Archiwum

George Clinton

Czy funk brzmiałby tak samo, gdyby nie było George’a Clintona? Nad tym możemy się tylko zastanawiać. To właśnie jemu zawdzięczamy wszechobecne w tym gatunku poczucie humoru oraz brak strachu przed eksperymentami. Funk bez Clintona mógł jednak być rzeczywistością, bo mało brakowało by został fryzjerem.

 

George Edward Clinton urodził się 22 lipca 1941 roku. Jako nastolatek rozpoczął pracę w zakładzie fryzjerskim Silk Palace w Plainfield, w stanie New Jersey, który słynął w okolicy jako miejsce spotkań lokalnych muzyków. To właśnie z nimi Clinton stworzył zespół The Parliaments.
The Parliaments nie odnieśli zbyt dużego sukcesu komercyjnego w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, jednak dekadę później muzycy tej formacji stali się trzonem Parliament i Funkadelic. To właśnie te zespoły, z Clintonem na czele, są w dużej części odpowiedzialne za ewolucję brzmienia funky. Na szczególną uwagę zasługuje projekt Parliament który, sukcesywnie odchodził w swojej muzyce od bluesa, na rzecz świeższego, opartego w dużej części o nowe technologie, brzmienia. Świetnym przykładem tego rozwoju jest album Mothership Connection, oparty w dużej mierze o syntezatory i pierwsze cyfrowe metody produkcji muzycznej. Za sprawą tej niespotykanej wcześniej innowacyjności George dorobił się swojego pseudonimu Doctor Funkenstein.

 

Na fali sukcesów Parliament i Funkadelic George Clinton zaczął być postrzegany również jako świetny producent. To właśnie praca w studiu była jego głównym zajęciem w latach osiemdziesiątych. W połowie tej dekady miał okazję pracować z młodym zespołem z Los Angeles, który brzmieniem, łączącym funk i rock, przypominał Funkadelic. Red Hot Chili Peppers, bo o nich właśnie mowa, zaprosili Georga Clintona do współpracy przy albumie Freaky Styley. Na załączonym poniżej nagraniu widać jaki wzbudza respekt oraz jakim jest perfekcjonistą.

 

Niedawno George Clinton ogłosił że trasa koncertowa One Nation Under A Groove Tour, w lecie tego roku, będzie ostatnią z jego udziałem. Muzyk stwierdził w wywiadzie, że wciąż czuje jakby jego przygoda z muzyką dopiero się zaczęła, ale musi jednak myśleć o swoim zdrowiu. „Mam już 78 lat (…) W zespole jest mnóstwo nowych twarzy, które mogą kontynuować pracę beze mnie”. W maju tego roku projekty Pariliament i Funkadelic otrzymały nagrodę Lifetime Achievement Grammy Award.

 

Na szczęście dla fanów emerytura George’a Clintona dotyczy jedynie jego udziału w trasach koncertowych. Możemy więc spokojnie spoglądać w przyszłość i oczekiwać nowego materiału z udziałem Doctora Funkensteina, George’a Clintona.

Materiał przygotował Filip Baczyński

John Lennon

Unikalność to bardzo puste słowo. Jakby nie spojrzeć, każdy z nas jest na swój sposób unikalny – nie ma na świecie dwóch takich samych osób. Każdy jest zupełnie inny, każdy ma inne plany na życie i sposoby na ich realizację. Jednak, z braku lepszego słowa, w kontekście Johna Lennona padnie ono wielokrotnie. Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ muzyk, który gdzie się nie pojawił, tam robił zamieszanie – John Winston Ono Lennon.

 

Gdy nad Anglią trwała wojna, a warkot silników samolotów zagłuszał ludziom myśli, w portowym mieście Liverpool na północy kraju przyszedł na świat chłopiec, syn Julii oraz Alfreda. Chłopcu nadano imiona po dziadku, Johnie, oraz ówczesnym premierze Wielkiej Brytanii, Winstonie Churchillu. Ten warkot silników, tak jak cała Druga Wojna Światowa, miała ogromny wpływ na dorosłego Lennona, który stał się ikoną pacyfizmu.

Dzieciństwo muzyka nie było łatwe, swoje piętno odcisnął na nim znaczne piętno brak ojca, który w wyniku konfliktu z Julią ponowił kontakt z synem, gdy John był już gwiazdą. Młody John nie mieszkał także z matką, lecz z jej siostrą, Mary „Mimi” Smith, gdyż Julia nie była w stanie zapewnić dziecku odpowiedniego domu. Ciotka miała wychować Johna na porządnego człowieka, jednak spotkała się z wielkim oporem oraz buntem. Lennona mało interesowała szkoła i nauka, raczej wolał zajmować się znajomymi oraz tworzeniem (od małego John rysował, ilustrował także swój własny dziennik „Daily Howl”). Gdy chłopak podrósł, odzyskał dobry kontakt z matką. To dzięki Julii, która grała na banjo, John zaczął uczyć się gry na gitarze. Zafascynował się Elvisem Presleyem oraz rock’n’rollem. Pod wpływem tej muzyki założył w 1956 roku zespół The Quarrymen, w którym członkowie grali na przedmiotach codziennego użyku – tarkach, grzebieniach czy kartonach. W pewnym momencie do zespołu dołączył pewien leworęczny gitarzysta, młodszy od Lennona 2 lata Paul McCartney, który po chwili wprowadził do zespołu swojego kolegę, George’a Harrisona. W ten sposób powstały podwaliny pod The Beatles, których skład ustabilizował się dopiero w 1961 roku, po ich drugim koncercie w Hamburgu. Wtedy to do zespołu dołączył perkusista, Richard Starkey, znany szerzej jako Ringo Starr.

