym zespołem, co pozwoliło jej w całości wyrazić samą siebie. Aktualnie myśli o założeniu własnej wytwórni.
Swoje przysłowiowe pięć minut mieli w latach 80. Ich piosenka Love My Way z czasem stała się klasykiem i nie pozwala o nich zapomnieć. Psychedelic Furs przez 31 lat nie uraczyli jednak fanów nowym wydawnictwem. Teraz to się zmieniło – 31 lipca na rynek trafił ich album Made of Rain.
Psychedelic Furs założyli wokalista i tekściarz Richard Butler oraz basista Tim Butler. Bracia pozostają jedynymi stałymi członkami grupy. Skład zmieniał się kilkukrotnie, pierwszy raz jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu. Ten został wydany w 1980 roku. Choć nazwa zespołu może sugerować co innego, dominował na nim post punk i art rock. Psychodelia nigdy nie była częścią repertuaru Psychedelic Furs. Muzycy umieścili nawiązanie do niej w nazwie tylko po to, by definitywnie pokazać swoją niechęć i odciąć się od punkowych grup końca lat 70, którzy w ich mniemaniu nie szanowali dorobku artystów minionych lat. Mieli jednak z nimi nieco wspólnego – zaczynali od głośnego grania, przez co dostali zakaz organizowania prób w domu Richarda. Na szczęście to ich nie zniechęciło do szlifowania kolejnych utworów.
Post punkowe brzmienie zawsze w większym czy mniejszym stopniu było obecne w twórczości zespołu. Nie jest to jednak jedyny gatunek, w którym się odnajdują. Naturalnie przeszli do wywodzącej się z punku nowej fali. Tym samym ukłonili się popowym brzmieniom lat 60′, których to właściwie bronili nadając sobie nazwę Psychedelic Furs. To właśnie z tego gatunku często czerpali wykonawcy związani z new wave. Wystarczy (i naprawdę warto!) posłuchać najnowszego krążka, którym panowie udowodnili, że wciąż mają to coś.
Made of Rain to niezwykle solidny i intrygujący album. Otwiera go utwór The Boy That Invented Rock & Roll, który przywodzi na myśl twórczość Davida Bowie. Kolejny, Don’t Believe, to jeden z singli promujących płytę. Już te dwa pierwsze utwory wciągają na tyle, że z zainteresowaniem odtwarza się resztę. Psychedelic Furs ewidentnie zatęsknili za muzyką, która porwała słuchaczy w latach 80. i pokazali, że wciąż nie traci ona swojej mocy. Album powstał w składzie bracia Butler, Paul Garisto, Rich Good, Amanda Kramer i Mars Williams.
Wróćmy jednak na chwilę do starszych dokonań Psychedelic Furs. Wśród ośmiu albumów studyjnych wyróżniają się drugi, Talk Talk Talk, oraz trzeci, Forever Now. Oba są w pewnym sensie przełomowe w karierze zespołu. Talk Talk Talk poza Wielką Brytanią odniósł sukces również w Stanach Zjednoczonych i zawiera, według Richarda Butlera, dźwiękową wizytówkę grupy, czyli Dumb Waiters. Z kolei dzięki umieszczeniu piosenki Pretty in Pink w filmie o tym samym tytule artyści zyskali nowych fanów. Forever Now zaś jest krokiem w nowym kierunku pod względem brzmienia. Nowy producent, Todd Rundgren, był fanem Psychedelic Furs i podszedł do swojej pracy z dużym zaangażowaniem; zaprosił zespół do kameralnego studia, wynajął muzyków sesyjnych i dodał instrumenty, których nie było na poprzednich albumach. Co ciekawe (i trochę przerażające), zrzucał z dachu odpalone petardy, które lądowały nieopodal muzyków, gdy uważał, że ci grają zbyt ospale.
Albumy Mirror Moves i Midnight to Midnight okazały się nierówne, ale oczywiście miały swoje momenty i swoich fanów. Robert Smith, przykładowo, powiedział że ten pierwszy jest jednym z jego ulubionych. Mirror Moves stał się z resztą drugim albumem Psychedelic Furs, który okrył się złotem w Stanach Zjednoczonych. Midnight to Midnight był najlepiej przyjętym albumem grupy w Wielkiej Brytanii, jednak Richard Butler uważał go za banalny. Płytę czasem określano jako przeprodukowaną i raczej przeciętną. Muzycy coraz bardziej tracili serce do tworzenia, przez co powoli odchodzili w niepamięć. Wydali jeszcze dwa wydawnictwa, po czym dezaktywowali grupę w latach 90.
Psychedelic Furs wrócili w 2000, a nową energię przelali na koncertowanie. W 2001 został wydany album Beautiful Chaos: Greatest Hits Live. Fanom brakowało jednak nowego materiału. Oczekiwania umiliła solowa płyta Richarda Butlera z 2006 roku, a ciekawość podsyciło nowe życie Love My Way, które znalazło się na ścieżce dźwiękowej filmu Tamte dni, tamte noce i singla z 1984, The Ghost in You, wykorzystanego w serialu Stranger Things.
W końcu nastąpiła wielka chwila – bieżący rok pod wieloma względami zawodzi, ale nie można tego samego powiedzieć o Made of Rain. Po trzydziestu latach ciszy mamy album studyjny, który tak łatwo się nie znudzi. Oby tylko zespół nie kazał nam tak długo czekać na kolejny. 😉
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.