Archiwum

Fiona Apple

Ten świat to bzdura

Fiona Apple miała ledwie osiemnaście lat, gdy w 1996 roku ukazał się jej debiutancki krążek Tidal. Mimo młodego wieku piosenkarka od samego początku była niezależna — wszystkie 10 utworów, które znalazły się na jej pierwszej płycie, to kompozycje jej autorstwa. Utwory zainspirowane zostały ponoć nieudanym związkiem piosenkarki, ale odbijają się w nich szersze echa nadużyć i wykorzystywania. To niezwykle dojrzała i pewnie brzmiąca płyta napisana i nagrana przez młodą dziewczynę, która przeszła więcej niż powinna. Nic więc dziwnego, że od samego początku kariery nosi bezwarunkowo przypiętą jej łatkę specjalistki do spraw osób z chorobami psychicznymi. Jest też nieoficjalną matronką ruchu #metoo. Ale tematy poruszane przez wokalistkę to nie tylko przyczynek do terapii stresu pourazowego. To również przejmująco szczere i wrażliwe studium, nierzadko trudnych, wydarzeń i emocji, których doświadczamy wszyscy. Wyjątkowy charakter interpretacyjny tekstów symuluje emocje w sposób, który stwarza idealne warunki do utożsamienia się z podmiotem lirycznym i do autorefleksji. Każdy słuchacz w odpowiednim momencie może poczuć się dzieckiem Fiony Apple.

„Ten świat to bzdura” — tak w głośnej przemowie dziękczynnej podczas rozdania nagród MTV VMA w 1997 roku podsumowała showbiznes artystka. Trzy miesiące wcześniej piosenkarka zaistniała w zbiorowej świadomości odważnym singlem Criminal, traktującym o kobiecej seksualności, który opatrzono nawet bardziej kontrowersyjnym teledyskiem. Słowa Apple bezkompromisowo krytykującej światek show biznesu, stojąc na de facto na jego progu, odbiły się szerokim echem i w dalszym ciągu rezonują. W zeszłorocznym wywiadzie udzielonym magazynowi Vulture piosenkarka podtrzymała swoją opinię, komentując, że sytuacja od tamtej pory znacząco się pogorszyła, bo cytując Apple — „każdy chce być gwiazdą i zrobi cokolwiek, aby to osiągnąć”.

U progu mikrogatunku

Może i trudno przytaknąć stwierdzeniu, jakoby Fiona Apple wymyśliła ostatnio muzykę, jakiej jeszcze nie było. Z pewnością jednak nie można odmówić artystce przynależności do jej własnego mikrogatunku. Jeden z emblematów kultowego krążka When the Pawn… z 1999 roku to nie tylko buńczuczna gloryfikacja słowa zawarta w rozwlekłym tytule, z którym do dziś mógłby polemizować jedynie Sufjan Stevens. Drapieżna wokalistyka, rozwijająca wątki z debiutu, porywa do frenetycznego tańca, czerpiącego garściami z różnorakich stylistyk, od pop-rocka przez jazz po trip-hop. Drugie wydawnictwo Apple to epickie pozdrowienie dla Beth Gibbons, Tori Amos czy Laury Nyro, ale też manifestacja tożsamościowa, nieprzystawalna jak formą, tak treścią do obowiązujących trendów.

Fiona Apple

Choć Fiona Apple obronną ręką wyszła z czegoś, co nazywamy kryzysem drugiego krążka, po rewelacyjnym przyjęciu When the Pawn artystka miała twardy orzech do zgryzienia. Wydane po sześcioletniej przerwie Extraordinary Machine uznawane jest co prawda przez krytyków za najsłabszy krążek w dyskografii artystki, ale tylko ze względu na jego nierówny przebieg. Apple wciąż czaruje słuchaczy błyskotliwymi tekstami i nieoczywistym brzmieniem, a Extraordinary Machine z powodzeniem wprowadza do jej autorskiej koncepcji artystycznego popu post-kabaretową melodykę, na której siedem lat później ufunduje fenomenalne The Idler Wheel… z 2012 roku. To kolejne wydawnictwo w dyskografii Apple jest jednak rzadko przywoływane w kontekście kobiecej wokalistyki. Być może przez inherentną dla artystki od lat niepoprawność. Tymczasem to istny majstersztyk, najbardziej surowe i nieokiełznane z dotychczasowych wydawnictw Apple. Wokalistka czerpie tu garściami z bluesa czy wodewilu, wspomagając się minimalistycznymi środkami wyrazu, a mimo to pozostaje w obrębie nieznośnie śpiewnych i uniwersalnych kompozycji.

Paradoks Fetch the Bolt Cutters

O Fetch the Bolt Cutters, wydanej przed miesiącem po ośmioletniej przerwie, piątej płycie piosenkarki już w dniu premiery napisano więcej niż można było przeczytać. Pozostająca poza jakimkolwiek układem medialnym Apple przedstawiła na niej swoją własną surową i nieskrępowaną wizję artystycznego popu wywodzącego się jak zwykle z tradycji flirtującego z musicalową melodyką piano rocka, ale przybierającego tutaj nawet bardziej introspektywne i nieokrzesane formy. Apple nadal pozostaje brutalnie szczera i po raz kolejny udaje jej się zredefiniować swoje brzmienie, w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Intymność przybrała tutaj formę kuchennych perkusjonaliów i swojskich poszczekiwań domowych zwierzaków — doskonale wpisujących się w centrum przymusowej kwarantanny połowy ludzkości.

Ultrabezpośrednia w tekstach, medialnie Fiona Apple jest mistrzynią przekazu podprogowego. Bez własnych speców od promocji, z wielbicielami i dziennikarzami komunikuje się poprzez domenę na Hotmailu, FaceTime, Tumblr czy fanowski profil na Instagramie. Można ją też znaleźć na YouTubie, skąd przesyłane są krótkie komunikaty różnej treści. Partyzancki i amatorski w formie sposób zarządzania własną marką –- oto, czego potrzebujemy w świecie, w którym nowe wydawnictwa są tylko jedną z wielu wiadomości na naszych społecznościowych rolkach. To, co stało się w dniu premiery krążka w sieci, było więc do nieśmiałego cyfrowego bytowania Apple zupełnie niewspółmierne. Nie zrozumcie nas źle, jeśli ktoś w świecie szeroko pojętego popu zasługuje dzisiaj na uznanie i zaszczyty, to jest to bez wątpienia właśnie Fiona Apple. Trudno jednak, jeśli ma się przekonanie, że rozumie się, z czego biorą się introwertyczność, samotniczość, gniew i antysystemowość życia i twórczości Apple, przymknąć oko na tę rozrzutną dysproporcję pomiędzy twórcą i jego dziełem a jego przyjęciem i konsumpcją. To przewrotny żart cyfrowej epoki dobrobytu. Tymczasem emocjonalny nonkonformizm Apple odziany w szaty mrocznego kabaretu jest osadzony poza czasem, poza trendami, poza fomo. Więcej — jest ich przeciwieństwem.

Maja Danilenko i Kurtek Lewski

Moses Sumney

Hipnotyzujący autor tekstów, gitarzysta i producent ze szklistym falsetem. Swoją wizję pokazuje w miłości do soulu, folku i elektroniki. Choć to nie gatunkami powinno określać się wizjonera, a niesamowitym talentem do wyrażania emocji. W ostatni piątek podzielił się ze światem drugim albumem grae, w którym złożoność świata przedstawia w barwach szarości. Moses Sumney – Artystą Tygodnia w Radiu Luz.

„Mam tożsamość patchworkową” – powiedział w wywiadzie dla NME z okazji wydania nowego krążka. Ta układanka charakterologiczna, pełna sprzeczności i wyrazistości, składa się na nietuzinkowość Mosesa Sumneya. A ona zasługuje na szczególne wyróżnienie, szczególnie że tak wyraźnie odczuwamy ją w eklektycznej muzyce artysty.

