Archiwum

Goldie

Ryzykownie jest nazwać swój debiutancki album Timeless, ale Goldie nie należy do ludzi, którzy wątpią w to, co robią. Po świętowanym 31 lipca dwudziestopięcioleciu płyty, po prostu trzeba przyznać, że Clifford Price miał rację, nazywając tak swoje dzieło. Album wyniósł muzykę z nielegalnych rave’ów do świadomości globalnego odbiorcy. Jednocześnie to on zainicjował złoty okres muzyki jungle oraz drum and bass w nadchodzących latach.

 

Goldie ma korzenie szkocko-jamajskie, choć ojciec opuścił rodzinę krótko po jego narodzinach. Trzy lata później matka oddała Clifforda do domu dziecka. Dzieciństwo spędził na byciu przerzucanym między rodzinami zastępczymi i sierocińcami. Muzyk wspomina, że nikt mu wtedy nie poświęcał uwagi. Jako nastolatek zainteresował się – jeszcze wtedy raczkującą – kulturą hip-hop. Zaangażował się w scenę breakdance’ową, a później reprezentował brytyjskie grafitti, występując w dokumencie Bombin’ Dicka Fonteine’a. Przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie, po za rozwijaniem dotychczasowych pasji, parał się sprzedażą złotych grillów na zęby. Wrócił na Wyspy w 1988 roku, gdzie odnalazł kolejne zamiłowanie. Jego ówczesna dziewczyna, DJ Kemistry, wprowadziła go w rave’owy półświatek.

Artysta wkroczył na scenę ze świeżym spojrzeniem. To jemu przypisuje się pionierskie użycie time stretchingu – techniki, która później stała się charakterystyczną dla gatunku jungle. Zrobił to na utworze Terminator, który stał się hitem i ugruntował jego pozycję na scenie. Później nadszedł Inner City Life, gdzie Goldie skorzystał z głosu Diane Charlemagne. W ten sposób zrewolucjonizował zasady jungle’owej rozgrywki, rozwijając formułę o potencjalne nieskończone wpływy z takich gatunków jak jazz i soul. W muzyce połączył agresję połamanych bębnów z melancholijnymi pejzażami, które dopełniały niezapomniany wokal Diane. Podróż, jaką jest Timeless, wciąż potrafi przytłoczyć swoim rozmachem i atmosferą, co jednak nieprzeszkodziło w osiągnięciu komercyjnego sukcesu i wyniesieniu muzyki z podziemia na światowe salony.

Jego muzyczna działalność nie zamykała się na produkcji, bowiem równocześnie rozwijął współzałożony z Kemistry oraz Storm label Metalheadz. Informacja prasowa mówiła jasno o celu ich działalności: „to explore both the roots of Breakbeat and Jungle, and rework it into a new dimension, Drum 'n’ Bass”. Wokół labelu zgromadziła się cała masa zasłużonych producentów, takich jak Photek czy Dillinja. To m.in. ich muzyka rozbrzmiewała na legendarnych, cotygodniowych imprezach Metalheadz Sunday Session w londyńskim klubie Blue Note, zapoczątkowanych w 1995. Sam Goldie to przecież – nadal aktywny – DJ, mający za sobą blisko trzy dekady na scenie.

Clifford Price stał się bardzo popularną postacią, a jego twarz nie raz pojawiła się na okładce tabloidu. Randkował z Naomi Campbell, a nawet był krótko zaręczony z Bjork. Ożenił się z modelką Sonjią Ashby, by rozwieść się po trzech latach. Przyjaźnił się z Davidem Bowiem, którego traktował jak mentora. Miał też swój epizod na ekranie – zagrał w The World Is Not Enough, a także w kilku innych produkcjach filmowych. Bardzo chętnie brał udział w rozmaitych show, np. w Celebrity Big Brother, a także hostował seriale dokumentalne. Wyróżnił się w programie Maestro, gdzie nauczył się przewodzić orkiestrze. W 2016 roku otrzymał Order Brytyjskiego Imperium za zasługi w promocji sztuki wśród młodzieży.

Music and art well and truly saved my life really – the light switched on when I discovered art.

Jego barwny życiorys na pewno przysporzył mu popularności w Anglii, jednakże, aktualnie mieszka w Tajlandii. Artysta odbył tam odwyk i postanowił osiąść w kraju na stałe, ceniąc sobie względną anonimowość. Niedawno otworzył galerię sztuki ulicznej w Bangkoku.

Dominik Świątek

Stevie Nicks

Niektórzy uważają, że jest czarownicą – to skojarzenie podsycają zwiewne, falbaniaste stroje i rola w American Horror Story: Sabat, ale przede wszystkim klimatyczne utwory takie jak Sisters of the Moon. Nasza artystka tygodnia, Stevie Nicks, od ponad 50 lat czaruje głosem i talentem do tworzenia wielkich hitów.

Aaron Nicks był miłośnikiem muzyki country oraz dziadkiem Stevie. To właśnie on podarował czteroletniej wnuczce gitarę i nauczył ją grać i śpiewać standardy ulubionego gatunku muzycznego. Zabierał ją także do lokalnych barów, gdzie grał koncerty. Stevie szybko pokochała świat muzyki i już w szóstej klasie była przekonana, że jej miejsce jest na scenie. W liceum w Palo Alto poznała swojego przyszłego partnera – twórczego i romantycznego – Lindseya Buckinghama. W 1968 rozpoczęła naukę w college’u, jednak szybko z niej zrezygnowała, by poświęcić się muzyce. Rodzina artystki, która często się przeprowadzała, ruszyła dalej – do Chicago, ale ona została w Kalifornii. Wraz z Buckinghamem występowała w zespole Fritz, który jednak rozpadł się w 1971. Można by pomyśleć, że wyjątkowa artystyczna więź między Stevie i Lindseyem zapewni duetowi natychmiastowy sukces, jednak ich pierwsza płyta wydana w 1972 przeszła bez echa.

 

Stevie Nicks często jest kojarzona przede wszystkim przez pryzmat współpracy z Fleetwood Mac – ta zaczęła się w 1974 zupełnym przypadkiem. Mick Fleetwood, Christine McVie i John McVie odwiedzili Studio City, gdzie powstała wspomniana płyta duetu Buckingham Nicks. Producent Keith Olsen, w celu zaprezentowania sprzętu, włączył fragment utworu Frozen Love. To umiejętności Buckinghama jako pierwsze zachwyciły muzyków, więc gdy parę tygodni później gitarzysta Bob Welch odszedł z Fleetwood Mac, to Lindsey został zaproszony do współpracy. Na szczęście artysta zgodził się na to tylko w parze z Nicks. Zespół przystał na propozycję i okazało się, że to była bardzo dobra decyzja – utwory jej autorstwa z albumu Fleetwood Mac z 1975 (Rhiannon i Landslide) okazały się natychmiastowymi przebojami. Płyta świetnie się sprzedała i zapewniła grupie spory prestiż. Tak samo było z kolejną, Rumours. Pomimo rozpadających się związków, w tym Buckinghama i Nicks, zespołowi udało się wypuścić profesjonalne wydawnictwo, do dziś często nazywane ich najlepszym dokonaniem.

