Archiwum

WROsound 2021

WROsound to festiwal, który za cel stawia sobie między innymi wsparcie polskich artystów. W tym roku ta inicjatywa nabrała szczególnego wydźwięku, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak ciężką sytuacje sprowadziła na nich epidemia covid-19 oraz obostrzenia: w szczególności dotkliwe dla branży kulturalnej. Przez długi czas trudno było przewidzieć, kiedy na mapę muzycznych wydarzeń Wrocławia, Polski i całego świata wrócą festiwale. Był to bardzo niespokojny okres zarówno dla fanów jak i dla artystów, a dywagacje na temat muzyki w pandemii nierzadko wywoływały silne emocje. Teraz już wielu może odetchnąć z ulgą, bo zanosi się na to że sprawy mają się ku szczęśliwemu końcowi, a jednym ze znaków że faktycznie będzie dobrze, jest organizacja WROsoundu. Realizację edycji z roku 2020 uniemożliwiła pandemia koronawirusa, ale Strefa Kultury Wrocław od razu skupiła się na przeniesieniu go na przyszły rok. Skład na tę edycję został poddany tylko małym zmianom, dlatego na Scenie Głównej już w ten piątek zaprezentują się HVOB live, Syny, schafter, Meek, Oh Why? oraz Coals, natomiast dzień później w tym samym miejscu na słuchaczy czeka wieczór z Thylacine, KAMP!, Baaschem, Tomaszem Makowieckim i MIN t. Dodatkową atrakcją będzie scena o nazwie Tak Brzmi Wrocław, a tam wyłącznie wrocławscy artyści. Na jej program złożyły się między innymi rozmowy o kulisach twórczości wrocławskich kolektywów djskich. W ciągu dwóch dni zaprezentują się przedstawiciele składów Acidtropicália, regime, Wkurvv, outlines oraz K-HOLE TRAX. W sobotę do dj setów dołączą koncerty. Zagrają KAIRO, Follow Rivers, Filip Mizia i Monsieur Premiere, a na finał – zespół Oxford Drama. Co istotne, zwłaszcza w momencie gdy skończą się już i tak mocno ograniczone wejściówki, wstęp na wydarzenia w ramach sceny Tak Brzmi Wrocław jest darmowy.

Jako radioluzowi wysłannicy, zamierzamy na festiwalu pochłonąć każdy możliwy dźwięk który spłynie z obu scen. Na pytanie: jakie koncerty planujemy zobaczyć? odpowiedź brzmi: wszystkie, oczywiście będąc uzbrojeni w duże butelki wody, bo temperatury będą sięgać wysoko. Wam polecamy to samo i szczerze wierzymy, że z małą dozą determinacji jest to rzecz wykonalna. Powód tej ambitnej deklaracji jest prosty: dobór artystów na tegoroczną edycję jest absolutnie trafiony i każdy z nich zasługuje na szczerą uwagę. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę kontekst ostatnich wydarzeń, na kilku z nich czekamy ze szczególną, choć zupełnie subiektywną ekscytacją.

Do takich emocji sprowokował nas między innymi schafter. Młody, skromny i piekielnie zdolny, bo oprócz talentów wokalnych ma też producenckie oraz graficzne. Gdy go kupujemy, to w całości, razem z jego charakterystyczną, postinternetową estetyką. Kto nie pamięta jego pierwszych klipów nagrywanych co najwyżej kamerką z laptopa, niech nie podnosi ręki tylko leci nadrabiać, migusiem. Choć jego obecnym wydaniom też należy się uwaga, nigdy później nie wywołał zamieszania na tak viralową wręcz skalę. Gdy artysta na sam początek gry odkrył wszystkie swoje najlepsze karty, zaliczył nie tylko co spadek, a proste, solidne ugruntowanie pozycji w szeregu innych czołowych polskich raperów. Eksperymentował, szukał stylu, zmieniał brzmienia, gatunki, a nawet język tekstów. Pamiętajmy, że schafter to oficjalnie rocznik ’03. W jego przypadku rozwój powinien być nie tyle co do przewidzenia, a absolutnie konieczny. Mimo to, sentyment jest silnym uczuciem i potwierdzą to zwłaszcza ci, którzy nadal na pamięć znają całe hors d’oeuvre. Miło było odkryć, że zaledwie kilka dni temu schafter załadował na Soundclouda kawałek o tytule LATE NIGHT BUMP. Jednogłośnie ochrzczono go powrotem do starego klimatu, nawet jeśli tylko na moment. Takie zagrania podsycają ciekawość. Możecie posądzić mnie o naiwność, ale naprawdę mam nadzieję, że Wojtek na WROsoundzie zaprezentuje coś nowego albo chociaż wykona wspominany singiel.

Kolejni, którzy nie dają o sobie zapomnieć nawet na chwilę, to Robert Piernikowski i Przemysław Jankowiak. Jeśli chodzi o producenta, o jego pierwszej płycie MC-producent stworzonej razem z legendą sceny, Włodim, rozpisywały się chyba wszystkie portale muzyczne. Nie bez powodu, bo był to zbiór genialnych, odświeżających rynek kompozycji. Każda z jego produkcji, czy to wariacja na temat reaggetonu z Tymkiem, czy minimalistyczne brzmienia z Grudy, zawsze zachowują wspólny charakter. Jego produkcje można wyczuć z daleka, czasem wystarczy tylko jeden dźwięk, ale jakimś cudem nigdy nie nudzą. Zaskoczeniem nie była tylko kolejna płyta producencka, która nadchodzi już wielkimi krokami. Jak na razie zapowiadają ją cztery single i każdy z nich ma w sobie głos jednego z raperów lub artystek z najmłodszego obecnie pokolenia. Co do Piernikowskiego, jego plany wydawnicze pozostają owiane tajemnicą. Jakiś czas temu zaprosił swoich odbiorców na premierę krótkiego filmu pod tytułem Świat Jest Jak Echo współtworzonego z Justyną Święs znaną z The Dumplings, który dostępny jest na portalu Youtube. A ich działalność w duecie? No właśnie, tu robi się smutno. Jakiś czas temu Syny oficjalnie zakończyły współpracę a koncert na WROsoundzie będzie jednym z kilku zamykających sagę. Konieczny do przeżycia zarówno dla wytrwałych fanów, jak i osób które jeszcze ich nie znają, bo to jedna z ostatnich okazji by doświadczyć nie tylko wyjątkowej muzyki, ale zrozumieć całe to oniryczno-uliczne uniwersum, które jest do pojęcia w pełni tylko na ich koncertach, które też przecież owiały (a właściwie zadymiły) się sławą. I mean it, taka okazja naprawdę może się więcej nie powtórzyć.

Organizatorzy festiwalu dobrali jeszcze wielu artystów, którzy robią wokół siebie zamieszanie dokładnie w chwili obecnej. Szkoda, że wśród artystek MIN t jest jedyna. To producentka i piosenkarka, która wystąpi na WROsoundzie już po raz drugi. Klei się jej ksywka z ideą, która przyświecała festiwali jeszcze przed zwiększeniem zasięgów oddziaływania, bo jest to Wrocławianka, więc mamy tu lokalny patriotyzm w najlepszej możliwej odsłonie.

WROsound Festiwal Artystą Tygodnia. Radio LUZ zaprasza na koncerty oraz na całość wydarzeń związanych z festiwalem. Widzimy się!

Zuzanna Pawlak

Hiatus Kaiyote

Na krótkiej liście, można by było wypisać artystów, którzy zaczynając swoją karierę po 2010 roku, zostawiło taki ślad inspiracji wśród innych muzyków.
Dzięki zrozumieniu czym sztuka może być i czy w swojej najbardziej pierwotnej formie faktycznie jest, czwórce z Melbourne wciąż udaje się tworzyć doświadczenia, choć posiadające podobieństwa lokalnej sceny muzycznej, to niewątpliwie niepowtarzalne na skalę światową. Wydarzenia poprzedzające wydanie albumu Mood Vailant udowadniają, że umiejętność przekazywania żywych emocji Hiatus Kaiyote wynoszą na wyższy poziom.

 

Analizując i poznając zespoły, zawsze staram się postrzegać je jako całość, złożoną z konkretnych elementów, nie wynosząc na piedestał, żadnego z nich. Jednak w przypadku Hiatus Kaiyote, nie sposób nie skupić się na ikonie, spoiwie i sile napędzającej zespół, którą jest Nai Palm (Naomi Saalfield).

Oczywiście, ciężko jest wyobrazić sobie ich brzmienie, bez świetnych riffów klawiszowych Simona Mavina, polirytmicznych, organicznych perkusji i perkusjonaliów od Perrina Mossa, producenckiego oka Paula Bendera oraz syntezatorowych pomysłów od tej trójki, natomiast dowiadując się więcej szczegółów na temat Naomi, wydaje się oczywiste, ze to właśnie ta osoba jest odpowiedzialna za nadanie formy, kreatywności i wrażliwości wszystkich członków zespołu.

