Archiwum

Oxford Drama

Zakończenie działalności i piękny powrót w jednym roku. Ponad półroczna przerwa aby zrozumieć wartość wspólnego tworzenia. Świeże doświadczenia w projektach pobocznych i w końcu niezwykły, dojrzały, urzekający i ważny album "Songs" wydany 21 września nakładem ART2. To wystarczające powody aby bliżej przyjrzeć się duetowi Oxford Drama.

Gosia Dryjańska i Marcin Mrówka bez większych nadziei wypuścili w 2014 roku do sieci pierwszy utwór pod szyldem Oxford Drama. Tak rozpoczęła się piękna podróż, która trwa do dzisiaj. Na EPkę nie trzeba było długo czekać. Delikatnym, vintage'owym stylem skradli serca wielu słuchaczy. A wśród nich muzyków zespołu KAMP!, również trudniących się prowadzeniem wytwórni BRENNNESSEL. Ta fascynacja musiała zaowocować. Tak powstał minialbum "Fluctuations", wskazujący dalszy kierunek ich rozwoju.

Poszli za ciosem i rozpoczęli pracę nad długogrającym krążkiem. Stworzyli dopracowany, wielobarwny i szczery album "In Awe". "Album ma swoją narrację – zaczyna się bardzo letnio, kończy bardzo jesiennie" – komentuje Marcin Mrówka – "Ma momenty z potencjałem radiowym, ale jednak jest to płyta trudna w odbiorze, wymagająca skupienia". Oprócz znanych z "Fluctuations" utworów, pojawiło się na nim również kolejnych 8 premierowych.

Album został bardzo dobrze przyjęty, przez media zestawiany najczęściej w czołówkach najlepszych wydań roku. Oxford Drama pracowali jednak już nad kolejnymi nagraniami. W 2016 roku wypuścili dwa nowe single "Coney Island" oraz "Melinda", które nawiązywały do kultury amerykańskiej i muzyki lat 90'. To próba powrotu do lat młodzieńczych, pierwsza styczność z kulturą amerykańską, poznawaną głównie przez MTV, kreskówki i dzieła popkultury. Radość z nowych nagrań nie trwała jednak długo. Zespół bowiem po krótkim czasie ogłosił zakończenie działaności, publikując jednocześnie dwa kolejne utwory, które miały znaleźć się na nowym krążku: "Velvet" i "110". 

Dla muzyków Oxford Drama rozpoczął się okres pracy nad oddzielnymi projektami. Gosia rozpoczęła współpracę z Julią Marcell, Marcin z kolei wspierał wrocławskie składy Naphta and the Shamans oraz Bluszcz. Stan zawieszenia działalności był względnie niedługi. Wraz z oficjalnym komunikatem o powrocie pojawiły się konkretne zapowiedzi nowego krążka pod szyldem ART2. Teaserami były kolejno utwory "Alter Ego" a następnie "Be Kind" zapowiadające na 21 września album "Songs". 

I choć wypracowali swój charakterystyczny styl, to zdecydowanie na "Songs" słychać ewolucję w stosunku do debiutanckiego "In Awe". To dojrzałe dzieło skomponowane z myślą o rozszerzonym składzie scenicznym, bardziej świadome, przemyślane i osobiste. Pomimo wyczuwalnej lekkości traktuje o tematach ważnych, osobistych przeżyciach, akceptacji samego siebie. Materiał jest już dostępny w całości do odsłuchu, a sam zespół zapowiada już jesienną trasę koncertową promującą krążek. 

Nils Petter Molvær

Miłośnicy muzyki jazzowej muszą ze smutkiem przyznać, że w naszych czasach ten gatunek przestał rozwijać się tak prężnie jak do lat 70. Jednak i w naszych czasach żyją muzycy, którzy nie są gorsi od największych jazzmanów minionych epok. Z radością zawiadamiamy, że jeden z nich zagra w niedzielę we Wrocławiu.

Nils Petter Molvær to norweski trębacz, który od dwudziestu lat wprowadza jazz w przyszłość, a ostatnio nagrał jedną z najlepszych płyt w karierze. Jego koncert zamknie tegoroczną edycję festiwalu Eklektik Session.

NPM od dwudziestu lat rozwija koncepcję muzyki, którą po raz pierwszy słuchacze poznali w 1997 roku za sprawą płyty Khmer. Ten i kilka innych albumów, nagranych przez Molværa i jego współpracowników, odpowiada za jedną z największych rewolucji w jazzie od czasów elektrycznego Milesa Davisa. Improwizację łączono z elektroniką już wcześniej, ale to na Khmer można usłyszeć pełne, przedmiotowe, a przede wszystkim sensowne wykorzystanie zdobyczy techniki. Samplery i liczne efekty nie brzmią tu jak dodatek, a jak integralna część muzyki, dla której krytycy ukuli celną nazwę Future Jazz.

Twórczość Molvaera, chociaż mocno opiera sę na elektronice, nie jest zdehumanizowana. Technologia jest tu takim samym instrumentem jak każdy inny, narzędziem służącym do ekspresji – często wzruszającej.