Po sukcesach odniesionych w grupie, Stevie Nicks zapragnęła tworzyć muzykę solo. Z zamiarem nagrania własnej płyty wkroczyła w lata 80. Zebrała takich muzyków jak Tom Petty i Don Henley oraz napisała Edge of Seventeen, czy Leather and Lace. To się nie mogło nie udać – już 27.07.1981 roku został wydany jej solowy debiut, Bella Donna, który pokrył się platyną zaledwie kilka miesięcy od premiery. To między innymi dzięki temu albumowi została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame w 2019 roku. W czasie gdy powstawał, Nicks mocno załamała nieuleczalna choroba najlepszej przyjaciółki, Robin Snyder Anderson. Artystka znalazła ukojenie w muzyce –  jej drugi solowy krążek, Wild Heart, zainspirowała właśnie Anderson, która zmarła w 1982.

 

Nicks kontynuowała karierę solową, ale wciąż współpracowała też z Fleetwood Mac. W latach 80 i 90 walczyła z nałogami (początkowo od kokainy, potem od Klonazepanu przepisanego przez psychiatrę), jednak mimo to udało jej się nagrać z zespołem na przykład album Tusk. Powstał też jej solowy, bardzo udany The Other Side of the Mirror, który wylądował na 10 miejscu notowania Billboard 200 oraz na trzecim miejscu na listach w Wielkiej Brytanii. W 1991 artystka opuściła Fleetwood Mac.

W 1994 Stevie Nicks wydała album Street Angel. Ostateczny efekt jednak jej nie zadowalał. Opinie słuchaczy również nie były szczególnie pozytywne, a dodatkowo podczas trasy skupiono się głównie na zmianie wyglądu artystki, która przez walkę z uzależnieniami sporo przytyła. Nicks, załamana krytyką, zniknęła na kilka lat. Powróciła w 1996, by wspólnie z Lindseyem Buckinghamem nagrać utwór Twisted; potem współpracowała z Sheryl Crow. Ostatecznie w tym samym roku Nicks i Buckingham (który odszedł w 1987 roku) wrócili do Fleetwood Mac i zespół ruszył w trasę, która zaowocowała albumem koncertowym, The Dance, wydanym rok później. Od tamtego czasu powstało jeszcze kilka albumów – zarówno Fleetwood Mac, jak i solowych Stevie Nicks; ostatni to 24 Karat Gold: Songs from the Vault z 2014 roku.

Fleetwood Mac wiele dało Stevie Nicks, ale ona odwdzięczyła się tym samym. Zespół zyskał dzięki niej kolejny damski głos, który zaczarował słuchaczy, i nutkę tajemniczości. Ponadto, nie można nie wspomnieć, że poza Landslide i Rhiannon, Nicks napisała także The Chain, czy Dreams. Wiele sztandarowych hitów grupy to właśnie jej zasługa. Fenomen artystki trwał (i wciąż trwa) za sprawą jej kariery solowej.

Reasumując, Harry Styles klękający przed Stevie w trakcie ceremonii wprowadzenia jej do Rock and Roll Hall of Fame wcale nie przesadził z gestem.

Marta Łobażewicz

Arca

Arca to słowo pochodzące ze starego hiszpańskiego dialektu i oznacza „pudełko” albo „drewniany”. Odnosiło się kiedyś do odświętnej skrzynki służącej do przechowywania biżuterii albo innych przedmiotów, zazwyczaj drobiazgów. Takie krótkie, melodyjne i jednocześnie dosadne określenie na pustą przestrzeń której jedyną funkcją jest zostać zapełnioną spodobało się Alehandrze Gersi. Artystka bardzo stara się uniknąć szufladkowania i kategorii, dlatego przyjęła je jako swój pseudonim artystyczny. Jak sama sugeruje, można tam włożyć na przykład nowe znaczenia, interpretacje, odczucia lub po prostu muzykę. Co jeszcze moglibyśmy umieścić w pudełku należącym do Artystki Tygodnia?

Wszechstronność. Alejandra Ghersi pochodzi z Wenezueli i w dziedzinie dźwięku jest niezwykle wszechstronna – zajmuje się DJką, produkcją i realizacją muzyki, śpiewa oraz pisze teksty. Pseudonim artystyczny, który przyjęła, to Arca i korzysta z niego zarówno przy tworzeniu dla siebie, jak i we współpracy z innymi artystami, a ma ich na koncie sporo. Te najbardziej owocne to na przykład współprodukcja płyty YEEZUS Kaynego Westa, albumu Vulnicura od Bjork i większości wydań FKA Twigs od 2013 roku.

Kontrowersje. Arca to artystka która ma wizerunek jest zdecydowanie bardzo wyrazisty, jeśli nie szokujący. Tworzy niestandardową, daleką od schematów muzykę, ale na uwagę zasługują również jej nieliczne teledyski. Przeplata w nich obrazy trudne i nieoczywiste, a jej ulubionym rekwizytem, również na koncertach, jest bioniczna proteza. Estetyka, w której operuje najczęściej to coś pomiędzy renesansowym obrazem, japońską kreskówką a katastroficzną , futurystyczną wizją końca świata rodem z filmów sci-fi. Pierwszy singiel z jej najnowszej płyty, Time, został wyreżyserowany przez Marylina Mansona. idzimy na nim Arcę na randce z demoniczną postacią w różowym garniturze. Jeżdżą oni po mieście limuzyną i wdają się w różne, surrealistyczne sytuacje.

Rozpiętość. Czwarta studyjna płyta wenezuelskiej artystki ARCA ujrzała światło dziennie zaledwie kilka tygodni temu. Sama autorka mówi o krążku, że jest świętem podróży, którą odbyła, żeby pogodzić wiele różnych aspektów swojego życia. Słychać w nim połączenie trans-latynoskiej tożsamości z wenezuelskim pochodzeniem artystki. Konwencja, teledyski a nawet towarzysząca wydaniu szata graficzna są zdecydowanie mniej minimalistyczne niż wcześniejsza twórczość solowa ALEHANDRY. Ogromne zróżnicowanie jest również obecne w kwestii inspiracji gatunkami muzycznymi, bo na płycie znajdują się elementy muzyki elektronicznej, eksperymentalnej, popowej, a nawet reggetonu.

Niebinarność. Pierwszym singlem promującym najnowszy album Arki był Nonbinary. Dotyczy, jak sam tytuł wskazuje, niebinarności. O kwestii płciowości nie sposób nie wspomnieć, ponieważ ARKA bardzo wyraziście odnosi się do niej w całej swojej twórczości. Przeplata obrazy i konwencje związane z tym problemem które można określić słowami fascynujące, niepokojące lub przerysowane, a dla niektórych z pewnością i bardzo kontrowersyjne. Artystka często szokuje, ale przede wszystkim normalizuje dziedziny rzeczywistości, które już dawno powinny być przyjęte za powszednie, na przykład wspomnianą tożsamość płciową. 26 czerwca światło dzienne ujrzał KICK I, który MIĘDZY INNYMI, głosi rozgłos dla tych, jakże istotnych, tematów.

