Archiwum

VOO VOO

Jeżeli singiel promujący 17 płytę w karierze skłania coraz to liczniejsze grono gwiazd szeroko pojętej alternatywy do tańca w rytm wydanej muzyki, to znak, że mówimy tu o prawdziwym fenomenie polskiej sceny. Dlaczego Olaf Deriglasoff się porusza w rytm Się PoruszamVoo Voo artystą tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

O zespole Voo Voo w polskich mediach branżowych i tych mniej skupionych na muzyce chyba wszystko zostało już powiedziane. W końcu kolektyw rządzony przez Wojciecha Waglewskiego jest aktywny na scenie od 33 lat. Przez ten czas zespół sprezentował nam 28 wydawnictw studyjnych i 8 koncertowych, więc widać, że Voo Voo przez cały ten czas nie dawało o sobie zapomnieć i było w pierwszym szeregu awangardowego grania rocka. Za Niebawem to najnowsza, bo wydana 15 lutego płyta Wojciecha Waglewskiego i jego zespołu. Składa się z 11 premierowych kompozycji, których łączny czas trwania to 58 minut. Ta niecała godzina wystarczyła, aby Voo Voo dokonało kolejnej już wolty stylistycznej w swoim repertuarze. Jest swingująco, jest miejsce na bluesa, na muzykę świata, jest tanecznie i chyba taniec to w tym wypadku słowo-klucz.

Znalezione obrazy dla zapytania voo voo

„Na wszystko tańczę” jest niejako mottem tej płyty. To w ten sposób lider zespołu określa swoje nastawienie wobec otaczającej jego i słuchaczy rzeczywistości bliższej i dalszej. Wszystko z ciepłym uśmiechem na ustach i wygodnych butach. Taki jest właśnie klimat ostatniej płyty warszawskiego kolektywu. Dodatkowo w charakterze gości można usłyszeć tam siostry Przybysz, które biorą udział w dwóch piosenkach. Należałoby najpierw dokładnie przyjrzeć się singlowi promującemu Za Niebawem, czyli Się Poruszam. Opatrzony jest on obrazem tańczącej Nadii Vadori – Gauthier, która po zamachu na Charlie Hebdo w 2015 roku postanowiła wyrażać swój sprzeciw wobec przemocy, tańcząc minutę dziennie.

Znalezione obrazy dla zapytania nadia vadori-gauthier

Jedno z jej nagrań zostało zaprezentowane reszcie zespołu przez Karima Martusewicza jako potencjalny materiał na teledysk. „Dopiero wtedy padła decyzja o wykorzystaniu tego materiału i użycie go do zilustrowania Się Poruszam. Samej Francuzce wyjątkowo spodobał się ten motyw i przesłanie całego utworu, bo w pełni koresponduje ono z jej misją. Akcja z „tańczeniem na wszystko” niezwykle szybko podbiła serca scenicznych kolegów Wojciecha Waglewskiego, którzy wrzucają na portale społecznościowe nagrania swoich tańców. A wśród nich choćby Olaf Deriglasoff.

Samo Za Niebawem zaczyna się w sposób bardzo niepozorny i kojarzący się z poprzednią płytą Voo Voo (7). Obie części Niespiesznie snują się w oparach trąbki i pogwizdywania, na leniwym bicie i lekko bluesowym riffie. Zupełnie jest Takie Tam 1 i 2 z gościnnym udziałem sióstr Przybysz, które zapewniają gospelowe chórki. Same piosenki są jazzujące i opatrzone ironiczną deklaracją Waglewskiego

„Dziś nie kupuję gazet Ani sobie, ani żonie By nikt się nie dowiedział Po której jestem stronie”.

Znalezione obrazy dla zapytania voo voo

Przybysze to kolei lekko psychodeliczna wariacja na temat country, do której aż chce się wykonywać ruchy ciałem. Jeżeli pierwsza część Się Poruszam, jest już bardzo taneczna, tak druga podnosi energetyczną atmosferę do granic możliwości. Tropikalne rytmy, plemienne zaśpiewy i wszystko to spięte poprzez instrumentarium Voo Voo. Zespół w swojej twórczości sięga po mnóstwo inspiracji, wśród których można wskazać nawet punk. Riff otwierający Nocą mógłby znaleźć się z powodzeniem na płytach The Clash. Jest bardzo surowo, ale w przemyślany sposób; artystyczny. Dopełnieniem łobuzerskiego charakteru piosenki jest zadziorny tekst i pogwizdywanie w refrenie.

Nieud to z kolei utwór bardzo rytmiczny, w którym na pierwszy plan wysuwa się sekcja rytmiczna, wokół której stworzona jest na podobieństwo szlochu partia gitarowa i refreny stanowiące małe crescenda w piosence, dzięki zaśpiewom lidera. Zupełnie inny obraz rzeczywistości jest ukazany w obydwu częściach Dzie Ci Kwiaty. Pierwsza z nich cechuje się pewnymi rozmyślaniami na temat hipisowskich ideałów i możliwości realizowania ich współcześnie, czemu wtóruje wyjątkowo optymistyczny riff gitarowy i basowy groove. Część druga brzmi w bardzo duszny i podbarwiony instrumentami dętymi sposób, co spodobać się może wszystkim fanom King Krule, przez swoją lekko narkotyczną atmosferę.

Znalezione obrazy dla zapytania voo voo za niebawem

Zwieńczeniem  jest piosenka Z Ostatniej Chwili, w której udział wzięły siostry Przybysz. Znowu odpowiedzialne one były za gospelowe wtręty, które w doskonały sposób wpasowały się w ciepłe brzmienie utworu. Jest to bardzo ładne zamknięcie płyty, w którym można doszukiwać się odniesień do poprzednich utworów z wydawnictwa.