Muzyk z Kaliforni magnetyzuje swoimi brzmieniami od 2014 roku, kiedy wydał pierwszą EPkę, Mid-City Island. Pierwszy materiał Mosesa był bardzo surowy, daleki od produkcyjnej perfekcji, ale od samego początku niesamowicie magnetyczny. Trudno było włożyć artystę w konkretny gatunek – było w jego muzyce coś niepasującego, oderwanego od dotychczas przyjętych standardów muzyki soul, folk, czy popowych eksperymentów. Oczarował jednak jego gładki głos, z którego potrafiły wydobywać się rozdzierające chropowatości. Choć wtedy nie pokazywał nawet pełni swoich umiejętności wokalnych, porównywano go do takich person jak Nina Simone, czy Ella Fitzgerald. Można było wyczuć pierwiastek dziwności w jego sztuce i sposobie budowania kompozycji, gdzie mowa, śpiew i nucenie stawały się kolejnym instrumentem. Sumney wyrażał się całą duszą i zapragnął podzielić się z nami intensywnymi emocjami.

Mało jest artystów, którzy wzruszają mnie bardziej niż Sumney. Nie z powodu ckliwej historii, czy nawet pięknych dźwięków. Jest to po prostu totalny marzyciel, stuprocentowo skupiony na swojej sztuce, za którą skoczyłby w ogień. Gdy na początku dekady nagrał samodzielnie pierwszy materiał, nie miał przy sobie grosza. Po tak hipnotyzującej Mid-City Island odezwały się do niego dziesiątki wytwórni. Pomimo świadomości, że odrzuci każdą propozycję, na spotkania godził się z prostego powodu – poszukiwacze talentów stawiali mu obiad, na który nie było go wtedy stać. Nie akceptował myśli, że mógłby podpisać kontakt z wielką wytwórnią, która w jakikolwiek sposób ograniczy jego twórcze ego. Na idealną okazję czekał kilka lat, do momentu aż znalazła go eksperymentalna wytwórnia Jagjaguwar. Dopiero tam mógł realizować się bez wprowadzania zmian w swój kompletny wizerunek.

 

A jaki był wtedy obraz Mosesa Sumneya? Myślę, że mocnego wrażliwca, reprezentującego emocje związane z szukaniem własnej tożsamości. Choć artysta urodził się w Los Angeles, jego rodzina była związana z Ghaną, do której w nastoletnim życiu muzyk zmuszony był wyjechać. Powinien uważać się za Ghańczyka, czy Amerykanina? Zadawał sobie to pytanie wiele razy, podczas pobytu w rodzinnym państwie, gdzie czuł się bardzo obco. Jego wnętrze i samo ukształtowanie kuturowe stało się mozaiką różności. Na pewno miało to wpływ nie tylko na wielohoryzontowe spojrzenie na świat Mosesa, ale i zerwanie z szufladkowaniem własnej muzyki.

Gdy artysta był w Ghanie, nie znał jeszcze obsługi żadnego instrumentu, a swój wokal ćwiczył bardzo intuicyjnie. To wtedy tworzył a capella, realizując swoje pomysły muzyczne w głowie, gdzie praktykował melodie duszy. Zaczął pisać swoje pierwsze piosenki gdy miał 12 lat, w autobusie i pod szkolnymi ławkami. Gry na gitarze nauczył się sam. Śpiewnik krył pod poduszką, bo rodzice nie chcieli słuchać o planach Mosesa, by zostać piosenkarzem. Publicznie zaczął śpiewać dopiero po powrocie do Kaliforni, gdzie dołączył do szkolnego chóru. Możemy sobie tylko wyobrazić jak przez te wiele lat skrywanej miłości do muzyki budowała się w nim ekstremalna pewność siebie i wyklarowany obraz muzyki, którą chciał tworzyć. W Ameryce rozpoczął realizowanie swoich marzeń.

Poza swoim czarującym falsetem i umiejętnością budowania kompozycji, łatwo dostrzec piękne sposoby wyrażania Sumneya w słowie. Ćwiczył poezję na studiach, gdzie uczył się twórczego pisania. To ten wielowymiarowy talent skupił na sobie uwagę rynku muzycznego. Dziennikarze obsypywali go świetnymi recenzjami, łowcy talentów się o niego zabijali. Moses supportował już od samego początku takich artystów jak Solange, czy Sufjan Stevens, którzy również maksymalnie uwierzyli w jego potencjał artystyczny. Pomimo świetnego startu, muzyk dalej cierpliwie czekał na dobrą okazję do pełnego debiutu.

W międzyczasie wydał kolejny mini-album Lamentations. A w tytułowych lamentacjach zawarł ogrom cierpienia, jakie przychodziło mu z całym czekaniem na sukces i odbicie się od materialnego dna. Od utworów biła już wtedy dzika samotność, próba zaakceptowania siebie w pełni i poszukiwania odpowiedzi na głębokie pytania o świecie. I chociaż tematy filozoficzne były poruszane w sztuce nie raz, sposób wyrazu Mosesa Sumneya emanuje osłupiającą szczerością nie do podrobienia. Na epce znalazły się akustyczne, lekkie utwory jak Proud to Be, ale i elektroniczne Worth it. To jednak Lonely World podbił serca słuchaczy. A to nawet nie tylko dzięki konkretnej linii basowej Thundercata, ale malowniczym, mojżeszowym głosie, który był gotowy na wielki start z większym materiałem.

 

Gdy Sumney w 2017 roku wreszcie nawiązał współpracę z wytwórnią, zbierane przez lata single i pomysły na siebie mogł zrealizować w debiutanckim albumie. Tak poznaliśmy LP Aromantisicm – zachwycający album koncepcyjny, skupiony wokół miłości. Brzmi jak banał, a jednak sprawa zmienia się przy założeniu, że Moses śpiewa o ucieczce od konieczności zakochania. Co to znaczy nigdy nie doświadczać romantycznej miłości w świecie, który jest tak na tym skoncentrowany? Pierwszy krążek odpowiada na te pytania, opierając się na życiowych doświadczeniach twórcy. Aromantyzm nie tyczy się jedynie znajdowania par, ale także problematyki akceptowania wszystkich orientacji, czy ras – aspektami, z którymi Moses ścierał się na codzień.

Łatwo zakochać się (o, ironio) w albumie, który taką tematykę opiera na różnorodnym brzmieniu. Mamy tam duszną produkcję, przełamaną wysokimi tonami Mosesa, ale i małe elementy składające się na perfekcję brzmieniową debiutu. Delikatne, romantyczne brzmienia harfy, harmonijki, fletu, ambientalne dźwięki przestrzeni, zmysłowe nucenie. Do tego wszystkiego kompozycje, których nie zdefiniujemy żadnym konkretnym gatunkiem. A to na pewno bardzo cieszy Sumneya, który zawsze chciał iść swoimi ścieżkami.

 

Debiutancki krążek poraził odbiorców stuprocentową szczerością i dokładnością przekazu. Gdy wracam do takich utworów jak Plastic, Quarrel, czy Doomed, nie mogę nadziwić się jak dojrzale Moses rozpoczął swoją karierę. W każdym utworze słychać, ile potencjału artysta nie wydobył jeszcze na wierzch. Partie wokalne są tam ciężkie, narastające, bardzo prywatne. Tylko w małych fragmentach Moses Sumney daje ponieść się maksymalnie swoim emocjom. I to ta stara, cierpiąca dusza sprawiła, że od samego początku z łatwością przychodziło mi mówienie o nim jako wielkim artyście i wizjonerze.

Choć to tylko trzy lata, na kolejny album Sumneya czekało się z wielkim napięciem. Podzielony na dwie części album grae, usłyszeliśmy w pełni 15 maja. Dwadzieścia utworów jest dokładnie tym, czego oczekuje się od artysty przy drugim albumie – wskoczenia na wyższy bieg. A Moses serwuje nam przejażdżkę bez trzymanki.