Odwaga Nilsa Pettera w poszukiwaniu nowej muzyki, w obrębie której mógłby improwizować, popycha go w kierunku hip-hopu, techno czy drum'n'bassu. Dzięki temu jego twórczość można polecić słuchaczom, którzy nie przepadają za tradycyjnym jazzowym brzmieniem.

Cieszy to, że do Wrocławia przyjedzie artysta w bardzo dobrej formie. Od czasów Khmer status Molvaera nie spadał, a był podnoszony kolejnymi świetnymi albumami, takimi jak NP3 czy Hamada. Najnowsza płyta Nilsa Pettera to, moim zdaniem, jedna z trzech najlepszych pozycji w jego dorobku i, jak na razie, najlepsze jazzowe LP 2018 roku. Jest jak lemoniada.

Lemoniada, ponieważ odświeża jak żaden inny album. Molvær połączył dźwięki swojej trąbki z podkładami Sly & Robbie, najsłynniejszej jamajskiej sekcji rytmicznej. Na płycie gra też stały współpracownik naszego Artysty Tygodnia, gitarzysta Eivind Aarset, a do tego wszystkiego dodana została elektronika i duby, tworzone przez Vladislava Delaya. Nordub to przeplatanie się trzech warstw: reggae, Molværowskiej i dubowej. Powstaje chłodna (ale nie zimna czy beznamiętna!) fuzja Jamajki i Norwegii. Oryginalność tej płyty sprawia, że jest znakomitym środkiem na znudzenie muzyką, stan, w którym jest się zmęczonym swoimi ulubionymi wykonawcami, a jednocześnie brak pomysłu co wrzucić na słuchawki. Oprócz samych walorów muzycznych warto więc posłuchać dubu po norwesku dla działania odświeżającego.

Molvær przyjedzie do Wrocławia jako główna gwiazda Eklektik Session. Jego niedzielny występ w Centrum Technologii Audiowizualnych będzie podwójnym zakończeniem tegorocznej edycji festiwalu. Trębacz najpierw zagra w trio ze swoim stałym współpracownikiem, gitarzystą Eivindem Aarsetem, oraz szwajcarskim perkusitą Samuelem Rohrerem.

Po przerwie do muzyków dołączą inni uczestnicy festiwalu, tworząc Eklektik Orchestra. Licznie obsadzone, improwizowane koncerty w nietypowo zaaranżowanej przestrzeni to tradycyjny element kończący każde Eklektik Session. Warto dodać, że Molvær wystąpi na tym festiwalu po raz drugi – poprzednio grał tu w 2014 roku.

Tym razem podczas koncertu finałowego muzyków będzie można oglądać na dwa sposoby – tradycyjnie lub w oddzielnym pomieszczeniu, w którym obraz ze sceny zostanie poddany wizualnemu remiksowi w czasie rzeczywistym. Publiczność będzie mogła do woli przemieszczać się między tymi przestrzeniami, które będą połączone dzięki specjalnie zaaranżowanej scenografii. Nam też trudno sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądać, jednak personalia artystów i osób odpowiedzialnych za oprawę pozwalają sądzić, że zagadkowa forma powinna jedynie wzbogacić muzykę, a nie ją przygnieść. O koncercie, jak i o całej idei festiwalu mówił niedawno na naszej antenie Radek Bond Bednarz, dyrektor artystyczny Eklektiku:

 

Do Wrocławia przyjedzie trębacz jazzowy, którego gra jest pozbawiona przywar często jazzowi przypisywanych: monotonii, nieprzystępności czy rozwlekłości. Pełna jest zaś zalet muzyki współczesnej, jej energii, plastyczności i spektrum brzmieniowego. Molvær jest dla każdego. Podwójnie zapraszamy do słuchania przyszłościowego jazzu – i na 91,6 FM, i na koncercie w Centrum Technologii Audiowizualnych.

Yves Tumor

 

5 października zagra koncert podczas Avant Art Festival w Warszawie, teraz wraca z nowym albumem wydanym w wytwórni Warp Records. To kolejna odsłona jego wielkiego talentu w postaci trudnej do skategoryzowania muzyki.  

Yves Tumor, Artystą Tygodnia w Radiu LUZ

                                                                                                          fot. Rafał Zieliński

W życiu Yvesa Tumora nie liczą się przyziemności – nazwisko jest nieważne, pochodzenie nie ma najmniejszego znaczenia, płeć zawsze jest pojęciem subiektywnym a sztuka jedynie sposobem na ekspresję. Jednym z niewielu stałych i pewnych czynników w twórczości (i znanym publicznie życiorysie) Yvesa Tumora jest odrzucenie powszechnie przyjętych norm, zastąpienie ich własnym poczuciem wartości i sprawiedliwości. W dodatku bez oporów wyraża te poglądy, bez krępacji wzywając do braku zaufania wobec policji, wyśmiewa konwenanse społeczne czy chociażby omawiając zachowania, które mogą być widziane jako błędy popełniane w młodości.

