Archiwum

La Femme

La Femme - Artysta Tygodnia
Przekraczając gatunek w swoim własnym absurdalnie wręcz eklektycznym wymiarze, największy obecnie francuski psych-rockowy zespół La Femme powraca z trzecim albumem Paradigmes. Założyciele zespołu i główni autorzy piosenek, Sacha Got i Marlon Magnée, są mistrzami eskapizmu, więc przygotujcie się na podróż w dotychczas nieznane miejsca.

 

Trudno uwierzyć, że tak szalony zespół, jak La Femme narodził się w Biarritz – letniej mekce surferów, choć głównie miejscu życia ludzi 60+. Przyjaciele nie tylko od wspólnego tworzenia muzyki – Marlon Magnée i Sacha Got znudzeni życiem w kurorcie, w 2010 r. przenoszą się do Paryża, gdzie zachłystują się energią lokalnej sceny punkowej. Na uniwersytecie bywają z rzadka, i to głównie po to, by powkurzać innych (Sacha używa w tym celu podczas wykładów maszyny do pisania).

Mając po pewnym czasie dosyć sekciarstwa środowiska punkowego Marlon i Sacha zakładają SOS Mademoiselle – prawdziwy, ich zdaniem, rockowy zespół śpiewający po francusku.

 

Rockabilly-surfrockowa SOS Mademoiselle szybko się rozpada, jednak Marlon i Sacha nie zamierzają porzucać muzyki. Ich przyjaciółka – mistrzyni surfingu Pandora Decoster – załatwia im możliwość występu na surferskich zawodach Roxy Jam w rodzinnym Biarritz.

Już jako La Femme muzycy spotykają tam mnóstwo amerykańskich surferów i wpadają na pomysł objazdowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie kończy się ona 24 koncertami i poszerzeniem składu zespołu. Po powrocie Francja wita swoje nowe muzyczne objawienie oklaskami, co gwarantuje grupie prostą drogę do wydania debiutanckiego longpleja.

Na początku 2013 r. La Femme ma na koncie już dwie masowo zapętlane epki, hit Sur la planche, kilka festiwali, trasę po USA – ale wciąż żadnego długogrającego albumu. Prawda jest taka, że zespół tworzy go już od dwóch lat cały czas dopracowując aranżację i produkcję – bo Sacha i Marlon to wbrew pozorom muzyczni perfekcjoniści.

Album powstaje m.in. w słynnym brukselskim studiu ICP, na którego wynajęcie muzycy wydają całe swoje oszczędności. Okupują to głodówką (choć zdarza im się okradać mini-barki) i nagrywaniem praktycznie bez przerwy. To szaleństwo chyba jednak się opłaca: album Psycho Tropical Berlin momentalnie staje się sensacją i wygrywa nagrodę Victoires de la Musique.

Kolejna płyta Mystère to album mroczniejszy i bardziej kontemplacyjny niż sixtiesowy debiut, na co wpływ mają wydarzenia we Francji 2015 roku (atak na Charlie Hebdo, zamach w sali Bataclan). Nie wszystko jest tu jednak tak linearne, jak mogłoby się wydawać. Przykładem może być przebój Où va le monde, który według samego zespołu nie jest bezpośrednim (politycznym czy też społecznym) komentarzem; to raczej refleksja nad zwrotami w życiu i miłości.

Jednak utwory takie jak Mycose niosą przy tym potrzebny żartobliwy dystans. Przesadny dysonans? Niekoniecznie, bowiem La Femme swoje nastrojowe hybrydy tworzy z chirurgiczną precyzją – tak, że melancholijna kompozycja o życiowej pustce nie gryzie się z utworem o grzybicy miejsc intymnych.

 

Po 6 latach przerwy, 2 kwietnia tego roku La Femme powraca z Paradigmes: trzecim, a zarazem pierwszym od pięciu lat albumem, który zdaje się być kulminacją wszystkich i tak już bardzo różnorodnych inspiracji zespołu. Słychać tu new wave, krautrock, jazzowy big band, punk, disco czy muzykę filmową, z naciskiem na bardziej elektroniczne brzmienia.

La Femme zachowuje przy tym charakterystyczny dla siebie styl très chic. Wprawdzie członkowie zespołu przyznają, iż ,,Dziś paradygmaty zanikają i nic już nie będzie takie samo”, to jednak obok tego stwierdzenia jest coś, o co możemy być spokojni – to mianowicie, że La Femme nowe pomysły tak prędko się nie skończą.

Julia Karska

Bill Withers

30 marca 2020 roku pożegnaliśmy wyjątkową personę ze świata muzyki. Sam mówił o sobie, że jest tylko zwykłym gościem, choć niewielu mogło pochwalić się tak czystym i przenikliwym barytonem. Biorąc pod uwagę fakt, iż jego kariera trwała zaledwie 15 lat, spokojnie można stwierdzić, że swoje przysłowiowe 5 minut wykorzystał w pełni. Gdy Bill Withers zaczynał śpiewać, nic nie wskazywało na to, by był zwyczajny.

 

Symbolicznym kluczem do furtki branży muzycznej był utwór Grandma’s Hands, dzięki któremu Bill Withers przekonał właściciela Sussex Records do podpisania kontraktu. Nikt wcześniej nie śpiewał tak pięknie i otwarcie o osobie, którą utożsamiamy z życiową mądrością. Withers najpierw „zagrał” na emocjach swoich wydawców, aby następnie podbić serca Amerykanów.

W efekcie powstał pierwszy album studyjny pt. Just As I Am. Jest to znakomita mieszanka smooth soulu i bluesa, a nawet folku. Na płycie znajdziemy takiego klasyka jak utwór Harlem. Pierwotnie wydany został nie tylko pod innym tytułem – Three Nights And A Morning, ale również w zupełnie innym tempie. Harlem to spokojna, akustyczna aranżacja. Natomiast Three Nights And A Morning to całkowite przeciwieństwo nawiązujące stylistycznie do rock’n’rollowego brzmienia.

Kolejnym głośnym tytułem z albumu Just As I Am niewątpliwie jest piosenka Ain’t No Sunshine. Inspiracją do jej napisania był film Dni wina i róży z 1962 roku, opowiadający o relacji miłosnej Joe i Kristen, którzy są alkoholikami. Withers zauważa, że niektóre uczucia i znajomości z pozoru wydają nam się dobre, a w rzeczywistości stają się dla nas toksyczne.

Do mniej znanych kompozycji, ale równie wartych uwagi możemy zaliczyć ujmującą balladę Hope She’ll Be Happier lub folkowy utwór I’m Her Daddy. Z kolei Do It Good lub Let It Be opierają się na konwencji gospelowej. W maju tego roku minie dokładnie 50 lat od wydania kultowego już Just As I Am.

Jeszcze większy rozgłos zapewniła mu jego druga płyta wydana dokładnie rok później – Still Bill z 1972 roku.Owocem tej pracy są m.in. utwory takie jak: Use Me, Lonely Town, Lonely Street, Who Is He?, ale przede wszystkim cudowny Lean On Me traktujący o ludzkiej słabości i potrzebie oparcia, którą można interpretować na różne sposoby.

Kolejne lata przyniosły album ’Justments, którym zakończył współpracę z Sussex Records (wytwórnia upadła 1975 roku). W 1975 roku podpisał kontrakt z Columbia Records, z którą wydał 5 albumów studyjnych: Making Music, Naked&Warm, Menagerie, z którego pochodzi utwór Lovely Day, 'Bout Love. Po drodze we współpracy z Grover Washingtonem Jr. stworzyli Just the Two of Us. Piosenka okazała się ogromnym sukcesem, docenionym statuetką Grammy. Album Watching You Watching Me wydany w 1985 roku okazała się być jego ostatnim. Ostatecznie Withers chciał oddać się życiu rodzinnemu i przeszedł na emeryturę. Sporadycznie angażował się w pojedyncze projekty muzyczne, występy i współprace.

Bill Withers odszedł w wieku 81 lat, w tym czasie został doceniony wielokrotnie, stworzył dorobek, na którym wzorowali się inni czy to pod postacią coverów, czy w formie sampli do rapowych utworów. Był inspiracją dla twórców takich jak D’Angelo czy John Legend. Pozostawił po sobie muzyczne ślady, które już za jego życia zyskały status klasyków, i do których wracać będą kolejne pokolenia.

