Archiwum

Agnes Obel

Inspiruje się Jeffem Buckleyem na równi z Robertem Mapplethorpem i Alfredem Hitchcockiem. Uwielbia francuskich kompozytorów z okresu romantyzmu i prozę Edgara Allana Poe. Wszystkie te inspiracje znajdują ujście na wydanej niedawno płycie artystki zatytułowanej Myopia. Agnes Obel artystką tygodnia w Radiu LUZ.

„Myopia została zapowiedziana za pośrednictwem mediów społecznościowych artystki 29.10.19, czemu towarzyszyło opublikowanie piosenki „Island of Doom”. Data premiery została ustalona na 21.02.2020. Płyta składa się z 10 piosenek, z których wszystkie zostały napisane, nagrane i zmiksowane przez samą artystkę.
Album zaczyna się od piosenki „Camera Roll”, która poprzez oniryczną i delikatną partię pianina wprowadza słuchacza w trans. Na tle pejzażu dźwięków pianina wyróżniają się kontrastujące perkusjonalia i rozmyty głos wokalistki.
Pomimo tytułu drugiej piosenki Broken Sleep”, nie czekają nas dźwięki wyrywające nas z objęć muzyki. Artystka dozuje nam nieco post rocka, który cudownie rozwija się i podejmuje liczne wątki muzyczne i instrumentalne smaczki, a miejscami wręcz może kojarzyć się z muzyką Sigur Ros.
„Island of Doom to zarazem singiel promujący całą płytę, jak i najdłuższy utwór, w którym poprzez rozmyte pianino i wiolonczelę, oraz zgaszony wokal Agnes Obel i mgliste chórki, artystka chce ukazać ból po stracie bliskiej osoby.

 

Piękną kontynuacją jest minimalistyczny popis Obel, czyli dwuminutowa piosenka Roscian, która czaruje słuchacza melancholijnym nastrojem. Tytułowy utwór z płyty wyrywa nas z tego przyjemnego letargu, lecz na szczęście nie z onirycznego nastroju całej płyty. „Myopia” jest najbardziej żywiołową piosenką, dzięki rytmowi nadawanemu poprzez szarpnięcia wiolączelistki Kristiny Kopecki, do których dołączają się głębokie tony bębna i rozmyty głos Agnes Obel.

Drosera to piosenka, która jest również stosunkowo dynamiczna, ale znacznie bardziej agresywna i niepokojąca. Tu również nie uświadczymy głosu wokalistki, gdyż jest to utwór instrumentalny, lecz na tyle intrygujący i trzymający w napięciu, że może partie wokalne byłyby przesytem. Za to Can’t Be” od samego początku fascynuje dream popowymi wokalizami, które towarzyszą nam przez całą piosenkę, nadając jej nieco baśniowy charakter. Parliament of Owls wyróżnia się na tle całej płyty nieco schowanymi partiami pianina, na rzecz bardzo wyraźnych instrumentów smyczkowych, nadających podniosłości i monumentalizmu.
Przedostatnia piosenka, czyli Promise Keeper to bardzo delikatna kołysanka o ciepłym, nostalgicznym brzmieniu i pięknym, poruszającym tekście. „Won’t You Call Me” to ostatnia piosenka z całej płyty. Przepełniony jest nastrojem zamknięcia i brzmi jak muzyczny odpowiednik napisów końcowych z jakiegoś pięknego filmu, który przepełniony jest chłodnym, niebieskim kolorem i nostalgia.
Myopia promowana była przez dwa single, mianowicie „Island of Doom i Broken Sleep”, do których teledyski zrealizował Alex Bruel Flagstad, czyli wieloletni współpracownik i partner Agnes Obel, z którym mieszka w Berlinie. Cała płyta wprowadza nastrój samotności, w bardzo egzystencjalistycznym ujęciu, nakłaniającym do namysłu. Jest to introspektywna podróż wgłąb samego siebie.

Artystki Tygodnia – Dzień Kobiet

Wokalistki, instrumentalistki, didżejki, producentki i tekściary. Muzyczny świat stale otwiera się na twórczość kobiet, a one wyrażają siebie w unikalnym stylu. Z okazji Dnia Kobiet, w pierwszym tygodniu marca redakcja Radia LUZ wyróżnia wyjątkowe Artystki Tygodnia.

 

Słuchajcie materiału o wyróżnionych Artystkach Tygodnia od poniedziałku do piątku w Audiostarterze oraz w ramach Artysty Tygodnia.

TOMASA DEL REAL

 

Tomasa del Real to tatuażystka, piosenkarka, projektantka mody i przede wszystkim królowa neoperreo (La Reina del Neoperreo), czyli stworzonego przez siebie gatunku muzyki. Jak sama mówi, nigdy nie marzyła o byciu piosenkarką. Jednak prowadząc własny salon tatuażu miała dużo wolnego czasu, zaczęła więc tworzyć muzykę dla zabawy na laptopie, który otrzymała w prezencie od mamy. Urodzona i wychowana w Iquiqie (Chile), Tomasa w sposób naturalny odnalazła się w reggaetonowych rytmach, nadając im jednak – za pomocą cyfrowo generowanych dźwięków – nowego, bardziej agresywnego charakteru. Tak powstało neoperreo – gatunek, który łączy reggaeton z elektroniką, trapem, muzyką eksperymentalną i basową.

Początkowo Tomasa wrzucała amatorskie nagrania wyłącznie na YouTube. Z czasem jednak okazało się nie tylko, że ma sporą rzeszę fanów, ale również że w innych hiszpańskojęzycznych krajach artyści tacy jak Ms Nina, Bea Pelea, Talisto czy Rosa Pistola, czerpiąc inspirację z social mediów i muzycznego undergroundu, tworzą podobne brzmienia. Neoperreo stało się globalną sceną – powstając już nie tylko tam, skąd pochodzi sam reggaeton. Obecnie to nie tylko muzyka, ale ruch stawiający na wolność ekspresji, różnorodność estetyczną i kreatywne współdziałanie. A Tomasa del Real słowami „Desde Iquique para el mundo, baby” (z Iquiqie na cały świat), które stały się jej znakiem rozpoznawczym, przynosi neoperreo międzynarodową sławę udowadniając jednocześnie, że w dzisiejszej, cyfrowej erze każdy może wyrażać siebie za pomocą muzyki.

 

Olga Dąbrowska

CAT POWER

 

Rozpoczynała karierę muzyczną jako zagubiona dusza, nie bez powodu zachwycona soulem. Później, w nowojorskim stylu mieszała inspiracje z rozwijającym się grungem lat 90. Choć wypracowała swój charakterystyczny, brudny, posępny styl, to jednak indie-rockowa płyta The Greatest wzniosła ją na wyżyny. Tajemnicza Chan Marshall pokazała światu mroczny wizerunek, który oprócz beznamiętnego, hipnotycznego wokalu wiązał się z problemami życia. Depresja, uzależnienie, halucynacje i agresja – Cat Power miała w swojej karierze niejedno potknięcie.

Mnie zawsze ujmowała duchem walki z demonami, które tak pięknie opisywała we własnych tekstach. Dzieliła się z nami wybuchami emocjonalnymi, trudnymi tematami samobójstwa, aborcji, czy walki z codziennością, ale i momentami pełnymi nadziei. W 2012 roku odrodziła się z krążkiem Sun – materiałem o bolesnych wspomnieniach, po których stać ją było na życiowe i muzyczne katharsis. Chan zerwała z wyrzutami sumienia, toksycznym strachem i niezdrowymi ambicjami względem swojej kariery. Do dzisiaj stawia na szczerość i wielki ekshibicjonizm, którym zaraża swoich słuchaczy.

Anna Lalka

POLY CHAIN

 

Ambientowe pejzaże, kosmiczne electro i głębokie acidowe linie basowe to główne składniki, z których Poly Chain komponuje swoją twórczość. Artystka sprawnie porusza się między muzyką klubową a eksperymentalną, skutecznie unikając jednoznacznej klasyfikacji. Jako jedna z twarzy nowej ukraińskiej sceny elektronicznej, miała okazję wystąpić niedawno ze swoim live actem na pierwszej edycji kultowego Boiler Roomu w rodzinnym Kijowie.