W wywiadach, Naomi bardzo otwarcie mówi o bolesnych doświadczeniach z dzieciństwa, które inspirowały ją jako osobę, zauważając, że to właśnie trudności życiowe i relacja z nimi, są najsilniejszym miejscem, z którego można tworzyć. W przypadku Hiatus Kaiyote, energia pochodząca z takich doświadczeń jest kierowana, aby podnosić słuchacza na duchu.

Wczesne dzieciństwo Nai, to podyktowana wpływem Matki, ekspozycja na kulturę. Samotnie wychowująca 6 dzieci Suzie Ashman, choreografka i malarka, dbała o to aby w jej domu, dzieci miały pełną swobodę do eksplorowania swojej kreatywności. To również matka Naomi była osobą, która wprowadziła do ich życia muzykę, grając w domu na pianinie, czy puszczając flamenco, soul i północno-zachodnią muzykę afrykańską.

Suzie zmarła na raka piersi gdy Saalfield miała 11 lat. Od tego momentu Nai nie odnalazła już stałego domu. Została oddelegowana do swojej ciotki w Mount Beauty, gdzie nasiąkała kolejnymi wpływami kulturowymi i zyskała pierwsze doświadczenie z gitarą. Mieszkała również z rodziną zastępczą, która prowadziła azyl dla dzikich zwierząt, to właśnie tam wykształciło się u niej silne przywiązanie do otaczającej ją natury. W wieku 13 lat, ostatecznie została sierotą. Ojciec którego nigdy nie miała okazji poznać, zginął w pożarze swojego domu. Jeszcze przed skończeniem pełnoletności, zdążyła okresowo doświadczyć bezdomności.

Tworząc z Hiatus Kaiyote, wykorzystuje swoje teksty nie do udokumentowania siebie jako ofiary czy odkopywania bólu, lecz po to aby budować pokojową relację ze swoją przeszłością i przekształcenie jej w napędzającą siłę. Taką samą relacje stara się utrzymywać z teraźniejszością. Przykładem może być chociażby utwór Molasses, który dotyka temat rozstania, ale z perspektywy pozytywów wyciągniętych z czasu spędzonego w relacji.

 

To również Nai Palm precyzuje niesprecyzowany kierunek twórczości kwartetu, starając się nie narzucać słuchaczowi jasnej interpretacji tego co słyszy, co udaje się dzięki wystarczająco oczywistych tekstach, jak i enigmatycznej przestrzeni dźwiękowej tworzonej przez cały zespół.

Rok 2018 przyniósł ze sobą kolejne przykre doświadczenie, w połowie tworzenia następnego albumu Hiatus Kaiyote, zdiagnozowano u niej raka piersi, tą samą chorobę, która zabiła jej matkę. Wydarzenie wyraźnie wpłynęło na charakter całego krążka, szczególnie ze strony wokalnej, gdyż w tamtym momencie instrumentale były już sprawą zamkniętą. Perspektywa śmierci, wywołała w wokalistce refleksje nad potrzebami jakie ma jako artystka. Prace nad albumem, znacznie przyśpieszyły, wokale nagrywane były szybko, spontanicznie, podobnie w warstwie tekstowej. Choroba przywołała również silne emocje związane ze wspomnieniem matki, które przyczyniły się do jeszcze bardziej naturalnego wyrazu artystycznego, słyszalnego na prawie całym albumie.

 

Co oznacza Hiatus Kaiyote? Najprościej mówiąc – głębokie zrozumienie tego, że sztuka służy do przekazywania energii i emocji między ludźmi, a to jakie znaczenie się jej nadaje, jest już sprawą drugorzędną.

Bartłomiej Patla

Xiu Xiu

Poniżej przeczytacie o zespole, którego brzmienie jawi się dziełem przypadku, a na pewno taką zdaje się lista gatunków muzycznych, z których czerpią w swojej twórczości. Jedna z najbardziej eklektycznych grup naszych czasów, Xiu Xiu Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Kręta droga Jamiego Stewarta, na którą od blisko dwudziestu lat, sprowadza nas i artystów, z którymi nawiązuje współpracę, fascynuje. Brzmienie Xiu Xiu nie poddaje się definicjom, ale zawsze jest rozpoznawalne. Eksperymentalny pop wykrzywiony do granic możliwości, jak zwierciadło odbija człowiecze nierówności. Japońska i koreańska muzyka folkowa tworzy jedność z klasycznym popem końca lat pięćdziesiątych, a po chwili dostaje post punkowego kopa. I nie jest przyjemnie, bywa boleśnie, bo poza muzyką docierają do nas teksty napisane przez człowieka, który stał się naczyniem dla cierpienia.

Zaczęło się w 2002 roku, Xiu Xiu powstało jako, trzeci już, projekt muzyczny Jamiego Stewarta. Inspiracją dla nazwy zespołu było imię bohaterki chińskiej produkcji – Xiu Xiu: The Sent Down Girl i jej tragiczne losy. Grupę pierwotnie współtworzyli Jamie Stewart, Corym McCulloch, Yvonne Chen i Lauren Andrews. Jednak w takim składzie nie przetrwali długo, artyści zajęli się solowymi karierami, a Xiu Xiu przeszło przegrupowanie. Takich zmian było kilka, by w 2009 do ekipy na stałe dołączyła Angela Seo. Tym samym stała się drugim filarem nieustannie ewoluującego i poszukującego zespołu. Czego szukają?

Na to pytanie są tylko złe odpowiedzi. W tekstach zespołu dominuje przekonanie o nieuchronności, fatum, beznadziei. Za słowa od zawsze odpowiada Jamie Stewart, odkrywając przed nami swoje potwory. Sprowadza nas w najmroczniejszą otchłań ludzkiej duszy. Ma być strasznie, odrażająco i odpychająco. Przeciwnie, emocjonalne niebezpieczeństwo przyciąga. Wsiadamy do wagoników kolejki górskiej, każdy z nich jest jednym z dwunastu studyjnych albumów grupy, wiedząc, że w dowolnym momencie możemy wyskoczyć, a napotkana rzeczywistość, choć w zderzeniu wroga, na pewno potraktuje nas łagodniej niż muzyka Xiu Xiu.

Ze swoim brzmieniem byli już wszędzie. Na przedostatnim krążku, Girl with Basket of Fruit , wrota do piekieł zostały szeroko otwarte. Rytualne bębny, wszechobecny jazgot, noise, który dźwięczy w uszach pomimo końca płyty. Nieokiełznane hałasy uderzyły ze zdwojoną siłą, ponieważ wcześniejsze Forget uśpiło naszą czujność. Przebojowe, przystępne utwory sprawiły, że zapomnieliśmy skąd Xiu Xiu czerpie. Teraz zauważamy, że to był zamierzony zabieg. Nie ma tu przypadkowych kroków, bo w świecie, gdzie skupienie trwa pięć sekund, a odwracanie wzroku jest najpopularniejszą dyscypliną sportową, trzeba szokować.

Wspomniane Forget można przyjąć za łagodne wejście do twórczości grupy, choć na liście wydawnictw zespołu jest jednym z młodszych w ich twórczości. Uznawany za najbardziej popowy, album oferuje nam festiwalowe hity. Paradoksalnie, taneczne melodie akompaniują tekstom poruszającym temat wykorzystywania seksualnego. W ten sposób treści stają się lepiej widoczne.

Poza fantastyczną umiejętnością grania muzyki niepokojącej, serwowania słuchaczom makabry i powodowania ataków paniki. Grupa potrafi grać ciszą, a w trakcie koncertów widownia milknie jak zahipnotyzowana.

W działalności Xiu Xiu pojawiło się też kilka projektów pozornie niepasujących do naturalnego rozwoju ich ścieżki kariery. W 2016 roku na nowo napisali kultową już ścieżkę dźwiękową serialu Twin Peaks. Muzykę Angelo Badalamentiego przepuścili przez własny filtr złożony z zakłóceń i analogowych syntezatorów. Taka interpretacja okazała się nie lada gratką dla fanów serii stworzonej przez Davida Lyncha, a muzykom pozwoliła wyrwać się na chwilę z otchłani żalu i cierpienia.

Najnowsze wydawnictwo ujrzało światło dzienne w marcu tego roku. Po serii odwołanych tras koncertowych, załamaniu psychicznym, radzeniu sobie z głęboka depresją, Xiu Xiu powrócili. Oh no różni się od wcześniejszych albumów zespołu. Na najnowszym krążku postawili na zaskakujące duety. Utwory niosą ze sobą nadzieję, a Jamie Stewart weryfikuje twierdzenie jakoby źródłem całego zła był człowiek. Nie usłyszymy już goryczy, bezradności. Chwilowo może przepełnić nas nadzieja, że nowi przyjaciele pomogą nam wyjść z mroku bez szwanku.