 

Karolina Krempeć

 

Błoto

Zespół organiczny, który brzmieniem ociera się o polską codzienność – Błoto Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ. Już w kwietniu będziemy mogli cieszyć się nowym wydawnictwem kwartetu pt. Kwasy i zasady. Zespół, podobnie jak na poprzednich albumach, wraca do tematyki bliskiej odbiorcom: intymnej i zarazem powszedniej.

Kwasy i zasady to opowieść o obolałej tkance społeczeństwa, której każda komórka pełni inną rolę. Wiele tu działań toksycznych, żrących jak rzeczone kwasy, pozostających ukryte obok zasad neutralizujących ich szkodliwość. Każdy człowiek wnosi do systemu coś zupełnie nowego, budując piękno i gorycz w tej wspólnocie.

Nowe wydawnictwo będzie podzielone na dwie części. Do „kwaśnej” należeć będą utwory Mitomania, Prostacwo czy też Chryja. Do „zasad” wpisywać się będą zaś Prawda i Prostota. Zupełnie jak na ubiegłorocznym albumie Kwiatostan, również I tu widać mnóstwo analogii do polskiego społeczeństwa. Muzyka Błota opisuje więc sprawy Świata: ludzkie problemy, bolesne miejsca i warunki, w jakich człowiek uczy się nienawiści od drugiego człowieka.

Błoto to kwartet, który tworzą muzycy znani z projektu EABS: Marek Pędziwiatr vel „Latarnik” (syntezatory/instrumenty klawiszowe), Marcin Rak („Cancer G” – perkusja),
Paweł „Wuja HZG” Stachowiak (bas) i „Książę Saxonii” Olaf Węgier (saksofon tenorowy). Sam zespół powstał spontanicznie w trakcie trasy koncertowej EABS, w drodze do Sopotu. Muzycy postanowili produktywnie wykorzystać swój dzień wolny: Wuja zadzwonił do najbliższego studia, ale kiedy okazało się że trzeba czekać trzy godziny, niezwłocznie skontaktował się ze znanym z grupy Kombi Grzegorzem Skawińskim. Zadziałało: dzięki „Skawie” ekipa znalazła miejsce, by zarejestrować 90 minut improwizowanego materiału. Po odsłuchaniu materiału, zespół ochrzczono Błoto, bo taka jest jego muzyka, brudna, hiphopowa i grząska.

 

Muzyka Błota pełna jest przenośni, będąc zarazem precyzyjnie dopracowaną w multimedialnym aspekcie: mowa tu nie tylko o dźwięku, ale też kontekście wizualnym oraz samym prowadzeniu narracji. Do tej pory do słuchaczy trafiły płyty Erozje i Kwiatostan. Obydwie przenikają się wzajemnie odniesieniami przyrody do świata ludzi, którzy przecież są jej częścią – jednak tak często uciekają od tej przynależności. 
W narracji zespołu ludzie to ni mniej, ni więcej, co kwiaty, wyrosłe jednak na różnych glebach. Błoto przypomina, że erozja, wegetacja dzieją się tu i teraz, między nami. Muzyka oswaja nas z poczuciem przynależności do większej materii, w pewnym sensie podobnej skałom czy ziemi. Spróbujmy więc przenieść się do dźwiękowego ogrodu, poznając siebie zmysłami innymi, niż do tej pory.

Z każdym wydawnictwem kwartet prezentuje gniewny manifest wobec obecnej sytuacji, wobec ludzkiej ignorancji i ograniczonej percepcji. Inspiracją dla zespołu jest szeroko pojęta natura, ktorej bogactwo gwarantuje mnogość zajmujących motywów: „naturalne” bodźce to niewyczerpane źródło, w przeciwieństwie do surowców. Na ten problem szczególną uwagę zwraca album Erozje, przypominając o degradacji i brutalności, z jaką człowiek obchodzi się z przyrodą. To jednak tylko jedna z interpretacji: albumy Błota można bowiem rozumieć dowolnie, nie ma do nich jednego, uniwersalnego klucza.

 

Prawdziwą przyjemność zapewnia też strona wizualna wydawnictw. Każda z dotychczasowych okładek to praca bez dwóch zdań wrażliwa, adekwatna do metafor, jakimi posługują się artyści. W przypadku okładki Kwiatostanu (autor: Animisiewasz) odsycone kolory tworzą liryczny, sentymentalny klimat, a dodatkową zaletą dla nabywców winyla były losowe zdjęcia z polaroida, dołączane do każdego zakupu. Cover Erozji to zaś obraz, którego wyrazistość podbija wykonanie w technice sitodruku. Autorem początkowego obrazu był Michał „Żyto” Żytniak, za oprawę graficzną ponownie odpowiada zaś Animisiewasz. Praca ta jest niezwykle wymowna w swojej surrealności, osadzona w ciepłych tonacjach, a przy tym idealnie wyważona. Mimo natłoku postaci odczuwa się w niej przestrzeń. 
Wszystkie wydawnictwa Błota ukazały się nakładem krajowej oficyny Astigmatic Records.

Maja Kozłowska

Kenny Beats

W urzędach bardziej znany jako Kenneth Charles Blume III, ale w środowisku hip-hopowym to jego pseudonim artystyczny jest zdecydowanie bardziej „na czasie”. Producent, którego inicjatywy rosną na miarę tych od Dr. Dre czy Madliba. Kenny Beats Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Urodził się w mało muzykalnym miasteczku Greenwich w stanie Connecticut. Swój pierwszy kontakt z instrumentem miał już w wieku dziewięciu lat, kiedy to dostał do rąk gitarę i zaczął chodzić na lekcje muzyki. Dwa lata poźniej pojawiły się bębny – te chyba jako jedyne mogły wyrazić jego energetyczną duszę. Chłopiec jednak szybko zaczął zgłębiać tajniki jakie kryją przed nim nowoczesne narzędzia muzyczne i dobrze zakolegował się z programem od Abletona. Jego ciekawość i zapał do pracy pozwoliły mu jeszcze w liceum zdobyć drugie miejsce w Narodowym Konkursie Muzyki Elektronicznej, co z kolei sprawiło, że w głowie młodego Blume’a nakreślił się konkretny plan na przyszłość – miał zostać producentem muzycznym.

Po szkole średniej wyjechał do Nowego Jorku. To tam drzwi do muzycznego świata miał mu otworzyć staż w Cinematic Music Group, gdzie zaczął produkować między innymi dla Smoke DZA, ScHoolboy Q czy Ab-Soul’a. Dzięki nowym możliwościom nie tylko mógł poszerzać swoją listę kontaktów, ale przede wszystkim – oszczędzić na upragnione studia. Berklee College of Music w Bostonie padły wyborem amerykańskiego artysty. Tam poznał się z niejakim Ryanem Marksem, z którym znalazł wspólny język i założył grupę LOUDPVCK. Duet zasłynął głównie z kilku remixów bardziej znanych utworów, ale w 2015 roku udało im się wydać jedyny album BotanyZespół rozpadł się dwa lata później.

Rok 2018 na pewno okazał się przełomowym dla artysty. Wtedy nawiązał współpracę z raperem Key!. z którym wspólnie nagrał długogrający album 777. Płyta zebrała bardzo dobre recenzje, zarówno wokalnie jak i muzycznie stała na wysokim poziomie. To pozwoliło producentowi rozszerzyć swoją listę kontaktów i otworzyć się na współprace, o których wcześniej mógł jedynie pomarzyć.

„The Cave” – z jednej strony nazwa studia nagraniowego, w którym komponuje muzykę. Z drugiej nazwa YouTube’owej serii, w której prowadzi dość osobiste rozmowy z wyjątkowymi gośćmi. głównie wokalistami. Przy okazji spotkania w studiu – jak to w przypadku muzyków powstaje również coś dla uszu. Motywem przewodnim ma być „Freestyle”, wszyscy mają pracować na tzw. żywioł. Możemy tam zobaczyć jak bity powstają w zaledwie 15-20 minut a wokaliści z kolei często dogrywają się bez konkretnego pomysłu na utwór. Ku zaskoczeniu wszystkich uwaga… Pracujemy tutaj z profesjonalistami, więc efekty końcowe są również bardziej niż zadowalające. Dzięki pomysłowej serii producentowi udało się bliżej zapoznać z Denzelem Currym, a jak to w przypadku dobrze dogadujących się muzyków – długo nie musieliśmy czekać na efekty. Pierwszy z nich ujrzał światło dzienne już w lutym 2020 roku i nosił nazwę UNLOCKED.