Dzięki kilkuletniemu pobycie w Warszawie łączą ją z naszym krajem silne związki. Jej debiutancki krążek Music for Candy Shops ukazał się w 2017 r. nakładem Oficyny Transatlantyk. W kolaboracji z Bartoszem Kruczyńskim skomponowała gęsty, pozbawiony bitu ambientowy album Pulses, kojący niczym prawdziwe SPA dla duszy.

Jej bardziej ekspermentalny, dynamiczny materiał wydał Mondoj i BAS.Kolektyw. Poly Chain reprezentuje też Dom Trojga. Jest odpowiedzialna za oprawę graficzną wydawnictwa i, jakżeby inaczej, współtworzy jego brzmienie. A już niebawem będziemy mogli posłuchać efektów jej współpracy z wiodącymi, ukraińskimi labelami – to kolejny powód, by niecierpliwie wypatrywać wiosny!

Magda Sikorska

 

FLOHIO

 

Furnmi Ohio aka Flohio ze świetnie prosperującej raperki błyskawicznie stała się jedną z najważniejszych przedstawicielek tego gatunku na Wyspach Brytyjskich. Korzenie w południowym Londynie, a także brudna stylistyka chcąc, nie chcąc włożyła ją do szufladki z podpisem grime. Sama zainteresowana zaznacza jednak, że, przy całym szacunku dla gatunku i jego przedstawicieli, artystką grime’ową się nie czuje. I trudno się dziwić. Jej muzyka to mieszanka stylów, gatunków i inspiracji. Wspólnym mianownikiem pozostaje niesamowita charyzma artystki.

Jej rodzina wyemigrowała z Nigerii do Wielkiej Brytanii kiedy Furnmi była jeszcze dziewczynką. Dla dziewięciolatki zmagającej się z trudnościami związanymi z aklimatyzacją w kompletnie nowym środowisku muzyka była idealną ucieczką. Co ciekawe, choć pierwsze teksty zaczęła pisać już w wieku lat trzynastu, to do branży muzycznej weszła od nieco innej strony. Jako utalentowana graficzka pracowała przez jakiś czas w znanej wytwórni Ninja Tune. Dopiero gdy jej rap pozwolił jej na utrzymanie, a łączenie tych dwóch obowiązków stało się uciążliwe, skupiła się na tworzeniu muzyki.

Flohio to prawdziwy wulkan energii. Emanuje pewnością siebie – cechą, której wykształcenie wymusiła na niej muzyka i występy na żywo: „Jeśli nie jesteś pewna siebie, publiczność od razu to wyłapie. To by było jak pływanie w basenie z rekinami będąc zranionym – wyczują krew od razu”. Odrzuca w kąt wszelkie przyporządkowania i jest bezkompromisowa w swojej ekspresji, co najlepiej zrozumie każdy, kto na żywo poczuje ogień towarzyszący jej występom na scenie.

Paweł Szeląg

ROISIN MURPHY

 

Debiut Róisín Murphy nie był ani trochę planowany. Lubiąca się bawić Irlandka poznała swojego muzycznego partnera Marka Brydona na klubowej imprezie. To tam rozpoczęła się historia zespołu Moloko. Później przyszedł czas na fenomen dla ówczesnej sceny muzycznej – połączenie elektroniczego popu i trip hopu. Dzięki kapitalnym singlom rozgrzewającym światowe parkiety, Róisín Murphy stała się symbolem przebojowości. Szybko jednak zakończyła się przygoda formacji, a wokalistka postawiła na solową karierę.

Chłodny głos, charyzma, niesamowite pomysły na wizerunek sceniczny – Róisín Murphy jest trendsetterką, ikoną mody i bez przeszkód wieku, jedną z czołowych reprezentantek tanecznej muzyki elektronicznej. Udowodniła to przede wszystkim na swoim komercyjnym sukcesie Overpowered.

Na żywo mieliśmy okazję słyszeć ją kilka razy w Polsce, a ostatnio na pierwszej edycji Fest Festivalu. Show nie obyło się bez kilkukrotnej zmiany scenicznego outfitu, rozgrzewającej energii i przede wszystkim, świetnej formy Róisín pełnej niewyczerpanej kreatywności.

Anna Lalka

KIM GORDON

 

Kim Gordon to kobieta o wielu wcieleniach. Jako młoda dziewczyna, ucieka przed kalifornijskim słońcem do zadymionego Nowego Jorku lat 80., by rozwijać się jako artystka wizualna i dziennikarka. Mroczne kluby undergroundu i scena no-wave zmieniają Kim w zbuntowaną aktywistkę pragnącą zdekonstruować rock. Tam też poznaje osobę, która będzie jej mentorem, inspiracją, miłością, ale i największym rozczarowaniem – Thurstona Moora. Wspólnie zakładają Sonic Youth, którego pulsujący bas i charakterystyczny kontralt to właśnie Kim. Wkrótce zespół staje się legendą post-punka lat 80. i 90., a Kim Gordon symbolem wszystkiego, co cool w undergroundzie. Dla artystki sam Sonic Youth to jednak za mało – jest jednocześnie producentką, projektantką mody, aktorką i artystką wizualną.

Przychodzą jednak życiowe zawirowania – zdrada Thurstona, rozpad ich związku i zespołu, samotne macierzyństwo. Kryzys mimo wszystko nie jest w stanie zatrzymać twórczego pędu Kim, a jej poczucie własnej wartości wręcz rośnie. Artystka wystawia swoją sztukę w galeriach, pisze autobiografię, wydaje solową płytę. I nie jest jedynie ,,Dziewczyną z zespołu” – przed nami jeszcze wiele Kim Gordon do odkrycia.

Julia Karska

SOHO REZANEJAD

 

Twórczość producentki i wokalistki Soho Rezanejad to niezwykle zróżnicowana paleta skrajnych muzycznych barw. Już od pierwszego albumu, artystka łączy elementy takie jak zdecydowane, odważne partie wokalne, hipnotyzujące melodie czy zapętlone warstwy rytmiczne, tworząc niepowtarzalny muzyczny język. Jej najnowszy album Honesty Without Compassion is Brutality przypomina baśniową podróż, pełną onirycznych uroków o zagadkowych i nierzadko gwałtownych zwrotach akcji. Artystka wystąpi podczas tegorocznego Revive Festivalu w Warszawie.

Martyna Ziomek

YOUNG M.A

 

Prosto z nowojorskiego serca, z noszoną z dumą na barkach tradycją hip-hopowej klasyki z Brooklynu, skonfrontowaną ze współczesnymi, południowymi, utopionymi w sztandarowych brzmieniach Rolanda TR-808 patentami. W połowie minionej dekady Young M.A szturmem wdarła się na sam szczyt sceny, skupiając na sobie niepodzielną uwagę odbiorców (niezależnie od ery, z której pochodzą i którą wyznają), jednocześnie nie znając pojęcia kompromisu.

Kompozycje artystki w zasadzie od samego początku jej drogi działały ze skutecznością obosiecznego miecza – szacunek i aplauz ulic pokrywał się jednocześnie z szalonymi liczbami na portalu YouTube i innych serwisach streamingowych. Usłana ciężką pracą, niezliczonymi sukcesami artystycznymi, wyprzedanymi trasami koncertowymi, supportowaniem Beyoncé podczas show w MetLife Stadium, czy występami telewizyjnymi i komercyjnymi ścieżka zaprowadziła ją w kierunku długo wyczekiwanego punktu kulminacyjnego pierwszego etapu tak owocnej kariery – debiutanckiego albumu długogrającego.

Ubiegłoroczne Herstory in the Making wydane sumptem własnego M.A Music (we współpracy z labelem 3D) to jedna z najgłośniejszych premier minionego roku, ale przede wszystkim niesamowicie dojrzałe dzieło, pełne klarownie komunikowanych sprzeczności łączących te najbardziej bolesne historie i DNA nowojorskich blokowisk z niewiarygodnie przebojową energią, o czym może świadczyć m.in. seria tak skutecznych singli jak BIG, Car Confessions, PettyWap, She Like I’m Like czy Bleed. Poza komponowaniem i rapowaniem Young M.A realizuje się również reżysersko (film The Gift powstały we współpracy z portalem PornHub), a także prowadzi założoną wraz z matką fundację KWEENZ, zajmującą się wsparciem po śmierci najbliższych nam osób.