Kontrowersje. Arca to artystka która ma wizerunek jest zdecydowanie bardzo wyrazisty, jeśli nie szokujący. Tworzy niestandardową, daleką od schematów muzykę, ale na uwagę zasługują również jej nieliczne teledyski. Przeplata w nich obrazy trudne i nieoczywiste, a jej ulubionym rekwizytem, również na koncertach, jest bioniczna proteza. Estetyka, w której operuje najczęściej to coś pomiędzy renesansowym obrazem, japońską kreskówką a katastroficzną , futurystyczną wizją końca świata rodem z filmów sci-fi. Pierwszy singiel z jej najnowszej płyty, Time, został wyreżyserowany przez Marylina Mansona. idzimy na nim Arcę na randce z demoniczną postacią w różowym garniturze. Jeżdżą oni po mieście limuzyną i wdają się w różne, surrealistyczne sytuacje.

Niebanalna i eksperymentalna muzyka elektroniczna najwyższej klasy – przez cały tydzień przybliżamy twórczość Arki. Słuchajcie od poniedziałku do piątku w Radiu LUZ o 13:00 i po północy!

Zuzanna Pawlak

Ennio Morricone

fot. Dominik Gigler

Ponad 500 skomponowanych bądź współskomponowanych ścieżek dźwiękowych do filmów i lekko ponad sto pozostałych kompozycji. 3 nagrody Złote Globy, 2 nagrody Grammy, Oscar za najlepszą oryginalną muzykę oraz za całokształt twórczości. Ale całego dorobku wielkiego maestro kina nie sposób zamknąć w analitycznych liczbach. Ilość serc w których takty i brzmienia wymyślone przez niego będą rozbrzmiewać na zawsze jest nie do policzenia. Ennio Morricone Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Wielu ludzi kojarzyć może Ennio Morricone jako pana od muzyki z westernów. Skojarzenie jak najbardziej słuszne, chociaż niesprawiedliwe. Westerny, a w szczególności spaghetti westerny stanowią wyjątkowo reprezentacyjny wycinek twórczości włoskiego mistrza. Jednakże nie ograniczał się on do konkretnego gatunku, konkretnego brzmienia. W jego dorobku znajdziemy również filmy wojenne, thrillery, erotyki, horrory, filmy akcji, melodramaty a także, między innymi kultową w naszym kraju biografię: Karol, człowiek który został papieżem.

Można by także pokusić się o stwierdzenie, że bardzo wielu ludzi kojarzy muzykę Ennio Morricone, nie zdają sobie z tego sprawy. Przy zaciemnionym ekranie w kinie, słysząc jedynie takie instrumenty jak drumla, okaryna czy wietrzne dzwoneczki, zmieszane z gitarą elektryczną i werblami dość łatwo stworzyć w sobie przekonanie: tak, za chwilę zobaczymy Dziki Zachód. Morricone przeobraził dźwięk tak potężnego gatunku filmowego jak western. Co więcej: intonując pierwsze kilka taktów z tytułowego motywu z Dobrego, złego i brzydkiego można oczekiwać, że ktoś inny dokończy charakterystycznym, kojocim wah, wah, wah.

NIESPEŁNA STULECIE Z MUZYKĄ

Ennio Morricone od wczesnego dzieciństwa przejawiał talent muzyczny, co w rodzinie kompozytora nie jest jakoś specjalnie dziwne. Jego ojciec, a zarazem pierwszy nauczyciel muzyki, był trębaczem i uczył on swojego syna gry na trąbce. Pierwsze kompozycje zaczął tworzyć już jako sześciolatek. Przyszły kompozytor i dyrygent ewidentnie polubił muzykę, bo w wieku 12 lat wstąpił do konserwatorium im. św. Cecylii, aby tam rozwijać swoją grę na trąbce. Następnie Morricone rozpoczął równoległy kurs harmonii, który zamiast 4 lat, skończył po sześciu miesiącach. Wtedy też zaczął uczęszczać na zajęcia z kompozycji. Jeszcze przed ukończeniem konserwatorium, miał on już na swoim koncie ścieżki dźwiękowe do słuchowisk radiowych.

Sergio Leone i Ennio Morricone w latach 70.

W wieku 26 lat uzyskał już dyplomy w klasie trąbki, kompozycji i instrumentacji. Niestety pomimo tych imponujących wyników, Ennio Morricone nie stał się z miejsca gwiazdą muzyki filmowej. Początkowo był ghost writerem, a potem aranżował piosenki i jingle dla radia RAI i pracował dla studia RCA, gdzie komponował piosenki dla włoskich i nie tylko włoskich piosenkarzy: Paula Anki i Demisa Roussosa, między innymi. Jako Gruppo di Improvvisazione di Nuova Consonanza, tworzył awangardową muzykę improwizowaną, zahaczająca o free jazz i funk. Potem, już jako uznany kompozytor, nadal współpracował z licznymi muzykami, artystami i kompozytorami. Jednak jego kariera przybrała zawrotne tempo, gdy po latach spotkał swojego kolegę z dzieciństwa, z którym zrewolucjonizował western.

WESTERN: REDUX

W kinie można mówić o dwóch naczelnych nurtach westernowych – ten tradycyjny, tak stary jak niemalże całe kino, to John Wayne w białym kapeluszu, z uśmiechem spoglądający na sielankowe życie w niewielkim miasteczku pośród malowniczej prerii. Ten drugi, nazywany od miejsca swoich narodzin spaghetti westernem to Clint Eastwood. Cały brudny i zmęczony przepełnionym brutalnością życiem pośród najgorszych szumowin z którymi musiał się rozprawiać. Ale Clint Eastwood nie zrobiłby kariery, gdyby nie duet Sergio Leone & Ennio Morricone.

Leone zwykł mawiać, że jego najwybitniejszym scenarzystą był właśnie Maestro Ennio. Nie musimy ufać genialnemu reżyserowi na słowo. Ich wspólne sześć filmów na zawsze zmieniło myślenie o narracyjnej roli muzyki w filmie. W żadnym innym gatunku, może poza musicalem, ścieżka dźwiękowa nie była tak wyeksponowana jak w efektach ich współpracy. Wynikało to z myślenia muzyką. Morricone komponował ścieżkę dźwiękową w oparciu o opowieść Leone jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Reżyser następnie odgrywał ją na planie w trakcie kręcenia, przez co długość ujęć i przejść dostosowywał do zmian w muzyce.

A to charakterystyczne brzmienie? Efekt kreatywności połączonej z pragmatyzmem. Włoskich twórców nie było stać na zaangażowanie pełnej orkiestry symfonicznej, która odegrałaby monumentalną symfonię. Mniej instrumentów, ale wykorzystywanych lepiej, dziwniej, bardziej awangardowo.

PEWNEGO RAZU W…

Nawet ludzie kompletnie niezainteresowani westernem mają ogromną garść filmowych emocji, które zawdzięczają Ennio Morricone. Największym, współczesnym popularyzatorem muzyki mistrza jest bez wątpienia Quentin Tarantino. Reżyser znany z zapożyczeń i hołdów dla swoich ulubionych dzieł popkultury nie odmówił sobie przyjemności podbierania utworów swojego ukochanego kompozytora i umiejscawiania ich w zupełnie odmiennych kontekstach.

Z perspektywy autora tworzącego kompletny i spójny album pod konkretny film, można mieć pewne zastrzeżenia do działalności Tarantino, co Morricone kilkukrotnie zgłaszał. Ostatecznie Panom udało się dojść do porozumienia. Tak powstała ścieżka dźwiękowa do Nienawistnej ósemki, jedynego filmu Quentina z własną, dedykowaną muzyką.

