Archiwum

Josh Homme

Josh Homme niczym mityczny Król Midas zamienia w złoto wszystko czego dotknie. Jako współzałożyciel legendarnej grupy Kyuss, położył podwaliny pod stoner rocka. Będąc twórcą Queens of The Stone Age (QOSTA) przeniósł ciężkie gitarowe riffy z pustynnych klimatów do największych sal koncertowych świata, a do tego zapoczątkował kilka świetnie przyjętych projektów jak Eagles of Death Metal i Them Crooked Vultures. Po 16 latach przerwy muzyk wraca z nową odsłoną legendarnego Desert Sessions.

 

Urodzony 17 maja 1973 roku muzyk większość swojego życia spędził w małej kalifornijskiej miejscowości Palm Desert. Pierwszym instrumentem, do którego zapałał miłością była perkusja i to z nią początkowo wiązał swoją muzyczną karierę. Jednak los, a właściwie decyzja rodziców Josha, sprawiły, że ostatecznie to gitara stała się jego głównym instrumentem.

Gdy powstawał zespół Kyuss tylko nieliczna grupa odbiorców czuła, że tych kilku, zupełnie nieznanych chłopaków, zapisze  się w tak znaczący sposób na kartach historii rocka. Pierwsze próby tych prekursorów stoner rocka miały miejsce na pustyni, gdyż małe Palm Desert nie było gotowe na tak głośne brzmienie. Albumy Blues for the Red Sun oraz Welcome to Sky Valley to mieszanka klasycznego gitarowego grania z brudnym i ciężkim brzmieniem przypominającym o idolach Josha Homme’ego Black Sabbath. 

Po rozpadzie Kyuss, Josh Homme nie zwlekał z podjęciem nowego przedsięwzięcia. W 1997 roku zapraszając do składu 3/4 poprzedniej formacji, powstał jeden z najważniejszych, współczesnych zespołów rockowych, Queens of The Stone Age. 

 

Między fanami zespołu od dłuższego czasu nie ma porozumienia co do najlepszego albumu grupy, argumenty znajduje każda ze stron. Lecz to concept-album Songs for The Deaf, który przenosi słuchaczy w bezkres amerykańskich dróg i rozgłośni radiowych mijanych miast, jest wskazywany najczęściej jako nr 1. Mieszankę metalu, hardcore’u i stoner rocka wzbogaca pierwsza z wielu wspólnych inicjatyw między Joshem Homme’em, a Davem Grohlem, który obejmuje perkusyjną wartę. Ci dwaj muzycy zawiązywali współpracę kilkakrotnie od czasu Songs for The Deaf m.in.: tworząc wraz z Johnem Paulem Jonesem supergrupę Them Crooked Vultures, czy podczas pracy nad soundtrackiem do dokumentu Sound City.

Pustynny klimat Palm Desert towarzyszy Joshowi Hommiemu przez niemal całą karierę, zarówno w brzmieniu jak i powoływaniu kolejnych projektów. Jednym z nich jest Desert Sessions zapoczątkowane w 1997 roku. Na Rancho de la Luna w Joshua Tree, miejscu urodzenia Hommiego, zapraszani są muzycy reprezentujący różne sceny i gatunki, choć mający wspólne korzenie. Na jednej z pierwszych sesji powstał ikoniczny utwór dla całej idei Make It Wit Chu we współpracy Josha i PJ Harvey. W październiku tego roku ukazało się wydawnictwo nr 11 i 12 zarejestrowane po 16 latach przerwy pustynnych sesji. Udział w nim wzięli między innymi: Les Claypool (Primus), Billy Gibbons (ZZ Top) czy Stella Mozgawa (Warpaint)

 

Materiał przygotował Michał Piątek.

Have a Nice Life

Have a Nice Life to postpunkowy duet z Connecticut, który zgromadził wokół siebie rzeszę oddanych fanów. Wiele można powiedzieć o ich unikatowym brzmieniu, jednak do kultowości zespołu przyczynia się sama jego otoczka i podejście do muzyki. Jest ona medium, dzięki któremu muzycy radzą sobie z depresją i niepowodzeniami.

Legendarny debiut kapeli, płyta Deathconsciousness docelowo miała być przeznaczona dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Szokiem dla zespołu okazało się wyprzedanie wszystkich stu płyt pierwszego wydania z 2008 roku, wyprodukowanych w domowym zaciszu. Nagranie, na którym głównym tematem jest wszechobecna śmierć zyskało popularność w Internecie i uznanie w oczach krytyków. Bardzo osobiste kompozycje sprawiły, że wiele słuchaczy zaczęło utożsamiać się z artystami, a ci, bynajmniej, nie odgradzali się od swoich fanów, często prowadzili z nimi dyskusje i chętnie udzielali wywiadów (w tym — co ciekawe — jeden dla Radia LUZ niedługo po wydaniu albumu).