Kamil Matyja

PJ HARVEY

 

Zawsze miałam wrażenie, że Polly Jean Harvey szepcze nam w utworach swoje głęboko skrywane sekrety. Jej muzyka to mieszanka bezbronności i rockowej ostrości. PJ przybierała w swojej karierze różne maski. Album Dry przyniósł nam debiut pełen odważnego szukania kobiecości i uwalniania się od męskich pierwiastków.

„Jestem kimś, kto szuka czegoś, co go zaskoczy lub podnieci; co naprawdę wstrząśnie w jakiś sposób wewnątrz, więc musisz się zatrzymać i naprawdę spojrzeć na to, co czujesz i dlaczego to czujesz. Nie miałam czegoś takiego. Więc sama musiałam to zrobić dla siebie.”

PJ współpracowała z Thomem Yorkiem, Nickiem Cavem, Björk. Na dobre zajęła wysokie miejsce wśród głównych sylwetek kobiet muzyki alternatywnej. Przez lata Polly przedstawiała siebie w różnych postaciach i wizerunkach. Mogliśmy słuchać tego, co ma powiedzenia na temat siebie, ale i sytuacji politycznej, czy historycznych odniesień. Zachwyca otwartym na wszelkie formy sztuki umysłem i ekspresją, którą zaraziła niejedną późniejszą artystkę.

Anna Lalka

FIONA APPLE

 

„Ten świat to bzdura” – tak w głośnej przemowie dziękczynnej podczas rozdania nagród MTV VMA w 1997 roku podsumowała showbiznes Fiona Apple. Trzy miesiące wcześniej piosenkarka zaistniała w zbiorowej świadomości odważnym singlem Criminal, traktującym o kobiecej seksualności, który opatrzono nawet bardziej kontrowersyjnym teledyskiem.

Z kolei wydany dwa lata później drugi krążek piosenkarki zapisał się w historii jako album o najdłuższym w owym czasie tytule liczącym zawrotne 444 znaki („When the pawn hits the conflicts he thinks like a king what he knows throws the blows when he goes to the fight and he’ll win the whole thing 'fore he enters the ring there’s nobody to batter when your mind is your might so when you go solo you hold your own hand and remember that depth is the greatest of heights and if you know where you stand then you know where to land and if you fall it won’t matter ’cause you’ll know that you’re right”). Co jednak bardziej istotne, został owacyjnie przyjęty przez krytykę i słuchaczy, wprowadzając tylnymi drzwiami charakterystyczną dla późniejszej twórczości Apple stylistykę łączącą musicalową melodykę z szeroko pojętym alt popem.

Przez ponad dwie dekady na scenie artystka wypuściła jedynie 4 płyty – ostatnią The Idler Wheel w 2012 roku. Jak jednak potwierdziła we wrześniu w wywiadzie dla magazynu Vulture, obecnie kończy pracę nad kolejnym albumem, który powinniśmy usłyszeć niebawem.

Kurtek

MEG DUFFY

 

Tegoroczny Dzień Kobiet chciałbym przystroić barwami równości i walki z wykluczeniem, niezależnie czy są tęczowe, czy biało-błękitno-różowe. Muzycznie wszystkie te wątki pięknie uosabia cudowna i niezależna dziewucha zachodu – Meg Duffy.

Twórczyni, kojarzona przede wszystkim z projektem Hand Habits, wyróżnia się na tle obecnego songwriterskiego krajobrazu Stanów Zjednoczonych. Jest tak nie tylko ze względu na szczególną popularność, którą cieszy się jako gitarzystka studyjna (podczas nagrań wspierała m.in. The War on Drugs, Mega Bog, Fruit Bats, Kevina Morbyego czy Weyes Blood) i muzyk koncertowy, ale także, a być może przede wszystkim, ze względu na jej karierę solową.

Swoje autorskie nagrania Meg wypromowała głównie dzięki swojej ostatniej premierze – albumowi Placeholder (Saddle Creek Records, 2019). Przyzwoity artystycznie, bardzo “mądry” brzmieniowo materiał jest gruncie rzeczy szczerą introspekcją, balansującą na granicy skromności, być może nawet wycofania, a pewnym stąpaniem po gruncie samoświadomości. Widać tu szczególny związek z identyfikacją non-binary i LGBT+, z którymi otwarcie utożsamia się piosenkarka. Jej otwartość w tej kwestii może dawać nadzieję wszystkim tym dziewczynom, które swój dzień obchodzą w niezgodzie ze sobą, ale i być może ze swoim bezpośrednim otoczeniem. Wydaje się, jakby to do nich wszystkich Meg mówiła “hej, nie poddawajcie się – po prostu bądźcie sobą”.

Michał Rypel

OCTO OCTA

 

Dzięki szczeremu wyznaniu na temat swojej tożsamości, w zestawieniu wyjątkowych Artystek Tygodnia nie zabraknie także muzyczki elektronicznej Octa Octy. Transgenderowa didżejka pochodząca z Nowego Jorku to jedna z najważniejszych reprezentantek międzynarodowej sceny house. Od początków swojej kariery muzycznej postawiła na odważne brzmienia, czerpiące z kultowych dla sceny miejsc jak Detroit czy Chicago. Amerykanka stawia na mieszanie old-schoolu z nowatorstwem  – bez trudu łączy grę z winyli z cyfrowymi kontrolerami.

Przy kompozycjach didżejki wejdziemy w taneczny trans, który niejednokrotnie skrywa opowieści o przemianie. Jej album Where are We Going z 2017 roku był pierwszym od czasu coming-outu, ale to na zeszłorocznym Resonant Body pokazała pełną wolność. Maya zabrała nas w nocny świat nowojorskich dyskotek, otwartych dla środowiska queer, wyrażania swoich emocji i nieograniczonej euforii.

Anna Lalka

MC YALLAH

 

Mieszkająca w Kenii Ugandyjka MC Yallah jest obecna na rapowej scenie południowej Afryki od 1999 roku. To gwiazda lokalnego undergroundu, która europejskiej widowni została przedstawiona przez wytwórnię Hakuna Kulala i współpracę z producentem Debmasterem. Swoje zaangażowane społecznie teksty podaje za pomocą szybkiego, melodyjnego flow – pełnego emocji i angażującego odbiorcę. Jej pierwszy koncert na naszym kontynencie miał miejsce w zeszłym roku na Unsoundzie – w jego trakcie zarejestrowany został teledysk do numeru Dunia.

Jan Chrzan

TIRZAH

 

Muzyka popowa lubi odniesienia do relacji romantycznych. Wykorzystuje to Tirzah, która na swoim debiucie przedstawiła świat miłosnych wrażeń, zamkniętych w kompozycjach miękkiego r&b i delikatnej elektroniki. Wokalistka z Londynu przedstawia miłość z perspektywy napisanych w młodości tekstów o wyobrażeniu uczucia oczami nastolatki; obrazuje emocje bazując na dusznych dźwiękach lo-fi, hipnotycznych garażowych beatach. Album Devotion przykuwa uwagę muzycznymi ozdobnikami, minimalizmem, intymną surowością. Całą swoją muzykę tworzyła razem z Miką Levi, z którą prywatnie się przyjaźni.

Po intymnym koncercie na ostatnim OFF Festiwalu, wierzę że przed Tirzą Mastin jeszcze wiele wyjątkowych wydań. Na żywo poraża autentyczną skromnością, wyczuciem klimatycznej, oszczędnej estetyki oraz eksperymentem z własnym materiałem.

Anna Lalka

ARETHA FRANKLIN

 

Aretha Franklin wniosła do rhythm and bluesa więcej niż tylko potężny wokal. To między innymi jej zawdzięczamy tak wyraźnie obecny w tym nurcie gospel. To właśnie ta muzyka towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Jej ojciec C.L Franklin był jednym z najsłynniejszych pastorów lat 40-tych i 50-tych. Chłonąc tą songwrtiterską technikę, Aretha wypracowała styl, który pozwalał jej zmienić dowolną kompozycję w spektakularny, gospelowy utwór.