Tu pojawiają się beatlesi, którym Lennon zawdzięcza swoją popularność. Oczywiście, po rozstaniu z zespołem Lennon unikał swojej przeszłości jak ognia, lecz bez niej nie wiadomo, czy kiedykolwiek byśmy o nim usłyszeli. Przez lata współpracy wielkiej czwórki z Liverpoolu Lennon stworzył wraz z McCartneyem mnóstwo genialnych utworów, które na stałe zapisały się w historii muzyki. Lata 1961-1970 na zawsze pozostaną okresem największej popularności Johna Lennona.

Głównym powodem, dla którego grupa się podzieliła, był sam John, który nie dość, że miał już dość ograniczającego go składu to jeszcze złamał jedną z zasad panujących w zespole – nie przyprowadzać na sesje nagraniowe osób trzecich. Wtedy pojawiła się Yoko Ono, dla której muzyk rozszedł się ze swoją poprzednią  partnerką, Cynthią i zostawił syna z tego związku, Juliana, dla którego McCartney napisał jeden z największych przebojów zespołu – „Hey Jude”.

Pojawienie się Yoko w życiu Johna było przełomem i, jak sam muzyk zaznaczał później, otworzyło mu oczy na wiele spraw. Lennon nie chciał być tylko muzykiem, chciał także wypełnić jakąś życiową misję. Tą misją okazała się walka o pokój na świecie, którą John prowadził intensywnie aż do śmierci w 1980 roku. 

Pierwszym poważnym działaniem była akcja, którą John wraz z Yoko zorganizowali w trakcie swojej podróży poślubnej. 2 razy – raz w Amsterdamie oraz raz w Montrealu – leżeli w łóżkach przez tydzień otoczeni prasą i udzielali konferencji prasowych, w czasie których myśleli w jaki sposób zaprowadzić pokój na świecie. Akcja ta zyskała nazwę „bed ins for peace” i głównie tyczyła się wojny w Wietnamie. Był to rok 1969. Niedługo po tym Lennon odszedł z The Beatles i zajął się walką o pokój, już w Stanach Zjednoczonych, o wizę do których starał się bardzo długi czas. W tym samym roku nagrana została płyta John Lennon/Plastic Ono Band, pierwsza solowa płyta w dorobku artysty. Jednak to nie pierwsza, lecz druga płyta okazała się być tą najważniejszą. 9 września 1971 roku wydana została płyta Imagine, ze swoim słynnym tytułowym utworem, który już na zawsze do muzyka przylgnął. To właśnie on jest symbolem jego walki o lepszy świat. Idealna wizja wytworzona przez wiecznego marzyciela. Do 1980 roku Lennon tworzył muzykę bardzo osobistą, może właśnie przez to nie zrobił tak spektakularnej kariery jako ex – beatles jak Paul McCartney, jednak zyskał grono najwiernieszych fanów.

Do 1980 roku nagrywał, tworzył i uświadamiał. Dojrzał od odejścia z The Beatles i przemyślał wiele spraw, chociażby pogodził się wreszcie ze stratą matki, Czego symbolem może być utwór „Mother”, napisany na „rozliczenie” z rodzicami. W 1974 roku zniknął ze sceny z powodów osobistychm, m.in. przez kłopoty małżeńskie, ale także z powodu narodzin syna, Seana, którym wreszcie chciał się zająć jak należy. Powrócił w 1980 roku by nagrać album Double Fantasy, który był małą laurką napisaną przez Johna oraz Yoko dla ich małżeństwa. Właśnie po jednej z sesji nagraniowych do tego albumu, 8 grudnia 1980 roku, Lennon został zastrzelony pod drzwiami swojego domu przez Marka Davida Chapmana. 

Najprawdopodobniej, gdy Lennon odchodził, z radia na sali operacyjnej dobiegały dźwięki „All My Loving” napisanego przez niego oraz McCartneya za czasów gry w The Beatles. Odejście muzyka wstrząsnęło światem. Człowiek walczący o pokój na świecie zginął zastrzelony. Osierocił nie tylko swoich dwóch synów, ale także wiele milionów fanów na całym świecie.

Życie i śmierć Johna Lennona nie poszły na marne. Przez 23 lata swojej działalności zmienił oblicze muzyki oraz postrzeganie swojej roli społecznej przez gwiazdy. Niemal zawsze kontrowersyjny, niejednoznaczny i unikalny, John do końca pozostał szczery.

Part Time

Już sam singiel Lies in the eyes of love, wydany w lipcu tego roku, mógł zwiastować, że David Smith aka Part Time nie planuje nawet rocznej przerwy od nagrywania. Fani pozostawali jednak bez jakiejkolwiek obietnicy, czy nawet tropu niespełna przez miesiąc. Z początkiem sierpnia youtube’owy i facebookowy feed zapełnił się informacjami o kolejnych piosenkach Part Time, które wraz z klipami trafiały na tajemnicze konto tokori623. Podpis pod filmami głosił: off of Part Time’s album Modern History  i nie były to czcze słowa. Krążek ukazał się 30 sierpnia nakładem Burger Records i ponownie przypomniał nam o songwriterskim geniuszu Amerykanina.