 

Życie to szarości – z takiego wychodzenia wychodzi Sumney przy LP grae. Bez podziału na binarności, które nie są tylko metaforą dobra i zła. Muzyk ucieka od kategoryzowania sztuki, ale przede wszystkim społeczeństwa, tak skupionego na definiowaniu swojej płci, rasy, tożsamości kulturowej, orientacji oraz dopasowania gustem do mainstreamu. Najnowszy krążek łamie wszystkie standardy, zachęcając do odrzucenia sztampowych schematów.

Zrobił znaczną część albumu we współpracy z producentami z Londynu, Nowego Jorku, LA i nie tylko, pracując z nimi nad akordami i muzyką, zanim sam doszlifował wszystkie piosenki. Za finalny produkt odpowiada jednak sam Moses. Artysta stworzył kompozycje narracyjne, opowiadając nam dziką historię, pełną mroku i jeszcze większej surowości niż na pierwszym albumie. Grae to katharsis, którego muzyk potrzebował. Wyraża je historiami na temat życia i obserwacji z gatunkowym kolażem muzycznym. Mamy więc warstwy złamanych bitów, nawiązania do wielkiego soulu, a także amerykańskiej klasyki country, folku i lekkiego popu. Longplay do tego wszystkiego ozdobiony jest fragmentami budującym historię krążka i częścią wizualną, z której słynie muzyk. Powierzchownie widzimy potężnego, czarnoskórego, umięśnionego mężczyznę, ale to tylko część kreacji. On nie boi się obsypać brokatem, zanurzyć w ekscentrycznej modzie i pokazać emocjonalnej nagości w artystycznych klipach. A te oczarowują podobnie jak różnorodne brzmienia Mosesa.

Grae jest porywczy, gigantyczny, pełny. Odbiega od budowanej przez lata intymności Sumneya. Wywala na zewnątrz wszystkie bebechy i stroi je w piękne eksponaty. Dalej żywe i zmieniające się z każdym odsłuchem. Wirujące w naszej głowie, gdy odpowiednio się na nie przygotujemy. Bo nie zapominajmy, że sztuka Mosesa to podróż pełna ciężkich wrażeń. Gdy jednak pozwolimy opleść się mackom wizjonera, każdy fragment przeżywamy intensywnie razem z nim. Z poczuciem, że możemy być kimkolwiek chcemy.

Ania Lalka

Kraftwerk

Od wydania pierwszego albumu Kraftwerk mija w tym roku 50 lat. Nie było na tym krążku żadnego z największych przebojów grupy. Młodzi muzycy, w osobach Floriana Schneidera i Rolfa Huttera, byli na początku drogi. Prowadzili eksperymenty w dużej mierze oparte na instrumentarium wyniesionym z edukacji klasycznej. Kiedy dziś ogląda się pierwsze występy Kraftwerk na żywo widać jak bardzo w owym czasie ich spojrzenie na muzykę było świeże. Publiczność, na zarejestrowanych występach kwartetu z końcówki lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych, wydaje się być wprowadzona w trans odwzorowywaniem rzeczywistości przefiltrowanej przez komputerowe bajty.

Wynikiem pracy Kraftwerk była nie tyle muzyka sama w sobie, co performance oparty na kilku składowych jak dźwięki klasyczne, stawiającej coraz śmielsze kroki w życiu codziennym technologii oraz chęci ukazania zmieniającego się świata. W miejscu zamieszkania artystów z muzycznego kwartetu świat wrzucił wyższy bieg, bowiem niemiecki Dusseldorf to jedno z głównych miast Zagłębia Ruhry. W latach sześćdziesiątych region rozpoczął restrukturyzację, z przemysłowo kopalnianego serca Niemiec stawał się ośrodkiem przemysłowo technologicznym. Wzrost znaczenia high-tech sprawił, że znacznej poprawie poddany został system uczelniany oraz badań naukowych. W takiej atmosferze młodzi muzycy mogli czuć aurę unoszącej się w powietrzu zmiany.

Album Autobahn będący kamieniem milowym w popularyzacji muzyki grupy, to nic innego jak dźwiękowa alegoria budujących się na potęgę wówczas autostrad w zachodnich Niemczech. Założyciele grupy, czyli wspomniani już Florian i Rolf, odpowiednio w Garbusie i Mercedesie (obydwa pojazdy w wersji animowanej są w video poświęconemu utworowi), przemierzali wielokrotnie autostradowe odcinki. Znużeni monotonną jazdą postanowili zobrazować ją za pomocą dźwięków — w tym celu nagrywali towarzyszące jeździe odgłosy, a po ich zmiksowaniu i nałożeniu za pomocą syntezatora specjalnych efektów otrzymali pionierską kompozycję, która do dziś uchodzi za ikoniczny przykład zabawy dźwiękiem i niebanalny owoc romansu rocka z elektroniką.

Podobnie jest z albumem Trans Europe Express oraz Die Mensch-Maschine. Niepohamowany rozwój technologiczny pchnął muzyków zarówno do zachwytu nad skutkami społecznymi tegoż, choćby w postaci sieci linii kolejowych przecinających i łączących Europę, jak i do głębszego zastanowienia nad kondycją świata czyniąc z ludzi androidalne hybrydy. W myśleniu nad otaczającym światem nie brakowało też krytycznego spojrzenia nad rodzącymi się realiami. Utwór Radioactivity to ponury przykład na brak umiejętności w wykorzystaniu niektórych pierwiastków i rozwoju samego w sobie, opatrzonego świetną muzyką.

Powstały w roku 1976 utwór przechodził kolejne modyfikacje polegające na dodawaniu kolejnych punktów naznaczonych katastrofami atomowymi jak Czarnobyl czy Fukushima. Z kolei na albumie Computer World znajdziemy ostrzeżenia o tym gdzie i przez kogo zbierane są nasze dane. Występujące w tekście “Scotland Yard, FBI, KGB” możemy śmiało zamienić na listę kilku mediów społecznościowych, z których obecnie korzystamy, by uzyskać prostą analogię. Śmiało można powiedzieć, że o skutkach rozprzestrzeniającej się technologii mówiono zanim to było modne (Black Mirror), a także to, że nie każda zmiana jest dobra.

30 kwietnia, w wieku 73 lat zmarł jeden z założycieli Kraftwerk Florian Schneider. Ten nietuzinkowy artysta przez ostatnie kilka lat zmagał się z chorobą, której wyższość ostatecznie musiał uznać. W roku 2009 wycofał się z działalności zespołu, lecz zawsze stanowił o jego sile i wartości. RIP Mistrzu.

Michał Piątek

Emily Remler

W tym roku obchodzimy 30. rocznicę śmierci znakomitej gitarzystki jazzowej Emily Remler. To artystka, która w zdominowanym przez mężczyzn gatunku pokazała niezwykły charakter. Nie prowadząc otwartej wojny z patriarchatem, Remler utarła nosa wielu powątpiewającym wyłącznie ciężką pracą i zaangażowaniem. Udowodniła, że w jazzie jest miejsce dla instrumentalistek.

Urodzona w drugiej połowie lat 50. w New Jersey, od małego przejawiała zamiłowanie do sztuki. Jej rodzice wspierali swoje dzieci w rozwijaniu pasji, choć początkowo Remler zajmowała się nie muzyką, a rysunkiem. W wieku dziesięciu lat pożyczyła od brata gitarę – Gibsona ES330 i szybko złapała bakcyla. Ucząc się utworów, które słyszała w radiu, marzyła o zostaniu rockmanką. Jej pierwszymi idolami byli Jimi Hendrix, Johnny Winter i B.B. King. W wieku szesnastu lat Emily bez większych nadziei złożyła podanie do Berklee School of Music, gdzie jednak została przyjęta. Przedłożenie muzyki nad rysunek nakreśliło jej przyszłe życie.