Przykładem może być utwór Paula Simona Bridge Over Troubled Water. Oryginał jest spokojny i dynamicznie jednostajny, natomiast wersja Arethy Franklin pełna jest sekwencji call and response (znanych z afroamerykańskich nabożeństw), pulsującej sekcji rytmicznej i elektryzującego pianina, dodającego mocy głównej linii wokalnej. Jednak Aretha nie była świetna jedynie w dekonstruowaniu popowych hitów, ale również w tworzeniu muzyki zupełnie od zera. Utwory takie jak Rock Steady, Dr. Feelgood czy Spirit In the Dark zawieszone są gdzieś pomiędzy bluesem, funky, soulem i popem, ale mają wspólny gospelowy mianownik, to poczucie, że wszystkie instrumenty egzystują w swoistej symbiozie i tworzą jedną całość, zamiast być jedynie zbieraniną dźwięków grających obok siebie.

Przez ponad 50 lat Aretha Franklin udowadniała słuchaczom, że muzyka gospel nie musi brzmieć jedynie w kościelnych murach, a ma prawo bytu w niemal każdym muzycznym nurcie.

Filip Baczyński

JONI MITCHELL

 

Kiedy Joni Mitchell brała gitarę do ręki, wszyscy (łącznie z muzykami) nie dowierzali, co się dzieje. Słuchacze rozpływali się w jej głosie i poetyckich tekstach, a inni gitarzyści nie rozumieli co ona wyprawia z instrumentem. I nie chodziło wcale o technikę gry, a specyficzne strojenie: wymyślone przez nią samą. Ale co to zmienia dla zwykłego odbiorcy jej muzyki? Dzięki takiemu zabiegowi brzmienie gitary przeradzało się w niezwykle oryginalne i nawet kolor prostych akordów zmieniał się nie do poznania. To wszystko nie było dziełem przypadku – Joni Mitchell zawsze uważała, że musi w ten sposób łagodzić dysonanse, których z resztą nie możne zabraknąć – jak w życiu. W ten sposób Kanadyjka zmieniła niepozornie oblicze muzyki, inspirując wielu.

Sam, gdy pierwszy raz usłyszałem Both Sides Now – wiedziałem, że słuchanie muzyki już nigdy nie będzie dla mnie takie samo. Byłem wstrząśnięty wszystkim – głosem, frazą, tekstem, melodiami, brzmieniem gitary. Od tego czasu każdy utwór Joni Mitchell tylko mnie utwierdzał w przekonaniu, że mam do czynienia chyba z najlepszą piosenko-pisarką, jaka chodzi po tej Ziemi. Warto podkreślić, że z płyty na płytę ewoluował jej styl: od akustycznego folku przez mieszankę z world music do regularnego jazzu w latach 70. W latach 80. spojrzała w stronę adult-contemporary, a w 90. powróciła do akustycznego grania, tym razem z ambientowym mgiełkami.

W dodatku Kanadyjka jest autorką słów, które zapadły mi w pamięć i mam je zawsze w głowie, gdy staram się ludziom opowiadać o muzyce: „Żyje zmianami. Prawdopodobnie dlatego moje zmiany akordów są dziwne, ponieważ akordy obrazują emocje. (…) To doprowadza niektórych ludzi do szaleństwa, ale takie jest moje życie.”

Krzysztof Ciach

NUBYA GARCIA

 

Z ekscytacją obserwujemy kolejne wydania reprezentujące nową falę brytyjskiego jazzu. Projekty Shabaki Hutchingsa, Mosesa Boyda, Theona Crossa, ale i Ezra Collective oraz Nubii Garcii. Artystki, która udowadnia, że saksofon nie kończy się na talencie Kamasiego Washingtona.

Nubyę usłyszałam po raz pierwszy na kompilacji wydawnictwa Brownswood Recordings, We Out Here. Już wiem, że instrumentalistka ma za sobą doskonały album Nubya’s 5ive, czy wygraną statuetkę JAZZ FM „Breakthrough Act of the Year”. Swoje szerokie horyzonty pokazuje między innymi wchodzenia w rolę didżejki, między innymi na festiwalu muzyki elektronicznej Dimensions. Poza swoimi projektami nagrywa i występuje z muzykami czołówki brytyjskiego jazzu. A to wszystko przed trzydziestką.

„Jazz zawsze był muzyką ekspresji i samorealizacji. Zawsze był głosem ludzi, tak samo jak wiele innych odmian muzyki. „ mówiła dla wywiadu z jazzforum

Anna Lalka

JOAN JETT

 

Joan Jett to znane nazwisko – artystkę kojarzymy z najpopularniejszej wersji utworu I love rock and roll, czy zespołem The Runaways. I choć dziś jest ikoną muzyki popularnej, nie łatwo było jej zdobyć sławę; głównie dlatego, że w latach 70-tych ubiegłego wieku kobiety nie były zbyt mile widziane w męskim świecie rock and rolla.

Joan już jako trzynastolatka zażyczyła sobie gitarę – koniecznie elektryczną, nie akustyczną! Rodzice wspierali jej pasję, za to jej pierwszy nauczyciel oznajmił, że dziewczęta nie grają rock and rolla. Młodej rockmanki nie powstrzymało ani to, ani butelki, którymi obrzucano jej pierwszy zespół, wspomniany już The Runaways. Grupa składała się wyłącznie z dziewczyn i początkowo spotykała się z bezlitosną krytyką. Jednak drzwi dla kolejnych damskich grup zostały otwarte.

Po rozpadzie The Runaways Jett była bliska rzucenia muzyki i… zaciągnięcia się do wojska. Na szczęście poznała producenta Kenny’ego Lagunę i z jego pomocą założyła zespół The Blackhearts. 23 wytwórnie odrzuciły ich album, muzycy wydali go więc własnymi siłami. Reszta to historia – za wisienkę na torcie można uznać wprowadzenie Joan Jett do Rock and Roll Hall of Fame w 2015 roku.

Marta Łobażewicz

LAURA MARLING

 

Laura Marling to wciąż, mimo ponad dziesięcioletniej aktywności wydawniczej, jedna z bardziej wyrazistych i konsekwentych postaci współczesnej sceny folkowej. Brytyjską wokaliskę najłatwiej sprowadzić do kontynuatorki początkowego dorobku Joni Mitchell. Mimo wyraźnego osadzenia w mitchellowskiej tradycji wokalnej i poetyckiego roztrząsania trudnych pytań w kameralnej atmosferze, Laura Marling wypracowała swój charakterny sposób ekspresji. Rys, który u brytyjskiej wokalistki zachwyca najbardziej, to duża elastyczność i zmienność artykulacji; Marling przechodzi płynnie od czułej melodyki do przekornej melorecytacji czy podszytego ironią sylabizowania. Chwytliwe wokalizy uzupełniają błyskotliwe teksty i wyraziste instrumentacje z krwi i kości. Laura Marling wie, jak tworzyć przebojowy folk bez popadania w banał. Ostatni długogrający materiał wokalistki to Semper Femina z 2017 roku – konceptualny album na cześć kobiecości i jej odczuwania w najważniejszych aspektach życia.

Maja Danilenko

BANKS

 

W ciągu ostatnich kilku lat Jillian Banks oczarowała nas sposobem dzielenia się swoimi emocjami. Zadebiutowała krążkiem Goddess w 2014 roku. Już tam, w stylistyce dark-popu i alternatywnego r&b, przekazywała prawdy na temat relacji romantycznych, seksualności, czy sposobu patrzenia na siebie. Bogini szybko stała się wyrazistą muzyczką, dla której ważne jest przedstawianie w twórczości swojej perspektywy.

Z każdym materiałem BANKS wyraża się coraz odważniej. Totalnie obnażyła się przed światem w krążku The Altar. Podzieliła się tam wizją introwertyczki, uwikłanej w miłosne gry z czyhającymi na nią demonami na każdym kroku. Artystka zachwyca mnie jednak nie tylko szczerością, ale przede wszystkim kompletną wizją siebie – stale zmieniającej się, nie wstydzącej się swojej wyeksponowanej seksualności.