Part Time gościć będzie na antenie Akademickiego Radia LUZ przez cały tydzień, w ramach pasma Artysta Tygodnia. Poznajcie jego historię bliżej, włączając się na 91.6 FM między 9:00 a 11:00 podczas pasma Audiostarter, a także o godzinie 14:00 i o północy.

 

Za muzyką Part Time stoi nie kto inny, jak szara eminencja kalifornijskiej fali retro-pop – David Smith, znany także jako David Speck, David Loca oraz członek projektów Time Flys, Toko Ri Get High i Dazzling King Solomon Band. Syn pogranicza USA i Meksyku, duch południa przeniesiony na zachodnie wybrzeże. Postać pozostająca w cieniu, choć w gruncie rzeczy, przynajmniej lokalnie, wszechobecna. Kompozytor, tekściarz, producent – twórca, jakiego życzyliby sobie mieć u boku wszyscy młodociani zapaleńcy sceny bedroom-pop, DIY i miękkiej alternatywy.

Choć David wywodzi się z El Paso w Teksasie, rozwój jego charakterystycznego stylu przypadł na lata spędzone nie na dusznym południu, ale wyzwolonym zachodzie. W okolicach San Francisco i Los Angeles. Tam pod swoje skrzydła przyjęły go miejscowe Mexican Summer i Burger Records. Wytwórnie niejako dzieliły się po równo talentem młodego piosenkarza. Tym samym Part Time dołączyło do potencjalnie prestiżowej grupy, w której znaleźli się także Ariel Pink, Ty Segall, King Tuff, Wayes Blood, Connan Mockasin, Jessica Pratt i inni.

Rozpoczynając przygodę z muzyką Davida Smitha trudno dojść do wniosku, jaki jest nadrzędny sens tworzenia niskobudżetowej, widocznie rozchełstanej i pozbawionej wyrazistych konceptów muzyki stojącej w szerokim, dezorientującym rozkroku gatunkowym. Odpowiedź zdaje się być zaskakująco prosta, a przy tym być może irytująca: dla zabawy. Wszystkie aspekty działalności Part Time, od muzyki, tekstów, po stronę wizualną i medialną przypominają nam na każdym kroku, że mamy do czynienia z tworem kultury „po godzinach”, co wręcz statutowo wpisuje się w alternatywny dyskurs działań DIY.

Michał Rypel

Up To Date 2019

Up To Date 2019

Ponad 500 kilometrów – tyle dzieli Białystok od Wrocławia. Dlaczego jednak festiwal Up To Date to najlepszy powód, by je przebyć?

Up To Date to prawdopodobnie największe muzyczne wydarzenie, jakie znajdziemy na mapie północno-wschodniej Polski. Przez trzy dni stolicę Podlasia przejmą tłumy fanów elektronicznej alternatywy, którzy nie gardzą również hip-hopem. Mimo że Up To Date jest mniejszy niż gdyński Opener, krakowski Unsound czy katowicki OFF, to jednak w ciągu dziesięciu ostatnich lat zdołał wychować sobie rzeszę wiernych fanów.

Up To Date - salon ambientu

Salon ambientu w Pałacu Branickich, Up To Date 2018 (fot. Going.pl)

Białostockie święto muzyki każdego roku prezentowało bowiem niezwykle zróżnicowany, ale zawsze spójny line-up, gdzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W ubiegłych latach o odpowiednio przegięty klimat zadbali m.in. Goldie, Addison Groove, LTJ Bukem, a także stojący wtedy u progu światowej kariery kolektyw WIXAPOL S.A.

scena Pozdro Techno

Parking Stadionu Miejskiego, czyli scena Pozdro Techno – Up To Date 2018 (fot. Krzysztof Karpiński)

Jednym z wyróżników festiwalu Up To Date jest również ścisła współpraca z lokalnymi instytucjami – i to bynajmniej nie związanymi z kulturą. Oryginalne formy promocji Podlasia umożliwia m.in. umowa z centralą lokalnego PSS Społem. Dzięki niej festiwalowicze mogli liczyć na darmowy kubek kompotu, pałaszując pierogi w jednym z barów tej kultowej marki.

up to date - kompot gratis

Tak było (fot. materiały organizatora)

Innym sympatycznym akcentem jest akcja „Wyślij pocztówkę do babci”: gospodarze wraz z Pocztą Polską udostępniają swoim gościom tematyczne kartki pocztowe, za pośrednictwem których można wysłać krewnym pozdrowienia z Białegostoku. Pamiętajmy przy tym, że osoby w wieku 50+ wchodzą na Up To Date za darmo.