W dobie pandemii Kenny Beats postanowił pomóc wartościowym i utalentowanym producentom tworząc dla nich konkursy z nagrodami za najlepsze i najbardziej pomysłowe bity. Nie ma w tym wszystkim większego zamysłu, co jakiś czas wrzuca on na swoje InstaStories lub Twittera informacje o warunkach rozgrywki i zaczyna się zabawa. Sami uczestnicy bardzo ochoczo podchodzą do samej inicjatywy. Nie dość, że po skończonej pracy mogą usłyszeć rady od bardziej doświadczonego kolegi z branży muzycznej to dają też się poznać większej publice. W trakcie całej akcji jest nie tylko dużo hip-hopu (fun fact – wycieczka zahacza też o inne gatunki), ale też dużo śmiechu i zabawy a przecież o to w tym wszystkim chodzi przy robieniu muzyki.

Jakub Dworzecki

Dzień Kobiet

Poznajcie nieustraszone buntowniczki, kreatywne producentki, zaangażowane aktywistki, subtelne wokalistki, utalentowane muzyczki, wszechstronne artystki. Z okazji Dnia Kobiet Redakcja Muzyczna Radia LUZ prezentuje Artystki Tygodnia.

Ostatni czas szczególnie pokazał, że kobiety nie boją się walki o swoje prawa. Zabieramy głos w sprawach politycznych,  społecznych i na nowo kształtujemy popkulturę oraz narrację historyczną. Debata na temat autonomii kobiecego ciała, która zawrzała w Polsce, poruszyła nie tylko środowiska żeńskie, ale wdarła się też do codziennej dyskusji obywateli. Protesty Black Lives Matter w Stanach Zjednoczonych podkreśliły wagę tematów tożsamościowych, razem z wielką mocą sprawczą czarnych kobiet. Na całym świecie mówi się o emancypacji kobiet w dobie kryzysu. W tym szczególnym czasie dla rozwoju współczesnej myśli feministycznej koncentrujemy się także na zmianie w kulturze, w której dalej widoczne są patriarchalne zaniedbania.

Branża muzyczna ma jeszcze wiele do zrobienia w kwestii równości płci. Poznajcie artystki, które nie obawiają się chodzić własnymi ścieżkami. Reprezentują różnorodne gatunki, buntują się w imię istotnych dla nich spraw, podkreślają kobiecą perspektywę w unikalnym stylu. Słuchajcie głośnych feministek, wrażliwych poetek, wielkich artystek.

Dzień Kobiet, przedstawiony głosem Artystek Tygodnia, znajdziecie na antenie Radia LUZ od poniedziałku do piątku w Audiostarterze oraz w ramach Artysty Tygodnia.

MAGDA DUBROWSKA

Magda Dubrowska to artystka związana z polską sceną undergroundową. Gra na basie, pisze teksty oraz jest posiadaczką niezwykle charakterystycznego głosu. To współtwórczyni muzycznego projektu Gang Śródmieście, z którym nagrała album Feminopolo oraz projektu Utrata Skład prezentującego muzykę z pogranicza punku, rocka i elektroniki. Jest zaangażowana społecznie, politycznie i walczy o prawa kobiet.

NANGA, czyli ostatni projekt, w którym udziela się Magda Dubrowska, powstał z inicjatywy Macieja Dzierżanowskiego oraz Filipa Różańskiego. Obaj artyści współpracowali z artystką podczas jednego ze swoich projektów i tak zachwycił ich jej wyrazisty i nietuzinkowy głos, że postanowili zawiązać stałą współpracę. Jej owocem była płyta Cisza w Bloku z 2020 roku. Album jest feministycznym, muzycznym reportażem. Ukazuje kobiecy punkt widzenia na rzeczywistość osób wychowanych na blokowisku osiedla Wrzeciono na warszawskich Bielanach. Dubrowska opowiedziała, że tworząc album, przeprowadzała rozmowy z mieszkańcami, spisując je na wielu notatkach, przepuszczając przez swoje obserwacje. Dzięki temu na płycie znajdziemy wyjątkowo barwny świat środowiska, które zazwyczaj krzywdząco określane jest jako margines społeczny. Cisza w Bloku opisuje obecnie panujące nastroje polityczne, dyskryminacje mniejszości oraz sytuację kobiet. Pięknym zwieńczeniem albumu jest utwór Steinway, który zabiera nas w surrealistyczną podróż i pozostawia z pozytywnym nastawieniem.

Aleksandra Simińska

KATE BUSH

Co jest godne podziwu, już na pierwszych dwóch płytach, zresztą wydanych tego samego roku, jako tak młoda osoba, Kate Bush przedstawiła światu swoją wizję popu. Główną rolę grają klawisze, które właśnie Angielka uważa za swojego partnera podczas komponowania i to właśnie szlachetny, dostojny songwriting jest największą jej bronią. Nic by nie dał jej bajeczny 4-oktawowy głos czy zabawy produkcyjne w studiu, gdyby nie rozbudowane linie melodyczne, wyśmienite wyczucie narracji czy złożone współbrzmienia. Idąc po linii najmniejszego oporu można połączyć jej dokonania, szczególnie te wczesne, ze sposobem tworzenia muzyki Joni Mitchell czy Laury Nyro, lecz cały fenomen Kate Bush polega na tym, że stworzyła autorski, rozpoznawalny od pierwszej nuty, styl, którym odcisnęła piętno na całej muzyce rozrywkowej.

Krzysztof Ciach

 

SARA HEBE

Sara Hebe to jedna z najbardziej znanych dziś raperek argentyńskich, która dosadnie komentuje sytuację społeczno-polityczną w swoim kraju i w regionie Ameryki Łacińskiej. W śmiałych tekstach dokumentuje aktualne wydarzenia, podejmując tematy niełatwe i złożone takie jak: homo- i transfobia, zakaz aborcji, brak bezpiecznych warunków pracy, kobietobójstwo, represje ze strony policji i inne, z którymi społeczeństwo argentyńskie na co dzień musi stawiać czoła. Sara Hebe bez sentymentu wykorzystuje rap do budowania przestrzeni do zmian społecznych i systemowych. Rewolucyjna dusza jej twórczości zrodziła się wśród argentyńskich grup feministycznych, które na początku tego roku po wieloletniej walce wygrały legalny i bezpieczny dostęp do aborcji.

W rytmach trapowych, reggaetonowych, neoperreo, punkowych i tradycyjnej cumbii tworzy od 2009 roku, ma na koncie pięć długogrających płyt i soundtrack do jednego z najpopularniejszych serialowych produkcji argentyńskich ostatnich lat, El Marginal. Jej ostatni krążek jest najbardziej ze wszystkich przepełniony antysystemowymi nastrojami. Zatytułowany Politicalpari jest skomplikowaną polityczną imprezą, której każdy element coś uświadamia i mobilizuje do zmian. Zmian, które dzieją się dziś nie tylko w sferze społecznej, ale i muzycznej. Na argentyńskiej scenie coraz więcej miejsca zajmują kobiety i sięgają do gatunków, które do tej pory były zarezerwowane głównie dla mężczyzn. Sara Hebe niewątpliwie jest jedną z najbardziej wpływowych artystek Argentyny, które się do tej zmiany przyczyniają.

Zuzanna Pajorska

 

LAURA NYRO

Laura Nyro zainspirowała wielu twórców – w tym Eltona Johna, Jacksona Browne’a i Tori Amos. Sama jednak nigdy nie zrobiła takiej kariery, jak oni. W swym repertuarze miała mnóstwo fantastycznych kompozycji, które zaczęła tworzyć już jako ośmiolatka – chociażby Stoney End spopularyzowane przez Barbrę Streisand, czy Stoned Soul Picnic i Wedding Bell Blues najbardziej znane w wykonaniu grupy 5th Dimension. Jej styl śpiewania okazał się zbyt oryginalny, by wykonywane przez nią utwory mogły trafić do mainstreamu. Poza tym tak naprawdę wcale tego nie chciała. Odrzucała wszelkie możliwości zwiększenia sprzedaży swoich płyt i unikała wystąpień publicznych. Nie powstawały też żadne teledyski do jej utworów.

Artystka wydała pięć albumów, po czym, w wieku zaledwie 24 lat, postanowiła zakończyć karierę. Wyszła za stolarza i zamieszkała na wsi. Po dwóch latach rozwiodła się jednak i wróciła do tworzenia muzyki. Nagrała jeszcze trzy płyty, nadal niechętnie podchodząc do ich promocji. Skupiała się na ważnych dla siebie tematach – naturze, feminizmie, czy rodzicielstwie. Jej teksty zawsze były autentyczne i niezwykłe – nawet jeśli opowiadały o zupełnie zwyczajnych sprawach.