To wszystko znajduje swoje odzwierciedlenie w muzyce balansującej na granicy wielu gatunków, bawiącej się formą i sposobem wyrażenia, otwarcie inspirującym się – ale zawsze pozostawiając słuchacza w niepewności co do znaczenia tej inspiracji – wieloma gatunkami czy zjawiskami i trendami obecnymi współcześnie w muzyce. 

W jednym z nielicznych wywiadów przyznał, że prywatnie ma opinię duszy towarzystwa i z łatwością dostosowuje się do spotkanych na swojej drodze ludzi. Choć biografia artysty jest pełna niedopowiedzeń i trudno brać ją całkowicie serio,  trzeba przyznać, że adaptacja różnych stylistyk i finezja w łączeniu  sprzeczności to także dominanta jego muzyki. Tylko tutaj zapętlony fragment słodkiej soulowej ballady sprzed lat może stać się hiponotyczną dronową mantrą. Zacierając granice między popem, a awangardą udowadnia, że w dzisiejszych czasach szufladki gatunkowe nie mają już sensu.

Ten, który 2 lata temu zatrząsł Arsenałem Miejskim podczas T-Mobile Nowe Nowe Horyzonty na szczęście dla polskich fanów wystąpi ponownie w naszym kraju. Tym razem podczas warszawskiej edycji festiwalu Avant Art, który aktualnie trwa również w stolicy Dolnego Śląska. Jeśli po wrocławskiej części wybieracie się do stolicy, nie przegapcie jego show ponieważ to  artysta o nieograniczonym poziomie kreatywności. Tworzy swoją historię poprzez destrukcyjne występy, o których nie sposób zapomnieć. Nawet teraz gdy premiera jego albumu miała miejsce kilka tygodni temu, a Amerykanin ruszył w trasę promującą krążek, nie można mieć pewności co do reprtuaru. Jego interdyscyplinarne performance'y okryły się już legendą wśród publiczności na całym świecie. Jedno jest pewne – nie spodziewajcie się odtwarzania nagranych utworów. Zamiast tego Tumor będzie testował możliwości nagłośnienia by zaraz potem wpaść w transowe pogo. Innym razem stanie się wibrafonistą, który w towarzystwie zespołu stworzy piękne jazzowo- ambientalne improwizacje. Tej odwagi i pewności siebie w kontakcie z publicznością może pozazdrościć mu wiele artystek i artystów.

To muzyk, który nie lubi reguł. To sztuka, która dzieje się teraz i tu ale w różnych postaciach. 

Najnowszy album to szerokie spektrum gatunków – z jednej strony rozmazany noise, industrialny klimat, cyfrowe eksperymenty ale i odłamy tanecznej, basowej muzyki. Twórczość Tumora to też downtempo o silnym ładunku emocjonalnym. . Na płycie In The Hands of Love spotkamy się również z porcją wpadających w ucho popowych piosenek jak np. Noid lub Licking An Orchid. Za to Honesty odlatuje w techno, któremu towarzyszy drapieżny śpiew spowity rozmytą warstwą echa.

Jesteśmy pewni, że materiał zrobi spore zamieszanie we wszelkich podsumowaniach najlepszych, eksperymentalnych albumów tego roku.

>> Bilety na koncert Avant Art Festival

>> Program wrocławskiej edycji Avant Art Festival

Słuchaj na 91.6 FM od poniedziałku do piątku; zaraz po północy, o 10:30, 11:30 i 13:00.

Materiał przygotowali: Łukasz Lorenc, Krzysztof Kazimierczyk, Michał Dereń, Paweł Tomczyk, Jan Chrzan

Dengue Dengue Dengue

Peruwiański duet Dengue Dengue Dengue Artystą Tygodnia w Radiu Luz!

Jedni z najbardziej charakterystycznych przedstawicieli digital cumbii, chociaż na ten moment, z powodu dość wyraźnej zmiany produkowanego brzmienia, preferują etykietkę tropikalny futuryzm. Pochodzą ze stolicy Peru, ale od lat współpracują z portugalskim lejbelem Enchufada. Ostatnio mieszkają przede wszystkim w Berlinie, a najnowsze utwory wydają w brytyjskiej On The Corner. Ich kolejny album będzie sygnowany znakiem właśnie tej drugiej wytwórni – zatytułowany Semillero, ukaże się już 21 września.

Warto również dodać, że jest okazja zobaczyć Dengue Dengue Dengue na żywo w Polsce już 7 października w Krakowie – w ramach festiwalu Unsound!

Dengue Dengue Dengue mają na koncie dwa długogrające albumy, prawie trzy EPki, kilka singli, gościnnych udziałów na kompilacjach, w różnorodnych projektach i kilkanaście remiksów. Duet tworzą Felipe Salmón i Rafael Pereira – nad projektem DDD pracują już od około ośmiu lat i chyba nie spodziewali się, że spośród wielu muzycznych przedsięwzięć, w jakie do tej pory się angażowali, to właśnie Dengue okaże się tym najważniejszym. Pierwsze ich wspólne produkcje to przede wszystkim nieco ciemniejsza, niepokojąca i psychodeliczna digital cumbia. Takie brzmienie odnajdziecie na ich debiutanckim LP La Alianza Profana – wraz z licznymi dubowymi odniesieniami i masywną linią basu.