To właśnie tam poznała jazz – muzykę, z którą związała się na resztę życia. To ona dała jej narzędzia, by wyrażać siebie i to dzięki niej jej kreatywność w końcu znalazła ujście. Jak sama wspominała, nie była wtedy dobrą gitarzystką. Podczas lekcji nauczyciel krytykował jej poczucie rytmu – miała za bardzo wybiegać na przód. Mocno wzięła to sobie do serca i jeszcze tego samego dnia kupiła metronom. Ćwicząc niezliczoną ilość godzin wyrobiła sobie niesamowitą zdolność do swingowania, które później stało się jej cechą rozpoznawalną.

Po dwóch latach ukończyła szkołę i wraz z chłopakiem przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Tam rozwijała rzemiosło łapiąc się każdej możliwości zagrania koncertu, a także uczyła gry innych. Jej nagrane później filmy instruktażowe są do dziś bardzo cenione. Bardzo ważnym momentem w jej karierze był przyjazd Herba Ellisa do miasta. Zaaranżowała spotkanie z jazzmanem, którego oczarowała swoją grą do tego stopnia, że z jego polecenia zagrała na Concord Festivalu. Tam zaprezentowała się szerszej publice. Nie od razu, bo po dwóch latach, podpisała kontrakt z Concord Records.

Na jej pierwszych płytach, składających się głównie ze standardów jazzowych, słychać było bardzo silne inspiracje stylem Wesa Montgomery’ego, ale z każdą kolejną to wrażenie słabło. Artystka kształtowała swój własny, unikalny głos. Bardzo dobrze radziła sobie również w innych gatunkach, m.in. w bossa novie. Fascynacja Wesem zrodziła nie tylko East to Wes, przez wielu uważaną za najlepszą płytę Emily, ale także najsłynniejszy cytat gitarzystki:

„I may look like a nice Jewish girl from New Jersey, but inside I’m a 50-year-old, heavy-set black man with a big thumb, like Wes Montgomery.”

Emily Remler w trakcie całej swojej kariery musiała się jednak zmagać z brakiem akceptacji. Seksistowski półświatek bebopu był bardzo sceptyczny wobec dziewczyny, z góry zakładając jej braki w umiejętnościach. Wielokrotnie odmawiano jej współpracy tylko z uwagi na jej płeć. Muzycy na scenie nie mieli do niej zaufania, a słuchacze czekali tylko na jej błąd. Bezustannie musiała udowadniać, że jest świetną gitarzystką, jednak w jej wypowiedziach nie czuć zgorzknienia. Chciała by zapamiętano ją przede wszystkim jako muzyka:

„Good compositions, memorable guitar playing and my contributions as a woman in music… but the music is everything, and it has nothing to do with politics or the women’s liberation movement.”

Ogromne chęci do rywalizacji i wielkie pokłady pasji pozwalały jej na wiele, jednak największą walkę stoczyła z narkotykami. Jak wielu jej kolegów po fachu, borykała się z uzależnieniem od opiatów. Ta potyczka niestety skończyła się porażką Remler. Podczas australijskiego tour jej serce stanęło. Zmarła czwartego maja 1990 roku mając zaledwie 32 lata. Przyjaciele wspominają ją jako bardzo ciepłą i towarzyską osobę, sam Herb Ellis nazwał ją wschodzącą supergwiazdą gitary. Bob Moses, bębniarz z którym współpracowała, zapytany o nią odpowiada, że jej głównymi cechami była pokora i otwartość.

Dominik Świątek

Nicolas Jaar

Nicolas Jaar to artysta, któremu przypisuje się bardzo wiele: debiutował w niezwykle młodym wieku, a muzyka, jaka wychodzi spod jego ręki, prezentuje wprost niebotyczny poziom.

Mimo wielkiego zainteresowania jego twórczością, Jaar zachowuje skromność i dystans do miana geniusza, którym często się go określa.
Trudno zrozumieć, jak w jednej głowie znajduje się miejsce na tyle różnych projektów: poprzez Against All Logic, muzykę filmową, produkcję najnowszego albumu FKA twigs, aż wreszcie twórczość pod własnym nazwiskiem. Z każdym albumem czuć, że Nico dojrzewa i staje się jeszcze lepszym artystą.

Ten artykuł chciałabym poświęcić właśnie tegorocznym wydawnictwom, zarówno z lat 2017-2019, które ukazały się pod pseudonimem Against All Logic, a także albumowi Cenizas, który Nico wypuścił już pod własnym nazwiskiem.

2017-2019

Projekt Against All Logic jest odważnym eksperymentem na polu muzyki tanecznej. Tegoroczny krążek bardzo miło mnie zaskoczył. Mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej kompletny niż poprzednie wydawnictwo Jaara jako AAL. Nico połączył ze sobą taneczną swobodę z wysokiej klasy awangardą. W kwestii brzmieniowej wydaje mi się, że album dobrze wpasowałby się w lata 90-te. Jaar od samego początku ryzykuje, już w pierwszym utworze słychać sample z wokalem Beyoncé, co jest bardzo odważnym zabiegiem. Muzyka jest rwana, przecinana przerywnikami, a mimo wszystko utrzymuje melodyjną strukturę i tempo. Skoki stylistyczne w krążku są ogromne, równocześnie nie ma tu miejsca na swobodę. Album to wachlarz brzmień od zniekształconego hip-hopu, gniewnego buzującego popu, po subtelną lirykę czy kanciastą elektronikę.

Punktem zwrotnym 2017-2019 jest utwór „Deeeeeeefers”, najbardziej „burzliwy” i agresywny.
Po chwili Nico zabiera nas w podróż pewną niepewności, w „Faith” zderzamy się z dozą muzyki sakralnej, a następnie „Alarm” zapędza nas w zaułek lęku i drżenia. Całość to dzieło kompletne, które rozbudza apetyt na więcej tak znakomitych krążków.

 

Cenizas

Znakiem rozpoznawczym Nico jest jego nieprzewidywalność i dualistyczna natura, którą potwierdza swoimi tegorocznymi dokonaniami. Zaledwie siedem tygodni po znakomitym 2017-2019, który wydał jak swoje alter ego Against All Logic, Jaar oczarowuje nas kolejnym świetnym krążkiem: Cenizas. Czas, w jakim powstawał album, wprawdzie pokrywa się z wyżej opisanym wydawnictwem, ale tym razem Nicolas zabiera nas w obszar swoich mglistych rytuałów.

W utworach słyszymy samego autora, który snuje opowieści o świecie pełnym kłamstw i złudzeń. Podzielenie tej płyty na utwory musiało być nie lada wyzwaniem dla Nico: jest ona niesamowicie spójna, często utwory niemal „przelewają się” z jednego w drugi. Na krążku roi się od motywów sakralnych, pojawiają się tam nawet biblijne tropy, których echa możemy odnaleźć choćby w utworze „Garden”.

Z jednej strony płyta wydaje się spętana subtelnościami i monotonnymi powtórzeniami, które dają słuchaczowi iluzje schronienia, z drugiej strony
wydawnictwo zaskakuje swoją przewrotnością, pełno tu nieregularnych glissand oraz zimnej i pustej ciemności. W pamięci wibruje mi wciąż utwór Mud, który wspaniale zwieńcza album. Znaczenie ma nie tylko jego tytuł, ale i tak często potępiana piosenkowa forma, którą Jaar dopracował do perfekcji.

Cenizas to dojrzała opowieść artysty o tym, co dzieje się wokół nas. Liczę, że ten album pozostanie z wami na długo!

 

Obydwa krążki ukazały się nakładem nowojorskiej wytwórni Other People, której założycielem i właścicielem jest sam Nico.