Debiutancka płyta była początkowo kompilacją niezbyt spójnych, eksperymentalnych produkcji, dopóki nie spięto ich motywem śmierci. Taki zabieg był reakcją na traumatyczne doświadczenia muzyków. Uznali, że to zjawisko, choć nieodłącznie związane z życiem, to w kulturze zachodu jest zwykle przemilczane. Płyta miała na celu przypominać słuchaczom o bliskości śmierci.

Gdy drogi muzyków – Dana Barretta i Tima Macugi zetknęły się po raz pierwszy, szybko połączyło ich zamiłowanie do eksperymentów z muzyką akustyczną. Wymiana taśm z nagraniami dała początek ich muzycznej współpracy w 2000 roku, a pisanie utworów było dla nich przede wszystkim wspólnym hobby. Temat ich wydawania był nieporuszany przez wiele lat. Ich proces twórczy był za to prosty i całkowicie spontaniczny. Polegał na oblepianiu bazy utworu, którą mógł stanowić chociażby krótki riff, o kolejne pomysły podrzucone z jednej ze stron duetu. Pytani o swoje największe inspiracje, jednym tchem wymieniają takie zespoły jak Joy Division, The Sisters of Mercy i My Bloody Valentine, a w ich brzmieniu czuć również wpływy muzyki drone, folku, ambientu czy shoegaze’u.

Istotnym elementem pierwszej płyty, a także kierunkiem w postrzeganiu kapeli jest booklet, napisany przez Barretta. Po stracie rodzica, cały swój żal skoncentrował na księdze. Opowiada ona o antiocheaniźmie, fikcyjnej religii, której wyznawcy gloryfikowali śmierć. Liderem tego kultu miał być Antiochus — trzynastowieczny heretyk, ostatecznie spalony na stosie za organizacje serii rytualnych morderstw w Rzymie. Groteskowa lektura przedstawia jego życie i poglądy, a także przyszłość kultu i krótką historię jego badacza. Księga w naturalny sposób wpisała się w formułę Deathconsciousness, dopełniając muzykę o rozbudowaną mitologię.

Zespół ma tendencję do kreowania swojego wizerunku w specyficzny sposób. Jak nie zbudowanie charakterystycznej mitologii, to zabawa z fanami. Przy wydaniu kasetowej epki Time of Land, która wyprzedała się podczas najbliższego możliwego koncertu, zespół umieścił w kasecie notkę, która informowała o dodatkowej, ukrytej taśmie w lasach Nowej Anglii. Było to wyzwanie dla najbardziej oddanych fanów. Poszukiwania trwały kilka miesięcy. Całość została później udostępniona do pobrania za darmo, a produkcji już nigdy nie wznowiono.

Podobnie specyficznie było w przypadku pobocznego projektu Giles Corey. Jego nazwa wzięła się od mieszkańca Salem, oskarżonego o czary, a następnie zmiażdżonego pod głazem. Do wydania dołączony został booklet, który traktował o życiu kolejnego, fikcyjnego lidera kultu oraz o jego wynalazku – halucynogennym exit bagu. Ostateczna postać albumu to reakcja na rozpad związku Barretta i podsumowanie rocznego okresu, w którym muzyk stał na skraju samobójstwa. Efektem są oniryczne, depresyjne aranżacje, kładące nacisk na chóralny śpiew artysty, dopełniane przez delikatne, elektroniczne dźwięki i zapadające w pamięć melodie – choć początkowo projekt miał być jedynie studium stylistyki country z użyciem wyłącznie instrumentów akustycznych.

Po drugim albumie The Unnatural World, bardziej dojrzałym i pełnym ciężkiego, dronowego charakteru, muzycy zwolnili tempo i skupili się na swoich prywatnych życiach. Obaj pozakładali rodziny. Dan prowadzi agencje marketingową, a Tim utrzymuje farmę oraz uczy w szkole. Ruszyli naprzód i trudno odnaleźć w nich tę samą aurę, którą mieli przy nagrywaniu starszych płyt. Dan w wywiadzie wspomina, że dziesiątki fanów po koncertach pyta go, jak to jest wyjść na prostą? Uznaje to za niesamowite, jak bardzo ludzie zżyli się z ich twórczością.