W poznawaniu Xiu Xiu chronologia jest zbędna, wygodnie rozsiądźcie się w chaosie i oddajcie się dźwiękom, bo swoją konsekwencją napisali gatunek.

Aleksandra Zajdel

Jorja Smith

Jorja Smith Be Right Back

Jorja Smith zaskoczyła fanów na rok przed wydaniem swojego drugiego długogrającego albumu. W przerwie między nagrywaniem nowego materiału, odkurzyła swoje kompozycje sprzed kilku lat i wypuściła projekt Be Right Back z ośmioma ujmującymi utworami. Z okazji jej 24 urodzin i wypuszczenia nowych utworów Jorja Smith została Artystką Tygodnia w Radiu LUZ.

Jorja miała zaledwie 15 lat w momencie, gdy udostępniła na YouTube’ie kowery swoich ulubionych utworów. Nieśmiała, oddana w pełni swojej największej pasji jakim jest pisanie piosenek i śpiew, została odnaleziona przez londyńskiego managera oczarowanego jej nadzwyczajnym talentem.

Pomimo wielu zajęć i obowiązków w szkole, Jorja spakowała swoje rzeczy do dużej walizki i udała się do Londynu, gdzie po trzech latach zdecydowała się zamieszkać na stałe. Zatrudniła się w Starbucksie, a w przerwie od pracy komponowała ujmujące utwory, które w zawrotnym tempie zyskały tysiące nowych fanów.

Dziś ma na koncie: długogrający album Lost&Found, który został okrzyknięty ogromnym sukcesem przez krytyków, dwie EPki, współpracę z wielkimi muzykami, a jej fenomenalny wokal i szczere teksty są rozpoznawalne na całym świecie.

Młoda gwiazda soulu i R&B, pochodzi z małej miejscowości trzy godziny drogi od Londynu. Jej dom od zawsze był wypełniony muzyką. Jej pochodzący z Jamajki ojciec był głównym wokalistą w neosoulowym zespole i jest dla Jorji niezastąpionym oparciem i krytykiem.

Jako swoje największe inspiracje Jorja Smith wymienia Lauryn Hill, Alicię Keys, Adel, Ninę Simon, Mos Def czy Damiana Marley’a. Często wspomina, że jednak największą miłością darzy twórczość Amy Winehouse. Sama przyznaje, że miała wręcz obsesję na punkcie albumu Frank z 2003 roku. Obsesja, która stała się najsilniejszą inspiracją do pisania tekstów piosenek.

Utwory Jorji Smith często poruszają kwestie społeczne i – wykorzystując uwagę słuchaczy – pełnią rolę swego rodzaju przekaźnika informacji na temat ważnych rzeczy, które dzieją się na świecie.

Tak jak na przykład temat postkolonializmu w debiutanckim utworze Blue Lights czy sytuacji uchodźców docierających do Europy w utworze Lifeboats. Sama mówi, że pisze piosenki dla takich ludzi jak ona. Chce, aby brano z jej utworów coś dla siebie. Aby je śpiewano. Aby o nich rozmawiano. Aby skłaniały do refleksji.

W styczniu 2016 roku Jorja Smith wypuściła swój pierwszy utwór Blue Lights, który do dziś jest najbardziej popularną kompozycją artystki. Singiel zrobił niemałe poruszenie w świecie R&B i soulu i błyskawicznie zyskał ogromne grono słuchaczy.

W Blue Lights Jorja Smith opowiada o brutalności policji i systemowej dyskryminacji rasowej. Wykorzystała w nim niezwykłą formę opowiedzenia historii, zadając retoryczne pytania. W utworze śpiewa: “Co zrobiłeś?/Nie musisz uciekać jeśli nie zrobiłeś nic złego/Niebieskie światła powinny cię po prostu ominąć”.

Jorja skomponowała utwór Blue Lights w wieku 18 lat. Jest to pół-fikcyjna opowieść o relacji policji i młodego, czarnoskórego człowieka. Inspiracją do napisania tego utworu była jej ciekawość, czy temat postkolonializmu jest wciąż obecny w muzyce grime.

Sięgnęła do utworu Sirens Dizzeego Rascala i wplotła jego fragmenty do Blue Lights. Pojawiły się też prawdziwe odgłosy ulicy i dźwięki syren policyjnych, które nadały kompozycji autentyczności.

Drugi singiel SmithWhere Did I Go – przynosi jej ogólnoświatową rozpoznawalność za sprawą Drake’a, który ogłosił utwór w tamtym czasie jako swój ulubiony. Później współpracowała z raperem podczas trasy Boy Meets Worlds Tour w lutym i marcu 2017 roku. Wystąpiła też w jego utworze Get It Together.

2017 rok to moment, w którym kariera Smith zaczyna galopować. Nagrywa utwór On My Mind z grime’owym artystą Preditah. Kali Uchis zaprasza ją do utworu Tyrant. Nagrywa utwór dla Kendricka Lamara do soundtracku dla filmu Czarna Pantera. Otwiera koncerty Bruno Marsa podczas jego międzynarodowej trasy koncertowej. W wieku 20 lat otrzymuje nagrodę publiczności w ramach Brit Awards, stając się pierwszą niezależną artystką z takim wyróżnieniem.

Swoją pierwsza EPkę Jorja Smith zatytułowała Project 11. Liczba jedenaście jest tu nieprzypadkowa. Jorja nawiązuje w nim do pierwszej swojej piosenki, którą napisała właśnie w wieku 11 lat.

Jej debiutancki projekt zawiera cztery zachwycające utwory w rytmach R&B i soulu. Znajdziemy w nich głęboki Something In The Way, dotykającą balladę So Lonely oraz odstający stylistycznie hiphopowy utwór Imperfect Circles z charakterystycznym bitem z lat 90.

O Project 11 sama artystka mówi, że każdy z tych utworów jest inny, ale razem zabierają one w małą, sentymentalną podróż. Podejmują tematy o miłości, samotności, powrotach, a nawet o polityce.

Po dwuletnim procesie pisania piosenek do debiutanckiego albumu, Jorja Smith wydała w 2018 roku krążek zatytułowany Lost&Found. Znalazły się na nim utwory, dzięki którym Jorja już dużo wcześniej zyskała rozpoznawalność, takie jak Blue Lights, Where Did i Go czy Teenage Fantasy.

jorja smith

Smith zależało na tym, aby ten album w pełni oddawał jej osobę zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Z tego powodu zdecydowała się wystąpić solowo, bez gościnnych artystów. Ta decyzja pozwoliła jej na pełne wyrażenie siebie i ugruntowanie swojego stylu na scenie muzycznej.

Początkowo Jorja wyobrażała sobie ten album jako zbiór kompozycji ze smutnymi piosenkami o miłości, jednak efekt końcowy jest daleki od bezpośrednich i banalnych treści. To bardzo świadomy, dojrzały i złożony projekt. Choć utwory różnią się od siebie stylem i są mieszanką wielu inspiracji muzycznych, to tworzą spójną, dopracowaną i nieoczywistą całość.

Trzy lata po debiutanckiej płycie i na rok przed wydaniem drugiego długogrającego krążka, Jorja Smith zaskoczyła oczekujących na nowe kompozycje fanów i w maju 2021 powraca z EPką Be Right Back. Jorja przyznaje, że te utwory to próba oczyszczenia swoich myśli i odnalezienia się w pewnych sytuacjach.

Be Right Back to projekt, który jest swego rodzaju poczekalnią do jej drugiego albumu. Artystka nie chciała zostawić swoich fanów bez niczego na ten czas, gdy pracuje nad swoim kolejnym muzycznym rozdziałem. Stąd też pochodzi tytuł EPki – jest to coś, czego jej fani potrzebują już teraz, a ona potrzebuje się nimi podzielić.

Możemy dzięki temu poznać emocjonalne utwory, które Jorja skomponowała między 16 a 19 rokiem życia i tym samym jeszcze lepiej ją poznać. I choć niepohamowanie idzie do przodu i rozwija swój niesamowity talent, to bardzo zależy jej na tym, aby ten projekt był dowodem tych zmian, które w niej zachodzą.

W przeciwieństwie do debiutanckiego albumu Lost&Found, tutaj pojawia się utwór gościnny we współpracy z młodą raperką z południowego Londynu Shaybo. Utwór Bussdown jest najbardziej wyróżniającą się muzycznie kompozycją w projekcie, w której znajdziemy wiele wpływów różnych stylów muzycznych, w tym reggae czy dancehall.

Najnowszy muzyczny projekt Jorji Smith zwiększył apetyt fanów na kolejne albumy. Wydając kontynuację tych najbardziej melancholijnych utworów z debiutu, Jorja udowadnia, że to, co robi, to dopiero jej start.