Po wypuszczeniu swojego debiutu sumptem ich własnego kolektywu Auxiliar duetem zainteresował się szef portugalskiej Enchufady – Branko. Zaprosił ich do współpracy początkowo na kompilację labelu – Upper Cuts. Dengue zostali w Enchufadzie na trzy kolejne (już w pełni autorskie) wydawnictwa – Serpiente Dorada (2014), Siete Raices (2016) i Son De Los Diablos (2018). W albumie z 2014 do hipnotycznej cumbii został dołożony zouk, a miejscami przyspieszono tempo. Siete Raices z kolei już znacznie przełamał format brzmieniowy, do którego byli przyzwyczajeni słuchacze i otrzymał miano bardziej afro-karaibskiego. Na tegorocznym extended play'u natomiast nowością produkcyjną okazały się nagrania terenowe lokalnych muzyków i żywych instrumentów.

Podwójny singiel Carnival Dubplate (2018) to pierwszy efekt połączenia sił Felipe i Rafaela z kolejną europejską wytwórnią – wspomnianą powyżej On The Corner, która firmuje ich nadchodzący 6-utworowy minialbum Semillero. Ten jest mieszaniną inspiracji ze zdecydowanie szerszego spektrum, jak i również przedstawia kolaboracje z innymi artystami – m.in. należącą do tego samego labelu grupą Penya.

Kolorowe maski są niemal nieodłącznym elementem scenicznego entourage'u duetu Dengue Dengue Dengue. Są też bardzo konkretnym przykładem na to, jak ekscytujące mogą być akcesoria! Zdarzało się, że maski pozostawiane przez artystów na backstage'u, tymczasowo bez opieki, błyskawicznie znajdowały sobie nowego właściciela. Już dwa lata temu autor wywiadu z Felipe i Rafaelem na portalu Resident Advisor doliczył się ich okołu trzydziestu par. Większość z nich była osobiście zaprojektowana i wykonana przez tych producentów. Maski wyraźnie korespondują z muzyką przez nich tworzoną – najczęściej odnoszą się do ich futurystycznych wizji przefiltrowanych przez kształty i wizerunki zaczerpnięte z pradawnych wierzeń (na przykład mitologiczne stwory!), równocześnie nadając im krzykliwe, fluorescencyjne kolory. Ostatnie lata przyniosły bardziej stonowaną kolorystykę, ale wygląd masek nadal łączy magiczny realizm z klimatem z sience fiction.

Tame Impala

Tame Impala to 5 osobowy zespół, w którym jednak główną rolę odgrywa mastermind projektu – Kevin Parker, gość który odpowiada niemal za wszystko przy tworzeniu. Za linie melodyczne, za wokal, za tekst, za produkcje, aranżację, za mix czy mastering. Słowo „geniusz” w dzisiejszych czasach jest mocno przerysowane i przypisuje się tę łatkę zbyt wielu osobom, ale w oryginalnym jego znaczeniu, trzon zespołu to fenomen. I jeżeli nikt tego jeszcze głośno nie powiedział – to ja to mówię. Swoją przygodę z Tame Impala zacząłem w okolicach 2012 roku, kiedy odpowiednio dobrane single przyciągnęły mnie do sprawdzenia całej płyty Lonerism, właśnie z tego roku. Cały krążek wymaga uwagi słuchacza i przyznam, że początek był dla mnie trudny, spodobał mi się utwór czy dwa, a dopiero po jakimś czasie doceniłem cały kunszt autora.

Zaczynając przygodę od Lonerism, odpalamy pierwszy utwór i boom! Be Above It! Na pierwszym planie mamy repetytywną partię perkusyjną i zamglony, rozkojarzony głos Parkera, i tak z każdym utworem zbieramy cechy charakterystyczne ich twórczości. Klimat narastających, pulsujących dźwięków, czy niesamowicie rozmarzonego tła i głosu, nawet zabiegi, których dokonuje Kevin tworząc sobie linię melodyczną z wokalu to zbiór, który cały czas się powiększa i który cały czas zaskakuje. Słuchając głównie elektroniki nie skupiam się na tekście – zupełnie normalne. Mam coś takiego w sobie, że często się utożsamiam z tym co śpiewa dana osoba, czy nawija dany raper. W przypadku Tame Impala działa to bardzo dobrze, ponieważ wiele wersów chciałbym/mogę przypisać do własnych doświadczeń życiowych, a sposób w jaki Kevin Parker opowiada historię i jak subtelnie rozrysowuje uczucia bardzo mi odpowiada.

Dla mnie peakiem twórczości Tame Impala jest album Currents, który w moich oczach jest arcydziełem. Nie wiem czy jestem wstanie wskazać więcej niż kilka wydawnictw, które tak bardzo mi odpowiadają – w pełni. Kilka ciekawych, pięknych, bolesnych historii, które przedstawia nam wokalista, otulone ciepłymi, psychodelicznymi gitarowymi riffami wraz z intrygującym, rozmarzonym lub bardziej jak kto woli rozmazanym wokalem, który potrafi się tlić nawet gdzieś tam w tle, jako kolejna linia melodyczna.