Po pięciu latach przerwy wrócili z albumem Sea of Worry, wydanym 8 listopada tego roku. Muzyka, która się na nim znalazła, jest silnie inspirowana gotyckim rockiem, co zaowocowało bardzo energicznymi utworami. Na płycie znalazły się również dwie piosenki, które znane były już z kompilacji Voids, jednak przeszły poważną metamorfozę. Ogólny wydźwięk płyty nie jest jednak już tak znaczący, jak przy poprzednich wydawnictwach, ale fani są zachwyceni kolejną porcją materiału od niebanalnego zespołu. Pytanie brzmi, co Have a Nice Life czeka w przyszłości? Miejmy nadzieję, że wyłącznie dobre życie.

Dominik Świątek

Loscil

Rozpoznawany głównie pod hasłem muzyki ambientalnej, Loscil często wykracza w swojej twórczości poza ramy jednego gatunku. Tworzący liczne kompozycję do gier, sztuk teatralnych oraz filmów Scott Morgan eksploruje i miesza świat polirytmii, field recordingu, dubu i narastających tekstur dźwiękowych. Już w tym tygodniu możemy spodziewać się premiery najświeższego krążka artysty pt. lifelike. Kompozycja 14 utworów stanowić będzie ścieżkę dźwiękową do gry opartej o techniki medytacyjne i ma za zadanie pomóc nam skoncentrować uwagę i dać się rozpłynąć w muzycznych i wizualnych doznaniach.

Przygodę muzyczną rozpoczął już jako nastolatek grając w licznych zespołach o charakterze rockowo-punkowym. Od połowy lat 90 współtworzył formację Destroyer jako perkusista i gitarzysta. Grupa muzyczna rozpoczęła karierę od home-recordingowego albumu pełnego abstrakcyjnej szkicowej liryki podsycanej brzmieniem gitary akustycznej, momentami eksplorującej daleko poza standardową folkowo-rockową formą. Jego zainteresowanie muzyką elektroniczną rozpoczęło się w czasie studiów na kierunku Komunikacja i Muzyka na kanadyjskim uniwersytecie. Tam planując karierę inżyniera dźwięku zetknął się z cyfrową produkcją muzyczną i sound designem. Osłuchując się z kompozytorami takimi jak John Cage czy Stockhausen sam zaczął eksperymentować z field recordingiem czy nagrywaniem na taśmę. Wieloletnie próby formowania i eksplorowania dźwięku doprowadziły do wykształcenia jego obecnego stylu. Mimo zmiany gatunku muzycznego w swojej solowej twórczości, pozostaje wierny intuicyjnej oraz intymnej formie tworzenia, która wydaje się być wspólna dla obu projektów.

Zainspirowany muzyką klasyczną i jej akustycznym ciepłem, Scott Morgan stara się uzyskać podobny charakter w muzyce elektronicznej. Artysta często wykorzystuję brzmienie analogowych instrumentów, których dźwięk po nagraniu dekonstruuje na drobniejsze fragmenty bądź modyfikuje ich ton i barwę do momentu uzyskania satysfakcjonującego efektu. Działając głównie na zapętlonych ścieżkach eksploruje nastrój i fakturę poszczególnych motywów dźwiękowych nieustannie je zmieniając. Wszystko wykonywane jest w sposób subtelny i dyskretny hipnotyzując słuchacza i zapraszając go do podążania ambientalno dubowym tempem.

Artysta przyznaje, że w czasie nagrywania najnowszego albumu pt. Equivalents, czerpał inspiracje z czarno-białych zdjęć czołowego fotografa minionego wieku, Alfreda Stieglitza. Sztuki mediów stanowią dla Loscila zasadnicze źródło natchnienia w czasie komponowania i są nieodłącznym polem do okazywania własnej wrażliwości. Unikalne oprawy wizualne koncertów, sprawiają, że są one wyjątkowym przeżyciem nie tylko na pod względem muzycznym, ale i wizualnym. Twórczość Scotta Morgana możemy odnaleźć również na jego instagramowym profilu, gdzie umieszcza własne fotografie.

26 października we Wrocławskim Klubie Formaty podczas Before’u Ambientalnego Loscil zaprezentował materiał ze swojego sierpniowego krążka Equivalents, odrywając od rzeczywistości zgromadzonych w przytulnej sali odbiorców w ten chłodny, sobotni wieczór. Każde z ponumerowanych na ekranie rzymskimi liczbami nagrań, opatrzone było minimalistycznym filmem wyświetlonym w czerni i bieli. Z obrazów biła obezwładniająca prostota, co pozwalało delektować się płynnie przenikającymi się zdjęciami chmur, piasku i fal morskich. Klub Formaty ponownie stał się domem dla intymnych około-ambientowych koncertów, zapewniając publiczności gorącą herbatę, wygodne pufy, leżaki i nienaganny dźwięk. Wszystko to w ramach wspomnianego before’u przed odbywającym się miesiąc później Międzynarodowym Festiwalem Ambientalnym w pełnej odsłonie, podczas której ugoszczono artystów takich jak Abul Mogard czy Deaf Center. Zaś Radio LUZ, jak co roku, wspierało to kameralne, wyjątkowe w skali miasta wydarzenia.