Znalezione obrazy dla zapytania voo voo

Za Niebawem to muzyczny pomnik naszych czasów, który zafundowało nam Voo Voo. Czasów, w których możemy oddawać się nostalgii, wyrażać sprzeciw, stawiać na gorzką ironię, ale najważniejsze jest nastawienie. Trzeba tańczyć na pewne rzeczy i nie przejmować się nimi, aby w ten sposób zaznaczyć swój sprzeciw. Jeżeli możemy to wszystko robić przy tak sympatycznym i porywającym akompaniamencie, to należy z takowej okazji skorzystać i sięgnąć już teraz po najnowsze wydawnictwo Wojciecha Waglewskiego i zespołu.

Dawn Richard

Dawn Richard po perypetiach z grupami Danity Kane i Diddy Dirty Money rozwijała solową karierę. Potężny głos był zawsze jej największym atutem jednak albumy nie zawsze spotykały się z aprobatą mediów i słuchaczy. 2019 rok może okazać się przełomowy. Album pt. New Breed to niewątpliwie najjaśniej świecący punkt w jej dotychczasowej karierze.

https://www.youtube.com/watch?v=hZMDtsmScY4

Zmieniała pseudonimy kilkukrotnie; najnowszy album sygnuje jako DAWN choć możecie spotkać się z takimi aliasami jak Dawn Angelique czy D∆WN. Charakterystyczne imię (z ang. „świt”) i nazwisko po raz pierwszy poznaliśmy w 2005 roku gdy artystka pojawiła się w telewizyjnym show Making the Band. Wtedy powstał też girlsband Danity Kane, a ich pierwszy album podbijał listy przebojów m.in. wspinając się na szczyt listy Billboardu i wyprzedzając takie gwiazdy jak Christina Aguilera czy zespół Outkast. Na rozpoznawalność grupy wpłynął także Sean Combs czyli popularny Puff Daddy, który był producentem programu, a później współpracował z Dawn także przy okazji twórczości Dirty Money.

 

Nie tak dawno piosenkarki próbowały wrócić jako Danity Kane, występując w programach na żywo z hucznym singlem sprzed dekady Showstopper, ale próba oparta na sentymencie nie została ciepło przyjęta. Dawn Richard musiała przebić się przez wiele przeciwności losu aby wrócić „do gry”.  Swoją szansę wykorzystała w solowym manfeście.

Wróciła jako 35 letnia artystka, świadoma swoich celów. Zapamiętano ją jako wokalistkę, którą branża niekoniecznie traktowała poważnie.  Z jednej strony pozwoliło to zbudować jej pozycję na scenie popowej, z drugiej odebrało szczerość wyrazu. R&B bardzo łatwo da się z niej oskubać, traktować z przymrużeniem oka, jako gatunek przeznaczony dla sekcji wyłącznie rozrywkowej. Amerykanka zmyślnie łamie ten stereotyp nagrywając płytę odważną i różnorodną, zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej.

Poczucie pewności siebie jest wszechobecne. Zależnie czy numer ma podtekst seksualny czy rasowy, dotyczy spraw serca czy rozumu, przez Dawn przepływa szczerość. Dzięki tym różnicom New Breed zaskakuje wielością wyrazu. Dawn udowadnia, że muzyka popularna nie musi kojarzyć się z powierzchownością i tanim przesłaniem. Tegoroczny materiał to konceptualna podróż przez zmieniającą się rzeczywistość, obserwowaną jej oczami.

Kiedyś przyklejono jej łatkę piosenkarki z plakatów, a dziś śpiewa:

Jestem lwem, Jestem kobietą, Nic mnie nie zatrzyma, Robię to, czego naprawdę chcę, jestem, jestem, jestem!

Dawn Richard tworzy utwory, które jako tło mogłyby sprawiać wrażenie zwiewnych, tanecznych, przyjemnych ballad osadzonych w stylistyce rhythm & blues. Zdecydowany zwrot w jej karierze ku często bezczelnej szczerości stawia ją w miejscu artystki zaangażowanej.

Pod pierzyną romantycznych dźwięków gromadzi opowieści wzięte z życia dziewczyny dorastającej w dziewiątej dzielnicy Nowego Orleanu pośród spraw, które wzmocniły jej dzisiejszą tożsamość. Wątek pochodzenia jest kluczowym pośród poruszonych w utworach. Między innymi zwraca uwagę na powszechne zjawisko mizoginii i maskulinizacji ról społecznych, odwołuje się do kultury rdzennych Amerykanów, śpiewa o rasizmie, kategoryzacji, miłości. Na jednej playliście treściowo syntezuje odmienne elementy swojej osobowości, dając do zrozumienia jak pewnej siebie artystki słuchamy. Mamy nadzieję, że tą śmiałością Dawn Richard zainspiruje Was do działania… do usłyszenia na 91.6 FM.

George Clanton

ESPRIT 空想, Mirror Kisses, George Clanton – trzy projekty wyjątkowo utalentowanego twórcy z Nowego Yorku, którego sylwetkę postanowiliśmy przybliżyć wam na 91,6 FM.
George Clanton Artystą Tygodnia w Radiu LUZ!

Pierwszy utwór Clantona, jaki miałem okazję usłyszeć, to "Summer Night", kawałek który pochodzi z pod jego vaporwave’owego szyldu – ESPRIT 空想 – projektu, który w okresie gdy interesowałem się tym nacechowanym odniesieniami do estetyki i komputerowej kultury lat 90-tych nurtem, był jednym z moich faworytów. Jednak jak twierdzą redditowcy, vaporwave is dead, a George Clanton wciąż pozostaje aktualny, płynnie poruszając się pomiędzy gatunkami. Jego najnowszy krążek, Slide, to wciąż kawał nostaligii za ninetiesami, z tym że bliżej mu do Nirvany, niż do dźwięków Windowsa 98.