Patrząc na twórczość zespołu, powinienem wspomnieć o teledyskach. Zaczynając od Feels Like We Only Go Backwards, gdzie koordynacja kolorów i kształtów odłączy nas na chwilę od rzeczywistości po The Less I Know The Better, który ocieka dwuznacznością, jak i nawet delikatną erotyką. W połączeniu z wizją artystyczną Kevina dostajemy jeden z lepszych klipów 2015 roku, w którym nie mogło zabraknąć charakterystycznych, pięknych i kolorowych animacji.

Pisząc o działaniach wokalisty, nie mogę nie wspomnieć o produkcjach, za które jest odpowiedzialny czy przy których maczał palce. Jego wpływ można usłyszeć na takich płytach jak najnowsze wydanie samego Kanyego Westa, czy Travisa Scotta. Również na utworze Tomorrow od Kali Uchis która wydała niesamowicie dobry i ciepły album „Isolation„, a jest to napewno jedna z lepszych płyt tego roku, może nawet najlepsza w swoim gatunku. Zresztą sami sprawdzćie jak wypada Kevin Parker w klimacie neo-soulu/funku/r’n’b. Dla mnie połączenie magicznego, muzycznego tła, które tworzy, ze słońcem, które bije od Kali, w furze (i nie tylko!) przy ostatnich podrygach lata sprawdza się nad wyraz dobrze.

Wybierając kawałki must-hear i to nie tylko ze względu na tekst, ale i na całą oprawę, wspominane już tło, czy zmiany tempa wybrałbym Yes I’m changing oraz New Person, Same Old Mistakes. W pierwszym z nich z rzeczy, które sprawiają, że „utwory mają to coś” mogą być np sample trąbiących aut, na jakiejś zatłoczonej amerykańskiej przecznicy, które właśnie gdzieś z tyłu budują coś wyjątkowego i przyjemnie-przyciągającego. Drugi jest mi cięzko obiektywnie opisać, kiedy jestem zwyczajnie zachwycony tym jak Kevin operuje swoim głosem, aranżacją, tekstem, po prostu wszystkim.

Yes I’m changing, yes I’m gone
Yes I’m older, yes I’m moving on
” – Yes I’m changing

Feel like a brand new person
(But You’ll make the same old mistakes)
I don’t care, I’m in love
” – New Person, Same Old Mistakes

Pitchfork umieśćił każdą z ich płyt w kategorii Best New Music, każdej kolejnej dając większą notę. Często widzę jak artyści próbują wydać kolejny tak samo dobry/lepszy materiał, z raczej średnim skutkiem – bo nie oszukujmy się, nie jest łatwo powtórzyć sukces. A otrzymanie noty 8.5 wypuszczając swój debiutancki krążek to wysoko podniesiona poprzeczka. Ich najnowsze wydanie Currents, to mocne 9, dla mnie jak i dla wcześniej wspomnianego serwisu. Ostatnia wypowiedź Kevina jaką możemy znaleźć na portalach muzycznych czy w internecie brzmi mniej więcej tak, że song-writter będzie zawiedziony, jeżeli niczego nie wyda ze swoim zespołem przed następnym latem, co śmiało możemy potraktować jako małą zapowiedź. Cóż, czekamy Panie Parker!

https://www.youtube.com/watch?v=t-aw7eGDkLo

Whitney Houston

„Kiedy stoję na scenie i patrzę na publiczność, kiedy śpiewam i spoglądam w ludzkie twarze, wiem co jest w ludzkich sercach i wiem co czują. Móc używać mojego daru od Boga to prawdziwe szczęście”.

9 sierpnia 1963 r. w Newark na świat przyszła jedyna córka gospelowej piosenkarki Emily „Cissy” Houston i Johna Russella Houstona — Whitney. Od najmłodszych lat przejawiała talent i wrażliwość, a wychowanie w artystycznej rodzinie pozwoliło jej rozwinąć skrzydła dość wcześnie. Już w wieku 11 lat idąc śladami matki, została solistką w gospelowym chórze dziecięcym w baptystycznym Kościele Nowej Nadziei w Newark.

Whitney z matką w studiu nagraniowym

Dokładnie 11 lat po tym debiucie Houston nagrała swój pierwszy album studyjny zatytułowany po prostu Whitney Houston, który okazał się międzynarodowym hitem, sprzedając się w nakładzie 13 mln egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych i został najczęściej kupowanym debiutem solowej artystki w historii muzyki. Do dziś sprzedano około 25 mln kopii na całym świecie.

Kariera Whitney Houston szybko nabrała tempa. Na rynku pojawiały się kolejne nagradzane płyty, krytycy muzyczni otwarcie docenili jej talent, a fani pokochali wrażliwość. Swoją muzykę promowała podczas światowych tras koncertowych, w które wyruszała wraz z całą rodziną. Kolejnym przełomowym momentem w karierze piosenkarki była rola w kinowym hicie Bodyguard. Ścieżka dźwiękowa do filmu stała się najczęściej kupowanym soundtrackiem w dziejach muzyki, a singel "I Will Always Love You" — najlepiej zarabiającym kobiecym singlem i szóstą najczęściej kupowaną piosenką w historii.