Impreza ta daje jedyną okazję na zatańczenie na parkingu stadionu Jagiellonii do brzmień twórcow takich jak Helena Hauff, Sleeparchive czy Legowelt. To także okazja, by spotkać podobnych sobie wariatów z całej Polski, zjednoczonych pod inkluzywnym szyldem „Pozdro Techno”. Up To Date w ciągu dziewięciu lat działalności przyzwyczaił nas wszystkich do bezkompromisowej jazdy – i to w samym sercu podlaskiej puszczy.

pozdro techno

Białystok: kraina żubrów, kompotu i techno (fot. Gosia Zuk / Zukografy)

Ubiegłoroczne wydanie Up To Date’a gościło dokładnie 50 artystów, którzy na stadionie Jagiellonii stworzyli atmosferę nieporównywalną z żadnym innym wydarzeniem. Czy w tym roku będzie tak samo? Przekonamy się już 5 września.

Przez cały tydzień w paśmie Artysta Tygodnia przyglądamy się też tegorocznej edycji festiwalu. O najciekawszych występach na jubileuszowym, dziesiątym Up To Date usłyszycie codziennie o 14:00 i 0:00.

Up To Date Festival

Sebastian Rogalski

Metronomy

Sierpień to idealny miesiąc, żeby poznać twórczość grupy Metronomy – zwłaszcza, że już w ten weekend wystąpią na FEST Festivalu w Chorzowie.

Ilu muzyków trzeba, żeby założyć zespół? Przypadek Metronomy pokazuje, że „od jednego do pięciu”. Taka przewrotna odpowiedź wynika z podejścia Josepha Mounta do prowadzenia muzycznego projektu. Brytyjczyk zaczął wydawać i występować pod pseudonimem Metronomy jako domorosły DJ i producent, a na przestrzeni lat jego ambicja doprowadziła do utworzenia zespołu o tej samej nazwie. Choć bywało z tym różnie, aktualnie mówimy o pięcioosobowej grupie tworzącej szeroki wachlarz muzyki synthpop. Jak się okazało, prowadzenie zespołu nie powstrzymało Josepha przed posługiwaniem się nazwą Metronomy również przy solowych nagraniach i remiksach.

Elektroniczne dźwięki zwieńczone gitarową solówką rodem z psychodelicznego rocka? Da się zrobić. Nostalgiczne dźwięki oparte na basie niczym w muzyce chillwave? Żaden problem. Wykorzystanie skrzeczących mew lub skrzypiących drzwi jako sampli? Cóż, czemu nie… Joseph Mount, w jednym z wywiadów, za swoje źródło inspiracji podał eklektyczny gust muzyczny i osłuchanie z twórczością m.in. Autechre, Davida Bowiego i mnóstwa folkowych zespołów. Mamy tu dobry przykład tego, jak połączenie kilku pomysłów może dać kompletnie zaskakujący, niezwiązany z pierwowzorami końcowy efekt.

Co tak naprawdę sprawiło, że Metronomy stała się jedną z bardziej rozpoznawalnych grup popowych z Wielkiej Brytanii? Przyglądając się ich twórczości, na myśl przychodzi kilka wyjaśnień. Najlepszym z nich jest zdecydowanie nieszablonowość – każdy kolejny album grupy wiązał się nie tylko z jakimiś zmianami w składzie, lecz również ze zmianami w stylistyce. Zespół nie waha się przed wdrażaniem w życie nowych pomysłów, dzięki czemu w obrębie pojedynczego krążka można usłyszeć elementy mnóstwa styli muzycznych – czasem niezwiązanych ze sobą w żaden sposób.

Ze wszystkich przymiotników, których można użyć w odniesieniu do twórczości grupy, słowo „wakacyjny” wydaje się najlepiej oddawać klimat zawarty na wydanych na przestrzeni lat albumach. To wygląda na dobry trop, zwłaszcza gdy przyjrzymy się tytułom i okładkom wydań Metronomy. The English Riviera i Summer 08 jako tytuły albumów są tutaj najlepszymi przykładami, ale skojarzenie może być budowane dalej przez takie single jak Salted Caramel Ice Cream,czy HolidayOprócz tego, wspomniany wyżej album The English Riviera nawiązuje do Torbay, popularnego plażowego ośrodka turystycznego w Wielkiej Brytanii, co najłatwiej zauważyć w tekście kawałka The BayWidać więc, że wakacje są prawidłowym skojarzeniem, gdy mowa o Metronomy.

Warto odnotować, że już 13 września ukaże się nowy album grupy. Metronomy Forever, bo taki jest jego tytuł, będzie kompilacją siedemnastu świeżych kawałków. Jak dotąd, ukazały się z niego trzy single: stylizowany na indie rock Latelyprosty i chwytliwy Salted Caramel Ice Cream oraz senny Walking In The DarkKażdy z nich prezentuje nieco inne oblicze muzyki synthpop, można zatem mieć wysokie oczekiwania wobec muzycznego zróżnicowania zapowiedzianego longplaya. Co ciekawe, pre-order albumu, w wersji na trzech kolorowych winylach, został już wyprzedany.

Jeśli czujecie, że muzyczny vibe Metronomy Was przekonuje, jest szansa na zobaczenie ich na żywo już w tę sobotę. Wystąpią na FEST Festivalu w Chorzowie, gdzie oprócz nich będzie można zobaczyć również Wu-Tang Clan, Disclosure czy Lost Frequencies. Bilety wciąż są dostępne na stronie samego festiwalu – więc jeśli jesteście zainteresowani, nadal macie okazję, żeby się tam wybrać!

Conner Youngblood

Pod koniec ubiegłego roku koncertował w Polsce w ramach promocji albumu pt. Cheyenne. 17 sierpnia wystąpi podczas festiwalu Soundrive w Gdańsku. Conner Youngblood, poznajcie go bliżej na 91.6 FM!