 

Maja Kozłowska

 

Mall Grab

Można go zobaczyć zwykle w workowatych, za dużych, poprzerabianych ubraniach. Pierwsze sety faktycznie grał ubrany w wycięte koszulki i obcisłe spodnie, ale teraz wygoda jest dla niego na pierwszym miejscu i jeśli w czymś czuje się wystarczająco komfortowo, potrafi kupić tę samą rzecz w kilku kolorach – i nosić do zdarcia. Kolekcjonuje t-shirty swoich ulubionych zespołów (chyba że ma na sobie jeden z własnych printów). Ba, chciał mieć nawet tatuaż związany z grupą Justice. Motyw krzyża odpuścił na rzecz jedenastu innych tatuaży, w tym pantery i leoparda. Mimo sukcesu, jaki odniósł, nic się nie zmieniło: gdy był dzieciakiem, zajmował się tzw. re-sellingiem, czyli kupowaniem ubrań np. w lumpeksach lub na eBay-u w celu sprzedania ich po wyższej cenie. Dziś wciąż szuka swojego stylu w strojach wyjątkowych i unikalnych – zwłaszcza, że posiada nawet maszynę do szycia. To nie wszystko. W wolnych chwilach bez przerwy farbuje kolejne tkaniny. Tak na pierwszy rzut oka można scharakteryzować Jordona Alexandra. Aha, no i jeszcze jedno. Jest też najgorętszym, najbardziej rozpoznawalnym nazwiskiem ze świata muzyki elektronicznej – i mam na to dowody.

Już na pierwszy rzut oka widać, że od dawna jest zanurzony po uszy w subkulturze skejterów. Sam jego pseudonim to zwrot z właśnie tego środowiska. Oznacza chwyt deski za tracki, czyli wyjątkowo niepraktyczne trzymanie sprzętu. Podobno można po tym poznać pozerów, bo zamiast jeździć i po prostu przenosić deskorolkę tak, by mieć ją ciągle w gotowości, spacerują z nią po centrach handlowych (mallach). Ale Mall Grab jeździł od zawsze, jeszcze gdy mieszkał w Newcastle, mieście na wschodzie Australii, oddalonym o około półtorej godziny drogi od Sidney. To wyjątkowo nie-muzyczne miasto, nie ma tam znanych klubów, wytwórni, inicjatyw, jakiejkolwiek sceny, którą można sobie bezpośrednio skojarzyć z tym miejscem. Znajdziemy tam bowiem duże ilości aluminium i jeszcze więcej węgla kamiennego, bo rejony tego miasta są eksporterem numer 1 na świecie. Stąd może nazwa pierwszej wytwórni, w jakiej wydał swój debiut – Steel City Dance Discs.

Jeśli kiedykolwiek spędziłeś choć kilka chwil na eksplorowaniu muzyki poprawiającej humorek (czyli tzw. tanecznej), to na pewno kojarzysz Mall Graba. Dla nikogo chyba algorytmy serwisu YouTube nie były tak łaskawe, co dla Australijczyka. W pewnym momencie po prostu wystrzelił z niesamowitą prędkością i zdobył milionowe wyświetlenia i tam, i na SoundCloudzie. Choć zajmował się didżejką od dwunastego roku życia, nigdy nie robił tego profesjonalnie, nigdy nawet nie uczył się muzyki od strony teoretycznej. Do ćwiczeń używał starych nagrań Talking Heads pożyczonych od taty.

Potem poszerzał horyzonty oglądając klipy z trikami na desce i grając w GTA San Andreas. Pracował w Domino’s Pizza, po drodze studiował (psychologię), choć nigdy nie był zbyt dobrym uczniem. Mall Grab jest jak ten kolega z sąsiedztwa, którego ma każdy z nas – czasem widzisz go jak pędzi na desce do któregoś z kolegów, wiesz, że trochę się uczy, trochę robi muzykę. Aż pewnego dnia znajdujesz go na Facebooku i okazuje się, że grał w Boiler Roomie, wyprzedaje bilety na największych festiwalach świata, ma własną wytwórnię o nazwie Looking For Trouble i tysiące sprzedanych albumów. Wszystko w wieku dwudziestu sześciu lat.

Zaczynał od dźwięków bardzo beztroskich i rytmicznych: czerpał garściami z electro, house’u, disco. Tworzy chwytliwe, powtarzalne melodie które są krótkie i proste do zapamiętania, z łatwością można zanucić jego utwór już po pierwszym przesłuchaniu. Jednocześnie wzbogaca je samplami oldskulowych, hiphopowych kawałków: do jednej z jego najpopularniejszych piosenek (Can’t) poszatkował głos Alicii Keys, czasami użycza nawet swojego. W 2020 roku wypuścił aż dwa wydawnictwa – epkę Sunflower i bardzo długogrający, prawie dwugodzinny album WORSHIP FRIENDSHIP. Poszedł tam w trochę inną stronę – nadal operuje tymi samymi melodiami, ale z cięższym, bardziej minimalistycznym wykończeniem, korzystając z mniej przyjemnych dla ucha dźwięków.

Ogromny sukces muzyka i jego wyjątkowość być może wynika ze szczególnej cechy całej jego twórczości, począwszy od pierwszej epki Elegy, a skończywszy na streamie dla Boiler Roomu prosto z sypialni Jonrdona sprzed dokładnie miesiąca (DJ set, but make it quarantined). To jeden z tych artystów, których muzyka potrafi przywołać wrażenia nie do końca sprecyzowanej nostalgii i tęsknoty za miejscami, w których nas nie było i osobami, za którymi na co dzień wcale nie tęsknimy. Uczucie to zamknięte jest w słodko-gorzkich frazach wypowiadanych szeptem, niczym gdzieś zza drzwi miejsca, w którym właśnie kończy się impreza – bo Jordon Alexander bardzo lubi samplować właśnie takie zdania. 2-hour long conversations on the phone, can’t get you outta my mind, (Late at night) You showed me love was real, Last night I saw the other face of the earth/I don’t know what it has to say/But now im not the saddest/I’m changed yeah – to tylko niektóre z nich. Dodajmy do tego efekty brudnego szumu starych winylowych płyt i na wpół ironiczne tytuły, a otrzymamy niepowtarzalny styl – doceniony na całym świecie.

Lo-fi house najwyższej klasy – przez cały tydzień przybliżamy twórczość Mall Graba. Słuchajcie od poniedziałku do piątku w Radiu LUZ o 13:00 i po północy!

Zuzanna Pawlak

YAEJI

 

Podziwiana za nadanie muzyce tanecznej bliskości poprzez wyszeptywane po koreańsku melorecytacje. Łącząca ze sobą dwa języki i cały wachlarz gatunków, w tym m.in. ambient house, deep house, r’n’b i rap. Skromna okularnica, która nie planowała swojej przyszłości z muzyką, zadebiutowała w tym roku świetnym albumem What We Drew. Yaeji– naszą Artystką Tygodnia.

Kathy Yaeji Lee– bo tak w pełni się nazywa, od wczesnych lat była narażona na stres i przystosowywanie się do nowych środowisk. Urodziła się w Queens, potem w wieku 5 lat wraz z rodzicami przeprowadziła się do Atlanty, a na początku szkoły podstawowej cała rodzina wróciła do Korei, bo jej rodzice bali się, że córka zapomni o swoich korzeniach. Te całe przeprowadzkowe zamieszanie znacząco przyczyniło się do kształtowania się charakteru młodej Kathy. Długo czuła się „inna”, bo w Stanach postrzegano ją jako Koreankę, a po przyjeździe do Korei czuła się „zbyt zamerykanizowana”. Nic więc dziwnego, że Yeaji stała się wątpiącą w siebie introwertyczką.