 

Materiał przygotowała Martyna Ziomek

 

Quantic

Różne oblicza Quantica

Brytyjczyk Will Holland, znany światu pod pseudonimem Quantic, to multiinstrumentalista, DJ, kompozytor i producent. To, co wyróżnia jego muzykę, to mieszanie tego, co tradycyjne z tym, co współczesne. W jego twórczości często obecne są fascynacja muzyką afrokolumbijską, projekty z innymi muzykami oraz silne nawiązania do innych kultur. Wiosną otrzymaliśmy od Quantica najnowszy solowy album Atlantic Oscillations, a w ubiegły weekend epkę Atlantic Modulations, na której pojawiają się remiksy nagrań z najnowszej płyty.

Quantica można kojarzyć także z takimi projektami jak: The Quantic Soul Orchestra, Ondatrópica, Flowering Inferno czy Quantic and his Combo Bárbaro. Jego dyskografia jest imponująca — Holland ma na koncie ponad 20 płyt, w tym wiele we współpracy z innymi artystami z różnych muzycznych światów. O ile każdy jego album to mieszanka gatunków i stylów, o tyle rozpoznać go można po charakterystycznym sposobie łączenia brzmień latynoskich, soulowych, funkowych, jazzowych i dubowych. Jego debiut zatytułowany The 5th Exotic przypada na rok 2001 i już na nim można się doszukać jego zamiłowania do muzyki afrolatynoskiej. Album został wydany przez niezależną wytwórnię Tru Thoughts, z którą artysta związany jest do dziś.

Kolejnym nietuzinkowym wcieleniem Quantica jest Ondatrópica współtworzona razem z liderem zespołu Frente Cumbiero — Mariem Galeano. Kolektyw wydaje dwie płyty, na których skupia się na wskrzeszaniu tradycyjnych brzmień kolumbijskich, w szczególności cumbii. Jest to więc ukłon w stronę nowego ruchu współczesnej cumbii — łączenia tradycyjnej muzyki ze współczesnymi gatunkami: dubem, funkem, hip hopem i elektroniką. Współpracując z lokalnymi muzykami, tworzą zespół, w który, w zależności od koncertu, zaangażowanych jest od 12 do aż 42 muzyków.

Quantic i jego muzy

W 2003 roku Holland w roli basisty i gitarzysty otwiera live bandowy projekt The Quantic Soul Orchestra, do którego zaprasza królową soulu Alice Russell oraz jazzową wokalistkę Spanky Wilson. Owocem tej współpracy są aż cztery albumy i wiele koncertów na całym świecie. Swoistą kontynuacją projektu jest Quantic and his Combo Bárbaro, który powstał podczas 6-letniego pobytu Willa Hollanda w kolumbijskim mieście Cali. W tym samym czasie twórca rozwinął swój dub-tropikalny skład Flowering Inferno, z którym nagrał dotychczas trzy krążki.

Dziś Will Holland mieszka w Nowym Jorku, gdzie otworzył własne studio nagraniowe Selva Studio na Brooklynie. W tym roku swoje doświadczenie producenckie przenosi właśnie tam, by nagrać i zaaranżować album argentyńskiego tria Femina. Na płycie Perlas y conchas gościnnie pojawił się zresztą sam Iggy Pop.

W międzyczasie Quantic wypuścił swój najnowszy solowy krążek Atlantic Oscillations. Na długo oczekiwany album wracają dwa ulubione głosy twórcy — Alice Russell i Nidia Góndora. Nowa płyta nie tylko potwierdza muzyczną dojrzałość artysty, ale jest też dowodem jego autentyczności i konsekwencji twórczej.

Zuzanna Pajorska

Phil Elverum

Lost Wisdom part 2 to kontynuacja kultowego już albumu z 2008 roku, ale wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Poznajcie Phila Elveruma, czyli Mount Eerie – Artystę Tygodnia Radia LUZ.

Phil Elverum to niesamowicie utalentowana, a zarazem skromna postać. Rozgłos zdobył głównie dzięki swojemu zespołowi The Microphones, który na stałe zapisał się w kanonie muzyki alternatywnej. Grupa ta działała w latach 1996-2003, a w jej składzie znaleźli się również między innymi Adam Forkner (Yume Bitsu, Jackie-O Motherfucker) czy Calvin Johnson (Beat Happening). Teksty Phila oscylują wokół natury, mitów oraz spirytualizmu i często przybierają formę storytellingu.