Anna Lalka

Caribou

Caribou Suddenly

Kompozytor, muzyk, DJ, doktor nauk matematycznych, muzyczny maniak – oto Daniel Snaith, znany szerzej jako Caribou. Kanadyjczyk swoje pierwsze dwie płyty wydaje pod pseudonimem Mannitoba, zanim posądzony o plagiat, zmienia nick na ten obecny. Za mikserami występuje natomiast również jako Daphni. Daniel to twórca takich domówkowych, ale i festiwalowych hitów, jak Odessa czy Can’t do without you. Po 5 latach przerwy artysta wraca 28 lutego z nowym materiałem będącym mieszanką elektro i R&B – albumem Suddenly.

Rodzinne i muzyczne korzenie Caribou to Dundas lat 90.- kanadyjskie miasteczko, którego mieszkańcy utknęli w czasach psychodelicznego rocka. Ten mikroklimat, ale też odsłuchiwane w kółko taśmy Pink Floyd i Chemical Brothers, inspirują Dana Snaitha do tworzenia własnej muzyki. I choć sam artysta obecnie twierdzi, że tamte dziwne połączenia psychodelii i elektroniki były po prostu okropne, to jednak wybrzmiewają one wyraźnie w Andorrze – albumie nagrodzonym prestiżową Polaris Prize w 2008 r. Wtedy to Caribou zyskuje światowy rozgłos.

W 2010 r. już w Londynie Daniel Snaith porządkuje setki etniczno-housowych kompozycji na komputerze i wydaje album Swim. To kolejny przełomowy krążek w jego twórczości, bardziej osobisty w warstwie tekstowej, a także wykorzystujący brzmienia z EDM-owych setów artysty. Płyta jest wypełniona odniesieniami do niezwykle rytmicznego etiopskiego jazzu i popu, które to gatunki natchnęły Daniela podczas jego grand tour właśnie po Etiopii. Dzięki Swim Caribou koncertuje na całym świecie, a takie utwory jak Odessa czy Sun rozbrzmiewają po prostu wszędzie.

Gdy nowe pomysły Dana Snaitha nie wpisują się w charakter muzyki Caribou, powstaje jego kolejne, tym razem Dj-skie wcielenie – Daphni. Dzięki wieloletniej przyjaźni z Four Tetem, wspólnych setach z Floating Points czy Thomem Yorkiem, w Danielu budzi się na nowo miłość do miksowania. I tak w 2012 r. powstaje płyta Jiaolong zyskująca kolejne rzesze fanów na parkiecie.

Po zaskakującym dla Caribou sukcesie albumu Swim artysta postanawia stworzyć nowy materiał – tym razem bardziej z myślą o słuchaczach, choć wciąż oddający przeżycia Dana. Inspiruje się swym szczęśliwym życiem rodzinnym: w tym czasie przychodzi na świat jego pierwsza córka. Tak w 2014 r. pojawia się krążek Our Love – minimalistyczna fuzja dźwięków orbitująca wokół tematu różnych oblicz miłości.

Po 6 latach przerwy i okresie życiowego kryzysu Caribou powraca 28 lutego z albumem Suddenly. To płyta odnosząca się do zaskakujących w życiu muzyka wydarzeń – zarówno negatywnych, jak śmierć członka rodziny Dana, ale i tych pozytywnych – narodzin drugiej córki artysty. To połączenie melancholii, ale też optymizmu, zilustrowane charakterystyczną dla artysty elektroniką z elementami R&B i retro hip-hopu. I jak zwykle w przypadku Caribou, Suddenly idealna jest nie tylko do tańca, ale i chwili refleksji.

Niekończąca się kreatywność Daniela, jego umiejętność odnajdowania niesamowitych dźwięków z różnych stron i czasów oraz wręcz analityczne podejście do tworzenia muzyki, z której układa dźwiękowe kolaże, pozwalają wierzyć, że Caribou zawsze znajdzie sposób, by wydać coś świeżego i niedającego o sobie szybko zapomnieć.

Julia Karska

Tame Impala

Kevin Parker od lat zaskakuje nas swoim ciepłym, hipnotyzującym brzmieniem. Po pięciu latach wydawniczej ciszy w końcu doczekaliśmy się czwartego, studyjnego albumu tego australijskiego artysty. Niech nie zwiedzie Was fakt, że płyta ukazała się w tegoroczne walentynki! Niewiele ma ona wspólnego z przesłodzonym, amerykańskim świętem zakochanych. Pomoże Wam za to uspokoić się, po ciężkim tygodniu, przy największym kubku herbaty z cytryną.

 

Początki nie były łatwe dla młodego chłopaka z Perth. Jego ojciec nie wróżył mu kariery muzyka, bojąc się, że ten nie będzie w stanie się z niej utrzymać. Niedługo później mogliśmy zobaczyć Kevina w uniwersyteckim mundurku, ale częściej w okolicznych knajpach niż na zajęciach z matematyki. Nieodpowiedzialne podejście artysty doprowadziło do częstych kłótni z rodzicami. Nie pomógł również fakt, że chłopak miał problemy z codziennymi sprawami i gubił się w otaczającym go świecie. To wszystko doprowadziło do głębokiej depresji, z której pomogła mu wyjść muzyka. To dzięki niej stanął na nogi i mógł pokazać nam swoje pierwsze dzieło. „Tame Impala EP” została opublikowana na portalu mySpace i składała się z sześciu utworów przepełnionych smutkiem, ale i charakterystycznym brzmieniem, którym Kevin Parker bardzo starannie i skrupulatnie buduję nam swoją markę od lat.

Zdecydowanie największą sławę Tame Impala zyskała dzięki przebojowi „The Less I Know The Better”Utwór, który w 2015 roku znalazł się na płycie „Currents” przyniósł zespołowi nowych fanów i ogromną popularność. Do dziś grany jest w największych rozgłośniach radiowych, w tym w Akademickim Radiu LUZ, jako numer kultowy. Samej płycie nie można również nic zarzucić. Jej kompozycja jest bardzo przemyślana i spójna. Artysta w tworzeniu palety dźwięków był bardzo ostrożny i kierował się zasadami minimalizmu. Nie ma tutaj niepotrzebnych „zapychaczy” czy losowych sampli. Wszystko składa się na idealną, bardzo przemyślaną całość a sam album mógłby znaleźć się w podręcznikach dla producentów muzycznych w dziale „Jak to robić?”

Po pięciu, długich latach oczekiwania fani w końcu mogli zaspokoić swoje muzyczne dusze nowym krążkiem. W walentynki Tame Impala zaprezentował nam „The Slow Rush”, czyli przepis jak spieszyć się powoli w świecie, który nieustannie gdzieś pędzi. Paleta hipnotyzujących, melancholijnych dźwięków pozwala nam się w nich bezpiecznie zgubić i osiągnąć wewnętrzny spokój. Po poprzednim albumie zespół powiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Wielu spekulowało, że tym razem mogą jej już nie przeskoczyć. W tym stwierdzeniu było wiele prawdy, po takiej płycie jak „Currents” niektórzy by nie podołali ponownie wznieść się na taki poziom. Wielu mogłoby polec, ale nie Kevin Parker. Ten wiele razy udowadniał nam, że niemożliwe dla niego nie istnieje i uwielbia co krok odkrywać kolejne karty, które cierpliwie dla nas trzyma. Jego „Asem” zdecydowanie był najnowszy album, którego już teraz możecie posłuchać na antenie Akademickiego Radia LUZ!

Materiał przygotował Jakub Dworzecki

Antibalas

Od ponad dwudziestu lat mieszają afrobeat, jazz i funk, dodając do tego wpływy muzyki folkowej z całego świata. 7 lutego nowojorska orkiestra Antibalas wydała album Fu Chronicles, na której postawili na inspiracje muzyką Chińską i Japońską. Płyta jest dowodem na to, że z biegiem czasu coraz trudniej jest sklasyfikować Antibalas jako zespół stricte afrobeatowy.