Wszystko zmieniło się po rozpoczęciu studiów w Pittsburghu. Kathy Lee wybrała studiowanie sztuk pięknych i designu, gdyż swoją przyszłość wiązała z tworzeniem obrazów i grafiki. Pierwsze prawdziwe przyjaźnie nawiązała dołączając do akademickiego radia, gdzie poznała i pokochała muzykę elektroniczną. Poprzez wspólną pasję wreszcie znalazła wspólny język z otaczającymi ją ludźmi. Młoda studentka zaczęła pojawiać się za didżejką na domówkach i podłapywała umiejętności od kolegów pałających się produkcją. Po dwóch latach takiej zabawy zaczęła tworzyć własną muzykę, używając aplikacji w telefonie i programu Ableton.

 

Początkująca artystka planowała używać jedynie języka koreańskiego, bo nie chciała żeby ktoś wiedział o czym śpiewa- dawała o sobie znać zaszczepiona koreańska powściągliwość. Dodatkowo doceniła fonetyczne piękno rodzimego języka i to, jak wspaniale brzmi w zapętleniach i melorecytacjach. Gdy nabrała więcej pewności siebie, zaczęła wpuszczać do swoich utworów język angielski i słuchając jej twórczości trudno nie być pod wrażeniem mistrzowskiego przeplatania tych dwóch języków.

 

 

Yeaji po wydaniu dwóch epek (obie w 2017r.) była już szeroko rozpozwalana wśród słuchaczy muzyki elektronicznej i nie tylko. Jej piosenki zdobywały miliony wyświetleń i odsłuchów, co zaprowadziło ją do występu na Coachelli w 2018r. Sława, której tak się bała, nadciągnęła szybko i to w dziedzinie z którą nawet nie wiązała przyszłości. Efektem świetnie przyjętych wydawnictw była też przeprowadzka do Nowego Jorku, co stanowiło kolejny krok milowy dla młodej producentki. Tam otworzyła się na ludzi jeszcze bardziej, zapraszała ich do siebie na wspólne jedzenie, granie i wymienianie się pomysłami. Nawiązywała mnóstwo przyjaźni, nabierała jeszcze więcej pewności siebie i z coraz większym entuzjazmem zaczęła podchodzić do życia. W tym samym roku podzieliła się również niecodziennym, ironicznym make-up’owym tutorialem, który jest prztyczkiem w nos urodowym blogerkom- jeżeli chcecie dowiedzieć się jak nałożyć na siebie depresję, aby utrzymała się 24 godziny w ciągu doby, to koniecznie sprawdźcie:

 

 

W kwietniu tego roku ukazał się debiutancki album artystki: What We Drew, nakładem wytwórni XL Recording, która ma pod swoimi skrzydłami chociażby Radiohead, Peggy Gou czy King Krule. Artystce pozostał unikalny styl z dwóch poprzednich epek, ale cieszy też fakt, że zaprezentowała nam o wiele więcej swobody w eksperymentowaniu i szukaniu nowych inspiracji: pomiędzy rożnej maści housowe brzmienia wpleciony został np. trap, synth pop, rap czy UK garage.

Wszystkie doświadczenia, które ukształtowały Kathy Lee, są odzwierciedlone w jej twórczości. Sama artystka określa „Yaji” jako projekt rodzinny i sumę wszystkich wpływów bliskich i przyjaciół oraz wypadkową inspiracji czerpanych przez całe życie. Wsłuchując się w jej muzykę, oprócz niezaprzeczalnej przebojowości, możemy dosłuchać się też delikatnej i introwertycznej strony artystki, być pod wrażeniem jej dwujęzyczności, odnaleźć miłość jaką darzy najbliższe osoby czy podziwiać jak nietuzinkowo potrafi wizualizować dźwięki za sprawą swojego zamiłowania do sztuki. To niezwykła mieszanka, która za każdym razem, gdy sobie ją fundujemy, zabiera nas na duszną domówkę do naszych dobrych znajomych.

When I started taking music more seriously, that’s when I realized that my taste in music is sonically and aesthetically in-between, but I love all the in-betweens of everything.

Anna Kubala

Destroyer

Daniel Bejar — założyciel zespołu Destroyer, lider, autor tekstów — pod koniec stycznia 2020 roku wydał najnowszy album pod tytułem Have we Met. To już dwunasty krążek kanadyjskiego indie rockowego zespołu, który nieprzerwanie serwuje nową muzykę swoim fanom od 1995 roku.

Jakie były początki Destroyer? Dlaczego teksty piosenek są tak wyjątkowe? Skąd ten specyficzny klimat muzyki Dana Bejara?

 

Początki zespołu Destroyer sięgają 1995 roku, kiedy Dan Bejar nagrywa album We’ll Build Then a Golden Bridge. Album ten — surowy, awangardowy — został nagrany w domowym studio. Teksty Daniela Bejara odzwierciedlają jego spojrzenie na świat w abstrakcyjny i osobliwy sposób. I o ile często uznawane za dzieła poetyckie, sam autor mówi, że jego ulubiona zasada pisania utworów brzmi: “śpiewaj najmniej poetyckich rzeczy, o której możesz pomyśleć i spróbuj, by pięknie brzmiały”.

Trzy lata po debiucie Destroyer wydaje swój drugi album — City Of Daughters. Album ten określa kierunek indie rockowej kariery zespołu. Utwory są udoskonalone o intymność i o swobodną grę słów. Znacznie śmielej też — w porównaniu do pierwszego krążka – wykorzystane są instrumenty. Autor podejmuje takie tematy jak strata, wojna, miłość czy polityka i ubiera to w poetycki język. Jego teksty to prędzej wiersze bogate w środki stylistyczne niż narracyjna opowieść. To co głównie inspiruje Dana Bejara to wielcy muzycy, tacy jak: Leonard Cohen, Genesis, Grace Jones, New Order, Billie Holiday oraz sztuka filmowa. Klimat filmów Nowej Fali francuskiego kina, Luisa Buñuela czy Davida Lyncha często odnajdujemy w utworach zespołów.

Lider zespołu – a także jedyny stały członek zespołu – nie ukrywa swojej awersji do wystąpień przed tłumem. Nieśmiały i zdystansowany, ściszonym głosem w wywiadach odpowiada na pytania lakonicznie i ironicznie. Otwarcie za to przyznaje się do tego, że nie lubi kontaktu z publicznością, ani gdy fani śpiewają razem z nim.

Destroyer wchodzi w nowe tysiąclecie wielkimi krokami. W 2000 roku ukazuje się album The Thief, rok później czwarty krążek Streethawk. Jeszcze rok później — w 2002 roku – album This Night, gdzie ma miejsce prawdziwy przełom w brzmieniu. O ile Streethawk to krótkie, intymne i nieprzewidywalne kompozycje, o tyle This Night to piętnaście długich i awangardowych utworów. To pierwszy raz kiedy Destroyer nagrywa z wytwórnią Merge, z którą nieustannie wydaje krążki po dziś.

Po wydaniu This Night Destroyer nie zwalnia tempa. Już dwa lata później w 2004 roku wydaje długogrający krążek — Your Blues, który został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków i znów ujął  fanów swoją odmiennością i emocjonalną głębią. W 2011 roku Destroyer wydaje dziewiąty studyjny album pod tytułem Kaputt i zaskakuje fanów i krytyków porzuceniem gitary jako prowadzącego instrumentu. Słyszymy połączenie klimatycznej elektroniki, instrumentów dętych i zrelaksowanego, skupionego wokalu Dana Bejara.

 

Po wielkim sukcesie lekkiego albumu Kaputt, Destroyer na chwilę obiera inny kierunek. Nagrywa EPkę, w której śpiewa po hiszpańsku. Krótki krążek składa się z pięciu kowerów zespołu z Sewilli — Sr. Chinarro i staje się swoistym ukłonem w stronę hiszpańskojęzycznej – niedocenianej przez amerykański rynek – muzyki. Co więcej, Bejar podkreśla tutaj po raz pierwszy w wieloletniej karierze swoje hiszpańskie pochodzenie. W międzyczasie Bejar nagrywa album z pobocznymi projektami — The New Pornographers i Swan Lake.