Conner Youngblood to 29-letni songwritter z Teksasu, choć w przyszłości chciałby mieszkać w jednym z krajów skandynawskich… prawdopodobnie wybrałby Kopenhagę, ponieważ zdążył nauczyć się duńskiego dzięki zajawce na deskę, a dokładniej dzięki sportowcowi, którego jest wielkim fanem – Rune’owi Glifbergowi, pochodzącemu z Danii. Conner marzył o karierze profesjonalnego skatera, choć ostatecznie postawił na muzykę. Uciął też przygodę ze sportem – w koledżu trenował zapasy, ostatecznie wybrał komponowanie piosenek. Jest typem domatora, omija imprezy i zgiełk… a dzięki temu ma czas by skupić się na wielu pasjach. W swojej domowej kolekcji posiada ponad 40 instrumentów, biegle posługując się dziesięcioma z nich, a podczas występów na żywo, głównie wykorzystuje instrumenty strunowe. Jego prostota przewrotnie tkwi więc w szczególe: wskazuje momenty za pomocą dźwięków i słów, zaszytych w introspekcyjnej wizji.

Jego muzyka to ambientowo-folkowe pejzaże, wśród których odkrywamy nawiązania do miejsc, natury i wspomnień. Określenie miejsca bywa elementem tytułu utworu, jak w przypadku np. Sztokholmu, Australii czy Los Angeles. Polskę odwiedzał kilkukrotnie, może doczekamy się dedykacji? Sam muzyk takiego pomysłu nie wyklucza, dodając, że z pewnością byłaby to piękna piosenka…

Zazwyczaj pracę nad tekstem zaczynam od tego, że zapisuję pojedyncze słowa, które mi się podobają lub frazy, których chciałbym użyć. Próbuję połączyć je razem w zdania, które po pewnym czasie zaczynają opowiadać historię, przekazywać moją myśl

– powiedział Conner Youngblood dla magazynu Zwykłe Życie.

Artysta przywiązuje zawiłe znaczenia do rzeczy, bez względu na to czym są; do drzew, osób, słów, sportu, kolorów, numerów. Uważa, że niektórzy ludzie, rzeczy czy miejsca po prostu wydają się interesujące, mimo że nic na ich temat nie wiemy. Kolaż estetycznych wrażeń przemyca do autorskich kompozycji, które potrafi dostrajać tygodniami. Pisanie piosenek na płytę rozpoczął już w latach szkolnych, a warstwa liryczna zwykle wiąże się z osobistymi przeżyciami lub obserwacjami. Taki jest też album Cheyenne, wydany w ubiegłym roku nakładem NoPaper Records. To zbiór historii z podwójnym dnem, pełny metafor zamkniętych w indie-rockowych aranżacjach. Do usłyszenia na żywo, podczas Soundrive Festival, który odbędzie się między 16, a 17 sierpnia w Gdańsku.

Do usłyszenia w Radiu LUZ i do zobaczenia na festiwalu!

OFF Festival 2019

Katowicki OFF Festival to coroczne święto muzyki alternatywnej. Koncerty starannie selekcjonowane między innymi przez Artura Rojka to głównie muzyka gitarowa, chociaż sporo słychać tu również instrumentów elektronicznych i ludowych. Tak naprawdę każdy znajdzie tu coś dla siebie – od klasycznego indie rocka, przez black metal, aż po industrialne techno. Na kilka dni stolica Górnego Śląska zamienia się w kolebkę nowych trendów i odkrywania nowych brzmień.

OFF Festival to miejsce, do którego wraca się z wielką przyjemnością, ale również ci, którzy wybiorą się tam po raz pierwszy poczują się jak w domu. Jeżeli kochacie leżeć na trawie i słuchać muzyki, ten festiwal jest zdecydowanie dla was.

Głównymi gwiazdami tegorocznego OFF Festivalu są; Jarvis Cocker (frontman legendarnej brytyjskiej grupy Pulp), królowie indie rocka – Foals, oraz klasyka britpopu, czyli Suede.

Na antenie Akademickiego Radia LUZ przez najbliższy tydzień będziemy prezentować sylwetki artystów grających na tegorocznej odsłonie festiwalu. Widzimy się w Dolinie Trzech Stawów już w najbliższy weekend!

Materiały dotyczące OFF Festivalu 2019 przygotowali Anna Lalka, Jakub Spiryn i Maciej Kawka.

Remo Drive

Erik i Stephen Paulsonowie

Jeżeli kiedykolwiek mieliście ochotę krzyczeć, że nie potrzebujecie waszego rodzinnego miasta i odjechać w siną dal na swojej deskorolce albo wylewać swoje żale z powodu złamanego serca poprzez grę na gitarze, to dobrze trafiliście. Remo Drive artystą tygodnia w Radiu Luz.

MT: Nurt Emo Revival ma wiele twarzy. Jest to stosunkowo świeży trend w gitarowych brzmieniach rodem z Ameryki, żeby wracać do dokonań zespołów ze sceny pop punkowej/screamo/midwest emo z początku XXI wieku. Pomimo, że sam ruch wciąż się rozwija i nie zdążył jeszcze w pełni okrzepnąć, to już dzięki niemu kilku zespołom udało się zasłynąć w świadomości słuchaczy. Jeśli trend ten nadal będzie się rozwijać, to Remo Drive ma szansę stać się wkrótce jednym z większych i ważniejszych zespołów na amerykańskiej scenie.