 

Wszystko zaczęło się na Brooklynie w 1997 roku. Saksofonista barytonowy Martin Perna, wcześniej silnie związany z nowojorską sceną soulową, zaczął rekrutować lokalnych artystów do nowego projektu, który w bardzo krótkim czasie skrystalizował się jako Antibalas. Nazwa zespołu została zaczerpnięta z języka hiszpańskiego i oznacza „kuloodporny”. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że nazwa pasuje do grupy idealnie, gdyż zespół doświadczył na początku wielu trudności, które udało mu się odeprzeć i umocnić swoją pozycję na nowojorskiej scenie soulowej.

Największą przeszkodą dla zespołu okazały się być rządy burmistrza Rudy’iego Giulianiego. Jego polityka nieprzychylna klubom nocnym spowodowała utratę rezydencji zespołu w piątkowe wieczory, w klubie NoMoore. Postawieni w takiej sytuacji Antibalas postawili na przyciąganie zainteresowania słuchaczy z poza Nowego Jorku. Ich muzyka trafiła nawet do Londynu i zainteresowała label Ninja Tune, dla którego Antibalas nagrali następnie dwa albumy.

 

Na albumie Talkatif z 2002 roku, brzmienie Antibalas znacznie się wygładziło i coraz wyraźniejsze stawały się wpływy jakie na zespół miała muzyka latynoska. To właśnie fuzja tego brzmienia z afrobeatem i dubem stała się motywem przewodnim albumów w następnej dekadzie.

Naprawdę ciekawie zrobiło się w 2017 roku. Wówczas światu ukazało się EP pt. Where Gods Are In Peace. Zespół znacznie spowolnił swoje kompozycje i zaprosił do współpracy wokalistkę Zap Mama. To właśnie pod jej wpływem Antibalas nie trzymali się tak jak poprzednio statycznego rytmu i donośnej sekcji dętej. Muzyka stała się bardziej swobodna i zahaczała o psychodelię. Zaniknąć wydały się nawet sztandarowe dla nowojorczyków sekwencje call and response. W zamian za to frontman Antibalas Duke Amayo i Zap Mama śpiewają hipnotyczne duety w językach: hiszpańskim, angielskim i swahili. Taki eksperyment mógł bardzo łatwo wyalienować część fanów, przyzwyczajonych do szybkiego tempa i mocno osadzonego rytmu, jednak tak się nie stało. Ciepłe przyjęcie Where Gods Are In Peace utwierdziło Antibalas, że mogą sobie pozwolić na bardziej eksperymentalne brzmienie

 

Kolejna z inspiracji przyszła z nieoczekiwanego miejsca. Duke Amayo od lat fascynował się sztukami walki takimi jak Kung-Fu, otworzył nawet własne dojo o nazwie Jow Ga Kung FuSchool. To właśnie ta pasja natchnęła Amayo i Pernę do napisania materiału na płytę Fu Chronicles. Połączenie wschodniego brzmienia z afrobeatem i dubem, tworzy mieszankę żywcem wyjętą ze ścieżki dźwiękowej do filmu o sztukach walki. Tradycyjne, orientalne instrumentarium dodaje płycie autentyczności, ale również odświeża całość. W statycznych partiach perkusyjnych i dętych, które dobrze znamy z nagrań Antibalas, pojawiają niuanse, od których nie sposób oderwać uszu.
Pomimo tego, że album miał swoją premierę 7 lutego, ma on szansę na bycie nie tylko jednym z najciekawszych produkcji w katalogu Antibalas, ale i wśród wszystkich soulowych 2020 roku.

Materiał przygotował Filip Baczyński

Nyege Nyege Tapes

Na pewno znacie świeżą muzykę elektroniczną z Londynu, Berlina, czy Chicago. Ale czy kiedyś spróbowaliście w poszukiwaniu nowych dźwięków wybrać się do stolicy Ugandy, Kampali? Poznajcie wytwórnię Nyege Nyege, co w języku Luganda oznacza nagłą, niepowstrzymaną potrzebę tańca.

Jeśli zdecydowaliście się kliknąć w powyższy filmik usłyszeliście muzykę singeli, w dodatku w wykonaniu jej czołowych przedstawicieli – producenta Bamba Pana i MC Makaveli. Tanzański duet tworzy ekstremalnie szybkie (sięgające nawet 220 uderzeń na minutę!) kawałki, które prosto ze studia w sercu Dar Es Salaam trafiają na jego ulice. Mieszkające tam nastolatki podgłaśniają swoje smartfony i boomboxy, by usłyszeć najświeższe dźwięki wychodzące spod palców producentów związanych ze studiem Sisso. Oprócz Bamba Pana, to m.in. Duke, Jay Mitta i sam Sisso, założyciel studia.

Za sprawą swojego talentu, odwagi i dobrze wykonanej, promotorskiej pracy muzycy mają teraz szansę zaistnieć też na europejskich scenach. Największe festiwale o charakterze alternatywnym (w Polsce to np. Unsound) witają ich z otwartymi rękami w swoich line-upach, a nawet organizują mini-trasy. Jeżeli czytacie to w poniedziałek – wieczorem koniecznie wybierzcie się na Wyspę Tamka, by posłuchać Catu Diosis, Don Zilli i DJ Diaki’ego – didżejki i dwójki producentów związancyh z wytwórnią Nyege Nyege Tapes. Jeśli przegapiliścię tę imprezę – no cóż, Wasza strata.

Wróćmy do samego wydawnictwa Nyege Nyege Tapes, na początku dziesięciolecia w stolicy Ugandy, Kampali, zakładają je Belg Derek Debru i grecko-armeński akademik Arlen Dilsizian. Cel: utrwalić i zarchiwizować dokonania lokalnej sceny. Zakładają otwarte studio nagraniowe, w którym każdy artysta może skorzystać z nowoczesnego sprzętu. W przeciągu kilku lat budują silną i sprawną siatkę kontaktów, która pozwala im docierać do mediów i promotorów na całym świecie. W tej chwili mają na koncie 19 wydawnictw, zacierających gatunkowe i dźwiękowe granice. Kolejne są w planach.

Za kluczowe w tak szybkiej popularyzacji wydawnictwa i niezależnej muzyki z Ugandy można uznać 3 pierwsze kasety wydane nakładem Nyege Nyege. Wśród nich znajdziemy kasetę mieszkającego w Los Angeles producenta i rapera Riddlore. Podczas swojej rezydencji w Kampali, w 2015 roku, wykorzystał afrykańskie nagrania terenowe, by stworzyć odważne, basowe produkcje. Sięgając do swoich hip hopowych korzeni, Riddlore stworzył wciągający i wielowątkowy materiał.

Im głębiej zanurkujemy w katalog wytwórni, tym bardziej docenimy kuratorskie i antropologiczne zdolności jej założycieli. Znajdziemy tam dwa wydawnictwa poświęcone gatunkowi electro acholi – muzyce oryginalnie przynależącej do weselnej audiosfery, teraz odświeżanej przez młodych twórców. Nowe utwory wykorzystujące cechy electro acholi trafiają na największe sceny i stają się przebojami w północnej Ugandzie, a miasta Gulu i Lira zagłębiem zdolnych producentów i wokalistów.

Oprócz składanki Electro Acholi Kaboom from Northern Uganda zapoznajcie się z postacią Otima Alphy, który wraz z Leo P’layengiem zrewolucjonizował gatunek.

Jeżeli nie po drodze Wam z muzyką przeznaczoną do tańca (swoją drogą – bardzo kontrowersyjna postawa!) – sprawdźcie 9-osobowy zespół Nihiloxica. Artyści wydali w Nyege Nyege Tapes już dwie kasety wypełnione transowymi rytmami, nawiązującymi do tradycyjnej muzyki królestwa Buganda, które rociąga się na terytorium współczesnej Ugandy.