Marta Łobażewicz

 

ALEX FREIHEIT

Od swoich najdawniejszych początków, punk rock był nierozerwalnie związany z postaciami silnych kobiet. To kobiety uczestniczyły w przejściu punka do mainstreamu i zdobyciu przez niego olbrzymiej popularności. Wreszcie to ruch riot grrl zainspirował powstanie grunge’u. Zatem myli się każdy, kto uważa, że punk, to nie miejsce dla kobiet. Ale po co komu wstęp historyczny, skoro na polskim podwórku aktywnie działa Alex Freiheit, połowa duetu Siksa i kwintesencja tego co w punku najlepsze. Piosenkarka związana z krakowską Anteną Krzyku zaczynała od bardzo performatywnych koncertów na żywo, które w dużej mierzemiały charakter improwizacji i niejako dialogu z publicznością przy akompaniamencie gitary basowej. Mogłoby się wydawać, że taka ekspresja jest nieosiągalna w warunkach studyjnych, ale zeszłoroczna Zemsta Na Wroga, to dowód, że taka konwencja działa w każdych warunkach, a kluczem do niej jest szczerość. Spoken word artystki z Gniezna stanowi głos dla wszystkich osób wykluczonych z powodu płci, pochodzenia, czy seksualności. Alex z największych introspektywnych głębin wyrzuca emocje w stronę całego świata, a każdy kto czuję się przez nie urażony, ewidentnie sam ma coś na sumieniu. Siksa to nie jest pójście na jakikolwiek kompromis tylko wielka deklaracja wojny z zastaną polską rzeczywistością.

Z tym, że Alex to nie tylko chropowata, gitarowa muzyka przemieniająca słabości we własne siły. To performance i zjawisko. Czasem to rap w konwencji noir na bitach Nihila z Furii, czasem to muzyka filmowa, a czasem spektakl teatralny. Alex tworzy również prace z dziedziny sztuk wizualnych, co czyni z niej artystkę kompletną. Wszystko to za co się bierze jest bardzo wymowne, przemyślane i przerażająco aktualne, tak jak tylko emocje mogą być. Paszport Polityki jako docenienie przez mainstream był jak najbardziej zasłużony.

Punk nie umarł, bo Alex Freiheit to punk.

Maciek Tomasiewicz

 

M.I.A.

Poznajcie wybitną wokalistkę, producentkę oraz aktywistkę pochodzenia tamilskiego. Mimo tego, że przyszła na świat w Londynie, Mathangi Arulpragasam, bo tak brzmi w pełni jej imię, od początku wiązała możliwość wyrażania swojego głosu (także sprzeciwu) poprzez muzykę. Niesamowite połączenie muzyki etnicznej w połączeniu z ulicznym brzmieniem Londynu, w którym dorastała M.I.A, najlepiej wybrzmiewa na jej albumie Kala (2007). Płyta osiągnęła światowy sukces, sprzedając się w ponad 1,5 milionie kopii. Artystka uzyskała także nominację do Oskara oraz Grammy za piosenkę Paper Planes.

Maya od początku swojej drogi muzycznej wiedziała, że z rozpoznawalnością wiąże się możliwość mówienia za tych, których głos nie jest słyszany, jak i wielka odpowiedzialność za swoje słowa i czyny ponosi artysta (o czym sama przekonała się po incydencie podczas Super Bowl w 2012 roku za który pozwano ją na ponad 16 milionów dolarów). W dyskografii artystki znalazło się finalnie pięć albumów, ponieważ wydany w 2016 o zatytułowany AIM (anagram MIA) stanowił zwieńczenie jej muzycznego dorobku. Nie znaczy to jednak, że zniknęła na dobre z życia publicznego. Nadal udziela się na rzecz mniejszości oraz niesie pomoc biednym. I jakkolwiek wyniośle i pusto nie brzmiałoby moje ostatnie zdanie, nie da się inaczej o niej napisać. Jest to jedna z bardziej rozpoznawalnych artystek współczesnych, która na własnej skórze przekonała się o okrucieństwie wojny i sytuacji emigrantów w Europie, a dziś nie boi się mówić w ich imieniu.

Marcin Masło

 

LADY WRAY

Nicole Wray – wokalistka, która od końca lat dziewięćdziesiątych prezentuje dwa, na pierwszy rzut oka, różne oblicza. Dorastając jako artystka pod skrzydłami Missy Elliott, podążyła jej śladami, tworząc genialną fuzję R&B i rapu okraszoną typowym dla południa Stanów brzmieniem. Jej drugie wcielenie to soul z zupełnie drugiego końca spectrum. Jako Lady Wray nawiązuje do tradycji lat sześćdziesiątych i postaci takich jak Betty Wright, Marlena Shaw czy Aretha Franklin. Te dwa odległe style znajdują wspólny mianownik w głosie Nicole. Przy mikrofonie wokalistka jest delikatna i pełna uczuć, co znakomicie współgra z jej tekstami. Ich głównym motywem jest miłość, jednak Nicole przedstawia wszystkie jej strony. To ten classic-soulowy projekt stał się w ostatnich latach głównym zajęciem Nicole. Genialny debiut Queen Alone sprawił, że stała się nie tylko jedną z ważniejszych artystek w katalogu Big Crown Records, ale również na całej współczesnej scenie soulowej. Po 5 latach następca tego albumu ze spekulacji staje się rzeczywistością. Co prawda Big Crown nie ogłosiło jeszcze dokładnej daty jego premiery, ale singiel Storms z jesieni zeszłego roku zapowiada, że brzmienie będzie mocno zakrapiane gospelem. Nie dziwi więc spore zaangażowanie Leona Michelsa w cały projekt. Album Storms ma dużą szansę pełną parą wejść do soulowej topki tego roku.

Filip Baczyński

 

MOOR MOTHER

Jak wyglądałaby przyszłość, gdyby nie była skoncentrowana na narracji białych ludzi? Afrofuturyzm zajmuje się tematami i problemami afrykańskiej diaspory w połączeniu z technokulturą i science fiction. Artyści, zajmujący się tematem wyobrażają sobie przyszłość, która opiera się na doświadczeniach czarnych społeczności. Jedną z muzyczek, zajmujących się tą dziedziną jest Camae Ayewa, lepiej znana jako Moor Mother. To nie tylko poetka, która w swojej solowej twórczości zawiera przekaz związany z wyzwoleniem oraz czarnym aktywizmem. Jej idee łączą się z niesamowitym wyczuciem muzycznym – balansuje chaos instrumentalny z recytacją poezji. Pokazuje to w swojej solowej twórczości, ale także surowych projektach free-jazzowych. Muzyka Moor Mother to hipnotyzujący seans, w którym odpłyniecie do kreatywnych wyobrażeń, pełnych upragnionej wolności.

Anna Lalka

 

SHEENA RINGO

Muzyczny anturaż królowej japońskiego art popu Sheeny Ringo, można dla nakreślenia jakiejś kanwy przyrównać stylistycznie do twórczości Fiony Apple. Obie panie dzielą między sobą nie tylko słabość do musicalowych zaśpiewów i aranżacji oraz skłonność do naturalnego wykraczania poza ramy gatunkowe, ale też część pseudonimu artystycznego oznaczającą jabłko – po angielsku apple, po japońsku – ringo.

Podążając tym tropem swoje dwudziestolecie na scenie w 2019 roku Sheena Ringo świętowała nieustraszoną kompilacją zatytułowaną „Jabłko Newtona”. Nieustraszoną, bo Ringo nie boi się niczego. Zaczynała jako niepokorna dziewczyna z gitarą, ale od umiłowania hałasu wkrótce przeszła w stronę wysmakowanego progresywnego popu skręcającego to w stronę muzyki kameralnej, to w big bandowy jazz, czasem w robotyczny technopop, jeszcze innym razem w noise. Nie można przy tym nie wspomnieć, że Ringo sama jest autorką większości swoich tekstów i melodii, które choć osadzone w specyficznej japońskiej melodyce, mają w sobie coś uniwersalnie przebojowego.