Remo Drive powstało w 2013 roku z inicjatywy braci Erika i Stephena Paulsonów w niespełna stutysięcznym mieście Bloomington, w stanie Minnesota. Od tego momentu Paulsonowie są jedynymi stałymi członkami zespołu i jednocześnie motorami napędowymi twórczości całego składu. Musiał jednak minąć rok, zeby na bandcampowym profilu Erika pojawiły się pierwsze EP zespołu, czyli „Away” i „Stay Out Longer”. Były one wydawane przez zespół, którym do tamtego momentu nie intersowała się żadna wytwórnia.

Zmianę przyniósł rok 2015, w którym zespół nawiązał współpracę z labelem Lost State Records, w ramach którego wydana została epka „Wait For The Sun”. Skutkiem rzeczonej współpracy było nagranie przez Remo Drive dwóch splitów. Pierwszy z nich z zespołem Unturned, a drugi z zespołem Weathered. Obydwa wydawnictwa oscylowały wokół estetyki lekko ironicznego power popu z post hardcorowym brzmieniem, co miało wkrótce stać się znakiem rozpoznawczym ekipy z Bloomington. Na pierwszą długogrającą płytę nie nadszedł jednak jeszcze czas.

Zdjęcie członków zespołu, 2017

Przełomem dla Remo Drive okazał się kontakt nawiązany z Anthonym Fantano, który w swoim vlogu bardzo zachwalał singiel „Y’er Killing Me” zapowiadający wydanie pełnoprawnego debiutu zespołu, czyli „Greatest Hits”. Od tego momentu wokół braci Paulson i ich muzyki zaczął tworzyć się coraz szerszy krąg mocno zaangażowanych fanów. Zaczęły pojawiać się kolejne wywiady i oferty koncertów. Swój debiut zespół z Bloomington wydał w marcu 2017 roku własnym sumptem, bez wsparcia żadnej wytwórni. Remo Drive z zespołu 100% DIY nagle stał się jedną z większych sensacji na scenie okolo punkowej i płyta długogrająca była tego przypieczętowaniem.

„Greatest Hits” jest jedną z płyt, które mogą stanowić przykład łączenia przeróżnych stylów, w ramach jednej estetyki, przy zachowaniu charakterystycznego brzmienia. Mamy bowiem takie piosenki jak rozpędzone „Art School” i wspominane już „Y’er Killing Me”, funkującą „Strawberitę”, rozżalone „I Am My Own Doctor”, wściekłe „Eat Shit” i sarkastyczne „Name Brand”. Wszystko to przebojowe i wpadające w ucho; napawające jednocześnie energią i pewną nostalgią. Remo Drive nie popada tu w patos i wyciskacze łez. Prezentują się oni na płycie jako młodzi, emocjonalni, ale z dystansem do samych siebie punkowcy, którzy tworzą chwytliwe piosenki.

Okładka albumu Greatest Hits

Podobnego zdania musieli być szefowie wytwórni Epitaph, bo już na początku 2018 roku zespół braci Paulsonów znalazł się w stajni kultowego labelu. Idąc za ciosem, została wydana epka „Pop Songs”, która stanowiła jasne powiązanie z Epitaph. Muzycznie było trochę inaczej niż do tej pory, bo Remo Drive ukazało swoją najbardziej przebojową i popową stronę. Stawiając na melodyjność, porzucony został trochę fuzz, który był niejako znakiem rozpoznawczym ekipy z Bloomington. Pomimo tego wspominane wydawnictwo brzmi jak kontynuacja ścieżki podjętej na „Greatest Hits”. Przy okazji nastąpiła roszada w składzie zespołu, która tylko uwidoczniła, że RD jest w pełni oparte na pomysłach Erika Paulsona i że jest on faktycznym liderem.

ŁK: Usunięcie Sama Maythsa z zespołu rozpoczęło najbardziej problematyczny okres w działalności Remo Drive. Odbiło się ono niemałą czkawką medialną i wywołało falę wzburzenia pośród fanów. Post, w którym perkusista odniósł się do zaistniałej sprawy, był dość niejednoznaczny i w subtelny sposób wskazywał stronę Paulsonów jako winowajców w konflikcie. Na odpowiedź braterskiego trzonu grupy nie trzeba było długo czekać – na oficjalnym fanpage’u Remo Drive ukazał się wpis przedstawiający problem w zdecydowanie ugodowy i dyplomatyczny sposób, nie wchodząc w niepotrzebne, wrażliwe szczegóły i, jakby się wydawało, ostatecznie zamykając sprawę, która jednak okazała się być preludium do kolejnej burzy. W reakcji na usunięcie Sama z zespołu (przy jednoczesnej fali coming out’ów, które na scenie emo rockowej zapoczątkował przypadek Jessie’go Lacey’a z Brand New) użytkowniczka o nicku elfsuccubus utworzyła na reddit’owej sekcji r/indieheads wątek, w którym dość obszernie opisała komplikacje jej dawnego związku z basistą – Stephenem Paulsonem. W przeciwieństwie do innych wyznań o podobnej problematyce, które w tym samym czasie rujnowały artystom muzyczne kariery, ten konkretny przypadek został przez fanów określony mianem typowego lamentowania nad utraconym związkiem (ironiczne jak na tę scenę muzyczną). Była dziewczyna Stephena nie uniknęła krytyki za, w ich odczuciu, niepotrzebne wywleczenie sprawy na światło dzienne, wykorzystując do tego moment piarowej zawieruchy w szeregach Remo.