 

Muzyka Morricone była w stanie wynieść przeciętny film na szczyt listy do obejrzenia. Tworzył najbogatsze kompozycje z najoszczędniejszych środków. Aranżując pod tak różnorodne produkcje, w wielu z nich doskonale przemycił elementy swojego włoskiego dziedzictwa. Tak robił w swoich dziełach Wojciech Kilar czy Krzysztof Penderecki. U nich też znajdziemy elementy polskości. Swoją twórczością stworzył odrębny nurt filmowy oraz wychował na niej kolejne pokolenia wielkich artystów tworzących niemalże w każdym gatunku.

Clint Eastwood wręczający Ennio Morricone honorowego Oscara za całokształt twórczości, 2007

Byłoby frazesem powiedzieć, że Ennio Morricone był wybitnym kompozytorem filmowym: w tym względzie jego muzyka mówi sama za siebie. Zaryzykujmy jednak tezę, że był jednym z najwybitniejszych kompozytorów w ogóle, zasługującym na swoje miejsce obok Mozarta, Bacha, Chopina czy Ellingtona.

Ennio Morricone zmarł 6 lipca 2020 roku. Miał 91 lat.

Przygotowali: Józef Poznar, Jagoda Olczyk, Anna Lalka, Maciej Tomasiewicz, Ida Górska, Jan Chrzan

Skee Mask

Wiele osób, które utkwiły w świecie muzyki elektronicznej wcale nie postrzega jej repetytywności jako zalety. Woli nie wiedzieć co będzie za zakrętem. Dla tego grona odbiorców Skee Mask uchodzi za wizjonera, który wespół z takimi producentami jak Objekt czy Barker wytycza nowe szlaki, w zakresie tego, jak można komponować muzykę elektroniczną na styku home-listeningu i klubowego soundsystemu. Wbrew pomysłowi na kultowy album Compro i dwie kolejne EP-ki dla Ilian Tape z ubiegłego roku, najnowsze wydawnictwo, czyli podwójna EP-ka ISS005/ISS006, jednoznacznie rozgranicza kierunek klubowy i kierunek sound-designerski, kompletnie pozbawiony rytmu. W nowej konwencji ten – podziwiany przez media, słuchaczy, a nawet najbardziej uznanych kolegów po fachu – muzyczny nerd, rozwija swoje skrzydła bardziej niż kiedykolwiek.

Niewielu miłośników wytwórni Ilian Tape i Skee Maska w obecnej formie pamięta o drugim aliasie Bryana Mullera, pod którym de facto wydał nawet więcej muzyki niż jako cieszący się uznaniem na scenie Skee Mask. Co ciekawe, ostatni materiał SCNTST-a, bo o tym przydomku mowa, ukazał się całkiem niedawno – tuż przed albumem Compro, w pierwszej połowie 2018 roku. Ten stał się klasykiem współczesnego techno i napędził karierę Skee, co w konsekwencji najpewniej pogrzebało starą ksywkę. Jej historia sięga jednak aż 2010 roku, gdy 17-letni Bryan nawiązał współpracę z berlińskim Boysnoize Records. Wydawnictwa SCNTST-a pozwalają prześledzić producenckie dojrzewanie Mullera, którego początki były nieco bardziej melodyjne i hip-hopowe, ale już przejawiały jego niecodzienny dryg do składania skomplikowanych w swojej konstrukcji dzieł. Jako Skee Mask, Niemiec okroił i ochłodził swoje produkcje oraz niemal uniemożliwił odbiorcom doszukiwanie się bezpośrednich inspiracji gatunkowych. Jeżeliby spróbować się na to porwać – na debiutanckim Serum bardziej niż w najnowszych utworach dało się znaleźć syntetyczne detroit techno z obsesyjną dbałością o brzmienie warstw dźwiękowych i rytmu. W podobny sposób artysta do dziś łączy i uwspółcześnia różne klubowe odmiany muzyki elektronicznej sprzed 20 lat lub jeszcze starsze.

 

Marco i Dario Zenker nie kryli zaskoczenia, gdy przy pierwszym spotkaniu ujrzeli wycofanego nastolatka, który nie potrafił zamienić słowa o czymkolwiek innym niż muzyka. Zenkerzy błyskawicznie otworzyli się na zdolność Skee Maska do produkowania niebywałej ilości muzyki w krótkim czasie. W swoich utworach, Bryan Muller od początku miał komfort podążania za muzycznymi fascynacjami, gdyż to on został wyłowiony przez szefów Ilian Tape a następnie zachęcony do otworzenia nowego rozdziału w karierze, pod nowym aliasem. Przyjacielske, a wręcz braterskie relacje panujące w szeregach Ilian Tape zawsze chwalili też inni wychowankowie labelu jak Stenny czy Andrea. Choć dziś to jedna z najbardziej wyhype’owanych wytwórni na scenie klubowej, wciąż tworzy ją wąskie grono współpracowników bazujących na podobnych gustach muzycznych i zaufaniu do szefujących Zenker Brothers.

Pęd kariery Bryana Mullera nie ujął ani trochę z tej introwertycznej sylwetki chłopaka wycofanego z życia towarzyskiego, mieszkającego z rodzicami w domu pod Monachium i ograniczającego swoją obecność w social mediach do dzielenia się z fanami utworami, do których dotarł na youtube, po kolejnych nastu godzinach spędzonych na diggowaniu muzyki elektronicznej. Nawet wyraźny wzrost zainteresowania jego muzyką nie wpłynął znacząco na jego delikatną osobowość i chęć do nieustannego zamykania się w studiu. Rozgłos w mediach muzycznych, w tym przypadku proporcjonalny do wysokiej jakości produktu, doprowadził Skee do bardzo komfortowej sytuacji, w której oferty promotorów, organizatorów imprez nie przestają napływać do jego agentów, a on większość z nich odrzuca, nie dając się wciągnąć do djskiego techno biznesu, w którym czas na studio znajduje się na kompletnej zadyszce między kilkoma występami w różnych zakątkach Europy notowanymi co weekend. To z kolei wywindowało jego stawkę do poziomu nieraz trzykrotnie przewyższającego gaże artystów o porównywalnym stażu i statusie.

“u kno whuddid iss” z końcem maja obwieścił Skee Mask na twitterze publikując zdjęcie dwóch testowo wytłoczonych płyt winylowych. Skee mógłby stać na czele grupy producentów, na których wybuch pandemii zadziałał wręcz wyzwalająco. Oczywiście, Muller uwielbia miksować grime’owe i basowe perełki sprzed 15 lat z jeszcze niewydanymi kawałkami swoich kolegów z Ilian Tape na najlepszych klubowych soundsystemach. Jednakże nie ulega wątpliwości, że najbardziej naturalnym środowiskiem zawsze było dla niego studio. Skupił się zatem głównie na wykończeniu podwójnej EP-ki z jego autorskiej Ilian Skee Series. Któremukolwiek z jego wcześniejszych wydawnictw by się nie przyjrzeć, tracklisty zawsze obejmowały zarówno klubowe, jak i bardziej ambientowe aranżacje. Tym razem, Bryan Muller po raz pierwszy tak bezkompromisowo nadaje im oddzielne kierunki. Klubowa piątka w piękny w swojej surowości sposób maksymalizuje efekt, jaki na czujnych słuchaczach może wywołać nierówny, lecz mistrzowsko wyprodukowany rytm. Jeszcze ciekawiej jest jednak na ambientowej szóstce. Jeżeli ktoś zapomniał o tym, że muzyce elektronicznej kryją się emocje autora, niech posłucha ile miłości, i w jak rozmaitych odcieniach, wyraża w niej Skee Mask. Na przykład w euforycznym Mbass123 Excerpt czy wstydliwym, niemal bluesowym Frogsplash (Reshape).