Jak wypowiada się artysta, od małego interesował się muzyką elektroniczną, a jego ulubionym zespołem za dzieciaka było The Prodigy. Jednak przez wiele lat George zajmował się głównie muzyką gitarową. Dopiero gdy zaznajomił się z twórczością New Order, zespół ten zainspirował go do tworzenia muzyki elektronicznej.  Inspirację tą słychać wyraźnie na utworach Mirror Kisses bo taką nazwę nosi pierwszy projekt w karierze młodego artysty. Muzyka, którą usłyszymy na krążku Bad Dreams, czy Heartbeats, opływa brzmieniem lat 80-tych. Poza o wiele bardziej złożoną, ciekawszą produkcją, chyba najbardziej charakterystycznym elementem wyróżniającym muzykę Mirror Kisses jest głęboki wokal, momentami przypominający Iana Curtis’a z Joy Division. Fascynację muzyką elektroniczną można też zauważyć, gdy słuchamy jego setów. Już jako Esprit zagrał nasycony estetyką vaporwave set na Twitch.TV, platformie, która głównie służy do streamowania gier komputerowych. Można, a nawet trzeba odnaleźć to widowisko na choćby YouTube.

A jeśli już mowa o ESPRIT; tym razem jest to już „klasyczny” vaporwave – instrumentalne numery, połączone z city-popowymi samplami. Muzykowi zawsze odpowiadało brzmienie tego podgatunku muzyki elektronicznej. Jednak to, że gatunek mu się podobał nie oznaczało, że pozostanie on cały czas uwięziony w przyjętej konwencji. Na późniejszych wydaniach ESPRIT 空想 pojawiały się numery, które często zawierały szczyptę innowacji w znanej już formule.

Natomiast Slide, najnowszy album, to najbardziej autentyczne i szczere dzieło Georga Clantona. Dźwięki, jakie możemy usłyszeć na tej płycie to połączenie zwiewnych klimatów vaporwave, ale w bardziej popowym, scenicznym wydaniu. Jego głęboki wokal, płynące prosto z serca teksty oraz ciekawa produkcja to przyszłość muzyki, której filarem jest nostalgia, czerpanie z minionych dekad, by zbudować coś świeżego i ciekawego.

Początki kariery Goerga Clantona ściśle związane są z undergroundową sceną internetową. Można rzec, że zarówno Clanton jak i jego druga połówka, Negative Gemini, to owoce rozwijającej się internetowej sceny DIY. Przeważnie są to artyści, którzy tworzą muzykę w domowym zaciszu, w swojej sypialni lub piwnicy, ślęcząc godzinami przed komputerem i tworząc dźwięki od podstaw. Ma to swoje minusy – przede wszystkim wymagana jest tu duża determinacja, jednak efekty takiej pracy nie są zbrukane poprzez wymagania postawione przez label, czy nawet oczekiwania publiczności. Zazwyczaj tego typu muzyka, to czysta artystyczna wizja twórcy.

Jeżeli chodzi o związek Clantona z Negative Gemini, należy wspomnieć, że muzyka obojga artystów, choć różniąca się pod wieloma względami, klimatycznie funkcjonuje w symbiozie. Nie boją się eksperymentować, wychodzić ze swojej strefy komfortu. Nic więc dziwnego, że często grają wspólne koncerty, które zarówno estetycznie, jak i muzycznie, świetnie się dopełniają. Po rozmowie z Georgem dowiedziałem się, że już niebawem ich współpraca może przejść na inny poziom. Okazuje się, że najprawdopodobniej w 2019 roku usłyszymy pierwszą pełnoprawną kolaborację z Lindsey.

Co więcej, gdy zapytałem się George’a o plany najbliższą przyszłość, zdradził, że aktualnie pracuję nad projektem z prawdziwą legendą rock’n’rolla i wkłada w to całą swoją kreatywną energię. Choć projekt wciąż jest w bardzo wczesnym stadium, i nie ma jeszcze określonej daty wydania, to rozwija się bardzo szybko i prawdopodobnie zobaczy światło dzienne w następnym roku. 2019 będzie więc bardzo pracowitym rokiem dla artysty. Oprócz już wspomnianych niespodzianek, George dodał, że ma również zamiar współpracować z zespołem Satin Sheets.

George Clanton jest przykładem artysty, który wciąż ewoluuje i szuka swojego miejsca w muzycznym krajobrazie. Choć wydany w tym roku Slide jest jak dotąd najbardziej osobistym i prawdziwym dziełem artysty, nie wydaje mi się, aby następne jego wydania, szczególnie biorąc pod uwagę pozyskane informacje, przestały nas zaskakiwać. Do usłyszenia w 2019, George!

Materiał przygotował Jakub Czechorowski

Bartosz Kruczyński

W twórczości tego artysty łatwo się pogubić. Zarówno ze względu na mnogość wydanych płyt, jak i coraz to nowych  pseudonimów, którymi się posługuje. Choć ostatnio zadanie stało się trochę łatwiejsze, bo część swoich muzycznych dzieci wypuszcza na światło dzienne pod własnym nazwiskiem. Mowa o Bartoszu Kruczyńskim, jednym z najbardziej płodnych i gatunkowo nieuchwytnych producentów w Polsce.

(więcej…)

The Drums

Wydaje się, że na The Drums uwzięli się wszyscy.

Po początkowym zachwycie nastroje opadły dość szybko, a istnienie całego zespołu to ciągły proces metamorfozy, niekiedy  naprawdę bolesnej. Za to silnie zazębionej z życiorysami członków zespołu.