W 2015, Destroyer powraca z długogrającym krążkiem Poison Season. To kolejne intelektualne doświadczenie przy akompaniamencie indie rocka. Podobnie jak w poprzednim albumie Kaputt słyszymy wielość instrumentów – tym razem Destroyer serwuje nam utwory bogate w pianino, saksofon, instrumenty orkiestrowe. Przekracza własne granice i miesza rock ze smooth jazzem, groovem i chamber popem.

Jest styczeń 2020 roku, kiedy po trzyletniej przerwie Destroyer wydaje okrzyknięty jedną z najgłośniejszych nowości 2020 roku – album Have we Met. Tym razem Dan Bejar powraca do domowych metod nagrywania.  Rejestruje wokal w nocy we własnej kuchni, podłączając mikrofon do laptopa. Śpiewa tak, by nikogo nie obudzić.To hermetycznie zamknięty album, gdzie powraca do własnych korzeni nie tylko w formie nagrywania. W przerwie między trasami koncertowymi promujących album ken, Bejar brał do ręki swoją akustyczną gitarę i odświeżał swoje wczesne kompozycje i aranżował nowe. Ponowne wejście w skórę folkowego muzyka prowadzi go do wydania Have we Met.

Zuzanna Pajorska

Låpsley

Kilka lat temu nastolatka zainspirowana brytyjską sceną klubową rzuciła plany studiów na Cambridge i skupiła się na tworzeniu muzyki. Przeszła drogę od domowych nagrań wypuszczanych na Soundcloudzie po albumy wydawane przez XL Recordings. 20 marca podzieliła się drugim krążkiem Through Water. Låpsley – Artystką Tygodnia w Radiu Luz.

 

Historia Holly Lapsley Fletcher to sztampowy przykład podążania za swoimi marzeniami mimo wszelkich niepewności. Cofamy się do 2012 roku i piętnastoletniej Brytyjki z Southport. Wychowanie w prywatnej szkole dla dziewcząt, gra w orkiestrze i rodzina z tytułami naukowymi nie kojarzy się z fascynacjami muzyką elektroniczną, za którą zabrała się Låpsley. Między planami o najlepszych uczelniach i nadrabianiem lektur, prymuska uciekała do niedalekiego Liverpoolu w świat lokalnej sceny klubowej. Holly błądziła w dudniących basem undergroundowych dokach razem z towarzystwem starszych znajomych. A oni nie szczędzili jej rozrywki. Artystka wspomina te czasy jako “ścieżkę grzechu”, pełną narkotycznych odjazdów na setach takich wykonawców jak Joy Orbison, Benga, czy Boddika.

Po zasmakowaniu rave’u, zapragnęła odciąć się od pogoni za sukcesem naukowym i problemów w domu. Zakochała się na dobre w elektronice i coraz bardziej widziała siebie w roli twórczyni. Najpierw współtworzyła ambientowy zespół Dhrone, w którym miała okazję eksperymentować jako producentka. Wiedziała jednak, że marzy jej się kariera solowa i zafascynowała się robieniem muzyki przy użyciu sprzętu dostępnego domu. Fletcher była wcześniej częścią orkiestry i przez lata miała styczność z wieloma instrumentami (obój, pianino, gitara klasyczna, perkusja), ale to syntezatory skradły jej serce. Nauczyła się jak korzystać z programu GarageBand i kupiła podstawowy sprzęt do swojej sypialni. Tam napisała i wyprodukowała epkę Monday, którą podzieliła się na Soundcloudzie w 2013 roku. Znalazło się na niej Station oraz Painter (Valentine), które szybko przechwyciły brytyjskie stacje radiowe, a Fletcher stała się centrum zainteresowania wytwórni muzycznych.

Choć w głowie miała ciężkie techno, postanowiła tworzyć mieszankę wszystkiego co grało jej w duszy. Trochę ambientu, elektronicznego dream-popu, soulowego wokalu i jazzowych elementów. Stworzyła mieszankę z osobistych miłości muzycznych oraz własnego warsztatu. Na Soundcloudzie zdobywała na tyle dobry feedback, że bardzo szybko zainteresowały się nią osoby z branży. Najpierw dostała telefon od kierownika trasy Drake’a z propozycją śpiewania w jego chórkach. Odmówiła. Nie od razu chciała też nawiązywać współpracę z wytwórniami. Walczyła jeszcze z racjonalnymi planami naukowymi, które szybko jednak poszły w niepamięć. Holly wybrała finalnie ścieżkę muzyczną. Niedługo później podpisała kontrakt z XL Recordings. Niezależne wydawnictwo z Wielkiej Brytanii miało pod swoimi skrzydłami między innymi Radiohead, Jacka White’a, FKA twigs, The Prodigy, Adele, Sigur Rósa, czy The XX. Ekspert dźwięku, odpowiedzialny za sukces tych ostatnich, Rodaidh McDonald, rozpoczął stałą współpracę z Holly Fletcher.

Siedemnastoletnia Låpsley po wydaniu trzech mini-albumów, zagraniu na Glastonbury i skupieniu na sobie uwagi środowiska, zabrała się za tworzenie pierwszego krążka. Podczas pracy nad Long Way Home, Holly mogła wreszcie pokazać światu swoją twórczość w pełni. Pojawiły się jednak pierwsze trudności w produkcji. „Pamiętam, jak patrzyłam na producentów i myślałam: Chciałbym być na twoim poziomie.” Nie dość, że musiała zetknąć się z profesjonalnym sprzętem studyjnym, to dodatkowo pomysły dzieliła z wytwórnią i współproducentami. W wywiadach mówiła, o mierzeniu się ze zdominowanym przez mężczyzn środowiskiem, wątpiącym w jej umiejętności. Dobrze wspomina tworzenie między innymi z Mura Masą, z którym napisała utwór Seven Months. Oprócz kilku wyjątków, album stworzyła niemalże sama, selekcjonując utwory z ponad setki napisanych dotychczas w jej życiu.

Long Way Home nie był albumem szytym pod zdobywanie list przebojów. Muzyczka przede wszystkim wykorzystała teksty do upustu emocjonalnego i przedstawienia historii różnych relacji. Młoda artystka podkreślała od samego początku, że najpierw myśli o usatysfakcjonowaniu muzyką siebie, a dopiero później wszystkich pozostałych. Ważna jest dla niej autentyczność, do której zainspirowały ją szczere teksty Joni Mitchell, ale i produkcje wczesnego Jamesa Blake’a. Przelała to w swój debiut, pełen popowych ballad z aurą nostalgii.

Od czasu debiutu artystka skupiła się na nauce dźwięku, warsztacie wokalnym i szukaniu nowych bodźców, które zainspirują ja do pisania. Podkreśla, że przede wszystkim jest songwriterką – wszystko w jej pracy zaczyna się od tekstów. Muzyka stała się dla niej ważnym elementem dbania o zdrowie psychiczne i otwartym mówieniem na temat emocji. Coś, czego brakowało jej przez wiele lat jej życia, gdy zmagała się z problemami dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie i nie miała przestrzeni na wyrażanie reakcji w odpowiedni sposób. Słuchaczy najbardziej przyciąga tą autentycznością. Łatwo można znaleźć w utworach Låpsley cząstkę własnych zmagań z codziennością.

Trzy lata po pierwszym krążku otrzymaliśmy Through Water. Z tematem przewodnim wody, Låpsley prowadzi nas w otoczce ambientu z lekkimi przesterami, dudniącym basem i różnorodną energią. Każdy z utworów przywołuje na myśl doświadczenia związane z poszczególnymi etapami rwącej rzeki. Mamy spokojne Leeds Liverpool Canal i electro-popową głębię Sadness is a Shade of Blue. Pojawia się także orzeźwienie z queerowym i feministycznym Womxn, czy miłosna spowiedź My Love Was Like the Rain. Tytułowe Through Water rzuca nam za to w twarz nawiązania do zmian klimatycznych. Woda przenika przez utwory dostosowując swój kształt do napotkanych naczyń, formowanych przez artystkę.