 

Szymon Baczyński

Rival Consoles

Rival Consoles to sceniczny pseudonim Ryana Lee Westa, brytyjskiego producenta muzycznego, kompozytora i multiinstrumentalisty. West jest znany ze swojego charakterystycznego brzmienia łączącego ambientowe, atmosferyczne kompozycje z bogatą rytmicznie elektroniką. Muzyka ta, pomimo swej złożoności, eksperymentalnego charakteru i nierzadko dystyngowanej formy, pozostaje melodyjna i łatwa do słuchania, co pozwoliło artyście zebrać dość szerokie grono fanów.


Gdy miał 12 lat, zaczął uczyć się gry na gitarze. To właśnie dzięki temu instrumentowi zrodziła się pasja do eksperymentowania z dźwiękiem. Jak sam twierdzi, z czasem możliwości gitary zaczęły być dla niego zbyt wąskie, więc rozpoczął poszukiwania instrumentu umożliwiającego większą ekspresję. W ten sposób zaczął eksplorować świat elektroniki. Następnie podjął studia z zakresu technologii muzycznej na uniwersytecie w Leicester, aby zdobywać wiedzę i szlifować umiejętności w tym zakresie. Początkowo West występował pod pseudonimem
Aparatec tworząc muzykę z gatunku IDM. Jednakże w 2007 roku jego twórczość zmieniła kierunek, a wraz z tym zmienił swój pseudonim na Rival Consoles – przy którym pozostał do dziś.

Brzmienie muzyki Ryana można określić w uproszczeniu jako downtempo lub ambient z rytmicznymi elementami, jednak eksperymentalna natura tych kompozycji nierzadko odbiega od ścisłej definicji obydwu gatunków. W dorobku artysty można usłyszeć zarówno bardziej rytmicznie stałe, wręcz taneczne utwory. Do tego dochodzą dłuższe, złożone kompozycje o rozbudowanej strukturze oraz dynamice, jak też ambientowe plamy dźwiękowe. Charakterystyczne w brzmieniu Westa są lekko rozstrojone, krótkie uderzenia syntezatorowe, które następnie tnie i moduluje z użyciem różnych efektów. Dźwięki te przywodzą nieco na myśl szarpanie strun, jednak brzmią przy tym bardziej “magicznie”.

Artysta w swojej muzyce często eksperymentuje z dużą ilością drobnych, subtelnych modyfikacji, nadając dźwiękom z syntezatorów i maszyn swego rodzaju ludzki charakter. Sample perkusyjne można określić jako brzmiące organicznie, gdyż swoje źródło mają często w dźwiękach przedmiotów z otoczenia kompozytora. Elektroakustyczną fuzję dopełniają osobiście nagrywane, stłumione filcem pianino, gitary czy żywa perkusja. Używane do przetwarzania tych instrumentów echa taśmowe i magnetofony, nadają akustycznym instrumentom dodatkowego charakteru.

Ciekawą i oryginalną metodą zapisywania przez Ryana muzycznych pomysłów jest tworzenie abstrakcyjnych, podłużnych rysunków, mających wizualizować zamysł struktury i brzmienia utworu. Obrazy te stały się sporą inspiracją w trakcie pisania nowego albumu artysty. Podobną formę ekspresji swoich idei stosował również ojciec muzyki ambient – Brian Eno, jednak rysunki Westa są bardziej złożone w swojej formie i przepełnione kolorami. Część z nich udostępniona jest do wglądu na oficjalnej stronie internetowej artysty.

Rival Consoles od początku swojej kariery pozostaje ściśle związany z niezależną londyńską wytwórnią Erased Tapes, w której jest pierwszym zakontraktowanym artystą i która wydała wszystkie jego dotychczasowe nagrania. Wytwórnia ta skupia się na głównie na awangardowych i eksperymentalnych brzmieniach, a wśród jej artystów znajdziemy m.in. Ólafura Arnaldsa, Nilsa Frahma, Petera Brodericka czy islandzki duet Kiasmos. Można powiedzieć, że charakter dźwięków Ryana Lee Westa ufundował podwaliny rozpoznawalnego brzmienia labelu.

Występy na żywo Ryana Lee Westa przybierają formę raczej live actów, niż klubowych setów. Po wydaniu albumu Persona, w 2018 roku muzyk rozpoczął podróżować po świecie ze swoim audiowizualnym przedstawieniem, w którym utwory łączył ze spontaniczną improwizacją, a wszystko to było okraszone generatywnymi, abstrakcyjnymi animacjami, wzbogacającymi wrażenia od strony wzrokowej. Najnowszym koncertowym przedsięwzięciem artysty był zaś występ z orkiestrą w londyńskim Southbank Centre w styczniu tego roku.


W dorobku producenta
 znajdziemy pięć albumów oraz kilkanaście epek, singli i remiksów, które wykonywał dla takich artystów jak Max Cooper, Vessels, Sasha czy wspomniani Ólafur Arnalds i Nils Frahm. Brzmienie ewoluowało z płyty na płytę – sam artysta odszedł od pierwotnej, surowej formy inspirowanej muzyką IDM na rzecz bardziej przestrzennych dźwięków i złożonych kompozycji.

Twórczość Westa to nie tylko studyjne, solowe wydawnictwa. Artysta ma na swoim koncie projekty związane z wystawami dźwiękowymi w koncepcji Sound Art czy muzykę do przedstawień teatralnych i choreografii tańca nowoczesnego. W zeszłym roku West stworzył także oprawę dźwiękową do jednego z odcinków znanej serialowej produkcji Netflixa – Black Mirror.

Szósty album, pod tytułem Articulation, ukaże się już pod koniec lipca, ale tytułowego utworu możecie posłuchać już dziś. Koncepcja albumu jest próbą ekspresji różnych bodźców zmysłowych za pomocą pojedynczego medium, jakim jest dźwięk. Tak abstrakcyjny sposób odbierania zmysłów nazywany jest synestezją, a osobie z takimi zdolnościami określony dźwięk lub skala nieodparcie kojarzy się z na przykład konkretnym kolorem lub kształtem. To nie pierwsze dzieło Westa stworzone w konceptualnej formie – poprzedni album Persona inspirowany był filmem Ingmara Bergmana o tym samym tytule.
Po nadchodzącym krążku możemy spodziewać się kolejnej dawki eksperymentów, symbiotycznie łączących akustyczne instrumenty z elektronicznymi maszynami. Z każdym następnym odtworzeniem będziemy odkrywać kolejne niuanse brzmienia poukrywane w pięknych melodiach.