Whitney Houston pokazała światu, że muzyka nie ma granic i nie podlega podziałom. Podczas swojej ponad 25-letniej kariery wydała albumy i single, które rozeszły się w nakładzie przekraczającym 170 mln egzemplarzy. Była czwartą najlepiej zarabiającą artystką muzyczną według Recording Industry Association of America i najczęściej nagradzaną w dziejach według księgi rekordów Guinnessa. Whitney Houston została także uznana przez magazyn Rolling Stone za jedną ze 100 najlepszych gwiazd muzyki wszech czasów.

Lauryn Hill

Lauryn Hill to wokalistka, która swoim silnym i zmysłowym głosem oraz  poruszającymi tekstami zdobyła rynek R&B, pod koniec lat 90. wydając swój pierwszy solowy album The Miseducation of Lauryn Hill. Płyta bardzo szybko okazała się artystycznym i komercyjnym sukcesem, pobijając przy okazji kilka rynkowych rekordów. 25 sierpnia br. minie 20 lat od premiery jej doskonałego debiutu. Z tej okazji Lauryn Hill figuruje jako Artystka Tygodnia w Radiu LUZ na 91,6 FM. Jeżeli chcecie przypomnieć sobie to wspaniałe wydawnictwo, włączcie radio o 10:30, 11:30, 13:00 lub chwilę po północy.

Muzyka towarzyszyła Lauryn od najmłodszych lat, kiedy to rodzice bardzo często słuchali w domu płyt takich artystów jak np. Stevie Wonder, Aretha Franklin czy Marvin Gaye. Twórczość ich pozostawiła w niej miłość do takich gatunków jak soul, jazz czy funk. Mając 13 lat wystąpiła pierwszy raz w słynnym Apollo Theater śpiewając własną wersję utworu Smokey Robinson Who's Loving You? zbierając początkowo ostrą reakcję ludzi. Jednak nastoletnia Lauryn wytrzymała to napięcie i z sukcesem zakończyła występ.

Będąc w szkole średniej dzięki bratu poznała Michaela Prasa, który zaproponował jej dołączenie do jego projektu Tranzlator Crew. Chwilę po Lauryn do składu dołączył  Wycleaf Jean. Gdy  zespół się rozpadł to właśnie ta trójka artystów uformowała nową grupę, którą nazwali The Fugees. Po mało udanym debiucie w 1994 r., dwa lata później zespół wydał świetnie odebrany album na całym świecie The Score, który został uznany za jedną z najważniejszych płyt czarnej muzyki lat 90. Niestety sukces zespołu The Fugees okazał się być jednorazowy. Do 1996 r. wokalistka była związana z Jeanem, którego porzuciła dla syna Boba Marleya – Rohana. Było to jedno z wielu nieporozumień i wspólnych pretensji w zespole, które negatywnie odbiły się na atmosferze i przyczyniły się do tego, że każdy z członków grupy zajął się rozwojem swojej własnej kariery.

Poznanie  Rohana Marleya, z którym Lauryn Hill nawiązała romantyczną relację, a chwile potem zaszła w ciążę i inne okoliczności w jej życiu zainspirowały ją do stworzenia solowego albumu. Napisała ponad trzydzieści utworów, których tematyka dotyczyła macierzyństwa, miłości, Boga ale również pojawiły się teksty, w których Lauryn atakowała członków The Fugees. Większość nagrań odbyło się w stworzonym przez Boba Marleya Tuff Gong Studio w Kingston na Jamajce.

Debiutancki krążek Hill jest w całości wyprodukowany i stworzony przez wokalistkę, która twierdziła na przekór wytwórni Columbia Records, że nikt nie będzie wiedział lepiej jak opowiedzieć jej historię niż ona sama. Podczas tworzenia materiału na pierwszy solowy krążek, Lauryn wyjechała do Detroit, gdzie pracowała wspólnie z legendarną Arethą Franklin, produkując jej singiel  A Rose is Still a Rose. Współpracowała również m.in. z Whitney Houston i wieloma artystami muzyki gospel, hip-hop i R&B. Doświadczenie i inspiracje, które wtedy nabrała przyczyniły się do brzmienia jej pierwszej samodzielnej płyty.

Album The Miseducation of Lauryn Hill dzięki życiowym tekstom, ambitnym melodiom i charyzmie Lauryn sprzedał się w nakładzie 420 tys. sztuk już w pierwszym tygodniu sprzedaży.  Na ten moment liczba sprzedanych egzemplarzy na całym świecie to około.19 milionów sztuk i pomimo upływu lat od premiery nadal sprzedaje się znakomicie. Dzięki wydaniu krążka sygnowanym swoim nazwiskiem, Lauryn w 1999 r. została nominowana, aż w 10 kategoriach do Nagrody Grammy. W efekcie zdobyła 5 statuetek, m.in. w kategorii Najlepszy Album R&B czy Najlepszy Debiutujący Artysta. Hill stała się pierwszą kobietą w branży muzycznej, która jednego wieczoru zdobyła aż 5 nagród.