Jonathan Pierce – frontman, wokalista, główna postać, od 2016 r. jedyny stały członek zespołu.

W kilku wywiadach przyznał, że od zawsze odpowiadał za niemal całość twórczości The Drums. Pomysłodawca całego projektu, bliski przyjaciel Jacoba Grahama. To Pierce miał nadawać charakter zespołowi i tworzyć ogólną estetykę całej twórczości.

Image result for jonathan pierce the drums

Wywodząc się z rodziny pastorów kościoła pentekostalnego traktował The Drums jako sposób na wyrażenie siebie, wyzbycie się przeszłości ze swojego życia, znalezienie swojej przestrzeni w życiu prywatnym i zawodowym. Tej energii ma w sobie tyle, że już siódmy rok tworzy niemal samodzielnie cały zespół, pod którego etykietą wyszły już cztery albumy. Jego rola w życiu zespołu jest niemal równie ważna, jak zespołu w jego życiu. Bez The Drums nie byłoby Pierce’a, bez Pierce’a nie byłoby The Drums. I wydaje się, że obydwie strony wolałyby, żeby to zdanie pozostało jedynie zabiegiem artystycznym.

Jacob Graham – facet od syntezatorów, początkowo także współtworzący utwory i budujący cały zespół. Pomimo szybkiego sukcesu i wybuchu popularności szybko stracił zainteresowanie projektem, najpierw wyzwalając swoje artystyczne zapędy jako Cascading Slopes, potem oddając się sztuce prowadzenia kukiełek w nowojorskim teatrze lalek. Obiegowa opinia mówi, że bycie animatorem jest dużo bliższe sercu Grahama, niźli granie w zespole popowym.

Image result for jacob graham the drums

Współtworząc zespół ze swoim bliskim przyjacielem Graham, zaangażował się weń całym sercem. Jednak zapał ten opadł szybko, zamieniając się w zniechęcenie i długotrwały marazm twórczy. Już przy tworzeniu Encyclopedia z 2014 roku Pierce’a martwił brak zaangażowania ze strony Grahama.

Obydwaj poznali się na obozie biblijnym blisko ćwierć wieku temu. W tym czasie stworzyli dwa projekty muzyczne, Elkland i The Drums. W międzyczasie Graham zrezygnował z działalności w tym drugim, podjął się realizacji własnych idei muzycznych (utwór Wild Geese znalazł się zarówno na albumie Encyclopedia jak i na Towards a Quaker View of Synthesizers Grahama), aby na koniec kompletnie zmienić branżę.

Adam Kessler – gitarzysta, jeden z czwórki oryginalnych członków The Drums. Chociaż nie zakładał zespołu, to pojawiał się obok Pierce’a i Grahama od samego początku. Także zrezygnował z działalności w zespole najwcześniej, bo już w 2010 roku. Chociaż początkowo zespół miał być z d r u z g o t a n y tą decyzją, niedługo później Pierce stwierdził, że odejście Kesslera to ciche błogosławieństwo dla zespołu.

Image result for adam kessler the drums

Kessler uczestniczył w wydawnictwie jedynie pierwszego albumu zespołu wydanego w 2010 roku, nazwanego tak samo jak zespół. Jego działalność w zespole wydaje się dość przypadkowa, jednak określana jest w zupełnie inny sposób, przypisując mu z pewnego powodu istotny wpływ na podwaliny całego zespołu. I to będąc rozmieszczonym na całym spektrum atrakcyjności – Pierce co najmniej szorstko stwierdził, że nie jest w żaden sposób zainteresowany losem Kesslera, nie ma pojęcia co on robi i co zamierza. Początkowo twierdził jednak, że rozstanie z gitarzystą miało być wielkim problemem dla zespołu. Ze strony logistycznej i organizacyjnej na pewno.

Conor Hanwick – przez pierwsze dwa lata perkusista, po odejściu Adama Kesslera okazjonalnie go zastępował. Tak samo jak oryginalny gitarzysta dołączył do zespołu w jego pierwszym roku działalności, tuż przed rozpoczęciem pierwszej trasy. Odszedł z zespołu tuż po skończeniu trasy promującej Portamento, powracając okazjonalnie do grania razem z Piercem i Grahamem.

Image result for connor hanwick the drums

Działalność Hanwicka w zespole nie odznaczyła się specjalnie mocno ja charakterze twórczości prezentowanej przez The Drums. Sam perkusista-gitarzysta nie powracał do współpracy z Piercem w publicznych wypowiedziach, czemu Pierce dłużny nie pozostawał. Stwierdził w 2014, że The Drums to od początku byli on i Graham, jako nierozłączny duet twórców, a pomimo ciepłej atmosfery w zespole odejście Kesslera i Hanwicka skończyć się miało jedynie odreagowaniem w postaci kolejnych nagrań. Pomimo pewnych inspiracji, głównym udziałem Hanwicka miało być jedynie zaistnienie w zespole, a nie tworzenie zmian.

Po dziewięciu latach, czterech albumach i blisko tuzinie stałych i tymczasowych członków zespołu w The Drums trzyma się w zasadzie trzech stałych elementów – Jonathana Pierce’a, optymizmu w formie i cynicznego pesymizmu w przekazie.

O The Drums (w całości i w szczegółach) słuchaj w Akademickim Radiu Luz – codziennie, przez cały tydzień, a zwłaszcza o 00:00 i 14:00.

Dead Can Dance

6 lat- dokładnie tyle czekali fani na nowy, dziewiąty album dołączający do muzycznego portfolio tego brytyjsko-australijskiego duetu. Drugiego listopada nakładem wytwórni PIAS ukazał się Dionysus– najbardziej spójny materiał w ich dyskografii, a w przyszłym roku pojawią się na aż dwóch koncertach w Polsce. Dead Can Dance Artystą Tygodnia w Radiu Luz.