Artystka zapowiada, że drugi album ukaże się w 2022 roku. Obecnie, w budzącym się bardzo powoli z lockdownu świecie, wraca na scenę. Zapowiedziała kilka koncertów z nadzieją na możliwość pojechania w trasę promującą jej najnowsze wydawnictwo.

Zuzanna Pajorska

Alicia Keys

Mija 20 lat od jej studyjnego debiutu, choć zaczęła tworzyć niemal od początku swojego życia. W swojej twórczości zachwyca porażającym wokalem, miłością do różnorodnych brzmień i siłą emocjonalnych tekstów. Jest nie tylko muzyczką, której utwory sprzedają się w milionowym nakładzie, ale także społecznie zaangażowaną kobietą. Alicia Keys, artystką tygodnia w Radiu LUZ

Alicia Augello Cook urodziła się w Nowym Jorku. Jej matka jest pochodzenia irlandzko-włoskiego, ojciec jamajczykiem. Samotnie wychowała ją mama, żyjąc skromnie i odkładając wszystkie oszczędności na jej wykształcenie – szybko wysłała Alicię do szkoły muzycznej i pokładała duże nadzieję w rozwój jej muzycznego talentu.

Wielokulturowa rodzina miała duży wpływ na inspiracje artystyczne Alicii. To do nich nawiązuje w swoich gatunkowych odniesieniach, czerpiąc z czarnych gatunków – od soulu po nawet reggae, czym zaskoczyła na pewno wiele osób w ostatnim albumie. Jej kariera rozpoczęła się od najmłodszych lat, co pozwoliło jej na zdobycie niesamowitego warsztatu i pracę nad wokalem, który miał przez najbliższe dekady zachwycać cały świat. Zaledwie w wieku 20 lat nagrała swój debiutancki album , który okazał się międzynarodowym sukcesem.

5 czerwca 2001 roku świat usłyszał Songs in A Minor, studyjny początek kariery Keys. Alicia naisała, skomponowała i wyprodukowała wszystkie swoje utwory, a płytę napisała mając zaledwie 17 lat. Choć w wielu wywiadach przyznaje, że pisać i spiewać zaczęła zdecydowanie wcześniej. Klasyczne wykształcenie sprawiło, że nie chciała do końca dopasować się do popowego, przeseksualizowanego r&b, na co naciskała wytwórnia Columbia, z którą początkowo miała podpisać wieloletni kontrakt. Cierpliwie poczekała jednak na moment, gdy mogła pokazać wymarzone aranżacje na pianinie inspirowane Chopinem, zmieszane z miłością do soulu i hip-hopowej produkcji. A przede wszystkim z niesamowitym wokalem, który wszyscy pokochaliśmy. Songs in A Minor zadebiutował jako pierwszy na liście Billboard 200, sprzedając się w ilości 236 tys. egzemplarzy w pierwszym tygodniu oraz w kilku milionach w kolejnych miesiącach. Keys rozpoczęła od razu międzynarodową karierę.

Szybko dała się w sobie zakochać nie tylko fanom jej muzyki, ale także innym artystom. W tamtym czasie współpracowała między innymi z Usherem, a do swojego albumu zaprosiła ją inna gwiazda R&B, Eve. W utworze „Gangsta Lovin’” słodki wokal Alicii idealnie miesza się z rapem artystki, tworząc wymarzone muzyczne połączenie przełomu dekady. Keys miała wszystko – piękny wokal, talent muzyczny, dystans i umiejętność do mieszania gatunków oraz własny styl, którego konsekwentnie się trzymała. Młoda Amerykanka wniknęła na dobre w nowojorską scenę, stając się jedną z muzycznych ikon lat dwutysięcznych. Współpracowali z nią najwięksi nowojorscy producenci, nie bojąc się eksperymentować z różnymi gatunkami. Ma za sobą występy przed prezydentami USA, nagranie piosenki do Bonda i kilkanaście nagród Grammy.

Po sukcesie debiutu, Alicia nie czekała długo na kolejny krążek. The Diary of Alicia Keys mocno bazuje na brzmieniach z pierwszego albumu, ale czuć w nim tętniącą pewność siebie i wokalne uniesienie. „You Don’t Know my name” napisała razem z Kanye Westem, co nie było ich ostatnią współpracą. Coś, co okazało się idealnym złotym środkiem ponownie chwyciło odbiorców – romans jej klasycznego wykształcenia muzycznego z zamiłowaniem do ulicznych brzmień Nowego Jorku. Łatwo przekroczyć granicę soulowego wokalu, wznosząc się zbyt wysoko. Ona zawsze wiedziała, gdzie postawić kropkę, choć wiedzieliśmy że może zaśpiewać jeszcze wyżej i mocniej. W trzecim krążku, As I Am z 2007 roku ponownie pokazuje też talent do śpiewania o relacjach. Bo takich tematów się zaczepiała – miłości, miejskiego życia, kobiecości.

Nawet w brokatowej przebojowości lat dwutysięcznych szukała soulowych inspiracji i klasycznych aranżacji, na których się wychowała. Artystka przyznała w wywiadach, że: „czuła się jak outsiderka, która nauczyła się jak się dopasować”. Myślę, że to właśnie ta zdolność do bycia muzycznym kameleonem odpowiada za wielki sukces. Mogła być zapraszana zarówno do klubów, jak i wielkich sal koncertowych. Inspirując jednych i drugich odbiorców w zupełnie różny sposób. Na albumie HERE z 2016 roku szukała miłości do czarnych brzmień.

Od lat dla Alicii bardzo ważnym elementem twórczości jest podkreślanie kobiecości – dla niej tej różnorodnej, naturalnej, delikatnej a jednocześnie niesamowicie silnej. Solowy album HERE jest dziełem właśnie takiej kobiecej osobowości. Artystka nie ucieka od mocnych, poruszających tekstów. W utworze „Illusion of Bliss” w bluesowym stylu opowiada tragiczną historię zagubionej, uzaleznionej kobiety. Nieistotne od czego, ale ważne jak silnie potrafi z tym walczyć.

Za co jeszcze kochana jest Alicia Keys? Na pewno za swoją niesamowitą skromność, życie bez skandali w tle i czystą miłość do muzyki. Choć jak sama przyznaje, liczba Grammy i skupienia się na niej, gdy była bardzo młodą dziewczyną i artystką, była dla niej nieco przytłaczająca. „zdecydowanie czułam się przez długi czasu, jakbym nie zasługiwała na to co dostaję. Na tę świetność i wielkość, którą przecież miałam w sobie”, wspomina po latach. Dziś zaszczepia w młodych dziewczynach niesamowitą pewność siebie w swoich tekstach, a nawet stylu bycia (kilka lat temu bardzo promowała naturalny wygląd, rezygnując z makijażu nawet na rozdaniach nagród) i zawsze cieszy się z rozwoju niezależnych twórców na scenie.

Obok luźnych ballad i silnych piosenek klasycznych dla Alicii, znajdzie się i jej miłość do reggae, popowej lekkości i brzmień, do których nigdy wcześniej nie sięgała. Może dlatego jej ostatnia płyta nazywa się po prostu Alicia. To pierwszy tak rożnorodny krążek legendarnej Keys, która po latach szukania swojego brzmienia, znalazła wszystkie swoje inspiracje i ulokowała je w pełnym krążku. W końcu tak musi być, gdy nazywasz tę jedną, jedyną płytą swoim imieniem.

Kim jest dzisiaj Alicia Keys? Po 20 latach od rozpoczęcia kariery dalej niezmiennie pozostaje jedną z najważniejszych kobiet branży muzycznej. Nie wiemy co przyniesie nam w następnych latach. Jak sama mówi: zawsze chce być sobą, choć stale się odkrywa.

Ania Lalka

Noon

„Wiem, że marzysz o moich podkładach, co pewnie chciałbyś tamten bit Noona, który zresztą zjadam” – tak nawijał Eis w utworze Czasem. Na pewno w 2003 roku nie jeden raper marzył o współpracy ze wspomnianym producentem. Sam Noon tworzył z legendami polskiego rapu. Pezet, Grammatik, Sokół, Eldo to tylko cześć artystów, którzy gościli na jego bitach. O dziwo dla samego Noona sukces w rapie był tylko jednym z przystanków muzycznej kariery. Po sukcesie w rapie skupił się na muzyce solowej, by tylko czasem powrócić do hiphopowej konwencji.

Noon, czyli Mikołaj Bugajak urodził się w 1979 roku w Warszawie. O jego życiu prywatnym i dzieciństwie wiadomo niewiele. Nie ukończył żadnej szkoły muzycznej, a przygodę z produkcją zaczynał od jednej z pierwszych wersji fruity loops. Tworzenia muzyki uczył się sam, metodą prób i błędów. Dodatkowo zdobywał wiedzę, podpatrując kolegów przy pracy.