Kurtek

 

PRINCESS NOKIA

Raz chłopczyca w bojówkach, raz bardzo dziewczęca z bujnym afro. Raz jest delikatna, raz wulgarna i wyrazista. Śpiewa i rapuje. Te pozornie sprzeczne ze sobą cechy Princess Nokia przedstawiła w formie dwóch albumów wydanych w 2020 roku – ich tytuły to kolejno: Everything sucks oraz Everything is beautiful. Materiał z pierwszej jest bardziej agresywny i bezkompromisowy, natomiast druga płyta to dźwięki i słowa kojarzące się z łagodnością. W ten sposób młoda raperka „zdejmuje” z kobiet łańcuchy stereotypów, które mówią, o tym jak powinny mówić i się zachowywać. Pojęcie kobiecości ma bardzo szerokie znaczenie i niekoniecznie musi być kojarzone jedynie z byciem grzeczną, uporządkowaną, czy zadbaną. Największą inspiracją, a jednocześnie trzonem dla twórczości Princess Nokii jest jej rodzinny Nowy Jork, co tłumaczy bardzo eklektyczny styl raperki. Ulice Wschodniego Harlemu, (dzielnicy, w której wychowywała się raperka) potrafią być jednocześnie kolorowe i mroczne, szargane różnym problemami społecznymi, które artystka, jako baczny obserwator, wplata w tło swoich bardzo autentycznych tekstów.

Kara Krempeć

 

NINA SIMONE

„Cały czas mówią zwolnij. A to właśnie kłopot – robienie czegoś stopniowo przynosi więcej tragedii. Dlaczego tego nie widzisz, nie czujesz? Nie musisz żyć obok mnie, po prostu daj mi moją równość”– tak w kilku wersach protest-songu Missisipi Goddamn Nina Simone nakreśliła sylwetkę swojej własnej postaci: buntowniczki, której w walce z rasizmem, mizoginizmem czy wojną nie mogło nic zatrzymać. Ani odrzucenie starań o przyjęcie do Curtis School of Music z powodu koloru skóry, ani zrywające kontrakty wytwórnie, ani nawet list gończy za niepłacenie podatków w ramach protestu przeciwko wojnie w Wietnamie.

Jej siłą napędową do życia, a przede wszystkim do tworzenia, był gniew. Bez niego nigdy by się nie zrodziła The High Priestess of Soul – artystka, która tak naturalnie i bezbłędnie łączyła bachowski kontrapunkt z jazzem, soulem, bluesem i gospelem, że wzbudzało to podziw i niedowierzanie innych artystów m.in. Milesa Davisa. I do tego ten głęboki, precyzyjnie wyrażający każdą emocję głos – nawet gdy zsampluje go Kanye West, nie można pomylić z żadnym innym.

Chyba jednak tym, co w Ninie Simone najbardziej unikalne jest szczerość – wyrażania swoich poglądów, interpretacji muzyki i ekspresji na scenie. A niech ktoś to zakwestionuje, Nina przerwie grę, krzyknie ze sceny, żeby siedział cicho i słuchał. Bo królowej respekt się należy.

Julia Karska

ELA MINUS

Przed Wami debiut pełen buntu. Ela Minus rozpoczęła swoją drogę muzyczną od współtworzenia kolumbijskiego zespołu punkowego. Gdy przeprowadziła się do Nowego Jorku i nabrała doświadczeń w aranżacji muzyki, poszła w stronę produkcji muzyki elektronicznej. Jak może zwiastować tytuł jej pierwszego krążka acts of rebellion, buduje swoją muzyczną narrację wokół buntu – politycznego, społecznego, i klimatycznego – wszystko z naciskiem feministycznym. Zakochana w syntezatorach, ale też z zaszczepioną punkową zajawką, artystka pokazuje połączenie mrocznych rytmów z tanecznym przytupem. Tworzy materiały wyprodukowane i nagrane w całości przez nią samą. Są surowym manifestem muzycznym, ale też wezwaniem do walki, do życia, do bycia zaangażowanym. 

Anna Lalka

 

PRINCESS LOKO

Trudno pisać o osobie, która mimo znacznego wkładu w brzmienie sceny Memphis równocześnie nie udzielała wywiadów. Co więcej, w porównaniu do swoich kolegów i koleżanek z branży nie prowadziła social mediów, a jej ostatni i właściwie jedyny w pełni sygnowany swoim nazwiskiem album ukazał się w 2012 roku i przeszedł bez większego echa. Princess Loko wraz z La Chat i Gangsta Boo stanowią filary Memphis rapu dzisiaj określanego phonkiem. W latach 90. Loko w wieku zaledwie kilkunastu lat wchodziła w skład takich grup jak Manson Family czy słynne Ten Wanted Men. Za oba zespoły odpowiadał w głównej mierze Tommy Wright III i to zazwyczaj on przychodzi na myśl, kiedy słyszymy takie utwory jak Still Pimpin czy Comin for The 94’. Wynika to z lokalności sceny rapowej w Memphis na przełomie lat 90’ i 00’. Tworzone oddolnie, po sąsiedzku kasety pozbawione były do pewnego czasu wpływów wielkich wytwórni, oraz zawierały masę gościnnych zwrotek raperów nagranych w prywatnych domach czy amatorskich studiach, przez co trudno o dostęp do dokładnych danych dla poszczególnych produkcji. Princess Loko przez okolicę i czas w jakim dorastała rapowała głównie o tym co ją otaczało. Jej teksty są wulgarne, pełne przechwałek, wybitnie gangsterskie, typowe dla muzyki którą tworzyła. Stanowiła ona inspirację dla dzisiejszych raperek oraz budziła szacunek wśród raperów. Zmarła w 2020 roku, mając 40 lat, pozostawiając po sobie tylko jeden legalny album, ogromną ilość mixtapeów i jeszcze więcej legendarnych zwrotek.

Marcin Masło

 

ANI DIFRANCO

Ani DiFranco to amerykańska gwiazdy muzyki folkowej. Kariera tej wyjątkowej gitarzystki, piosenkarki i autorki tekstów zaczęła się w latach 90, kiedy jako dwudziestolatka zadebiutowała na scenie. Od tamtej pory nagrała już około trzydziestu albumów. W 2019 roku została wydana książka artystki zatytuowana No Walls and the Reccuring Dream: A Memoir. W swojej książce DiFranco zapoznaje nas ze swoją drogą życiową opowiadając o feminizmie, wypracowanej przez lata mądrości i sile muzyki, która swoim przekazem potrafi zmieniać świat. Książka jest też źródłem infomacji na temat przedsiębiorczości i filantropii. Dzieło zamyka wszystkie te tematy w inspirującą całość.

Identyfikuje się jako osoba biseksualna, a temat miłości pomiędzy dwoma kobietami często porusza w swojej twórczości. Jest też postrzegana jako ikona feminizmu. Często walczy o prawa kobiet zabierając publicznie głos w wielu kwestiach z tym związanymi. Również w 2019 roku dołączyła do licznych artystów, którzy sprzeciwiają się zakazowi aborcji. W tym kontekście upubliczniła swój występ z festiwalu Babefest Rise Up, który miał miejsce na Brooklynie rok wcześniej. Piosenką, którą zaprezentowała wraz z córką Petah jest Play God z albumu Binary.

Aleksandra Simińska

 

CARLA DAL FORNO

„Lubię pracować w pojedynkę, robić rzeczy po swojemu” – mówi ze spokojnym uśmiechem Carla dal Forno. Do swojego prywatnego, domowego studia nagraniowego australijska artystka zabiera nas regularnie – słuchając jej albumów, mamy to poczucie przemieszczania się między kątami i korytarzami jej mieszkania. Tam, dal Forno dzieli się z nami intymnymi, autoironicznymi historiami ze swojej codzienności.

Przede wszystkim, prowadzi nas jej kołyszący wokal i miękko wyśpiewywane słowa o ostrych znaczeniach, co, szczególnie w Dniu Kobiet, przypomina o tym, jak wiele świetnych songwriterek pojawia się chociażby na 91.6 FM. Wzdłuż głosu dal Forno biegnie nieskomplikowana linia basu oraz dźwięki oszczędnie używanych syntezatorów i automatu perkusyjnego. Prosta, a jak skuteczna estetyka. Tym bardziej robi na nas wrażenie, gdy dowiadujemy się, że artystka nie tylko sama pisze, ale też sama produkuje swoją muzykę.