Jorge Elbrecht

Jorge Elbrecht jest jedną z tych postaci, które mimo wypracowania własnego, niepowtarzalnego brzmienia, pozostają nieco w cieniu głównych nurtów gitarowej alternatywy. Jeśli jednak mowa o Jorge, owo miejsce na marginesie wydaje się jednak być całkowicie świadomym wyborem, który doskonale współgra z charakterem tworzonej przezeń muzyki.

Nie da się ukryć, że w przypadku akurat tego artysty poszczególne tropy twórczości, mimo że dają się łatwo określić nawet przy pierwszym odsłuchu, są jednak umiejętnie zacierane przez nie tyle umiejętności, co raczej styl i – powtórzmy – charakter dzieła Elbrechta. Dowodem tego może być najnowsze długogrające wydawnictwo tego artysty: rozpięty pomiędzy wszystkimi dotychczasowymi fascynacjami Kostarykańczyka album Here Lies, wydany w lutym tego roku. Wraz z opublikowaną kilka dni temu epką Happiness pozwalają one stawiać Jorge wśród takich tuzów brzmienia maźniętego "sentymentem lat minionych", co m.in. Ariel Pink i (skojarzenie bardziej odległe) Jose Gonzales z grupy M83.

W 2010 Elbrecht wydaje pierwszy album, który nazwać można jego autorskim dziełem. Grupa Violens, w której Jorge jest jednocześnie gitarzystą, wokalistą i twórcą wszystkich piosenek, debiutuje z LP zatytułowanym Amoral. Ciepło przyjęty przez fanów i krytykę album pozostaje jednak tylko zapowiedzią wstrząsu, który miał nadejść już za dwa lata, bowiem Elbrecht swoje magnum opus zaprezentował w roku 2012. Materiał True, ponownie sygnowany szyldem Violens, z perspektywy prawie sześciu lat naprzód pozostaje wydawnictwem doskonale kompletnym (zwróćmy uwagę na przykład na stosunek okładki względem reszty materiału).

Powyżej grupa Violens w pełnym składzie, od lewej: Iddo Arad, Jorge Elbrecht, Myles Matheny

Z jednej strony True to podsumowanie dotychczasowych fascynacji Elbrechta, do których zaliczyć można zarówno zamiłowanie do skomplikowanych partii wokalnych, jak również mocną, ale przy tym niezwykle wyrafinowaną sekcję rytmiczną – zarówno jeden, jak i drugi element zaciągają duży kredyt u amerykańskiej sceny hardcore, którą w tym momencie reprezentować będą grupy takie jak Fugazi czy The Dead Milkman. Z drugiej zaś do tej układanki dorzucane są nowe, jeszcze bardziej "ostre" elementy, jak na przykład fascynacja metalem: do tej pory ledwie zauważalna, na przestrzeni True wybuchnąć mogła z pełnym wdziękiem. Jeśli by zaś spróbować podsumowania tego albumu jednym słowem – niech będzie nim właśnie wspomniany „wdzięk”.

Okładki albumów Violens: "Amoral" i "True"

Highlight z "True" (TRZEBA KLIKNĄĆ)

W roku 2012 Elbrecht znalazł się u szczytu swojej kariery. Nic dziwnego, że współpracą z nim zainteresowały się czołowe nazwiska amerykańskiej alternatywy. Wśród nich był między innymi Ariel Pink. Zważywszy na wcześniejszy dorobek obu panów, a także podobny zakres fascynacji przeszłością wespół z czerpaniem z przaśnej americany – ta kolaboracja była tylko kwestią czasu. Chociaż obaj kolegują się właściwie do dziś, wspólnie nagranego materiału nie ma zbyt wiele – jeśli nie liczyć występów gościnnych Jorge na najnowszym albumie Pinka. Zaliczyć do niego można przede wszystkim wydanego pięć lat temu podwójnego singla Hang on to Life, utrzymanego w stylistyce będącą wypadkową gustów Elbrechta i Pinka. W największym uproszczeniu nazwijmy ją soft-rockiem. Mimo to Jorge, jak przystało na twórcę obdarzonego naprawdę szerokimi horyzontami, nie pozostaje wierny jedynie pojedynczej stylistyce. Najlepszym tego dowodem jest dwustronny singiel pobocznego projektu Coral Cross: wydany w 2014 thrash nosi niepowtarzalne piętno songwriterskiego stylu Elbrechta, dzięki któremu nawet ostry formalnie metal nie jest pozbawiony charakterystycznej subtelności.