Dead Can Dance to grupa stworzona przez brytyjczyka Brendana Perry i australijkę Lisę Gerrard w 1981 roku, niedługo potem duet ten podpisał kontrakt z jedną z najsławniejszych wytwórni muzyki alternatywnej- 4AD, i choć ich pierwszy album zatytułowany po prostu Dead Can Dance, który muzycznie oscylował wokół gotyku i industrialu, nie odniósł dużego sukcesu, formacja ta do dziś jest zaliczana do jednego z najważniejszych zespołów prezentujących alternatywne spojrzenie na world music z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko rozumianego nurtu dark independent. Twórczość Dead Can Dance nie jest łatwa do sklasyfikowania- duo błyskotliwie łączy muzykę średniowieczną i renesansową, folk z różnych krańców Europy, brzmienia piszczałek, cymbałów i liry z zimnofalowymi, rockowymi klimatami, ale w ich twórczości znajdziemy także elementy ambientu, jazzu czy muzyki ludowej. Lisa Gerrard olśniewa skalą głosu (kontraltem) i umiejętnością nagłego przeskakiwania od niskich dźwięków do wysokich tonów. Perry wprowadza swoimi interpretacjami chwilami nieomal rockandrollowy klimat. Częstymi motywami piosenek grupy jest smutek, żal czy odwieczne poszukiwanie przez człowieka sensu życia. 

‘’Najsilniejszym wrażeniem było poczucie czegoś wyjątkowo oryginalnego” – dokładnie w ten sposób opisał pierwsze usłyszane przez siebie nagranie demo Dead Can Dance szef wytwórni- 4AD Ivo Watts Russel i choć był on niesamowicie oczarowany niezwykłym głosem Lisy Gerrad do dziś sam przyznaje, że pierwszym studyjnym albumem Dead Can Dance  który zrobił na nim wrażenie był trzeci krążek zespołu wydany w 1986 roku – Within The Realm of Dying Sun– na ktorym Lisa i Brendan współpracowali z producentem Johnem Riversem i czerpali inspiracje z motywów muzyki etnicznej, chorałów gregoriańskich czy w ogóle szeroko rozumianej muzyki dawnej. ‘’To brzmiało jak nic dotąd’’- wspomina Ivo.

https://www.youtube.com/watch?v=rdjqIBZoIEY&list=PLqxRzGMxZxf0pXUOozmWO4uQcSavNQ_yo

Na przestrzeni całej kariery Dead Can Dance dwukrotnie ogłaszało zakończenie współpracy i rozpad zespołu- pomiędzy tymi wydarzeniami miała miejsce ich wielka trasa koncertowa, która odbyła się w 2005 roku i dawała fanom nadzieję na powstanie nowego materiału- niestety, ten nie pojawił się, a członkowie zespołu tlumaczyli ten fakt zmęczeniem spowodowanym długą serią koncertów. W czasie kiedy działalność Dead Can Dance stała pod znakiem zapytania równolegle toczyły się kariery solowe obojga muzyków. Lisa Gerrard poza działalnością w zespole jest znana głownie jako kompozytorka muzyki filmowej- współpracowała z takimi muzykami jak Ennio Morricone czy Hans Zimmer, z którym zdobyła Złotego Globa i była nominowana do Oscara za muzykę do filmu ''Gladiator''. Brendan Perry wydał dwa solowe albumy oraz opracował specjalną kolekcjonerską składankę Dead Can Dance, pojawiał się także w nagraniach innych artystów m.in na płytach Hectora Zazou. W jednym z wywiadów Lisa Gerrard o współpracy z Brendanem Perry powiedziała w następujący sposób – ‘’ Kiedy z nim pracuję, towarzyszy nam masa literatury, malarstwa, filolozofii i odkryć, to nie tylko muzyka- ona jest efektem końcowym, i to w nią to wszystko ewoluuje, zaczęliśmy to robić gdy mieliśmy 17 lat i przebrnęliśmy razem przez wiele oczyszczających doswiadczeń- nasza sztuka jest jak korona na naszych głowach, to najważniejsza rzecz jaką posiadamy, reprezentująca kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, Obowiązkiem artysty jest bycie wyrocznią, abstrahowanie w miejscu, w którym się znajdujesz – to jest nasza odpowiedzialność – nie jesteśmy tutaj, aby wyglądać efektownie, jesteśmy, aby dostroić częstotliwość Ziemi i tkanki łączące te rzeczy,  rzeczy, które wywołują podekscytowanie budowania nowego języka- muzyki’’. Lisa Gerrard i Brendan Perry tworzyli parę nie tylko w życiu zawodowym, ale także prywatnym. Długie lata zawieszonej działalności Dead Can Dance były efektem rozpadu małżeństwa muzyków. ‘’‘Przez lata mieliśmy problemy z częstotliwościami elektrycznymi, i przez długi czas nie mieliśmy ochoty pisać razem ani występować na tej samej scenie, Bycie w zespole z kimś jest czymś bardzo realnym: prawdziwa współpraca jest trudniejsza niż małżeństwo" – mówi Lisa. Po serii pożarów w Australii do których doszło w 2009 roku roku Brendan Perry zadzwonił do Lisy Gerrard, by upewnić się, że jest bezpieczna- ta krótka rozmowa telefoniczna pozwolila Dead Can Dance rozpocząć trzecią erę w ich karierze i kto wie, czy gdyby nie ten gest troski mielibyśmy okazję dalej z podziwem obserwować ich wspólne dokonania artystyczne. W kwietniu 2012 roku zespół postanowił zaskoczyć swych fanów i po 16 latach studyjnego milczenia wydał album ANASTASIS, któremu towarzyszło światowe tournee promujące płytę. Dead Can Dance pojawilo się wtedy na aż 3 koncertach w Polsce, w tym m.in we wrocławskiej Hali Stulecia. W kwietniu 2013 roku światło dzienne ujrzała płyta IN CONCERT, która była ponad 100 minutowym zapisem dokonań koncertowych duetu w ramach trasy promującej ANASTASIS, a na wydawnictwie tym główną rolę grały utwory z najnowszego albumu. Dead Can Dance potwierdziło wtedy, ze pomimo ponad 30 letniego stażu i przerwy we wspólnych koncertach nie brakuje im energii, chęci ani pomysłów, a ich koncerty są mistycznym wydarzeniem emanujacym wręcz unikalnym charakterem i niepowtarzalnym stylem.  