Jeszcze kilka lat temu, grając w dwóch zespołach, Carla dal Forno wchodziła do studia z producentami i menadżerami, którzy kontrolowali każdy jej dźwięk. Jak przyznała, miała wtedy poczucie, że ludzie nie do końca wiedzą, co kto wnosi do projektu, więc po kilku latach współprac postanowiła działać zupełnie solo. Studio nagraniowe ustawiła na kuchennym stole, sumiennie szlifując swoje pomysły oraz produkcyjne umiejętności. Upór i zaangażowanie szybko zaowocowały wydaniem albumu pod szyldem własnej wytwórni. Tak, jest za co ją podziwiać. I jest na co czekać, bo poziom, na który wstąpiła dal Forno, zapowiada, że możemy spodziewać się najlepszego.

Jagoda Olczyk

Julien Baker

Gospel, punk, folk razem pod niebem Tennessee. Pod tym samym, studentka pisząca podnoszące na duchu piosenki o cierpieniu, które trzeba rozchodzić, bo zwichnięta kostka (Sprained Ankle) potrzebuje rehabilitacji. Julien Baker Artyską Tygodnia w Radiu LUZ.

Sześć lat temu pierwszy raz usłyszeliśmy jej modlitwę. Właśnie to określenie świetnie opisuje pierwsze solowe działania Julien Baker. Po rozpoczęciu studiów zaczęła pisać własne teksty, lecz nie pasowały one do punkowej grupy Forrister, której była współzałożycielką. Wraz z wydaniem album Sprained Ankle artystka pokazała nam swoje nowe oblicze, dziewczynę z gitarą śpiewającą smutne piosenki ku pokrzepieniu serc. Wydaje się, że znamy już podobne artystki, lecz Julien w niewyjaśniony sposób ujmuje. Jej słowa w oszczędnej gitarowej aranżacji długo wybrzmiewają w naszych głowach. W tekstach odnosi się do własnych doświadczeń, lecz jej niesamowita umiejętność bardzo obrazowego opisu uczuć sprawia, że przyjmujemy je jak własną biografię.

Narkotyki, wiara i religijność, depresja, lęk przed niepowodzeniem i odrzuceniem , to tematy, które przewijają się w jej twórczości. Należy je wszystkie wymienić jednym tchem już w pierwszym zdaniu, tak jak Julien szczerze i bezpośrednio. To chyba jej główny atut, jest dziewczyną z sąsiedztwa, która zafascynowana magicznym realizmem Gabriela García Márquez’a , wyśpiewała- czasami wykrzyczał- naszą codzienność, w chwilach znajdując nas samych.

W blasku wielkich miast człowieka od człowieka dzieli ciemność i Julien Baker pozwala nam błądzić swobodnie. Gasząc światła by zapomnieć jak delikatni jesteśmy. Turn Out the Lights, jej drugi solowy album powstał pod skrzydłami Matador Records, gdzie rozwinęła swoje własne skrzydła. Jej teksty zawsze były odważne, lecz teraz warstwa muzyczna dostała szanse by wybrzmieć z nimi na równi. Jak zwykle oszczędna w środkach Julien siada do pianina, a melodia zyskuje kolejny wymiar. Czasami łamiący się głos artystki stanowi część opowieści.

boygenius to genialne trio, które Julien Baker współtworzy wraz Lucy Dacus i Phoebe Bridgers i ważny punkt na linii jej życia. Artystki połączyły siły i postanowiły dać pstryczka w nos przemysłowi muzycznemu zdominowanemu przez mężczyzn. Każda z artystek prezentuje inny muzyczny styl, lecz w ich wspólnych utworach słychać, że świetnie się rozumieją i zwrócone są w tym samym kierunku, w słabości prezentując swoje najmocniejsze strony.

Po kilku latach w trasie Baker wróciła na studia, za którymi naprawdę tęskniła. Często w wywiadach powtarza jak ważna jest dla niej edukacja i rozwój. Artystka skończyła już szkołę, ale uczyć się nie przestaje, co możemy usłyszeć na jej najnowszym krążku wydanym z końcem lutego. Little Oblivions to już trzecie długogrające wydawnictwo od Julien Baker. Ponownie naszym uszom przedstawiane są -niekiedy brutalne- sceny, odzwierciedlające depresję, rezygnację, lęk jaki niesie ze sobą nadzieja, ponieważ niepowodzenie jest bardziej prawdopodobne. Folkowe ballady przeplatają się z chwytliwymi rockowymi utworami. W kilku piosenkach do artystki dołączają Phoebe Bridgers i Lucy Dacus (znane nam z ich wspólnego projektu Boygenius). To wsparcie jest istotne, Julien odzyskuje siły.

Wraz z Julien Baker i nadchodzącą wiosną pozwólcie sobie na deszcz w słoneczny dzień.

Aleksandra Zajdel

Chick Corea

Kiedy odchodzą takie ikony, często po otrzymaniu smutnej wiadomości, pierwsze co przychodzi, to niedowierzanie. „Czy to nie fake? Dlaczego ktoś zmyśla takie newsy?” Kiedy już rozwiejemy swoje wątpliwości co do prawdziwości informacji, nadchodzi moment, w którym zamieramy w chłodnej akceptacji i refleksji. Zdajemy sobie sprawę, że właśnie przyszło pożegnać osobę żyjącą do tej pory jako ważna część historii, a wraz z tym kończy się pewna era. Tym trudniej jest się z tym pogodzić, kiedy nic nie wskazywało na możliwość takiego rozwoju sytuacji. 11 lutego 2021 roku, osobom związanym emocjonalnie z muzyką improwizowaną przyszło zmierzyć się z tym procesem. Dwa dni wcześniej – 9 lutego, z powodu rzadkiego nowotworu, zmarł Chick Corea. Informowało o tym oświadczenie wydane przez rodzinę muzyka, opublikowane na jego facebook’owym fanpage’u.

 

Wraz z odejściem ikonicznego artysty, przychodzi czas dla niezaznajomionych z jego osobą, do chociaż pobieżnego jej zaczerpnięcia, a dla już wcześniej ceniących sobie jego wkład w muzykę, do odświeżenia lub głębszego niż wcześniej zanurzenia się w jego twórczość. W przypadku takich tytanów pracy jak Chick Corea, to zadanie nie należy do najłatwiejszych. W ciągu swojej prawie 60 letniej kariery klawiszowiec wydał prawie 100 albumów, do czego możemy doliczyć jeszcze jego działalność jako sideman’a. Przy takim tempie pracy, czyli gęstym planie koncertów i często wydawaniu kilku albumów rocznie, może wydawać się, że niemożliwe jest utrzymanie stałego poziomu wydawnictw. Faktycznie część krytyków twierdzi, iż karierę Chicka cechują sporadyczne przestoje, w których powstawały nieciekawe kompozycje, pisane pod publikę.

Najwidoczniej Corea zdecydował się spojrzeć na komponowanie jako na grę liczb, im więcej wydań, tym większe prawdopodobieństwo stworzenia dzieła, które odniesie sukces. Widać to chociażby na przykładzie Jana Sebastiana Bacha, który ma na swoim koncie ponad 1000 kompozycji, z czego obecnie grany jest tylko niewielki wycinek. Nie wybieramy, za co jesteśmy znani. Nie umniejsza to oczywiście pasji i determinacji, jaka jest potrzebna, aby stworzyć wartościowe dzieło. W takim razie od czego należałoby, zacząć podróż z muzyką Chicka Corei? Prawdopodobnie nie ma odpowiedniej odpowiedzi na to pytanie.

Od lewej: Stanley Clarke, Al Di Meola, Chick Corea. Rok 1974, Return to Forever występujący na Onondaga Community College w Syracuse, Nowy Jork.

Kierunek jego rozwojowi nadały wczesne współprace, z Mongo Santamarią, co ugruntowało późniejszą chęć eksplorowania muzyki latynoskiej, czy np. ze słynnym Milesem Davisem. Z drugim z nich nawiązał współpracę po okazjonalnym zastąpieniu Herbiego Hancocka na jednym z koncertów drugiego wielkiego Kwintetu. To właśnie Miles zachęcił Chicka do skorzystania z elektrycznego pianina Rhodes, którego Corea z samego początku nie był największym fanem. Po pierwszych występach z instrumentem na Filles de Kilimanjaro, dalej wraz z Davisem, obok Herbiego Hancocka, na In a Silent Way eksperymentowali z wykorzystaniem E-Piano w kompozycjach.