Adam Salamon

DJ Boring

boring

Gdy myślimy o gatunku lo fi house, spodziewamy się brudnej produkcji, odejścia od wypolerowanego dźwięku na rzecz trzasków i szumów, niczym z kasety audio. Każdy kto w połowie poprzedniej dekady digował muzykę house na platfromie YouTube, z pewnością natknął się na utwory należące do tego podgatunku. I najprawdopodobniej pierwszym utworem jaki wprowadził nas w magię zakurzonego dźwięku, wzbogaconego o sample z lat 90tych i 80tych był właśnie kawałek pod tytułem Winona. Utwór powstał gdy Tristan Hallis znany również jako DJ Boring, zainspirowany wczesnymi wywiadami z aktorką Winoną Ryder, postanowił stworzyć kompozycję wykorzystując sample z jej głosem. Gdy Tristan wrzucał ten utwór na SoundCloud, nie miał pojęcia, że już wkrótce dźwięk ten stanie się flagowym brzmieniem lo fi house’u.

 

DJ Boring to pseudonim, który od razu przywołuje na myśl charakterystyczny szum i trzaskot produkcji lo fi. Podobnie dzieje się, gdy słyszymy takie nazwy wykonawców jak Ross from Friends, Seinfeld czy Mall Grab. Miniaturka z wizerunkiem kultowej aktorki Winony Ryder pojawiała się wręcz nachalnie, promowana przez algorytm YouTube za każdym razem gdy fraza “house” była wyszukiwana na tej witrynie. Utwór ten, bez wątpienia, stał się klasykiem w momencie gdy pojawił się w sieci. Jednak Tristan nie miał zamiaru poprzestać na jednym viralowym hicie i zaczął wydawać coraz więcej house’owej muzyki. Wkrótce po sukcesie jaki odniósł utwór Winona, wydał epkę Sunday Avenue EP, na której kontynuował brzmienie, jakie wypracował na swoim pierwszym wydaniu. Relaksujący, nostalgiczny house, który zdobył serca rzeszy słuchaczy swoim brzmieniem.

Twórczość Tristana często zawiera odniesienia do ikon popkultury, poza Winoną Ryder, do takich jak George Michael czy John Waters. Zawieranie w utworach sampli które odnoszą się do tych postaci, to jego sposób na złożenie im hołdu w formie muzyki. Niedługo po odejściu Georga Michaela, wydał utwór zatytuowany “Goodbye Michael”. Wszechobecność wspomnianych figur, tak mocno zakorzenionych w minionych dekadach, nadaje twórczości Tristana jeszcze bardziej nostalgiczny wydźwięk.

DJ Boring jest nie tylko świetnym poducentem ale też mistrzowskim DJ-em, który nie boi się przełamywać konwencji i zaskakiwać tłumy nieoczekiwanymi doborami utworów. Na jego setach można spodziewać się wszystkiego, od mało znanych elektronicznych break’ów po klasyki lat 90. Ta odwaga w selekcji to już sztandarowa cecha setów Tristana. “Zagrałem kawałek Tiesto na wielu imprezach i ludzie mówili: „Stary, to jest takie dobre!”.Potem dowiadywali się, że to Tiesto, i ich reakcje były dosyć zabawne. Dwie sekundy wcześniej dajesz się ponieść, a teraz nagle pojawia się chwila zawahania. Moją ulubioną rzeczą w muzyce jest to, że jest ślepa. Nie musisz wiedzieć, kto jest wykonawcą, jeśli muzyka jest dobra, to jest dobra.”

 

Odwaga, którą DJ Boring popisuje się na swoich setach odzwierciedla się też w muzyce, którą tworzy. Nigdy nie był on zainteresowany pozostaniem przy dźwięku jaki przyniósł mu sławę, a jego najnowsze produkcje wyraźnie to pokazują. Powoli zakurzona, szumiąca produkcja zostaje porzucona na rzecz ciekawszych eksperymentów z dźwiękiem. Twórczości tego artysty na pewno nie można nazwać nudną. Czemu więc za przydomek wybrał sobie akurat nudę? Historia jest bardzo nieskomplikowana. Nazwisko Tristana w języku szwedzkim oznacza to samo, co słowo “boring” w angielskim.

“Nuda” pojawia się jedynie w pseudonimie, bowiem najnowsze wydanie Tristana Hallisa to całkowite odejście od dźwięków, z którymi do tej pory był kojarzony. Jest to album pełen rozmachu, energii i przede wszystkim wypolerowanej, ciekawej produkcji. Nie znajdziemy tu już szumów i trzasków, nie usłyszymy też sampli wokalnych ze starych filmów czy utworów z lat 80. Jest to bardzo ciekawa ewolucja dźwięku, bez wątpienia spowodowana doświadczeniami Tristana wyniesionymi z występów na światowych scenach. Dźwięki jakie usłyszymy na najnowszej EPce pod tytułem Like Water są bardzo płynne, krystaliczne i dynamiczne. W utworach zawarta jest energia, której wcześniej nie było słychać w jego produkcjach. Najnowsze wydawnictwo brzmi zarówno futurystycznie jak i nostalgicznie, łącząc w jednym brzmieniu zarówno fascynację Tristana popkulturą minionych lat jak i chęć roztańczenia głodnych zabawy tłumów. Ten płynący i otulający basem dźwięk stworzony jest by wprowadzać w euforię tłumy zgromadzone na wielkich festiwalowych scenach i bez wątpienia jest to nowa jakość od już legendarnego producenta muzyki tanecznej.

Jakub Czechorowski

Lido Pimienta

Kolumbijsko-kanadyjska piosenkarka i artystka wizualna tradycyjne latynoskie brzmienia, takie jak cumbia, oryginalnie splata z synthpopem i elektroniką. 10 lat po rozpoczęciu kariery muzycznej, wydała w tym roku drugi album Miss Colombia. Wybitny krążek jest nie tylko podróżą po brzmieniach Ameryki Południowej, ale też brutalną opowieścią o trudach życia w Kolumbii – pełnej nietolerancji, korupcji i przemocy, przez którą uciekła na stałe do Kanady. Artystką Tygodnia w Radiu LUZ, Lido Pimienta.

Mówi o sobie – artystka interdyscyplinarna. Od lat dwutysięcznych Lido Pimienta pracuje sztuką, która łączy wiele rodzajów i przybiera różne formy. Rozpoczynała jako kuratorka i twórczyni wizualna, ale od lat jej siłą napędową jest muzyka. Szerokie patrzenie na świat artystyczny sprawia jednak, że Lido ma niesamowitą lekkość w poruszaniu się między gatunkami, kreatywnym podejściu do przekazu wizualnego i podkreślaniu znaczenia kontekstów. Słuchanie Pimienty odbywa sie na wielu płaszczyznach.

Lido Pimienta zadebiutowała w 2010 roku albumem Color. EPka była kolekcją piosenek napisanych jeszcze w Kolumbii. Tematyka czerpała z młodzieńczych doświadczeń Lido z muzyką metalową, własną tożsamością i, dosłownie, ze znalezieniem własnego głosu. Artystka wspomina, że gdy miała 11 lat wykradała się z lekcji w prywatnej szkole, żeby wyjeżdżać na przedmieścia miasta Barranquilla. Tam grała w zespołach metalowych na instrumentach zrobionych ze złomu. Od bardzo młodych lat muzyczka poznawała się z różnymi brzmieniami, choć już wtedy w głowie grała jej elektronika.