Pierwsze nagrania The Microphones w ogóle nie trafiły do szerszej publiczności. Być może ze względu na to, że Phil wciąż jeszcze poszukiwał swojego brzmienia, a utwory były zbyt eksperymentalne. Jednak późniejsze albumy, mowa tu o It Was Hot, We Stayed in the Water oraz The Glow pt. 2, to już klasyka dla każdego fana indie folku. Zwłaszcza koło tej drugiej nie możecie przejść obojętnie, jeżeli lubicie delikatne gitarowe granie i leśne spacery.

Ostatni album tej grupy został wydany w 2003 i nazywa się Mount Eerie. Tak samo jak powołany nieco później do życia solowy projekt Phila ELveruma. Krążek ten był zatem przełomowy w karierze naszego Artysty Tygodnia. Już nie jako zespół, a w pojedynkę zaczął wydawać kolejne albumy pod nowym szyldem. Muzyka jednak pozostała ta sama – to wciąż gitarowe i wokalne eksperymenty kojarzące się z naturą i duchowością. To wciąż ten sam, delikatny klimat piosenek.

Początki projektu Mount Eerie obejmują między innymi koncert w Kopenhadze, który został nagrany i wydany jako album nazwany po prostu Live in Copenhagen. Zdecydowanie jest to pozycja, z którą powinien zapoznać się każdy fan Phila Elveruma, jeżeli nigdy nie miał okazji pojawić się na jego koncercie. Phil rozmawia z publicznością, zadaje pytania, prosi o zadawanie pytań, opowiada dowcipy. Ten album to mały wgląd w to, jaką personą jest głównodowodzący Mount Eerie. Po zapoznaniu się z jego muzyką, warto również zapoznać się z jego osobą.

Specyficzny humor Phila udziela się nie tylko w wywiadach. Jest stosunkowo aktywny na Twitterze (i tylko tam). Warto obserwować.

W 2003 roku Phil poślubił kanadyjską artystkę Geneviève Castrée, która swego czasu również tworzyła muzykę pod aliasami Woelv i Ô Paon. Geneviève udzieliła swego głosu również na kilku płytach Mount Eerie. Razem wydali na świat córkę. Niestety Geneviève zmarła 2016 na raka trzustki. Po jej śmierci powstał album A Crow Looked at Me, który jest jedną z najbardziej osobistych płyt Mount Eerie. Teksty oscylują wokół śmierci, utraty bliskiej osoby i zmaganiu się z samotnością.

W tym roku Phil Elverum postanowił przypomnieć jeden z popularniejszych albumów Mount Eerie Lost Wisdom i po raz kolejny zaprosił do współpracy wokalistkę Julie Doiron aby wspólnie nagrać drugą część. Lost Wisdom pt. 2 to powrót klasycznego Mount Eerie, ale w odświeżonym wydaniu.

Więcej o Philu Elverumie dowiecie się słuchając pasma Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Jakub Spiryn

Queen Latifah

Jedna z najbardziej wpływowych kobiet hip-hopu. Prekursorka feministycznego rapu zaangażowanego, promotorka kultury afroamerykańskiej. Była częścią przełomowej sceny nowojorskiej lat 80. razem z kultowymi A Tribe Called Quest, czy De La Soul. Od 30. lat zaznacza w świecie muzycznym i filmowym siłę przekazu oraz swój wieczny optymizm. Queen Latifah, Artystką Tygodnia w Radiu Luz.

 

Raperka przyszła na świat jako Dana Owens w 1970 r. w New Jersey. Od dzieciństwa kształtowała ją rodzina, która wspierała artystkę w społecznym zaangażowaniu i motywowała do rozwoju muzycznego. Przydomek Queen Latifah wywodzi się od powtarzających słów matki, że każda kobieta jest królową oraz arabskiego słowa oznaczającego delikatność. Nazwa sceniczna wyjątkowo oddaje charakter muzyczki – Latifah łączy wielką pewność siebie z empatycznym postrzeganiem świata.

Kariera muzyczna rozpoczęła się dla niej już w szkole średniej, gdzie uformowała grupę Ladies First. Szybko jednak, dzięki pomocy znajomego producenta, królowa podpisała pierwszy kontrakt z wytwórnią Tommy Boy Music. Jako 19-letnia dziewczyna 28 października 1989 roku wydała pierwszy album All Hail The Queen. Krążek zaznaczył pozycję Latify jako afroncentrycznej divy, operującej przekazem równościowym, szczególnie skirowanj do czarnej społeczności kobiet. Jeden z singli nawiązujący do kobiej grupy raperskiej, Ladies First, okazał się hitem, który postawił raperki na równi z męską częścią subkultury. Dana stała się elementem hip-hopowej rewolucji i, choć jak sama przyznaje nie była tego świadoma, muzycznym głosem feministycznym.  