Korzystając z syntezatorów, bębnów i innych instrumentów perkusyjnych tworzą muzykę łączącą współczesną elektronikę z piękną historią dźwięków wschodniej Afryki. Wielonarodowy skład przemierzył dwa lata temu Europę, zdobywając tym samym wielu fanów. Dołączcie do nich i dajcie się porwać muzyce Nihiloxica

Na koniec chciałbym Wam przedstawić jeszcze jedną postać związaną z Nyege Nyege. Zaledwie 14-letni Dogo Janja to raper, którego ksywka rezonuje już w dyskusjach wszystkich fanów muzyki z tego kawałka Afryki. Jego numer przygotowany we współpracy ze wspomnianym wcześniej producentem Jay Mittą to prawdziwa energetyczna petarda, której na długo nie będziecie mogli wyrzucić z głowy. Tatizo Pesa, co w języku swahili oznacza problemy z pieniędzmi, w humorystyczny i zdystansowany sposób komentuje codzienne przeszkody jakie musi pokonywać tanzańska młodzież. To zresztą zdolność, którą przedstawiciele singeli opanowali do perfekcji.

Muzyki wydawanej przez wytwórnię Nyege Nyege Tapes oraz siostrzaną inicjatywę Hakuna Kulala posłuchacie na 91.6 FM od poniedziałku do piątku o północy oraz o 14:00, w ramach audycji Artysta Tygodnia. Garść informacji także w każdym Audiostarterze, o 9:00 rano. Do usłyszenia!

Jan Chrzan

Kaytranada

Pod koniec zeszłego roku powrócił z płytą Bubba – Artystą Tygodnia Radiu LUZ jest Kaytranada.

Kaytranada, czyli Louis Kevin Celestin urodził się na Haiti, skąd jego rodzina wyemigrowała do Kanady. Jego kariera DJ-ska i producencka rozwinęła się w bardzo szybkim tempie. Eklektyczne sety i energetyczne remiksy znanych wykonawców zjednały mu wielbicieli na całym świecie. Sprawnie porusza się między housem, hip-hopem i disco, splatając liczne inspiracje w swoje osobiste brzmienie.

Swoje pierwsze muzyczne eksperymenty przeprowadzał w dzieciństwie ze swoim bratem, nagrywając freestyle pod podkłady m.in. 50 Centa. To właśnie Louis Philip zapoznał Kaytranadę z programem FL Studio, w którym już w wieku 14 lat zaczął produkować swoje autorskie beaty. W późniejszych latach jako hip-hopowy duet The Celestics wydali dwa mixtape’y.

Na wczesnym etapie muzycznego rozwoju Louis publikował swoje utwory jako Kaytradamus. Inspirował się wówczas Madlibem i J Dillą. W Montrealu brał udział w spotkaniach podziemnego beatmakerskiego kolektywu Piu Piu, które były dla niego pierwszą okazją na zaprezentowanie swoich produkcji przed publicznością. Jak sam przyznaje, dużo zyskał na obserwowaniu sposobów pracy innych producentów.

W 2012 roku Kaytranada zremiksował utwór If autorstwa Janet Jackson, który zyskał znaczną popularność w serwisie SoundCloud, a nawet spotkał się z pozytywnym odzewem samej wokalistki. Był to przełomowy moment w jego karierze, który pozwolił mu grać liczne sety w Ameryce jak i w Europie. Do dzisiaj remiks ten jest stałym elementem jego występów, na który żywiołowo reaguje publiczność.

Nabierająca rozpędu kariera pozwoliła mu osiągnąć finansowy sukces i porzucić szkołę, której nigdy nie ukończył. Kaytranada jednak nie był zadowolony z etykietki DJ-a, która do niego przylgnęła. Pragnął być znany jako artysta, co zamanifestować miało oficjalne debiutanckie wydawnictwo. W 2014 udało mu się podpisać kontrakt z wytwórnią XL Recordings. Pierwotnie planowany jako EPka album 99.9% ukazał się w 2016 roku, a gościnnie udzielili się na nim m.in. Anderson Paak, Vic Mensa i Little Dragon. Głęboki bas, przestrzenne syntezatory, skrupulatny dobór sampli i gatunkowa różnorodność – wszystko to sprawiło, że album został entuzjastycznie przyjęty. Zdobył też nagrodę Polaris dla najlepszego kanadyjskiego albumu.

Mimo niewątpliwego sukcesu jaki odniósł, w wypowiedziach Kaytranady można wyczuć dużą dawkę skromności. Jak sam przyznał, występy na dużych scenach dla wielotysięcznej publiczności są dla niego nie do końca komfortowe – domówkowy klimat mniejszych, lokalnych klubów to coś, w czym odnajduje się najlepiej.

Po trzech latach od premiery debiutu, Louis Kevin Celestin bez szumnych zapowiedzi wypuścił drugi album Bubba, którego nazwa pochodzi od odmiany marihuany Bubba Kush. Ponownie zaprosił on do współpracy licznych wokalistów – tych, z którymi miał okazję już współpracować, jak GoldLink czy Shay Lia jak również tak znane postaci jak Pharrell Williams. Zapadający w pamięć singiel 10% z udziałem Kali Uchis w zeszłym miesiącu został mocograjem w Radiu LUZ.

Michał Sember

Lapalux

Lapalux, czyli Stuart Howard, to brytyjski producent muzyczny, który potrafi zaskakiwać swoimi kompozycjami jak mało który. Znany słuchaczom zarówno z chwytliwych, rytmicznych kompozycji uzupełnionych soulowymi wokalami, jak i dźwiękowych eksperymentów z brudnym basem i połamanymi rytmami.
Dorastając w Wielkiej Brytanii lat 90-tych, Howard miał okazję doświadczyć rozkwitu muzyki rave i IDM, co zainspirowało go do własnych działaniach artystycznych. Równie kluczowe w kształtowaniu jego gustu okazały się też hip-hop oraz rytmy R’n’B.

Decydując się na studia z zakresu technologii dźwięku, producent postanowił poświęcić się na dobre muzyce. W 2008 roku wydał swój “nielegalny” debiut – epkę Forest, którą rozdystrybuował na własną rękę w postaci kaset magnetofonowych.
Oficjalny debiut fonograficzny Lapaluxa nastąpił w 2011 roku, kiedy nagrał album Many Faces Out Of Focus. Następnie, tego samego roku, szukając dalszych możliwości publikacji swojej muzyki, nie licząc nawet na odpowiedź, napisał do wytwórni Brainfeeder założonej przez Flying Lotusa. Po kilku tygodniach skontaktował się z nim sam założyciel podekscytowany twórczością Howarda. I tak, pod skrzydłami labelu Brainfeeder, opublikował wszystkie dotychczasowe wydawnictwa, stając się dla wytwórni jednym z kluczowych artystów.

Brzmienia Lapaluxa nie można wpasować precyzyjnie w jeden gatunek. Ewoluuje ono z płyty na płytę, mocno różnicując między sobą każde kolejne wydawnictwo. Pierwsze utwory utrzymane były w klimatach łączących lo-fi hip-hop z noisem, by nastepnie odbiec w kierunku bardziej melodycznym, a mniej chaotycznym. Ostatnie wydawnictwa Lapaluxa można nazwać mozaiką abstrakcyjnej elektroniki z pogranicza glitch, IDM czy nawet ambientu, połączonej z hip-hopem oraz elementami neo-soulu.

Pojedyncze utwory, jak i całe wydawnictwa, mają często koncepcyjny charakter. Inspiracje i metafory dotyczą tematów takich jak duchowość, astrologia, a nawet sztuki wschodu.
Z koncepcyjnością dzieł wiąże się też strona wizualna – kolejny ważny element dla twórczości Lapaluxa. Okładki jego płyt są tworzone w ścisłej współpracy z bliskimi artystami wizualnymi, koncerty oprawione są bogatymi wizualizacjami nawiązującymi do tematyki utworów, a metaforyczne teledyski przywodzą na myśl krótkometrażowe filmy kina offowego.

Eksperymenty soniczne są niemalże domeną Howarda od pierwszych utworów. Swoje złożone koncepcje myślowe przekształca na dźwięki korzystając z syntezatorów modularnych, samplerów oraz eksperymentalnych metod przetwarzania dźwięku jak na przykład echa taśmowe, magnetofony czy nagrania terenowe.