Po 6 latach Dead Can Dance powraca z nowym albumem- Dionysus to opowieść skladająca się z 2 aktów i 7 części, które reprezentują rożne strony kultu i mitu Dionizosa. Wydawnictwo to ma być celebracją rodzaju ludzkiego, który żyje w zgodzie i z szacunkiem do natury.  Pomimo tego konceptu zatopionego w greckiej mitologii Dead Can Dance muzycznie wędruje wokół orientalnych klimatów, wyczuwalne są tam motywy arabskie oraz hinduskie- co ciekawe Lisie i Brendanowi udało się połączyć te wszystkie światy w jedną spojną całość. Dynamiczne perkusjonalia, szalone pogańskie okrzyki, biały śpiew, płynące w tle chóry, oniryczne wokalizy – to narzędzia których użyli muzycy, by oddać klimat starożytnych dionizji czy bachanalii.  Jako jedną z inspiracji do powstania Dionysusa Brendan Perry wymienia najbardziej transcendentne doświadczenie w swoim życiu. Około dwie dekady temu muzyk wraz ze swym bratem udał się do Hiszpanii, gdzie w towarzystwie bębnów i innych instrumentówi wzięli udział w lokalnych uroczystościach pochodzących z czasów inkwizycji. ‘’Po kilku godzinach grania wpadłem w trans- włóczyłem się po ulicach, poznawalem innych grających na bębnach muzyków i bez przerwy piłem wino i jadłem oliwki, którymi karmili mnie ludzie’’ – kiedy teraz spogląda wstecz na to doświadczenie opisuje je jako ‘’bardzo dionizyjskie’’.

https://www.youtube.com/watch?v=oBV0pWGXWWg

''Nigdy nie myślałam o tych, którzy słuchają naszej muzyki, jako o fanach. Wierzę, czuję, że to niezwykły związek. I ten związek powstał poza światem popkultury, nasza muzyka nigdy nie była przeznaczona na listy przebojów, nigdy nie była nachalnie reklamowana, sprzedawana jako produkt. Ci, którzy jej słuchają, dotarli do niej sami, włożyli w jej słuchanie czas, emocje.'' – to słowa Lisy Gerrard w jednym z wywiadów- a ci z was, którzy są w niezwykłym związku z Dead Can Dance będą mieli okazję usłyszeć zespół na żywo już w czerwcu przyszłego roku na warszawskim Torwarze.

 

Muzyka Dead Can Dance będzie towarzyszyła Wam na naszej antenie przez najbliżyszy tydzień- w porannym paśmie Audiostarter oraz codziennie o północy i o 14:00. 

 

 

 

 

 

Zola Jesus

 

Po świetnie przyjętym albumie pt. Okovi kontynuuje trasę koncertową po Europie. W listopadzie wokalistka zagra w Warszawie, Sopocie, Poznaniu i Wrocławiu. Zola Jesus – Artystką Tygodnia w Radiu LUZ.

Zola Jesus, albo Nika Roza Danilova albo Nicole Hummel to amerykanka o rosyjskich korzeniach,  niezwykle silnej barwie głosu i wielowymiarowej twórczości muzycznej.  Początki jej fascynacji muzyką to przede wszystkim brzmienia gitarowe. Wówczas powstał jej pseudonim artystyczny, który wywodzi się od połączenia tożsamości dwóch silnie symbolicznych; Jezusa Chrystusa, centralnej postaci religii chrześcijańskiej i francuskiego pisarza Emila Zoli, przedstawiciela naturalizmu. Związku… należy szukać w brzmieniu artystki, które ewoluuje wraz z koncepcją albumu.

w utworach Zoli Jesus spotykają się i noise i żywy, elektroniczny bit,  znajdzie się też miejsce dla mrocznego tła, a nawet popowych singli. Do wszystkiego, na front wychodzi  operowy, przenikliwy wokal. Jak w każdym przypadku ten eklektyzm gdzieś się kończy, a więc ma swoje lepsze i gorsze zaułki, jednak wszechstronność artystyczna Zoli budzi pełen podziw bo w większości przypadków jej pomysłowość kończy się sukcesem. Jeśli miałbym wybrać ulubione momenty w twórczości Zoli Jesus to zdecydowanie bliżej mi do tej Zoli z The Spoils niż z Taigi. Dlaczego? Warstwa muzyczna  (teh drugiej) w swojej formie jest przystępniejsza, mniej eksperymentalna, zamiast mroku dostajemy słodszą >>nadzieję<<. I choć w The Spoils było więcej alternatywnego myślenia, więcej wolności i lo-fi, to dzięki Taidze artystka mogła uwypuklić swój największy atut: czyli głos, który na pierwszym długogrającym materiale gubił się gdzieś pomiędzy syntezatorami.  