Kolejny album raperki nie zdobył już tak dużego uznania, a z wielką mocą wróciła w latach 90. gdy po śmierci ukochanego brata zadedykowała mu Black Reign. Płyta, na której Latifah zerwała na jakiś czas z wizerunkiem uśmiechniętej, funkowej afroamerykanki na rzecz agresywnych tekstów pełnych społecznej złości. Krążek szybko zdobył status Złotego Albumu, a za singiel U.N.I.T.Y. artystka otrzymała pierwszą w historii nagrodę Grammy przyznaną kobiecie w kategorii Best Solo Rap Performance. O piosence z resztą było słychać nie tylko w kontekście statuetki. Przedstawienie problemu molestowania kobiet, uprzedmiotowiania ich w środowisku hip-hopowym okazało się ponadczasowym feministycznym hymnem.

Latifah rozwijała się przez 30. lat nie tylko w świecie muzycznym. Wyznając zasadę sky is the limit bardzo szybko postawiła także aktorstwo. Rozpoczęła dobrze, bo z filmem kultowego twórcy kina skupionego wokół kultury afroamerykańskiej, Spike’a Lee. Rozpoznawalność zdobyła za to sympatyczną rolą w sitcomie Living Single. Pomiędzy nagrywaniem albumów i koncertowaniem udało jej się rozwijać filmową karierę u boku Denzela Washingtona, Angeliny Jolie, czy Jady Smith. Swój talent pokazała jednak najmocniej w amerykańskim musicalu Chicago, gdzie połączyła pasję muzyczną, umiejętności aktorskie oraz dziką pewność siebie. Na uznanie tej części kariery nie musiała długo czekać. Za rolę „Mamy” Morton otrzymała nominację do Oscara w kategorii Najlepszej Aktorki Drugoplanowej.

Z sukcesem Chicago zgrała się także zmiana stylu Owens. Od początku jej przygody z hip-hopem było wiadomo, że posiada nie tylko umiejętność rapowania, ale też wyjątkowego śpiewania. Na wokalu postanowiła skupić się w gatunkach jazzowo-soulowych, w szczególności na albumach The Dana Owens Album oraz Trav’lin’ Light. A na drugi, korzystając już z wielkiego nazwiska w świecie muzyki, zaprosiła Jilla Scotta, Erykę Badu, Steviego Wondera. Choć takie eksperymenty mogą skończyć się źle, u Latify zwrot w stronę śpiewu okazał się kolejnym sukcesem.

Przez trzy dekady Latifah działała na wielu płaszczyznach artystycznych – jako raperka, wokalistka, aktorka serialowa, filmowa i musicalowa. Angażowała się w projekty społeczne na rzecz mniejszości i środowisk. Wszechstronna persona nie zwalnia jednak tempa. Do swojego dorobku dodała także pracę filmową producentki wykonawczej. Jak podkreśla: zatraca się w każdej pasji, której dotknie i stawia na wielką wiarę w swoje marzenia.

W swojej muzycznej karierze Queen Latifah sprzedała prawie 2 miliony płyt na całym świecie. Została pierwszą artystką zajmującą się nagrywaniem hip-hopu, która została nominowana do Oscara. Była także pierwszą raperką wprowadzoną do Hollywood Hall of Fame. Inspirowała kultowych artystów i artystki takie jak Missy Elliot, Lil’ Kim, Lauryn Hill. 

Queen Latifah od 30. lat daje przykład bycia niezależną, silną i utalentowaną kobietą, która przede wszystkim stawia na szczerość. W każdym możliwym kierunku.

Anna Lalka

Dismemberment Plan

Czy da się pogodzić wpływy hardcorowego punku, jazzu, r&b, funku, mainstreamoweg-popu i hip-hopu? Jeszcze jak! Odpowiedzią jest Dismemberment Plan – zespół, którego kultowa płyta Emergency & I obchodziła 26 października swoje 20-lecie i w związku z tym ekipa z Waszygntonu jest naszym artystą tygodnia.

Znalezione obrazy dla zapytania dismemberment plan

Dismemberment Plan powstał w 1993 w Waszygtonie z inicjatywy Travisa Morrisona, Erica Axelsona i Jasona Caddella. Zaczęli jak wiele zespołów rockowych — poznali się w liceum i postanowili grać razem. Do grupy dołączył także perkusista Steve Cumming i to właśnie jemu się najbardziej oberwało w recenzjach pierwszej płyty, szczególnie w tych retrospektywnych, gdzie wypadał blado w porównaniu do Joe Easleya, który go wkrótce zastąpił.