Karierę producenta hiphopowego na dobre zaczął wydając razem z Grammatikiem EP, która po dodaniu kilku utworów została przemianowana na EP+. Kolejnym efektem współpracy z Eldo, Jotuze, Ashem, Danielem Drumzem były Światła Miasta (z 2000 roku). Do grona raperów na albumie dołączyli gościnnie Eis (Aes), Pezet (Pz, PZU), Fisz oraz skład Fenomen. Po sukcesie Świateł Miasta Noon opuścił Grammatik, by jak sam mówił uniknąć wtórności w produkowaniu muzyki i rozwinąć swoje umiejętności.

Pierwszym pełnoprawnym solowym wydawnictwem Bugajaka było Bleak Output, także z 2000 roku. Nietuzinkowe połączenie hiphopu, ambientu i bardzo kreatywnego podejścia do samplowania, oraz kreowania przestrzeni w muzyce idealnie oddaje okładka projektu. Jest ona kolażem zdjęć monochromatycznych i kolorowych. Wydawnictwo stanowiło zaledwie preludium do tego jak wiele osiągnie jeszcze Noon.

Pierwszy wielki sukces czekał za rogiem, bo już w 2001 roku roku wraz z Pawłem z Ursynowa jako Pezet/Noon wydał Muzykę Klasyczną. Ten tytuł okazał się wybitnie trafiony. Album z miejsca został okrzyknięty kultowym i do dzisiaj wybrzmiewa na niejednym głośniku.

Pezet/Noon

Ukryty w mieście krzyk, obwołany głosem pokolenia, czy Seniorita, do której sam Pezet niechętnie wraca i wiele innych kultowych utworów nie odniosłyby takiego sukcesu bez charakterystycznej, nieco ascetycznej produkcji Noona. Możliwe, że to właśnie ten minimalizm i przemyślana produkcja pozwoliły tak dobrze zestarzeć się albumowi. Co więcej, w porównaniu do utworu Box i Kox autorstwa wspomnianego już Eisa, produkcje Bugajaka nie noszą znamion słusznie minionych trendów w polskim rapie.

Kolejnym solowym projektem Mikołaja Bugajaka były Gry Studyjne. Artysta długo pracował nad tym nieco ponad półgodzinnym wydawnictwem. Problemy z wydaniem fizycznym, czy długie dopracowywanie materiału poskutkowały wydaniem go w 2003 roku. Na Studio Games składa się ponad 400 wyselekcjonowanych sampli pozyskanych z płyt winylowych. Błędnym jest jednak traktowanie całości jako projektu stricte hip-hopowego. Zabawa konwencją, coraz śmielsze wykorzystywanie przestrzeni, które swoją pełną formę osiągnie wraz z kolejnymi solowymi albumami artysty, stanowią o oryginalności całego wydawnictwa. Jest to jeden z tych krążków, które z całą pewnością trudno jest zaszufladkować.

 

Rok 2004 przyniósł kolejny album spod szyldu Pezet/Noon. Mowa oczywiście o Muzyce Poważnej, będącej zwieńczeniem współpracy obu panów.
Po raz drugi Noon pokazał jak samplować, by album pozostał wzorem dla młodszych producentów przez długie lata po premierze. Melancholijna nawijka i wtórujące jej pocięte bity zostały przeplecione trzema częściami utworu Retro. „Tylko raz możesz tej płyty słuchać pierwszy raz”. Myślę, że takim wstępie do albumu, łatwo było zostać na dłużej przy Muzyce Poważnej, która jak w przypadku poprzedniego wydawnictwa duetu została z miejsca uznana za klasyk.

Nowe brzmienie

Nie licząc wersji instrumentalnych wydawanych po 2004 roku, na kolejny projekt Noona fani musieli czekać do 2008 roku. Wtedy właśnie ukazały się Pewne Sekwencje. Epka stanowi pewne wprowadzenie do tego jak dzisiaj brzmi Noon i z czym kojarzy się jego solowa twórczość. Mroczne, bardzo przestrzenne produkcje zostały wzbogacone o kolejne wyszukane sample (w znacznej większości nieodkryte po dziś dzień). Całość przywodzi na myśl muzykę 8-bitową i szeroko pojętą tajemniczość, a cała kompozycja zamyka się w zaledwie dwudziestu minutach.

Wpisując się w pewną prawidłowość wydawania muzyki, Bugajak pożegnał rok 2014 kolejnym duetem, tym razem HV/Noon. Płyta stworzona przez duet producencki okraszona została zwrotkami zaprzyjaźnionych raperów. Sam Noon w jednym ze starszych wywiadów powiedział o Hatti Vatiim, że jest to jedna osób, od której może się wiele nauczyć. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych albumów tworzonych w kolaboracji, rok po HV/Noon ukazał się album Visions, czyli zbiór instrumentali wspomnianego wcześniej albumu.

Pozostając przy solowych wydawnictwach, przyszedł czas na Algorytm. Sam twórca w opisie zaznaczył, że jest to zbiór notatek na brudno. Samą płytę tworzył przez osiem lat. W jej skład wchodziły głównie porzucone projekty, które z czasem odświeżone i wzbogacone o głos na przykład Adama Struga zamknęły trylogię, rozpoczętą przez Bleak Output.

Dotychczasowe albumy wyprodukowane w pojedynkę zamyka zeszłoroczne Nobody Nothing Nowhere. Sposób, w jaki powstał, poniekąd wyjaśnia specyficzne brzmienie całości. Partie instrumentalne nagrywały osoby, z którymi Noon gra na żywo. Sam autor używał syntezatora w taki sposób, jak robi to podczas koncertów.

Noon/Żyto

Nowy projekt naszego Artysty Tygodnia, który przez opóźnienie ukaże się dopiero w połowie czerwca, zapowiada się nad wyraz interesująco. Noon w duecie z Żytem zaprezentują słuchaczom Morza Południowe. Unikalne połączenie minimalistycznej produkcji, pełnej przestrzeni i surowości idealnie komponuje się z wybitnie podwórkowym stylem rapowania Żyta, co słychać w promujących album utworach. Najciekawsze jednak jest to, że mimo całej ulicznej aury kojarzonej z Żytem, jego teksty opowiadają ciekawe, wiarygodne i przemyślane historie. Sam Bugajak w jednym z ostatnich wywiadów mówił, że współpraca z Żytem różniła się od innych raperów. Zazwyczaj wysyłając bit, wiedział czego się spodziewać po raperze, który ma położyć na nim swój wokal. W przypadku Żyta było to raczej wyczekiwanie na kolejną opowieść, której nie można było w żaden sposób przewidzieć. „Skończył się klosz ochronny gramatyczno-pezetowy…nowe światy się otwierają” możemy usłyszeć we wstępie do promującej wydawnictwo Cieczy. To chyba najlepsze podsumowanie kolejnego zaskakującego projektu Noona.

Marcin Masło

Weezer

Kultowy niebieski album od Weezer obchodzi 10 maja swoje 27 urodziny. Debiutancki krążek zespołu zdobył potrójną platynę i do dziś jest uważany za jedną z najważniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Jednak reszta ich kariery jest często ignorowana. Co prawda nigdy nie udało im się powtórzyć sukcesu swojego debiutu, lecz mają jeszcze wiele do zaoferowania. W tym swój najnowszy album – Van Weezer, którego premiera miała miejsce 7 maja 2021.

 

Droga do niebieskiego albumu prowadziła przez próby i rozczarowania. Siłą napędową zespołu jest zdecydowanie frontman Rivers Cuomo, który przeprowadził się do Los Angeles w 1989. Należał wtedy do glam metalowego zespołu Avant Garde, lecz ten rozpadł się niedługo później. Muzyk wprowadził się do nowo poznanego perkusisty – Patrica Wilsona i jego kolegi Matta Sharpa. Wszyscy trzej starali się znaleźć miejsce dla siebie w muzycznym świecie. Próbowali sił w różnych zespołach, lecz żaden nie wypalił. W 1992 roku razem z gitarzystą Jasonem Cropperem założyli Weezer.

Silną inspiracją dla zespołu była rosnąca w siłę scena grunge. W pewnym stopniu ta konkretna odmiana alternatywnego rocka była idealnym połączeniem metalowego brzmienia, z którego wywodził się Rivers, i popowej struktury, którą Cuomo pokochał m.in. dzięki Pixies. Kilka zasad i próśb do producenta ostatecznie ukształtowały ton albumu. Wszystkie szarpnięcia za struny miały być w dół. Gitary zmiksowane były najgłośniej jak się dało. Nie było miejsca na płycie dla efektów typu pogłos. Wszystko to przyniosło zespołowi sławę i rozgłos jakiego się nie spodziewali.