 

Dobrym miejscem na rozpoczęcie, będzie również etap Return To Forever. W bardzo dynamicznej i często zmieniającej kierunek karierze klawiszowca, możliwe ze czas „powrotu do wieczności” był najbardziej stabilnym jeśli chodzi o kierunek twórczości. Po awangardowych przygodach z Milesem Davisem oraz krótkim epizodem z awangardowym Circle (z którym notabene i tak wydał 3 albumy), Corea stwierdził, że chce zacząć tworzyć bardziej przystępną muzykę. Po wstąpieniu do kościoła Scjentologicznego, poczuł potrzebę zbudowania silniejszej więzi z publicznością.

 

Chick jak i wielu innych jazzmanów, mówił o improwizacji jak o rozmowie. Jak sam mówi, najmocniej na takie jej postrzeganie wpłynęła jego współpraca z przyjacielem Herbiem Hancockiem, z którym po rozwiązaniu Return to Forver, udał się w trasę grając, akustycznie na dwa fortepiany. Ich rozmowy w improwizacji uchwycone zostały na Corea/Hancock z 1978 i An Evening with Herbie Hancock and Chick Corea z 1980.

 

W tak obszernym i zróżnicowanym materiale niemal niemożliwe jest wybranie tej jednej reprezentatywnej płyty. Na zapoznanie się z osobą Armando Anthonego Corei, potrzebne jest zdecydowanie więcej wysiłku i kilku godzin słuchania. Oprócz wyżej wymienionych: Chick Corea Elektric Band, Three Quartets, duo z Garym Burtonem czy My Spanish Heart będą dobrym wyborem (rzekłbym nawet, że obowiązkowym), na poznawanie tej inspirującej postaci. Oprócz słów „Jazz world has lost another Icon” należy wspomnieć pokrzepiające słowa samego Chicka Corei, które były ostatnim przesłaniem dla fanów i przyjaciół.

Pragnę podziękować wszystkim tym, których spotkałem na swojej drodze i którzy pomogli podtrzymywać muzyczny żar. Mam nadzieję, że ci, którzy mają ochotę grać, pisać czy występować (…) robią to. Jeśli nie dla siebie, to dla reszty z nas. Nie chodzi tylko o to, że świat potrzebuje więcej artystów, ale też, by zwyczajnie, dobrze się bawić. Do moich cudownych przyjaciół muzyków, którzy byli dla mnie jak rodzina od momentu, w którym się poznaliśmy: to było błogosławieństwo i honor uczyć się od was i grać ze wszystkimi z was. Moją misją zawsze było niesienie szczęścia jakim jest tworzenie w każdym miejscu, w którym mogłem, i robiłem to ze wszystkimi artystami, których niesamowicie podziwiam – to było bogactwo mojego życia

Jednak to jego muzyka, jest w stanie wyrazić Chicka lepiej, niż mogłyby to zrobić jakiekolwiek słowa.

Bartłomiej Patla

SOPHIE

Na początku tego roku pożegnaliśmy wizjonerkę muzycznego futuryzmu. Swoim brzmieniem przekraczała granice gatunkowe, kształtując nowe brzmienie awangardowego popu. Wyjątkowa producentka muzyczna, didżejka oraz ikona społeczności quuerowej zmarła 30 stycznia. Upamiętniamy jej wyjątkową sztukę. Artystką Tygodnia w Radiu LUZ, SOPHIE

Bladee

Ciekawym doświadczeniem jest śledzenie rozwoju muzyka na bieżąco. Mimo że trafiłem na Bladee dopiero na chwilę przed premierą Red Light, ewolucja, jaka zachodzi w jego muzyce z każdym kolejnym albumem sprawia, że trudno nawet zgadywać jak mogłaby brzmieć jego kolejna płyta. Na szczęście owym domysłom może towarzyszyć ostatni, świeży brzmieniowo i wydany niedawno wspólnie z Mechatokiem album Good Luck.

 

Bladee – raper, projektant, grafik, człowiek bardzo kreatywny i jeszcze bardziej tajemniczy.Benjamin Reichwald przyszedł na świat w 1994 roku w Sztokholmie.Dorastał w dość stereotypowej rodzinie niezwiązanej z muzyką. Matka Benjamina uczyła w szkole, ojciec pracowałw restauracji. Bez wątpienia od dziecięcych lat Bladee interesował się muzyką, przez co już w wieku 13 lat wspólnie z Zakiem Arogundade (Ecco2k) założyli swój pierwszy zespół Krossad, czego skutkiem było pierwsze demo o tytule Javla Ackel z 2007 roku. Nagranie to ujrzało światło dzienne dopiero w pierwszej połowie 2020 roku.

Z czasem zainteresowanie punkiem przerodziło się w miłość do graffiti. W tamtym czasie Benjamin poznał przyszłych członków swojej grupy: Ludwiga Rosenberga (Whitearmor) czy Thanapata Thaothawonga ( Thaiboy Digital). Niezobowiązujące freestyle i wspólnie spędzany czas przerodził się w pomysł założenia kolektywu. Tak powstało Gravity Boys (GTB). Równolegle z Gravity Boys rozwijał się inny sztokholmski skład, Sad Boys w składzie Yung Lean, Yung Gud i Yung Sherman. Zrządzeniem losu Lean był dobrym kolegą starszego brata Benjamina, Gusa Reichwalda.

Nie wiadomo dokładnie kiedy GTB, później Gravity Boys Shield Gang poznał Sadboys. Wydaje się, że od początku artyści zaczęli udzielać się gościnnie na swoich projektach. Yung Lean na legendarnym już Gluee z 2014 roku, Bladee na wydanym w 2013 roku Unknown Death. Ówcześnie brzmienie Reichwalda to niesamowicie gęsty cloud rap. Hipnotyczne, pełne autotune’a, miejscami asłuchalne stilo otworzyło drogę do dalszych projektów. Ciekawostką może być gościnny udział Bonesa w piosence Shadowface. Wokale Bonesa podobnie do Xaviera Wulfa często gościły na trackach Shield Gangu, czy Sadboys z wzajemnością.

Dalsza część kariery Bladee była spowodowana viralową, wręcz popularnością Yung Leana, który zabrał go ze sobą w roli supporta i hypemana w trasę po Stanach Zjednoczonych. Wtedy to zostały nagrane takie utwory jak Into dust, live w KEXP czy wywiad przeprowadzony przez Nardwuara, który w środowisku fanów Reichwalda został zapamiętany przez pewnego drewnianego konia.  Pomijając liczne single i kolaboracje, drugi pełnoprawny (po raz pierwszy wydany fizycznie w 2019 roku) album Eversince ujrzał światło dzienne w 2016 roku. W dokumencie pt. In my head Reichwald opowiada, jak wielki wpływ miała na niego śmierć menagera Barrona Machata, oraz postępująca choroba psychiczna Yung Leana czy liczne problemy z narkotykami obu grup. Nic dziwnego, że drugi album przybrał formę o wiele mroczniejszą.

Z pewnością muzycznie, jak i wizualnie Eversince przytłacza depresyjnością. Od początku do końca stanowiąc połączenie PC music z wpływami trapowymi. Od wydania Eversince Reichwald zdaje się być w pełni świadomy muzyki, jaką tworzy. Poza tym projektuje ubrania wspólnie z Ecco2k (zapewne przypadkowo w jednym z ich designów wystąpił Future w piosence Mad Luv z 2015 roku) dodatkowo często odpowiadając za teledyski zarówno swoje jak i kolegów z ekipy.

W międzyczasie GTBSG przekształca się w Drain Gang. Końcem brzmienia Eversince wydaje się być epka Rip Bladee z końca 2016. Późniejsze projekty to choćby Kolaboracyjna epka AvP nagrana wspólnie z Thaiboyem Digitalem. W porównaniu z debiutem ta wydaje się być wiele weselsza. Może przez udział Thaiboya, który od 2015 deportowany ze Szwecji nadał jej o wiele weselszy ton.

Następnym solowym projektem, pomijając kompilację Grain Gangu D&G z 2017 roku było Working On Dying. Na uwagę zasługuje fakt, że produkcją materiału zajęli się Ripsquad oraz F1lthy, który wyprodukował 6 z 24 tracków na Whole lotta red Playboia Cartiego. WODG to kolejny dobry album, nawiązujący stylistycznie do Eversince, choć tym razem zmiana producentów i coraz bardziej śmiałe próby śpiewania odświeżyły nieco brzmienie Bladee. Można stwierdzić, że WODG stanowiło dobry wstęp do Red Light wydanego w następnym roku.