Okładka Emergency & I

Tak jak dwie pierwsze płyty (!, Dismemberment Plan is Terrified) są znane raczej tylko fanom Dismemberment Plan, tak Emergency & I można nazwać kultowym. Album ten, wygrywający zestawienie najlepszych płyty 1999 r. według serwisu Pitchfork, zrobił niezłą burzę w środowisku. Począwszy od dziecinnej, kubistycznej okładki Travisa Morrisona, poprzez dziwnie koślawe brzmienie, kończąc na storytellingu w tekstach — album budzi podziw, ale też mógł za pierwszy razem zostawić słuchacza z podrażnionymi nerwami. Zewsząd słychać wwiercające się elektroniczne przeszkadzajki, będące metaforą bólu głowy czy kołatających się myśli. Każde niesymetryczne metrum czy urywane gitary oddają uczucie nerwowości, każdy wykrzyczany czy niemy refren zdradza frustracje. Wszystko to pływa w funkowym, power-popowym sosie, co jeszcze dodaje dwoistości do warstwy emocjonalnej — tak jakby tańczyć z zamkniętymi oczami, aby wyrzuć z siebie co nas dręczy, tak długo aż siadamy zdyszani i zrezygnowani.

 

Krzysztof Ciach

Nick Cave & The Bad Seeds

Zaczynali w 1983 roku od post punku, który dominował na ich pierwszych płytach. Od tamtego czasu do wydania siedemnastego albumu studyjnego zatytułowanego Ghosteen grupa przeszła przez różne odmiany rocka alternatywnego. Teraz są jedną z najbardziej intrygujących grup muzycznych na rynku – w tym tygodniu przybliżamy artystyczne dokonania Nicka Cave’a & The Bad Seeds.

W pierwszym składzie zespołu znaleźli się członkowie nieistniejącego już The Birthday Party, a więc Nick Cave oraz gitarzysta Mick Harvey, były basista grupy Magazine – Barry Adamson, gitarzysta Einstürzende Neubauten, czyli Blixa Bargeld i perkusista Jim Thirlwell. Muzycy w pewnym stopniu kontynuowali to, co rozpoczęli Cave i Harvey ze wspomnianym The Birthday Party; Cave jako tekściarz nadal był zafascynowany religią, śmiercią, miłością, czy agresją. Do post punkowych kimatów dołączył jednak także blues, art rock, czy nawet gospel rock.

Poza warstwą instrumentalną zdecydowanie wart uwagi jest styl literacki Nicka Cave’a – chodzi oczywiście o teksty piosenek, ale bez wahania można je sklasyfikować jako literaturę. Wszystko dlatego, że w jego wykonaniu są to często wręcz zalążki powieści poetyckich; mnóstwo w nich aluzji literackich. W filmie 20 000 dni na ziemi z 2014 roku artysta opowiadał, że zazwyczaj opisuje wydarzenia ze swojego życia w zmitologizowanej wersji, co przywodzi na myśl twórczość innych uznanych muzyków takich jak Leonard Cohen (jedna z inspiracji Cave’a), czy Bob Dylan. Nie można mu jednak zarzucić braku oryginalności.

Artysta wydał kilka książek – są to zarówno zbiory poezji, jak i powieści, na przykład Gdy oślica ujrzała anioła z 2006 roku. 

Choć Nick Cave & The Bad Seeds obracają się w korespondujących ze sobą gatunkach muzycznych, co czyni ich dość konsekwentnymi twórcami, to nie można powiedzieć, aby na kolejnych albumach powielali schematy. Grupa ma na swoim koncie zarówno chwytające za serce miłosne ballady, które królują na Boatman’s Call (1997), czy melancholijny ambient (przykładowo na Skeleton Tree z 2016), jak i melodyjne rockowe kompozycje, których sporo znalazło się na Abattoir Blues/Lyre of Orpheus (2004). Wspomniane już najnowsze wydawnictwo, podobnie jak Skeleton Tree, jest ambientowe, ale jednak słychać różnicę pomiędzy tymi dwoma albumami. Ghosteen kojarzy się z ukojeniem, akceptacją, a może i nawet oczyszczeniem. Ma to sens, ponieważ to pierwsza płyta Nicka Cave’a i The Bad Seeds, która w całości powstała po tragicznej śmierci syna wokalisty, Arthura.

W 2020 zespół wyrusza w kolejną trasę koncertową – obejmie ona Europę i rozpocznie się w kwietniu od występów w Portugalii oraz Hiszpanii. Grupa odwiedzi także Polskę – będzie można ich zobaczyć w Arenie Gliwice 28 maja.