A co było dalej? Ich drugi album Pinkerton został odebrany bardzo chłodno. Nie dość, że nie sprzedawał się zbyt dobrze, to zbierał same złe recenzje. Weezer zawiesiło z tego powodu działalność. Rivers sądził, że sukces ich pierwszej płyty był zwykłym szczęśliwym przypadkiem. Po latach Pinkerton wróciło do łask i obok niebieskiego albumu uważany jest za jedną z najważniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych.

Od 2001 roku zespół gra już nieprzerwanie i ciągle wydaje nowy materiał. Mają ogromną rzeszę wiernych fanów. A ich brzmienie? Choć lubią wracać, do grundżowego grania, to w międzyczasie lubią odwiedzić inne sfery muzyki. Ich hit Island In The Sun jest świetnym letnim kawałkiem do słuchania na kocu, na plaży. W tym roku ukazał się także album OK Human, który zawiera właściwie wyłącznie kompozycje na klawisze i sekcję smyczkową. Ale największą gratką jest na pewno ich najnowszy Van Weezer. Ten krążek inspirowany jest stadionowym rockiem lat osiemdziesiątych. Jego premiera została przesunięta z powodu pandemii, przez co OK Human ukazało się wcześniej. Jednak już od 7 maja możemy posłuchać najnowszej wycieczki wciąż prężnie działającego i nie przestającego zadziwiać Weezer.

Choć opinie na temat kolejnych krążków Weezer są różne, to na pewno każdy ma coś ciekawego do zaoferowania. Od ciężkiego i mrocznego Pinkerton, przez eksperymentalny Weezer (Red Album), po zbiór coverów wielkich hitów na Weezer (Teal Album). Każdy znajdzie w ich dyskografii coś dla siebie, a ta wciąż się poszerza i nic nie wskazuje na to, by kurs miał się zmienić.

Piotr Hajkiewicz

Peter Gabriel

Zdjęcie przestawia portret Petera Gabriela
Niedługo minie 55 lat, odkąd ten wyjątkowy artysta pojawił się w przemyśle muzycznym. Przez te wszystkie lata stworzył wiele wyjątkowych utworów, które stały się ikonami ambitnej muzyki pop i progresywnego rocka. Wyznaczał nowe szlaki dla kolejnych pokoleń artystów, inspirował, stworzył własną wytwórnię oraz festiwal WOMAD. Jego koncerty to wspaniałe widowiska teatralne, które poruszają tak głęboko, że pozostawiają po sobie trwały ślad w duszy odbiorcy. Wokalista o niezwykłym głosie, autor piosenek, multiinstrumentalista i aktywista na rzecz praw człowieka.
Peter Gabriel Artystą Tygodnia w Radiu Luz.

 

Od najmłodszych lat był związany z muzyką, początkowo jednak głównie pod naciskiem mamy. To ona upierała się przy tym, by młody Peter uczęszczał na lekcje gry na fortepianie – ten jednak szybko instrument porzucił. Wiecznie nieprzystosowany, pozostawał kompletnie niezaangażowany w życie rodzinne. Podczas gdy mama i siostra jeździły konno i spędzały czas w country clubie, Peter, pogrążony we własnych myślach, wolał pozostawać na farmie rodziców.

Był młodym, ale już bardzo dojrzałym mężczyzną. Nie ulegał ani modom, ani towarzystwu. Otrzymał porządną edukację w szkole z internatem. Pośród innych uczniów, którzy brylowali w towarzystwie, mieli spore osiągnięcia naukowe i sportowe, Peter czuł się wyobcowany. Pomimo starań rodziców, nigdy nie stał się częścią tego środowiska. Wyniósł jednak z tego okresu jedną wyjątkową przyjaźń. Poznał Tony’ego Banksa, z którym, po kilku epizodach w innych zespołach, odnaleźli się w grupie Genesis.

Genesis, początki rozstania.

Kariera zespołu Genesis bardzo szybko nabrała tempa. Kalendarz pękał w szwach. Jednak kolejno powstające płyty i mocno angażujące trasy koncertowe zaczęły męczyć Petera. Doprowadziło to do napięć w zespole w trakcie trasy koncertowej do albumu The Lamb Lies Down on Broadway – jednego z największych konceptualnych przedsięwzięć w historii rocka progresywnego.

 

Tematem tamtej trasy była historia Reala, który w poszukiwaniu swojego brata trafia do mrocznych podziemi Nowego Jorku. W „Hadesie” miasta przychodzi zmierzyć mu się z postaciami z koszmarów sennych oraz wziąć udział w grze, w której stawką jest życie.
Cały koncert przybrał formę rockowej opery. Peter Gabriel podczas koncertu wcielał się w różne postacie, dobierając coraz to bardziej rozbudowane stroje. Wydarzenie uzupełniała niezwykła scenografia, przedstawiająca kolejne etapy podróży postaci. Takie rozwiązania teatralne podczas koncertu były pomysłami Petera; reszta zespołu Genesis uważała natomiast, że forma wizualna przyćmiewa warstwę muzyczną. Głównie dlatego, że scenografia często się zacinała, ekrany psuły, a stroje muzyka powodowały problemy logistyczne. Różnica zdań związana z tym, jak ma wyglądać dalsza kariera muzyków, stała się jednym z powodów podjęcia trudnej decyzji przez artystę.

Kariera solowa

Peter Gabriel zastanawiał się nad kierunkiem kariery i pogodzeniem jej ze swoim życiem prywatnym już od dłuższego czasu. Szybciej niż reszta członków Genesis założył własną rodzinę. Jednocześnie chciał spełniać swoje potrzeby jako artysta – ale jednocześnie nie chciał się temu poświęcać kosztem rodziny. Ostateczną decyzję o odejściu podjął pod koniec trasy koncertowej do albumu The Lamb Lies Down on Broadway. Uznał, że już więcej nie wytrzyma i traci kontrolę nad swoim życiem. Ostatni koncert na trasie został odwołany, ale muzycy rozstali się w przyjaźni.

Niestety odbiorcy ocenili odejście Petera z zespołu bardzo powierzchownie i, jak się okazuje, krzywdząco dla pozostałych członków zespołu. Phil Collins i Peter Gabriel ubolewali nad takim obrotem spraw, ale ciągłe serwowanie wyjaśnień i sprostowań stało się w końcu bardzo frustrujące.

Phil Collins podczas jednego z wywiadów wspominał, że było mu bardzo przykro, że Peter ich opuścił. Collins wcale nie pretendował do roli wokalisty zespołu, wystarczająco spełniając się jako perkusista. Niestety fani uznali, że skoro Peter odszedł, a Phil go zastąpił, to musiał być także odpowiedzialny za jego odejście. Mit jest zresztą powtarzany do dzisiaj, a historia pokazuje, że nie ma nic wspólnego z prawdą: obydwu muzykom po dziś dzień zdarza się razem koncertować.

 

 

Życie na wsi

Po odejściu z zespołu artysta wyprowadził się na wieś. Dał sobie czas na przemyślenia oraz spędzanie czasu z córką i żoną. Oddawał się także medytacji i jodze. Jednak jego twórczy umysł nie pozostał w spoczynku ani na chwilę. Na swojej farmie, nieopodal domu, zbudował własne studio nagrań. To tam zaczęły powstawać jego albumy solowe. Pierwsze cztery to wyraźne eksperymenty muzyczne. Są zatytułowane kolejno Peter Gabriel: I, II, III, IV, a z czasem, w nawiązaniu do okładek, otrzymały dodatkowe tytuły Car, Scratch, Melt oraz Security. Na płytach znajdziemy szereg wyjątkowych kompozycji. Jedną z nich jest Solsbury Hill – pierwszy solowy singiel, promujący Peter Gabriel: I (Car).

Tekst tej piosenki opowiada o chwilach spędzonych na szczycie wzgórza Solsbury w angielskim hrabstwie Somerset i przemyśleniach, które były ich wynikiem. Wtedy Peter poczuł się naprawdę wolny. Zaczynał nowe życie i nową karierę. Na pewno targała nim niepewność; wchodził w końcu na ścieżkę gdzie wszystko zależało wyłącznie od niego. Mogło to być jednocześnie stresujące i inspirujące uczucie… – uczucie sprawczości i tworzenia.

Peter bardzo dużo eksperymentował z dźwiękiem. Chodził po swojej farmie i nagrywał wszystko, co wydawało mu się ciekawe. Rejestrował też audycje radiowe i dźwięki otoczenia w mieście. W zaprzyjaźnionym sklepie muzycznym sprzedawca wybierał mu najlepsze nagrania. W taki sposób tworzył swój album dźwięków. Wkrótce te poszukiwania doprowadziły do tego, że posiadał walizkę wypełnioną kasetami z zebranymi przez niego niepowtarzalnymi i unikatowymi brzmieniami.