 

W swoim eksperymentalizmie  potrafi znaleźć punkty stałe, do których wraca, ściśle dbając o klimat, przez który konsekwentnie przeprowadza słuchacza czy to w warstwie lirycznej, wokalnej czy instrumentalnej. Warto wspomnieć, że na jej twórczość miały także wpływ studia filozoficzne oraz koncepcje niektórych z filozofów, np. Arthura Schopenhauera. Najłatwiej określić jej brzmienie jako dark wave, avant pop. W wywiadzie dla Example przyznała, że gdyby miała okazję to chciałaby współpracować z Young Thugiem., a jeśli miała by wybrać supermoc, którą mogłaby posiadać, byłaby to teleportacja… Zola oprócz koncertów odnajduje się także jako selektorka, nagrywała miksy dla  NTS radio, Dazed Digital, New New World Radio, Bleep czy Time Out New York.

http://https://soundcloud.com/zolajesus/sets/m-i-x-e-s

Najnowszy album Okovi 2017 nagrywała w 2017 roku w małej chatce w lesie i jak sama mówi:

ta płyta jest głęboko osobistym portretem straty, pogodzenia się i współczucia dla łańcuchów, którymi przykuto nas do bezwzględnych praw natury

Wróciła po trzech latach milczenia i wygrała z problemami (depresja, samobójcza śmiercią przyjaciela i inne ciężkie z prywatnego życia artystki), a najlepszym dowodem na to jest wyjątkowa płyta, prawdopodobnia najlepsza w jej długoletniej karierze. W tym roku polscy fani mieli okazję usłyszeć ją na żywo podczas OFF Festivalu , a już 18 listopada wystąpi we Wrocławiu w Zaklętych Rewirach.  

 

Photography by Carl Osbourn

Soap&Skin

Młoda i utalentowana Austriaczka po kilku latach ciszy wraca z nowym materiałem. Poznajcie Anję Franziskę Plaschg, czyli Soap&Skin.

(więcej…)

Broadcast

Pomimo bogatej dyskografii i wyjątkowego stylu, grupa Broadcast wciąż pozostaje w cieniu największych gwiazd brytyjskiego indie. Przedstawiamy Trish Keenan i Jamesa Cargilla – nieodkryte muzyczne diamenty, które będą Wam towarzyszyć do końca tygodnia na 91 i 6 FM.

fot. Simon Godley

Duet poznał się w połowie lat 90' w Birmingham. Już w pierwszych nagraniach (jeszcze pod nazwą Pan Am Flight Bag) trudno nie usłyszeć mgły i tajemniczości tego regionu. Inspirowani psychodelą i folkiem, Keenan i Cargill tworzyli muzykę z każdym rokiem trudniejszą do zakwalifikowania. Łatki indie rock i dream pop w tym przypadku nie wystarczają – Anglicy wprowadzili do swoich pozornie prostych piosenek ducha awangardy. Dekonstruowali, psuli, mylili tropy tak, by efektem końcowym była muzyka równie wprowadzająca w niepokój, co dająca nadzieję.

Swoim wizerunkiem Broadcast wytworzyli wokół siebie otoczkę artystów trochę nie z tego świata. Szczególnie postać wokalistki i liderki potrafiła zafascynować. Na scenie Trish była zawsze zestresowana i nieśmiała – czemu wielokrotnie dawała wyraz w wywiadach. Na płytach i w swoich tekstach stawała się głosem pokolenia przemian i przełomu wieków. Zagubiona, często sama ze swoimi przemyśleniami, o skłonnościach do eskapizmu i operująca ogromną ilością metafor.

Jej inspiracje często dotykały świata bajek i marzeń – jedną z największych była Alicja w Krainie Czarów.

Memories are waking dreams and dreams are sleeping memories.

– stwierdziła w wywiadzie dla The Wire. Wraz z zespołem czerpała z dorobku muzyki eksperymentalnej lat 60' – na przykład zespołu United States Of America. Uwielbiała też awangardowe kino. Jej fascynacja filmem znalazła też ujście w stworzeniu soundtracku do filmu Barberian Sound Studio, którego ścieżka dźwiękowa wykracza daleko poza ramy gatunku.
 
 
 
Przedwczesna śmierć Trish Keenan w 2011 roku przekreśliła dalsze plany zespołu i bez wątpienia zostawiła pustkę w sercach fanów Broadcast. Ostatnie albumy na których możemy usłyszeć jej głos ukazały się w 2009 i 2013 roku. To pozycje zdecydowanie mniej popowe, eksplorujące field-recording, tzw. library music i elektroakustykę. Jeden z nich – Investigate Witch Cults Of The Radio Age – został nagrany we współpracy z Julianem Housem. Jego solowy projekt The Focus Group nigdy nie przebił sie do szerszej świadomości słuchaczy, ale był uwielbiany zarówno przez Trish jak i Jamesa. Sam Julian zaprojektował też większość okładek płyt Broadcast – jako grafik pracował też m.in. dla Oasis i Stereolab. To szczególnie z tym drugim zespołem grupa z Birmingham jest najczęściej porównywana.

Dużym zaskoczeniem była premiera w katologu wytwórni Warp projektu Children Of Alice. Zespół, składający się z byłych członków Broadcast, chciał oddać muzyczny hołd pamięci Trish. To szczególnie wymagająca propozycja, która w szeroko pojęty duchologiczny sposób odnosi się do aury roztaczanej przez wokalistkę. Bajkowe sample, sztuczki i eksperymenty produkcyjne rozwijają wątki podjęte na Barberian Sound Studio, jednocześnie wyrażając tęsknotę za liderką Broadcast.