Następne miesiące mijały pod znakiem rutynowego koncertowania z artystami takimi jak Prince Daddy & The Hyena oraz McCafferty, a także rutynowo nieszablonowych żartów z fanami (twitter oraz instagram to istne kopalnie fantastycznej zawartości). Dla tych jednak, którzy na bieżąco nie śledzili poczynań braci Paulson, niemałym zaskoczeniem musiała być tegoroczna wiosenna premiera singli „Two Bux” oraz „The Grind” po ponad rocznym letargu wydwaniczym. Nowe utwory zaserwowane przez braterskie duo uplasowały się brzmieniem gdzieś pomiędzy „Greatest Hits”, a „Pop Music” . Zaoferowały bardziej oszlifowaną produkcję niż w przypadku ich przełomowego krążka przy jednoczesnym przykręceniu popowego kranu na rzecz dojrzalszych, introspektywnych aranżacji. Zapowiedzi dopełnił utwór „Around The Sun”, opublikowany w momencie gdy do wydania całości albumu pozostały zaledwie dwa tygodnie. „Natural, Everyday Degradation”, wydany 31 maja, ukazał nieco nowszą twarz Remo Drive, na której widniały wciąż te same ślady chwytliwego songwritingu z nieco przystrzyżonym gitarowym fuzzem jak na „Pop Songs”, aczkolwiek pojawiły się również zmarszczki po wzmożonym wysiłku wokalnym Erika Paulsona, niestrudzenie skaczącego po kilku oktawach.

Okładka albumu Greatest Hits

Wydanie tegorocznego LP właściwie zamyka dotychczasową historię duetu z Bloomingtown i umieszcza nas w chwili obecnej. Najbliższe plany Erika i Stephena Paulsonów zakładają między innymi pierwszą jak dotąd europejską trasę koncertową w grudniu tego roku (wszyscy zainteresowani powinni odnotować, że „Remomobil” zbliży się do Wrocławia na odległość zaledwie 300 km, tj. do Berlina!). Jednak niezależnie czy aktualnie oczekujemy od Remo Drive nowych gigów, płyt, memów bądź też zupełnie niczego, warto wykorzystać, że w okresie letnim wszystko jest w porządku, a życie łatwe i zdiagnozować nieco własnych problemów, a także przetestować wodę w lokalnym akwenie.

Maciek Tomasiewicz i Łukasz Kowalik

The Black Keys

Dan Auerbach i Patrick Carney na pierwszy rzut oka pochodzą z dwóch różnych światów: ten pierwszy był kapitanem szkolnej drużyny, drugi outsiderem. Jednak muzycznie dobrali się idealnie i już od 18 lat tworzą blues-rockowy zespół The Black Keys. Poznajcie artystę tygodnia Radia LUZ.

Gdyby się zastanowić, określenie “blues rockowy” nie do końca oddaje sprawiedliwość duetowi z Ohio. Może i nie eksperymentują tak bardzo jak na przykład Beck, ale ich muzyka przeszła przez kilka faz od 2002 roku, gdy wydali debiutancki, mocno garażowy The Big Come Up. Rok później pojawiło się utrzymane w podobnej stylistyce Thickfreakness, ale już trzecim albumem, Rubber Factory, pokazali większą różnorodność i udowodnili, że niekoniecznie będą stałą muzyczną w stylu AC/DC. The Black Keys dostarczyli nam klasycznego bluesa na płycie Chulahoma, którą uczcili twórczość Juniora Kimborough, bogatych aranżacyjnie utworów na Attack and Release, czy psychodelii i indie rocka na Turn Blue.

Zespół zaczął zdobywać popularność właściwie już po premierze drugiego albumu, ale dotarcie na szczyt nie nastąpiło aż do 2010 roku. Wtedy właśnie ukazała się nagrodzona kilkoma Grammy płyta Brothers, która przyniosła im największy sukces komercyjny. Auerbach i Carney kontynuowali dobrą passę wydając kolejny album, El Camino, czyli wybuchową mieszankę rocka, bluesa i soulu. Klimat wydawnictwa doskonale oddaje singiel Lonely Boy, jeden z największych przebojów grupy. Fani pokochali nowe utwory – bilety na koncert w Madison Square Garden wyprzedały się w zaledwie 15 minut.

W 2015, po zakończeniu trasy promującej album Turn Blue, Auerbach i Carney postanowili zrobić sobie przerwę i zająć się solowymi projektami. Obaj czuli się zmęczeni podróżowaniem i monotonią. Brakowało im też tworzenia nowej muzyki, na co nie mogli znaleźć czasu przez kolejne koncerty. Powrócenie do współpracy zajęło im trzy lata, a stworzenie nowego albumu cztery miesiące. Okazało się, że wciąż jest między nimi muzyczna chemia. Teraz podzielili się z fanami jej owocem, czyli Let’s rock. Płyta została nagrana jedynie z udziałem wokalistek wspomagających – Leisy Hans i Ashley Wilcoxson. Choć wcześniej zdarzało im się współpracować na przykład z producentem Brianem Burtonem, tym razem panowie z The Black Keys powrócili do korzeni i wszystkim zajęli się sami.