How to "zasugerowanie zawartości wydawnictwa okładką": Coral Cross – 001 EP

Twórczość Jorge Elbrechta to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto uwagę przywiązuje do wartości czysto akademickich, takich jak kompozycyjne wymuskanie i doskonała produkcja – ale nie tylko. Elbrecht to również postać przykuwająca uwagę tych słuchaczy, którzy w rozchwianych i rozkrzyczanych nurtach emo nie znajdują dla siebie zbyt wiele poza – no właśnie – emo. Jorge jedno z drugim łączy w przystępną, lekkostrawną, a przy tym niepozbawioną oryginalnego charakteru całość, będącą w stanie zarówno wzburzyć rozleniwione upałem wody, jak również skutecznie posklejać złamane serduszka. I co z tego, że gdzieniegdzie wkradać się może kicz? W końcu ten wcale nie musi być uspokajający. Najnowsza epka Jorge może być przy tym doskonałym wstępem do jego bogatej, a przy tym zupełnie niepowtarzalnej twórczości, którą docenią zarówno romantyczni miłośnicy Cocteau Twins, jak również zatwardziali fani Red Hot Chilli Peppers. Nie ma co jednak przywoływać tutaj nazw konkurencyjnych bandów, bowiem Elbrecht stanowi klasę samą dla siebie.

https://jorgeelbrecht.bandcamp.com/album/happiness-ep

Kate Bush

Urodziła się w muzycznej rodzinie i od najmłodszych lat grała na skrzypcach i pianinie. Zaczęła komponować już w wieku 12 lat. 4 lata później podpisała swój pierwszy kontrakt z EMI, dzięki, nie byle komu, bo Davidowi Gilmourowi z Pink Floyd. Albumem pełnogrającym Kick Inside zadebiutowała w 1978r, gdy jeszcze miała 19 lat. W tym samym wieku wydała swój pierwszy singiel, który zrobił furorę nie tylko wśród krytyki, ale cały świat się nią zachwycił, miał tytuł: „Wuthering Heights".

Kate Bush w swojej karierze tylko raz wyruszyła na trasę koncertową i było to po pierwszych dwóch wydanych albumach. Niestety wykończona trudami decyduje się nie podejmować kolejny raz tego wysiłku — jej wystąpienia to były spektakle z choreografią i specjalnie przygotowaną scenografią — podczas których Angielka sama tańczyła, grała i śpiewała. Nie lubiła popularności, ale uważała, że jeśli muzyk podejmuje się koncertowania, to powinien dać z siebie wszystko.

Brytyjka także nie udzieliła ze zbyt dużej liczby wywiadów. Mimo że te rozmowy są krótkie, można dzięki nim poczuć smak czaru osobowości Kate Bush, którą wyróżnia skromności, brytyjski akcent i charakterystyczny głos.

30 lipca br. Brytyjka skończyła 60 lat, od 40 lat trwa na scenie muzycznej i cały czas jest coś magicznego w niej i jej muzyce. Z tej okazji Kate Bush Artystką Tygodnia w Radiu Luz na 91.6 fm.

Prophet

Prophet to muzyk z San Francisco, o którym świat muzyki funkowej zapomniał na ponad 30 lat. Do 2018 roku umieścił swój pseudonim tylko na jednej płycie dla labelu Treasure Records, a ta nie odbiła się medialnym echem, co oczywiście nie oznacza, że muzycznie była przeciętna. Winyl, który ukazał się w 1984 roku to nieoszlifowany diament,  jednak Right On Time umknęło uwadze krytyków w natłoku albumów większych gwiazd jak np. Prince, który w tym samym roku wydał kultowe Purple Rain.  Los uśmiechnął się na nowo do Propheta aktualnie i mimo upływu lat udowodnił, że nadal jest undergroundową gwiazdą funku.

Życie potrafi zaskakiwać, nawet gdy minie ponad 30 lat, a nasz sen o zapełnianiu sal podczas koncertów nagle ma szansę się spełnić. Prophet i jeden z aktualnych szefów wytwórni  Stones Throw poznali się na muzycznych targach, gdzie to właśnie Peanut Butter Wolf namówił Propheta by ten wskrzesił swoją karierę muzyczną. Nie musiał go długo namawiać.

Peanut Butter Wolf to kolekcjoner płyt winylowych, producent i DJ, który kupił album w jednym ze sklepów w San Francisco na początku XXI wieku, nie wiedząc nic o enigmie, która była jego autorem, dopóki Prophet nie przedstawił się na nagraniowych targach. Prorok na zaproszenie Wolfa otworzył koncert Snoop Dogga & Dam-Funka w 2013 roku, a chwilę później zapoznał go z  producentem MNDGNSem (który jak się okazało również był fanem twórczości muzyka z lat '80.) i tak rozpoczęli pracę nad tegorocznym albumem Wanna Be Your Man. Dla niedoszłej gwiazdy funku, obserwującej aktualne trendy to na pewno potężne wyróżnienie, ale przede wszystkim spóźnione spełnienie marzeń i powód by wierzyć, że muzyka przetrwa wszystko. 

Jeśli macie ochotę na delikatne, czasami dziwne, sensualne brzmienie, czerpiące z takich gatunków jak funk, soul, disco, boogie, czy hip-hop – odpalcie Propheta. Gwarantuję Wam, że takiego funku nie doświadczycie na żadnym innym, współcześnie wydanym materiale.