Nasz Artysta Tygodnia na pewno sprawdzi się jako jesienno-zimowy soundtrack. Mamy jednak nadzieję, że zostanie z Wami na trochę dłużej – nie tylko ze względu na obszerność dyskografii, ale też różnorodność emocji, które mogą towarzyszyć jego odsłuchom. Nieważne czy sięgniecie po pierwsze nagrania z lat 90', gdzie szalone, psychodeliczne partie klawiszy przeplatają się z nierównym rytmem perkusji, czy po późniejsze, minimalistyczne i skromniejsze kompozycje – pozwólcie się prowadzić głosowi Trish Keenan przez labirynt dźwięków, a na pewno nie zbłądzicie.
 

 

Muzykę Broadcast usłyszycie na naszej antenie przez cały tydzień:podczas audycji Audiostarter oraz o północy i 14:00.

Jeżeli chcecie więcej – polecamy dedykowany ich dyskografii dwugodzinny miks w audycji Arrhythmia w londyńskim NTS Radio.

Delroy Edwards

Sześć lat – tyle już minęło od pierwszej epki wydanej pod pseudonimem Delroy Edwards. Dziesięć wydawnictw krótkogrających, osiem długogrających, jedną wytwórnię i sklep muzyczny później aktywność Brandona Perlmana wiele znaczy i wciąż wnosi nową jakość do współczesnej sceny amerykańskiej muzyki elektronicznej.

Rozpoczynając swoją karierę od głębokich, wręcz systemowych inspiracji housem z Chicago Delroy Edwards z każdym kolejnym wydawnictwem coraz wyraźniej skręcał w kierunku swoich własnych zajawek i wyobrażeń muzycznych. Pierwsze wydawnictwa powstawały pod inspiracją albo wręcz kuratelą Rona Morelliego, z którym Delroy współpracował od 18 roku życia – kiedy tylko postanowił opuścić dom rodzinny i rozpocząć karierę muzyczną.

How long were you working with Ron Morelli at A-1?

I worked with him there for about a year and a half, I think. (…) I wasn’t really into any dance music too much at the time. I knew about it but he definitely guided me in all that shit. Taught me what was what. So I definitely have a lot of respect for him.

He’s a G.

He is, man.

Już w 2013 Delroy Edwards rozpoczyna kolejny projekt w swojej karierze – 1. października 2013 roku startuje wytwórnia L.A. Club Resource, projekt odpowiedzialny za wydanie i promocję większej części twórczości Edwardsa. Razem z wytwórnią wystartował sklep pod nazwą Gene's Liquor. Głównym celem sklepu były płyty i kasety wyciągające na wierzch” przede wszystkim klasyki amerykańskiego rapu – ale te niezależne. Bo cała przygoda z muzyką w przypadku Delroya Edwardsa rozpoczęła się od wertowania i niekończących się sesji z kolekcją kaset jego matki – głównie z rapem i dancehallem właśnie. Oprócz eksplorowania i „grzecznej dekonstrukcji” amerykańskiego house'u sprzed trzydziestu lat i rozpowszechnianiu dawnych nagrań rapowych konikiem Delroya Edwardsa pozostają eksperymenty z muzyką elektroniczną.

https://www.youtube.com/watch?v=6RJ3q4qdBM0

Edwards bawi się techno, eksperymentuje bez ogródek i otwiera się na nowe sposoby tworzenia muzyki. Wciąż wywodząc swoje działania gdzieś z historii wspomnianego już Chicago house'u podejmuje się on coraz odważniejszych i ciekawszych prób, niekiedy wymykających się klasycznym kategoriom i klasyfikacjom. Pierwszym oficjalnym wydawnictwem na którym możemy posłuchać jego pomysłów na nową elektronikę jest Kickin' Butts!! z 2015 roku (odrobinę poza kategorią pozostaje twórczość Perlmana wydana pod pseudonimem DJ Punisher). To także pierwsze wydawnictwo, na którym pojawiają się krótkie – trwające mniej niż półtorej minuty – nagrania mające uzupełniać kompozycję wydawnictwa. Połamane elektro i mnogość krótkich utworów staną się znakiem rozpoznawczym Delroya Edwardsa – wydane w 2016 Hangin' at the Beach zawiera 30 utworów, a średnia ich długość to niespełna jedna minuta i czterdzieści pięć sekund.

Większość jego płyt utrzymana jest w ponurej, nostalgicznej atmosferze – jednak każdy z krążków zawiera także hity, które z powodzeniem mogłyby zawojować parkiety klubowe. Równowaga pomiędzy ciężkimi, eksperymentalnymi utworami a zupełnymi bangerami czy klasycznym lo-fi housem pozostaje zachowana na wszystkich czterech prawdziwych wydawnictwach, chociaż w każdym wypadku wygląda trochę inaczej.

Najnowsze wydanictwo Delroya Edwardsa jest wyjątkowe z trzech powodów – po pierwsze jest to album-niespodzianka, wydany bez wcześniejszych zapowiedzi; po drugie – jest to album nagrany z Deanem Bluntem podczas wielu miesięcy współpracy; po trzecie – album powstał w całości w zeszłym roku, a wydany został 10. października bieżącego roku.

Jeżeli Delroy Edwards doświadczył już popularności związanej ze swoimi house'owymi wydawnictwami to z pewnością czeka go druga część tych przeżyć – tym razem w związku z głębokim zaangażowaniem w niezależną scenę amerykańskiej elektroniki. Zwłaszcza, że zaledwie kilkuletnia kariera tego artysty pokazała jego elastyczność, zdolność odnalezienia się w wielkiej ilości trendów i stylistyk oraz umiejętność czerpania inspiracji z przeróżnych środowisk i światów.

 

Delroy Edwards artystą tygodnia w Akademickim Radiu Luz – słuchaj przez cały tydzień, a zwłaszcza o 00:00 i 14:00.


Zdjęcie główne – Dicko Chan