Do tej pory artysta posiada w swoim dorobku 4 długogrające albumy, 6 epek oraz kilkanaście singli. Remiksował między innymi utwory Bonobo, Joji’ego, Young Thuga, Andrei Triany czy The Acid. Ma na koncie także autorstwo muzyki i udźwiękowienia do przedstawień teatralnych.
Najnowsze dzieło – wydany w ubiegłym roku album Amnioverse- jest, jak przyznał sam Howard, najważniejszym i najbardziej osobistym dziełem w jego dorobku. Proces pracy nad tą płytą trwał nieustannie przez ponad 3 lata, a sam album jest swoistą refleksją artysty, mówiącą o narodzinach, życiu i śmierci oraz o wierze w nieskończoność cyklu tego metafizycznego procesu.

Adam Salamon

Varg

varg

Jonas “Varg” Rönnberg tworzył, odkąd skończył dziesięć lat. Komponowanie “na poważnie” rozpoczęło się jednak dopiero po pewnym niefartownym incydencie. W trakcie powrotu z koncertu metalowego (jak na Szweda przystało, Varg swoją muzyczną karierę rozpoczął od mocnej muzyki gitarowej), napadła go i pobiła grupa zamaskowanych bandziorów. Największego uszczerbku doznały dolne partie ciała: kompletnie zmiażdżona stopa unieruchomiła Varga na dobrych pięć miesięcy. Jak sam przyznaje w wielu wywiadach, w tym czasie nie potrafił znaleźć odpowiedniego zajęcia. To właśnie ten moment przesądził o dalszej karierze Rönnberga – wtedy na dobre zaczął się jego intensywny proces twórczy.

Varg, fot. Maya Baklanova

Fot. Maya Baklanova

Artystyczne zainteresowania Varga niezmiennie krążą wokół techno, ale nie jest to techno w swoim najpopularniejszym, klubowym wydaniu. W utworach Rönnberga słychać przekorne przeplatanie elementów ambientowych z bardziej niespokojnymi motywami industrialowymi, kończąc na mocnych, momentami wręcz hałaśliwych elementach muzyki noise. Swoje pierwsze wydawnictwo pod obecnym pseudonimem, Misantropen, Varg wydał w 2013 roku, od tamtego czasu tworząc jeszcze siedem samych tylko albumów.

Oprócz solowych wydawnictw, Varg razem z bliskim przyjacielem Anthonym Linellem stworzył projekt o nazwie Ulwhednar. Pod tym aliasem obydwaj nagrywają do dziś, a ich najnowsze dzieło nosi nazwę Modern Silver. Pełne szumiących tonów wydawnictwo, gdzieniegdzie tylko wzbogacone transowymi werblami, zebrało świetne recenzje.

Ale to nie wszystko. Rönnberg jest również bardzo ceniony za projekt FLORA: wspólne dziecko jego oraz piosenkarki AnnaMeliny, notabene także Szwedki. Zainspirowani popowo-ambientowymi brzmieniami, wspólnej kolaboracji podjęli się dużo wcześniej. Mówiąc o współpracownikach Jonasa, nie można też zapominać o Yung Leanie, najznamienitszym spośród sadboyów, który pozostaje jego bliskim przyjacielem tak samo, jak wspomniani wcześniej artyści.

Współpraca wyłącznie z przyjaciółmi to jego cecha charakterystyczna. Varg ceni sobie znajomości; chcąc stworzyć coś razem z nim, trzeba się nieźle nagimnastykować. Potwierdzają to wszystkie wydawnictwa spod szyldu Northern Electronics. Rönnberg jest jego współzałożycielem, nie przewidując wyjątków również pod kątem doboru współpracowników. Northern Electronics nie przyjmuje żadnych nowych członków z zewnątrz, nie przesłuchuje też epek ochotników marzących o przystąpieniu do skandynawskiego wydawnictwa. Label funkcjonuje tylko wokół małej grupy znajomych.

Varg, fot. George Nebieridze

Fot. George Nebieridze

Liczne tegoroczne wydania Varga udowodniły, że muzyk dopiero się rozkręca. Skandynawskie brzmienie muzyki elektronicznej zawsze prezentowało najwyższy poziom, zaś Rönnberg i związani z nim artyści tylko to potwierdzają. Szwedzi dodają od siebie zupełnie nowy wymiar odczuwania i interpretowania muzyki, mieszając style, rytmy i emocje w zaskakujących, niespodziewanych konfiguracjach – wszystko okraszone niepowtarzalnym, mroczno-melancholijnym klimatem. Warto trzymać rękę na pulsie w kwestii twórczości Varga, bo w nadchodzącym roku jeszcze nie raz będzie o nim głośno.

W paśmie Artysta Tygodnia przez cały tydzień przybliżamy twórczość Varga. Słuchajcie od poniedziałku do piątku o 13:00 i po północy!

Zuzanna Pawlak

Vic Chesnutt

“Oh death, oh death, oh death.
Really, I’m not ready.”

25 grudnia 2019 roku mija dziesiąta rocznica śmierci Vica Chesnutta – artysty, który zdecydował się odejść z tego świata, pomimo tego, ze nadal chciał żyć.

Urodzony 12 listopada 1964 roku Vic, a właściwie James Victor Chesnutt był jednym z czołowych przedstawicieli nurtu alt-county w USA. Mimo wielu sukcesów, Chesnutt nie miał łatwego życia. Zmagał się z niepełnosprawnością i wciąż dającymi o sobie znać efektami wypadku samochodowego z 1985 roku, w którym został sparaliżowany od pasa w dół, oraz stracił częściowo czucie w lewej ręce.
3 lata po tragicznym wypadku Vic przeniósł się z rodzinnego Zebulon do miejscowości Athens, gdzie dołączył do lokalnego zespołu La-Di-Das. Po opuszczeniu grupy grał regularne koncerty w klubie 40 Watt Club. Pewnego dnia zauważył go tam Michael Stripe z zespołu R.E.M. Postać Chesnutta na tyle go zainteresowała, że postanowił wyprodukować jego dwa pierwsze albumy- Little (1990) oraz West of Rome(1991).




Największą sławę przyniosło Chesnuttowi wydanie w roku 1996 płyty z jego własnymi coverami pt. „Sweet Relief II: Gravity of the Situation”. Do wykonania swoich utworów udało mu się namówić: The Smashing Pumpkins, R.E.M, Madonnę i wielu innych artystów. Cały dochód z wydanego albumu przeznaczony był dla organizacji Sweet Relief Musicians Fund, której celem jest pomaganie artystom z finansowaniem opieki zdrowotnej.
W kolejnych latach działalności Vica światło dzienne ujrzały takie albumy takie jak ”About To Choke” wydany pod szyldem Capital Records czy ”The Salesman and Bernadette” nagrany przy współpracy z muzykami z grupy Lambchop. Mimo dobrze przyjmowanych nagrań i współpracy z wieloma znanymi amerykańskimi artystami problemem Vica był brak środków na finansowanie swojego leczenia, a jak wiadomo osobom bez prywatnego ubezpieczenia amerykański system opieki zdrowotnej nie wybacza. W jednym z ostatnich wywiadów można dowiedzieć się, że dług medyczny Chesnutta opiewał na ponad 75 000 dolarów a na kolejne operacje potrzebował jeszcze więcej środków.



Don’t Suck Don’t Die




Punktem zwrotnym w jego życiu miał być kontrakt płytowy z Capital Records. Wytwórnia w ramach kontraktu zorganizowała trasę Vica po USA, jednak przytłoczony depresją i alkoholizmem Vic poddał się, i w ramach owej trasy odbył się tylko jeden koncert.
Podczas ostatnich trzech lat życia Chesnutt wydał dwa obecnie najbardziej rozpoznawalne albumy: ”North Star Deserter” z 2007 roku oraz ”At The Cut” nagrany tuż przed śmiercią artysty w 2009 roku.






Pomimo kilku prób samobójczych, zaawansowanej depresji i problemów finansowych Chesnutt w jednym z wywiadów w 2009 roku przyznał, że jest osobą optymistyczną i nie chce umierać. Jednak niedługo potem artysta nie poradził sobie z ciężarem istnienia i pierwszego dnia świąt 2009 roku popełnił samobójstwo przedawkowując leki zwiotczające mięśnie.

Dominik Półtorak