 

Jego zainteresowanie nowymi technologiami oraz niekonwencjonalne podejście do komponowania przyciągało wielu muzyków, dzięki czemu nawiązał wiele współprac i przyjaźni. Spora część artystów z tamtego okresu pozostała z nim przez całą drogę kariery. Tak między innymi nawiązał współpracę z Robertem Frippem, gitarzystą znanym m.in. z King Crimson. Razem wyprodukowali singiel zatytułowany D.I.Y. pochodzący z drugiego solowego albumu Scratch. Swoje bardzo charakterystyczne brzmienie singiel zawdzięcza nietypowym sposobom nagrywania dźwięku, opracowanym właśnie przez Frippa. Mowa o Frippertronics – technice polegającej na sprzęgnięciu gitary z dwoma magnetofonami połączonymi jedną pętlą taśmy. Dźwięk jest nagrywany na pierwszy magnetofon, a następnie odtwarzany z pewnym opóźnieniem na drugim. Długość opóźnienia może być regulowana przez zwiększenie odległości pomiędzy magnetofonami. Takie rozwiązania to był dla Petera istny raj.

Spektakularne sukcesy

Podczas tworzenia pierwszych czterech albumów wyklarował się styl i kierunek Petera Gabriela. Jego fascynacja łączeniem elektroniki z muzyką świata doprowadziły do stworzenia piątej płyty: So. Był to pierwszy krążek artysty, który osiągnął spektakularny sukces komercyjny. Z kolei teledyski stworzone do utworów z So uważane są za przełomowe dla całej branży muzycznej. Peter Gabriel jest uznawany za jednego z pionierów traktowania teledysku jako oddzielnej dziedziny w sztuce.
Na płycie jednymi z najbardziej charakterystycznych utworów są Sledgehammer (teledysk do niego otrzymał dziewięć nagród MTV Video Music Awards), Don’t Give Up, In Your Eyes oraz Red Rain. Mnogość utalentowanych artystów biorących udział w powstawaniu tego albumu świadczy o wyjątkowej charyzmie Petera. Na płycie znajdziemy m.in. brzmienia basu Tony’ego Levina, gitarę Daniela Lanoisa (który odpowiada za wyprodukowanie tego oraz przyszłych albumów) oraz przepiękny głos Kate Bush.

 

Kolejny album Us również osiągnął niezwykły sukces. Znajdziemy na nim między innymi tak piękne utwory, jak Come Talk to Me, Blood of Eden czy Secret World.

Połączenie tych dwóch albumów (So oraz Us) doprowadziło w 1994 roku do zaplanowania trasy koncertowej zatytułowanej Secret World. Jeden z koncertów został zarejestrowany we włoskim mieście Modena: jest niezwykle eterycznym i zjawiskowym widowiskiem. Zaczyna się delikatnie, od utworu Come Talk to Me, w duecie z mezzosopranem Pauli Cole. Potem koncert rozkręca się, by przeprowadzić słuchacza przez wszystkie największe hity artysty. Całość, jak na Petera przystało, ma teatralną oprawę. Wszystko odgrywa się na okrągłej scenie pośród publiczności, a poszczególne akty koncertu sygnalizuje pojawianie się ogromnej kopuły przykrywającej całe widowisko.

W podobny sposób Peter będzie realizował swoje koncerty przez resztę kariery.

Teatr i film

Utwory Petera Gabriela to nie tylko piękne teksty z głębokim przesłaniem, opatrzone wyjątkową muzyką. Artysta potrafi też tworzyć niezwykłe aranżacje instrumentalne. Dowodem na to jest ścieżka dźwiękowa do filmu Alana Parkera Ptasiek. Album o tym samym tytule zawiera kompozycje zupełnie pozbawione tekstu. Tutaj melodia współgra z obrazem i jest wyjątkowym tłem dla dzieła reżysera.

OVO to z kolei trzecia ścieżka dźwiękowa w dorobku Petera Gabriela. I w tym projekcie daje upust swojej fascynacji teatrem, będąc zarówno kompozytorem, jak i współreżyserem wydarzenia Millennium Dome Show. Był to spektakl w wykonaniu Cirque du Solei, z okazji wejścia w rok 2000, opowiadający o stworzeniu świata i ewolucji społeczeństwa.

 

Zaangażowanie społeczne artysty

Peter Gabriel jest aktywnym działaczem na rzecz praw człowieka. Od początku swojej kariery opowiada w swoich utworach o przysługujących nam wszystkim prawach do miłości i wolności. Pierwszy raz zamanifestował swoje poglądy polityczne w utworze Biko, który napisał w hołdzie dla Steve’a Biko – działacza na rzecz zniesienia apartheidu, który został skatowany na śmierć podczas przesłuchania w więzieniu. Piosenka znalazła się na trzecim solowym albumie muzyka i wraz z utworem Games Without Frontiers obiegła cały świat.

 

Obecnie Peter Gabriel ma 71 lat i pozostaje aktywnym działaczem na scenie muzycznej. Jest twórcą wielu wydarzeń i projektów. Należy do nich między innymi festiwal WOMAD (World od Music, Arts and Dance), który powstał w 1980 roku i odbywa się do dziś, goszcząc cyklicznie w różnych regionach świata, i zarazem tworząc miejsce do wypowiedzi dla wielu wyjątkowych artystów. Ponadto jego wytwórnia fonograficzna Real World Records ciągle wyszukuje i promuje nowych artystów sceny World Music, umożliwiając im start w przemyśle muzycznym.

Peter Gabriel jest bez wątpienia przykładem człowieka renesansu. Jego teksty, napisane wiele lat temu, do dzisiaj pozostają bardzo aktualne i mogą być komentarzem dla obecnych czasów. Kompozycje utrwaliły się w kanonie World Music. Artysta jest przy tym reżyserem wydarzeń, organizatorem festiwali i, koniec końców, dobrze prosperującym biznesmenem. Jego życie i twórczość gwarantują mnóstwo inspiracji. Niezwykle skromny człowiek, o pięknym wnętrzu i wyjątkowej wyobraźni. Połączenie łagodności i uporu. 55 lat na scenie, 55 lat w showbiznesie. Cierpliwie czekam na kolejny album i kolejny koncert tego wielkiego artysty.

Aleksandra Simińska

Jon Batiste

W latach 20 XX w. Amerykanie oszaleli na punkcie takich artystów jak Louis Armstrong, Edward „Kid” Ory i Joseph 'King’ Oliver. W kolejnej dekadzie rozpoczęła się era swingu, czyli popularności Benny’ego Goodmana, czy Duke’a Ellingtona. W końcu jazz przegrał z rock and rollem. A teraz? Ma się całkiem dobrze – między innymi za sprawą naszego Artysty Tygodnia, Jona Batiste. Jego najnowszy album, WE ARE, jest wprawdzie wypełniony soulem, ale nie zabrakło na nim muzycznych korzeni twórcy.

 

Batiste pochodzi z Luizjany. Edukację oraz swą artystyczną drogę rozpoczął w Nowym Orleanie. Pierwszym przystankiem był rodzinny zespół Batiste Brothers Band, w którym grał na perkusji mając zaledwie osiem lat. Następnie, w trakcie nauki w New Orleans Center for Creative Arts, wydał album zatytułowany Times in New Orleans. I choć później wyjechał z tego miasta i zamieszkał w Nowym Jorku, to towarzyszy mu ono do dziś, wciąż dostarczając inspiracji.
Echa jazzu rodem z Nowego Orleanu (i w ogóle jazzu) z pewnością pobrzmiewają na jego najnowszym wydawnictwie, WE ARE z marca tego roku. W utworze tytułowym Batiste zaśpiewał wraz z chórem z Liceum św Augustyna, w którym się uczył, a w ADULTHOOD towarzyszył mu zespół Hot 8 Brass Band. Co więcej, klip do singla promującego album, I Need You, jest wyraźnym ukłonem w stronę swingu rodem z Harlem lat 20, 30 i 40.

Sporo jednak na tym albumie nowości – słychać wpływy Motown, a w dwóch utworach znalazło się miejsce na fragmenty rapowane – także w wykonaniu samego Batiste (WHATCHUTALKINBOUT). Już sam fakt, że wszystkie utwory zawierają wokal, jest czymś nietypowym dla tego artysty. Oczywiście to nie pierwszy raz, gdy możemy usłyszeć jego głos, jednak kompozycje instrumentalne stanowią większą część jego dyskografii. WE ARE może być początkiem nowego rozdziału w karierze Jona Batiste; jednak równie dobrze może się okazać, że wziął tylko chwilowy urlop od muzyki jazzowej. Żaden z tych scenariuszy nie jest gorszy – wystarczy przyjrzeć się wcześniejszej twórczości tego pana.