W najbliższym czasie zespół będzie trochę trudniej zobaczyć; by uniknąć ponownego wypalenia, muzycy nie zagrają aż tylu koncertów, co kilka lat temu. Za to zapowiadają, że ich jakość będzie znacznie lepsza.
Let’s Rock ukazało się w czerwcu tego roku i jest, jak to określił Carney, “hołdem dla gitary elektrycznej”. Najlepszym dowodem na to są single Lo/hi, Eagle Birds i Go– koniecznie posłuchajcie.

 

Marta Łobażewicz

Idles

Z zadymionych, bristolskich klubów trafili wprost na największe sceny świata. Wiedzą, jak napisać utwory z niezwykle chwytliwymi refrenami i punk rockową agresją, nie bojąc się przy tym podejmowania trudnych tematów. Po rewelacyjnie przyjętym koncercie na Glastobury Festival, Idles udają się do Gdyni, aby podbić nasze serca na tegorocznym Open’erze. W tym tygodniu na 91.6 FM przekonacie się, dlaczego jest to wydarzenie, którego nie można przegapić.

Początków należy upatrywać w 2009 roku, kiedy to członkowie zespołu postanowili tchnąć życie w nowo powstały projekt o nazwie Idles. Jak sami przyznają, zebranie się na prawdziwą produktywność zajęło im sporo czasu. Dopiero po trzech latach grupa wydała epkę o wymownym tytule Welcome. Po paru latach lider zespołu Joe Talbot przyznaje, że w tamtym okresie nie interesowała się nimi żadna duża londyńska wytwórnia. Początkiem krystalizacji stylu Idles można określić moment wydania drugiego materiału, zawierającego również tylko cztery utwory. Meat, czyli drugi mini-album, charakteryzuje się bezkompromisowym przekazem i niebywałą jak na brytyjską scenę hardcore siłą uderzenia. Jednak prawdziwy cios miał dopiero nadejść.

W 2015 roku zespół zabrał się za komponowanie i nagrywanie debiutanckiego materiału. W międzyczasie wokalista i autor tekstów coraz bardziej zatracał się w alkoholu i narkotykach. Podczas gdy inne zespoły zmagały się z pisaniem muzyki, on toczył walkę z samym sobą. Dopiero śmierć chorującej matki, którą Joe Talbot zajmował się w trakcie pisania płyty, była bodźcem, który całkowicie uwolnił songwriterski potencjał wokalisty. Efektem jest pierwszy album Idles zatytułowany Brutalism, na którego okładce możemy zobaczyć zdjęcie matki lidera brytyjskiej formacji. Album szturmem wdarł się do największych rozgłośni, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i na całym świecie. Balansuje on na cienkiej linii między ironią i powagą, biorąc na cel niełatwe tematy, takie jak toksyczna męskość czy zdrowie psychiczne. Całość jest podszyta surowym, punkowym graniem, obdarzonym brutalnymi partiami gitarowymi oraz rozpędzoną sekcją rytmiczną.

W branży muzycznej zwykłym było mówić, że pierwszy album nagrywa się całe życie, a na drugi masz już tylko chwilę. Świat po Brutalism okazał się dla Idles czasem wielkich przemian, coraz większej rozpoznawalności i kontraktu z dużą wytwórnią. To właśnie nakładem Partisan Records ukazał się drugi longplay Brytyjczyków o intrygującym tytule Joy as an Act of Resistance. Wydany w ostatni dzień sierpnia 2018 roku album, dokonał redefinicji stylu grupy zarówno na polu tekstowym, jak i muzycznym. Płyta traktuje o sprawach społecznych i polityce, raczej rezygnując z tematów osobistych, lecz nie porzucając perspektywy „szarego obywatela”. O wydawnictwie zrobiło się głośno jeszcze przed premierą, za sprawą singli poruszających takie tematy jak Brexit oraz niechęć do imigrantów. Muzycy postawili na większe żonglowanie tempami utworów, chwytliwość refrenów, lecz nie zrezygnowali z charakterystycznej dla post-punku produkcji. Krytycy nie kryli swojego zachwytu okrzykując ich najbardziej punkowym zespołem świata (The Guardian) lub przyznając Joy as an Act of Restistance miano najlepszego albumu wydanego w 2018 roku (BBC Radio 6 Music).

http://www.youtube.com/watch?v=vi8gUnBi6DY

Podbój świata w rytmie punk rocka trwa w najlepsze, dlatego pozostaje nam zaproszenie Was na koncert Idles, który będzie miał miejsce 3 lipca w Gdyni, w ramach kultowego Open’er Festival.

Jakie będzie kolejne wcielenie zespołu? Agresywne, podszyte mrocznymi tekstami, a może radosne z dużą dawką ironii? W oczekiwaniu na nowe wydawnictwo od Idles, wszystkie znane oblicza bristolskich szaleńców będzie można usłyszeć do 7 lipca, w ramach cyklu Artysta Tygodnia.

Jakub Remiszewski