Wodny motyw przebija się w longplayu w różnych aspektach. Przelewa się przez warstwy produkcji, które dostosowują się do wrażeń odczuwanych przy zetknięciu z żywiołem. Jest też skojarzeniem ze spokojem i odświeżeniem, które bije od całego krążka. Fletcher buduje narrację wokół różnych zbiorników, metaforyzuje zjawiska pogodowe, a dźwiękom oraz emocjom nadaje kolory i temperaturę. Cały album znajduje się też w przestrzeniach, mających swoje właściwości, które stale się zmieniają.

Ostatni singiel promujący krążek, Speaking of the End, został wydany tuż przed premierą pełnego materiału. Apokaliptyczny tytuł wyłapali fani, w obliczu wybuchającej wtedy pandemii. Låpsley nieświadomie nadała podwójny wydźwięk ostatniego utworu na płycie. Mówiąc o końcu, nawiązywała do kończenia nieudanych etapów, a jednocześnie o rozpoczynaniu nowego w swoim życiu. Gdzie szukać teraz otuchy, jak nie w sztuce? Through Water ukoi wasze zmysły.

W materiale widać postęp w produkcji i większą swobodę Låpsley. Sama zresztą przyznała, że podczas pracy nad albumem pierwszy raz powiedziała sobie:

Był pierwszym [albumem] w życiu, gdy pomyślałam „jestem artystką”. W przeszłości myślałam: „próżnością byłoby tak się nazywać – to takie pobłażliwie”. Podczas gdy teraz myślę, że szacunek do samej siebie musi być związany ze sposobem mówienia o sobie.

Through Water (XL Recordings) od Låpsley możecie słuchać od 20 marca. Mam nadzieję, że uda nam się w najbliższej przyszłości przyciągnąć artystkę do Polski i zobaczyć jej emocje na żywo.

Anna Lalka

Sega Bodega

I started DJing because I thought it looked cool – tak Sega Bodega zaczął swoją przygodę z muzyką elektroniczną, aby potem stać się jedną z najbardziej kreatywnych postaci dekonstruujących wszelkie muzyczne gatunki. Londyński producent i współzałożyciel wytwórni NUXXE doczekał się swojej pierwszej długogrającej płyty Salvador.

Nasz Artysta Tygodnia przygodę z muzyką rozpoczął w wieku jedenastu lat grając w zespole heavy-metalowym. Potem przyszła pora na grind-core, aż w końcu zainteresowania doczekała się elektronika, co zaowocowało pierwszą epką już w 2013 roku. Od tego czasu cały czas eksperymentuje i szuka innowacyjnych form. Na początku zajmował się głównie UK bassem i szeroko pojętą muzyką elektroniczną, aby z biegiem lat zacząć używać swojego głosu i chociaż udziwnia go różnymi efektami wokalnymi, to również pokazuje, że świetnie radzi sobie z tworzeniem melodii. Dryg do pisania chwytliwych kompozycji, wraz z nieograniczoną kreatywnością producencką, dały nietuzinkowe połączenie, którego słucha się z zafascynowaniem i nie można się oderwać.

Ogromny wpływ na jego twórczość wywarła fascynacja kinematografią, co doczekało się nawet EPki SS, która stanowi własną interpretację soundtracków między innymi do Clockwork Orange. Jego inspiracja kinem znajduje odzwierciedlenie także w strukturze kolejnych wydawnictw oraz niekonwencjonalnych teledyskach. Artysta porównuje dobrą muzykę do oglądania filmów, twierdząc, że jest to ten sam rodzaj zaangażowania i ciekawości, bo słuchając najlepszych utworów czekamy w ekscytacji do samego końca aby przekonać się, jak rozwiną się dźwięki i jak zabrzmi ostatni beat. Stąd u Segi tyle zwrotów akcji, przełamań, nieoczywistych rozwiązań w niemal każdej piosence. Można śmiało powiedzieć, że Sega Bodega jest swoistym reżyserem muzyki. Ta plastyczność, w połączeniu z wybujałą wyobraźnią i bezgraniczną otwartością na nowe idee, daje mu wręcz nieskończone pole manewru jako producentowi muzycznemu.

It’s about limitless that I have with my imagination. With electronic music there is no end to what you can actually do and lyrically there is no end to what you can do when you start to completely fictionalise things.

Rokiem przełomowym dla artysty był rok 2018. Wtedy to ukazała się epka self*care, dzięki której zrobiło się o nim znacznie głośniej. W tym czasie podzielił się też bardzo osobistym listem, w którym opowiada o swoich sposobach na walkę z uzależnieniem alkoholowym czy napadami złości. Przyznaje jak trudny czas ma za sobą, jak wiele negatywnych emocji trzymał w sobie i jaką ulgę przynosi zaakceptowanie swoich demonów i pójście na terapię. Wszystkie te doświadczenia odcisnęły swoje piętno właśnie w self*care. Dla samego artysty to wydawnictwo stanowi także pomost między tworzonymi wcześniej beatami i intrumentalami, a jego bardziej piosenkową odsłoną.

Proces tworzenia jest dla londyńskiego producenta kwestią natychmiastowego zaszczepienia esencji utworu – idea jest tutaj najważniejsza i ma być wyklarowana od razu, a reszta szczegółów samoistnie się zazębia, chociaż samo to dopasowywanie detali może potrwać o wiele dłużej. Większość utworów z najnowszej płyty Sega Bodega dopracowywał miesiącami. Wyjątkiem jest tutaj U Suck, które powstało w pół godziny i które ma spory potencjał na przebój, poskutkowało częstym porównywaniem tego kawałka do idealnego kandydata na Tik Tokowy hit. I jeśli też nie wiecie do końca, jak działa i o co chodzi z Tik Tokiem, to nie jesteśmy sami – Sega Bodega także googlował „Tik Tok anthems” po tych porównaniach.

 

Po kilku EPkach, stworzeniu oprawy muzycznej do jednego z pokazów Fenty czy reklamy Nike oraz po wyprodukowaniu mnóstwa świetnych kawałków swoim koleżankom z NUXXE, przyszła w końcu pora na debiutancką płytę. Salvador ukazał się w walentynki i jest bolesnym rozliczeniem Segi ze swoimi związkami, uzależnieniem i trudnościami emocjonalnymi. Chociaż jest to najbardziej „piosenkowe” wydawnictwo artysty i momentami bywa naprawdę delikatnie i wrażliwie, to nie brakuje tutaj pulsujących, nieoczywistych beatów przełamanych osobliwymi breakami. Sega Bodega funduje nam prawdziwy kalejdoskop nie tylko dźwięków, ale też emocji, bo jego debiutu słucha się z dużym zaangażowaniem. Każdy następny odsłuch może nas zaskoczyć kolejnymi wyłapywanymi smaczkami i kolejnymi liniami melodycznymi zagnieżdżającymi się w głowie, pomimo że te melodie są często mocno zdekonstruowane i osadzone w niezliczenie dziwnych (acz świetnych) efektach dźwiękowych.

 

Sega Bodega oczarowuje mnogością inspiracji, otwartością w dzieleniu się swoimi emocjami i sposobem tworzenia muzyki. Tę niezwykłą postać będziemy mieli okazję (miejmy nadzieję) zobaczyć w ramach Salvatour, na zaplanowanym koncercie w warszawskim klubie Pogłos 7 maja tego roku. A tymczasem możecie posłuchać o nim i zapoznać się z jego futurystyczną twórczością w naszym paśmie Artysta Tygodnia, od poniedziałku do piątku.

Anna Kubala