Szukała od zawsze własnej tożsamości, miejsca w społeczeństwie i kulturze. W Kolumbii chodziła do amerykańskiej szkoły, która podkreślała zachodnie, katolickie wartości – nie mogła nawet mówić tam w języku hiszpańskim. Nie podobało jej się to, chociaż pomimo miłości do bogatej kultury kolumbijskiej, artystka uciekała także do obcej lokalnie muzyki elektronicznej i fascynacji wielokulturowej. Własne doświadczenia przelała w sztukę, w której od samego początku podkreśla miłość do różnorodności. Zawsze uważała, że jest łącznikiem kilku światów.

Artystka pokazała w jednym z wywiadów z Red Bull Music utwór Aurity CastilloChambacu, jako przykład gatunku cumbia – tradycyjnej, latynoskiej muzyki. Jest to też ważny element północnej Kolumbii, skąd pochodzi Pimienta. Czerpie z niej przełamanie radosnego brzmienia z ponurymi niuansami. Do cumbii można tańczyć, ale i wpadać w długie refleksje. Piosenka opowiada o ukochanej dzielnicy i ziemi, do której wzdycha młoda wokalistka w smutnym tonie. Taka też jest muzyka Lido Pimienty – cynicznie opowiadającej o swoich korzeniach.

Intersekcjonalny, patrzący szerzej feminizm nabiera mocy, gdy mówi o nim czarna, rdzenna Kolumbijka. Muzyczka powiada o dorastaniu w środowisku, w którym o problemach dyskutowało się za zamkniętymi drzwiami. Temat porusza w jednym ze swoich najpopularniejszych utworów: Nada. Lido Pimienta oraz Li Saumet śpiewają tam o patriarchalnej historii i trudach byciu kobietą, szczególnie w Kolumbijskiej społeczności. Nada została napisana kilka dni po porodzie jej córki,

W wieku 19 lat Pimienta wyjechała do Kanady. Muzyczka szukała ukojenia – chciała założyć rodzinę i cieszyć się z życia w otwartym, zdrowym środowisku. Nie chciała jednak zapominać o swoich korzeniach i narodowej kulturze. Studiowała produkcję muzyczną i szkoliła się w celu tworzenia własnej muzyki. Po wydaniu pierwszego amatorskiego longplaya Color produkowanego przez jej ówczesnego męża, drugi album La Papessa wyprodukowała już całkowicie sama.

Drugi album artystki oznacza „Najwyższą Kapłankę”, która jest kartą powszechnie używaną w tarocie. Ma to znaczenie w niezależności człowieka – posiadaniu całkowitej kontroli nad swoim życiem. Pimienta ma za sobą toksyczny związek, pełen przemocy i pogardy w jej kierunku, który opisała w utworze La Capacidad. Utwór o tym, że miłość nie powinna być wyrokiem i należy szukać wyjścia z toksycznej relacji – stała się hymnem i wzorem dla wielu kobiet żyjących w patriarchalnych społecznościach Ameryki Południowej.

Al Unisono Viajan oznacza „Odlatują zgodnie” i opowiada o podobieństwach w narracji o kolonizacji w Ameryce Północnej i Południowej. „To moja pieśń miłosna dla rodzimych braci i sióstr” – skomentowała utwór Lido Pimienta. Kiedy po raz pierwszy przeprowadziła się do Kanady, Pimienta, której matką była Wayuu, a ojciec Afro-Kolumbijczykiem, nic nie wiedziała o historii rdzennych mieszkańców Kanady i była zszokowana, gdy dowiedziała się, jak podobna jest ich historia do jej ludu.

Pimienta znalazła się w mainstreamie w 2017 roku, kiedy jej debiutancka płyta La Papessa zdobyła Nagrodę Polaris , najwyższe muzyczne wyróżnienie w Kanadzie. 17 kwietnia tego roku, usłyszeliśmy drugi album artystki – Miss Colombia. To symboliczne odzyskanie korony przez Pimientę w branży pełnej rasizmu i mizoginii.Stworzona z głęboką pasją i staranną dbałością o szczegóły płyta brzmi jak pełna realizacja od dawna spełnionego marzenia, które stało się możliwe dzięki szerszej platformie i większemu budżetowi.

Miss Colombia stawia na podkreślenie afro-kolumbijskich brzmień, mieszania ich z dopracowanymi elektronicznymi bitami oraz mocnymi tekstami. Pimienta często pisze z perspektywy kogoś, kto cynicznie odnosi się do mizoginii i rasizmu. Album to refleksje na temat osobistych doświadczeń z macierzyństwem i relacjami, ale też wezwanie do społecznej rewolucji w kwestii traktowania czarnych i mieszanych kobiet w Ameryce Południowej. Lido Pimienta to dalej przewrotna artystka, która nie boi się słów, ale i zabawy tanecznym brzmieniem.

Rory Gallagher

Jimi Hendrix, zapytany jak to jest być najlepszym gitarzystą świata, miał odpowiedzieć „Nie wiem, zapytajcie Rory’ego Gallaghera„. Często mówi się, że ta wymiana zdań tak naprawdę nie miała miejsca, jednak wciąż śmiało można powiedzieć, że Gallagher był wyjątkowo utalentowanym muzykiem. Poznajcie naszego Artystę Tygodnia.

 

Rory Gallagher urodził się w 1948 roku w Ballyshannon, w Irlandii, a wychował w Cork. Za gitarę złapał podobno w wieku 9 lat i sam nauczył się wszystkiego. O jego umiejętnościach z uznaniem wypowiadali się Jimmy Page, czy Eric Clapton. Inspirują się nim Brian May, Slash, Johnny Marr i jeszcze wielu innych muzyków. Mimo to, artysta rzadko pojawia się na wysokich pozycjach w zestawieniach najlepszych gitarzystów. Dlaczego? Może to wynikać z jego nieśmiałości i niechęci do mainstreamu. Gallagher w gruncie rzeczy był prostym chłopakiem w koszuli w kratę, który stronił od błysków fleszy: przykładowo odrzucił propozycję dołączenia do The Rolling Stones (początkowo był przekonany, że to żart!) Ze sceną muzyczną był jednak związany już w wieku 15 lat. Jego pierwsze sukcesy przypadły na okres działalności blues rockowego zespołu Taste.

 

Największe zainteresowanie wzbudziły jednak solowe dokonania Rory’ego Gallaghera. Artysta zdążył już wypracować swój własny styl gry na gitarze oparty na bluesowych korzeniach i hardrockowej energii. Charakterystyczna była również dla niego technika slide i Irlandzki folk. Rory grał też na mandolinie, saksofonie, banjo, czy cymbałach. Jego całkowite skupienie na muzyce zaowocowało pasmem sukcesów, które trwało całą dekadę; każdy kolejny album umacniał jego pozycję w czołówce najlepszych współczesnych gitarzystów. Rory Gallagher, Deuce, Tattoo, czy Irish Tour to tylko kilka przykładów. Jednak pod koniec lat 70-tych jego gwiazda jakby przygasła. Choć prawdopodobnie najbardziej podziwiano go w jego rodzinnej Irlandii, nawet tam nieco o nim zapomniano gdy pojawiły się zespoły takie jak U2 (a przecież The Edge wymienia Gallaghera jako inspirację), czy The Boomtown Rats. Spodziewano się, że lada moment jego talent zostanie przyćmiony przez nowe gwiazdy. „Ale nie było wtedy kogoś takiego jak Rory, był wyjątkowy” – powiedział brat muzyka, Donal.