 

2018 to rok, w którym Reichwald miał dużo do świętowania. Oprócz dobrze przyjętego Redlight i całkiem pokaźnej trasie koncertowej słuchacze otrzymali mixtape Icedancer. Był to ostatni projekt Bladee, jakiego można by się spodziewać. W rezultacie coraz bardziej zaskakująca, choć dalej trapowa stylistyka z elementami popu i wciąż mocnym autotunem epka zamknęła niezwykle pomyślny dla artysty rok. W 2019 roku ukazał się drugi kolektywny materiał Drain Gangu, Trash Island. Nagrany podczas pobytu w Tajlandii, podczas którego Bladee przeżył uderzenie pioruna (sic!)

Po Trash Island fani czekali na solowy album aż do kwietnia 2020 roku. W przeddzień 26 urodzin artysty ukazał się Exeter. Materiał przełomowy w dyskografii Bladee. Nagrany całkowicie podczas pobytu na wyspie Gotland. Za produkcje odpowiada Gud (Yung Gud). Exeter to zbiór dziewięciu utworów, które trudno z klasyfikować. Muzycznie mógłby stanowić soundtrack jednej z konsol przełomu lat 90 i 00. Autotune przestaje służyć jako coś, co umożliwia śpiewanie i staje się narzędziem do eksperymentowania. Materiał tak różny podzielił fanów na zafascynowanych i zawiedzionych. Nikt nie wiedział, jaki będzie następny ruch Bladee.

W grudniu 2020 roku światło dzienne ujrzał ostatni do tej pory album, nagrany wspólnie z Mechatokiem. Good Luck to klimat, o który mało kto posądzał Reichwalda. Owiany stylistyką podejrzanych internetowych stron, pełen automatów do gier i kolorowych grafik projekt oraz sposób jego promocji przywodził na myśl zawirusowane maile, mające na celu okraść swoich odbiorców. Szczęście to jeden z głównych motywów poruszanych na tej płycie. W wywiadzie dla MTV sami z resztą stwierdzili, że życząc komuś szczęścia poniekąd zakładamy niepowodzenie.

 

Ostatni album Reichwalda okazał się na tyle odmienny od tego co przedstawił nam do tej pory, że trudno przewidzieć co wymyśli w przyszłości. Pozostaje czekać. Czekać i nie życzyć szczęścia.

 Marcin Masło, Maciek Tomasiewicz

Viagra Boys

Gdy w 2015 roku szóstka sztokholmskich muzyków spotkała się po raz pierwszy, nikt nie zakładał, że staną się legendą jeszcze przed wydaniem pierwszego albumu. Ich nazwa, nieprzyjemny wygląd i agresywne brzmienie, które na pierwszy rzut oka, mógłby odstraszyć, to tylko pozór. Viagra Boys to zespół, który, stara się łamać stereotyp agresywnych punkowców. Ich muzyka, choć brzmieniowo – typowo męska, kryje w sobie wspaniałe historie, ironiczną krytykę świata i tonę uczuć. Wszystkie cechy ich twórczości zdecydowanie znajdują odzwierciedlenie w najnowszym albumie, wydanym w styczniu tego roku, czyli Welfare Jazz.

 

Zespół Viagra Boys pojawił się znikąd, a mimo to szybko zdobył uznanie fanów muzyki postpunkowej. Skrzeczący saksofon, rytmiczny i brudny bas, syntezatory, przesterowana gitara i wokal, w którym można usłyszeć zarówno wpływy Nicka Cave’a, jak i Jima Morrisona, to główne cechy brzmienia szwedzkiego sekstetu. Na przestrzeni lat zespół wyklarował swój własny styl, którym posługuje się w tak dopracowany sposób, że mimo wszystko wciąż potrafi zaskoczyć. Wszystko to widoczne jest na najnowszym krążku zespołu, ale zacznijmy od początku.

Pierwsze EP zespołu – Consistency of Energy pojawiło się dość szybko. Pierwszego wydawnictwa można było posłuchać już rok po powstaniu zespołu. Niedługo po wydaniu krążka, muzycy dołączyli do niezależnej, szwedzkiej wytwórni YEAR0001, która wydaje również między innymi Young Leana. Przez następne lata krótko grające wydawnictwa pojawiały się regularnie. W 2017 roku zespół dostarczył Call Of The Wild, natomiast w 2018 Szwedzi obdarowali fanów aż dwoma o tytułach Sports i Just Like You. Większość utworów z tych dwóch kompaktów znalazła się potem na pierwszym longplayu zatytułowanym Street Worms, który niesamowicie szybko zdobył popularność pośród fanów.

Pierwszy longplay okazał się na tyle popularny, że zespołowi udało się zorganizować międzynarodową trasę, w czasie której odwiedzili również Polskę. Dodatkowo fani otrzymali Street Worms w wersji Deluxe Edition. Pomimo sukcesu, Viagra Boys nie spoczęli na laurach. 2019 rok to kolejna EP zatytułowana Common Sense, na którym Szwedzi zaskoczyli popowym klimatem pierwszego utworu, lecz w następnych utwierdzili słuchaczy, że to wciąż te same surowe Viagra Boys.

Jak dla większości artystów, tak i dla Viagry, rok 2020 był rokiem odwoływania i przesuwania koncertów. Z tego powodu niezaspokojeni entuzjaści zespołu musieli zadowolić się czekaniem na informacje na temat zapowiedzianego na początek 2021 roku, drugiego longplaya. Pierwszy ujawniony został tytuł Welfare Jazz, który rozbudził oczekiwania fanów. Na pierwszy singiel przyszło czekać aż do października, gdy ukazało się Ain’t Nice. Do końca roku ukazały się jeszcze trzy kolejne single, czyli Creatures, In Spite of Ourselves Boys&Girls. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwano premiery albumu, którego premiera miała miejsce 8 stycznia tego roku. Album szybko dostał doceniony, na przykład przez portal Rouch Trade, który ogłosił krążek albumem miesiąca. Fani też od razu pokochali nowy album postpunkowego zespołu.

Chodź większość członków zespołu, urodziła i wychowała się Szwecji, to wokalista Sebastian Murphy, pierwsze kilkanaście lat życia spędził w San Francisco. W latach młodości zapatrywał się w muzykę południa i wielkie gwiazdy muzyki country. Przez wiele lat zmagał się z problemem narkotykowym. Bardzo często można usłyszeć o tym w utworach Viagra Boys. Szczególnie na najnowszym krążku. Sam wokalista po napisaniu tekstów na płytę stwierdził po czasie, że są zdecydowanie zbyt osobiste.

Pokazywanie w utworach uczuć i personalnych przemyśleń wcale nie jest obce w muzyce Viagra Boys. Członkowie sami o sobie żartują, że powinni zmienić nazwę na Sensitive Boys. Emocje to nie wszystko. Zespół znany jest ze swego rodzaju krucjaty przeciwko toksycznej męskości i patriarchatu. Otwarcie przyznają się do bycia feministami. Jednocześnie nie chcą angażować się w politykę, bo nie o to chodzi w ich muzyce. Ich głównym napędem jest chęć głoszenia równości i tolerancji. Wszystkie ich przekonania bez problemu można odnaleźć w tekstach piosenek.

Zespołu Viagra Boys nie można brać zbyt na poważnie. Sebastian Murphy, który stoi na czele zespołu, często mówi o tym, że do wszystkiego podchodzi z przymrużeniem oka. Bardzo często groteskowa krytyka i komentarz otaczającej ich rzeczywistości jest obecna w tekstach ich utworów. Na pierwszym krążku długogrającym satyra była tak powszechna, że album zyskał miano czarnej komedii. Krzysztof Sarosiek, który miał okazję przeprowadzać wywiad z zespołem, wspomina, że rozmowa zakończyła się w momencie, gdy wokalista wdrapał się na ścianę backstage’u i zaczął zwisać z sufitu.

Zespół Viagra Boys nie wywalczył sobie serc fanów tylko za pomocą muzyki. Szwedzki band, to również wspaniałe koncerty, które pozostają w pamięci obecnych na bardzo długo. Na czas ich trwania Sebastian Murphy, zamienia się w pseudo-proroka, który nie boi się swoich uczuć. Do tego masa tatuaży, strój bardzo często ograniczający się do samych bokserek oraz ciemnych okularów i chaotyczny taniec, idealnie oddają kwintesencję zespołu. Nowy album Welfare Jazz utwierdził wielu słuchaczy w przekonaniu, że zespół już w pełni odnalazł swój styl. Styl, który jest wart podziwu i poświecenia mu paru chwil, by chociaż na chwilę doznać postpunkowego szaleństwa.

Kacper Świeca