 

Po wcześniej wspomnianym Times in New Orleans przyszedł czas na pierwszy album koncertowy Batiste, Live in New York: At the Rubin Museum of Art. Płyta została wydana w 2006 roku, gdy artysta uczęszczał do szkoły muzycznej Juilliarda. Kończąc ją w 2011 roku, miał także na koncie występy m.in. w RPA, Francji, Anglii i Holandii – w wieku 20 lat zadebiutował w słynnej sali koncertowej Concertgebouw w Amsterdamie. Poza tym prowadził także zajęcia i warsztaty muzyczne w szkołach położonych w  w ubogich dzielnicach.

W 2013 zostały wydane dwa albumy Batiste: Jazz is Now i Social Music, na którym towarzyszył mu już założony przez niego zespół Stay Human. Od tego albumu zaczął mieszać jazz z innym gatunkami: funkiem, popem, r&b. Każdym kolejnym przedsięwzięciem udowadniał swój talent, co w 2018 roku dostrzegła wytwórnia Verve Records, która wydała jego krążek Hollywood Africans (wcześniejsze krążki ukazywały się nakładem własnym lub małych wytwórni). Zanim to się jednak stało, Batiste otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Salve Regina, zyskał kilka nominacji do Grammy i rozpoczął współpracę ze Stephenem Colbertem. Od 2015 pełni rolę dyrektora muzycznego i bandleadera (występuje razem ze Stay Human) w programie The Late Show. Dzięki temu ma okazję na bieżąco prezentować swoje kolejne nagrania. Poza tym zagrał i zaśpiewał z wieloma artystami – przykładowo z Nathanielem Rateliffem, Corinne Bailey Rae, Johnem Legendem, Billym Joelem i Mac Millerem. W 2016 roku została wydana The Late Show EP z muzyką Jona i Stay Human z programu.

 

Jon Batiste nie tylko tworzy muzykę – pracuje także w instytucjach z nią związanych. Od 2008 działa w The National Jazz Museum w Harlem, w Nowym Jorku. Jest jednym z pomysłodawców interaktywnych koncertów pod hasłem Jazz is Now. W ramach projektu za pomocą dźwięku i słowa opowiada odwiedzającym między innymi o bebopie, Nowym Orleanie i Taddzie Dameronie, angażując ich w te muzyczne opowieści. W 2012 roku Batiste objął funkcję dyrektora artystycznego muzeum, którą pełni do dziś. Z kolei w 2017 roku został dyrektorem muzycznym platformy internetowej The Atlantic. Jest także ambasadorem nowojorskiej organizacji non-profit Music Unites. Z jej założycielką, Michelle Edgar, współpracował przy wielu projektach, których celem było umożliwienie muzycznej edukacji dzieciom z biednych rodzin.

fot. Richard Conde

 

Mówiąc o Jonie Batiste, warto wspomnieć o jego epizodach aktorskich. Wystąpił w kilku sezonach serialu HBO Treme, filmie Spike’a Lee Red Hook Summer i Thrive w reżyserii Paula Szynola. Naturalnie zajął się także komponowaniem muzyki do filmów – największą popularność zdobyła ścieżka dźwiękowa do animacji Disney Pixar, Soul, w której znalazły się jazzowe utwory jego autorstwa. Za swój wkład w ten soundtrack otrzymał sporo nagród, w tym te najbardziej prestiżowe – Złotego Globa oraz Oscara. Stworzył także muzykę do wspomnianego już Red Hook Summer, telewizyjnych dokumentów Back to Back oraz Duke 91&92 i filmu krótkometrażowego pod tytułem Melody of Choice.

Wystarczy chociażby pobieżnie zapoznać się z twórczością Jona Batiste, by zauważyć jak wszechstronnym jest artystą. Krótko podsumować jego działalność można by następująco: śpiewa, gra na kilku instrumentach, komponuje, zabawia publiczność w programie telewizyjnym (jeśli chcecie nauczyć się grać na fortepianie w dziewięciu krokach, koniecznie zobaczcie klip pt. Jon Batiste Teaches You How to Play Piano), edukuje, pielęgnuje pamięć o legendach jazzu. Jeszcze krócej – całkowicie poświęca się muzyce. I chyba ten niegasnący entuzjazm jest w nim najbardziej inspirujący.

 

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o Jonie Batiste, koniecznie słuchajcie pasma Artysta Tygodnia (od poniedziałku do piątku o północy oraz o 13:00), a także audycji Audiostarter (od poniedziałku do piątku o 9:00).

Marta Łobażewicz

Fot. główna: Billy Kidd

Alice Phoebe Lou

Alice Phoebe Lou kreśli przed nami opowieść o gorzkich przeżyciach zeszłego roku. Tej wiosny artystka powraca z nowym albumem Glow.

Alice Phoebe Lou pochodzi z Kommetjie, małego miasteczka w Południowej Afryce. W 2010 r., będąc jeszcze nastolatką, spędzała wakacje w Paryżu, gdzie zarabiała tańcząc z ogniem wraz z przyjaciółmi. Rok później wróciła do Europy, tym razem kierując się do Amsterdamu i Berlina. Tam, grając i śpiewając, zaczęła po raz pierwszy występować na ulicy. Tam też pokochała status, jaki daje pełna niezależność: po występie na berlińskim TEDx w 2014 roku zaczęła otrzymywać propozycje od rozmaitych wytwórni, ostatecznie nie przyjmując żadnej z nich.

Obecnie Alice ma na koncie dwa albumy live oraz trzy albumy studyjne: Orbit, Paper Castles i wydany w tym roku Glow. Nadal pozostaje samodzielną artystką: w tej chwili wraz z przyjaciółmi jest w trakcie budowania własnego studia w Berlinie.

Nowe wydawnictwo od Alice Phoebe Lou może być zaskoczeniem nie tylko w aspekcie samej muzyki, ale również pod względem warstwy tekstowej, która znacząco odbiega od dotychczasowej twórczości Alice. Tym razem jest… szczerze i bezpośrednio: album nawiązuje bowiem do miłości czystej i naiwnej.

Miłość należy do tych wartości, które współcześni artyści lubią w jakiś sposób deformować. Nie ma jednej właściwej drogi na jej odczuwanie, jednak wydaje mi się, że warto (przynajmniej czasami) nie ukrywać jej pod warstwą metafor i przymiotników, pozwalając naturalnie rozkwitnąć. Najnowszy album Alice w pozornie prosty sposób opowiada o miłości – ale miłości utraconej.

Na wcześniejszych albumach Alice unikała takiej tematyki, która rzeczywiście może się wydawać banalnie wszechobecna; wcześniej kierowała nią raczej chęć skłonienia odbiorcy do refleksji. Łączyła swoje przemyślenia w zgrabną całość, dbając o to, by struktura tekstu pozostawała otwarta i uniwersalna. Glow jest jednak swoistą formą terapii: artystka przekazuje nam całą siebie, bez dbałości o szczegóły, nie bacząc na to, by jej słowa prezentowały się „lepiej”. Nowy album przeznaczony jest po prostu do szczerego współodczuwania.

Glow narodziło się z gwałtownej zmiany, z silnego kontrastu, jakim po rocznej podróży okazało się zaszycie Alice w Berlinie. Jak sama przyznała, nigdy nie spędziła tyle czasu w jednym miejscu: była to dla niej konfrontacja z samotnością. Wszystkie przyjaźnie zmieniły się lub wyparowały – to szczególnie trudne dla osoby, która więzi i relacje z innymi postawiła ponad wszystko, często także i ponad własne, intymne potrzeby. Alice stała się więc pustelniczką. W utworach otwarcie wyraża swoje słabości, traktując słuchacza jak dobrego przyjaciela i powiernika.

W albumie słychać ciepło, podkreślone ziarnistością techniki rodem ze studia ubiegłego wieku – te zabiegi paradoksalnie ożywiają całe wydawnictwo. Alice rozpoczęła romans z analogowym sprzętem już rok wcześniej, w trakcie nagrywania singli Witches i Touch.

Praca nad Glow miała rozpocząć się w Kanadzie, jednak tego celu nie udało się zrealizować. Taki obrót spraw zmusił producenta Davida Parry’ego do przyjazdu do Berlina. Charakterystyczne brzemienie jego gitary zagęściło i rozjaśniło atmosferę albumu.

W trakcie nagrań na nowe wydawnictwo, na przekór kolejnym lockdownom, Alice współpracowała także z innymi artystami. Mowa tu m.in. o Daklis, Guolo Paolo czy Zivie Yaminie, który towarzyszy artystce w pobocznym projekcie Strongboi. Za okładkę odpowiada zaś Senga Li.

O Alice Phoebe Lou więcej usłyszycie przez cały tydzień w paśmie Artysta Tygodnia: od poniedziałku do piątku o 13:00 i o północy.

Maja Kozłowska