Lata 80-te Gallagher zaczął od wydania kolejnego koncertowego wydawnictwa, Stage Struck, które zawierało nagrania z jego występów w 1979 roku. Potem pojawił się album Jinx. Nie zawierał już przebojów pokroju Bad Penny, czy Tattoo’d Lady, ale wniósł nową energię do dorobku muzyka. Wyglądało jednak na to, że kariera Gallaghera chyli się ku końcowi. Zdał sobie sprawę, że zaniedbał swoje zdrowie, być może czuł się też mniej płodny artystycznie niż kiedyś. Ostatnie lata jego życia upłynęły na walce z depresją i fobią przed lataniem samolotami. By ukoić nerwy, pił alkohol. Mimo problemów, Rory Gallagher wciąż jednak poświęcał czas muzyce. Po 1990 wprawdzie nie pojawił się już żaden album, ale artysta nadal grał koncerty. Ukochana scena wyeksponowała jego kiepski stan zdrowia. W 1995 okazało się, że Rory potrzebuje przeszczepu wątroby. Niestety po operacji nie było mu już dane powrócić do muzyki. Zmarł 14.06 tego samego roku.

Pamięć o Rorym Gallagherze jest szczególnie pielęgnowana w Irlandii, gdzie stał się właściwie bohaterem narodowym. Upamiętniające go pomniki stanęły w Bellyshannon, Dublinie, czy Cork. Poza tym w Bellyshannon jego imieniem nazwano teatr i festiwal muzyczny, który odbywa się od 2002 roku.W wielu miejscach w Irlandii można także zauważyć murale z podobizną muzyka.
Od 2003 roku regularnie na rynku pojawiają się niepublikowane wcześniej nagrania oraz albumy kompilacyjne; nawet w marcu tego roku została wydana płyta Check Shirt Wizard: Live in ’77. Z jednej strony można to nazwać odcinaniem kuponów, z drugiej jednak warto przypominać o artyście, którego dorobek jest wspaniałą, bogatą brzmieniowo podróżą.

Marta Łobażewicz

Charli XCX

Królowa popowego undergroundu i przewodniczka po bubblegumbassowych bezdrożach Charli XCX wraca z nową płytą How I’m Feeling Now i jest artystką tygodnia w Radiu LUZ.

Debiutancki krążek Charli XCX True Romance wypuszczony w 2013 roku półtora roku po premierze kultowego singla Nuclear Seasons jest przede wszystkim sukcesem krytycznym. Słodko-gorzki w wymowie, gęsty electropowy album z elementami witch house’u i R&B zwraca uwagę przede wszystkim muzycznych nerdów. Charli ujmuje pewnością siebie, melodyjnością i eterycznym brzmieniem materiału, ale na płycie wyróżniają się przede wszystkim przebojowe single. Zgodnie z zasadą, by kuć żelazo póki gorące, Charli wypuszcza drugą płytę Sucker zaledwie półtora roku po swoim debiucie. Album był odejściem piosenkarki od elektropopowego filaru w stronę radiowego poprockowego brzmienia, które podparte refrenem w hitowym Fancy Iggy Azealii udaje się wypromować komercyjnie po obu stronach oceanu. To lekki, ale i naiwny krążek pełen prostolinijnych popowych piosenek z gitarowym zacięciem, które jednym uchem wpadają, ale chwilę później już ich nie ma.

Rok później XCX, wciąż drugoligowa, ale coraz bardziej rozpoznawalna i poważana za kreatywne podejście do popu w kręgach alternatywnych wokalistka wpada pod skrzydła specjalistki od bubblegum bassu Sophie i wspólnie nagrywają ironiczną epkę Vroom Vroom, która dla Charli ma stanowić nowy początek i uformować twórczo jej brzmienie i kolejne lata jej kariery. Połamane wydawnictwo łączące trap, zrekonstruowaną elektronikę i mroczny elektropop zostaje początkowo przyjęte z niedowierzaniem. Miną aż cztery lata zanim piosenkarka wyda na świat prawowitego następcę komercyjnie obiecującego Sucker. W międzyczasie nawiąże kreatywne relacje z producenckim orężem PC Music, sztandarowej oficyny nurtu bubblegum bass i wspólnie z tą nową świtą spróbuje aż sześciokrotnie wydać hit, który mógłby stać się filarem jej wielkiego comebacku. Bezskutecznie, pomimo doskonałych recenzji i entuzjastycznych reakcji fanów, aż do 2018 roku nie udaje jej się wspiąć zadowalająco wysoko na listy przebojów.

Charli XCX

W marcu 2017 roku wokalistka nieoczekiwanie wraca do tradycji nagrywania mikstejpów sięgającej jeszcze jej potyczek sprzed kontraktu z Warner Music. Sprzysiężona kreatywnie wraz z A. G. Cookiem z PC Music i utalentowanymi producentami Sophie, Dannym L Harlem czy Easy FX piosenkarka początkowo bez pozwolenia własnej wytwórni nagrywa mikstejp Number 1 Angel. Świeżo wyprodukowany krążek pełen znakomitych melodii bez wielkoformatowej promocji nie trafia szeroko pod strzechy, ale zdobywa uznanie krytyki i otwiera Charli wiele drzwi. Zaledwie kilka miesięcy po jego premierze wokalistka idzie za ciosem. Na drugiej części projektu zatytułowanej po prostu Pop2 jest nawet odważniejsza w swoich stylistycznych mariażach. Futurystyczna popowa awangarda zrealizowana po raz kolejny pod skrzydłami A. G. Cooka to także pretekst, by na jednej płycie zebrać śmietankę alternatywnego popu — są więc duety z Carly Rae Jepsen, Caroline Polachek, Dorianem Electrą czy Tommy’m Cashem, a całość przechodzi do historii jako pop nowej generacji.

Po co Charli XCX, świadomej, niezależnej i twórczej wokalistce, szeroka baza fanów i przeboje w komercyjnym radiu? Żeby na starość móc w tych samych mediach reklamować krem pod oczy? Dwoistość swojej scenicznej natury to jeden z największych problemów jej dotychczasowej kariery. Mimo tego po latach stylistycznych harców we wrześniu 2019 roku Charli wreszcie udaje się wydać trzeci oficjalny album — po raz kolejny zrealizowany pod kreatywnym okiem A. G. Cooka, ale jakby bardziej zachowawczo. Tymczasem Charli udowodniła już nie raz, że jej najlepsze projekty to te wydawane bez wielkolabelowego powrozu na szyi. Jej czwarta płyta How I’m Feeling Now stworzona w przeciągu ostatnich tygodni na kwarantannie, z potrzeby zajęcia jakoś wolnego czasu, nawiązuje do najlepszych tradycji jej muzyki. Na nowym albumie bez skrępowania sięga po cały wachlarz popowych rozwiązań, które z powodzeniem stosowała przez ostatnie lata — na produkcjach A. G. Cooka, BJ-a Burtona, Danny’ego L Harle’a i Dylana Brady’ego jest niezatrzymywalną królową elektropopowego undergroundu, która wyłania się niespodziewanie z czeluści internetowej muzycznej mazi, żeby ocalić pop przyszłości od sztampy, nudy i radiowych formatów.

Kurtek Lewski