Marta Łobażewicz

Enchanted Hunters

7 lat. Tyle musieliśmy czekać na drugi album w dyskografii Enchanted Hunters. Poznajcie ten duet na nowo i posłuchajcie przedpremierowo materiału z nowej płyty na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Enchanted Hunters
(fot. Ewa Szatybełko)

O Enchanted Hunters zrobiło się głośno w 2012 roku za sprawą albumu Peoria. Minimalistyczne indie folkowe kompozycje Magdaleny Gajdzicy i Małgorzaty Penkalli wyróżniały się mocno na tle innych polskich wydawnictw tamtego roku, a zespół szybko zaczął piąć się w górę. Wtedy jeszcze w powiększonym składzie, Enchanted Hunters zaczęli grać na dużych festiwalach w Polsce, a także za granicą – występowali w Niemczech, Holandii czy Estonii.


Szybko stało się jasne, że 30 minut materiału z Peorii to za mało, by zadowolić słuchaczy na dłużej. 2 lata po wydaniu debiutanckiego krążka, Enchanted Hunters napisały kilka piosenek do filmu Małe Stłuczki i wydały je również na epce Little Crushes. Już wtedy dziewczyny obiecały fanom kolejny długogrający album, ale jak to się skończyło przeczytacie niżej.

Dopiero w 2017 roku pojawił się pierwszy singiel zapowiadający nowe wydawnictwo. Fraktale brzmią inaczej niż dotychczasowe kompozycje. W piosence jest zdecydowanie mniej folku, ale wciąż nie da się tego pomylić z żadnym innym wykonawcą. W tym samym roku Enchanted Hunters mocno polubili się z warszawskim zespołem Sorja Morja i odbyli razem trasę koncertową po Polsce.

Musiały minąć kolejne 2 lata, żeby w końcu pojawiły się konkrety dotyczące nowego albumu Enchanted Hunters. Dwunasty Dom ma zostać wydany już tej jesieni nakładem Latarnia Records, a promuje go singiel Plan działania oraz seria koncertów. Z wielką przyjemnością chcemy was zaprosić na jeden z występów na tej trasie, który odbędzie się w sobotę 19 października w ramach Współczynnika w Parku Szczytnickim. Do zobaczenia!

Jakub Spiryn

Moon Duo

Zespół wraca po dwóch latach nieobecności wydawniczej z nowym albumem, prawdopodobnie najlepszym w ich karierze. Polscy fani będą mieli okazję zanurzyć się w dźwiękach Stars Are The Light już 18 października w ramach inicjatywy Something Must Break w Krakowie by poczuć się przez chwilę jak na innej planecie… na której nie występują takie emocje jak smutek czy zmartwienie. Moon Duo – Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Ripley Johnson i Sanae Yamada pochodzą z San Francisco, gdzie od 2009 roku tworzą jako Moon Duo. Debiutowali w 2011 roku dla niezależnej, brooklińskiej wytwórni Sacred Bones. Swoje psychodeliczno-rockowe brzmienie uwiecznili na siedmiu długogrających albumach.

Najnowszy album księżycowego duetu dosłownie eksploduje w cyberprzestrzeni: brzmieniem, aranżacjami, atmosferą, oprawą wizualną. To idealny soundtrack pod kosmiczne podróże w nowym sezonie Ricka i Morty’ego ale i Wasze, ziemskie wycieczki podczas urlopów. Zabierzcie tę płytę ze sobą w trasę, nieważne czy na słuchawki czy na głośniki i pozwólcie jej płynąć w tle. Przy każdym kolejnym odsłuchu odkryjecie nowe barwy, ponieważ siła utworów tkwi w ich prostej, a zarazem zagadkowej formule. To kombinacja krautrocka i elektroniki, która przywołuje na myśl oszczędną, ale wdzięczną inspirację alternatywnym rockiem zespołu Spacemen 3. Warstw dźwiękowych kłębi się w utworach o wiele więcej: od space rocka, przez disco, indie, acid, po funk, i synth-pop. To materiał pełen tekstur, ekspresji, w rytm którego zaczynami się ruszać, tańczyć i odlatywać myślami. Fantastyczne melodie, transowe wokale, syntezatory i gitara, to przepis Moon Duo na udany trip w głąb siebie.

Zmieniliśmy się, zmienił się charakter naszej współpracy, zmienił się świat i chcieliśmy, aby nowa muzyka to odzwierciedlała

– mówi Yamada, jedna druga zespołu Moon Duo. Duet od zawsze w swojej twórczości starał się uchwycić stan pomiędzy duchowością, a naturalizmem, fikcją, a rzeczywistością, tworząc w efekcie bardzo rozbudowane, przestrzenne aranżacje. Mam wrażenie, że pod tym względem najefektowniej prezentuje się właśnie tegoroczny album pt. Stars Are The Light. Przekonajcie się sami na 91.6 FM lub 18 października w Krakowie w ramach europejskiej trasy koncertowej Moon Duo.

Łukasz Lorenc